Close
Close

„Deadpool”, czyli najgorszy film o superbohaterze jaki widziałem

Skip to entry content

Nie widziałem wszystkich filmów o superbohaterach jakie wyszły w historii kinematografii, ale widziałem ich całkiem sporo. W tym nieco kpiącego z tematu „Ant-mana”, próbującego zredefiniować temat „Kick-ass” i nic nie wnoszącego do tematu ostatniego „Supermana”, jednak żaden z nich nie był tak słaby jak „Deadpool”. To zdecydowanie najgorszy film o komiksowym bohaterze jaki widziałem i kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa.

Czemu „Deadpool” to kupa na trawniku, w którą lepiej nie wpaść?

NIEUSTANNE śmieszkowanie

W każdym rozrywkowym filmie są żarty, czasem nawet pojawiają się w polskich komediach, to normalne, oczywiste i na miejscu. Tyle, że żeby żarty podnosiły wartość filmu, a nie pierdoliły go po całości, muszą być jak przyprawy w potrawie kulinarnej. Po pierwsze muszą być odpowiednio dobrane, po drugie muszę być dodatkiem, a nie główną istotą dania. Tutaj, nie dość, że główna postać rzuca beton za betonem, jakby stawiała nowe osiedle, to jeszcze robi to NON STOP, co kurewsko męczy widza.

Najwyraźniej do nikogo z twórców nie doszła prawidłowość, że liczy się jakość, a nie ilość.

 

Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film

Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować. Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat. Jaki jest efekt tego, że Ryan Reynolds zwraca się z ekranu bezpośrednio do Ciebie, raz po raz informując Cię, że to tylko film, który oglądasz w kinie? Cały czas sobie o tym przypominasz i za cholerę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację głównego bohatera. Bo przecież to tylko głupi film.

Brawo, o to chodziło!

 

Słabe tłumaczenie

Jeśli naprawdę musisz iść na ten niewypał do kina, to wybierz się na jakąś wersję dla obcokrajowców bez polskich napisów, czy coś, bo polskie tłumaczenie sucharzące już i tak suche żarty, do reszty zepsuje Ci ten seans.

Oryginał:

– We can fight this.
– You’re right. Cancer is only in my liver, lung, prostate and brain. All thing I can live without.

Tłumaczenie:

– Damy radę.
– Jasne. Rak ogarnął tylko wątrobę, płuca, prostatę i mózg. Przeżyję bez nich.

 

Motyw, na którym został oparty scenariusz

Ten akapit zdradza fabułę, więc jeśli jesteś jednym z tych, którzy pod każdym tekstem na temat danego tytułu musi wklepać „UWAGA TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN”, to omiń go. Aczkolwiek, fabuła jest tak infantylna, że już po kwadransie będziesz wiedział jak się kończy i będziesz zażenowany tym, że twórcy robią z tego jakieś wydarzenie. No chyba, że oglądając „Zbuntowanego anioła” nie spodziewałeś się, że Milagros i Ivo wezmą ślub. Wtedy faktycznie możesz być zaskoczony.

Otóż cały film oparty jest na tym, że główny bohater ma raka i żeby od niego nie umrzeć, zgadza się na zmutowanie swoich genów. Skutek jest taki, że staje się nieśmiertelny, ale coś mu się dzieje ze skórą i brzydko wygląda. Nie widać mu przez nią kawałków mięśni, czy mózgu, jak w komiksie, tylko po prostu brzydko wygląda. Jakby był poparzony albo za szybko się zestarzał. Co w związku z tym? Tytułowy Deadpool wstydzi się pokazać z taką brzydką skórą swojej narzeczonej – która, zaznaczmy, szaleńczo go kocha na dobre i na złe, chciała go hospitalizować w trakcie rozwoju nowotworu, a poza tym jest z patologicznej rodziny i naprawdę niejedno gówno w życiu widziała – więc przez kilka lat nie daje jej znaku życia. Ona wypłakuje sobie oczy, bo straciła ukochanego, a on przez ten czas ściga człowieka, który zmutował mu te geny, żeby je odmutował.

Kumacie, koleś, który był w poważnym związku opartym na mocnej miłości z wzajemnością, pozwala myśleć swojej partnerce, że nie żyje, tylko dlatego, że ma brzydką twarz. Brzmi sensownie nie?

Oczywiście pod koniec filmu okazuje się to, co było jasne jak skóra albinosa od początku i naprawdę nie trzeba się wychowywać na kreskówkach z X-menami, żeby na to wpaść – zmutowanych genów nie da się odmutować. Ale suspens, co? No, boki zrywać jaka ironia losu. HAHAHAHA. ALE ŚMISZNE. HAHAHAHA. PRZEZ CAŁY FILM BIEGAŁ ZA TYPEM, ŻEBY MU NAPRAWIŁ TWARZ, A TYP MÓWI, ŻE SIĘ NIE DA. HAHAHAHA. ALE BEKA. HAHAHAHA.

 

Sceny, które miały być na poważnie są turbo żenujące

To już nawet nie chodzi o to, że topiąc widza w „żartach” o waleniu konia trudno sprawić, aby przejął się sercowymi rozterkami głównego bohatera, czy jego problemami ze zdrowiem. Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a „Deadpool” ją przekracza.

 

Całość wygląda jak nieudana parodia

W momencie kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy, zastanawiasz się, czy „Deadpool” nie miał być tym dla filmów o superbohaterach, czym „Straszny film” był dla horrorów. Jednak ostatecznie dochodzisz do wniosku, że nie. Bo „Straszny film” był śmieszny.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • To jeden z tych filmów, z których wyszłam z kina przed końcem seansu ;)

  • haker102

    Deadpool musi łamać czwartą ściane cały czas głupio żartować itd. bo nie byłby deadpoolem twórcy nie popsuli tego filmu tylko dobrze przenieśli te postać z komiksów na ekran

  • Rozumiem, że komuś może nie podobać się Deadpool. To specyficzna postać, która ma swój charakter, klimat itd. Nie wszystkim musi on odpowiadać, ale na boga – Twoje narzekania mają tyle samo sensu, co twierdzenie, że Jurassic Park jest słaby bo za dużo w nim dinozaurów. Jak czytałem te Twój tekst to przypomina mi się jak Babcia mojego kolegi poszła do kina na 300 myśląc, że to film historyczny. I jak później narzekała, że tyle w nim efektów, mało faktów i że słaby film…

  • rad deja

    http://9gag.com/gag/azj5r1x

    A to tylko list od durnej, oburzonej pani. Ty się masz za krytyka. Może zjedz sobie bezglutenową tortillę z jarmużem i pomyśl o zmianie profesji.

