Close
Close

Filmowe klasyki, których nie przełączysz

Skip to entry content

Gdy poprzednio byłem chory, zrobiłem sobie maraton z bajkami wszech czasów, które niezależnie od wieku oglądającego potrafią poruszyć i być lekarstwem na chorobę. W tym tygodniu znów mnie rozłożyło, więc będąc przykutym do łóżka zrobiłem sobie seans z filmowymi klasykami. Czyli długometrażowymi filmami, które mimo zmieniających się dat w kalendarzu nie tracą na aktualności, a oglądając je po raz n-ty odczuwa się tę samą przyjemność, co za pierwszym razem. A nieraz nawet większą, bo znając już jakiś obraz, przy ponownym kontakcie wydobywa się szczegóły niewidoczne na pierwszy rzut oka.

Oto moja złota piątka filmów, które trudno przełączyć mimo, że zna się je na pamięć.

 

Wilk z Wallstreet

Film świeży, bo zaledwie sprzed 2 lat, ale już w dniu premiery wiedziałem, że trwale wpisze się w historię kinematografii. I to nie tylko dlatego, że pobił rekord w liczbie użycia słowa „fuck”, które pada tam 506 razy, czyli średnio co 21 sekund. To po prostu esencja filmu rozrywkowego! Mimo, że nie jest to stricte komedia, to „Wilk z Walstreet” bawi bardziej niż jakikolwiek tytuł z Jimem Carreyem, trzymając przy tym w napięciu, dając do myślenia, obrazując mentalność amerykanów i dając motywacyjnego kopa. Tu nie ma dłużyn, ani słabych moment, tu jest czysta przyjemność z oglądania.

Jeśli nie wierzysz, to sprawdź scenę, w której naćapny i sparaliżowany DiCaprio prowadzi Lamborghini. Majstersztyk!

 

Pulp fiction

Nie ma chyba drugiego pojedynczego filmu długometrażowego, który miałbym taki wpływ na popkulturę co „Pulp fiction”. Rzadko się zdarza by obraz oparty nie na książce, komiksie, grze, czy czyimś życiorysie, a na autorskim scenariuszu tak mocno wykraczał poza ekrany kin i promieniował na rzeczywistość. Scena gdzie Jules z Vincentem dyskutują o tym jak we Francji nazywa się ćwierćfunciak z serem była cytowana prawie tak często jak biblia, a przewijający się przez film motyw burgerów zainspirował ludzi do otworzenia swoich knajp z grillowaną wołowiną na całym świecie. Również w Krakowie. Ten tytuł to puszka pandory z kultowymi motywami.

 

Chłopaki nie płaczą

Jedyny polski film w zestawieniu i w dodatku komedia. Przedostatnia dobra. Przepraszam, genialna. Już od pierwszej sceny widz ma banana na twarzy i wykrzywienie ust ku górze nie schodzi aż do ostaniej. Trudno w to uwierzyć, ale pod wodzą Lubaszenki nawet Michał Milowicz wyciąga kij od szczotki z tyłka i jest zabawny. Nie mówiąc już o Pazurze, Łazuce, czy młodym Stuhrze, którzy odgrywają tu oscarowe role. I oczywiście Tomku Bajerze ztj. „Lasce”, który rzuca turbo-kultowe „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Zresztą „Chłopaki nie płaczą” to studnia pełna haseł, które przeszły do mowy potocznej – „skąd wziąłeś ten sweter? Zajebałeś go z pomocy dla powodzian?” to właśnie stąd.

 

Incepcja

W moim prywatnym rankingu absolutnie najlepszy film na świecie! Na dobrą sprawę powinno wystarczyć, że reżyserem jest Christopher Nolan, główną rolę gra Leonardo DiCaprio, a muzykę skomponował Hans Zimmer, ale nieco rozwinę argumentację, czemu „Incepcja” to taki kozak.

