Close
Close

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – bzdura, bzdura, bzdura!

Skip to entry content

Przedwczoraj, przez włączoną opcję automatycznego odtwarzania kolejnych filmów na YouTube, trafiłem na wywiad z celebrytą, który zaczął od aktorstwa, a teraz próbuje zajmować się śpiewem – mimo, że w obu przypadkach jego talent jest mocno dyskusyjny – więc żeby nie spaść z fali popularności, ostatnio opowiada o swoim nawróceniu. Odnowa duchowa i wewnętrzne przemiany są chwytliwym tematem, więc jego agencja PRowa trafiła dość blisko 10-tki tym chwytem. Między deklamowaniem deklaracji miłości do zwierząt, ludzi i wegan, padł magiczny zwrot z nagłówka – „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”.

Brzmi pięknie prawda? Szkoda tylko, że to kłamstwo.

Jestem w stanie uwierzyć, że autor tej wypowiedzi ma przekonanie co do jej drugiej części i nie chce być oceniany, a właściwie to krytykowany, bo przecież pochwały każdy chętnie przyjmie. Trudno mi jednak dać wiarę, że sam faktycznie nie ocenia, bo w zasadzie z każdego punktu widzenia jest to niemożliwe. Ocen przedmiotów, zachowań, myśli dokonujemy nieustannie, inaczej żaden wybór nie byłby możliwy. Idziemy do spożywczaka, oceniamy która cebula jest ładna, a która brzydka i wybieramy tę ładniejszą. Na imprezie robimy dokładnie to samo. Tylko z wieprzowiną. Włączając Spotify działa ten sam mechanizm – aplikacja zaproponowała piosenkę, która nam się podoba? Słuchamy! Poleciał Tomasz Niecik? Przełączamy. Dokonując każdego wyboru, czy to zakupowego, czy towarzyskiego, czy moralnego, czy jakiegokolwiek innego, dostępnym opcjom przypisujemy wartości i decydujemy się na tę najwyżej punktowaną.

Oceniamy, oceniamy, oceniamy.

„Nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” – jest bardzo ładnym, okrągłym zdaniem, które można pierdolnąć Helveticą na zdjęciu człowieka na szczycie góry i zrobić z tego zajebisty Demotywator na 317 lajków i 18 udostępnień, ale to kłamstwo. To świetne strategicznie zagranie, które ze sporym wyprzedzeniem pozwala bronić się przed krytyką od innych – bo jak można oceniać człowieka, który jest chodzącym ucieleśnieniem dobra i miłosierdzia i sam nie ocenia? – ale jest zgubne.

Dlaczego?

Bo nie dość, że codziennie nieustannie wartościujemy, to jeszcze tego potrzebujemy.

Jak inaczej stwierdzić, czy coś jest dla nas dobre, czy złe?

Przykładowo – mamy znajomego, który ciągle jedzie na kredycie, ledwo spłaci jedną kartę, zaraz zadłuża się na drugiej, chodzi nieustannie pospinany z grymasem śniętej piranii. Widząc go któryś raz w takim stanie, rozkminiamy, że to słabo i sami byśmy tak nie chcieli. Oceniamy, że pakowanie się w pożyczki nie jest najlepszą opcją zasilania domowego budżetu.

Inny przykład. Przeglądając tablicę na Fejsie, z jednej strony widzimy gwiazdę rapu, jeżdżącą po świecie, opalającą się na Teneryfie i jedzącą podwodne zwierzątka, ale samotną, bez stabilizacji i wiecznie skacowaną. Z drugiej, pojawia nam się ojciec trójki dzieci, siedzący cały czas w domu, gotujący kaszki i robiący orgiami z pieluszek, wniebowzięty, że buduje rodzinę i może się nią zajmować. Jak mamy określić, który model życia jest nam bliższy i którym chcemy podążać, jeśli obu nie będziemy w jakiś sposób wartościować?

