Close
Close

„Deadpool”, czyli najgorszy film o superbohaterze jaki widziałem

Skip to entry content

Nie widziałem wszystkich filmów o superbohaterach jakie wyszły w historii kinematografii, ale widziałem ich całkiem sporo. W tym nieco kpiącego z tematu „Ant-mana”, próbującego zredefiniować temat „Kick-ass” i nic nie wnoszącego do tematu ostatniego „Supermana”, jednak żaden z nich nie był tak słaby jak „Deadpool”. To zdecydowanie najgorszy film o komiksowym bohaterze jaki widziałem i kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa.

Czemu „Deadpool” to kupa na trawniku, w którą lepiej nie wpaść?

NIEUSTANNE śmieszkowanie

W każdym rozrywkowym filmie są żarty, czasem nawet pojawiają się w polskich komediach, to normalne, oczywiste i na miejscu. Tyle, że żeby żarty podnosiły wartość filmu, a nie pierdoliły go po całości, muszą być jak przyprawy w potrawie kulinarnej. Po pierwsze muszą być odpowiednio dobrane, po drugie muszę być dodatkiem, a nie główną istotą dania. Tutaj, nie dość, że główna postać rzuca beton za betonem, jakby stawiała nowe osiedle, to jeszcze robi to NON STOP, co kurewsko męczy widza.

Najwyraźniej do nikogo z twórców nie doszła prawidłowość, że liczy się jakość, a nie ilość.

 

Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film

Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować. Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat. Jaki jest efekt tego, że Ryan Reynolds zwraca się z ekranu bezpośrednio do Ciebie, raz po raz informując Cię, że to tylko film, który oglądasz w kinie? Cały czas sobie o tym przypominasz i za cholerę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację głównego bohatera. Bo przecież to tylko głupi film.

Brawo, o to chodziło!

 

Słabe tłumaczenie

Jeśli naprawdę musisz iść na ten niewypał do kina, to wybierz się na jakąś wersję dla obcokrajowców bez polskich napisów, czy coś, bo polskie tłumaczenie sucharzące już i tak suche żarty, do reszty zepsuje Ci ten seans.

Oryginał:

– We can fight this.
– You’re right. Cancer is only in my liver, lung, prostate and brain. All thing I can live without.

Tłumaczenie:

– Damy radę.
– Jasne. Rak ogarnął tylko wątrobę, płuca, prostatę i mózg. Przeżyję bez nich.

 

Motyw, na którym został oparty scenariusz

Ten akapit zdradza fabułę, więc jeśli jesteś jednym z tych, którzy pod każdym tekstem na temat danego tytułu musi wklepać „UWAGA TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN”, to omiń go. Aczkolwiek, fabuła jest tak infantylna, że już po kwadransie będziesz wiedział jak się kończy i będziesz zażenowany tym, że twórcy robią z tego jakieś wydarzenie. No chyba, że oglądając „Zbuntowanego anioła” nie spodziewałeś się, że Milagros i Ivo wezmą ślub. Wtedy faktycznie możesz być zaskoczony.

Otóż cały film oparty jest na tym, że główny bohater ma raka i żeby od niego nie umrzeć, zgadza się na zmutowanie swoich genów. Skutek jest taki, że staje się nieśmiertelny, ale coś mu się dzieje ze skórą i brzydko wygląda. Nie widać mu przez nią kawałków mięśni, czy mózgu, jak w komiksie, tylko po prostu brzydko wygląda. Jakby był poparzony albo za szybko się zestarzał. Co w związku z tym? Tytułowy Deadpool wstydzi się pokazać z taką brzydką skórą swojej narzeczonej – która, zaznaczmy, szaleńczo go kocha na dobre i na złe, chciała go hospitalizować w trakcie rozwoju nowotworu, a poza tym jest z patologicznej rodziny i naprawdę niejedno gówno w życiu widziała – więc przez kilka lat nie daje jej znaku życia. Ona wypłakuje sobie oczy, bo straciła ukochanego, a on przez ten czas ściga człowieka, który zmutował mu te geny, żeby je odmutował.

Kumacie, koleś, który był w poważnym związku opartym na mocnej miłości z wzajemnością, pozwala myśleć swojej partnerce, że nie żyje, tylko dlatego, że ma brzydką twarz. Brzmi sensownie nie?

Oczywiście pod koniec filmu okazuje się to, co było jasne jak skóra albinosa od początku i naprawdę nie trzeba się wychowywać na kreskówkach z X-menami, żeby na to wpaść – zmutowanych genów nie da się odmutować. Ale suspens, co? No, boki zrywać jaka ironia losu. HAHAHAHA. ALE ŚMISZNE. HAHAHAHA. PRZEZ CAŁY FILM BIEGAŁ ZA TYPEM, ŻEBY MU NAPRAWIŁ TWARZ, A TYP MÓWI, ŻE SIĘ NIE DA. HAHAHAHA. ALE BEKA. HAHAHAHA.

