Close
Close

11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowy

Skip to entry content

Rap w Polsce wciąż nie jest uznawany przez stare media za główny nurt, jak ma to miejsce w Stanach, ale już nie można mówić o nim jak o muzyce niszowej. Czy subkulturze. „Sub” są raczej wszystkie inne gatunki, które mogą się tylko modlić o popularność i zasięg jaki mają raperzy. Nawet takie tuzy popu jak Doda nie są w stanie równać się choćby z Pihem, który, delikatnie mówiąc, nigdy nie tworzył treści przystępnych dla masowego odbiorcy. Zresztą, o tym jakiej muzyki świadomie słuchają Polacy już pisałem.

Dziś o czymś innym. Dziś o tym, jak rap wpływa na mowę potoczną.

Za sprawą ogromnej grupy słuchaczy tego gatunku, hermetyczny slang przenika się z językiem codziennym. Wiele osób nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, ale część zwrotów, którymi posługuje się na co dzień pochodzi właśnie z rapowych kawałków. Podejrzewam, że Tobie też zdarza się rzucić jakieś hasło z utworu Molesty, Pezeta, czy Tedego nie mając o tym pojęcia. Lub, co gorsza, nie wiedząc, co tak naprawdę oznacza. Spoko, teraz już będziesz wiedział.

1. Propsy – w Stanach ten zwrot jest obecny niemal od zawsze i używa się go w momencie, gdy jeden raper chce wyrazić uznanie dla twórczości drugiego rapera. W Polsce po raz pierwszy został zauważony na płycie Zkibwoya „Obskurw King” i momentalnie rozprzestrzenił się poza środowisko. Gimbaza, hipsterzy i branża reklamowa uznała go za swój i używa jako modniejszego synonimu zwrotu „dobra robota”, bądź „szacuneczek”.

2. Diss – mało kto o tym wie nawet wśród hiphopowców, ale to skrót od „disrespect”, czyli „brak szacunku”. Pierwszym polskim dissem był utwór „Anty” Nagłego Ataku Spawacza, w którym mocno obrywa się Liroyowi. Panowie z Poznania porównywali kielczanina do narządów płciowych, kwieciście dając wyraz temu, że za nim nie przepadają. Obecnie sformułowanie zostało zdewaluowane i określa się nim nieprzychylny komentarz w internecie skierowany do konkretnego adresata.

3. Zajawka – to już w zasadzie archaizm i raczej nie słyszy się go na nowszych płytach. Słowo zostało bardzo mocno wyeksploatowane w okresie pierwszego boomu na hip-hop, w latach 2001-2005. Jest synonimem „pasji”/„entuzjazmu”. Co ciekawe, wcześniej funkcjonowało jako odpowiednik „teasera”/”trailera”/”sampla”.

4. Koks posypany – znaczy tyle co „kokaina jest gotowa do spożycia”. Rzadziej słyszy się to na żywo, częściej czyta w internecie przy okazji szydzenia z czyjejś nieudolnej próby lansu i imprezowania na pokaz. Te słowa miał wypowiedzieć Krzysztof Kozak – legendarny wydawca, współpracujący z takimi zespołami jak Wzgórze Ya-Pa 3, Warszafski Deszcz, czy z DJem 600v. Jednak na filmiku, na którym ten tekst pada po raz pierwszy, słychać, że wypowiadany jest przez Piha – rapera z Białegostoku.

[sociallocker id=”17312″]

5. Hajs się zgadza – chyba nie istnieje grupa społeczna z dostępem do internetu, przez którą nie przewinąłby się ten greps. Jest używany dosłownie wszędzie. Dwoiłem się i troiłem, żeby dojść do tego, kto jest autorem najpopularniejszego tekstu o tym, że suma pieniędzy jest adekwatna do oczekiwań. Wszystko wskazuje na to, że nie jest nim ani Gural, ani Wini, ani Tede, a Seba (Sebastian Muliński). Jeden z twórców niegdyś największego portalu i forum o hip-hopie – Hip-Hop.pl.

6. Bauns – w etymologicznym ujęciu, słowo to określało odłam rapu skupiający się na imprezach, używkach, dziewczynach, drogich ciuchach i drogich autach. Czyli szeroko pojętej zabawie. Bounce’owe bity były najczęściej szybsze, niż te klasyczne i charakteryzowały się cykaniem – gęstszym ułożeniem hi-hatu. Prekursorami baunsu w Polsce byli Tede, Borixon i Onar, i to oni rozpropagowali to pojęcie, robiąc z niego zamiennik „imprezy tanecznej”.

