Close
Close

„Deadpool”, czyli najgorszy film o superbohaterze jaki widziałem

Skip to entry content

Nie widziałem wszystkich filmów o superbohaterach jakie wyszły w historii kinematografii, ale widziałem ich całkiem sporo. W tym nieco kpiącego z tematu „Ant-mana”, próbującego zredefiniować temat „Kick-ass” i nic nie wnoszącego do tematu ostatniego „Supermana”, jednak żaden z nich nie był tak słaby jak „Deadpool”. To zdecydowanie najgorszy film o komiksowym bohaterze jaki widziałem i kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa.

Czemu „Deadpool” to kupa na trawniku, w którą lepiej nie wpaść?

NIEUSTANNE śmieszkowanie

W każdym rozrywkowym filmie są żarty, czasem nawet pojawiają się w polskich komediach, to normalne, oczywiste i na miejscu. Tyle, że żeby żarty podnosiły wartość filmu, a nie pierdoliły go po całości, muszą być jak przyprawy w potrawie kulinarnej. Po pierwsze muszą być odpowiednio dobrane, po drugie muszę być dodatkiem, a nie główną istotą dania. Tutaj, nie dość, że główna postać rzuca beton za betonem, jakby stawiała nowe osiedle, to jeszcze robi to NON STOP, co kurewsko męczy widza.

Najwyraźniej do nikogo z twórców nie doszła prawidłowość, że liczy się jakość, a nie ilość.

 

Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film

Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować. Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat. Jaki jest efekt tego, że Ryan Reynolds zwraca się z ekranu bezpośrednio do Ciebie, raz po raz informując Cię, że to tylko film, który oglądasz w kinie? Cały czas sobie o tym przypominasz i za cholerę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację głównego bohatera. Bo przecież to tylko głupi film.

Brawo, o to chodziło!

 

Słabe tłumaczenie

Jeśli naprawdę musisz iść na ten niewypał do kina, to wybierz się na jakąś wersję dla obcokrajowców bez polskich napisów, czy coś, bo polskie tłumaczenie sucharzące już i tak suche żarty, do reszty zepsuje Ci ten seans.

Oryginał:

– We can fight this.
– You’re right. Cancer is only in my liver, lung, prostate and brain. All thing I can live without.

Tłumaczenie:

– Damy radę.
– Jasne. Rak ogarnął tylko wątrobę, płuca, prostatę i mózg. Przeżyję bez nich.

 

Motyw, na którym został oparty scenariusz

Ten akapit zdradza fabułę, więc jeśli jesteś jednym z tych, którzy pod każdym tekstem na temat danego tytułu musi wklepać „UWAGA TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN”, to omiń go. Aczkolwiek, fabuła jest tak infantylna, że już po kwadransie będziesz wiedział jak się kończy i będziesz zażenowany tym, że twórcy robią z tego jakieś wydarzenie. No chyba, że oglądając „Zbuntowanego anioła” nie spodziewałeś się, że Milagros i Ivo wezmą ślub. Wtedy faktycznie możesz być zaskoczony.

Otóż cały film oparty jest na tym, że główny bohater ma raka i żeby od niego nie umrzeć, zgadza się na zmutowanie swoich genów. Skutek jest taki, że staje się nieśmiertelny, ale coś mu się dzieje ze skórą i brzydko wygląda. Nie widać mu przez nią kawałków mięśni, czy mózgu, jak w komiksie, tylko po prostu brzydko wygląda. Jakby był poparzony albo za szybko się zestarzał. Co w związku z tym? Tytułowy Deadpool wstydzi się pokazać z taką brzydką skórą swojej narzeczonej – która, zaznaczmy, szaleńczo go kocha na dobre i na złe, chciała go hospitalizować w trakcie rozwoju nowotworu, a poza tym jest z patologicznej rodziny i naprawdę niejedno gówno w życiu widziała – więc przez kilka lat nie daje jej znaku życia. Ona wypłakuje sobie oczy, bo straciła ukochanego, a on przez ten czas ściga człowieka, który zmutował mu te geny, żeby je odmutował.

Kumacie, koleś, który był w poważnym związku opartym na mocnej miłości z wzajemnością, pozwala myśleć swojej partnerce, że nie żyje, tylko dlatego, że ma brzydką twarz. Brzmi sensownie nie?

Oczywiście pod koniec filmu okazuje się to, co było jasne jak skóra albinosa od początku i naprawdę nie trzeba się wychowywać na kreskówkach z X-menami, żeby na to wpaść – zmutowanych genów nie da się odmutować. Ale suspens, co? No, boki zrywać jaka ironia losu. HAHAHAHA. ALE ŚMISZNE. HAHAHAHA. PRZEZ CAŁY FILM BIEGAŁ ZA TYPEM, ŻEBY MU NAPRAWIŁ TWARZ, A TYP MÓWI, ŻE SIĘ NIE DA. HAHAHAHA. ALE BEKA. HAHAHAHA.

 

Sceny, które miały być na poważnie są turbo żenujące

To już nawet nie chodzi o to, że topiąc widza w „żartach” o waleniu konia trudno sprawić, aby przejął się sercowymi rozterkami głównego bohatera, czy jego problemami ze zdrowiem. Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a „Deadpool” ją przekracza.

 

Całość wygląda jak nieudana parodia

W momencie kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy, zastanawiasz się, czy „Deadpool” nie miał być tym dla filmów o superbohaterach, czym „Straszny film” był dla horrorów. Jednak ostatecznie dochodzisz do wniosku, że nie. Bo „Straszny film” był śmieszny.

(niżej jest kolejny tekst)

49
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
25 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
38 Comment authors
Marta Mardyłahaker102Patryk MaczugaBartosz Kałkusrad deja Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jack Graal
Gość

Sorry, ale przegiąłeś… Najpierw research, potem tekst.

korro
Gość
korro

Zaraz, zaraz…. Autor recenzji nie ma żadnego obowiązku bycia
obeznanym w Universum Marvela. Ocenia film jako film. Po prostu. Nie
wszyscy aż tak się jarają komiksami żeby je czytać i znać wszystkie
szczegóły. Mimo to, każdy ma prawo obejrzeć film i wydać o nim swoją
opinię – niezależnie od tego czy zna komiksy czy nie. Film można oceniać nie znając książki, bo po to został stworzony żeby go oglądać, a nie żeby przeczytać wszystkie komiksy i dopiero wtedy móc zrozumieć fenomen postaci ;)

Patryk Maczuga
Gość
Patryk Maczuga

Jak dla mnie cały ten post wynika totalnie z niezrozumienia filmu.
To troche jak by powiedzieć „Matrix to gowno bo jak Neo może zabić XX ludzi w tylu częściach i przeżyć!!??” Odp. To nie dokument a film akcji/sf.
Nie zabraniam nikomu nie lubić filmu, ale czaisz napisać ze Ogniem i mieczem, że to gowno bo nie ma Golumów i Orków, (bo w sumie tu tak chodzą po lasach i we Władcy pierścieni tez chodzili wiec mogę porównać).