Opinia z zewnątrz jest konieczna, żeby się rozwijać

Wyobraź sobie, że chcesz zostać zajebistym bokserem, ale ćwiczysz kompletnie sam. Bez trenera, bez ziomków po fachu, bez kogoś kto by się na boksie znał. Skąd masz wiedzieć, że za nisko trzymasz gardę, za szeroko rozstawiasz łokcie i zbyt wolno wyprowadzasz ciosy, jeśli nikt Ci o tym nie powie? Sami w sobie jesteśmy układami zamkniętymi i potrzebujemy zewnętrznego obserwatora – będącego oczywiście specjalistą w danym temacie – który spojrzy na nas z dystansu i nas oceni.

Inaczej całe życie będziemy w kółko powtarzać ten sam błąd, bo go nie dostrzeżemy.

Bez wzajemnego oceniania ludziom dzieje się krzywda

W zeszłym tygodniu pewien gość, nazwijmy go Marek, chciał zabłysnąć na Fejsie i zebrać pełne wiadro lajków wrzucając „zabawny status”:

Sąsiad wstał o szóstej. O szóstej trzydzieści spuścił szczeniakowi taki sromotny wp…dol, że szczeniak prawie się udusił wrzeszcząc wśród nieziemskiego łomotu „Nieee! Nieee! Nieee!”, po czym przed siódmą zapakowali się całą rodzinką do samochodu i pojechali do pracy/przedszkola.
Wtoreczek.

Ktoś z jego znajomych zapytał, po którym pobiciu dziecka zadzwoni na policję, na co Marek odpowiedział, że to nie jego sprawa, tłumacząc w dalszej części wypowiedzi, że nie będzie oceniał przemocy w rodzinie negatywnie, bo nie zdarza się to codziennie. Jak to powiedział Edmund Burke „aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił”. A dobry człowiek nic nie zrobi, jeśli nie oceni danej sytuacji i nie nazwie zła złem, tylko będzie udawał, że go to nie dotyczy, bo on nie ocenia.

Aby społeczeństwo funkcjonowało nie możemy udawać, że gówno na środku skrzyżowania jest bukietem tulipanów i zasłaniać się frazesem „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany”. To pójście na łatwiznę i wylewanie fundamentów pod budowanie znieczulicy. Jeśli jedziesz tramwajem i widzisz, że ktoś osobie przed Tobą wyciąga portfel z kieszeni to wmawiasz sobie, że nie Ty jesteś od tego, by wartościować, czy to dobrze, czy źle?

(niżej jest kolejny tekst)

26
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
13 Comment authors
Kamil SkrokMartaSaga SachnikEwa-MariaWeronika W. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Akasza
Gość

Przesadzasz. W zdaniu „nie oceniam, bo sam nie chcę być oceniany” nie chodzi o to, że się w ogóle nie ocenia, bo fakt, jest to niemożliwe. Chodzi tu raczej o to, że nie będę Cię krytykować za Twoje wybory, bo tak na prawdę nic mi do tego. To Twoje życie i Twoje decyzje, więc analogicznie – postępuj tak samo w stosunku do mnie. Może zamiast „oceniam” powinno znaleźć się tu słowo „krytykuję”, bo byłoby bardziej zrozumiałe.

Jan Favre
Gość

Nie rozumiesz. To o czym piszesz, to mylenie oceny danej sytuacji, czy czyjejś pracy, z całościową oceną człowieka. To, że ocenię, że ostatni projekt w pracy całkowicie zawaliłaś, nie znaczy, że jako człowiek jesteś beznadziejna. „nie będę Cię krytykować za Twoje wybory, bo tak na prawdę nic mi do tego. To Twoje życie i Twoje decyzje” – nie da się nie oceniać czyichś wyborów, bo widząc osobę, która poszła inną drogą niż Ty, automatycznie odnosisz to do siebie i stwierdzasz, czy byś tak chciała, czy nie. Sęk w tym, by oceniając czyjeś wybory poprzestać na odniesieniu do siebie (chciałabym tak/nie… Czytaj więcej »

Sza-rań-cza
Gość
Sza-rań-cza

O, to to to, zgadzam się w zupełności! Tez mnie drażni jak słysze że ktoś nie ocenia, bo to zazwyczaj znaczy że nie chce by jego oceniano.

