Close
Close

Filmowe klasyki, których nie przełączysz

Skip to entry content

Gdy poprzednio byłem chory, zrobiłem sobie maraton z bajkami wszech czasów, które niezależnie od wieku oglądającego potrafią poruszyć i być lekarstwem na chorobę. W tym tygodniu znów mnie rozłożyło, więc będąc przykutym do łóżka zrobiłem sobie seans z filmowymi klasykami. Czyli długometrażowymi filmami, które mimo zmieniających się dat w kalendarzu nie tracą na aktualności, a oglądając je po raz n-ty odczuwa się tę samą przyjemność, co za pierwszym razem. A nieraz nawet większą, bo znając już jakiś obraz, przy ponownym kontakcie wydobywa się szczegóły niewidoczne na pierwszy rzut oka.

Oto moja złota piątka filmów, które trudno przełączyć mimo, że zna się je na pamięć.

 

Wilk z Wallstreet

Film świeży, bo zaledwie sprzed 2 lat, ale już w dniu premiery wiedziałem, że trwale wpisze się w historię kinematografii. I to nie tylko dlatego, że pobił rekord w liczbie użycia słowa „fuck”, które pada tam 506 razy, czyli średnio co 21 sekund. To po prostu esencja filmu rozrywkowego! Mimo, że nie jest to stricte komedia, to „Wilk z Walstreet” bawi bardziej niż jakikolwiek tytuł z Jimem Carreyem, trzymając przy tym w napięciu, dając do myślenia, obrazując mentalność amerykanów i dając motywacyjnego kopa. Tu nie ma dłużyn, ani słabych moment, tu jest czysta przyjemność z oglądania.

Jeśli nie wierzysz, to sprawdź scenę, w której naćapny i sparaliżowany DiCaprio prowadzi Lamborghini. Majstersztyk!

 

Pulp fiction

Nie ma chyba drugiego pojedynczego filmu długometrażowego, który miałbym taki wpływ na popkulturę co „Pulp fiction”. Rzadko się zdarza by obraz oparty nie na książce, komiksie, grze, czy czyimś życiorysie, a na autorskim scenariuszu tak mocno wykraczał poza ekrany kin i promieniował na rzeczywistość. Scena gdzie Jules z Vincentem dyskutują o tym jak we Francji nazywa się ćwierćfunciak z serem była cytowana prawie tak często jak biblia, a przewijający się przez film motyw burgerów zainspirował ludzi do otworzenia swoich knajp z grillowaną wołowiną na całym świecie. Również w Krakowie. Ten tytuł to puszka pandory z kultowymi motywami.

 

Chłopaki nie płaczą

Jedyny polski film w zestawieniu i w dodatku komedia. Przedostatnia dobra. Przepraszam, genialna. Już od pierwszej sceny widz ma banana na twarzy i wykrzywienie ust ku górze nie schodzi aż do ostaniej. Trudno w to uwierzyć, ale pod wodzą Lubaszenki nawet Michał Milowicz wyciąga kij od szczotki z tyłka i jest zabawny. Nie mówiąc już o Pazurze, Łazuce, czy młodym Stuhrze, którzy odgrywają tu oscarowe role. I oczywiście Tomku Bajerze ztj. „Lasce”, który rzuca turbo-kultowe „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Zresztą „Chłopaki nie płaczą” to studnia pełna haseł, które przeszły do mowy potocznej – „skąd wziąłeś ten sweter? Zajebałeś go z pomocy dla powodzian?” to właśnie stąd.

 

Incepcja

W moim prywatnym rankingu absolutnie najlepszy film na świecie! Na dobrą sprawę powinno wystarczyć, że reżyserem jest Christopher Nolan, główną rolę gra Leonardo DiCaprio, a muzykę skomponował Hans Zimmer, ale nieco rozwinę argumentację, czemu „Incepcja” to taki kozak.