Przede wszystkim, motyw przewodni – świadome sny i dzielenie ich z innymi. Sama ta koncepcja jest tak ciekawa i intrygująca, że fabułę chłonie się mimowolnie jak tlen z powietrza. Po drugie, gra aktorska, wiadomo, że DiCaprio nie mógłby zawieść, ale poza nim nikt inny również nie daje ciała i widz ani przez moment nie musi się zmuszać, żeby uwierzyć, że bohaterowie naprawdę włamują się do umysłów. Po trzecie, montaż i praca kamer – przechodzenie między kolejnym warstwami snu jest posklejane w taki sposób, że to się po prostu czuje. Nie kwestionuje się tego, czy to możliwe, jest się tego pewnym. Po czwarte, muzyka jest absolutnie idealnie dopasowana do tematyki i wydarzeń na ekranie. Ona nie jest tłem, ona jest ich integralną częścią. Po piąte, klimat. Klimat z pogranicza rzeczywistości i ułudy, mroczny, zalewający umysł jak smoła jest tak perfekcyjnie dopracowany, że nawet jeśli widziałeś ten film 15 razy, to i tak chcesz obejrzeć jeszcze raz, żeby się w nim zanurzyć.

Arcydzieło.

 

Straszny film

Musiał się tu znaleźć jeden typowo głupkowaty tytuł, bez podprogowego przekazu, ani żadnych głębszych treści i w kwestii odmóżdżaczy jest to wzór do naśladowania. Prosty, często wulgarny humor, ale niesamowicie skuteczny. Jeśli umarł Ci chomik i chcesz po prostu wyłączyć myślenie i dostać zakwasów na brzuchu, to jest to pozycja stworzona na tę okazję.

Jak macie jakieś inne tytuły, które możecie oglądać setny raz z tą samą przyjemnością, to śmiało, dajcie znać w komentarzach.

autorem zdjęcia w nagłówku jest m4tlik
(niżej jest kolejny tekst)

62
Dodaj komentarz

avatar
33 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
36 Comment authors
SubintabulaBlogabellaBlue Kangaroo - BLOG STUDENCKIOlga CimerTusia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kinga
Gość
Kinga

Władca Pierścieni. Wszystkie trzy części.

Marcin Nowak
Gość

Gran Torino, Gladiator, Powrót Króla

Incepcji wciąż nie zrozumiałem :D (3 raz) a głupi podobno nie jestem

Jan Favre
Gość

Zupełnie nie pojmuję fenomenu „Gran Torino”, dla mnie ten film jest ultra nudny i słaby.

Ale co do „Incepcji”, to dawaj, czego nie rozumiesz, to Ci wytłumaczę :)

Marcin Nowak
Gość

Nie przyznam się, bo wyjdę na „gupka” :v daj mi czwartą szansę

Klaudia Duda Augustowska
Gość
Klaudia Duda Augustowska

Fenomen „Gran Torino”? Ale mi dałeś zagadkę! Fenomenalnie zagrana przez Eastwooda postać zgryźliwego, złorzeczącego starca, którego nie sposób nie polubić i powoli z nim odrywać, że jednak jest zdolny do jakiejkolwiek empatii. To tego tło ze społecznym problemem i przesłaniem, w akompaniamencie komediowych wstawek. Niby oczywiste, bo mnie film zachwycił, ale potem przypomniał mi się „Zapach Kobiety”, który uważam za mocno średni film, który ratuje jedynie gra Al Pacino i scena w ferrari.
Nie wiem jaki jest fenomen tych filmów (i dlaczego jeden mi się podoba, a drugi nie). I teraz chyba będę się tym gryzła :(

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

Dla mnie Incepcja jest niesamowitym filmem, np. pod wzgledem efektow do piet dorasta mu jedynie Interstellar. Akcja trzyma w napieciu, nawet jesli oglada sie ja 25 raz, natomiast Leo jest swietnym aktorem, a to co pokazal w Zjawie – miod! Jesli nie dostanie Oskara to chyba tylko dlatego ze Oskar nie zasluguje na niego (a nie odwrotnie). Powiem szczerze, ze to jest taki typ filmu, gdzie boje sie, ze jesli powstanie sequel, to 1 czesc go przygniecie. Ciezko bedzie ja przebic.

