Close
Close

11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowy

Skip to entry content

Rap w Polsce wciąż nie jest uznawany przez stare media za główny nurt, jak ma to miejsce w Stanach, ale już nie można mówić o nim jak o muzyce niszowej. Czy subkulturze. „Sub” są raczej wszystkie inne gatunki, które mogą się tylko modlić o popularność i zasięg jaki mają raperzy. Nawet takie tuzy popu jak Doda nie są w stanie równać się choćby z Pihem, który, delikatnie mówiąc, nigdy nie tworzył treści przystępnych dla masowego odbiorcy. Zresztą, o tym jakiej muzyki świadomie słuchają Polacy już pisałem.

Dziś o czymś innym. Dziś o tym, jak rap wpływa na mowę potoczną.

Za sprawą ogromnej grupy słuchaczy tego gatunku, hermetyczny slang przenika się z językiem codziennym. Wiele osób nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, ale część zwrotów, którymi posługuje się na co dzień pochodzi właśnie z rapowych kawałków. Podejrzewam, że Tobie też zdarza się rzucić jakieś hasło z utworu Molesty, Pezeta, czy Tedego nie mając o tym pojęcia. Lub, co gorsza, nie wiedząc, co tak naprawdę oznacza. Spoko, teraz już będziesz wiedział.

1. Propsy – w Stanach ten zwrot jest obecny niemal od zawsze i używa się go w momencie, gdy jeden raper chce wyrazić uznanie dla twórczości drugiego rapera. W Polsce po raz pierwszy został zauważony na płycie Zkibwoya „Obskurw King” i momentalnie rozprzestrzenił się poza środowisko. Gimbaza, hipsterzy i branża reklamowa uznała go za swój i używa jako modniejszego synonimu zwrotu „dobra robota”, bądź „szacuneczek”.

2. Diss – mało kto o tym wie nawet wśród hiphopowców, ale to skrót od „disrespect”, czyli „brak szacunku”. Pierwszym polskim dissem był utwór „Anty” Nagłego Ataku Spawacza, w którym mocno obrywa się Liroyowi. Panowie z Poznania porównywali kielczanina do narządów płciowych, kwieciście dając wyraz temu, że za nim nie przepadają. Obecnie sformułowanie zostało zdewaluowane i określa się nim nieprzychylny komentarz w internecie skierowany do konkretnego adresata.

3. Zajawka – to już w zasadzie archaizm i raczej nie słyszy się go na nowszych płytach. Słowo zostało bardzo mocno wyeksploatowane w okresie pierwszego boomu na hip-hop, w latach 2001-2005. Jest synonimem „pasji”/„entuzjazmu”. Co ciekawe, wcześniej funkcjonowało jako odpowiednik „teasera”/”trailera”/”sampla”.

4. Koks posypany – znaczy tyle co „kokaina jest gotowa do spożycia”. Rzadziej słyszy się to na żywo, częściej czyta w internecie przy okazji szydzenia z czyjejś nieudolnej próby lansu i imprezowania na pokaz. Te słowa miał wypowiedzieć Krzysztof Kozak – legendarny wydawca, współpracujący z takimi zespołami jak Wzgórze Ya-Pa 3, Warszafski Deszcz, czy z DJem 600v. Jednak na filmiku, na którym ten tekst pada po raz pierwszy, słychać, że wypowiadany jest przez Piha – rapera z Białegostoku.

[emaillocker]

5. Hajs się zgadza – chyba nie istnieje grupa społeczna z dostępem do internetu, przez którą nie przewinąłby się ten greps. Jest używany dosłownie wszędzie. Dwoiłem się i troiłem, żeby dojść do tego, kto jest autorem najpopularniejszego tekstu o tym, że suma pieniędzy jest adekwatna do oczekiwań. Wszystko wskazuje na to, że nie jest nim ani Gural, ani Wini, ani Tede, a Seba (Sebastian Muliński). Jeden z twórców niegdyś największego portalu i forum o hip-hopie – Hip-Hop.pl.

6. Bauns – w etymologicznym ujęciu, słowo to określało odłam rapu skupiający się na imprezach, używkach, dziewczynach, drogich ciuchach i drogich autach. Czyli szeroko pojętej zabawie. Bounce’owe bity były najczęściej szybsze, niż te klasyczne i charakteryzowały się cykaniem – gęstszym ułożeniem hi-hatu. Prekursorami baunsu w Polsce byli Tede, Borixon i Onar, i to oni rozpropagowali to pojęcie, robiąc z niego zamiennik „imprezy tanecznej”.

