Close
Close

Wojna Płci: jak radzić sobie po rozstaniu?

Skip to entry content

Kto nigdy nie został rzucony znienacka, jak granat na wojnie, ten nie wie, ile wódy da się wypić o 6 rano. Dziś w cyklu rozmów damsko-męskich z Asią z Wyrwane z kontekstu rozmawiamy o tym, jak przeżyć rozstanie i jak radzić sobie, gdy już jesteście osobno. Jak oswajać tę sytuację?

Wojna Płci

Jan: Zostawiam Cię po 4 latach związku, co robisz?

Joanna: Szukam w kajecie numeru do Lindy. A tak całkiem serio – najpierw płaczę, potem piję. Można też naraz jedno i drugie, ale łatwo się wtedy zachłysnąć.

A Ty?

Jan: Pierwsze, co mi zazwyczaj przychodziło do głowy, to rzucenie się w wir melanżu, żeby zagłuszyć emocje i wytłumić ból związany z odrzuceniem, bo zaznaczmy, że rozstanie boli najmocniej, kiedy to nie Ty o nim decydujesz. Więc, żeby jakoś zignorować tę jątrzącą się ranę, wydawało mi się, że najlepszym pomysłem jest odurzanie się na potęgę i zrywanie kwiatu, którego jest pół światu.

Joanna: Znaczy, puszczasz się?

Jan: Ej, ustalaliśmy ostatnio, że żeby się puścić, trzeba się wcześniej czegoś trzymać. Poza tym faceci się nie puszczają, tylko umacniają swoją męskość.

Joanna: Ja tam wolę, jak umacniacie swoją męskość na przykład na siłowni, a nie między czyimiś nogami. Ale rozumiem, że każdy sposób na uśmierzenie bólu jest dobry. Tylko pytanie – czy to go rzeczywiście uśmierza?

Jan: Męskość między czyimiś nogami zazwyczaj jest najmocniejsza, ale tak zupełnie serio, to takie lawinowe wchodzenie w nowe relacje tylko pozornie podbudowuje nadszarpnięte ego i uśmierza ból po rozstaniu, tak jak morfina uśmierza ból po urwaniu nogi. Doraźnie i destrukcyjnie.

Joanna: Niemniej, skuteczności jej odmówić nie sposób. Podobnie chyba z dławieniem żalu w cudzych ramionach. Zwykle opcje masz dwie – albo wypłakujesz się przyjaciółce/przyjacielowi, albo idziesz w tango. Osobiście wolę tańczyć, niż płakać, choć zdarzyło mi się dostać raz za to opierdol.

Wyobraź sobie, że rzuca mnie facet. Płaczę sobie dzień, dwa, trzeciego wypada sobota. Znajomi ciągną mnie więc na pierwszą lepszą imprezę, a ten w niedzielę z pretensją, że szybko się pocieszyłam. Sprowadza się to chyba do tego, że w takich momentach ludzie to kurwy – wcale nie chciał bezstresowego rozstania, po którym oboje idziemy dalej w świat. Miałam siedzieć w domu i umierać z rozpaczy. Nie wiem, może to taka moda w tym katolickim kraju?

Jan: To, jak byli reagują na nasze pójście dalej, to zupełnie inny temat, ale z perspektywy czasu nie uważam, żeby ta nagła fascynacja argentyńskim tańcem była czymś sensownym. Pójście w tango i odgrywanie w życiu scen z „Pod mocnym aniołem” sprawia tylko, że zamiatasz problemy pod dywan i zamykasz trupa w szafie, który bez należytego pochówku prędzej czy później z niej wyjdzie i trupim jadem zatruje kolejny związek.

Z zakończeniem związku jest trochę jak ze śmiercią bliskiej osoby, trzeba pozwolić jej odejść i pozwolić sobie na przeżycie tego, bo inaczej to będzie wiecznie niezamknięty rozdział. Jeśli byliśmy zakochani i to była poważniejsza relacja, to dopuszczanie do siebie tego, co się stało, boli, czasem skurwysyńsko jak faktyczna utrata kończyny, ale ból oczyszcza.