Andrzej Nowak
Gość
Andrzej Nowak

Chyba widziałem ten sam „wywiad”, śmieszny.

Margo
Gość
Margo

„To samo tylko z wieprzowiną”?
No to ja ocenię. Na „Nie”.

Jan Favre
Gość

Weganizm. Wszędzie weganizm.

Margo
Gość
Margo

Jasiu. Wiesz o co chodzi. Możesz mi pokazać język, ale to nie zmienia faktu. Kontekst był jasny.

Jan Favre
Gość

I mimo to nie załapałaś żartu?

Margo
Gość
Margo

To jest taki rodzaj żartu, na który mam kliniczne uczulenie. Tak samo zareagowałam wśród przyjaciółek na pseudo-błyskotliwe stwierdzenie, że mężczyznę powinno się traktować jak psa – raz dziennie dać żreć, czasem pogłaskać i od czasu do czasu wypuścić żeby pobiegał za sukami, bo jak się zmęczy i tak wróci.

Dot
Gość
Dot

Naprawdę tak mówią? Co za dziwnie baby… o.O

Saga Sachnik
Gość

Cyklista przemówił.

Corax_Viridi
Gość

Oczywiście, że oceniamy, grunt żeby zostawić to dla siebie jeśli nikt nas o zdanie nie pyta.

„Jeśli jedziesz tramwajem i widzisz, że ktoś osobie przed Tobą wyciąga portfel z kieszeni to wmawiasz sobie, że nie Ty jesteś od tego, by wartościować, czy to dobrze, czy źle?” – Najprawdopodobniej źle, ale pewności nigdy nie ma. Może ktoś właśnie odbiera swoją własność? Może jego dzieci są głodne, pracy nie ma, a nic tego dnia nie wyżebrał?

Łatwo jest oceniać w kategoriach dobra i zła, ale dobro i zło są subiektywne. To co złe dla jednego jest dobre dla innego.

Jan Favre
Gość

„Łatwo jest oceniać w kategoriach dobra i zła, ale dobro i zło są subiektywne. To co złe dla jednego jest dobre dla innego.” – zgadzam się, że z jednostkowego punktu widzenia dobro i zło jest subiektywne, jednak z szerszego punktu widzenia – konkretnie mam na myśli społeczeństwo – już takiej rozbieżności w postrzeganiu tych pojęć nie ma. Jeśli więc żyjemy w jakiejś społeczności lokalnej i czujemy się jej częścią, to dla dobra ogółu, w tym poniekąd siebie, zareagowanie jest korzystnym zachowaniem w takiej sytuacji.

Corax_Viridi
Gość

No nie, nie ma żadnej różnicy właśnie. Jeśli zmieniać skalę, czy patrzeć z szerszej perspektywy to jest dokładnie tak samo. To co dobre dla jednej społeczności może być złe dla innej. Społeczności, cywilizacji, gatunku…
Do tego na każdy czyn można patrzeć z wielu perspektyw, każdy ma też inny filtr w postaci różnych kultur, wartości a co za tym idzie moralności. I właśnie o to chodzi że nie ma dobrej czy złej. Są różne.