Edzia
Gość
Edzia

Jeśli chodzi o komedie, to „Legalna blondynka” wygrywa wszystko swoją prostotą, słodkością i cudownym klimatem. Za każdym razem tak samo zabawna :)

Suasos
Gość
Suasos

Wielki Mike <3

Karolina Urbaniak
Gość

Wiem, że to głupie, ale Kevina w święta :D Zawsze zawsze :D

Jan Favre
Gość

Dobra, racja, ale to się sprawdza tylko w grudniu :)

Dot
Gość
Dot

Zgadzam się, w innym czasie nie ma już tej magii :)

11 rzeczy, których nie powinieneś robić na rozmowie o pracę

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z portalem Pracuj.pl

Wiele osób fiksuje się na tym, że jeszcze nie skończyło studiów i jest przekonanych, że przez to nie dostanie pracy, jak to się pięknie mówi, w zawodzie. Doświadczenie moje i wielu moich znajomych pokazuje, że to mit, powielany najczęściej przez rodziców, którzy wchodzili na rynek pracy w zupełnie innej rzeczywistości. I nie kumają, że trochę się zmieniło od czasów kiedy CV pisało się odręcznie na kartce i doczepiało spinaczem zdjęcie z dowodu. Pracuj.pl chce obalić kilka takich mitów i zachęcić młodych ludzi do szukania pracy zgodnej z ich zainteresowaniami trochę wcześniej, niż w dniu odbioru dyplomu magistra. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją dostali.

Ale, ale. Zanim wyruszysz w drogę musisz zebrać drużynę, a zanim zaczniesz mówić sobie z prezesem po imieniu, musisz przejść rozmowę kwalifikacyjną. Bieg z przeszkodami, który jest  jednym z bardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Zwłaszcza, jeśli doświadczasz go pierwszy raz.

Co zrobić, żeby nie połamać sobie nóg, dobiec do mety i jeszcze odebrać trofeum w postaci przyjęcia do pracy? Dobrze się przygotować. I nie robić na rozmowie rekrutacyjnej niczego z poniższej listy.

1. Nie przychodź niechlujnie ubrany

Stare góralskie przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą” niestety nie wzięło się znikąd. Da się zrobić tylko jedno pierwsze wrażenie, a rozmowa łatwiej Ci pójdzie, jeśli będzie ono dobre. Nie chodzi o to, żebyś od razu wbijał się w garnitur, ale dostosował swój wygląd do okazji. Przychodząc w wymiętej koszuli i brudnych butach, dajesz do zrozumienia, że w sumie to Ci nie zależy.

2. Nie spóźnij się, a już na pewno nie olewaj spotkania

Rozmowa kwalifikacyjna, to taka pierwsza randka z pracodawcą. Chodzi to, żeby się poznać i sprawdzić, czy do siebie pasujecie. Jeśli się spóźniasz, dajesz się poznać jak ktoś, kto nie potrafi ogarnąć działania zegarka, ale to i tak lepsze, niż wystawienie drugiej strony do wiatru i w ogóle odpuszczenie spotkania. Jeśli na rozmowę wyszedłeś odpowiednio wcześnie, ale na Twojej drodze właśnie wylądował meteoryt albo oddział obcych zablokował ulicę, poinformuj o opóźnieniu osobę, która na Ciebie czeka i wytłumacz sytuację. Doceni fakt, że dałeś jej znać i wie na czym stoi.

