Close
Close

Pamiętam jak w 4-tej klasie podstawówki pojechałem na wycieczkę szkolną do Krakowa. Od momentu, w którym zobaczyłem planty, wiedziałem, że pokocham to miasto i będę chciał w nim żyć.

Pamiętam też jak 3 lata temu przyjechałem pierwszy raz do Warszawy na branżową konferencję. Od chwili wyjścia z pociągu i postawienia stopy na dworcu centralnym, czułem się zagubiony i przytłoczony ogromem miasta. I to uczucie nigdy nie minęło.

Przeprowadziłem się do Warszawy, bo potrzebowałem zmiany. Potrzebowałem czegoś nowego, jakiegoś wyzwania, tego wrażenia uczenia się życia od początku. I dostałem to. Mieszkając w stolicy musiałem od zera pojąć funkcjonowanie w mieście, bo wszystko było inne – i tempo, i sposób poruszania się, i ludzie.

O ile sieć rowerów miejskich funkcjonowała zdecydowanie lepiej niż w Krakowie, o tyle przemieszczanie się na jednośladzie było bez porównania bardziej uciążliwe. Ruch na ulicach i odległości są o wiele większe, przez co jeździ się nieprzyjemnie – bo masz wrażenie bycia mrówką na autostradzie, która zaraz zostanie rozwalcowana – i mija się to z celem – podróż zajmuje więcej niż komunikacją miejską i po kilkudziesięciu minutach jazdy jesteś cały mokry. Z kolei przemieszczanie się za pomocą komunikacji miejskiej, jeśli nie mieszkasz przy stacji metra, doprowadza do szału. Autobusy wiecznie się spóźniają i notorycznie grzęzną w korkach, bo godziny szczytu w stolicy trwają prawie cały dzień.

Poskutkowało to tym, że mimo iż nie mieszkałem daleko od centrum – 14 minut autobusem – to dotarcie na Marszałkowską, Świętokrzyską albo Chmielną zamieniało się w wielką wyprawę. Wyprawę, która zniechęcała mnie do wychodzenia z domu, a przecież tak bardzo to lubię.

Okazało się, że mam małomiasteczkową mentalność.

W Krakowie uwielbiałem to, że ścisłe centrum zamykało się obrębie plant. Na Rynku Głównym, Szewskiej, Floriańskiej, Gołębiej, Grodzkiej i Świętego Tomasza, znajdowało się WSZYSTKO czego potrzebowałem. I restauracje do wybornego pojedzenia, i bary do kumpelskiego pogadania, i kawiarenki do wczuwkowego porandkowania, i kluby do bezgranicznego pobawienia, i kina i teatry do ukulturalnienia, i kościoły do uduchowonienia. Choć z usług tych ostatnich nigdy nie korzystałem, ale pocieszała mnie myśl, że mogłem.  A wszystko to w atmosferze sielsko-kameralnej. Którą okazało się, że uwielbiam.

Do owego odkrycia doszło po kilkunastu próbach odnalezienia się w centrum Warszawy. Bez powodzenia.

Raz, że w stolicy śródmiejski pejzaż jest diametralnie inny. Wszystko jest wielkie, ogromne! To nie jest kilka uliczek z uroczymi kamieniczkami, tylko nieustannie aktywne arterie z wysokimi biurowcami i hotelami. A dwa, żeby je przejść, trzeba przyspieszyć kroku, bo wszystko pędzi.

To, co na początku mi tak imponowało, z czasem zaczęło uwierać, aż stało się poważnym problemem. W Krakowie wchodząc na Rynek czułem się rozluźniony, uspokojony, nastawiony na relaks i miłe spędzanie czasu. W Warszawie, wysiadając na patelni czułem się jeszcze bardziej spięty, jakby ktoś w moim regulatorze trybu życia podkręcił prędkość. Spotykając się ze znajomymi na piwo, czy jedzenie, nie czułem się wyluzowany, tylko ciągle zaprogramowany na pracę. Widząc tempo ludzi na chodnikach, pod czaszką ciągle świeciły mi się diody z napisem „efektywność”, „wydajność”, „brak opierdalanki”.