7. Ziomek – historia „ziomka” jest o tyle ciekawa, że zanim kultura masowa wyciągnęła go z rapu, robiąc z niego oficjalny odpowiednik kumpla, to hip-hopowcy wyciągnęli go ze staropolskiego. Kilka stuleci temu mówiono tak na osobę pochodzą z tego samego kraju bądź okolic – rodaka, krajana.

8. Bakać – tak, to ten czasownik związany z odurzaniem się marihuaną. Swoją popularność zawdzięcza Joce i Dabowi z Kalibra 44. Panowie w 2000 roku na jego cześć postanowili nazwać swoją koncertową ekipę Baku Baku Składem.

9. Pozdro 600 – założę się o dobrą pizzę, że nikt z Twoich znajomych nie wie, że to nie rdzenne młodzieżowe powiedzonko na do widzenia. To zwrot jakim zostaje pozdrowiony DJ 600v na jednej ze swoich płyt. Szerzej pisałem o tej monstrualnej pomyłce przy okazji zwrotów, których ludzie nie rozumieją.

10. Swag – jak byłem w podstawówce modne dzieciaki chciały mieć szpan, w liceum lans, a teraz swag. Zasadniczo chodzi o to samo – dobre ciuchy i wyróżnianie się z tłumu. Po raz pierwszy w polskim utworze „swag” pojawił się dopiero w maju 2012 roku. Przyjął się.

11. Mordo – w ostatnim czasie najpopularniejszy synonim do „kolego”, występujący w zasadzie tylko w wołaczu. Od 2006, kiedy oficjalnie zadebiutował w utworze „Osiedlowa saga” warszawskiego zespołu Bez Cenzury, stopniowo przybierał na sile, aż wyszedł ze środowisk młodzieżowo-imprezowych i wkradł się tak że w świat korporacyjny. „Mordo, wyślij mi na asapie fidbek, bo muszę klepnąć akcept tego projektu” – czy to mogłoby brzmieć piękniej?

Jeśli o czymś zapomniałem, a jest na tyle często używane, że warto to odnotować, to śmiało.

autorem zdjęcia w nagłówku jest raphaelstrada

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • KaZet

    z tym Pozdro 600 to sie nie zgodze. Zostalo to po prostu przyjete do jezyka, luzno, zabawowo. Moi znajomi wiedza doskonale skad I tez tego uzywaja. Tak wiec nie chodzi o niewiedze ale raczej o to ze ludzie czasem czegos uzywaja dla zabawy/bo sie tak przyjelo itp itd.

  • Dot

    Ciekawy wpis :) Znam wiele z tych zwrotów, aczkolwiek… żadnego nie używam ;)

  • Ziomuś, tekst na propsie, zajawka szejset, pozdrotysiącpińcet :D Poczęstowałabym cię baczką na następnym baunsie, ale wiem mordo, że ty dissujesz te klimaty. Yo! Najlepsze, że nigdy nie słuchałam hh.

  • Proponuję dopisać „heszke w meszke” jako zwrot typowo nic nie znaczący,o charakterze zabawowym ;). Autor: Popek.

  • Kokerson

    Zapomniałeś o bardzo ważnym, mianowicie – „sztos”

  • BonaVonTurka (Hipis)

    Kilku tekstów nie znałam, chyba zbyt długo żyję w środowisko mocno nastawionym na rock/metal, a nie rap. Ale lubię wszystkie powiedzonka i zwroty slangowe, dobrze odróżniają język codzienny od oficjalnego i są po prostu ciekawe.

  • Poczułam się staro. Poza „hajs się zgadza” i „swag” widzianym w internecie, to całą resztę znam jako coś co się za gówniarza mówiło, ale od lat tego nie słyszałam.

  • Nie wiem od kiedy i skąd, ale często słyszę „mordo ty moja”. Tylko kiedyś tak młodzież nie mówiła, to nie było modne. Tak mówiły staruchy.

  • Janku, link pod dziewiątką nie działa. Zwroty zamiast 9 zwrotów.

  • Agnieszka Kochańska

    4, 8 i 11 gdyby mnie ktoś zapytał, to nie powiedziałabym, że są w języku potocznym, ale może po prostu nie słyszałam ;) Bo inne – owszem, słyszę/widzę zarówno w formie pisanej, jak i mówionej.