LISU
Gość

Nie to żeby… ale myślę, że jeden komiks z Deadpoolem, pokaże ci jak bardzo nie zrozumiałeś tego filmu… :) I jasne – może się on nie podobać, ale większośc ‚wad’ wymienionych przez ciebie to jest właśnie cąły Deadpool! A to, ile udało się im tam wepchnąć perełek, nawiązań, smaczków, odniesień i ‚easter eggów’ to jakieś pieprzone mistrzostwo, ale do tego już jednak jest wymagana znajomość zarówno postaci, komiksów jak i całego uniwersum Marvela. Ten film to w sumie średni film, bo Deadpool zasługuje na o wiele więcej na ekranie, ale GENIALNA adaptacja. A – burzenie czwartej ściany to jeden ze… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Lisu, nie mówię, że twórcy „House of Cards” jako pierwsi na świecie wymyślili burzenie czwartej ściany, tylko że tam ten zabieg stanowi dużą wartość dodaną filmu, a w „Deadpoolu” jeszcze bardziej go pogrąża.

A co do tego, że nie zrozumiałem filmu, bo mi się nie podoba, to wiesz :)

Wiktor Klezcyk
Gość
Wiktor Klezcyk

A powiem Ci, że zawsze lubiłem komiksową postać Deadpoola. Te jego gówniane i chamskie żarty, przełamywanie czwartej ściany które nie wnosi żadnej wartości itd.
Niestety połowa dobrych tekstów była w trailerze. Cała reszta jakości marnej. Na plus bezsensowna przemoc i zastrzelenie kolesia na koniec na zasadzie „bo mogę”.
Ogółem film słaby, niewart pójścia do kina. Marketing, trailery, to wszystko podniosło poprzeczkę bardzo wysoko.

Szkoda że film nie doskoczył to tego poziomu. Nie wart pójścia do kina.

B.B.Wolf
Gość
B.B.Wolf

Autor tekstu miał do czynienia z Deadpoolem przed filmem?

Pyrovatis
Gość
Pyrovatis

Ja myślę podobnie jak Lisu, wypunktowałeś rzeczy, które są mocną stroną Deadpoola, bo pokazują, że jest to jak najwierniejsze przeniesienie komiksu na ekran. 1. Nieustanne śmieszkowanie. Deadpool rzuca sucharami, bo taki jest. Taki ma humor, obleśny, czarny i miejscami suchy jak pustynia Gobi. Przykład: – – – 2. Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film. Łamanie czwartej ściany tak jak pisałeś nie zostało ofkoz wymyślone w „House of Cards”, a tutaj było wiele razy wykorzystane, miejscami to niemal traktowało widza jak idiotę żeby nie zapomniał, że to tylko film. Ale znów to samo robi Deadpool w komiksie Przykład: – –… Czytaj więcej »

Saga Sachnik
Gość

Zgadzam się, tylko jednak fabuła mnie mocno rozczarowała. Poza tym, przyzwoicie ;)

sochers
Gość
sochers

Poczekaj, czy ja to naprawdę przeczytałem? Film średni. ale genialna adaptacja komiksu (ergo komiks średni?) :)

LISU
Gość

nienie – film średni, bo fabularnie jednak leży, ale postać Deadpool’a samego w sobie, zaadaptowana z komiksu na ekran świetnie;)

Grinch510
Gość
Grinch510
anoriell - Katarzyna Janoska
Gość

Widziałam ten film w Rosji. Z rosyjskim dubbingiem. Pobij to!

Jan Favre
Gość

Okej, wygrałaś!

CharlesNigma
Gość

Mam wrażenie, że chciałeś wywołać burzę w komentarzach i sądzę, że Ci to uda. To przeciętny film, ale doskonale oddaje wszystkie cechy głównego bohatera. IMO jesteś zbyt surowy, ale to Twój blog i Twoje kredki.

Jan Favre
Gość

Jakbym chciał wywołać burzę w komentarzach, to bym napisał, że popieram eutanazję. Ten mi się po prostu bardzo nie podobał.

Niezwykły Błyskotliwy Egzekuto
Gość
Niezwykły Błyskotliwy Egzekuto

Rozumiem ze film mógł ci się nie podobać, do mnie również humor nie zawsze trafiał i nie wznoszę tego filmu do rangi arcydzieła, bo Deadpool na pewno nim nie jest. Ot, przyjemna komedyjka – ale to jest czepianie się dla samej idei czepiania. Jako wady podałeś rzeczy które były zamierzone przez twórców i efekt został osiągnięty tak jak oczekiwali. Faktycznych wad w tej recenzji jak na lekarstwo. To wynika tylko i wyłącznie z twojej ignorancji. A ja ze swojej strony odsyłam do pierwowzoru – może pozwoli ci to zrozumieć dlaczego film wygląda tak a nie inaczej. Na pewno jako ekranizacja… Czytaj więcej »

Krzysztof Lancaster Kotkowicz
Gość
Krzysztof Lancaster Kotkowicz

„Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować.” Ooooooo stary… Deadpool w komiksie jest jedynym superbohaterem, który ma świadomość tego, że jest w komiksie. Burzy czwartą ścianę na każdym kroku, odzywa się do czytelnika i robił to, zanim ktokolwiek jeszcze pomyślał o nakręceniu House of Cards. I to tego z 1990 roku. Zdecydowanie „reżyser pozazdrościł” robiąc wierną adaptację komiksu. BTW – twórca House of Cards sam przyznał, że przy burzeniu czwartej ściany inspirował się… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Krzychu, co do wątku z „House of Cards”, to nie mówię, że twórcy „House of Cards” jako pierwsi na świecie wymyślili burzenie czwartej ściany, tylko że tam ten zabieg stanowi dużą wartość dodaną filmu, a w „Deadpoolu” jeszcze bardziej go pogrąża.