 

Sceny, które miały być na poważnie są turbo żenujące

To już nawet nie chodzi o to, że topiąc widza w „żartach” o waleniu konia trudno sprawić, aby przejął się sercowymi rozterkami głównego bohatera, czy jego problemami ze zdrowiem. Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a „Deadpool” ją przekracza.

 

Całość wygląda jak nieudana parodia

W momencie kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy, zastanawiasz się, czy „Deadpool” nie miał być tym dla filmów o superbohaterach, czym „Straszny film” był dla horrorów. Jednak ostatecznie dochodzisz do wniosku, że nie. Bo „Straszny film” był śmieszny.

(niżej jest kolejny tekst)

49
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
25 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
38 Comment authors
Marta Mardyłahaker102Patryk MaczugaBartosz Kałkusrad deja Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jack Graal
Gość

Sorry, ale przegiąłeś… Najpierw research, potem tekst.

korro
Gość
korro

Zaraz, zaraz…. Autor recenzji nie ma żadnego obowiązku bycia
obeznanym w Universum Marvela. Ocenia film jako film. Po prostu. Nie
wszyscy aż tak się jarają komiksami żeby je czytać i znać wszystkie
szczegóły. Mimo to, każdy ma prawo obejrzeć film i wydać o nim swoją
opinię – niezależnie od tego czy zna komiksy czy nie. Film można oceniać nie znając książki, bo po to został stworzony żeby go oglądać, a nie żeby przeczytać wszystkie komiksy i dopiero wtedy móc zrozumieć fenomen postaci ;)

Patryk Maczuga
Gość
Patryk Maczuga

Jak dla mnie cały ten post wynika totalnie z niezrozumienia filmu.
To troche jak by powiedzieć „Matrix to gowno bo jak Neo może zabić XX ludzi w tylu częściach i przeżyć!!??” Odp. To nie dokument a film akcji/sf.
Nie zabraniam nikomu nie lubić filmu, ale czaisz napisać ze Ogniem i mieczem, że to gowno bo nie ma Golumów i Orków, (bo w sumie tu tak chodzą po lasach i we Władcy pierścieni tez chodzili wiec mogę porównać).

LISU
Gość

Nie to żeby… ale myślę, że jeden komiks z Deadpoolem, pokaże ci jak bardzo nie zrozumiałeś tego filmu… :) I jasne – może się on nie podobać, ale większośc ‚wad’ wymienionych przez ciebie to jest właśnie cąły Deadpool! A to, ile udało się im tam wepchnąć perełek, nawiązań, smaczków, odniesień i ‚easter eggów’ to jakieś pieprzone mistrzostwo, ale do tego już jednak jest wymagana znajomość zarówno postaci, komiksów jak i całego uniwersum Marvela. Ten film to w sumie średni film, bo Deadpool zasługuje na o wiele więcej na ekranie, ale GENIALNA adaptacja. A – burzenie czwartej ściany to jeden ze… Czytaj więcej »

Grinch510
Gość
Grinch510
sochers
Gość
sochers

Poczekaj, czy ja to naprawdę przeczytałem? Film średni. ale genialna adaptacja komiksu (ergo komiks średni?) :)

LISU
Gość

nienie – film średni, bo fabularnie jednak leży, ale postać Deadpool’a samego w sobie, zaadaptowana z komiksu na ekran świetnie;)

Jan Favre
Gość

Lisu, nie mówię, że twórcy „House of Cards” jako pierwsi na świecie wymyślili burzenie czwartej ściany, tylko że tam ten zabieg stanowi dużą wartość dodaną filmu, a w „Deadpoolu” jeszcze bardziej go pogrąża.

A co do tego, że nie zrozumiałem filmu, bo mi się nie podoba, to wiesz :)

Pyrovatis
Gość
Pyrovatis

Ja myślę podobnie jak Lisu, wypunktowałeś rzeczy, które są mocną stroną Deadpoola, bo pokazują, że jest to jak najwierniejsze przeniesienie komiksu na ekran. 1. Nieustanne śmieszkowanie. Deadpool rzuca sucharami, bo taki jest. Taki ma humor, obleśny, czarny i miejscami suchy jak pustynia Gobi. Przykład: – – – 2. Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film. Łamanie czwartej ściany tak jak pisałeś nie zostało ofkoz wymyślone w „House of Cards”, a tutaj było wiele razy wykorzystane, miejscami to niemal traktowało widza jak idiotę żeby nie zapomniał, że to tylko film. Ale znów to samo robi Deadpool w komiksie Przykład: – –… Czytaj więcej »

Saga Sachnik
Gość

Zgadzam się, tylko jednak fabuła mnie mocno rozczarowała. Poza tym, przyzwoicie ;)

B.B.Wolf
Gość
B.B.Wolf

Autor tekstu miał do czynienia z Deadpoolem przed filmem?