3. Nie ściemniaj, że w wieku 20 lat masz 30 lat doświadczenia

Pamiętam jak w pewnym momencie studiów miałem jeszcze bardziej beznadziejną sytuację finansową niż zazwyczaj i uparłem się, że dostanę normalną pracę biurową choćby nie wiem co. Podrasowałem swoje CV i zadowolony z siebie, że oszukałem system, w myślach już otwierałem szampana świętując sukces, bo zaprosili mnie na rozmowę do jednej z lepiej płacących korporacji. W trakcie spotkania pani rekruterka zapytała o moje doświadczenie, które posiadałem tylko w sferze fantazji i próbując na szybko wymyślić, co mogłem robić na wyimaginowanym stanowisku, moja twarz zapłonęła czerwienią żywą jak pieczony burak.

Kłamstwo, to najgłupsze co można zrobić. Wychodzi błyskawicznie i w zasadzie permanentnie skreśla Cię w danej firmie. Za to pochwalenie się umiejętnościami zdobytymi na przykład w trakcie organizowania juwenaliów, wychodzi tylko na plus.

4. Nie daj odczuć, że nie robi Ci różnicy, czy będziesz analitykiem danych, czy panem kanapką

Gdybym prowadził serwis o pączkach i szukał kogoś do redagowania artykułów, zależałoby mi na osobie, która jest tym zajarana i nie widzi się w niczym innym. Nie na kimś, komu nie udało się dostać na aplikację radcowską i z braku laku przyszedł do mnie. Domyślam się, że jeśli stawiasz pierwsze kroki w tematach zawodowych, to nie wiesz, czy bycie HRowcem jest Twoim przeznaczeniem i związkiem na całe życie. To jasne, bo jeszcze tego nie robiłeś, więc skąd masz wiedzieć. Ale pokaż zaangażowanie w tym temacie i wytłumacz czemu akurat zdecydowałeś się aplikować na to stanowisko.

Gdyby to była randka, chciałbyś się umówić na kolejne spotkanie z kimś, kto szuka partnera, ale jest mu obojętne, czy to będziesz Ty, czy przypadkowy przechodzień?

5. Nie bój się, nie mów szeptem, nie patrz w ścianę

Ja wiem, że im bardziej zależy Ci na pracy, tym większy stres i w ogóle matura ustna nie ma nawet podjazdu, ale wchodzenie do salki konferencyjnej z wypisany na czole „nie bijcie, ja nic nie wiem!” nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Pomaga za to uśmiech, nawiązywanie kontaktu wzrokowego, bycie pewnym siebie i odpowiadanie na pytania więcej niż dwoma słowami. I przede wszystkim dobre przygotowanie się.

Tutaj znajdziesz przykładowe pytania, które mogą paść w trakcie rozmowy. A imię i nazwisko osoby, z którą będziesz rozmawiać w mailu z zaproszeniem.

6. Nie śmieszkuj na siłę, rozmowa rekrutacyjna to nie stand-up

Jeden żart jest w porządku, dwa to już granica, przy trzech przechodzisz na stronę pajacowania. O ile nie starasz się o angaż w cyrku, nie zaplusujesz takim zachowaniem.

7. Nie kozacz. Jesteś gościem, a nie gospodarzem

Przesada w każdą stronę jest zła. Zarówno bycie wycofanym i schowanym w sobie jest kiepskim pomysłem, jak i spychanie z biurka rzeczy, by móc postawić na nim swoje ego. Arogancja, buta i nonszalancja, to nie są magiczne składniki, po zmieszaniu których powstanie dobre wrażenie.

8. Nie szantażuj i nie mów, że coś Ci się należy. To nie spotkanie z politykiem

Mam zarówno znajomych pracujących w korporacjach, jak i tych prowadzących własne firmy, zdecydowanie większe niż jednoosobowe, i ci drudzy często opowiadają mi o tym, jak to jest być z drugiej strony ogłoszenia o pracę. Czyli jak to jest wylistować konkretne umiejętności, które powinien mieć kandydat, a potem spotykać się na rozmowach z ludźmi, którzy jedyne co umieją, to machać kartką z pieczątką uczelni i żądać 4 000 złotych netto.