  • Ewa Żebrowska

    Przybyłam, obejrzałam i muszę przyznać to był najgorszy film jaki w życiu widziałam !!!!!
    Miałeś rację
    Stay flay miałeś rację

  • ju

    Co do NON STOP gadania i śmieszkowania Deadpoola, nie męczy to tylko widza, w komiksach wiele postaci się zastanawia czy on kiedykolwiek się zamyka i bardzo tego chcą, też są tym przemęczone i wkurwione, więc to pokazuje, że ten aspekt też został dobrze odwzorowany :D

  • only

    To najgorsza recenzja Deadpoola jaką widziałem…

  • Labell

    Cieszy mnie to, ze pierwszy raz nie usunales komentarzy negatywnych ale i tak ciezko Ci sie do nich ustosunkowac. Jednak dalej potwierdzam swoje zdanie. Piszesz o rzeczach o ktorych nie masz pojecia w sposob jak ekspert. Fajne jest pisanie o swoich odczuciach. Jednak popelniasz wiele bledow merytorycznych ktore sa na wysokim poziomie. Pees. Tak wytknij mi ze nie ma polskich znakow.

    • Akurat kiepskie tłumaczenie to nic jakoś specjalnie niezwykłego, więc też nie rozumiem dlaczego akurat w tym filmie autor to wytknął.

  • Wszystko fajnie, ale się nie zgadzam. Ten film mi ciut przypomina filmy Tarantino – krew, flaki, przekleństwa, teksty nieraz z dupy, przemoc itd., a mimo wszystko Tarantino kocha cały świat. Deadpool bardzo mi się podobał, gdyż W KOŃCU zrobili film o superbohaterach, na którym nie rzygam tęczą, bo bohaterzy tacy szlachetni. Poza tym, genialne były rodziny z małymi dziećmi na sali, którzy myśleli, że jak film o facecie w spandexie, to odpowiedni dla dzieci.

  • Zabrałam w walentynki swojego faceta na ten film. Przyznać muszę, że nawet mi się podobał, a zwłaszcza jego zwroty do publiczności, co jest charakterystyczne dla Deadpoola z komiksu.
    Jedynie co bezsensowne to fakt że ten jego ryj wcale tak źle nie wyglądał, a on zrobił z tego tragedie. Ona go kochała i on mógł chociaż z nią próbować porozmawiać na ten temat, o tej całej decyzji o mutowaniu genów. Żarty lekko żenujące, chociaż nie powiem, uśmiechnęłam się kilka razy- ale najbardziej podobały mi się miny wychowawców którzy byli z jakimiś wycieczkami w kinie. Bezcenne. Wydaje mi się, że od początku nie było sensu liczyć że ten film będzie hitem, i nie ma co go porównywać np. do Wolverina. Ja to odebrałam za taki lekki film, na którym nie musiałam za dużo myśleć.

  • Szamajim

    Autor średnio przyuczył się zanim napisał recenzję ;)

  • Ja po wyjściu z kina byłem jednym z zachwyconych i nadal nim jestem. Dla mnie Deadpool jest ciekawą alternatywą dla ugrzecznionych filmów o superbohaterach, które muszą nadawać się dla 13-latków. Bez wątpienia nie jest to ambitne dzieło, a im żart głupszy, tym lepszy, ale mnie akurat to kupiło.

    Rozumiem oczywiście, że można mieć kompletnie inne zdanie, ponieważ właśnie piszę reckę Planety Singli i chyba tylko ja uważam, że to szajs najwyższych lotów ;)

  • Bartosz Tomaszewski

    Gościu, zerknij wpierw na choćby jeden komiks o Deadpoolu, a dopiero potem pisz, że to gónwo. Nie załapałeś po prostu fazy i masz ból dupy :D

  • Czasnakomiks

    Czy czytał Pan choć jeden komiks z tytułowym bohaterem? Proszę o krótką odpowiedź, jedno TAK lub NIE pozwoli mi w pełni zrozumieć Pański tekst.

    • Razif

      W dzisiejszych czasach nawet nie trzeba filmu oglądać żeby się wypowiadać. A co dopiero research. Ważne że można wywołać burze

    • Nie rozumiem związku, tekst dotyczy filmu, nie komiksu.

      • Czasnakomiks

        Związek jest dość oczywisty, to tak jakby poszedł Pan do kina na Władce Pierścieni i narzekał, że film jest do kitu bo to fantasy. Deadpool to dość specyficzny rodzaj postaci z komiksu. Nie neguje Pańskiego prawa do wyrażania swojej opinii, jasne każdy może napisać o swoich subiektywnych odczuciach, jednak prowadząc blog i starając się wpłynąć swoją opinią na zdanie innych osób wypadałoby zachować odrobinę obiektywizmu i może zrobić mały reaserch.

        Moim celem nie jest jakiekolwiek podważenie Pańskiego autorytetu. To w końcu Pańskie podwórko i robi Pan co chce. Ale popełnił Pan liczne błędy i to dość poważne. Pierwszy już w tytule. Pytałem o to czy czytał Pan komiks (choć jeden) bo zadawałem sobie pytanie czy błędy wynikają z niewiedzy? Deadpool nie jest superbohaterem, jest antybohaterem. To dość istotna różnica miedzy innymi przy ocenie końcówki, w której DP dokonuje egzekucji.

        Nieustanne śmieszkowanie – tutaj widać jak na dłoni, że poszedł Pan do kina zupełnie nie wiedząc na jaki film idzie. Nie wiedział Pan w ogóle czego się spodziewać. Też pewnie czułbym się zawiedziony gdybym poszedł na horror oczekując romansu.

        Jakość dowcipów – ciągłe rzucanie sucharami to właśnie urok tej postaci, to właśnie za to DP ma wiele milionów fanów. Żart nie musi być śmieszny, żeby sytuacja była śmieszna. Nie śmiał się Pan nigdy z kogoś kto opowiedział żenujący żart? Między innymi o to tu chodziło.

        Łamanie czwartej ściany – tutaj znowu brak reaserchu, mówienie o zazdrości względem House of Cards jest wręcz kuriozalne.

        Co do powodu przez który Wade nie chciał pokazać się swojej ukochanej to chyba dość łatwo było zauważyć, że po tej całej mutacji Wade nie jest zbytni zrównoważony. Więc jeśli próbuje się Pan doszukiwać jakiejkolwiek powagi w filmie, w którym jej brak proponuje zrzucić to na problemy psychiczne właśnie.

        Nie chce wyrokować, ale wydaje mi się, że cały tekst powstał trochę na zasadzie taktyki kominka. Gdzie wszyscy pochwalają Ty skrytykuj – trochę wyszło to już z mody, nie wspominając o tym jak jest to słabe.

        • Mafju

          Mi to przypomina znajomego, który poszedł ze mną na Nienawistną Ósemkę znając wcześniej jedynie śmieszkowate Django Tarantino. Przespał 3/4 filmu i biadolił później jak beznadziejny film musiał ‚obejrzeć’. Idąc na film, który jest adaptacją jakiejś konwencji warto się z nią wpierw zapoznać, a nie wywalać wiadra pomyj bez żadnego obiektywizmu.

          PS. Przywołanie Kominka w powyższym poście – jak najbardziej! StayFly nie idź tą drogą…

        • Czasnakomiks, przede wszystkim bez zbędnego „panowania”, tutaj wszyscy jesteśmy „na Ty”, więc mów mi po imieniu, mimo, że ja nie znam Twojego.