Wiktor Klezcyk
Gość
Wiktor Klezcyk

A powiem Ci, że zawsze lubiłem komiksową postać Deadpoola. Te jego gówniane i chamskie żarty, przełamywanie czwartej ściany które nie wnosi żadnej wartości itd.
Niestety połowa dobrych tekstów była w trailerze. Cała reszta jakości marnej. Na plus bezsensowna przemoc i zastrzelenie kolesia na koniec na zasadzie „bo mogę”.
Ogółem film słaby, niewart pójścia do kina. Marketing, trailery, to wszystko podniosło poprzeczkę bardzo wysoko.

Szkoda że film nie doskoczył to tego poziomu. Nie wart pójścia do kina.

anoriell - Katarzyna Janoska
Gość

Widziałam ten film w Rosji. Z rosyjskim dubbingiem. Pobij to!

Jan Favre
Gość

Okej, wygrałaś!

CharlesNigma
Gość

Mam wrażenie, że chciałeś wywołać burzę w komentarzach i sądzę, że Ci to uda. To przeciętny film, ale doskonale oddaje wszystkie cechy głównego bohatera. IMO jesteś zbyt surowy, ale to Twój blog i Twoje kredki.

Jan Favre
Gość

Jakbym chciał wywołać burzę w komentarzach, to bym napisał, że popieram eutanazję. Ten mi się po prostu bardzo nie podobał.

Niezwykły Błyskotliwy Egzekuto
Gość
Niezwykły Błyskotliwy Egzekuto

Rozumiem ze film mógł ci się nie podobać, do mnie również humor nie zawsze trafiał i nie wznoszę tego filmu do rangi arcydzieła, bo Deadpool na pewno nim nie jest. Ot, przyjemna komedyjka – ale to jest czepianie się dla samej idei czepiania. Jako wady podałeś rzeczy które były zamierzone przez twórców i efekt został osiągnięty tak jak oczekiwali. Faktycznych wad w tej recenzji jak na lekarstwo. To wynika tylko i wyłącznie z twojej ignorancji. A ja ze swojej strony odsyłam do pierwowzoru – może pozwoli ci to zrozumieć dlaczego film wygląda tak a nie inaczej. Na pewno jako ekranizacja… Czytaj więcej »

Krzysztof Lancaster Kotkowicz
Gość
Krzysztof Lancaster Kotkowicz

„Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować.” Ooooooo stary… Deadpool w komiksie jest jedynym superbohaterem, który ma świadomość tego, że jest w komiksie. Burzy czwartą ścianę na każdym kroku, odzywa się do czytelnika i robił to, zanim ktokolwiek jeszcze pomyślał o nakręceniu House of Cards. I to tego z 1990 roku. Zdecydowanie „reżyser pozazdrościł” robiąc wierną adaptację komiksu. BTW – twórca House of Cards sam przyznał, że przy burzeniu czwartej ściany inspirował się… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Krzychu, co do wątku z „House of Cards”, to nie mówię, że twórcy „House of Cards” jako pierwsi na świecie wymyślili burzenie czwartej ściany, tylko że tam ten zabieg stanowi dużą wartość dodaną filmu, a w „Deadpoolu” jeszcze bardziej go pogrąża.

Co do kiczu w „poważnych scenach”, to nie jest on na tyle przesadzony, żeby się z niego śmiać, tylko wygląda jakby wyszedł przypadkiem, bo scena miała być „na serio”.

Krzysztof Lancaster Kotkowicz
Gość
Krzysztof Lancaster Kotkowicz

O nie, nie, nie. W Deadpoolu nie ma ani jednej sceny która miała być na serio. Przypuszczam, że przyjęcie tego założenia mogłoby zmienić nieco Twój odbiór filmu. :)

Igor Chmielewski
Gość

Założenie że Deadpool to kolejny film z serii superherosów już na samym początku było błędne. Polecam obejrzeć nawet cut-scenki z gry o deadpoolu. Jedyne do czego można się przyczepić odnośnie filmu to fakt że wade pozostaje „zdrowy na umyśle” każdy kto czytał komiksy wie ocb

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Syn sąsiadki: historia jajek 1,20zł za sztukę

Skip to entry content

Nowe osiedle, nowe mieszkanie, nowi sąsiedzi, nowe przygody.

2 lutego

Leżę obłożnie chory w łóżku i, co najgorsze, głodny, bo nowe mieszkanie, to pustki w lodówce, w szafkach i w ogóle zero ryżu i kotletów sojowych zakamuflowanych w pawlaczu na czarną godzinę. Kolega się nade mną zlitował i, licząc najprawdopodobniej na kanonizację za życia, powiedział, że zrobi mi zakupy i przywiezie. I nie dość, że powiedział, to faktycznie zrobił i jeszcze przywiózł. No, złoty człowiek. Złotszy niż nasza waluta krajowa.