Co do kiczu w „poważnych scenach”, to nie jest on na tyle przesadzony, żeby się z niego śmiać, tylko wygląda jakby wyszedł przypadkiem, bo scena miała być „na serio”.

Krzysztof Lancaster Kotkowicz
Gość
Krzysztof Lancaster Kotkowicz

O nie, nie, nie. W Deadpoolu nie ma ani jednej sceny która miała być na serio. Przypuszczam, że przyjęcie tego założenia mogłoby zmienić nieco Twój odbiór filmu. :)

Igor Chmielewski
Gość

Założenie że Deadpool to kolejny film z serii superherosów już na samym początku było błędne. Polecam obejrzeć nawet cut-scenki z gry o deadpoolu. Jedyne do czego można się przyczepić odnośnie filmu to fakt że wade pozostaje „zdrowy na umyśle” każdy kto czytał komiksy wie ocb

11 rzeczy, których nie powinieneś robić na rozmowie o pracę

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z portalem Pracuj.pl

Wiele osób fiksuje się na tym, że jeszcze nie skończyło studiów i jest przekonanych, że przez to nie dostanie pracy, jak to się pięknie mówi, w zawodzie. Doświadczenie moje i wielu moich znajomych pokazuje, że to mit, powielany najczęściej przez rodziców, którzy wchodzili na rynek pracy w zupełnie innej rzeczywistości. I nie kumają, że trochę się zmieniło od czasów kiedy CV pisało się odręcznie na kartce i doczepiało spinaczem zdjęcie z dowodu. Pracuj.pl chce obalić kilka takich mitów i zachęcić młodych ludzi do szukania pracy zgodnej z ich zainteresowaniami trochę wcześniej, niż w dniu odbioru dyplomu magistra. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją dostali.

Ale, ale. Zanim wyruszysz w drogę musisz zebrać drużynę, a zanim zaczniesz mówić sobie z prezesem po imieniu, musisz przejść rozmowę kwalifikacyjną. Bieg z przeszkodami, który jest  jednym z bardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Zwłaszcza, jeśli doświadczasz go pierwszy raz.

Co zrobić, żeby nie połamać sobie nóg, dobiec do mety i jeszcze odebrać trofeum w postaci przyjęcia do pracy? Dobrze się przygotować. I nie robić na rozmowie rekrutacyjnej niczego z poniższej listy.

1. Nie przychodź niechlujnie ubrany

Stare góralskie przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą” niestety nie wzięło się znikąd. Da się zrobić tylko jedno pierwsze wrażenie, a rozmowa łatwiej Ci pójdzie, jeśli będzie ono dobre. Nie chodzi o to, żebyś od razu wbijał się w garnitur, ale dostosował swój wygląd do okazji. Przychodząc w wymiętej koszuli i brudnych butach, dajesz do zrozumienia, że w sumie to Ci nie zależy.

2. Nie spóźnij się, a już na pewno nie olewaj spotkania

Rozmowa kwalifikacyjna, to taka pierwsza randka z pracodawcą. Chodzi to, żeby się poznać i sprawdzić, czy do siebie pasujecie. Jeśli się spóźniasz, dajesz się poznać jak ktoś, kto nie potrafi ogarnąć działania zegarka, ale to i tak lepsze, niż wystawienie drugiej strony do wiatru i w ogóle odpuszczenie spotkania. Jeśli na rozmowę wyszedłeś odpowiednio wcześnie, ale na Twojej drodze właśnie wylądował meteoryt albo oddział obcych zablokował ulicę, poinformuj o opóźnieniu osobę, która na Ciebie czeka i wytłumacz sytuację. Doceni fakt, że dałeś jej znać i wie na czym stoi.

3. Nie ściemniaj, że w wieku 20 lat masz 30 lat doświadczenia

Pamiętam jak w pewnym momencie studiów miałem jeszcze bardziej beznadziejną sytuację finansową niż zazwyczaj i uparłem się, że dostanę normalną pracę biurową choćby nie wiem co. Podrasowałem swoje CV i zadowolony z siebie, że oszukałem system, w myślach już otwierałem szampana świętując sukces, bo zaprosili mnie na rozmowę do jednej z lepiej płacących korporacji. W trakcie spotkania pani rekruterka zapytała o moje doświadczenie, które posiadałem tylko w sferze fantazji i próbując na szybko wymyślić, co mogłem robić na wyimaginowanym stanowisku, moja twarz zapłonęła czerwienią żywą jak pieczony burak.

Kłamstwo, to najgłupsze co można zrobić. Wychodzi błyskawicznie i w zasadzie permanentnie skreśla Cię w danej firmie. Za to pochwalenie się umiejętnościami zdobytymi na przykład w trakcie organizowania juwenaliów, wychodzi tylko na plus.

4. Nie daj odczuć, że nie robi Ci różnicy, czy będziesz analitykiem danych, czy panem kanapką

Gdybym prowadził serwis o pączkach i szukał kogoś do redagowania artykułów, zależałoby mi na osobie, która jest tym zajarana i nie widzi się w niczym innym. Nie na kimś, komu nie udało się dostać na aplikację radcowską i z braku laku przyszedł do mnie. Domyślam się, że jeśli stawiasz pierwsze kroki w tematach zawodowych, to nie wiesz, czy bycie HRowcem jest Twoim przeznaczeniem i związkiem na całe życie. To jasne, bo jeszcze tego nie robiłeś, więc skąd masz wiedzieć. Ale pokaż zaangażowanie w tym temacie i wytłumacz czemu akurat zdecydowałeś się aplikować na to stanowisko.

Gdyby to była randka, chciałbyś się umówić na kolejne spotkanie z kimś, kto szuka partnera, ale jest mu obojętne, czy to będziesz Ty, czy przypadkowy przechodzień?

5. Nie bój się, nie mów szeptem, nie patrz w ścianę

Ja wiem, że im bardziej zależy Ci na pracy, tym większy stres i w ogóle matura ustna nie ma nawet podjazdu, ale wchodzenie do salki konferencyjnej z wypisany na czole „nie bijcie, ja nic nie wiem!” nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Pomaga za to uśmiech, nawiązywanie kontaktu wzrokowego, bycie pewnym siebie i odpowiadanie na pytania więcej niż dwoma słowami. I przede wszystkim dobre przygotowanie się.