To nie jest tak, że za sam fakt posiadania dyplomu magistra z urzędu należy Ci się praca i kilka tysięcy na rękę, a pracodawca jest tylko po to, by Ci je dać. Jeśli ktoś szuka programisty, to interesuje go tylko to, czy faktycznie potrafisz obsługiwać MySQLa, a nie czy masz zaświadczenie, że na trzecim roku studiów miałeś zajęcia z baz danych. W małych firmach często w ogóle nie zwraca się uwagi na to, w którym momencie zakończyłeś edukację, tylko na projekty, które zrealizowałeś.

9. Nie mieszaj z błotem byłego pracodawcy

Nawet jeśli uważasz, że na to zasługuje.

Wymaga tego zawodowy savoir-vivre. To jak wypowiadasz się o poprzednim człowieku, który Cię zatrudniał, daje do myślenia co będziesz mówił o obecnym, kiedy kolejny raz zmienisz pracę. Jeśli padnie pytanie, czemu odszedłeś z poprzedniej firmy, nie mów, że były szef był dupkiem. Powiedz, że nie widziałeś dla siebie możliwości rozwoju.

10. Nie zdradzaj sekretów – tajemnica rzecz święta

Tak jak poprzednio: jeśli na pierwszym spotkaniu wyjawiasz poufne informacje, to jaki to daje sygnał osobie, która być może w przyszłości też przekaże Ci coś w zaufaniu?

11. Nie mów, że nie masz pytań. Wykaż zainteresowanie przyszłą pracą

Rozmowa kwalifikacyjna to dobry moment, by omówić jakie masz opcje w kwestii łączenia nauki z pracą. I przy okazji pokazać, że faktycznie zależy Ci na tym stanowisku, dopytując o jego szczegóły.

Do momentu, w którym prowadzę własną działalność gospodarczą, doszedłem od sprzedawania gazet na plaży. W trakcie zahaczając o kilkanaście zawodów z najróżniejszy branż i po drodze studiując. Dziennie. Naprawdę, wszystko da się połączyć, wystarczyć tylko zapytać, czy jest taka możliwość i wykazać trochę zainteresowania.

Gdzie szukać pracy? W apce na telefonie

Jak pisałem we wstępie, odkąd nasi rodzice dostali pierwszą wypłatę trochę się zmieniło. Zmienił się nie tylko rynek, wygląd i forma dokumentów, czy rodzaj popularnych zawodów, ale też drogi jakimi tej pracy się szuka. Przeglądanie fizycznych tablic z ogłoszeniami, czy gazet, to już mocny archaizm. Tak jak Spotify zastąpił magnetofon z kasetami, tak aplikacja Pracuj.pl zastępuje chodzenie po przedsiębiorstwach i pytanie o wolną posadę.

Pomijając oczywiste oczywistości typu: apka jest wygodna, intuicyjna, ma trylion ogłoszeń i możesz korzystać z niej w każdej chwili, bo telefon masz zawsze przy sobie, to jest coś więcej, co sprawia, że faktycznie jest zajebista.

Pierwsza rzecz, to możliwość aplikowania na dane stanowisko z poziomu telefonu. Jeśli wklepałeś wcześniej dane ze swojego CV do konta na Pracuj.pl, to robisz jeden klik i beng! Już jesteś w procesie rekrutacji.

Druga, to JobAlerty. Ustawiasz filtr jakiego typu pracy szukasz i w jakim regionie, a aplikacja wrzuca Ci powiadomienie, gdy tylko pojawi się coś nowego.

Trzecia, to opcja sprawdzenia przeciętnego wynagrodzenia na danym stanowisku. Załóżmy, że chcesz pracować jako tłumacz holenderskiego: znajdujesz ofertę, pukasz w przycisk i masz podane widełki z zarobkami na tym stanowisku w Twoim regionie. Kozak! Szczerze mówiąc, to chyba najistotniejszy powód, dla którego warto pobrać tę apkę, bo wiem, że masę osób ma problem z wycenieniem swojej pracy.

