Close
Close

11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowy

Skip to entry content

Rap w Polsce wciąż nie jest uznawany przez stare media za główny nurt, jak ma to miejsce w Stanach, ale już nie można mówić o nim jak o muzyce niszowej. Czy subkulturze. „Sub” są raczej wszystkie inne gatunki, które mogą się tylko modlić o popularność i zasięg jaki mają raperzy. Nawet takie tuzy popu jak Doda nie są w stanie równać się choćby z Pihem, który, delikatnie mówiąc, nigdy nie tworzył treści przystępnych dla masowego odbiorcy. Zresztą, o tym jakiej muzyki świadomie słuchają Polacy już pisałem.

Dziś o czymś innym. Dziś o tym, jak rap wpływa na mowę potoczną.

Za sprawą ogromnej grupy słuchaczy tego gatunku, hermetyczny slang przenika się z językiem codziennym. Wiele osób nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, ale część zwrotów, którymi posługuje się na co dzień pochodzi właśnie z rapowych kawałków. Podejrzewam, że Tobie też zdarza się rzucić jakieś hasło z utworu Molesty, Pezeta, czy Tedego nie mając o tym pojęcia. Lub, co gorsza, nie wiedząc, co tak naprawdę oznacza. Spoko, teraz już będziesz wiedział.

1. Propsy – w Stanach ten zwrot jest obecny niemal od zawsze i używa się go w momencie, gdy jeden raper chce wyrazić uznanie dla twórczości drugiego rapera. W Polsce po raz pierwszy został zauważony na płycie Zkibwoya „Obskurw King” i momentalnie rozprzestrzenił się poza środowisko. Gimbaza, hipsterzy i branża reklamowa uznała go za swój i używa jako modniejszego synonimu zwrotu „dobra robota”, bądź „szacuneczek”.

2. Diss – mało kto o tym wie nawet wśród hiphopowców, ale to skrót od „disrespect”, czyli „brak szacunku”. Pierwszym polskim dissem był utwór „Anty” Nagłego Ataku Spawacza, w którym mocno obrywa się Liroyowi. Panowie z Poznania porównywali kielczanina do narządów płciowych, kwieciście dając wyraz temu, że za nim nie przepadają. Obecnie sformułowanie zostało zdewaluowane i określa się nim nieprzychylny komentarz w internecie skierowany do konkretnego adresata.

3. Zajawka – to już w zasadzie archaizm i raczej nie słyszy się go na nowszych płytach. Słowo zostało bardzo mocno wyeksploatowane w okresie pierwszego boomu na hip-hop, w latach 2001-2005. Jest synonimem „pasji”/„entuzjazmu”. Co ciekawe, wcześniej funkcjonowało jako odpowiednik „teasera”/”trailera”/”sampla”.

4. Koks posypany – znaczy tyle co „kokaina jest gotowa do spożycia”. Rzadziej słyszy się to na żywo, częściej czyta w internecie przy okazji szydzenia z czyjejś nieudolnej próby lansu i imprezowania na pokaz. Te słowa miał wypowiedzieć Krzysztof Kozak – legendarny wydawca, współpracujący z takimi zespołami jak Wzgórze Ya-Pa 3, Warszafski Deszcz, czy z DJem 600v. Jednak na filmiku, na którym ten tekst pada po raz pierwszy, słychać, że wypowiadany jest przez Piha – rapera z Białegostoku.

[emaillocker]

5. Hajs się zgadza – chyba nie istnieje grupa społeczna z dostępem do internetu, przez którą nie przewinąłby się ten greps. Jest używany dosłownie wszędzie. Dwoiłem się i troiłem, żeby dojść do tego, kto jest autorem najpopularniejszego tekstu o tym, że suma pieniędzy jest adekwatna do oczekiwań. Wszystko wskazuje na to, że nie jest nim ani Gural, ani Wini, ani Tede, a Seba (Sebastian Muliński). Jeden z twórców niegdyś największego portalu i forum o hip-hopie – Hip-Hop.pl.

6. Bauns – w etymologicznym ujęciu, słowo to określało odłam rapu skupiający się na imprezach, używkach, dziewczynach, drogich ciuchach i drogich autach. Czyli szeroko pojętej zabawie. Bounce’owe bity były najczęściej szybsze, niż te klasyczne i charakteryzowały się cykaniem – gęstszym ułożeniem hi-hatu. Prekursorami baunsu w Polsce byli Tede, Borixon i Onar, i to oni rozpropagowali to pojęcie, robiąc z niego zamiennik „imprezy tanecznej”.