Natomiast sztuczne uśmierzanie go oddala nas od skonfrontowania się z tym, czemu faktycznie ktoś nas zostawił, jaki był powód tego, że już nie jesteśmy razem i jaką naukę możemy wyciągnąć z tego na przyszłość. Bo przykładowo, jeśli facet Cię zostawił, bo byłaś chorobliwie zazdrosna i na każdym kroku kontrolowałaś go, narzucając mu, z kim może się spotykać, a z kim nie, to zalewanie pały po rozstaniu nie pomoże Ci zrozumieć, co zrobiłaś źle i nie popełniać tego błędu w przyszłości, bo nawet go nie zauważysz.

Joanna: Och, nie jestem za przesadną refleksyjnością w pierwszej fazie po rozstaniu. Emocje się muszą wyszumieć, dopiero później jesteś w stanie spojrzeć na sytuację z dystansem. Tak na gorąco, kiedy w głowie szumi Ci ból, pretensje i żal, żadne analizy nic nie pomogą. Zresztą, to by nie była naturalna reakcja – usiąść i od razu zastanawiać się, co zrobić lepiej, żeby następnym razem nam się jednak w tym związku udało. Najpierw musisz poradzić sobie z tym, co dzieje się tu i teraz, na dalekosiężne plany jeszcze przyjdzie czas.

Oczywiście, każdy może radzić z tym sobie inaczej. Jedni idą w miasto, inni płaczą w czyjś w rękaw, jeszcze inni zażerają ciastka albo jadą do matki. Moim zdaniem każdy sposób jest dobry, jeśli tylko pozwala Ci złapać w tych ciężkich chwilach oddech. Chociaż ja akurat nie jestem za uprawianiem wtedy seksu na rekord, bo niechcący można zranić kogoś jeszcze albo załapać się na przykład na AIDS. Poza tym smutno by mi było, gdyby facet, z którym byłam 4 lata, nagle zaczął obracać wszystkie laski we wsi. Tak zwyczajnie, po ludzku, byłoby to straszne skurwysyństwo. Natomiast gdyby pił na umór – czemu by nie? Przyzwyczailiśmy się do tego, że alkohol to zło. Że nie rozwiązuje problemów, itp., itd. Bzdura. Pewnie, że rozwiązuje. Tylko na krótką metę. Jest zresztą takie ładne zdanie z Charlesa Bukowskiego: „Kiedy pijesz, to świat nadal gdzieś tam sobie istnieje, ale przynajmniej na chwilę zdejmuje Ci nogę z gardła”. A czasem przecież potrzebujesz, żeby ją zdjął.

Jan: Z jednej strony mówisz, że emocje muszą się wyszumieć, a z drugiej pochwalasz odurzanie się alkoholem, który je tłumi. Rozumiem, że w dniu rozstania taka sytuacja jest strasznym szokiem i – żeby nie zwariować – psychika potrzebuje znieczulenia, ale na dłuższą metę, jeśli zaczyna to być sposobem na radzenie sobie z wewnętrznymi przeżyciami, to równia pochyła do alkoholizmu.

Bukowski natomiast był świetnym pisarzem, ale miernym człowiekiem, nie róbmy ze wszystkich ludzi artystów, bo nie wyjdzie nam to na dobre.

Joanna: Alkohol nie tłumi emocji. Raczej zamienia jedne na drugie. I nie wiem, dlaczego mielibyśmy dyskredytować jakiegokolwiek artystę ze względu na jego życie prywatne i to, jakim w czyjejś ocenie był człowiekiem. Sztuka to jedno, prywatność to drugie. Natomiast nazywanie miernym kogoś, kogo się nigdy nie znało, nie jest chyba najszczęśliwszą drogą. Bukowski był głosem swojego pokolenia, ale temu trzeba by poświęcić osobną dyskusję. Niemniej, dyskredytując go, wbijasz mi nóż w serce.

Jan: Ej, ej!

Zgadzam się całkowicie, że tworzenie i sztuka to jedno, a radzenie sobie z życiem i funkcjonowanie w świecie to zupełnie odrębne kwestie, a mam wrażenie, że Ty próbujesz je mieszać. Amy Winehouse też była dla wielu wybitną artystką, a jednak nie wprowadzałbym do własnego życia jej rad i sposobów radzenia z problemami. Ale wątek artystów zostawmy na kolejne spotkanie.

Joanna: Zostawmy, bo do rana stąd nie wyjdziemy, a temat radzenia sobie z rozstaniami ewoluuje nam do radzenia sobie z artystami. Jedno i drugie to raczej trudna rzecz.