Możesz ściągnąć ją, oczywiście za friko, stąd na Androida i stąd na iPhone’a, do czego zachęcam. Nawet, jeśli w tym momencie nie szukasz pracy. Może to praca szuka Ciebie.

Pamiętam jak w 4-tej klasie podstawówki pojechałem na wycieczkę szkolną do Krakowa. Od momentu, w którym zobaczyłem planty, wiedziałem, że pokocham to miasto i będę chciał w nim żyć.

Pamiętam też jak 3 lata temu przyjechałem pierwszy raz do Warszawy na branżową konferencję. Od chwili wyjścia z pociągu i postawienia stopy na dworcu centralnym, czułem się zagubiony i przytłoczony ogromem miasta. I to uczucie nigdy nie minęło.

Przeprowadziłem się do Warszawy, bo potrzebowałem zmiany. Potrzebowałem czegoś nowego, jakiegoś wyzwania, tego wrażenia uczenia się życia od początku. I dostałem to. Mieszkając w stolicy musiałem od zera pojąć funkcjonowanie w mieście, bo wszystko było inne – i tempo, i sposób poruszania się, i ludzie.

O ile sieć rowerów miejskich funkcjonowała zdecydowanie lepiej niż w Krakowie, o tyle przemieszczanie się na jednośladzie było bez porównania bardziej uciążliwe. Ruch na ulicach i odległości są o wiele większe, przez co jeździ się nieprzyjemnie – bo masz wrażenie bycia mrówką na autostradzie, która zaraz zostanie rozwalcowana – i mija się to z celem – podróż zajmuje więcej niż komunikacją miejską i po kilkudziesięciu minutach jazdy jesteś cały mokry. Z kolei przemieszczanie się za pomocą komunikacji miejskiej, jeśli nie mieszkasz przy stacji metra, doprowadza do szału. Autobusy wiecznie się spóźniają i notorycznie grzęzną w korkach, bo godziny szczytu w stolicy trwają prawie cały dzień.

Poskutkowało to tym, że mimo iż nie mieszkałem daleko od centrum – 14 minut autobusem – to dotarcie na Marszałkowską, Świętokrzyską albo Chmielną zamieniało się w wielką wyprawę. Wyprawę, która zniechęcała mnie do wychodzenia z domu, a przecież tak bardzo to lubię.

Okazało się, że mam małomiasteczkową mentalność.

W Krakowie uwielbiałem to, że ścisłe centrum zamykało się obrębie plant. Na Rynku Głównym, Szewskiej, Floriańskiej, Gołębiej, Grodzkiej i Świętego Tomasza, znajdowało się WSZYSTKO czego potrzebowałem. I restauracje do wybornego pojedzenia, i bary do kumpelskiego pogadania, i kawiarenki do wczuwkowego porandkowania, i kluby do bezgranicznego pobawienia, i kina i teatry do ukulturalnienia, i kościoły do uduchowonienia. Choć z usług tych ostatnich nigdy nie korzystałem, ale pocieszała mnie myśl, że mogłem.  A wszystko to w atmosferze sielsko-kameralnej. Którą okazało się, że uwielbiam.

Do owego odkrycia doszło po kilkunastu próbach odnalezienia się w centrum Warszawy. Bez powodzenia.

Raz, że w stolicy śródmiejski pejzaż jest diametralnie inny. Wszystko jest wielkie, ogromne! To nie jest kilka uliczek z uroczymi kamieniczkami, tylko nieustannie aktywne arterie z wysokimi biurowcami i hotelami. A dwa, żeby je przejść, trzeba przyspieszyć kroku, bo wszystko pędzi.