7. Ziomek – historia „ziomka” jest o tyle ciekawa, że zanim kultura masowa wyciągnęła go z rapu, robiąc z niego oficjalny odpowiednik kumpla, to hip-hopowcy wyciągnęli go ze staropolskiego. Kilka stuleci temu mówiono tak na osobę pochodzą z tego samego kraju bądź okolic – rodaka, krajana.

8. Bakać – tak, to ten czasownik związany z odurzaniem się marihuaną. Swoją popularność zawdzięcza Joce i Dabowi z Kalibra 44. Panowie w 2000 roku na jego cześć postanowili nazwać swoją koncertową ekipę Baku Baku Składem.

9. Pozdro 600 – założę się o dobrą pizzę, że nikt z Twoich znajomych nie wie, że to nie rdzenne młodzieżowe powiedzonko na do widzenia. To zwrot jakim zostaje pozdrowiony DJ 600v na jednej ze swoich płyt. Szerzej pisałem o tej monstrualnej pomyłce przy okazji zwrotów, których ludzie nie rozumieją.

10. Swag – jak byłem w podstawówce modne dzieciaki chciały mieć szpan, w liceum lans, a teraz swag. Zasadniczo chodzi o to samo – dobre ciuchy i wyróżnianie się z tłumu. Po raz pierwszy w polskim utworze „swag” pojawił się dopiero w maju 2012 roku. Przyjął się.

11. Mordo – w ostatnim czasie najpopularniejszy synonim do „kolego”, występujący w zasadzie tylko w wołaczu. Od 2006, kiedy oficjalnie zadebiutował w utworze „Osiedlowa saga” warszawskiego zespołu Bez Cenzury, stopniowo przybierał na sile, aż wyszedł ze środowisk młodzieżowo-imprezowych i wkradł się tak że w świat korporacyjny. „Mordo, wyślij mi na asapie fidbek, bo muszę klepnąć akcept tego projektu” – czy to mogłoby brzmieć piękniej?

Jeśli o czymś zapomniałem, a jest na tyle często używane, że warto to odnotować, to śmiało.

autorem zdjęcia w nagłówku jest raphaelstrada

[/emaillocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

50 comments

        1. Pozdrawiam również i to głównie jako 13-letni dzieciak, który odkrył forum na hip-hop.pl i zajarany codziennie czekał na 18:00, żeby móc połączyć się przez modem ;)

        2. Po niektórych zwrotach na forum wyczułem inspiracje, forum miało specyficzny styl. Znajdują ją też na u innych blogerów i vlogerów, choć nie każdy się przyznaje.

  1. Tylko te dwa ostatnie jakieś takie nowoczesne i nie znane wcześniej :)

    Jeszcze kojarzy mi się, że „gitara” (w rozumieniu „Co tam u Ciebie?”, „Gitara”) ma również hip-hopowe korzenie, ale nie mogę się doszukać.

  2. Nie chcę się spierać, ale „sikor” wywodzi się raczej z więziennej grypsery, a przez raperów został tylko adoptowany. Ale pewności nie mam.

    1. też mi się tak wydaje. a na pewno pojawia się już w ‚Celinie’ Stanisława Staszewskiego: „sikory złote/ pod mankietem/ odmierzają sekund bieg”

  3. Znam wszystkie, a nawet więcej bo ostatnio dużo hip hopu mam wokoło. Ale sikor mi sie skutecznie ulotnił z pamięci.
    Swoją drogą a propo slangu to kopalnia treści jest w Slang2 u Pezeta. W sumie wyszło mi, że nie znam dwóch a cała reszta jest regularnie używana.
    I teraz pytanie czy najpierw był hiphop czy ludzie, którzy mówli tak miedzy sobą i nagle siedział w tym gronie też taki Magik i puścił to dalej.

  4. „w chuja cięcie też zajęcie” Pih – 2003
    i bonus:
    „Jędker Jędker Realista hobby turysta od fleszy dystans” Jędker Realista w WWO – U Ciebie w mieście

  5. Trzeba Cię uświadomić. Pozdro 600 to zwrot jakiego uzywa bonus bgc w trakcie wywiadu z Pakolem . Dzieki temu to powiedzenie stalo sie popularne ;)

  6. SIKORY złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
    I stoi pikiet sak
    Pod oknem, w sieni i u drzwi – dać tylko znak

    Celina, Stanisław Staszewski – początek lat 60 – tych.

    A nie wiem czy już nawet Grzesiuk tak zegarków nie nazywał.