Zamiast też patrzeć w kategorii dobro i zło trzeba patrzeć w kategorii co jest korzystne a co nie. I dla kogo.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Jadę TLKą z Warszawy do Krakowa. Wagon bezprzedziałowy nabity do pełna, a pomiędzy siedzeniami i na korytarzu też ludziów jak mrówków, bo poza biletami z miejscówkami PKP sprzedaje też te bez, więc jest tłoczno jak na promocji Lidlu. Już samo nagromadzenie takiej liczby chodzących bateryjek, to znaczy żywych organizmów, sprawia, że w wagonie jest niechłodno, a tu jeszcze motorniczy włączył grzanie jakby miał trasę transsyberyjską. No cieplutko. Tak cieplutko, że dobrze nie zdążyłem jeszcze usiąść, a tu już wokół pachy Morze Śródziemne, mimo, że i kurteczkę i swetereczkę zdjąłem z siebie. Reszta pasażerów również odnotowała ten stan, to znaczy ciepełko, a nie moją mokrą pachę, i zaczęła poetycko werbalizować swoje nastawienie do zaistniałej sytuacji:

– Szkurwa, jak goronco.

– Rozpłynę się, zaraz się rozpłynę, no normalnie zaraz się rozpłynę tutaj!

– Ochujeć od tego skwaru można.

– Mirek, daj no mie co do wachlowania, bo nie wytrzymie.

– Tym pociongistom chyba na musk jebło, ugotować człowieka chcom!

Moi towarzysze podróży po publicznej manifestacji niezadowolenia z temperatury panującej w wagonie błyskawicznie wrócili do swoich zajęć, czyli nicnierobienia przerywanego gapieniem się w szybę, i trwania w „skwarze od którego ochujeć można”. Nie wiem dokładnie na czym polega owe „ochujenie”, ale na wszelkie wypadek wolałem nie doświadczać na sobie tego stanu, więc pomyślałem, że coś z tym zrobię. Konkretnie, z owym skwarem. Na przykład podejdę do kogoś z obsługi pociągu i spytam, czy mógłby obniżyć temperaturę. Szybko rozważyłem za i przeciw…

za: nie przyjadę na miejsce cały przepocony i nieświeży, nie rozreguluję organizmu męcząc go zbyt wysoką temperaturą, nie będę się irytował przez całą podróż, nie ochujeję

przeciw: a nuż okaże się, że wypowiedzenie frazy „przepraszam, czy można by obniżyć temperaturę?” zagina kontinuum czasoprzestrzeni otwierając portal między naszym światem, a układem planetarnym reptilian ludojadów?

…i stwierdziłem, że mimo wszystko podejmę to wyśrubowane do granic ryzyko.

Poszedłem na żywioł:

– Przepraszam, czy można by przykręcić ogrzewanie? Bo strasznie gorąco.

– Nie ma problemu, zaraz zmniejszę temperaturę.

– Dziękuję bardzo.

– Proszę bardzo.

I nie uwierzycie, co się stało… po kwadransie upał zelżał, a w wagonie zrobiło się normalnie i dalsza część podróży upłynęła bez odwadniania się przez wzmożoną potliwość. Wystarczyło po prostu podejść do pana w kamizelce z napisem PKP i zasygnalizować problem. Nie trzeba było przykładać mu glocka do skroni, ani przedwojennej finki do szyi, ani sekatora ogrodowego do palca wskazującego.

Wystarczyło po prostu podejść i poprosić. Tyle.

Nie spodziewałbym się, ale ta sytuacja dała mi naprawdę sporo do myślenia. W przedziale, łącznie z miejscami stojącymi, było ze 100 osób. Gorąc był uciążliwy, i to bardzo, bez wyjątku dla wszystkich. Niezadowolenie z tego stanu rzeczy dosadnie wyraziło kilkanaście osób. Działania, żeby coś zrobić z tą powodującą mocny dyskomfort sytuacją nie podjął nikt. N-I-K-T. Zero osób. Z-E-R-O. A rozwiązanie było naprawdę banalne i nie wymagało na dobrą sprawę żadnego wysiłku. Sprowadzało się tylko i wyłącznie do zakomunikowania swojego niezadowolenia właściwej osobie.