          „Związek jest dość oczywisty, to tak jakby poszedł Pan do kina na Władce Pierścieni i narzekał, że film jest do kitu bo to fantasy.” – to akurat złe porównanie, bo nie narzekam na gatunek filmu, który de facto lubię, tylko sam film. Czy idąc Twoim tokiem rozumowania, żeby móc powiedzieć, że komuś nie podobał się wcześniej wspomniany przez Ciebie film – „Władca Pierścieni”, trzeba wcześniej przeczytać wszystkie książki Tolkiena? I podążając tą samą logiką, gdybym przeczytał wszystkie komiksy z Deapoolem i uznał, że mi się nie podobają, dopiero wtedy mógłbym stwierdzić, że film też mi się nie podobał?

          Nie rozumiem, czemu masz taki problem z tym, że oceniłem „Deapool” jako najgorszy z tematyki superbohaterskiej? Uraziłem jakąś świętość? Przecież to tylko moja ocena, zupełnie nie masz obowiązku się z nią zgadzać.

          A co do sugerowania, że ten tekst powstał w związku z jakąś taktyką, to widać jak bardzo nie masz pojęcia o tworzeniu treści w sieci. Jakikolwiek tekst związany z szeroko pojętą kulturą ma 3-4-krotnie mniejszy potencjał wirusowy niż COKOLWIEK związanego z tematyką damsko-męską. Gdybym chciał zrobić jakąkolwiek burzę, napisałbym cokolwiek o aborcji u nastolatek albo tysięczny tekst o seksie oralnym i przysporzyłoby mi to nieporównywalnie więcej zainteresowania niż jakikolwiek tekst o filmie. Dla własnego dobra, nie sugeruj takich rzeczy, bo wygląda to jak żałosny ból dupy.

          • Czasnakomiks

            Uh oh. Na początku zrobiło się miło, przejdźmy na Ty, a tu taka niemiła końcówka.

            Primo nie twierdzę, że aby komuś film się podobał musi on przeczytać wcześniej książkę/komiks itd. Twierdzę, że gatunek definiuje treść, więc podążając tą samą logiką poszedłeś na film spodziewając się innej treści niż otrzymałeś i sądzę, że to w głównej mierze się Ci nie spodobało.

            W ogóle nie mam problemu z tym, że nazwałeś Deadpoola superbohaterem, jednak nie zmienia to faktu, że superbohaterem on nie jest i co za tym idzie nie jest to film o superbohaterze.

            O moim pojęciu na temat tworzeniu treści Ty nie masz żadnego pojęcia. To, że akurat sprawy damsko-męskie wywołują większą gównoburze w sieci nie znaczy, że nie można też takiej wywołać innym tematem.

            Żałosny ból dupy wywołałem chyba ja u Ciebie kiedy pozwoliłem sobie skrytykować Twój tekst i wytknąć Ci błędy. Niemniej jeśli twierdzisz, że nie próbowałeś zagrać tanim kominkowym chwytem przepraszam, że Cię uraziłem takim domysłem.

            Ps. Gdzie się podział komentarz Mafju – zaczynający się od „Mi to przypomina…”

            Paweł

  • Mimo, ze czytając tekst nieźle się ubawiłam, tak po komentarzach czytelników musze jednak stwierdzić, że post oparty jest o zasadę „Nie znam się, to się wypowiem”.
    To trochę jakby krytykować Tarantino za to, że jego filmy są brutalne :x

  • OleandraOla

    Sto procent się zgadzam! Ten film to dno, a Twoja recenzja rozbawila mnie bardziej niż 2 godziny w kinie ;D

  • Ven

    Janku, uwielbiam Cię, lecz pierwszy raz w życiu się z Tobą nie zgodzę. Nie będę się rozpisywać, bo inni zrobili to wystarczajaco dobitnie.

    • Spoko, spoko, nie ma absolutnie obowiązku, żebyśmy się musieli zgadzać.

  • Ania Piwowarczyk

    Byłam w na „Deadpoolu” z dwóch powodów: chciałam zobaczyć to marketingowe dzieło na własne oczy + czy można wyobrazić sobie lepszą walentynkową propozycję? ;) W żadnym stopniu nie jestem grupą docelową, średnio się orientuję w X-menach, nie znałam komiksu, a przyznam, że bawiłam się na tym filmie bardzo dobrze. Być może właśnie dlatego, że nie miałam żadnych wyobrażeń, ani na nic się nie nastawiałam. Poziom żartu był chwilami żenujący, ale równocześnie tak absurdalny, że według mnie po prostu wystarczyło z tym „popłynąć” i zabawa była naprawdę przednia. Nawet zobaczyłabym jeszcze raz, by mieć pewność, że na pewno wyłapałam wszystkie nawiązania i aluzje. A „Shoop” na stałe zagościł na mojej playliście. Dlatego zgadzam się, że fabuły nie ma zbyt wiele i na pewno nie jest to kino wysokich lotów, ale „Deadpool” udowadnia, że również bez tego można zrobicć bardzo dobry film rozrywkowy.

  • Tak się odsiewa ziarna od plew – ciekawe, ile osób zabierze łopatkę i foremki do innej pisakownicy ;)

    Jestem komiksowym psychofanem, w tym i Deadpoola, więc zupełnie inaczej na ten film patrzę. Sam w sobie był słaby, ale jako adaptacja komiksów, TYCH konkretnie komiksów – bezkonkurencyjny.

  • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

    „Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować.”

    Ooooooo stary… Deadpool w komiksie jest jedynym superbohaterem, który ma świadomość tego, że jest w komiksie. Burzy czwartą ścianę na każdym kroku, odzywa się do czytelnika i robił to, zanim ktokolwiek jeszcze pomyślał o nakręceniu House of Cards. I to tego z 1990 roku. Zdecydowanie „reżyser pozazdrościł” robiąc wierną adaptację komiksu. BTW – twórca House of Cards sam przyznał, że przy burzeniu czwartej ściany inspirował się komiksami z Deadpoolem.

    „Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a Deadpool ją przekracza.”

    Tak, Deadpool jest w zamierzeniu kiczowaty i tandetny. Takie właśnie jest jego założenie. To nie jest poważny komiks o poważnym superbohaterze. To jest komiks o kolesiu, który przypadkiem wdepnął w gówno, nigdy nie zamierzał być superbohaterem i ma ze wszystkiego gimbazjalną bekę. Co da się zauważyć „kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy”.

    „kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa”

    Hint: Pewnie dlatego, że nie jesteś w targecie. Nie znasz universum Marvela, nie rozumiesz go, przyrównujesz zupełnie różne filmy o superbohaterach do siebie, jako kryterium stosując obecność superbohatera w filmie.

    „Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat.”

    Eeee. Nie. Tu nie ma w ogóle science. Tu jest tylko fiction. Deadpool jest filmem akcji, nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje uwierzyć w filmy o superbohaterach.

    • Krzychu, co do wątku z „House of Cards”, to nie mówię, że twórcy „House of Cards” jako pierwsi na świecie wymyślili burzenie czwartej ściany, tylko że tam ten zabieg stanowi dużą wartość dodaną filmu, a w „Deadpoolu” jeszcze bardziej go pogrąża.

      Co do kiczu w „poważnych scenach”, to nie jest on na tyle przesadzony, żeby się z niego śmiać, tylko wygląda jakby wyszedł przypadkiem, bo scena miała być „na serio”.

      • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

        O nie, nie, nie. W Deadpoolu nie ma ani jednej sceny która miała być na serio. Przypuszczam, że przyjęcie tego założenia mogłoby zmienić nieco Twój odbiór filmu. :)

        • Założenie że Deadpool to kolejny film z serii superherosów już na samym początku było błędne. Polecam obejrzeć nawet cut-scenki z gry o deadpoolu. Jedyne do czego można się przyczepić odnośnie filmu to fakt że wade pozostaje „zdrowy na umyśle” każdy kto czytał komiksy wie ocb

  • Mam wrażenie, że chciałeś wywołać burzę w komentarzach i sądzę, że Ci to uda. To przeciętny film, ale doskonale oddaje wszystkie cechy głównego bohatera. IMO jesteś zbyt surowy, ale to Twój blog i Twoje kredki.

    • Jakbym chciał wywołać burzę w komentarzach, to bym napisał, że popieram eutanazję. Ten mi się po prostu bardzo nie podobał.

      • Niezwykły Błyskotliwy Egzekuto

        Rozumiem ze film mógł ci się nie podobać, do mnie również humor nie zawsze trafiał i nie wznoszę tego filmu do rangi arcydzieła, bo Deadpool na pewno nim nie jest. Ot, przyjemna komedyjka – ale to jest czepianie się dla samej idei czepiania. Jako wady podałeś rzeczy które były zamierzone przez twórców i efekt został osiągnięty tak jak oczekiwali. Faktycznych wad w tej recenzji jak na lekarstwo.
        To wynika tylko i wyłącznie z twojej ignorancji. A ja ze swojej strony odsyłam do pierwowzoru – może pozwoli ci to zrozumieć dlaczego film wygląda tak a nie inaczej.
        Na pewno jako ekranizacja komiksu film jest udany. Oficjalnie straciłeś potencjalnego czytelnika, jeśli bawisz się już w blogowanie to chociaż postaraj się podejść do tego w miarę rzetelnie.

  • Widziałam ten film w Rosji. Z rosyjskim dubbingiem. Pobij to!

  • Sorry, ale przegiąłeś… Najpierw research, potem tekst.

    • korro

      Zaraz, zaraz…. Autor recenzji nie ma żadnego obowiązku bycia
      obeznanym w Universum Marvela. Ocenia film jako film. Po prostu. Nie
      wszyscy aż tak się jarają komiksami żeby je czytać i znać wszystkie
      szczegóły. Mimo to, każdy ma prawo obejrzeć film i wydać o nim swoją
      opinię – niezależnie od tego czy zna komiksy czy nie. Film można oceniać nie znając książki, bo po to został stworzony żeby go oglądać, a nie żeby przeczytać wszystkie komiksy i dopiero wtedy móc zrozumieć fenomen postaci ;)

      • Patryk Maczuga

        Jak dla mnie cały ten post wynika totalnie z niezrozumienia filmu.
        To troche jak by powiedzieć „Matrix to gowno bo jak Neo może zabić XX ludzi w tylu częściach i przeżyć!!??” Odp. To nie dokument a film akcji/sf.
        Nie zabraniam nikomu nie lubić filmu, ale czaisz napisać ze Ogniem i mieczem, że to gowno bo nie ma Golumów i Orków, (bo w sumie tu tak chodzą po lasach i we Władcy pierścieni tez chodzili wiec mogę porównać).

  • Nie to żeby… ale myślę, że jeden komiks z Deadpoolem, pokaże ci jak bardzo nie zrozumiałeś tego filmu… :) I jasne – może się on nie podobać, ale większośc ‚wad’ wymienionych przez ciebie to jest właśnie cąły Deadpool! A to, ile udało się im tam wepchnąć perełek, nawiązań, smaczków, odniesień i ‚easter eggów’ to jakieś pieprzone mistrzostwo, ale do tego już jednak jest wymagana znajomość zarówno postaci, komiksów jak i całego uniwersum Marvela.
    Ten film to w sumie średni film, bo Deadpool zasługuje na o wiele więcej na ekranie, ale GENIALNA adaptacja.
    A – burzenie czwartej ściany to jeden ze znaków rozpoznawczych Deadpoola, i był kultowy już na dłuuuugo przed House of Cards ;)

    • Lisu, nie mówię, że twórcy „House of Cards” jako pierwsi na świecie wymyślili burzenie czwartej ściany, tylko że tam ten zabieg stanowi dużą wartość dodaną filmu, a w „Deadpoolu” jeszcze bardziej go pogrąża.

      A co do tego, że nie zrozumiałem filmu, bo mi się nie podoba, to wiesz :)

      • Wiktor Klezcyk

        A powiem Ci, że zawsze lubiłem komiksową postać Deadpoola. Te jego gówniane i chamskie żarty, przełamywanie czwartej ściany które nie wnosi żadnej wartości itd.
        Niestety połowa dobrych tekstów była w trailerze. Cała reszta jakości marnej. Na plus bezsensowna przemoc i zastrzelenie kolesia na koniec na zasadzie „bo mogę”.
        Ogółem film słaby, niewart pójścia do kina. Marketing, trailery, to wszystko podniosło poprzeczkę bardzo wysoko.

        Szkoda że film nie doskoczył to tego poziomu. Nie wart pójścia do kina.

      • B.B.Wolf

        Autor tekstu miał do czynienia z Deadpoolem przed filmem?

      • Pyrovatis

        Ja myślę podobnie jak Lisu, wypunktowałeś rzeczy, które są mocną stroną
        Deadpoola, bo pokazują, że jest to jak najwierniejsze przeniesienie
        komiksu na ekran.

        1. Nieustanne śmieszkowanie.
        Deadpool rzuca sucharami, bo taki jest. Taki ma humor, obleśny, czarny i miejscami suchy jak pustynia Gobi.

        Przykład:
        http://cdn4.teehunter.com/wp-content/uploads/2015/03/deadpool-is-a-star-wars-purist-photo-u1.jpg
        http://1.bp.blogspot.com/-5hUSYm6HNj8/VcI-LagM5nI/AAAAAAAALcE/pjtS99-uIvA/s1600/Deadpool-Cable-Sentinels-Art.jpg
        http://img1.joyreactor.com/pics/post/funny-pictures-Deadpool-auto-724523.jpeg

        2. Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film.
        Łamanie
        czwartej ściany tak jak pisałeś nie zostało ofkoz wymyślone w „House of
        Cards”, a tutaj było wiele razy wykorzystane, miejscami to niemal
        traktowało widza jak idiotę żeby nie zapomniał, że to tylko film. Ale
        znów to samo robi Deadpool w komiksie

        Przykład:
        http://media.comicbook.com/uploads1/2015/04/deadpool-43-cover-129584.jpg

        http://images-cdn.moviepilot.com/images/c_fill,h_304,w_500/t_mp_quality/gtqsotuocywfvrfbh6oj/does-this-prove-the-deadpool-movie-will-break-the-fourth-wall-359306.jpg

        3. Motyw, na którym został oparty scenariusz.
        Rly?
        To nie jest film na podstawie komiksu Alana Moore’a (V jak Vendetta,
        Strażnicy), Spiegelmana (Maus), Marka Millara (Kick-Ass, Czerwony Syn),
        Satrapi (Persepolis) tak wiec nie spodziewam sie tu głębi artystycznej,
        życiowych postaci itp. Równie dobrze można powiedzieć, że „50 twarzy
        Grey’a” jest marnym filmem romantycznym, bo nie ma kwiatów, wzniosłych
        słów i wyznania miłości na samym końcu gdzie para żyje już długo i
        szczęśliwe.