Jan: Wracając w takim razie do tematu. Poza bólem, związanym z odrzuceniem i nową sytuacją, w której trzeba się odnaleźć, pojawia się też planowanie sobie czasu w pojedynkę, a konkretnie wypełnienie czymś tych części dnia, czy tygodnia, które spędzaliście razem. Czym albo kim zastępowałaś brak partnera? Robiłaś to w ogóle?

Joanna: Czym zajęłam sobie czas, jak już przestałam pić i odstawiłam znajomych? Pracą. W ogóle jestem pracoholikiem, a obowiązki cudownie odwracają uwagę od problemów i życia codziennego. Do tego rzucałam się wtedy na jakieś aerobiki, siłownie i biegi – raz, że nagle masz na to czas, a dwa, że znowu jesteś do wzięcia, więc znowu chcesz świetnie wyglądać i czuć się atrakcyjnie.

Jan: U mnie na początku to zazwyczaj było wypełnianie tej pustki ludźmi, odnawianie znajomości sprzed miliona lat i paniczne uciekanie od samotności. Często kosztem obowiązków i pracy. Zdecydowanie nie było to dobre i świadczyło tylko o większym problemie ukrytym głębiej, z którym nie chciałem się zmierzyć, ale działało i było jakimś sposobem poradzenia sobie z dobijającym uczuciem, że jesteś sam jak Tom Hanks w „Cast away”. Później, po przepracowaniu pewnych tematów, wyewoluowało w wyciszenie i właśnie mocniejsze skupienie się na pracy i pasji, co w sumie jest całkiem bezpiecznym i niedestrukcyjnym efektem.

Joanna: O, bywa bardzo destrukcyjne, kiedy przyzwyczaisz szefa, że nagle robisz ponad normę. I kiedy już osiągniesz równowagę i wracasz do standardowej liczby roboczogodzin, to wtedy jemu jest źle.

Ale! To jak już wiemy, jak sobie radzimy z rozstaniami, to ja mam inne pytanie. Kiedy jesteś gotowy na to, żeby zacząć się spotykać z kimś nowym?

Jan: Kiedy już nie zastanawiam się, czy jestem gotowy, żeby zacząć spotykać się z kimś nowym.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Paula Satijn
(niżej jest kolejny tekst)

25
Dodaj komentarz

avatar
14 Comment threads
11 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
田政冰宛onceWojna Płci: czy można rozstać się bezboleśnie?段步吴别Izka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Akasza
Gość

Jak dla mnie upijanie się żeby o kimś zapomnieć jest…. żałosne. Rozumiem spotykanie się z ludźmi, wypłakiwanie sobie kilku par oczu i uciekanie w obowiązki, natomiast alkohol jest zwyczajnie niebezpieczny. Na tej samej zasadzie można brać narkotyki bo przecież też pomagają zapomnieć :/

Joanna Pachla
Gość

Życie też jest niebezpieczne, moja droga. A alkohol i narkotyki to jednak dwie różne bajki, nie tylko pod względem prawnym.

Kasia Kowalewska
Gość
Kasia Kowalewska

No akurat alkohol to też narkotyk, tylko legalny. Żeby nie było, nie mam nic do picia po rozstaniu, tak jak nie mam nic do palenia skręta czy okazjonalnego wciągnięcia koki (chociaż sama tego nie robię), ale prawdą jest, że wódka i kokaina są równie niebezpieczne, tylko na spożywanie pierwszego mamy społeczne i prawne przyzwolenie

Mariusz Głuch
Gość

Pieknie <3

litermatka
Gość

Okazjonalne wciagniecie koki? Rany, ja naprawde musze byc stara!;-)

Jan Favre
Gość

Raczej młoda, dzieciaków nie stać na takie zabawki ;-)

Urszula
Gość

Bardzo dużo czasu minęło, od pierwszego rozstania, które pamiętam jako trudne. Nie zapijałam wtedy smutków – pewnie dlatego, że w ogóle nie piłam w tym czasie alkoholu, ale zupełnie nie mogłam przyjąć do wiadomości, że to koniec i wciąż – mniej lub bardziej skutecznie – walczyłam o ten związek.
Mniej – bo ostatecznie nie wyszło, a bardziej, bo jeszcze kilka lat wciąż trwało.