To, co na początku mi tak imponowało, z czasem zaczęło uwierać, aż stało się poważnym problemem. W Krakowie wchodząc na Rynek czułem się rozluźniony, uspokojony, nastawiony na relaks i miłe spędzanie czasu. W Warszawie, wysiadając na patelni czułem się jeszcze bardziej spięty, jakby ktoś w moim regulatorze trybu życia podkręcił prędkość. Spotykając się ze znajomymi na piwo, czy jedzenie, nie czułem się wyluzowany, tylko ciągle zaprogramowany na pracę. Widząc tempo ludzi na chodnikach, pod czaszką ciągle świeciły mi się diody z napisem „efektywność”, „wydajność”, „brak opierdalanki”.

Lubię te lampki, ale nie po 18:00, ani nie w weekendy. Wtedy powinienem być w trybie żółwia i uskuteczniać leniwe przyjemności hedonisty anemika. W stolicy nie byłem w stanie odpoczywać. Cały czas myślałem o rozwoju bloga, o nowych pomysłach na teksty, o tym co zrobić lepiej, więcej, inaczej, aż w pewnym momencie przekroczyłem granicę, po której przyszła totalna demotywacja i zniechęcenie do czegokolwiek.

Mała uwaga: czytając ten tekst do tego momentu, mogłeś go odebrać jako wjazd na Warszawę i paszkwil cisnący jakie to miasto jest beznadziejne. W żadnym wypadku tak nie jest. Warszawa ma od groma aututów, jest świetnym miejscem do rozwoju i miastem setek możliwości, o czym zresztą pisałem we wrażeniach po pierwszym miesiącu życia w niej. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie jest dla mnie.

Pod żadnym pozorem nie myślcie też, że przeprowadzkę do Warszawy traktuję jako jakiś błąd, czy porażkę. Absolutnie nie, to było świetne posunięcie i powinienem je zrealizować już wcześniej. Jakiś rok wcześniej, bo mniej więcej od tego momentu o tym myślałem, żyjąc w przekonaniu, że tam będzie mi lepiej, ale ciągle tworząc nowe wymówki. Wymówki, które usprawiedliwiały mnie przed opuszczaniem strefy komfortu i skonfrontowaniem wyobrażeń z rzeczywistością.

To najistotniejsze, co dała mi ta cała przygoda – świadomość tego jak jest naprawdę.

A konkretnie, to jak naprawdę mi się tam mieszkało. Wiele osób żyje nigdy niespełnionymi fantazjami o tym, jak by im było z kimś albo gdzieś. Buduje cały alternatywny świat, w którym jest grafikiem komputerowym, mieszka w Los Angeles, albo wraca do swojej pierwszej miłości. I nigdy nie urealnia tych wyobrażeń. Nie sprawdza, czy mają one pokrycie ze światem rzeczywistym, tylko coraz bardziej zapędza się w wizjach, że tam byłoby im lepiej. Takie długotrwałe fantazjowanie jest często zgubne i szkodliwe, bo przeszkadza w życiu faktycznym, a nie wyśnionym życiem, i deprecjonuje to co się ma w danej chwili, odbierając radość z codzienności.

Dlatego bardzo cieszę się, że mieszkałem w Warszawie, bo zamiast wyobrażać sobie w nieskończoność jakby to było, sprawdziłem to empirycznie.

I dzięki temu – zabrzmi to strasznie patetycznie i paolocoelhowo, wybaczcie – wiem, że Kraków jest moim miejscem na Ziemi. A przynajmniej na polskiej ziemi. Gdy przyjeżdżałem tu odwiedzić znajomych albo coś załatwić, czułem się jakbym wracał do siebie. Gdy tylko wysiadałem z pociągu na dworcu głównym, wiedziałem, że jestem u siebie. Że to moje ulice, po których chcę jeździć rowerem, moje parki, do których chcę chodzić na spacery i moje knajpy, w których chcę się spotykać z ludźmi. Że tu chcę świętować sukcesy, przeżywać porażki, kochać, wkurwiać się, śmiać i płakać. Że po prostu tu pasuję, jakbym był puzzlem z układanki na właściwym miejscu.