Czekam, czekam, czekam, a tu zamiast zwarcia w domofonie, słyszę dzwonek w telefonie i dowiaduję się, że mu się śpieszy, bo cośtamcośtam i nie wejdzie na górę tylko mam zejść pod klatę po te rzeczy, bo zaraz będzie. Myślę sobie „jak tak można człowieka z łoża śmierci zrywać! nic nie będzie z tej jego beatyfikacji!”, ale schodzę.

Schodzę, a tu w siatkach z Almy największe rarytasy – ser od kozy, szynkach od Włocha, jaja od chłopa – w sensie nie, że ludzkie, tylko że od rolnika, ze wsi w sensie – sok nie z koncentratu, pieczywo nie z mrożonek, szpinak zresztą też. Myślę „złoty człowiek, do platyny mu trochę brakuje, ale złoty jak nic”. Biere te siaty i w tym agonalnym stanie wchodzę po schodach. Wchodzę, wchodzę, już jestem na półpiętrze – pierwszym i staram się ogarnąć myślą, że jeszcze pięć przede mną – i nie wiem, czy to majaki od gorączki, ale słyszę jakieś dzikie wycie i diabelskie dudnienie. Coś jak w „Hobbit: bitwa pięciu armii”, kiedy te pięć armii faktycznie zaczęło się naparzać.

Słyszę, że to coraz bliżej, że orki i elfy się zaraz na mnie rzucą, unoszę głowę do góry… a to pies.

Rozszalały golden retriver pędzi na mnie jakbym był suką z cieczką albo co najmniej masarzem perfumującym się po pracy suchą krakowską. Bydle jest tak rozpędzone, że wypadając zza zakrętu może nawet i mnie widzi, całkiem prawdopodobne, że nawet coś tam trybi, żeby wyhamować i nie skoczyć na mnie całą masą ciała, ale jest za późno. Taranuje mnie jak trabant krasnale ogrodowe i leci – mówiąc dosłownie – dalej. Zanim zdążę się dobrze wkurwić, że zakupy poszły tam, gdzie Jose Arcadio Morales w „Killerów 2-óch”, wpada na mnie jego właściciel – dzieciak w za dużej bluzie z kapturem, za dużej czapce z daszkiem i najwyraźniej również za dużych butach, który goniąc psa też nie wyrobił na zakręcie.

Gdyby wpadł tylko na mnie to pół biedy, czy tam ćwierć nawet, bo i tak jestem znieczulony Nurofenem, ale wpada również na zakupy, a w zasadzie, to w zakupy i tak jak jego pies, leci – również dosłownie, nie metaforycznie – dalej. Żadnego „przepraszam”, żadnego „sorka”, a tym bardziej „proszę mi wybaczyć, że ja i pies, za którego odpowiadam, zrobiliśmy panu z jedzenia materiał na kompost, obiecuję, że to się nie powtórzy, a w ramach za dość uczynienia umyję panu w wolną sobotę samochód, którego pan nie posiada”. Żadne z tych sformułowań nie padło. Synek po prostu olał temat, przejmując się tym mniej niż budowaniem trzeciego filaru emerytalnego, a ja zostałem z jajecznicą na surowo i wkomponowanym w nią szpinakiem. Co nie jest moim ulubionym daniem.

To nie jest tekst z cyklu „ta dzisiejsza młodzież…”. To znaczy trochę jest, ale bardziej o tym, że znowu nie spróbowałem jajek 1,20zł za sztukę.

9 lutego

Wracam z osiedlowej Żabki z kurosantami i dżemem na drugie śniadanie, ciesząc się, że idzie wiosna. Fantazjuję, że w przyszłym tygodniu pewnie będzie już można pływać na Zakrzówku podziwiając miss osiedla, które przyszły się poopalać w pseudokoronkowej bieliźnie i pełnym studniówkowym makijażu, jarając na potęgę czerwone Viceroye.

W pewnym momencie tę idyliczną wizję, jak zamek z piasku podmyty przez falę, burzy mi szczeknięcie. Szczęknięcie tak charakterystyczne, że chyba je skądś kojarzę. Hmmm, czyżby mój królik tak szczekał? Nie, chyba nie, króliki przecież nie szczekają. Poza tym, nie mam królika. Skąd mogę kojarzyć ten dźwięk? A tak, już wiem! Z zeszłego tygodnia, kiedy wydający je golden retriver półprzytomnego, kontuzjowanego przez chorobę na ciele i umyśle mnie rzucił na ścianę, a potem jego właściciel biegnący za nim potraktował moje zakupy jak piłkę do rugby, robiąc z nich błyskawiczny gulasz do zjedzenia z ziemi.

Co za uroczy dzień! – jakby to powiedział trep z „Mad Maxa”.

Lokalizuję na horyzoncie psa i błądzę wzrokiem za właścicielem, żeby teraz – niemal w pełni sił witalnych – rozmówić się z nim na temat przedwcześnie uśmierconych jajek 1,20zł za sztukę i przede wszystkim ucieczki z miejsca wypadku. Dobra, jest! Widzę gówniarza jak siedzi na schodkach od zjeżdżalni z kapturem na głowie i klepie coś na telefonie. Dzieciak klepie jednak na tyle intensywnie, że telefon w pewnym momencie wyślizguje mu się z rąk i upada – skąd ja to znam? no, witaj w klubie – i podnosząc go ziemi zauważa mnie.