7. Ziomek – historia „ziomka” jest o tyle ciekawa, że zanim kultura masowa wyciągnęła go z rapu, robiąc z niego oficjalny odpowiednik kumpla, to hip-hopowcy wyciągnęli go ze staropolskiego. Kilka stuleci temu mówiono tak na osobę pochodzą z tego samego kraju bądź okolic – rodaka, krajana.

8. Bakać – tak, to ten czasownik związany z odurzaniem się marihuaną. Swoją popularność zawdzięcza Joce i Dabowi z Kalibra 44. Panowie w 2000 roku na jego cześć postanowili nazwać swoją koncertową ekipę Baku Baku Składem.

9. Pozdro 600 – założę się o dobrą pizzę, że nikt z Twoich znajomych nie wie, że to nie rdzenne młodzieżowe powiedzonko na do widzenia. To zwrot jakim zostaje pozdrowiony DJ 600v na jednej ze swoich płyt. Szerzej pisałem o tej monstrualnej pomyłce przy okazji zwrotów, których ludzie nie rozumieją.

10. Swag – jak byłem w podstawówce modne dzieciaki chciały mieć szpan, w liceum lans, a teraz swag. Zasadniczo chodzi o to samo – dobre ciuchy i wyróżnianie się z tłumu. Po raz pierwszy w polskim utworze „swag” pojawił się dopiero w maju 2012 roku. Przyjął się.

11. Mordo – w ostatnim czasie najpopularniejszy synonim do „kolego”, występujący w zasadzie tylko w wołaczu. Od 2006, kiedy oficjalnie zadebiutował w utworze „Osiedlowa saga” warszawskiego zespołu Bez Cenzury, stopniowo przybierał na sile, aż wyszedł ze środowisk młodzieżowo-imprezowych i wkradł się tak że w świat korporacyjny. „Mordo, wyślij mi na asapie fidbek, bo muszę klepnąć akcept tego projektu” – czy to mogłoby brzmieć piękniej?

Jeśli o czymś zapomniałem, a jest na tyle często używane, że warto to odnotować, to śmiało.

autorem zdjęcia w nagłówku jest raphaelstrada

[/emaillocker]

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

51
Dodaj komentarz

avatar
27 Comment threads
24 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
37 Comment authors
DawidKaZetDotDoteePaweł Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Artis
Gość
Artis

Nie chcę się spierać, ale „sikor” wywodzi się raczej z więziennej grypsery, a przez raperów został tylko adoptowany. Ale pewności nie mam.

Robek
Gość
Robek

też mi się tak wydaje. a na pewno pojawia się już w ‚Celinie’ Stanisława Staszewskiego: „sikory złote/ pod mankietem/ odmierzają sekund bieg”

Jan Favre
Gość

Tak, macie rację, Stanisław Staszewski użył tego wcześniej.

Aurora
Gość

W sumie wiedza mi totalnie zbyteczna, ale jakież to ciekawe :)

Ania Abakercja
Gość

widzę, że seba ma fejm. zaczynając czytać ten post właśnie seby oczekiwałam.

Jan Favre
Gość

Łouł, nie spodziewałem się, że fejm Seby aż tak go wyprzedza.

Sebastian Muliński
Gość
Sebastian Muliński

Nie jest źle, tym bardziej że w miarę regularnie czytam tego bloga.

Pozdro.

Jan Favre
Gość

Pozdrawiam również i to głównie jako 13-letni dzieciak, który odkrył forum na hip-hop.pl i zajarany codziennie czekał na 18:00, żeby móc połączyć się przez modem ;)

Sebastian Muliński
Gość
Sebastian Muliński

Po niektórych zwrotach na forum wyczułem inspiracje, forum miało specyficzny styl. Znajdują ją też na u innych blogerów i vlogerów, choć nie każdy się przyznaje.

Sasasza
Gość
Sasasza

Seba dobry forumowicz od tylu lat.

Blog Ojciec
Gość

Tylko te dwa ostatnie jakieś takie nowoczesne i nie znane wcześniej :)

Jeszcze kojarzy mi się, że „gitara” (w rozumieniu „Co tam u Ciebie?”, „Gitara”) ma również hip-hopowe korzenie, ale nie mogę się doszukać.