Tutaj znajdziesz przykładowe pytania, które mogą paść w trakcie rozmowy. A imię i nazwisko osoby, z którą będziesz rozmawiać w mailu z zaproszeniem.

6. Nie śmieszkuj na siłę, rozmowa rekrutacyjna to nie stand-up

Jeden żart jest w porządku, dwa to już granica, przy trzech przechodzisz na stronę pajacowania. O ile nie starasz się o angaż w cyrku, nie zaplusujesz takim zachowaniem.

7. Nie kozacz. Jesteś gościem, a nie gospodarzem

Przesada w każdą stronę jest zła. Zarówno bycie wycofanym i schowanym w sobie jest kiepskim pomysłem, jak i spychanie z biurka rzeczy, by móc postawić na nim swoje ego. Arogancja, buta i nonszalancja, to nie są magiczne składniki, po zmieszaniu których powstanie dobre wrażenie.

8. Nie szantażuj i nie mów, że coś Ci się należy. To nie spotkanie z politykiem

Mam zarówno znajomych pracujących w korporacjach, jak i tych prowadzących własne firmy, zdecydowanie większe niż jednoosobowe, i ci drudzy często opowiadają mi o tym, jak to jest być z drugiej strony ogłoszenia o pracę. Czyli jak to jest wylistować konkretne umiejętności, które powinien mieć kandydat, a potem spotykać się na rozmowach z ludźmi, którzy jedyne co umieją, to machać kartką z pieczątką uczelni i żądać 4 000 złotych netto.

To nie jest tak, że za sam fakt posiadania dyplomu magistra z urzędu należy Ci się praca i kilka tysięcy na rękę, a pracodawca jest tylko po to, by Ci je dać. Jeśli ktoś szuka programisty, to interesuje go tylko to, czy faktycznie potrafisz obsługiwać MySQLa, a nie czy masz zaświadczenie, że na trzecim roku studiów miałeś zajęcia z baz danych. W małych firmach często w ogóle nie zwraca się uwagi na to, w którym momencie zakończyłeś edukację, tylko na projekty, które zrealizowałeś.

9. Nie mieszaj z błotem byłego pracodawcy

Nawet jeśli uważasz, że na to zasługuje.

Wymaga tego zawodowy savoir-vivre. To jak wypowiadasz się o poprzednim człowieku, który Cię zatrudniał, daje do myślenia co będziesz mówił o obecnym, kiedy kolejny raz zmienisz pracę. Jeśli padnie pytanie, czemu odszedłeś z poprzedniej firmy, nie mów, że były szef był dupkiem. Powiedz, że nie widziałeś dla siebie możliwości rozwoju.

10. Nie zdradzaj sekretów – tajemnica rzecz święta

Tak jak poprzednio: jeśli na pierwszym spotkaniu wyjawiasz poufne informacje, to jaki to daje sygnał osobie, która być może w przyszłości też przekaże Ci coś w zaufaniu?

11. Nie mów, że nie masz pytań. Wykaż zainteresowanie przyszłą pracą

Rozmowa kwalifikacyjna to dobry moment, by omówić jakie masz opcje w kwestii łączenia nauki z pracą. I przy okazji pokazać, że faktycznie zależy Ci na tym stanowisku, dopytując o jego szczegóły.

Do momentu, w którym prowadzę własną działalność gospodarczą, doszedłem od sprzedawania gazet na plaży. W trakcie zahaczając o kilkanaście zawodów z najróżniejszy branż i po drodze studiując. Dziennie. Naprawdę, wszystko da się połączyć, wystarczyć tylko zapytać, czy jest taka możliwość i wykazać trochę zainteresowania.

Gdzie szukać pracy? W apce na telefonie

Jak pisałem we wstępie, odkąd nasi rodzice dostali pierwszą wypłatę trochę się zmieniło. Zmienił się nie tylko rynek, wygląd i forma dokumentów, czy rodzaj popularnych zawodów, ale też drogi jakimi tej pracy się szuka. Przeglądanie fizycznych tablic z ogłoszeniami, czy gazet, to już mocny archaizm. Tak jak Spotify zastąpił magnetofon z kasetami, tak aplikacja Pracuj.pl zastępuje chodzenie po przedsiębiorstwach i pytanie o wolną posadę.

Pomijając oczywiste oczywistości typu: apka jest wygodna, intuicyjna, ma trylion ogłoszeń i możesz korzystać z niej w każdej chwili, bo telefon masz zawsze przy sobie, to jest coś więcej, co sprawia, że faktycznie jest zajebista.

Pierwsza rzecz, to możliwość aplikowania na dane stanowisko z poziomu telefonu. Jeśli wklepałeś wcześniej dane ze swojego CV do konta na Pracuj.pl, to robisz jeden klik i beng! Już jesteś w procesie rekrutacji.

Druga, to JobAlerty. Ustawiasz filtr jakiego typu pracy szukasz i w jakim regionie, a aplikacja wrzuca Ci powiadomienie, gdy tylko pojawi się coś nowego.

Trzecia, to opcja sprawdzenia przeciętnego wynagrodzenia na danym stanowisku. Załóżmy, że chcesz pracować jako tłumacz holenderskiego: znajdujesz ofertę, pukasz w przycisk i masz podane widełki z zarobkami na tym stanowisku w Twoim regionie. Kozak! Szczerze mówiąc, to chyba najistotniejszy powód, dla którego warto pobrać tę apkę, bo wiem, że masę osób ma problem z wycenieniem swojej pracy.

Możesz ściągnąć ją, oczywiście za friko, stąd na Androida i stąd na iPhone’a, do czego zachęcam. Nawet, jeśli w tym momencie nie szukasz pracy. Może to praca szuka Ciebie.

Syn sąsiadki: historia jajek 1,20zł za sztukę

Skip to entry content

Nowe osiedle, nowe mieszkanie, nowi sąsiedzi, nowe przygody.