Widzieliście kiedyś „Krzyk”? Nie film Wesa Cravena, tylko obraz Edvarda Muncha? To na jego twarzy – po przetworzeniu procesu myślowego pod tytułem „zachowałem się mega niekulturalnie wobec tego pana, a teraz spotykamy się i idzie w moją stronę, więc z pewnością będę miał problemy” – pojawia się dokładanie taka sama mina, co na obrazie.

Zanim zdążę powiedzieć, że nie zamierzam go zamordować gołymi rękami, a tym bardziej przy użyciu tępego noża do masła, ani nawet nie poddam jego kończy obróbce palnikiem, dzieciak gwiżdże na psa i zaczyna uciekać. (swoją drogą, ma takie wyjście z progu, że Lance Armstrong mógłby się czuć zagrożony). Gonię go jakieś całe 9 sekund – zanim organizm nie przypomni mi, że jednak nie mam już 14 lat, tylko dwa razy tyle – ale zanim dotrze do niego moje całkiem donośne „poczekaj, nic ci nie zrobię”, rozpływa się między blokami jak hajs z pierwszej wypłaty tuż po opłaceniu rachunków za mieszkanie.

Już wiem jak to jest być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. I czuć na sobie spojrzenie sąsiadów, jakby właśnie byli niedoszłymi świadkami zbrodni na nieletnim.

14 lutego

Jak na perfekcyjnego pana domu przystało, z samego rana – tuż po 13 – ogarnąłem zniszczenia powstałe w wyniku przedwalentynkowego maratonu filmów Tarantino, zapakowałem potłuczone kieliszki po wściekłych psach do worka i razem z pozostałościami po burgerach ruszyłem na rytualny spacer ze śmieciami. Nie jest to jakoś wyjątkowo ekscytująca czynność, więc też nie spodziewałem się zaskakujących zwrotów akcji. A powinienem.

Wracam ze śmietnika, dumny, że oddzieliłem szkło od plastiku i teraz lasy tropikalne mogą spać spokojnie, i… widzę gówniarza, który – do spółki ze swoim z pewnością nieszczepionym psem mordercą – poturbował moje zakupy. I mnie. Spotykamy się prawie w samo południe, przy drzwiach od klatki. Ja wchodzę, on wychodzi. Z mamą. Całkiem, całkiem dodajmy.

Jak poprzednio, podnosi głowę z nad komórki, zauważa mnie i jego – całkowicie świadoma zbrodni jaką popełnił – psychika, robi to o czym mówił Paweł Deląg w „Chłopaki nie płaczą”. Ciągnę za drzwi, dzieciak w odruchu bezwarunkowym gwałtownie cofa się depcząc mamie nieco nadgryzione zębem czasu, ale wciąż nadając się do użytku czółenka, na co rodzicielka reaguje równie bezwarunkowym i donośnym „Ałaaaaaaa!”. Oprawca odpowiada na ten bitewny okrzyk jedyną ściemą jaką jego przerażonym konfrontacją zwojom mózgowym udało się wyprodukować: „m-m-muszę wrócić do domu po telefon, z-zaraz przyjdę mamo” i z gracją parkourowca po wchłonięciu przeterminowanego LSD wbiega – a w zasadzie prawie, że wlatuje – po schodach na górę.

Wykorzystując okazję, że Pani Mama, nie zorientowała się jeszcze, że dzieciak cały czas miał telefon w dłoni i nie zaczęła go gonić, ani zanim krzyczeć, bo wciąż przeżywa zmiażdżenie stopy, przystępuję do ataku:

– Dzień dobry, jestem państwa sąsiadem z trzeciego piętra i pani syn ostatnio sprowadzając psa zniszczył mi zakupy, w związku z czym…

– Dzień dobry <nieme_ała_chyba_straciłam_kości_w_śródstopiu>, ale jak to mój synu? Zaraz, zaraz, co się stało? Nie rozumiem.

– Szedłem z zakupami po schodach. Pani syn wychodził z psem. Spuścił go ze smyczy. Pies biegł. Przewrócił mnie i stratował zakupy, a później pani syn goniąc go wbiegł w nie i je rozdeptał. Po czym uciekł.

Mój syn?

– No, ten chłopiec, z którym pani szła i przed chwilą uciekł.

– I kiedy pan mówi, że to się stało?

– Trochę więcej niż tydzień temu. Mają państwo golden retrivera, tak?

– <zawias_i_gruba_rozkmina>

– <pełna_koncentracja_i_skupienie_sięgające_zenitu>

– I uciekł <rozkmina_trwa>?

– Tak, pies mnie staranował, pani syn rozdeptał moje zakupy i uciekł, w związku z….