  7. 4, 8 i 11 gdyby mnie ktoś zapytał, to nie powiedziałabym, że są w języku potocznym, ale może po prostu nie słyszałam ;) Bo inne – owszem, słyszę/widzę zarówno w formie pisanej, jak i mówionej.

  8. Kilku tekstów nie znałam, chyba zbyt długo żyję w środowisko mocno nastawionym na rock/metal, a nie rap. Ale lubię wszystkie powiedzonka i zwroty slangowe, dobrze odróżniają język codzienny od oficjalnego i są po prostu ciekawe.

  9. Ziomuś, tekst na propsie, zajawka szejset, pozdrotysiącpińcet :D Poczęstowałabym cię baczką na następnym baunsie, ale wiem mordo, że ty dissujesz te klimaty. Yo! Najlepsze, że nigdy nie słuchałam hh.

  10. z tym Pozdro 600 to sie nie zgodze. Zostalo to po prostu przyjete do jezyka, luzno, zabawowo. Moi znajomi wiedza doskonale skad I tez tego uzywaja. Tak wiec nie chodzi o niewiedze ale raczej o to ze ludzie czasem czegos uzywaja dla zabawy/bo sie tak przyjelo itp itd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Znaki diakrytyczne są ważne

Skip to entry content

Znaki diakrytyczne to te wszystkie ogonki nad lub pod literkami, które tworzą ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż i sprawiają, że nasz język tak piękny. I można stworzyć tak cudne zdanie jak „Zażółć gęślą jaźń”. A także kilka innych, wykorzystywanych częściej niż to poprzednie, na przykład „Na górze róże, na dole też, tak słodko marszczysz nosek, gdy jesz”, czy „Żono, trzeba przetrzeć stół”. Niektórzy niestety o tym zapominają, ignorując ogonki i pisząc bez nich, zwłaszcza w szybkiej komunikacji w postaci wiadomości na Facebooku, czy w smsach, przez co dochodzi do licznych nieporozumień.

Dlaczego znaki diakrytyczne są tak ważne? Bo…

…„potrzebne mi tu cięcie”, to nie to samo, co „potrzebne mi tu ciecie”, gdy piszesz to do krawców.

…„wstaw mnie tam całą” , to nie to samo, co „wstaw mnie tam cala”, gdy piszesz to do grafika.

…„zostało jeszcze trochę wódy”, to nie to samo, co „zostało jeszcze trochę wody” , gdy piszesz to do znajomych pytających, czy wpaść na imprezę.

…„nie podoba mi się to żądanie”, to nie to samo, co „nie podoba mi sie to zadanie”, gdy piszesz to w korespondencji rozwodowej.

…„kiedy  wesele? 6-go mają”, to nie to samo, co „kiedy wesele? 6-go maja”, gdy piszesz to do partnerki, która ma pójść z Tobą na przyjęcie.

…„jest super, sobota jest błoga!” , to nie to samo, co „jest super, sobota jest bloga!”, gdy piszesz to do dziewczyny pytającej, czy masz wolny weekend.

I oczywiście „dobra, zgadzam się, poczuj jak spływa na ciebie moja łaska”, to zupełnie co innego niż „dobra, zgadzam sie, poczuj jak splywa na ciebie moja laska”, gdy piszesz to do kogokolwiek.

Tak że tego, ogonki są fajne, polecam.

---> SKOMENTUJ

„Deadpool”, czyli najgorszy film o superbohaterze jaki widziałem

Skip to entry content

Nie widziałem wszystkich filmów o superbohaterach jakie wyszły w historii kinematografii, ale widziałem ich całkiem sporo. W tym nieco kpiącego z tematu „Ant-mana”, próbującego zredefiniować temat „Kick-ass” i nic nie wnoszącego do tematu ostatniego „Supermana”, jednak żaden z nich nie był tak słaby jak „Deadpool”. To zdecydowanie najgorszy film o komiksowym bohaterze jaki widziałem i kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa.

Czemu „Deadpool” to kupa na trawniku, w którą lepiej nie wpaść?

NIEUSTANNE śmieszkowanie

W każdym rozrywkowym filmie są żarty, czasem nawet pojawiają się w polskich komediach, to normalne, oczywiste i na miejscu. Tyle, że żeby żarty podnosiły wartość filmu, a nie pierdoliły go po całości, muszą być jak przyprawy w potrawie kulinarnej. Po pierwsze muszą być odpowiednio dobrane, po drugie muszę być dodatkiem, a nie główną istotą dania. Tutaj, nie dość, że główna postać rzuca beton za betonem, jakby stawiała nowe osiedle, to jeszcze robi to NON STOP, co kurewsko męczy widza.