2 lutego

Leżę obłożnie chory w łóżku i, co najgorsze, głodny, bo nowe mieszkanie, to pustki w lodówce, w szafkach i w ogóle zero ryżu i kotletów sojowych zakamuflowanych w pawlaczu na czarną godzinę. Kolega się nade mną zlitował i, licząc najprawdopodobniej na kanonizację za życia, powiedział, że zrobi mi zakupy i przywiezie. I nie dość, że powiedział, to faktycznie zrobił i jeszcze przywiózł. No, złoty człowiek. Złotszy niż nasza waluta krajowa.

Czekam, czekam, czekam, a tu zamiast zwarcia w domofonie, słyszę dzwonek w telefonie i dowiaduję się, że mu się śpieszy, bo cośtamcośtam i nie wejdzie na górę tylko mam zejść pod klatę po te rzeczy, bo zaraz będzie. Myślę sobie „jak tak można człowieka z łoża śmierci zrywać! nic nie będzie z tej jego beatyfikacji!”, ale schodzę.

Schodzę, a tu w siatkach z Almy największe rarytasy – ser od kozy, szynkach od Włocha, jaja od chłopa – w sensie nie, że ludzkie, tylko że od rolnika, ze wsi w sensie – sok nie z koncentratu, pieczywo nie z mrożonek, szpinak zresztą też. Myślę „złoty człowiek, do platyny mu trochę brakuje, ale złoty jak nic”. Biere te siaty i w tym agonalnym stanie wchodzę po schodach. Wchodzę, wchodzę, już jestem na półpiętrze – pierwszym i staram się ogarnąć myślą, że jeszcze pięć przede mną – i nie wiem, czy to majaki od gorączki, ale słyszę jakieś dzikie wycie i diabelskie dudnienie. Coś jak w „Hobbit: bitwa pięciu armii”, kiedy te pięć armii faktycznie zaczęło się naparzać.

Słyszę, że to coraz bliżej, że orki i elfy się zaraz na mnie rzucą, unoszę głowę do góry… a to pies.

Rozszalały golden retriver pędzi na mnie jakbym był suką z cieczką albo co najmniej masarzem perfumującym się po pracy suchą krakowską. Bydle jest tak rozpędzone, że wypadając zza zakrętu może nawet i mnie widzi, całkiem prawdopodobne, że nawet coś tam trybi, żeby wyhamować i nie skoczyć na mnie całą masą ciała, ale jest za późno. Taranuje mnie jak trabant krasnale ogrodowe i leci – mówiąc dosłownie – dalej. Zanim zdążę się dobrze wkurwić, że zakupy poszły tam, gdzie Jose Arcadio Morales w „Killerów 2-óch”, wpada na mnie jego właściciel – dzieciak w za dużej bluzie z kapturem, za dużej czapce z daszkiem i najwyraźniej również za dużych butach, który goniąc psa też nie wyrobił na zakręcie.

Gdyby wpadł tylko na mnie to pół biedy, czy tam ćwierć nawet, bo i tak jestem znieczulony Nurofenem, ale wpada również na zakupy, a w zasadzie, to w zakupy i tak jak jego pies, leci – również dosłownie, nie metaforycznie – dalej. Żadnego „przepraszam”, żadnego „sorka”, a tym bardziej „proszę mi wybaczyć, że ja i pies, za którego odpowiadam, zrobiliśmy panu z jedzenia materiał na kompost, obiecuję, że to się nie powtórzy, a w ramach za dość uczynienia umyję panu w wolną sobotę samochód, którego pan nie posiada”. Żadne z tych sformułowań nie padło. Synek po prostu olał temat, przejmując się tym mniej niż budowaniem trzeciego filaru emerytalnego, a ja zostałem z jajecznicą na surowo i wkomponowanym w nią szpinakiem. Co nie jest moim ulubionym daniem.

To nie jest tekst z cyklu „ta dzisiejsza młodzież…”. To znaczy trochę jest, ale bardziej o tym, że znowu nie spróbowałem jajek 1,20zł za sztukę.

9 lutego

Wracam z osiedlowej Żabki z kurosantami i dżemem na drugie śniadanie, ciesząc się, że idzie wiosna. Fantazjuję, że w przyszłym tygodniu pewnie będzie już można pływać na Zakrzówku podziwiając miss osiedla, które przyszły się poopalać w pseudokoronkowej bieliźnie i pełnym studniówkowym makijażu, jarając na potęgę czerwone Viceroye.

W pewnym momencie tę idyliczną wizję, jak zamek z piasku podmyty przez falę, burzy mi szczeknięcie. Szczęknięcie tak charakterystyczne, że chyba je skądś kojarzę. Hmmm, czyżby mój królik tak szczekał? Nie, chyba nie, króliki przecież nie szczekają. Poza tym, nie mam królika. Skąd mogę kojarzyć ten dźwięk? A tak, już wiem! Z zeszłego tygodnia, kiedy wydający je golden retriver półprzytomnego, kontuzjowanego przez chorobę na ciele i umyśle mnie rzucił na ścianę, a potem jego właściciel biegnący za nim potraktował moje zakupy jak piłkę do rugby, robiąc z nich błyskawiczny gulasz do zjedzenia z ziemi.

Co za uroczy dzień! – jakby to powiedział trep z „Mad Maxa”.

Lokalizuję na horyzoncie psa i błądzę wzrokiem za właścicielem, żeby teraz – niemal w pełni sił witalnych – rozmówić się z nim na temat przedwcześnie uśmierconych jajek 1,20zł za sztukę i przede wszystkim ucieczki z miejsca wypadku. Dobra, jest! Widzę gówniarza jak siedzi na schodkach od zjeżdżalni z kapturem na głowie i klepie coś na telefonie. Dzieciak klepie jednak na tyle intensywnie, że telefon w pewnym momencie wyślizguje mu się z rąk i upada – skąd ja to znam? no, witaj w klubie – i podnosząc go ziemi zauważa mnie.

Widzieliście kiedyś „Krzyk”? Nie film Wesa Cravena, tylko obraz Edvarda Muncha? To na jego twarzy – po przetworzeniu procesu myślowego pod tytułem „zachowałem się mega niekulturalnie wobec tego pana, a teraz spotykamy się i idzie w moją stronę, więc z pewnością będę miał problemy” – pojawia się dokładanie taka sama mina, co na obrazie.