– Przepraszam pana bardzo, naprawdę, wie pan, to trudny wiek, druga klasa gimnazjum, hormony, rówieśnicy, wariactwo. Ale on nie chciał, to dobry chłopak. Wrażliwy. Bardzo. Wie pan, ten pies to jest całe jego życie, on poza nim świata nie widzi, to jego najlepszy przyjaciel, on na pewno nie chciał. To jest dobry chłopak, naprawdę. Ale porozmawiam z nim. Przepraszam jeszcze raz. Dużo się tych zakupów zniszczyło przez ten wypadek? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– Trochę się zniszczyło, jajka, szpinak, pomidory, ser…

– Ojej, ojej, przykro mi bardzo. Bardzo mi przykro, naprawdę. Myśli pan, że 30zł wystarczy? Cholera, gdzie ja mam tę portmonetkę…

– Myślę, że tak, tylko wie pani, to nie tyle chodzi o pieniądze, co o zachowanie. Żadnego „przepraszam”, „nie chciałem”, czy cokolwiek.

– On nie chciał na pewno, ten pies – Budrys – jemu czasem coś strzeli i trudno nad nim zapanować, ja sama nie raz mam kłopot, a Grzesiu…

– Nie wiem, czy nie chciał, wiem na pewno, że uciekł bez słowa.

– No tak, ma pan rację, ma pan rację, powinien przeprosić. Ja pana przepraszam serdecznie jeszcze raz, ale porozmawiam z synem i przyjdzie pana przeprosić i oddać za to co zepsuł. Pod którym numerem mówi, że pan mieszka?

– Na trzecim piętrze po lewej.

– Dobrze, dobrze, to tak jak mówię, syn do pana przyjdzie i przeprosi, w porządku? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– W porządku.

No, to będzie ciekawe spotkanie. Choć dość wątpliwe, bo od 13:17 jeszcze nie udało mu się dotrzeć.

Jak obstawiacie – przyjdzie?

17 lutego

Piję herbatę z imbirem, bo przeziębienie, słuchałem nowego kawałka Quebonafide o Meksyku, bo czekałem mocno i odpisuję na komentarze pod ostatnim tekstem, bo tyle co opublikowałem. Między refrenem a drugą zwrotką słyszę jakiś dziwny pomruk, coś między rozklepywaniem mięsa na schabowe, a ubijaniem muchy. Biorąc pod uwagę, że jest po 19:00, więc pora mało obiadowa i wciąż zima, więc pora mało muchowa, ściszam muzykę, żeby dojść do tego co to. A to, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, pukanie do drzwi! Baaardzo nieśmiałe, ale jednak.

Przekręcam turbo pancerny zamek Gerdy chroniący dobytek mojego życia, który ostatnio udało mi się cały zapakować do Citroena Berlingo i kogo widzę? Tak, to on – huligan-uciekinier, który wraz ze swoim psem wpisał się w moje życie trzema szóstkami. W końcu się pojawił.

– Dź-dź-dzień dobry – spuszczony wzrok, a mimo to przerażenie w oczach na poziomie ponad 9000.

– No, dzień dobry.

– Ch-chciałem pana przeprosić – postawa ciała cały czas skupiona na wiązaniu sznurówek siłą woli.

– Za co? – oj, chyba nie spodziewał się aż tak rozbudowanej konwersacji.

– Z-za ten wypadek – sprawdzanie, czy buty same nie ściągają mu się ze stóp i nie uciekają dalej w toku.

Masz na myśli, że chcesz mnie przeprosić za to, że Twój pies na mnie wbiegł tratując mi zakupy, a ty potem je rozdeptałeś i uciekłeś bez słowa, a potem się przede mną chowałeś?

– Tak.

– Aha.

– Bardzo pana przepraszam za to wszystko.

– No, biorąc pod uwagę, że to stało się 2 tygodnie temu, a z twoją mamą rozmawiałem 3 dni temu, to trochę ci zeszło.

– Ja… ja… się wstydziłem. Bardzo wstydziłem. I bardzo pana bałem… – jezusmariapeszek, jak mu się głos łamie, nie spodziewałbym się, że to możliwe, ale on chyba naprawdę się mnie bał – Nie wiedziałem co powiedzieć po prostu… A bałem się… Że pan będzie krzyczał na mnie… Przepraszam bardzo – takiego falsetu nie słyszałem odkąd w 2008 przestałem mieszkać obok Opery Krakowskiej. Dobra, wzruszył mnie, wierzę mu, zresztą, kto w jego wieku nie robił głupot niech pierwszy pokaże dzienniczek uwag.

– Dobra…

– Aaa – pierwszy raz odkąd otworzyłem drzwi patrzy na mnie – to remompensata dla pana – i podaje mi ściśnięte w dłoni jak plastelina, wilgotne od potu 30zł – za zakupy.

– „Rekompensata”.

– P-proszę?

– To słowo, to „rekompensata”.