Jan Favre
Gość

„Swag” faktycznie jest świeży, bo pojawił się u nas niecałe 2 lata temu, ale „sikor” używany jest co najmniej od 12 lat ;) Tu pada po raz pierwszy: https://www.youtube.com/watch?v=HRFM4QHUjdM

Króliczek Doświadczalny
Gość

Hah, używałam tego kawałka na prezentacji maturalnej z polskiego. Panie w komisji fajnie się bujały ;)

Wojtek Abarowicz
Gość

Sikor to słowo które było używane już bardzo dawno temu („Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg.” „Celina” S.Staszewski – zm. 1973r.)

Lucy eS
Gość

jestem na bieżąco – bardziej za sprawą taty klawisza

Stefan
Gość
Stefan

Tata jest strażnikiem w wiezieniu? To powazny background językowy :D

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Znaki diakrytyczne są ważne

Skip to entry content

Znaki diakrytyczne to te wszystkie ogonki nad lub pod literkami, które tworzą ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż i sprawiają, że nasz język tak piękny. I można stworzyć tak cudne zdanie jak „Zażółć gęślą jaźń”. A także kilka innych, wykorzystywanych częściej niż to poprzednie, na przykład „Na górze róże, na dole też, tak słodko marszczysz nosek, gdy jesz”, czy „Żono, trzeba przetrzeć stół”. Niektórzy niestety o tym zapominają, ignorując ogonki i pisząc bez nich, zwłaszcza w szybkiej komunikacji w postaci wiadomości na Facebooku, czy w smsach, przez co dochodzi do licznych nieporozumień.

Dlaczego znaki diakrytyczne są tak ważne? Bo…

…„potrzebne mi tu cięcie”, to nie to samo, co „potrzebne mi tu ciecie”, gdy piszesz to do krawców.

…„wstaw mnie tam całą” , to nie to samo, co „wstaw mnie tam cala”, gdy piszesz to do grafika.

…„zostało jeszcze trochę wódy”, to nie to samo, co „zostało jeszcze trochę wody” , gdy piszesz to do znajomych pytających, czy wpaść na imprezę.

…„nie podoba mi się to żądanie”, to nie to samo, co „nie podoba mi sie to zadanie”, gdy piszesz to w korespondencji rozwodowej.

…„kiedy  wesele? 6-go mają”, to nie to samo, co „kiedy wesele? 6-go maja”, gdy piszesz to do partnerki, która ma pójść z Tobą na przyjęcie.

…„jest super, sobota jest błoga!” , to nie to samo, co „jest super, sobota jest bloga!”, gdy piszesz to do dziewczyny pytającej, czy masz wolny weekend.

I oczywiście „dobra, zgadzam się, poczuj jak spływa na ciebie moja łaska”, to zupełnie co innego niż „dobra, zgadzam sie, poczuj jak splywa na ciebie moja laska”, gdy piszesz to do kogokolwiek.

Tak że tego, ogonki są fajne, polecam.

„Deadpool”, czyli najgorszy film o superbohaterze jaki widziałem

Skip to entry content

Nie widziałem wszystkich filmów o superbohaterach jakie wyszły w historii kinematografii, ale widziałem ich całkiem sporo. W tym nieco kpiącego z tematu „Ant-mana”, próbującego zredefiniować temat „Kick-ass” i nic nie wnoszącego do tematu ostatniego „Supermana”, jednak żaden z nich nie był tak słaby jak „Deadpool”. To zdecydowanie najgorszy film o komiksowym bohaterze jaki widziałem i kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa.

Czemu „Deadpool” to kupa na trawniku, w którą lepiej nie wpaść?

NIEUSTANNE śmieszkowanie

W każdym rozrywkowym filmie są żarty, czasem nawet pojawiają się w polskich komediach, to normalne, oczywiste i na miejscu. Tyle, że żeby żarty podnosiły wartość filmu, a nie pierdoliły go po całości, muszą być jak przyprawy w potrawie kulinarnej. Po pierwsze muszą być odpowiednio dobrane, po drugie muszę być dodatkiem, a nie główną istotą dania. Tutaj, nie dość, że główna postać rzuca beton za betonem, jakby stawiała nowe osiedle, to jeszcze robi to NON STOP, co kurewsko męczy widza.