        4. Całoś wygląda jak nieudana parodia.
        Deadpool
        nie zna żadnej świetości, jest prześmiewczy. Co prawda jak się poczyta
        to wychodzi, że ta został on stworzony na bazie Deathstroke’a z DC, to
        mi jednak on przypomina raczej (pod względem sposobu bycia) Lobo z DC,
        który jest równie wulgarny, pokręcony i robi rozpierduchę gdziekowliek
        się nie pojawi (i też nie ma dla niego żadnych świętości).
        Dodatkowo w
        tym filmie studio potrafiło zachować dystans do siebie i śmiać się ze
        swoich nieudanych dzieł o superbohaterach (Zielona Latarnia, X-Men
        Geneza: Wolverine z „przepięknym” Deadpoolem) ale także innych (seria
        Uprowadzona) ale też z takiej rzeczy jak zmiana w X-menach na stanowisku
        aktora grającego Xaviera (wiadomo, że młodszą wersję postaci musiał
        grać ktoś inny).

        Wszytskie filmy z MCU mają „PG-13” czyli nie
        mogą w nich pojechać po bandzie, nie mogli pokazać w 1 części Iron Mana,
        że ma on hajsu jak lodu i obraca panienki jak tylko zechce, nie mogli
        pokazać brutalniejszych starć Wolverina. Nie pozwalało im na to magiczne
        „PG-13” dzięki któremu zarabiali tyle, bo na te filmy mógł w zasadzie
        iść każdy. Zarobili swoje, to mogli zrobić coś z kategorią „R” co (tak
        zakładali) nie zarobi aż takiej kasy jak „Avengers”, ale dorośli fani
        będą zadowoleni. I zrobili moim zdaniem film na który czekałem od dawna.
        Teraz tak szczerze czekam na odpowiedź DC i nakręcenie w końcu Lobo. Bo
        jeśli chodzi o inne tak „ostre” komiksy dla dorosłego czytelnika, to
        nie łudzę się, że pojadą po bandzie w serialu „Kaznodzieja”, a tego
        wymagałby pierwowzór.

        • Zgadzam się, tylko jednak fabuła mnie mocno rozczarowała. Poza tym, przyzwoicie ;)

    • sochers

      Poczekaj, czy ja to naprawdę przeczytałem? Film średni. ale genialna adaptacja komiksu (ergo komiks średni?) :)

      • nienie – film średni, bo fabularnie jednak leży, ale postać Deadpool’a samego w sobie, zaadaptowana z komiksu na ekran świetnie;)

    • Grinch510

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Syn sąsiadki: historia jajek 1,20zł za sztukę

Skip to entry content

Nowe osiedle, nowe mieszkanie, nowi sąsiedzi, nowe przygody.

2 lutego

Leżę obłożnie chory w łóżku i, co najgorsze, głodny, bo nowe mieszkanie, to pustki w lodówce, w szafkach i w ogóle zero ryżu i kotletów sojowych zakamuflowanych w pawlaczu na czarną godzinę. Kolega się nade mną zlitował i, licząc najprawdopodobniej na kanonizację za życia, powiedział, że zrobi mi zakupy i przywiezie. I nie dość, że powiedział, to faktycznie zrobił i jeszcze przywiózł. No, złoty człowiek. Złotszy niż nasza waluta krajowa.

Czekam, czekam, czekam, a tu zamiast zwarcia w domofonie, słyszę dzwonek w telefonie i dowiaduję się, że mu się śpieszy, bo cośtamcośtam i nie wejdzie na górę tylko mam zejść pod klatę po te rzeczy, bo zaraz będzie. Myślę sobie „jak tak można człowieka z łoża śmierci zrywać! nic nie będzie z tej jego beatyfikacji!”, ale schodzę.

Schodzę, a tu w siatkach z Almy największe rarytasy – ser od kozy, szynkach od Włocha, jaja od chłopa – w sensie nie, że ludzkie, tylko że od rolnika, ze wsi w sensie – sok nie z koncentratu, pieczywo nie z mrożonek, szpinak zresztą też. Myślę „złoty człowiek, do platyny mu trochę brakuje, ale złoty jak nic”. Biere te siaty i w tym agonalnym stanie wchodzę po schodach. Wchodzę, wchodzę, już jestem na półpiętrze – pierwszym i staram się ogarnąć myślą, że jeszcze pięć przede mną – i nie wiem, czy to majaki od gorączki, ale słyszę jakieś dzikie wycie i diabelskie dudnienie. Coś jak w „Hobbit: bitwa pięciu armii”, kiedy te pięć armii faktycznie zaczęło się naparzać.

Słyszę, że to coraz bliżej, że orki i elfy się zaraz na mnie rzucą, unoszę głowę do góry… a to pies.

Rozszalały golden retriver pędzi na mnie jakbym był suką z cieczką albo co najmniej masarzem perfumującym się po pracy suchą krakowską. Bydle jest tak rozpędzone, że wypadając zza zakrętu może nawet i mnie widzi, całkiem prawdopodobne, że nawet coś tam trybi, żeby wyhamować i nie skoczyć na mnie całą masą ciała, ale jest za późno. Taranuje mnie jak trabant krasnale ogrodowe i leci – mówiąc dosłownie – dalej. Zanim zdążę się dobrze wkurwić, że zakupy poszły tam, gdzie Jose Arcadio Morales w „Killerów 2-óch”, wpada na mnie jego właściciel – dzieciak w za dużej bluzie z kapturem, za dużej czapce z daszkiem i najwyraźniej również za dużych butach, który goniąc psa też nie wyrobił na zakręcie.

Gdyby wpadł tylko na mnie to pół biedy, czy tam ćwierć nawet, bo i tak jestem znieczulony Nurofenem, ale wpada również na zakupy, a w zasadzie, to w zakupy i tak jak jego pies, leci – również dosłownie, nie metaforycznie – dalej. Żadnego „przepraszam”, żadnego „sorka”, a tym bardziej „proszę mi wybaczyć, że ja i pies, za którego odpowiadam, zrobiliśmy panu z jedzenia materiał na kompost, obiecuję, że to się nie powtórzy, a w ramach za dość uczynienia umyję panu w wolną sobotę samochód, którego pan nie posiada”. Żadne z tych sformułowań nie padło. Synek po prostu olał temat, przejmując się tym mniej niż budowaniem trzeciego filaru emerytalnego, a ja zostałem z jajecznicą na surowo i wkomponowanym w nią szpinakiem. Co nie jest moim ulubionym daniem.