– …

– Mniejsza z tym. Słuchaj, jest w porządku. Zajęło ci to trochę czasu, ale zachowałeś się jak trzeba, przyszedłeś, przeprosiłeś, nie mam żalu.

– Bałem się po tym jak mnie pan gonił po osiedlu – no pięknie, wyszedłem na jakiegoś świra-sadystę-prześladowcę.

– Heh – śmiech dla wyluzowania sytuacji – nie goniłem cię, tylko chciałem z tobą porozmawiać. Zresztą, czy ja wyglądam na kogoś niebezpiecznego? – typowe hasło zboczeńców z „W11”.

– Nooo – już z dobre 10 sekund nie opuścił wzroku – nie.

– No, właśnie, tak że spokojnie – boże, brzmię jak swój własny dziadek.

– No i słucha pan Quebo – skąd on to wie?

– Skąd ty to wiesz?

– Jak pukałem do pana to słyszałem, że leci „Quebahombre” – przeprocesowanie w głowie tego, co właśnie powiedział – n-nie żebym podsłuchiwał, t-tylko po prostu było słychać.

– Spokojnie, spokojnie – jeszcze raz powiem „spokojnie” głosem Piotra Fronczewskiego z „Rodziny zastępczej” i wezmą mnie do dubbingowania bajek dla dzieci.

– Też słuchałem przed chwilą, ale „Oh my budda” lepsze – skubany, faktycznie, ma rację.

– Faktycznie, masz rację.

Po kwadransie wymiany spostrzeżeń na temat kondycji polskiego rapu, cały czas stojąc w progu jakbym przyjmował świadka Jehowy, po chłopaka zeszła matka zapewne przekonana, że jej syn leży już poćwiartowany w workach foliowych na moim balkonie, bo w końcu ile może trwać powiedzenie „przepraszam”? Gdy zobaczyła, że mimo wszystko jej pociecha ma wszystkie kończyny i nie nosi śladów odurzenia chloroformem, przywitała się i ucięła kolejną 15-minutową rozmowę, tym razem na temat tego, czemu nasza spółdzielnia podniosła opłaty za ogrzewanie mimo, że w zasadzie już je wyłączyła. Rozmowa ostatecznie zakończyła się omawianiem zakupów online i debatowaniu, który dyskont spożywczy ma najlepsze jajka.

A Wy, jaki macie sposób na poznawanie sąsiadów? Bo ten ewidentnie działa.

8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem

Skip to entry content

Kiedy wchodzisz w pierwszy związek, o życiu w parze wiesz niewiele, a w zasadzie to mogę się założyć o dobrego burgera, że nie wiesz nic. Jednak przez przekaz jaki płynie z popkultury wydaje Ci się, że wiesz na czym ta gra polega. A jeśli w podstawówce poprosiłeś jakąś 9-latkę o chodzenie i nie dała Ci kosza zanosząc się od śmiechu i uciekając na drugą stronę korytarza, to w ogóle wydaje Ci się, że jesteś asem w te klocki. Też wydawało mi się, że wiem co jest pięć w byciu z kimś, jednak czas, a w zasadzie to rozpady kolejnych relacji, uzmysłowiły mi, że byłem w większym błędzie, niż Anakin Skywalker wierzący, że przechodząc na ciemną stronę mocy ocali Padme.

Oto 8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem.

 

Bycie ze sobą, nie jest równoznaczne z byciem swoją własnością

Będąc w gimnazjum, czy liceum, nie byłem w stanie rozumieć jak ktoś będąc z kimś w związku może komuś coś kazać lub czegoś zabronić. To było irracjonalne, ale miałem koleżanki, które nie mogły pójść ze mną na spacer, czy piwo, bo miały zakaz od swoich chłopaków. I to nie, że chodziło konkretnie o mnie, tylko ogólnie, nie mogły mieć kolegów. Więcej, jeśli któraś z nich chciała iść bez swojego chłopaka na imprezę, najpierw musiała go spytać o pozwolenie, a później, po uzyskaniu takowego, raportować, co się dzieje i zameldować się, gdy wróci.

Jedne, gdy wyjechały na studia i zmieniły otoczenie, zrozumiały, że to była skrajna patologia, ale niektóre pozostały w takich układach i wciąż nie zdają sobie sprawy, że są traktowane jak rzecz, a nie człowiek. Analogicznie, facetów też to dotykało, ale w mniejszej skali.

Jeśli na początku w łóżku jest słabo, nie znaczy, że już zawsze tak będzie

Będąc w pierwszej relacji nie masz wiedzy z poprzednich związków i nie wiesz, że trzeba się dotrzeć. Również w kwestii seksu. To, że pierwsze stosunki są bez fajerwerków, czy nawet pomruku kapiszonów, może być wynikiem tego, że oboje nie macie jeszcze doświadczenia w tej materii i nie wiecie co zrobić, żeby było dobrze, albo, że w ogóle nie zdajecie sobie sprawy z tego co lubicie. Zamiast od razu się rozstawać, bo Ty chcesz jak Snoop Dogg w kawałkach, a ona na niepokalaną dziewicę Maryję, wystarczy o tym porozmawiać i spróbować dojść do porozumienia.