Najwyraźniej do nikogo z twórców nie doszła prawidłowość, że liczy się jakość, a nie ilość.

 

Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film

Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować. Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat. Jaki jest efekt tego, że Ryan Reynolds zwraca się z ekranu bezpośrednio do Ciebie, raz po raz informując Cię, że to tylko film, który oglądasz w kinie? Cały czas sobie o tym przypominasz i za cholerę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację głównego bohatera. Bo przecież to tylko głupi film.

Brawo, o to chodziło!

 

Słabe tłumaczenie

Jeśli naprawdę musisz iść na ten niewypał do kina, to wybierz się na jakąś wersję dla obcokrajowców bez polskich napisów, czy coś, bo polskie tłumaczenie sucharzące już i tak suche żarty, do reszty zepsuje Ci ten seans.

Oryginał:

– We can fight this.
– You’re right. Cancer is only in my liver, lung, prostate and brain. All thing I can live without.

Tłumaczenie:

– Damy radę.
– Jasne. Rak ogarnął tylko wątrobę, płuca, prostatę i mózg. Przeżyję bez nich.

 

Motyw, na którym został oparty scenariusz

Ten akapit zdradza fabułę, więc jeśli jesteś jednym z tych, którzy pod każdym tekstem na temat danego tytułu musi wklepać „UWAGA TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN”, to omiń go. Aczkolwiek, fabuła jest tak infantylna, że już po kwadransie będziesz wiedział jak się kończy i będziesz zażenowany tym, że twórcy robią z tego jakieś wydarzenie. No chyba, że oglądając „Zbuntowanego anioła” nie spodziewałeś się, że Milagros i Ivo wezmą ślub. Wtedy faktycznie możesz być zaskoczony.

Otóż cały film oparty jest na tym, że główny bohater ma raka i żeby od niego nie umrzeć, zgadza się na zmutowanie swoich genów. Skutek jest taki, że staje się nieśmiertelny, ale coś mu się dzieje ze skórą i brzydko wygląda. Nie widać mu przez nią kawałków mięśni, czy mózgu, jak w komiksie, tylko po prostu brzydko wygląda. Jakby był poparzony albo za szybko się zestarzał. Co w związku z tym? Tytułowy Deadpool wstydzi się pokazać z taką brzydką skórą swojej narzeczonej – która, zaznaczmy, szaleńczo go kocha na dobre i na złe, chciała go hospitalizować w trakcie rozwoju nowotworu, a poza tym jest z patologicznej rodziny i naprawdę niejedno gówno w życiu widziała – więc przez kilka lat nie daje jej znaku życia. Ona wypłakuje sobie oczy, bo straciła ukochanego, a on przez ten czas ściga człowieka, który zmutował mu te geny, żeby je odmutował.

Kumacie, koleś, który był w poważnym związku opartym na mocnej miłości z wzajemnością, pozwala myśleć swojej partnerce, że nie żyje, tylko dlatego, że ma brzydką twarz. Brzmi sensownie nie?

Oczywiście pod koniec filmu okazuje się to, co było jasne jak skóra albinosa od początku i naprawdę nie trzeba się wychowywać na kreskówkach z X-menami, żeby na to wpaść – zmutowanych genów nie da się odmutować. Ale suspens, co? No, boki zrywać jaka ironia losu. HAHAHAHA. ALE ŚMISZNE. HAHAHAHA. PRZEZ CAŁY FILM BIEGAŁ ZA TYPEM, ŻEBY MU NAPRAWIŁ TWARZ, A TYP MÓWI, ŻE SIĘ NIE DA. HAHAHAHA. ALE BEKA. HAHAHAHA.

 

Sceny, które miały być na poważnie są turbo żenujące

To już nawet nie chodzi o to, że topiąc widza w „żartach” o waleniu konia trudno sprawić, aby przejął się sercowymi rozterkami głównego bohatera, czy jego problemami ze zdrowiem. Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a „Deadpool” ją przekracza.

 

Całość wygląda jak nieudana parodia

W momencie kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy, zastanawiasz się, czy „Deadpool” nie miał być tym dla filmów o superbohaterach, czym „Straszny film” był dla horrorów. Jednak ostatecznie dochodzisz do wniosku, że nie. Bo „Straszny film” był śmieszny.