To nie jest tekst z cyklu „ta dzisiejsza młodzież…”. To znaczy trochę jest, ale bardziej o tym, że znowu nie spróbowałem jajek 1,20zł za sztukę.

9 lutego

Wracam z osiedlowej Żabki z kurosantami i dżemem na drugie śniadanie, ciesząc się, że idzie wiosna. Fantazjuję, że w przyszłym tygodniu pewnie będzie już można pływać na Zakrzówku podziwiając miss osiedla, które przyszły się poopalać w pseudokoronkowej bieliźnie i pełnym studniówkowym makijażu, jarając na potęgę czerwone Viceroye.

W pewnym momencie tę idyliczną wizję, jak zamek z piasku podmyty przez falę, burzy mi szczeknięcie. Szczęknięcie tak charakterystyczne, że chyba je skądś kojarzę. Hmmm, czyżby mój królik tak szczekał? Nie, chyba nie, króliki przecież nie szczekają. Poza tym, nie mam królika. Skąd mogę kojarzyć ten dźwięk? A tak, już wiem! Z zeszłego tygodnia, kiedy wydający je golden retriver półprzytomnego, kontuzjowanego przez chorobę na ciele i umyśle mnie rzucił na ścianę, a potem jego właściciel biegnący za nim potraktował moje zakupy jak piłkę do rugby, robiąc z nich błyskawiczny gulasz do zjedzenia z ziemi.

Co za uroczy dzień! – jakby to powiedział trep z „Mad Maxa”.

Lokalizuję na horyzoncie psa i błądzę wzrokiem za właścicielem, żeby teraz – niemal w pełni sił witalnych – rozmówić się z nim na temat przedwcześnie uśmierconych jajek 1,20zł za sztukę i przede wszystkim ucieczki z miejsca wypadku. Dobra, jest! Widzę gówniarza jak siedzi na schodkach od zjeżdżalni z kapturem na głowie i klepie coś na telefonie. Dzieciak klepie jednak na tyle intensywnie, że telefon w pewnym momencie wyślizguje mu się z rąk i upada – skąd ja to znam? no, witaj w klubie – i podnosząc go ziemi zauważa mnie.

Widzieliście kiedyś „Krzyk”? Nie film Wesa Cravena, tylko obraz Edvarda Muncha? To na jego twarzy – po przetworzeniu procesu myślowego pod tytułem „zachowałem się mega niekulturalnie wobec tego pana, a teraz spotykamy się i idzie w moją stronę, więc z pewnością będę miał problemy” – pojawia się dokładanie taka sama mina, co na obrazie.

Zanim zdążę powiedzieć, że nie zamierzam go zamordować gołymi rękami, a tym bardziej przy użyciu tępego noża do masła, ani nawet nie poddam jego kończy obróbce palnikiem, dzieciak gwiżdże na psa i zaczyna uciekać. (swoją drogą, ma takie wyjście z progu, że Lance Armstrong mógłby się czuć zagrożony). Gonię go jakieś całe 9 sekund – zanim organizm nie przypomni mi, że jednak nie mam już 14 lat, tylko dwa razy tyle – ale zanim dotrze do niego moje całkiem donośne „poczekaj, nic ci nie zrobię”, rozpływa się między blokami jak hajs z pierwszej wypłaty tuż po opłaceniu rachunków za mieszkanie.

Już wiem jak to jest być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. I czuć na sobie spojrzenie sąsiadów, jakby właśnie byli niedoszłymi świadkami zbrodni na nieletnim.

14 lutego

Jak na perfekcyjnego pana domu przystało, z samego rana – tuż po 13 – ogarnąłem zniszczenia powstałe w wyniku przedwalentynkowego maratonu filmów Tarantino, zapakowałem potłuczone kieliszki po wściekłych psach do worka i razem z pozostałościami po burgerach ruszyłem na rytualny spacer ze śmieciami. Nie jest to jakoś wyjątkowo ekscytująca czynność, więc też nie spodziewałem się zaskakujących zwrotów akcji. A powinienem.

Wracam ze śmietnika, dumny, że oddzieliłem szkło od plastiku i teraz lasy tropikalne mogą spać spokojnie, i… widzę gówniarza, który – do spółki ze swoim z pewnością nieszczepionym psem mordercą – poturbował moje zakupy. I mnie. Spotykamy się prawie w samo południe, przy drzwiach od klatki. Ja wchodzę, on wychodzi. Z mamą. Całkiem, całkiem dodajmy.

Jak poprzednio, podnosi głowę z nad komórki, zauważa mnie i jego – całkowicie świadoma zbrodni jaką popełnił – psychika, robi to o czym mówił Paweł Deląg w „Chłopaki nie płaczą”. Ciągnę za drzwi, dzieciak w odruchu bezwarunkowym gwałtownie cofa się depcząc mamie nieco nadgryzione zębem czasu, ale wciąż nadając się do użytku czółenka, na co rodzicielka reaguje równie bezwarunkowym i donośnym „Ałaaaaaaa!”. Oprawca odpowiada na ten bitewny okrzyk jedyną ściemą jaką jego przerażonym konfrontacją zwojom mózgowym udało się wyprodukować: „m-m-muszę wrócić do domu po telefon, z-zaraz przyjdę mamo” i z gracją parkourowca po wchłonięciu przeterminowanego LSD wbiega – a w zasadzie prawie, że wlatuje – po schodach na górę.

Wykorzystując okazję, że Pani Mama, nie zorientowała się jeszcze, że dzieciak cały czas miał telefon w dłoni i nie zaczęła go gonić, ani zanim krzyczeć, bo wciąż przeżywa zmiażdżenie stopy, przystępuję do ataku:

– Dzień dobry, jestem państwa sąsiadem z trzeciego piętra i pani syn ostatnio sprowadzając psa zniszczył mi zakupy, w związku z czym…

– Dzień dobry <nieme_ała_chyba_straciłam_kości_w_śródstopiu>, ale jak to mój synu? Zaraz, zaraz, co się stało? Nie rozumiem.

– Szedłem z zakupami po schodach. Pani syn wychodził z psem. Spuścił go ze smyczy. Pies biegł. Przewrócił mnie i stratował zakupy, a później pani syn goniąc go wbiegł w nie i je rozdeptał. Po czym uciekł.

Mój syn?

– No, ten chłopiec, z którym pani szła i przed chwilą uciekł.

– I kiedy pan mówi, że to się stało?

– Trochę więcej niż tydzień temu. Mają państwo golden retrivera, tak?

– <zawias_i_gruba_rozkmina>

– <pełna_koncentracja_i_skupienie_sięgające_zenitu>

– I uciekł <rozkmina_trwa>?

– Tak, pies mnie staranował, pani syn rozdeptał moje zakupy i uciekł, w związku z….