Najwyraźniej do nikogo z twórców nie doszła prawidłowość, że liczy się jakość, a nie ilość.

 

Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film

Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować. Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat. Jaki jest efekt tego, że Ryan Reynolds zwraca się z ekranu bezpośrednio do Ciebie, raz po raz informując Cię, że to tylko film, który oglądasz w kinie? Cały czas sobie o tym przypominasz i za cholerę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację głównego bohatera. Bo przecież to tylko głupi film.

Brawo, o to chodziło!

 

Słabe tłumaczenie

Jeśli naprawdę musisz iść na ten niewypał do kina, to wybierz się na jakąś wersję dla obcokrajowców bez polskich napisów, czy coś, bo polskie tłumaczenie sucharzące już i tak suche żarty, do reszty zepsuje Ci ten seans.

Oryginał:

– We can fight this.
– You’re right. Cancer is only in my liver, lung, prostate and brain. All thing I can live without.

Tłumaczenie:

– Damy radę.
– Jasne. Rak ogarnął tylko wątrobę, płuca, prostatę i mózg. Przeżyję bez nich.

 

Motyw, na którym został oparty scenariusz

Ten akapit zdradza fabułę, więc jeśli jesteś jednym z tych, którzy pod każdym tekstem na temat danego tytułu musi wklepać „UWAGA TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN”, to omiń go. Aczkolwiek, fabuła jest tak infantylna, że już po kwadransie będziesz wiedział jak się kończy i będziesz zażenowany tym, że twórcy robią z tego jakieś wydarzenie. No chyba, że oglądając „Zbuntowanego anioła” nie spodziewałeś się, że Milagros i Ivo wezmą ślub. Wtedy faktycznie możesz być zaskoczony.

Otóż cały film oparty jest na tym, że główny bohater ma raka i żeby od niego nie umrzeć, zgadza się na zmutowanie swoich genów. Skutek jest taki, że staje się nieśmiertelny, ale coś mu się dzieje ze skórą i brzydko wygląda. Nie widać mu przez nią kawałków mięśni, czy mózgu, jak w komiksie, tylko po prostu brzydko wygląda. Jakby był poparzony albo za szybko się zestarzał. Co w związku z tym? Tytułowy Deadpool wstydzi się pokazać z taką brzydką skórą swojej narzeczonej – która, zaznaczmy, szaleńczo go kocha na dobre i na złe, chciała go hospitalizować w trakcie rozwoju nowotworu, a poza tym jest z patologicznej rodziny i naprawdę niejedno gówno w życiu widziała – więc przez kilka lat nie daje jej znaku życia. Ona wypłakuje sobie oczy, bo straciła ukochanego, a on przez ten czas ściga człowieka, który zmutował mu te geny, żeby je odmutował.

Kumacie, koleś, który był w poważnym związku opartym na mocnej miłości z wzajemnością, pozwala myśleć swojej partnerce, że nie żyje, tylko dlatego, że ma brzydką twarz. Brzmi sensownie nie?

Oczywiście pod koniec filmu okazuje się to, co było jasne jak skóra albinosa od początku i naprawdę nie trzeba się wychowywać na kreskówkach z X-menami, żeby na to wpaść – zmutowanych genów nie da się odmutować. Ale suspens, co? No, boki zrywać jaka ironia losu. HAHAHAHA. ALE ŚMISZNE. HAHAHAHA. PRZEZ CAŁY FILM BIEGAŁ ZA TYPEM, ŻEBY MU NAPRAWIŁ TWARZ, A TYP MÓWI, ŻE SIĘ NIE DA. HAHAHAHA. ALE BEKA. HAHAHAHA.

 

Sceny, które miały być na poważnie są turbo żenujące

To już nawet nie chodzi o to, że topiąc widza w „żartach” o waleniu konia trudno sprawić, aby przejął się sercowymi rozterkami głównego bohatera, czy jego problemami ze zdrowiem. Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a „Deadpool” ją przekracza.

 

Całość wygląda jak nieudana parodia

W momencie kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy, zastanawiasz się, czy „Deadpool” nie miał być tym dla filmów o superbohaterach, czym „Straszny film” był dla horrorów. Jednak ostatecznie dochodzisz do wniosku, że nie. Bo „Straszny film” był śmieszny.

---> SKOMENTUJ