Zanim zdążę powiedzieć, że nie zamierzam go zamordować gołymi rękami, a tym bardziej przy użyciu tępego noża do masła, ani nawet nie poddam jego kończy obróbce palnikiem, dzieciak gwiżdże na psa i zaczyna uciekać. (swoją drogą, ma takie wyjście z progu, że Lance Armstrong mógłby się czuć zagrożony). Gonię go jakieś całe 9 sekund – zanim organizm nie przypomni mi, że jednak nie mam już 14 lat, tylko dwa razy tyle – ale zanim dotrze do niego moje całkiem donośne „poczekaj, nic ci nie zrobię”, rozpływa się między blokami jak hajs z pierwszej wypłaty tuż po opłaceniu rachunków za mieszkanie.

Już wiem jak to jest być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. I czuć na sobie spojrzenie sąsiadów, jakby właśnie byli niedoszłymi świadkami zbrodni na nieletnim.

14 lutego

Jak na perfekcyjnego pana domu przystało, z samego rana – tuż po 13 – ogarnąłem zniszczenia powstałe w wyniku przedwalentynkowego maratonu filmów Tarantino, zapakowałem potłuczone kieliszki po wściekłych psach do worka i razem z pozostałościami po burgerach ruszyłem na rytualny spacer ze śmieciami. Nie jest to jakoś wyjątkowo ekscytująca czynność, więc też nie spodziewałem się zaskakujących zwrotów akcji. A powinienem.

Wracam ze śmietnika, dumny, że oddzieliłem szkło od plastiku i teraz lasy tropikalne mogą spać spokojnie, i… widzę gówniarza, który – do spółki ze swoim z pewnością nieszczepionym psem mordercą – poturbował moje zakupy. I mnie. Spotykamy się prawie w samo południe, przy drzwiach od klatki. Ja wchodzę, on wychodzi. Z mamą. Całkiem, całkiem dodajmy.

Jak poprzednio, podnosi głowę z nad komórki, zauważa mnie i jego – całkowicie świadoma zbrodni jaką popełnił – psychika, robi to o czym mówił Paweł Deląg w „Chłopaki nie płaczą”. Ciągnę za drzwi, dzieciak w odruchu bezwarunkowym gwałtownie cofa się depcząc mamie nieco nadgryzione zębem czasu, ale wciąż nadając się do użytku czółenka, na co rodzicielka reaguje równie bezwarunkowym i donośnym „Ałaaaaaaa!”. Oprawca odpowiada na ten bitewny okrzyk jedyną ściemą jaką jego przerażonym konfrontacją zwojom mózgowym udało się wyprodukować: „m-m-muszę wrócić do domu po telefon, z-zaraz przyjdę mamo” i z gracją parkourowca po wchłonięciu przeterminowanego LSD wbiega – a w zasadzie prawie, że wlatuje – po schodach na górę.

Wykorzystując okazję, że Pani Mama, nie zorientowała się jeszcze, że dzieciak cały czas miał telefon w dłoni i nie zaczęła go gonić, ani zanim krzyczeć, bo wciąż przeżywa zmiażdżenie stopy, przystępuję do ataku:

– Dzień dobry, jestem państwa sąsiadem z trzeciego piętra i pani syn ostatnio sprowadzając psa zniszczył mi zakupy, w związku z czym…

– Dzień dobry <nieme_ała_chyba_straciłam_kości_w_śródstopiu>, ale jak to mój synu? Zaraz, zaraz, co się stało? Nie rozumiem.

– Szedłem z zakupami po schodach. Pani syn wychodził z psem. Spuścił go ze smyczy. Pies biegł. Przewrócił mnie i stratował zakupy, a później pani syn goniąc go wbiegł w nie i je rozdeptał. Po czym uciekł.

Mój syn?

– No, ten chłopiec, z którym pani szła i przed chwilą uciekł.

– I kiedy pan mówi, że to się stało?

– Trochę więcej niż tydzień temu. Mają państwo golden retrivera, tak?

– <zawias_i_gruba_rozkmina>

– <pełna_koncentracja_i_skupienie_sięgające_zenitu>

– I uciekł <rozkmina_trwa>?

– Tak, pies mnie staranował, pani syn rozdeptał moje zakupy i uciekł, w związku z….

– Przepraszam pana bardzo, naprawdę, wie pan, to trudny wiek, druga klasa gimnazjum, hormony, rówieśnicy, wariactwo. Ale on nie chciał, to dobry chłopak. Wrażliwy. Bardzo. Wie pan, ten pies to jest całe jego życie, on poza nim świata nie widzi, to jego najlepszy przyjaciel, on na pewno nie chciał. To jest dobry chłopak, naprawdę. Ale porozmawiam z nim. Przepraszam jeszcze raz. Dużo się tych zakupów zniszczyło przez ten wypadek? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– Trochę się zniszczyło, jajka, szpinak, pomidory, ser…

– Ojej, ojej, przykro mi bardzo. Bardzo mi przykro, naprawdę. Myśli pan, że 30zł wystarczy? Cholera, gdzie ja mam tę portmonetkę…

– Myślę, że tak, tylko wie pani, to nie tyle chodzi o pieniądze, co o zachowanie. Żadnego „przepraszam”, „nie chciałem”, czy cokolwiek.

– On nie chciał na pewno, ten pies – Budrys – jemu czasem coś strzeli i trudno nad nim zapanować, ja sama nie raz mam kłopot, a Grzesiu…

– Nie wiem, czy nie chciał, wiem na pewno, że uciekł bez słowa.

– No tak, ma pan rację, ma pan rację, powinien przeprosić. Ja pana przepraszam serdecznie jeszcze raz, ale porozmawiam z synem i przyjdzie pana przeprosić i oddać za to co zepsuł. Pod którym numerem mówi, że pan mieszka?

– Na trzecim piętrze po lewej.

– Dobrze, dobrze, to tak jak mówię, syn do pana przyjdzie i przeprosi, w porządku? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– W porządku.

No, to będzie ciekawe spotkanie. Choć dość wątpliwe, bo od 13:17 jeszcze nie udało mu się dotrzeć.

Jak obstawiacie – przyjdzie?