– Przepraszam pana bardzo, naprawdę, wie pan, to trudny wiek, druga klasa gimnazjum, hormony, rówieśnicy, wariactwo. Ale on nie chciał, to dobry chłopak. Wrażliwy. Bardzo. Wie pan, ten pies to jest całe jego życie, on poza nim świata nie widzi, to jego najlepszy przyjaciel, on na pewno nie chciał. To jest dobry chłopak, naprawdę. Ale porozmawiam z nim. Przepraszam jeszcze raz. Dużo się tych zakupów zniszczyło przez ten wypadek? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– Trochę się zniszczyło, jajka, szpinak, pomidory, ser…

– Ojej, ojej, przykro mi bardzo. Bardzo mi przykro, naprawdę. Myśli pan, że 30zł wystarczy? Cholera, gdzie ja mam tę portmonetkę…

– Myślę, że tak, tylko wie pani, to nie tyle chodzi o pieniądze, co o zachowanie. Żadnego „przepraszam”, „nie chciałem”, czy cokolwiek.

– On nie chciał na pewno, ten pies – Budrys – jemu czasem coś strzeli i trudno nad nim zapanować, ja sama nie raz mam kłopot, a Grzesiu…

– Nie wiem, czy nie chciał, wiem na pewno, że uciekł bez słowa.

– No tak, ma pan rację, ma pan rację, powinien przeprosić. Ja pana przepraszam serdecznie jeszcze raz, ale porozmawiam z synem i przyjdzie pana przeprosić i oddać za to co zepsuł. Pod którym numerem mówi, że pan mieszka?

– Na trzecim piętrze po lewej.

– Dobrze, dobrze, to tak jak mówię, syn do pana przyjdzie i przeprosi, w porządku? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– W porządku.

No, to będzie ciekawe spotkanie. Choć dość wątpliwe, bo od 13:17 jeszcze nie udało mu się dotrzeć.

Jak obstawiacie – przyjdzie?

17 lutego

Piję herbatę z imbirem, bo przeziębienie, słuchałem nowego kawałka Quebonafide o Meksyku, bo czekałem mocno i odpisuję na komentarze pod ostatnim tekstem, bo tyle co opublikowałem. Między refrenem a drugą zwrotką słyszę jakiś dziwny pomruk, coś między rozklepywaniem mięsa na schabowe, a ubijaniem muchy. Biorąc pod uwagę, że jest po 19:00, więc pora mało obiadowa i wciąż zima, więc pora mało muchowa, ściszam muzykę, żeby dojść do tego co to. A to, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, pukanie do drzwi! Baaardzo nieśmiałe, ale jednak.

Przekręcam turbo pancerny zamek Gerdy chroniący dobytek mojego życia, który ostatnio udało mi się cały zapakować do Citroena Berlingo i kogo widzę? Tak, to on – huligan-uciekinier, który wraz ze swoim psem wpisał się w moje życie trzema szóstkami. W końcu się pojawił.

– Dź-dź-dzień dobry – spuszczony wzrok, a mimo to przerażenie w oczach na poziomie ponad 9000.

– No, dzień dobry.

– Ch-chciałem pana przeprosić – postawa ciała cały czas skupiona na wiązaniu sznurówek siłą woli.

– Za co? – oj, chyba nie spodziewał się aż tak rozbudowanej konwersacji.

– Z-za ten wypadek – sprawdzanie, czy buty same nie ściągają mu się ze stóp i nie uciekają dalej w toku.

Masz na myśli, że chcesz mnie przeprosić za to, że Twój pies na mnie wbiegł tratując mi zakupy, a ty potem je rozdeptałeś i uciekłeś bez słowa, a potem się przede mną chowałeś?

– Tak.

– Aha.

– Bardzo pana przepraszam za to wszystko.

– No, biorąc pod uwagę, że to stało się 2 tygodnie temu, a z twoją mamą rozmawiałem 3 dni temu, to trochę ci zeszło.

– Ja… ja… się wstydziłem. Bardzo wstydziłem. I bardzo pana bałem… – jezusmariapeszek, jak mu się głos łamie, nie spodziewałbym się, że to możliwe, ale on chyba naprawdę się mnie bał – Nie wiedziałem co powiedzieć po prostu… A bałem się… Że pan będzie krzyczał na mnie… Przepraszam bardzo – takiego falsetu nie słyszałem odkąd w 2008 przestałem mieszkać obok Opery Krakowskiej. Dobra, wzruszył mnie, wierzę mu, zresztą, kto w jego wieku nie robił głupot niech pierwszy pokaże dzienniczek uwag.

– Dobra…

– Aaa – pierwszy raz odkąd otworzyłem drzwi patrzy na mnie – to remompensata dla pana – i podaje mi ściśnięte w dłoni jak plastelina, wilgotne od potu 30zł – za zakupy.

– „Rekompensata”.

– P-proszę?

– To słowo, to „rekompensata”.

– …

– Mniejsza z tym. Słuchaj, jest w porządku. Zajęło ci to trochę czasu, ale zachowałeś się jak trzeba, przyszedłeś, przeprosiłeś, nie mam żalu.

– Bałem się po tym jak mnie pan gonił po osiedlu – no pięknie, wyszedłem na jakiegoś świra-sadystę-prześladowcę.

– Heh – śmiech dla wyluzowania sytuacji – nie goniłem cię, tylko chciałem z tobą porozmawiać. Zresztą, czy ja wyglądam na kogoś niebezpiecznego? – typowe hasło zboczeńców z „W11”.

– Nooo – już z dobre 10 sekund nie opuścił wzroku – nie.

– No, właśnie, tak że spokojnie – boże, brzmię jak swój własny dziadek.

– No i słucha pan Quebo – skąd on to wie?

– Skąd ty to wiesz?

– Jak pukałem do pana to słyszałem, że leci „Quebahombre” – przeprocesowanie w głowie tego, co właśnie powiedział – n-nie żebym podsłuchiwał, t-tylko po prostu było słychać.

– Spokojnie, spokojnie – jeszcze raz powiem „spokojnie” głosem Piotra Fronczewskiego z „Rodziny zastępczej” i wezmą mnie do dubbingowania bajek dla dzieci.

– Też słuchałem przed chwilą, ale „Oh my budda” lepsze – skubany, faktycznie, ma rację.

– Faktycznie, masz rację.

Po kwadransie wymiany spostrzeżeń na temat kondycji polskiego rapu, cały czas stojąc w progu jakbym przyjmował świadka Jehowy, po chłopaka zeszła matka zapewne przekonana, że jej syn leży już poćwiartowany w workach foliowych na moim balkonie, bo w końcu ile może trwać powiedzenie „przepraszam”? Gdy zobaczyła, że mimo wszystko jej pociecha ma wszystkie kończyny i nie nosi śladów odurzenia chloroformem, przywitała się i ucięła kolejną 15-minutową rozmowę, tym razem na temat tego, czemu nasza spółdzielnia podniosła opłaty za ogrzewanie mimo, że w zasadzie już je wyłączyła. Rozmowa ostatecznie zakończyła się omawianiem zakupów online i debatowaniu, który dyskont spożywczy ma najlepsze jajka.

A Wy, jaki macie sposób na poznawanie sąsiadów? Bo ten ewidentnie działa.