Przede wszystkim, motyw przewodni – świadome sny i dzielenie ich z innymi. Sama ta koncepcja jest tak ciekawa i intrygująca, że fabułę chłonie się mimowolnie jak tlen z powietrza. Po drugie, gra aktorska, wiadomo, że DiCaprio nie mógłby zawieść, ale poza nim nikt inny również nie daje ciała i widz ani przez moment nie musi się zmuszać, żeby uwierzyć, że bohaterowie naprawdę włamują się do umysłów. Po trzecie, montaż i praca kamer – przechodzenie między kolejnym warstwami snu jest posklejane w taki sposób, że to się po prostu czuje. Nie kwestionuje się tego, czy to możliwe, jest się tego pewnym. Po czwarte, muzyka jest absolutnie idealnie dopasowana do tematyki i wydarzeń na ekranie. Ona nie jest tłem, ona jest ich integralną częścią. Po piąte, klimat. Klimat z pogranicza rzeczywistości i ułudy, mroczny, zalewający umysł jak smoła jest tak perfekcyjnie dopracowany, że nawet jeśli widziałeś ten film 15 razy, to i tak chcesz obejrzeć jeszcze raz, żeby się w nim zanurzyć.

Arcydzieło.

 

Straszny film

Musiał się tu znaleźć jeden typowo głupkowaty tytuł, bez podprogowego przekazu, ani żadnych głębszych treści i w kwestii odmóżdżaczy jest to wzór do naśladowania. Prosty, często wulgarny humor, ale niesamowicie skuteczny. Jeśli umarł Ci chomik i chcesz po prostu wyłączyć myślenie i dostać zakwasów na brzuchu, to jest to pozycja stworzona na tę okazję.

Jak macie jakieś inne tytuły, które możecie oglądać setny raz z tą samą przyjemnością, to śmiało, dajcie znać w komentarzach.

autorem zdjęcia w nagłówku jest m4tlik

(niżej jest kolejny tekst)

62
Dodaj komentarz

avatar
33 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
36 Comment authors
SubintabulaBlogabellaBlue Kangaroo - BLOG STUDENCKIOlga CimerTusia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kinga
Gość
Kinga

Władca Pierścieni. Wszystkie trzy części.

Marcin Nowak
Gość

Gran Torino, Gladiator, Powrót Króla

Incepcji wciąż nie zrozumiałem :D (3 raz) a głupi podobno nie jestem

Jan Favre
Gość

Zupełnie nie pojmuję fenomenu „Gran Torino”, dla mnie ten film jest ultra nudny i słaby.

Ale co do „Incepcji”, to dawaj, czego nie rozumiesz, to Ci wytłumaczę :)

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

Dla mnie Incepcja jest niesamowitym filmem, np. pod wzgledem efektow do piet dorasta mu jedynie Interstellar. Akcja trzyma w napieciu, nawet jesli oglada sie ja 25 raz, natomiast Leo jest swietnym aktorem, a to co pokazal w Zjawie – miod! Jesli nie dostanie Oskara to chyba tylko dlatego ze Oskar nie zasluguje na niego (a nie odwrotnie). Powiem szczerze, ze to jest taki typ filmu, gdzie boje sie, ze jesli powstanie sequel, to 1 czesc go przygniecie. Ciezko bedzie ja przebic.

Klaudia Duda Augustowska
Gość
Klaudia Duda Augustowska

Fenomen „Gran Torino”? Ale mi dałeś zagadkę! Fenomenalnie zagrana przez Eastwooda postać zgryźliwego, złorzeczącego starca, którego nie sposób nie polubić i powoli z nim odrywać, że jednak jest zdolny do jakiejkolwiek empatii. To tego tło ze społecznym problemem i przesłaniem, w akompaniamencie komediowych wstawek. Niby oczywiste, bo mnie film zachwycił, ale potem przypomniał mi się „Zapach Kobiety”, który uważam za mocno średni film, który ratuje jedynie gra Al Pacino i scena w ferrari.
Nie wiem jaki jest fenomen tych filmów (i dlaczego jeden mi się podoba, a drugi nie). I teraz chyba będę się tym gryzła :(