17 lutego

Piję herbatę z imbirem, bo przeziębienie, słuchałem nowego kawałka Quebonafide o Meksyku, bo czekałem mocno i odpisuję na komentarze pod ostatnim tekstem, bo tyle co opublikowałem. Między refrenem a drugą zwrotką słyszę jakiś dziwny pomruk, coś między rozklepywaniem mięsa na schabowe, a ubijaniem muchy. Biorąc pod uwagę, że jest po 19:00, więc pora mało obiadowa i wciąż zima, więc pora mało muchowa, ściszam muzykę, żeby dojść do tego co to. A to, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, pukanie do drzwi! Baaardzo nieśmiałe, ale jednak.

Przekręcam turbo pancerny zamek Gerdy chroniący dobytek mojego życia, który ostatnio udało mi się cały zapakować do Citroena Berlingo i kogo widzę? Tak, to on – huligan-uciekinier, który wraz ze swoim psem wpisał się w moje życie trzema szóstkami. W końcu się pojawił.

– Dź-dź-dzień dobry – spuszczony wzrok, a mimo to przerażenie w oczach na poziomie ponad 9000.

– No, dzień dobry.

– Ch-chciałem pana przeprosić – postawa ciała cały czas skupiona na wiązaniu sznurówek siłą woli.

– Za co? – oj, chyba nie spodziewał się aż tak rozbudowanej konwersacji.

– Z-za ten wypadek – sprawdzanie, czy buty same nie ściągają mu się ze stóp i nie uciekają dalej w toku.

Masz na myśli, że chcesz mnie przeprosić za to, że Twój pies na mnie wbiegł tratując mi zakupy, a ty potem je rozdeptałeś i uciekłeś bez słowa, a potem się przede mną chowałeś?

– Tak.

– Aha.

– Bardzo pana przepraszam za to wszystko.

– No, biorąc pod uwagę, że to stało się 2 tygodnie temu, a z twoją mamą rozmawiałem 3 dni temu, to trochę ci zeszło.

– Ja… ja… się wstydziłem. Bardzo wstydziłem. I bardzo pana bałem… – jezusmariapeszek, jak mu się głos łamie, nie spodziewałbym się, że to możliwe, ale on chyba naprawdę się mnie bał – Nie wiedziałem co powiedzieć po prostu… A bałem się… Że pan będzie krzyczał na mnie… Przepraszam bardzo – takiego falsetu nie słyszałem odkąd w 2008 przestałem mieszkać obok Opery Krakowskiej. Dobra, wzruszył mnie, wierzę mu, zresztą, kto w jego wieku nie robił głupot niech pierwszy pokaże dzienniczek uwag.

– Dobra…

– Aaa – pierwszy raz odkąd otworzyłem drzwi patrzy na mnie – to remompensata dla pana – i podaje mi ściśnięte w dłoni jak plastelina, wilgotne od potu 30zł – za zakupy.

– „Rekompensata”.

– P-proszę?

– To słowo, to „rekompensata”.

– …

– Mniejsza z tym. Słuchaj, jest w porządku. Zajęło ci to trochę czasu, ale zachowałeś się jak trzeba, przyszedłeś, przeprosiłeś, nie mam żalu.

– Bałem się po tym jak mnie pan gonił po osiedlu – no pięknie, wyszedłem na jakiegoś świra-sadystę-prześladowcę.

– Heh – śmiech dla wyluzowania sytuacji – nie goniłem cię, tylko chciałem z tobą porozmawiać. Zresztą, czy ja wyglądam na kogoś niebezpiecznego? – typowe hasło zboczeńców z „W11”.

– Nooo – już z dobre 10 sekund nie opuścił wzroku – nie.

– No, właśnie, tak że spokojnie – boże, brzmię jak swój własny dziadek.

– No i słucha pan Quebo – skąd on to wie?

– Skąd ty to wiesz?

– Jak pukałem do pana to słyszałem, że leci „Quebahombre” – przeprocesowanie w głowie tego, co właśnie powiedział – n-nie żebym podsłuchiwał, t-tylko po prostu było słychać.

– Spokojnie, spokojnie – jeszcze raz powiem „spokojnie” głosem Piotra Fronczewskiego z „Rodziny zastępczej” i wezmą mnie do dubbingowania bajek dla dzieci.

– Też słuchałem przed chwilą, ale „Oh my budda” lepsze – skubany, faktycznie, ma rację.

– Faktycznie, masz rację.

Po kwadransie wymiany spostrzeżeń na temat kondycji polskiego rapu, cały czas stojąc w progu jakbym przyjmował świadka Jehowy, po chłopaka zeszła matka zapewne przekonana, że jej syn leży już poćwiartowany w workach foliowych na moim balkonie, bo w końcu ile może trwać powiedzenie „przepraszam”? Gdy zobaczyła, że mimo wszystko jej pociecha ma wszystkie kończyny i nie nosi śladów odurzenia chloroformem, przywitała się i ucięła kolejną 15-minutową rozmowę, tym razem na temat tego, czemu nasza spółdzielnia podniosła opłaty za ogrzewanie mimo, że w zasadzie już je wyłączyła. Rozmowa ostatecznie zakończyła się omawianiem zakupów online i debatowaniu, który dyskont spożywczy ma najlepsze jajka.

A Wy, jaki macie sposób na poznawanie sąsiadów? Bo ten ewidentnie działa.

8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem

Skip to entry content

Kiedy wchodzisz w pierwszy związek, o życiu w parze wiesz niewiele, a w zasadzie to mogę się założyć o dobrego burgera, że nie wiesz nic. Jednak przez przekaz jaki płynie z popkultury wydaje Ci się, że wiesz na czym ta gra polega. A jeśli w podstawówce poprosiłeś jakąś 9-latkę o chodzenie i nie dała Ci kosza zanosząc się od śmiechu i uciekając na drugą stronę korytarza, to w ogóle wydaje Ci się, że jesteś asem w te klocki. Też wydawało mi się, że wiem co jest pięć w byciu z kimś, jednak czas, a w zasadzie to rozpady kolejnych relacji, uzmysłowiły mi, że byłem w większym błędzie, niż Anakin Skywalker wierzący, że przechodząc na ciemną stronę mocy ocali Padme.

Oto 8 rzeczy o życiu w parze, których nie wiedziałem przed pierwszym związkiem.