---> SKOMENTUJ

8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem

Skip to entry content

Kiedy wchodzisz w pierwszy związek, o życiu w parze wiesz niewiele, a w zasadzie to mogę się założyć o dobrego burgera, że nie wiesz nic. Jednak przez przekaz jaki płynie z popkultury wydaje Ci się, że wiesz na czym ta gra polega. A jeśli w podstawówce poprosiłeś jakąś 9-latkę o chodzenie i nie dała Ci kosza zanosząc się od śmiechu i uciekając na drugą stronę korytarza, to w ogóle wydaje Ci się, że jesteś asem w te klocki. Też wydawało mi się, że wiem co jest pięć w byciu z kimś, jednak czas, a w zasadzie to rozpady kolejnych relacji, uzmysłowiły mi, że byłem w większym błędzie, niż Anakin Skywalker wierzący, że przechodząc na ciemną stronę mocy ocali Padme.

Oto 8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem.

 

Bycie ze sobą, nie jest równoznaczne z byciem swoją własnością

Będąc w gimnazjum, czy liceum, nie byłem w stanie rozumieć jak ktoś będąc z kimś w związku może komuś coś kazać lub czegoś zabronić. To było irracjonalne, ale miałem koleżanki, które nie mogły pójść ze mną na spacer, czy piwo, bo miały zakaz od swoich chłopaków. I to nie, że chodziło konkretnie o mnie, tylko ogólnie, nie mogły mieć kolegów. Więcej, jeśli któraś z nich chciała iść bez swojego chłopaka na imprezę, najpierw musiała go spytać o pozwolenie, a później, po uzyskaniu takowego, raportować, co się dzieje i zameldować się, gdy wróci.

Jedne, gdy wyjechały na studia i zmieniły otoczenie, zrozumiały, że to była skrajna patologia, ale niektóre pozostały w takich układach i wciąż nie zdają sobie sprawy, że są traktowane jak rzecz, a nie człowiek. Analogicznie, facetów też to dotykało, ale w mniejszej skali.

Jeśli na początku w łóżku jest słabo, nie znaczy, że już zawsze tak będzie

Będąc w pierwszej relacji nie masz wiedzy z poprzednich związków i nie wiesz, że trzeba się dotrzeć. Również w kwestii seksu. To, że pierwsze stosunki są bez fajerwerków, czy nawet pomruku kapiszonów, może być wynikiem tego, że oboje nie macie jeszcze doświadczenia w tej materii i nie wiecie co zrobić, żeby było dobrze, albo, że w ogóle nie zdajecie sobie sprawy z tego co lubicie. Zamiast od razu się rozstawać, bo Ty chcesz jak Snoop Dogg w kawałkach, a ona na niepokalaną dziewicę Maryję, wystarczy o tym porozmawiać i spróbować dojść do porozumienia.

Facet nie jest od płacenia

Reklamy, filmy i seriale pokazują sceny, w których facet płaci za kolację, potem płaci za bilety do kina, potem płaci za drinka w barze, a potem jeszcze za taksówkę. Tak jakby każdy samiec był posiadaczem torby Świętego Mikołaja, która po brzegi jest wypchana pieniędzmi i nigdy nie ma dna. Otóż nie, nadrzędną funkcją mężczyzny w związku nie jest regulowanie rachunków i machanie na prawo i lewo kartą płatniczą jakby miał niekontrolowany tik tenisisty. W zdrowym związku, płacisz za kobietę wtedy, kiedy masz na to ochotę i też nie będzie nic niezwykłego w tym, jeśli to ona zapłaci za Ciebie.

To, że teraz kochacie się na zabój, nie znaczy, że za rok też tak będzie

Będąc młodym, naiwnym i błogo nieświadomym, wydaje Ci się, że te motylki w brzuchu nigdy nie cofną się do etapu glist albo nie zamienią w ćmy. Zauroczenie potrafi minąć równie szybko, co smak gumy turbo i to zupełnie naturalne, bo im dłużej jesteście ze sobą, tym bardziej się poznajecie i realnie widzicie siebie nawzajem. I albo ten obraz Wam odpowiada albo jest rozbieżny z Waszymi oczekiwaniami i dziękujecie sobie za współpracę.

Kobieta potrzebuje seksu tak samo bardzo jak mężczyzna

A czasem nawet bardziej, ale często, zwłaszcza w młodym wieku, nawet sama o tym nie wie.

Nie ma dwóch identycznych związków

Na samym początku porównujesz swoją relację do innych. Do tych, o których pisali poeci przez wieki, do tych, w których są Twoi znajomi, i do tych, które widziałeś w „Klanie”. I zastanawiasz się, czy to dobrze, czy źle, że Ty i Twoja Mała nie jesteście jak Brad Pitt i Angelina Jolie. Dopiero dużo później dochodzi do Ciebie, że adopcja dzieci z krajów trzeciego świata nie jest wymogiem u każdej pary i to, że zachowujecie się inaczej niż Wasi znajomi nie jest ani plusem, ani minusem. Jeśli jakiś zwyczaj, czy zachowanie, sprawdza się u pary w Cosmopolitan albo najnowszej komedii romantycznej, wcale nie znaczy, że u Was będzie tak samo i że jeśli to nie zadziała, to powód do zmartwień.

Spędzanie każdej chwili razem nie jest zdrowe

Jeśli jesteście jak bliźniaki syjamskie, tylko z innymi narządami płciowymi, to prędzej, czy później przekonacie się jak bolesne jest chirurgiczne rozdzielanie takiej pary. Po pierwsze, człowiek potrzebuje przestrzeni dla siebie, potrzebuje pobyć samemu dla higieny psychicznej i zachowania równowagi emocjonalnej. Po drugiej, im więcej macie niewspólnych zainteresowań, tym lepiej dla Was obojga. Kiszenie się ciągle we własnym sosie powoduje, że ten w końcu fermentuje i można się od niego porzygać. Z kolei posiadanie swoich indywidualnych zajawek sprawia, że cały czas jesteście dla siebie świeży i wciągacie nawzajem w swoje światy.

Poza tym, w gorszych momentach, chwilach zawahania, bądź gdy się rozstaniecie, będziecie mieli czym się zająć, a nie zostaniecie z poczuciem jakby cały świat Wam się zawalił.

To, że się rozstaliście, nie znaczy, że to co Was łączyło, było nieprawdziwe

Najczęściej padający tekst po pierwszym rozstaniu? „To nie była prawdziwa miłość”! Nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa miłość”. Każdy związek, każda para ludzi i każde uczucie, które między nimi jest, jest inne. Popkultura i gówniane piosenki emitowane przez komercyjne stacje radiowe zwykły wmawiać, że „prawdziwa miłość jest na całe życie”, a wszystko inne było tylko udającym ją falsyfikatem. Ładnie brzmi, ale średnio pokrywa się z rzeczywistością. Ludzie dojrzewają, odkrywają się, zmieniają i reagują na zmiany otoczenia. Wariant, że dwójka ludzi przez 70 lat cały czas będzie dla siebie równie fascynująca i będzie ze sobą równie szczęśliwa, jest tak prawdopodobny jak wygranie w lotto.

Operując na frazesach – „wszystko się kiedyś kończy”, ale nie znaczy to, że skoro się skończyło to było gorsze albo fałszywe. To tak jakby powiedzieć, że chomik, który Ci zdechł w podstawówce był nieprawdziwy, bo już go nie ma, a przecież powinien być wieczny.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tyler Burrus
---> SKOMENTUJ