Marcin Nowak
Gość

Nie przyznam się, bo wyjdę na „gupka” :v daj mi czwartą szansę

Edzia
Gość
Edzia

Jeśli chodzi o komedie, to „Legalna blondynka” wygrywa wszystko swoją prostotą, słodkością i cudownym klimatem. Za każdym razem tak samo zabawna :)

Suasos
Gość
Suasos

Wielki Mike <3

Karolina Urbaniak
Gość

Wiem, że to głupie, ale Kevina w święta :D Zawsze zawsze :D

Jan Favre
Gość

Dobra, racja, ale to się sprawdza tylko w grudniu :)

Dot
Gość
Dot

Zgadzam się, w innym czasie nie ma już tej magii :)

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Pamiętam jak w 4-tej klasie podstawówki pojechałem na wycieczkę szkolną do Krakowa. Od momentu, w którym zobaczyłem planty, wiedziałem, że pokocham to miasto i będę chciał w nim żyć.

Pamiętam też jak 3 lata temu przyjechałem pierwszy raz do Warszawy na branżową konferencję. Od chwili wyjścia z pociągu i postawienia stopy na dworcu centralnym, czułem się zagubiony i przytłoczony ogromem miasta. I to uczucie nigdy nie minęło.

Przeprowadziłem się do Warszawy, bo potrzebowałem zmiany. Potrzebowałem czegoś nowego, jakiegoś wyzwania, tego wrażenia uczenia się życia od początku. I dostałem to. Mieszkając w stolicy musiałem od zera pojąć funkcjonowanie w mieście, bo wszystko było inne – i tempo, i sposób poruszania się, i ludzie.

O ile sieć rowerów miejskich funkcjonowała zdecydowanie lepiej niż w Krakowie, o tyle przemieszczanie się na jednośladzie było bez porównania bardziej uciążliwe. Ruch na ulicach i odległości są o wiele większe, przez co jeździ się nieprzyjemnie – bo masz wrażenie bycia mrówką na autostradzie, która zaraz zostanie rozwalcowana – i mija się to z celem – podróż zajmuje więcej niż komunikacją miejską i po kilkudziesięciu minutach jazdy jesteś cały mokry. Z kolei przemieszczanie się za pomocą komunikacji miejskiej, jeśli nie mieszkasz przy stacji metra, doprowadza do szału. Autobusy wiecznie się spóźniają i notorycznie grzęzną w korkach, bo godziny szczytu w stolicy trwają prawie cały dzień.

Poskutkowało to tym, że mimo iż nie mieszkałem daleko od centrum – 14 minut autobusem – to dotarcie na Marszałkowską, Świętokrzyską albo Chmielną zamieniało się w wielką wyprawę. Wyprawę, która zniechęcała mnie do wychodzenia z domu, a przecież tak bardzo to lubię.

Okazało się, że mam małomiasteczkową mentalność.

W Krakowie uwielbiałem to, że ścisłe centrum zamykało się obrębie plant. Na Rynku Głównym, Szewskiej, Floriańskiej, Gołębiej, Grodzkiej i Świętego Tomasza, znajdowało się WSZYSTKO czego potrzebowałem. I restauracje do wybornego pojedzenia, i bary do kumpelskiego pogadania, i kawiarenki do wczuwkowego porandkowania, i kluby do bezgranicznego pobawienia, i kina i teatry do ukulturalnienia, i kościoły do uduchowonienia. Choć z usług tych ostatnich nigdy nie korzystałem, ale pocieszała mnie myśl, że mogłem.  A wszystko to w atmosferze sielsko-kameralnej. Którą okazało się, że uwielbiam.

Do owego odkrycia doszło po kilkunastu próbach odnalezienia się w centrum Warszawy. Bez powodzenia.

Raz, że w stolicy śródmiejski pejzaż jest diametralnie inny. Wszystko jest wielkie, ogromne! To nie jest kilka uliczek z uroczymi kamieniczkami, tylko nieustannie aktywne arterie z wysokimi biurowcami i hotelami. A dwa, żeby je przejść, trzeba przyspieszyć kroku, bo wszystko pędzi.