Za sprawą tego absurdu, zacząłem się zastanawiać ile razy ja sam, zamiast po prostu rozwiązać banalny problem, skupiałem się na narzekaniu, nie podejmując żadnego działania.

To zabrzmi jakbym dowiedział się, że nie muszę za każdym razem krzesać krzemienia o krzemień, żeby uzyskać ogień, tylko pójść do kiosku po zapałki, ale to zdarzenie otworzyło mi oczy na to, ile nieprzyjemnych sytuacji mógłbym rozwiązać, podejmując minimalny wysiłek i próbując cokolwiek z nimi robić, zamiast angażować tę samą energię we wkurwianie się.

Jadę autobusem i przeszkadza mi nastoletni didżej bez słuchawek molestujący cały pojazd Gangiem Albanii? Może wystarczy poprosić go, żeby przestał to robić, zamiast wkurzać się, że „ta dzisiejsza młodzież”? Za każdym razem muszę gasić światło za współlokatorem, gdy wychodzi z łazienki? Zamiast kurwowania pod nosem może wystarczy powiedzieć mu, że w ogóle to robi, bo być może nie jest tego świadomy? Firmowa sprzątaczka notorycznie przestawia mi rzeczy na biurku? A co gdyby okazało się, że zakomunikowanie by tego nie robiła, wystarczy by tego nie robiła? Brat narzeczonej mówi do mnie „Jasiula” doprowadzając mnie tym szału? Może niepotrzebnie wizualizuję jak wkładam mu język do niszczarki na dokumenty i dociskam, aż nie zetrze mu też nosa? Może jedyne co trzeba zrobić, to powiedzieć, że mi to przeszkadza.

W wielu aspektach życia jesteśmy tak zafiksowani na dany problem, że z góry uznajemy, że nie da się z nim nic zrobić. Domyślnie przyjmujemy, że to sytuacja skazana na porażkę. I narzekamy, nie działamy. A założę się, że w połowie przypadków wystarczy po prostu powiedzieć o problemie osobie, która go powoduje, by z miejsca został rozwiązany.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kyknoord

10 kłamstw, które porno przekazuje nastolatkom

Skip to entry content

Tabu związane z seksem, w żółwim tempie, ale mimo wszystko, zaczyna być przełamywane w debacie publicznej. Zazwyczaj przy próbach delegalizowania tabletek „dzień po”. O filmach pornograficznych jednak już nie mówi niemal nikt, wychodząc najwyraźniej z założenia, że jeśli nie będzie poruszać się ich tematu, to może w magiczny sposób przestaną istnieć. Nie stało się tak, gdy ja byłem nastolatkiem i – może to zbyt śmiałe przypuszczenie, ale zaryzykuję – nie stanie się tak również teraz.

Pornosy, pornuchy, pornole będą istnieć, a dzieciaki – przez ciągły brak właściwej edukacji seksualnej w szkołach i w domach – będą traktować je jak podręczniki stosunków płciowych i bezrefleksyjnie wierzyć we wszystko, co w nich zobaczą. Tworząc w swoich głowach błędne i wypaczone wyobrażenie o tym, jak wyglądają intymne relacje damsko-męskie. Wyobrażenie, które po zderzeniu z rzeczywistością runie jak World Trade Center, zostawiając po sobie poczucie zagubienia, oszukania i rozczarowania. Nic miłego.

Chciałbym ten tekst zadedykować rodzicom wszystkich dzieciaków w okresie gimnazjalno-licealnym, ale podejrzewam, że i tak będą się wstydzili rozmawiać z nimi na ten temat. Dlatego adresuję ten wpis do nastolatków – sprawdźcie jakie kłamstwa przekazuje Wam porno.

 

1. KAŻDY mężczyzna ma półmetrowego penisa

Otóż nie. panowie grający główne role w filmach z trzema iksami nie są reprezentatywnymi przedstawicielami płci męskiej. Przeciętny mężczyzna nie ma członka zaczynającego się przy podbrzuszu i kończącego się przy kolanie, bo jak podają badania naukowców z King’s College London, średnia długość prącia w stanie wzwodu, to 13,12 cm. Czyli o jakąś połowę mniej, niż penisy w pornosach, dlatego nie powinieneś porównywać się do występujących tam aktorów, a już na pewno nie wpadać w kompleksy.