  • FLAMASTER!

    Jak mogłeś nie wspomnieć o „elo”? :)

    • Cholera, masz rację. Nie wiem jak mogłem o tym zapomnieć, aż mi głupio teraz.

      • mai

        i jeszcze jarać się czymś :)

  • jax

    Autorem „Hajs sie zgadza” Jest Sokół

  • Nie myślałem, że tego dożyję… Żeby musieć „młodym ludziom” tłumaczyć czym są zajawki, baunsy, dissy czy bakanie…

  • Godny tekst! Życzę, aby hajs od przyszłych reklamodawców się zgadzał ; )

  • Dowiedziałam się czegoś nowego. Nie wszystko nowe, ale jednak. Nie wiem, ja się chyba z jakimiś wapniakami zadaję:P

  • Perzmek

    SIKORY złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
    I stoi pikiet sak
    Pod oknem, w sieni i u drzwi – dać tylko znak

    Celina, Stanisław Staszewski – początek lat 60 – tych.

    A nie wiem czy już nawet Grzesiuk tak zegarków nie nazywał.

  • lecimy tutaj

    Trzeba Cię uświadomić. Pozdro 600 to zwrot jakiego uzywa bonus bgc w trakcie wywiadu z Pakolem . Dzieki temu to powiedzenie stalo sie popularne ;)

  • Kasia

    Nie używam i nie słyszę. Jestem zacofana i w dodatku się starzeję. Czas na mnie.

  • Doktor Diagnoza, w skrócie DD

    „w chuja cięcie też zajęcie” Pih – 2003
    i bonus:
    „Jędker Jędker Realista hobby turysta od fleszy dystans” Jędker Realista w WWO – U Ciebie w mieście

    • To pierwsze faktycznie, przyjęło się w różnych środowiskach, ale nie wiem czy wcześniej też gdzieś tego nie słyszałem.

      • „W chuja cięcie…” na pewno jest starsze, mój ojczym tak mówi od dawien dawna :)

  • Znam wszystkie, a nawet więcej bo ostatnio dużo hip hopu mam wokoło. Ale sikor mi sie skutecznie ulotnił z pamięci.
    Swoją drogą a propo slangu to kopalnia treści jest w Slang2 u Pezeta. W sumie wyszło mi, że nie znam dwóch a cała reszta jest regularnie używana.
    I teraz pytanie czy najpierw był hiphop czy ludzie, którzy mówli tak miedzy sobą i nagle siedział w tym gronie też taki Magik i puścił to dalej.

    • Magik to akurat nie dużo hermetycznych rzeczy wrzucał, ale zasadniczo rap wywodzi się z podwórka, także siłą rzeczy musiał stamtąd czerpać.

  • Dzięki Janku, przeczytam jeszcze ze 2 razy i może uda mi się czymś zabłysnąć przed moim chłopakiem!

  • jestem na bieżąco – bardziej za sprawą taty klawisza

    • Stefan

      Tata jest strażnikiem w wiezieniu? To powazny background językowy :D

  • Artis

    Nie chcę się spierać, ale „sikor” wywodzi się raczej z więziennej grypsery, a przez raperów został tylko adoptowany. Ale pewności nie mam.

    • Robek

      też mi się tak wydaje. a na pewno pojawia się już w ‚Celinie’ Stanisława Staszewskiego: „sikory złote/ pod mankietem/ odmierzają sekund bieg”

      • Tak, macie rację, Stanisław Staszewski użył tego wcześniej.

  • Tylko te dwa ostatnie jakieś takie nowoczesne i nie znane wcześniej :)

    Jeszcze kojarzy mi się, że „gitara” (w rozumieniu „Co tam u Ciebie?”, „Gitara”) ma również hip-hopowe korzenie, ale nie mogę się doszukać.

    • „Swag” faktycznie jest świeży, bo pojawił się u nas niecałe 2 lata temu, ale „sikor” używany jest co najmniej od 12 lat ;) Tu pada po raz pierwszy: https://www.youtube.com/watch?v=HRFM4QHUjdM

      • Hah, używałam tego kawałka na prezentacji maturalnej z polskiego. Panie w komisji fajnie się bujały ;)

      • Sikor to słowo które było używane już bardzo dawno temu („Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg.” „Celina” S.Staszewski – zm. 1973r.)