Ale źle ogólnie to ciąganie się wspominam. Może lepiej by mi poszło z alkoholem.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Słuszną jest uwaga, że rozstanie to trochę tak, jakby nam ktoś umarł. I dokładnie ten sam proces „żałoby” trzeba przejść. Każdy radzi sobie z tym zupełnie inaczej – jeden chleje, drugi pracuje na dwa etaty i jedno zlecenie, ktoś inny rzuca wszystko i jedzie w Bieszczady. Każdy sposób na to, żeby sobie jakoś z tym poradzić uważam za dobry i nikomu nic do oceniania oraz wygłaszania uwag typu „szybko się pocieszył” itede.
No,może poza żłopaniem naprawdę na umór i poprawianiem marichuanen i kokainen. Wtedy raczej kłania się dobry psycholog, bo problem jest grubszy.

Mariusz Głuch
Gość

Wow! Zajebista rozmowa. Ja po rozstaniu za zwykle szukam pocieszenia w szklance szkockiej i jakiejś kobiecie, aby nie być samemu. Chyba podobnie tak jak Janek, nie chciałem być samotny. Szedłem do pracy na 9 wracałem o 17 wychodziłem z domu o 22 wracałem o 5 i tak przez jakieś dwa tygodnie. Poprawiło to moje nadszarpnięte ego, pozwoliło bardziej skupić się na pracy, bo na kacu nic mnie nie rozprasza, a z ex jesteśmy przyjaciółmi. Bardzo dobrze mówi Joanna, że alko pomaga na krótką metę, niestety społeczeństwo nie rozumie tego, że jak wytrzeźwieje, albo dojdzie do siebie po dragach to problemy… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Dzięki za ciepłe słowa, miło mi! Natomiast co do Bukowskiego, to w mojej ocenie był świetnym pisarzem, ale z tego co o nim czytałem i jaki obraz wyłania się z jego książek, miernie radził sobie z życiem, dlatego nie traktowałbym jego sentencji jako drogowskazów życiowych, bo nie jest dla mnie wzorem godnym naśladowania jako człowiek. Jako pisarz natomiast mistrz.

Martasta
Gość
Martasta

„Pójście w tango i odgrywanie w życiu scen z „Pod mocnym aniołem” sprawia tylko, że zamiatasz problemy pod dywan i zamykasz trupa w szafie, który bez należytego pochówku prędzej czy później z niej wyjdzie i trupim jadem zatruje kolejny związek.” tak, tak, tak <3

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

9 nietypowych pomysłów na spędzenie Walentynek

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Unimil Skyn i przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich

Nigdy nie lubiłem typowej formy Walentynek, czyli siedzenia przy stoliku w knajpie nabitej ludźmi bardziej niż metro po 17:00, wymuszonego gapienia się na siebie i udawania, że jest romantycznie. Po pierwsze nudziło mnie to bardziej, niż czytanie instrukcji obsługi pralki, po drugie to wcale nie było romantyczne, bo wszyscy dookoła robili dokładnie to samo, przez co czar pryskał. Raz odbębniłem w ten sposób dzień zakochanych i dałem sobie spokój, bo zasypianie w trakcie randki jednak nie jest spoko.

Spoko jest za to pobudzanie zmysłów i podgrzewanie emocji, dlatego razem z Unimil Skyn – w myśl ich idei „Poczuj wszystko” – przygotowałem dla Was walentynkowe propozycje, które zapewnią Wam nowe przeżycia. I konkurs, w którym nagrody dodatkowo uatrakcyjnią Wam 14-go lutego tak, aby na pewno nikt z Was nie zasnął. Poniżej 9 nietypowych pomysłów na spędzenie Walentynek, jednak jeśli jesteście zdystansowani do tej idei, to można je wykorzystać także przy innych okazjach. Na przykład 25 rocznicy ślubu.

 

Lot balonem nad miastem

lot balonem (2)

Widziałeś kiedyś Warszawę, Kraków, Poznań albo Kasinkę Małą z lotu ptaka? Nie? To gwarantuję Ci, że moment kiedy odrywacie się od ziemi, nabieracie wysokości i obserwujecie jak ulica, na której zaczepiłeś ją z pytaniem o godzinę, a ona dała Ci swój numer, zmienia się w cienką nić, jest magiczny. Sekunda, gdy orientujecie się, że latarnie są już tylko migoczącymi w oddali choinkowymi lampkami, też jest niezła, ale najlepsza jest chwila, kiedy wtuleni w siebie przelatujecie nad swoimi domami. To już zakrawa o czarnoksięstwo.