 

Bycie ze sobą, nie jest równoznaczne z byciem swoją własnością

Będąc w gimnazjum, czy liceum, nie byłem w stanie rozumieć jak ktoś będąc z kimś w związku może komuś coś kazać lub czegoś zabronić. To było irracjonalne, ale miałem koleżanki, które nie mogły pójść ze mną na spacer, czy piwo, bo miały zakaz od swoich chłopaków. I to nie, że chodziło konkretnie o mnie, tylko ogólnie, nie mogły mieć kolegów. Więcej, jeśli któraś z nich chciała iść bez swojego chłopaka na imprezę, najpierw musiała go spytać o pozwolenie, a później, po uzyskaniu takowego, raportować, co się dzieje i zameldować się, gdy wróci.

Jedne, gdy wyjechały na studia i zmieniły otoczenie, zrozumiały, że to była skrajna patologia, ale niektóre pozostały w takich układach i wciąż nie zdają sobie sprawy, że są traktowane jak rzecz, a nie człowiek. Analogicznie, facetów też to dotykało, ale w mniejszej skali.

Jeśli na początku w łóżku jest słabo, nie znaczy, że już zawsze tak będzie

Będąc w pierwszej relacji nie masz wiedzy z poprzednich związków i nie wiesz, że trzeba się dotrzeć. Również w kwestii seksu. To, że pierwsze stosunki są bez fajerwerków, czy nawet pomruku kapiszonów, może być wynikiem tego, że oboje nie macie jeszcze doświadczenia w tej materii i nie wiecie co zrobić, żeby było dobrze, albo, że w ogóle nie zdajecie sobie sprawy z tego co lubicie. Zamiast od razu się rozstawać, bo Ty chcesz jak Snoop Dogg w kawałkach, a ona na niepokalaną dziewicę Maryję, wystarczy o tym porozmawiać i spróbować dojść do porozumienia.

Facet nie jest od płacenia

Reklamy, filmy i seriale pokazują sceny, w których facet płaci za kolację, potem płaci za bilety do kina, potem płaci za drinka w barze, a potem jeszcze za taksówkę. Tak jakby każdy samiec był posiadaczem torby Świętego Mikołaja, która po brzegi jest wypchana pieniędzmi i nigdy nie ma dna. Otóż nie, nadrzędną funkcją mężczyzny w związku nie jest regulowanie rachunków i machanie na prawo i lewo kartą płatniczą jakby miał niekontrolowany tik tenisisty. W zdrowym związku, płacisz za kobietę wtedy, kiedy masz na to ochotę i też nie będzie nic niezwykłego w tym, jeśli to ona zapłaci za Ciebie.

To, że teraz kochacie się na zabój, nie znaczy, że za rok też tak będzie

Będąc młodym, naiwnym i błogo nieświadomym, wydaje Ci się, że te motylki w brzuchu nigdy nie cofną się do etapu glist albo nie zamienią w ćmy. Zauroczenie potrafi minąć równie szybko, co smak gumy turbo i to zupełnie naturalne, bo im dłużej jesteście ze sobą, tym bardziej się poznajecie i realnie widzicie siebie nawzajem. I albo ten obraz Wam odpowiada albo jest rozbieżny z Waszymi oczekiwaniami i dziękujecie sobie za współpracę.

Kobieta potrzebuje seksu tak samo bardzo jak mężczyzna

A czasem nawet bardziej, ale często, zwłaszcza w młodym wieku, nawet sama o tym nie wie.

Nie ma dwóch identycznych związków

Na samym początku porównujesz swoją relację do innych. Do tych, o których pisali poeci przez wieki, do tych, w których są Twoi znajomi, i do tych, które widziałeś w „Klanie”. I zastanawiasz się, czy to dobrze, czy źle, że Ty i Twoja Mała nie jesteście jak Brad Pitt i Angelina Jolie. Dopiero dużo później dochodzi do Ciebie, że adopcja dzieci z krajów trzeciego świata nie jest wymogiem u każdej pary i to, że zachowujecie się inaczej niż Wasi znajomi nie jest ani plusem, ani minusem. Jeśli jakiś zwyczaj, czy zachowanie, sprawdza się u pary w Cosmopolitan albo najnowszej komedii romantycznej, wcale nie znaczy, że u Was będzie tak samo i że jeśli to nie zadziała, to powód do zmartwień.

Spędzanie każdej chwili razem nie jest zdrowe

Jeśli jesteście jak bliźniaki syjamskie, tylko z innymi narządami płciowymi, to prędzej, czy później przekonacie się jak bolesne jest chirurgiczne rozdzielanie takiej pary. Po pierwsze, człowiek potrzebuje przestrzeni dla siebie, potrzebuje pobyć samemu dla higieny psychicznej i zachowania równowagi emocjonalnej. Po drugiej, im więcej macie niewspólnych zainteresowań, tym lepiej dla Was obojga. Kiszenie się ciągle we własnym sosie powoduje, że ten w końcu fermentuje i można się od niego porzygać. Z kolei posiadanie swoich indywidualnych zajawek sprawia, że cały czas jesteście dla siebie świeży i wciągacie nawzajem w swoje światy.

Poza tym, w gorszych momentach, chwilach zawahania, bądź gdy się rozstaniecie, będziecie mieli czym się zająć, a nie zostaniecie z poczuciem jakby cały świat Wam się zawalił.

To, że się rozstaliście, nie znaczy, że to co Was łączyło, było nieprawdziwe

Najczęściej padający tekst po pierwszym rozstaniu? „To nie była prawdziwa miłość”! Nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa miłość”. Każdy związek, każda para ludzi i każde uczucie, które między nimi jest, jest inne. Popkultura i gówniane piosenki emitowane przez komercyjne stacje radiowe zwykły wmawiać, że „prawdziwa miłość jest na całe życie”, a wszystko inne było tylko udającym ją falsyfikatem. Ładnie brzmi, ale średnio pokrywa się z rzeczywistością. Ludzie dojrzewają, odkrywają się, zmieniają i reagują na zmiany otoczenia. Wariant, że dwójka ludzi przez 70 lat cały czas będzie dla siebie równie fascynująca i będzie ze sobą równie szczęśliwa, jest tak prawdopodobny jak wygranie w lotto.

Operując na frazesach – „wszystko się kiedyś kończy”, ale nie znaczy to, że skoro się skończyło to było gorsze albo fałszywe. To tak jakby powiedzieć, że chomik, który Ci zdechł w podstawówce był nieprawdziwy, bo już go nie ma, a przecież powinien być wieczny.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tyler Burrus