  • widzę, że seba ma fejm. zaczynając czytać ten post właśnie seby oczekiwałam.

    • Łouł, nie spodziewałem się, że fejm Seby aż tak go wyprzedza.

      • Sebastian Muliński

        Nie jest źle, tym bardziej że w miarę regularnie czytam tego bloga.

        Pozdro.

        • Pozdrawiam również i to głównie jako 13-letni dzieciak, który odkrył forum na hip-hop.pl i zajarany codziennie czekał na 18:00, żeby móc połączyć się przez modem ;)

          • Sebastian Muliński

            Po niektórych zwrotach na forum wyczułem inspiracje, forum miało specyficzny styl. Znajdują ją też na u innych blogerów i vlogerów, choć nie każdy się przyznaje.

    • Sasasza

      Seba dobry forumowicz od tylu lat.

  • W sumie wiedza mi totalnie zbyteczna, ale jakież to ciekawe :)

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Znaki diakrytyczne są ważne

Skip to entry content

Znaki diakrytyczne to te wszystkie ogonki nad lub pod literkami, które tworzą ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż i sprawiają, że nasz język tak piękny. I można stworzyć tak cudne zdanie jak „Zażółć gęślą jaźń”. A także kilka innych, wykorzystywanych częściej niż to poprzednie, na przykład „Na górze róże, na dole też, tak słodko marszczysz nosek, gdy jesz”, czy „Żono, trzeba przetrzeć stół”. Niektórzy niestety o tym zapominają, ignorując ogonki i pisząc bez nich, zwłaszcza w szybkiej komunikacji w postaci wiadomości na Facebooku, czy w smsach, przez co dochodzi do licznych nieporozumień.

Dlaczego znaki diakrytyczne są tak ważne? Bo…

…„potrzebne mi tu cięcie”, to nie to samo, co „potrzebne mi tu ciecie”, gdy piszesz to do krawców.

…„wstaw mnie tam całą” , to nie to samo, co „wstaw mnie tam cala”, gdy piszesz to do grafika.

…„zostało jeszcze trochę wódy”, to nie to samo, co „zostało jeszcze trochę wody” , gdy piszesz to do znajomych pytających, czy wpaść na imprezę.

…„nie podoba mi się to żądanie”, to nie to samo, co „nie podoba mi sie to zadanie”, gdy piszesz to w korespondencji rozwodowej.

…„kiedy  wesele? 6-go mają”, to nie to samo, co „kiedy wesele? 6-go maja”, gdy piszesz to do partnerki, która ma pójść z Tobą na przyjęcie.

…„jest super, sobota jest błoga!” , to nie to samo, co „jest super, sobota jest bloga!”, gdy piszesz to do dziewczyny pytającej, czy masz wolny weekend.

I oczywiście „dobra, zgadzam się, poczuj jak spływa na ciebie moja łaska”, to zupełnie co innego niż „dobra, zgadzam sie, poczuj jak splywa na ciebie moja laska”, gdy piszesz to do kogokolwiek.

Tak że tego, ogonki są fajne, polecam.

---> SKOMENTUJ

„Deadpool”, czyli najgorszy film o superbohaterze jaki widziałem

Skip to entry content

Nie widziałem wszystkich filmów o superbohaterach jakie wyszły w historii kinematografii, ale widziałem ich całkiem sporo. W tym nieco kpiącego z tematu „Ant-mana”, próbującego zredefiniować temat „Kick-ass” i nic nie wnoszącego do tematu ostatniego „Supermana”, jednak żaden z nich nie był tak słaby jak „Deadpool”. To zdecydowanie najgorszy film o komiksowym bohaterze jaki widziałem i kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa.

Czemu „Deadpool” to kupa na trawniku, w którą lepiej nie wpaść?

NIEUSTANNE śmieszkowanie

W każdym rozrywkowym filmie są żarty, czasem nawet pojawiają się w polskich komediach, to normalne, oczywiste i na miejscu. Tyle, że żeby żarty podnosiły wartość filmu, a nie pierdoliły go po całości, muszą być jak przyprawy w potrawie kulinarnej. Po pierwsze muszą być odpowiednio dobrane, po drugie muszę być dodatkiem, a nie główną istotą dania. Tutaj, nie dość, że główna postać rzuca beton za betonem, jakby stawiała nowe osiedle, to jeszcze robi to NON STOP, co kurewsko męczy widza.