 

Dzień w wesołym miasteczku

wesołe miasteczko (3)

CAŁY DZIEŃ w wesołym miasteczku. Czy można spędzić bardziej intensywnie czas razem, niż przechodząc we dwójkę przez pełne spectrum emocji? Od strachu w nawiedzonym domu, przez zaskoczenie w gabinecie krzywych luster, po radość na trampolinie, kończąc na miksie wszystkiego na kolejce górskiej? Nie sądzę.

 

Noc w leśniczówce

leśniczówka (2)

Wariant wymagający trochę nazałatwiania, ale to opcja full romantic. Znajdujecie w sieci kontakt do jakiegoś gajowego, wynajmujecie z wypożyczalni samochodów auto terenowe, jedziecie za miasto w głęboki las, docieracie do leśniczówki, Ty rąbiesz drzewo, ona rozpala świece i przy prawdziwym kominku, z prawdziwym ogniem i prawdziwym zapachem palonego drewna, bez internetu, elektryczności i zasięgu czterech sieci, macie najbardziej nastrojowy wieczór jaki można mieć na łonie natury.

 

Przebierana sesja fotograficzna

Ktoś kto nigdy nie pozował przed obiektywem profesjonalnego fotografa, nie wie ile emocji to budzi w człowieku. Gdy mają to być wizerunkowe zdjęcia biznesowe, zazwyczaj pojawia się stres, ale co w momencie, kiedy Ty i Twoja dziewczyna przebieracie się za Indian? Albo parę królewską sprzed kilku stuleci? Albo żołnierza i pin-up girl? Albo wchodzicie w inny ulubiony motyw, który Was łączy? Oprócz zajebistej zabawy, już na zawsze zostaje Wam odjechana pamiątka w postaci zdjęć, które po 30-tce będą Wam przypominać, że kiedyś było w Was szaleństwo.

 

Najmniejszy koncert świata

pianino (2)

Kiedyś była taka akcja, że jedna stacja radiowa organizowała koncerty Myslovitz, Hey, czy Marii Peszek dla 10 osób. Podejrzewam, że trudno byłoby Ci namówić w pojedynkę Melę Koteluk, a tym bardziej zebrać budżet, żeby zagrała tylko dla Ciebie i Twojej dziewczyny, ale z początkującym zespołem jazzowym, czy pianistą już powinno być na luzie. Największe przeboje Barry’ego White’a grane na żywo w Twoim salonie odbiera się zupełnie inaczej, niż w dwustuosobowym klubie.

 

Kameralny kurs garncarstwa

Oglądałeś „Uwierz w ducha” z Patrickiem Swayze i Demi Moore? Nie? To nic, Twoja dziewczyna widziała i scena wspólnego modelowania gliny na kole garncarskim śni się jej po nocach. Lepienie garnków w pierwszej chwili może brzmieć mało pociągająco. W drugiej, gdy przylgniesz do niej, Wasze dłonie będą splątane w glinie, a każdy ruch będziecie musieli wykonywać wspólnie, jakbyście byli jednym ciałem, bo będzie to miało natychmiastowy wpływ na naczynie przed Wami, okaże się, że jest dużo bardziej zmysłowo, niż gdybyś kupił czerwoną Sophię i zrobił makaron po bolońsku.

 

Nurkowanie z butlą

nurkowanie (2)

Najbardziej wymagająca finansowo propozycja ze wszystkich, bo żeby przy bieżącej porze roku to miało sens, trzeba najpierw wylecieć do ciepłych krajów. Jednak, gdyby się tak złożyło, że i tak macie zaplanowaną wycieczkę do Egiptu, albo w ogóle tam mieszkacie, to polecam zejście na dno morza i zwiedzanie podwodnego świata. Wyłączenie zmysłu słuchu i węchu, oglądanie z bliska rafy koralowej i doświadczanie jak rybki we wszystkich kolorach tęczy Was opływają, jest przeżyciem nieco bardziej spajającym Was jako para, niż wyjście do knajpy.

 

Pościelowy bodypainting

bodypainting

Akcja stricte łóżkowa, dla tych, którzy nie lubią przystawek i wspólny wieczór wolą zaczynać od deseru. Kupujecie fluorescencyjne farbki, gasicie światło, rozbieracie się i na przemian malujecie serduszko na tej części partnera, w którą chcecie, żeby Was pocałował. Kolory odpowiadają natężeniu całusów – zielone serduszko to muśniecie, żółte to mokry pocałunek, czerwone to ugryzienie. Gra wstępna jeszcze nigdy nie była tak barwna.