Facet nie jest od płacenia

Reklamy, filmy i seriale pokazują sceny, w których facet płaci za kolację, potem płaci za bilety do kina, potem płaci za drinka w barze, a potem jeszcze za taksówkę. Tak jakby każdy samiec był posiadaczem torby Świętego Mikołaja, która po brzegi jest wypchana pieniędzmi i nigdy nie ma dna. Otóż nie, nadrzędną funkcją mężczyzny w związku nie jest regulowanie rachunków i machanie na prawo i lewo kartą płatniczą jakby miał niekontrolowany tik tenisisty. W zdrowym związku, płacisz za kobietę wtedy, kiedy masz na to ochotę i też nie będzie nic niezwykłego w tym, jeśli to ona zapłaci za Ciebie.

To, że teraz kochacie się na zabój, nie znaczy, że za rok też tak będzie

Będąc młodym, naiwnym i błogo nieświadomym, wydaje Ci się, że te motylki w brzuchu nigdy nie cofną się do etapu glist albo nie zamienią w ćmy. Zauroczenie potrafi minąć równie szybko, co smak gumy turbo i to zupełnie naturalne, bo im dłużej jesteście ze sobą, tym bardziej się poznajecie i realnie widzicie siebie nawzajem. I albo ten obraz Wam odpowiada albo jest rozbieżny z Waszymi oczekiwaniami i dziękujecie sobie za współpracę.

Kobieta potrzebuje seksu tak samo bardzo jak mężczyzna

A czasem nawet bardziej, ale często, zwłaszcza w młodym wieku, nawet sama o tym nie wie.

Nie ma dwóch identycznych związków

Na samym początku porównujesz swoją relację do innych. Do tych, o których pisali poeci przez wieki, do tych, w których są Twoi znajomi, i do tych, które widziałeś w „Klanie”. I zastanawiasz się, czy to dobrze, czy źle, że Ty i Twoja Mała nie jesteście jak Brad Pitt i Angelina Jolie. Dopiero dużo później dochodzi do Ciebie, że adopcja dzieci z krajów trzeciego świata nie jest wymogiem u każdej pary i to, że zachowujecie się inaczej niż Wasi znajomi nie jest ani plusem, ani minusem. Jeśli jakiś zwyczaj, czy zachowanie, sprawdza się u pary w Cosmopolitan albo najnowszej komedii romantycznej, wcale nie znaczy, że u Was będzie tak samo i że jeśli to nie zadziała, to powód do zmartwień.

Spędzanie każdej chwili razem nie jest zdrowe

Jeśli jesteście jak bliźniaki syjamskie, tylko z innymi narządami płciowymi, to prędzej, czy później przekonacie się jak bolesne jest chirurgiczne rozdzielanie takiej pary. Po pierwsze, człowiek potrzebuje przestrzeni dla siebie, potrzebuje pobyć samemu dla higieny psychicznej i zachowania równowagi emocjonalnej. Po drugiej, im więcej macie niewspólnych zainteresowań, tym lepiej dla Was obojga. Kiszenie się ciągle we własnym sosie powoduje, że ten w końcu fermentuje i można się od niego porzygać. Z kolei posiadanie swoich indywidualnych zajawek sprawia, że cały czas jesteście dla siebie świeży i wciągacie nawzajem w swoje światy.

Poza tym, w gorszych momentach, chwilach zawahania, bądź gdy się rozstaniecie, będziecie mieli czym się zająć, a nie zostaniecie z poczuciem jakby cały świat Wam się zawalił.

To, że się rozstaliście, nie znaczy, że to co Was łączyło, było nieprawdziwe

Najczęściej padający tekst po pierwszym rozstaniu? „To nie była prawdziwa miłość”! Nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa miłość”. Każdy związek, każda para ludzi i każde uczucie, które między nimi jest, jest inne. Popkultura i gówniane piosenki emitowane przez komercyjne stacje radiowe zwykły wmawiać, że „prawdziwa miłość jest na całe życie”, a wszystko inne było tylko udającym ją falsyfikatem. Ładnie brzmi, ale średnio pokrywa się z rzeczywistością. Ludzie dojrzewają, odkrywają się, zmieniają i reagują na zmiany otoczenia. Wariant, że dwójka ludzi przez 70 lat cały czas będzie dla siebie równie fascynująca i będzie ze sobą równie szczęśliwa, jest tak prawdopodobny jak wygranie w lotto.

Operując na frazesach – „wszystko się kiedyś kończy”, ale nie znaczy to, że skoro się skończyło to było gorsze albo fałszywe. To tak jakby powiedzieć, że chomik, który Ci zdechł w podstawówce był nieprawdziwy, bo już go nie ma, a przecież powinien być wieczny.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tyler Burrus