Najwyraźniej do nikogo z twórców nie doszła prawidłowość, że liczy się jakość, a nie ilość.

 

Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film

Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować. Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat. Jaki jest efekt tego, że Ryan Reynolds zwraca się z ekranu bezpośrednio do Ciebie, raz po raz informując Cię, że to tylko film, który oglądasz w kinie? Cały czas sobie o tym przypominasz i za cholerę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację głównego bohatera. Bo przecież to tylko głupi film.

Brawo, o to chodziło!

 

Słabe tłumaczenie

Jeśli naprawdę musisz iść na ten niewypał do kina, to wybierz się na jakąś wersję dla obcokrajowców bez polskich napisów, czy coś, bo polskie tłumaczenie sucharzące już i tak suche żarty, do reszty zepsuje Ci ten seans.

Oryginał:

– We can fight this.
– You’re right. Cancer is only in my liver, lung, prostate and brain. All thing I can live without.

Tłumaczenie:

– Damy radę.
– Jasne. Rak ogarnął tylko wątrobę, płuca, prostatę i mózg. Przeżyję bez nich.

 

Motyw, na którym został oparty scenariusz

Ten akapit zdradza fabułę, więc jeśli jesteś jednym z tych, którzy pod każdym tekstem na temat danego tytułu musi wklepać „UWAGA TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN”, to omiń go. Aczkolwiek, fabuła jest tak infantylna, że już po kwadransie będziesz wiedział jak się kończy i będziesz zażenowany tym, że twórcy robią z tego jakieś wydarzenie. No chyba, że oglądając „Zbuntowanego anioła” nie spodziewałeś się, że Milagros i Ivo wezmą ślub. Wtedy faktycznie możesz być zaskoczony.

Otóż cały film oparty jest na tym, że główny bohater ma raka i żeby od niego nie umrzeć, zgadza się na zmutowanie swoich genów. Skutek jest taki, że staje się nieśmiertelny, ale coś mu się dzieje ze skórą i brzydko wygląda. Nie widać mu przez nią kawałków mięśni, czy mózgu, jak w komiksie, tylko po prostu brzydko wygląda. Jakby był poparzony albo za szybko się zestarzał. Co w związku z tym? Tytułowy Deadpool wstydzi się pokazać z taką brzydką skórą swojej narzeczonej – która, zaznaczmy, szaleńczo go kocha na dobre i na złe, chciała go hospitalizować w trakcie rozwoju nowotworu, a poza tym jest z patologicznej rodziny i naprawdę niejedno gówno w życiu widziała – więc przez kilka lat nie daje jej znaku życia. Ona wypłakuje sobie oczy, bo straciła ukochanego, a on przez ten czas ściga człowieka, który zmutował mu te geny, żeby je odmutował.

Kumacie, koleś, który był w poważnym związku opartym na mocnej miłości z wzajemnością, pozwala myśleć swojej partnerce, że nie żyje, tylko dlatego, że ma brzydką twarz. Brzmi sensownie nie?

Oczywiście pod koniec filmu okazuje się to, co było jasne jak skóra albinosa od początku i naprawdę nie trzeba się wychowywać na kreskówkach z X-menami, żeby na to wpaść – zmutowanych genów nie da się odmutować. Ale suspens, co? No, boki zrywać jaka ironia losu. HAHAHAHA. ALE ŚMISZNE. HAHAHAHA. PRZEZ CAŁY FILM BIEGAŁ ZA TYPEM, ŻEBY MU NAPRAWIŁ TWARZ, A TYP MÓWI, ŻE SIĘ NIE DA. HAHAHAHA. ALE BEKA. HAHAHAHA.

 

Sceny, które miały być na poważnie są turbo żenujące

To już nawet nie chodzi o to, że topiąc widza w „żartach” o waleniu konia trudno sprawić, aby przejął się sercowymi rozterkami głównego bohatera, czy jego problemami ze zdrowiem. Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a „Deadpool” ją przekracza.

 

Całość wygląda jak nieudana parodia

W momencie kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy, zastanawiasz się, czy „Deadpool” nie miał być tym dla filmów o superbohaterach, czym „Straszny film” był dla horrorów. Jednak ostatecznie dochodzisz do wniosku, że nie. Bo „Straszny film” był śmieszny.

---> SKOMENTUJ