 

2. KAŻDA kobieta, niezależnie od wzrostu i wagi ma wielkie, idealne, sterczące piersi

Pamiętam kiedy pierwszy raz widziałem żywe, gołe, damskie piersi z takiej odległości, że nie były mi do tego potrzebne okulary. W pierwszej chwili zastanawiałem się, czy z zawstydzenia nie zakryć oczu i przeprosić, że w ogóle na nie patrzę. W drugiej – gdy już się otrząsnąłem i upewniłem, że to dzieje się naprawdę – byłem, nieco bardziej niż nieco, zdziwiony. Nie dość, że były o jakieś 3 rozmiary mniejsze niż u Jenny Jameson, to jeszcze nie prężyły się do góry jak napompowane helem, tylko opadały jakby ktoś poluzował im wentyl.

Przez długi czas (aż do następnych wakacji), myślałem, że to po prostu taki okaz. Ale to nie egzemplarz był wadliwy, to ja miałem nierealne wyobrażenie. Piersi normalnych kobiet nie wyglądają jak dwie perfekcyjne kule zaprojektowane w Photoshopie i wyjęte z drukarki 3D. Mogą być małe, wiszące, rozjeżdżające się na boki, z wklęsłymi sutkami albo niesymetryczne, bo są nieidealne, jak wszystko w rzeczywistym świecie.

 

3. Kobiety będą oferować Ci seks W ZAMIAN za naprawę samochodu

Ewentualnie cieknącego kranu, zacinającego się okna albo skrzypiących drzwi. Większość filmów pornograficznych dla mężczyzn, uczy ich, że kobieta za każdą pomoc odwdzięcza się szybkim numerkiem na kuchennym blacie albo chociaż małym obciąganiem na poboczu autostrady. Niektórzy z odbiorców tych treści niestety zaobserwowane tam wzorce przenoszą w dorosłe życie i oczekuję, że za każdą robótkę domową należy się robótka ręczna. Inaczej nie pomogą.

Seks w zdrowych relacjach pojawia się, gdy obie strony mają na niego ochotę, a nie jest uniwersalną metodą płatniczą. Oczekiwanie, że pojawi się jako wdzięczność za pomoc jest skrajną patologią.

 

4. KAŻDA kobieta jest biseksualna

Produkcje oznakowane „XXX” przekazują, że dotyczy to każdej, ale absolutnie każdej kobiety, bez wyłączania matek, córek, sióstr i babć. Pokrewieństwo i więzy rodzinne nie mają tu żadnego znaczenia, bo jeśli dwie kobiety znajdą się w tym samym pomieszczeniu, to bez wątpienia będą miały niepohamowaną ochotę odbyć ze sobą stosunek. No, nie jest tak.

 

5. Uprawiając seks z obcymi NIE TRZEBA się zabezpieczać

W odróżnieniu od poprzednich kłamstw, to nie wyrządza szkód psychicznych, a może być powodem namacalnych problemów fizycznych.

Na palcach ręki stolarza można policzyć tytuły porno, w których aktorzy używają prezerwatyw. W druzgocącej większości filmowane stosunki odbywają się bez zabezpieczenia i to nie tylko w przypadku dwojga osób, ale również gdy pojawiają się trójkąty, seks grupowy, czy kilkunastoosobowe orgie. Nie ma pokazanego strachu przed infekcją grzybiczną, rzeżączką, czy wirusem HIV, jest jasny komunikat – prezerwatywy są zbędne. Jeśli nastolatek 10, 20, 30, 100 razy zobaczy, jak Łysy z Brazzers spotykając nową, przypadkową osobę wykonuje akt płciowy bez kondoma, co z tego wyniesie? Że prezerwatywy są niepotrzebne, skoro gość na ekranie rucha pół wsi i ich nie używa.