Świetne uczucie, polecam!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Roman Boyko

To jedno ze znienawidzonych przeze mnie powiedzeń, na które reaguję alergicznie. Raz, że traktowane dosłownie jest nieprawdziwe, bo w takim wypadku osoby mało inteligentne wygrywałyby notorycznie fortuny na loteriach. Dwa, że traktowane metaforycznie powinno brzmieć „głupi ma tylko szczęście”. Dlaczego?

 

O głupcu co miał pecha

Był sobie głupiec nad głupce, co głupi był nieprzeciętnie

I znaki swej głupoty dawał już jako niemowlęcie

Raz matce palec odgryzł myśląc, że to parówka

Raz złorzeczył chłopcu, co go naśladował z lustra

Raz z rowerka trójkołowego chciał zrobić amfibię

A raz umył wszystkie ziemniaki mydłem w płynie

Rodzice jego mieli mętną, złudną, pobożną nadzieję

Że z czasem ich syn z głupoty magicznie ozdrowieje

Jednak ani Superniania, ani rejonowy pediatra

Niemądrości z głowy młodzieńca nie potrafił zabrać

Ani Hary z Tybetu, ani wróżbita Maciej

Nic nie byli w stanie zdziałać w tej sprawie

Encyklopedię próbowano mu pod poduszkę wkładać

I na słowniku ortograficznym kazano siadać

Nie pomógł mu nawet wywar z sowich móżdżków

Ani szczurza karma do herbaty zamiast cukru

Rodzice się poddali, wieś zaakceptowała

Że sprytny inaczej jest syn Ewy i Adama

Mimo, że w szkole mu nie szło, że klasy ciągle powtarzał

Że mylił Konrada Wallenroda i Kordiana

Że nie wiedział ile jest cztery silnia, a ile dwa do drugiej

Ani jak po angielsku się mówi na grudzień

Mimo, że Austrii nie odróżniał od Australii

A „szłem” i „szedłem” mogłoby się dla niego scalić

Mimo, że nie wiedział skąd się dzieci biorą

To niewiastom nogi rochylał jak ginekolog

Mówino, że to przypadek, ślepy traf, los złudny

Że z taką łatwością panienki pozbywały się dla niego sukni

Spódniczki, leginsy, kombinezony i biodrówki

Też znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki

Złośiliw szydzili, że panienkom żal jest chłopaka

Daltego okazują mu miłosierdzie na golasa

Lecz głupiec kpin tych do siebie nie przyjmował

I na dżokejki szkolił połowę Władysławowa

Z jedną z adiunktek jazdy tak przycwałował

Że gdyby jechał boildem powiedzianoby, że pękła opona

I że zjazd na pit-stop potrzebny jest natychmiast

Lecz on wolał trzeć pojazdem o bandę, aż olej zacznie tryskać

Jazda zakończyła się z twarzą na poduszce

I wielokrotonie już rzucanym: – odezwę się później

Lecz „później” nastąpiło już za cztery tygodnie

Gdy dżokejkę zaniepokoił spóźniający się okres

– Jestem w ciąży, będziemy mieli niemowlęcie

– Jak to? Przecież głupi ma zawsze szczęście!

Nie mógł zrozumieć jak możliwe jest to w ciążę zajście

Wszak głupiec całe życie ślizga się na farcie

Pretensje miał bo boga, illuminatów i własnego wuja

Że tak go oszukano, że zagrano z nim w chuja

Złorzeczył przeciwko Tuskowi i Kaczyńskiemu

Źle życzył nawet Hubertowi z milionerów

Lecz ten się obruszył i słów parę powiedział:

Głupcowi zawsze los sprzyja? No, bez pierdolenia

U głupiego, co mu ciągle nie wychodzi, jaskrawiej widać farta

Niż u mądrego, co sukces opiera na pracy, nie przypadkach

 

Głupi ma tylko szczęście

Nie ma inteligencji, wiedzy, ani mądrości z doświadczeń, tylko sporadyczny łut szczęścia. Dlatego, dużo wyraźniej widać, gdy mu się pofarci.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z filmu „Głupi i głupszy”