 

Kolacja w mroku

kolacja (2)

Jeśli nie wyobrażacie sobie spędzenia tego wieczoru bez jedzenia – co jestem w stanie zrozumieć, bo dobrą szamę może przebić tylko dobry seks albo jeszcze lepszy sen – to zróbcie to bez używania wzroku.

W coraz większej liczbie miast restauracje wprowadzają usługę „kolacji w ciemności”. Polega to na tym, że Ty i Twoja partnerka macie zawiązane oczy i nie widzicie dań, które podają Wam kelnerzy, przez co smak i zapach się wyostrza, a proces jedzenia zamienia się w turbo zmysłową przygodę! Nie mogąc spojrzeć na to, co zostało Ci podane, nie widząc z czego się składa, jakiej jest konsystencji, ani czy było smażone, gotowane, czy też jest surowe, bazujesz wyłącznie na swoich kubkach smakowych, węchu i wyobraźni. I każdy kęs staje się wydobywaniem ukrytych smaków i bujnym fantazjowaniem o tym, co tak naprawdę jesz!

 

Wygraj 700zł na swoje nietypowe Walentynki!

Unimili_SKYNfb-styczen_1200x628pix_2016-01-19 1

Tak jak mówiłem na początku, razem z Unimil Skyn – marką ultra cienkich prezerwatyw, które sprawiają wrażenie jakby ich nie było – mamy dla Was konkurs. Do zgarnięcia jest:

  • nagroda główna składająca się z vouchera na 700zł do wydania na stronie WyjatkowyPrezent.pl – gdzie znajdziecie duuużo szalonych prezentów i kilka propozycji z tego wpisu – i zestawu do bezpiecznej zabawy we dwójkę od Unimil Skyn
  • 10 nagród niegłównych składających się z podwójnego zaproszenia  do kina i zestawu prezerwatyw i żelu od Unimil Skyn, który może okazać się nieoceniony w trakcie Walentynek

Co trzeba zrobić?

Banał. Wystarczy, że zainspirowani hasłem „Poczuj wszystko” podacie w komentarzach poniżej swoje propozycje na sensualne, nieszablonowe spędzenie Walentynek. Nie ma wytycznych co do opisu pomysłu (może to być równie dobrze całe opowiadanie, jak i jedno zdanie), a tym bardziej co do skali fantazji (loty na Marsa też wchodzą w grę), byleby było nieszablonowo. Im bardziej odjechane pomysły tym lepiej, przy czym najwyżej punktowane będą te skupiające się na pobudzaniu zmysłów, bo o to w całej tej zabawie chodzi. Biorąc udział w konkursie potwierdzacie tym samym, macie ukończone 18 lat i akceptujecie regulamin. Czas na podanie swoich typów macie do 8-go lutego, a zwycięzcy zostaną podani również w tym poście.

To jak, wyobraźnia w pełnej gotowości? Macie już pomysł jak 14-go lutego spędzić zmysłowo i inaczej niż wszyscy?

Osoby pracujące w Gazeta.pl nie potrafią czytać ze zrozumieniem

Skip to entry content

Wczoraj ukazał się ranking Tomka Tomczyka, w którym opublikował zestawienie najbardziej wpływowych blogerów w Polsce, biorąc pod uwagę ich dokonania w 2015 roku. Poza jego listą, we wpisie zamieszczony jest też szereg raportów i danych zebranych przez firmy zajmujące się monitorowaniem mediów. Zarówno tych cyfrowych, jak i analogowych. Jednym z tych zestawień, był przygotowany przez Press Service ranking według liczby publikacji w mediach i według sumy ekwiwalentu reklamowego.

Ekwiwalent reklamowy (AVE) – wskaźnik wyrażający ilość pieniędzy, jaką należałoby wydać na publikację lub emisję danego przekazu, gdyby był on reklamą. Jest stosowany jako indeks oceny efektywności działań PR.

To sformułowanie może wydawać się zawiłe i mało zrozumiałe dla kogoś niebędącego na co dzień za pan brat ze światem reklamy. Jednak dla osób zajmujących się zawodowo pisaniem o pieniądzach, a wydaje mi się, że takimi właśnie ludźmi są pracownicy serwisu Gazeta.pl Pieniądze, powinno być to pojęcie równie oczywiste co „popyt” i „podaż”. To teoria. Praktyka pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie.