To, co na początku mi tak imponowało, z czasem zaczęło uwierać, aż stało się poważnym problemem. W Krakowie wchodząc na Rynek czułem się rozluźniony, uspokojony, nastawiony na relaks i miłe spędzanie czasu. W Warszawie, wysiadając na patelni czułem się jeszcze bardziej spięty, jakby ktoś w moim regulatorze trybu życia podkręcił prędkość. Spotykając się ze znajomymi na piwo, czy jedzenie, nie czułem się wyluzowany, tylko ciągle zaprogramowany na pracę. Widząc tempo ludzi na chodnikach, pod czaszką ciągle świeciły mi się diody z napisem „efektywność”, „wydajność”, „brak opierdalanki”.

Lubię te lampki, ale nie po 18:00, ani nie w weekendy. Wtedy powinienem być w trybie żółwia i uskuteczniać leniwe przyjemności hedonisty anemika. W stolicy nie byłem w stanie odpoczywać. Cały czas myślałem o rozwoju bloga, o nowych pomysłach na teksty, o tym co zrobić lepiej, więcej, inaczej, aż w pewnym momencie przekroczyłem granicę, po której przyszła totalna demotywacja i zniechęcenie do czegokolwiek.

Mała uwaga: czytając ten tekst do tego momentu, mogłeś go odebrać jako wjazd na Warszawę i paszkwil cisnący jakie to miasto jest beznadziejne. W żadnym wypadku tak nie jest. Warszawa ma od groma aututów, jest świetnym miejscem do rozwoju i miastem setek możliwości, o czym zresztą pisałem we wrażeniach po pierwszym miesiącu życia w niej. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie jest dla mnie.

Pod żadnym pozorem nie myślcie też, że przeprowadzkę do Warszawy traktuję jako jakiś błąd, czy porażkę. Absolutnie nie, to było świetne posunięcie i powinienem je zrealizować już wcześniej. Jakiś rok wcześniej, bo mniej więcej od tego momentu o tym myślałem, żyjąc w przekonaniu, że tam będzie mi lepiej, ale ciągle tworząc nowe wymówki. Wymówki, które usprawiedliwiały mnie przed opuszczaniem strefy komfortu i skonfrontowaniem wyobrażeń z rzeczywistością.

To najistotniejsze, co dała mi ta cała przygoda – świadomość tego jak jest naprawdę.

A konkretnie, to jak naprawdę mi się tam mieszkało. Wiele osób żyje nigdy niespełnionymi fantazjami o tym, jak by im było z kimś albo gdzieś. Buduje cały alternatywny świat, w którym jest grafikiem komputerowym, mieszka w Los Angeles, albo wraca do swojej pierwszej miłości. I nigdy nie urealnia tych wyobrażeń. Nie sprawdza, czy mają one pokrycie ze światem rzeczywistym, tylko coraz bardziej zapędza się w wizjach, że tam byłoby im lepiej. Takie długotrwałe fantazjowanie jest często zgubne i szkodliwe, bo przeszkadza w życiu faktycznym, a nie wyśnionym życiem, i deprecjonuje to co się ma w danej chwili, odbierając radość z codzienności.

Dlatego bardzo cieszę się, że mieszkałem w Warszawie, bo zamiast wyobrażać sobie w nieskończoność jakby to było, sprawdziłem to empirycznie.

I dzięki temu – zabrzmi to strasznie patetycznie i paolocoelhowo, wybaczcie – wiem, że Kraków jest moim miejscem na Ziemi. A przynajmniej na polskiej ziemi. Gdy przyjeżdżałem tu odwiedzić znajomych albo coś załatwić, czułem się jakbym wracał do siebie. Gdy tylko wysiadałem z pociągu na dworcu głównym, wiedziałem, że jestem u siebie. Że to moje ulice, po których chcę jeździć rowerem, moje parki, do których chcę chodzić na spacery i moje knajpy, w których chcę się spotykać z ludźmi. Że tu chcę świętować sukcesy, przeżywać porażki, kochać, wkurwiać się, śmiać i płakać. Że po prostu tu pasuję, jakbym był puzzlem z układanki na właściwym miejscu.