Gdyby tak faktycznie było, AIDS nie stałby apokalipsą zabijającą miliony ludzi w Afryce.

 

6. KAŻDA kobieta uwielbia, gdy wpycha jej się penisa do ust po same jądra

Bangbros pokazują rozentuzjazmowane, klęczące dziewczyny, szczęśliwe, że facet może je poddusić swoimi genitaliami. Przekazując tym samym, że lasek nic tak nie cieszy, jak moment, kiedy nie mogą oddychać i smyrasz je żołędzią po migdałkach. Jeśli zastanawiasz się, czy jest tak w rzeczywistości i to faktycznie miłe, spróbuj połknąć całego banana. Bez gryzienia go.

 

7. KAŻDA kobieta dostaje orgazmu już przy pierwszym włożeniu penisa do pochwy

Dla kogoś, kto swoje wyobrażenie na temat współżycia buduje tylko na podstawie pornosów, czyli dla jakichś 80% chłopaków, zderzenie tego kłamstwa z prawdą może być równie bolesnym szokiem, co 2 kreski na teście ciążowym.

Jesteś przekonany, że żeby doprowadzić kobietę do wrzenia, wystarczy wprowadzić członka do waginy i kilka razy nim poruszać. I tyle. Na wszystkich filmach, które widziałeś na ten temat, każda pozycja, tempo i sposób wprowadzania penisa odpowiadały partnerce, sprawiając, że szczytowała przez cały stosunek już od samego startu penetracji.

Przy pierwszym razie okaże się, że jest dokładnie odwrotnie – jest spięta, większość rzeczy, które robisz jej nie odpowiada i wprowadza dyskomfort albo rozprasza, a pozycje, w których oboje czujecie się dobrze znajdziecie po jakimś czasie. Dopiero wtedy zaczniecie pracować nad tym, żeby w ogóle mogła osiągnąć orgazm.

 

8. KAŻDA kobieta w trakcie stosunku krzyczy tak głośno, że na całym osiedlu pękają szyby

Nie, nie każda w łóżku zachowuje się jak na przesłuchaniu do kapeli deathmetalowej. I wcale nie znaczy to, że coś z nią jest nie tak, czy że nie jest jej dobrze.

 

9. Mężczyznom seks NIGDY nie sprawia wysiłku

Nie czuję się turbo wyjadaczem w kwestii liczby obejrzanych świerszczyków, który jest na bieżąco ze wszystkim po 1988, ale jeszcze nie widziałem tam faceta, który byłby zmęczony po stosunku. Albo zaniemógł w trakcie. Każdy gość z pornola jest Pudziano-Predatorem pijącym byczą krew zamiast wody, który niezależnie czy robi pionowe 69, czy spacer farmera z partnerką między nogami, nawet nie drgnie brewką. Pot, zadyszka i zmęczenie nie występują u facetów w trakcie seksu.  Tak jakby to nie było eksploatujące organizm, wycieńczające ćwiczenie fizyczne, tylko poobiednia drzemka.

Absolutnie, nie jest to prawdą, więc nie zastanawiaj się, czy wszystko z Tobą w porządku, jeśli po 30 minutach dzikiego galopu bezwładnie padniesz jak sarna na polowaniu. Mężczyzna, nawet w łóżku, nie jest Robocopem.

 

10. KAŻDA kobieta wpada w euforię na dźwięk słowa „anal”

Zdanie będzie prawdziwe, jeśli przed „każda” wstawimy „prawie”, a słowo „euforia” zamienimy na „histeria”.

 

***

 

Nastolatku, film porno ma się tak do realnego stosunku jak „Dr House” do prawdziwej pracy lekarzy. To fikcja, więc nie traktuj jej jak podręcznika do seksu.