Owo zestawienie wygląda tak…

ranking blogerów
źródło: http://jasonhunt.pl/ranking-najbardziej-wplywowych-blogerow-2015-roku/

…natomiast w tekście próbującym być artykułem „Wielki ranking polskich blogerów 2015. Nie zgadniecie, na ile wyceniana jest Maffasion” autor-widmo pisze…

Maffasion, czyli Julia Kuczyńska, to bezsprzecznie najbardziej wartościowa blogowa marka w Polsce. Wyceniana jest na blisko 40 mln zł.

…oraz…

Na czwartym miejscu znajduje się Marta Dymek ze swoim topowym blogiem kulinarnym Jadłonomia, której marka wyceniana jest na ponad 10 mln zł. Następne dwa miejsca zajmują Przemysław Pająk ze Spider’s Web (6 mln zł) oraz Michał Szafrański z Jak Oszczędzać Pieniądze? (4,8 mln zł).

…i widząc to załamuję ręce.

Rozumiem, że autor-widmo tego paszkwilu liczył na wzbudzenie sensacji, a może i skandalu, bo przecież nic tak nie ekscytuje ludzi jak pieniądze, zwłaszcza duże i nieswoje, ale publikując to coś, ośmieszył nie tylko siebie, ale także swoją redakcję i cały serwis. Bo ktoś musiał przecież to zaakceptować, a ktoś inny potem powiesić na stronie głównej, udowadniając, że co najmniej 3 osoby nie potrafią tam czytać ze zrozumieniem.

Otóż droga redakcjo Gazeta.pl, w przypadku Julii Kuczyńskiej, pseudonim operacyjny Maffashion, EKWIWALENT REKLAMOWY publikacji na jej temat w mediach wyniósł blisko 40 milionów złotych, A NIE JEJ MARKA, więc mówienie, że ona jest wyceniana na tę kwotę jest karygodnym błędem. Bardziej łopatologicznie, gdyby sama chciała wykupić tę samą liczbę publikacji w prasie, radiu, telewizji i internecie, która w zeszłym roku ukazała się na jej temat, bo media te same z siebie o niej wspominały, to przyjmując stawki z cennika musiałaby wydać kwotę sięgającą 40 milionów złotych, ale w żadnym wypadku nie znaczy, to że ona, czy też jej marka jest szacowana na 40 milionów złotych.

Zrozumiałe? Tak? Na pewno? To może na wszelki wypadek jeszcze raz.

Według tego rankingu, wartość publikacji, które ukazały się we wszystkich możliwych mediach w 2015 roku na mój temat, to równowartość 414 925zł. Innymi słowy, gdyby wszystkie wzmianki, które pojawiły się o mnie były zleconą reklamą, to jej koszt, po stawkach z cenników tych mediów, wynosiłby 414 925zł. W związku z powyższym – i biorąc pod uwagę, że definicja ekwiwalentu reklamowego nie jest państwowo chronioną wiedzą, co więcej, POJAWIA SIĘ NA ZESTAWIENIU – nie wiem jak można uznać, że dany bloger jest tyle wart.

Rzygam już od mielenia w kółko branżowych tematów, ale jeśli tak istotne błędy merytoryczne są publikowane bez zająknięcia na tematycznych portalach informacyjnych, to teraz pomyśl jak rzetelne są pozostałe wiadomości, które się tam pojawiają. To daje do myślenia ile razy dziennie jesteśmy wprowadzani w błąd, bo ktoś w tego typu redakcji próbuje ukuć nośnego niusa, pisząc na temat, na którym kompletnie się nie zna. Jak można z takich miejsc czerpać informacje o świecie, skoro publikują tam osoby, które nawet nie są w stanie sprawdzić podstawowych pojęć w Wikipedii?

Z globalnego punktu widzenia ten babol jest nieistotny, bo dotyczy tylko mojego małego środowiska, ale wyobraź sobie ile razy w zeszłym roku czytając o szczepionkach trafiałeś na równie rzetelne „artykuły”? Albo o podatkach? Albo o uchodźcach?

Zapalmy po zniczu za dziennikarstwo w internecie, bo właśnie jesteśmy świadkami jego agonii.