Świetne uczucie, polecam!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Roman Boyko

To jedno ze znienawidzonych przeze mnie powiedzeń, na które reaguję alergicznie. Raz, że traktowane dosłownie jest nieprawdziwe, bo w takim wypadku osoby mało inteligentne wygrywałyby notorycznie fortuny na loteriach. Dwa, że traktowane metaforycznie powinno brzmieć „głupi ma tylko szczęście”. Dlaczego?

 

O głupcu co miał pecha

Był sobie głupiec nad głupce, co głupi był nieprzeciętnie

I znaki swej głupoty dawał już jako niemowlęcie

Raz matce palec odgryzł myśląc, że to parówka

Raz złorzeczył chłopcu, co go naśladował z lustra

Raz z rowerka trójkołowego chciał zrobić amfibię

A raz umył wszystkie ziemniaki mydłem w płynie

Rodzice jego mieli mętną, złudną, pobożną nadzieję

Że z czasem ich syn z głupoty magicznie ozdrowieje

Jednak ani Superniania, ani rejonowy pediatra

Niemądrości z głowy młodzieńca nie potrafił zabrać

Ani Hary z Tybetu, ani wróżbita Maciej

Nic nie byli w stanie zdziałać w tej sprawie

Encyklopedię próbowano mu pod poduszkę wkładać

I na słowniku ortograficznym kazano siadać

Nie pomógł mu nawet wywar z sowich móżdżków

Ani szczurza karma do herbaty zamiast cukru

Rodzice się poddali, wieś zaakceptowała

Że sprytny inaczej jest syn Ewy i Adama

Mimo, że w szkole mu nie szło, że klasy ciągle powtarzał

Że mylił Konrada Wallenroda i Kordiana

Że nie wiedział ile jest cztery silnia, a ile dwa do drugiej

Ani jak po angielsku się mówi na grudzień

Mimo, że Austrii nie odróżniał od Australii

A „szłem” i „szedłem” mogłoby się dla niego scalić

Mimo, że nie wiedział skąd się dzieci biorą

To niewiastom nogi rochylał jak ginekolog

Mówino, że to przypadek, ślepy traf, los złudny

Że z taką łatwością panienki pozbywały się dla niego sukni

Spódniczki, leginsy, kombinezony i biodrówki

Też znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki

Złośiliw szydzili, że panienkom żal jest chłopaka

Daltego okazują mu miłosierdzie na golasa

Lecz głupiec kpin tych do siebie nie przyjmował

I na dżokejki szkolił połowę Władysławowa

Z jedną z adiunktek jazdy tak przycwałował

Że gdyby jechał boildem powiedzianoby, że pękła opona

I że zjazd na pit-stop potrzebny jest natychmiast

Lecz on wolał trzeć pojazdem o bandę, aż olej zacznie tryskać

Jazda zakończyła się z twarzą na poduszce

I wielokrotonie już rzucanym: – odezwę się później

Lecz „później” nastąpiło już za cztery tygodnie

Gdy dżokejkę zaniepokoił spóźniający się okres

– Jestem w ciąży, będziemy mieli niemowlęcie

– Jak to? Przecież głupi ma zawsze szczęście!

Nie mógł zrozumieć jak możliwe jest to w ciążę zajście

Wszak głupiec całe życie ślizga się na farcie

Pretensje miał bo boga, illuminatów i własnego wuja

Że tak go oszukano, że zagrano z nim w chuja

Złorzeczył przeciwko Tuskowi i Kaczyńskiemu

Źle życzył nawet Hubertowi z milionerów

Lecz ten się obruszył i słów parę powiedział:

Głupcowi zawsze los sprzyja? No, bez pierdolenia

U głupiego, co mu ciągle nie wychodzi, jaskrawiej widać farta

Niż u mądrego, co sukces opiera na pracy, nie przypadkach

 

Głupi ma tylko szczęście

Nie ma inteligencji, wiedzy, ani mądrości z doświadczeń, tylko sporadyczny łut szczęścia. Dlatego, dużo wyraźniej widać, gdy mu się pofarci.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z filmu „Głupi i głupszy”