Lubię te lampki, ale nie po 18:00, ani nie w weekendy. Wtedy powinienem być w trybie żółwia i uskuteczniać leniwe przyjemności hedonisty anemika. W stolicy nie byłem w stanie odpoczywać. Cały czas myślałem o rozwoju bloga, o nowych pomysłach na teksty, o tym co zrobić lepiej, więcej, inaczej, aż w pewnym momencie przekroczyłem granicę, po której przyszła totalna demotywacja i zniechęcenie do czegokolwiek.

Mała uwaga: czytając ten tekst do tego momentu, mogłeś go odebrać jako wjazd na Warszawę i paszkwil cisnący jakie to miasto jest beznadziejne. W żadnym wypadku tak nie jest. Warszawa ma od groma aututów, jest świetnym miejscem do rozwoju i miastem setek możliwości, o czym zresztą pisałem we wrażeniach po pierwszym miesiącu życia w niej. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie jest dla mnie.

Pod żadnym pozorem nie myślcie też, że przeprowadzkę do Warszawy traktuję jako jakiś błąd, czy porażkę. Absolutnie nie, to było świetne posunięcie i powinienem je zrealizować już wcześniej. Jakiś rok wcześniej, bo mniej więcej od tego momentu o tym myślałem, żyjąc w przekonaniu, że tam będzie mi lepiej, ale ciągle tworząc nowe wymówki. Wymówki, które usprawiedliwiały mnie przed opuszczaniem strefy komfortu i skonfrontowaniem wyobrażeń z rzeczywistością.

To najistotniejsze, co dała mi ta cała przygoda – świadomość tego jak jest naprawdę.

A konkretnie, to jak naprawdę mi się tam mieszkało. Wiele osób żyje nigdy niespełnionymi fantazjami o tym, jak by im było z kimś albo gdzieś. Buduje cały alternatywny świat, w którym jest grafikiem komputerowym, mieszka w Los Angeles, albo wraca do swojej pierwszej miłości. I nigdy nie urealnia tych wyobrażeń. Nie sprawdza, czy mają one pokrycie ze światem rzeczywistym, tylko coraz bardziej zapędza się w wizjach, że tam byłoby im lepiej. Takie długotrwałe fantazjowanie jest często zgubne i szkodliwe, bo przeszkadza w życiu faktycznym, a nie wyśnionym życiem, i deprecjonuje to co się ma w danej chwili, odbierając radość z codzienności.

Dlatego bardzo cieszę się, że mieszkałem w Warszawie, bo zamiast wyobrażać sobie w nieskończoność jakby to było, sprawdziłem to empirycznie.

I dzięki temu – zabrzmi to strasznie patetycznie i paolocoelhowo, wybaczcie – wiem, że Kraków jest moim miejscem na Ziemi. A przynajmniej na polskiej ziemi. Gdy przyjeżdżałem tu odwiedzić znajomych albo coś załatwić, czułem się jakbym wracał do siebie. Gdy tylko wysiadałem z pociągu na dworcu głównym, wiedziałem, że jestem u siebie. Że to moje ulice, po których chcę jeździć rowerem, moje parki, do których chcę chodzić na spacery i moje knajpy, w których chcę się spotykać z ludźmi. Że tu chcę świętować sukcesy, przeżywać porażki, kochać, wkurwiać się, śmiać i płakać. Że po prostu tu pasuję, jakbym był puzzlem z układanki na właściwym miejscu.

Świetne uczucie, polecam!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Roman Boyko

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Emilia

    Nie mieszkałeś jeszcze w Trójmieście ;)
    Pozdrowienia i gratuluję powrotu!

  • „zamiast wyobrażać sobie w nieskończoność jakby to było, sprawdziłem to empirycznie” – kciuk za to. motywujesz. zamiast gdybać, działać :) dla mnie wawa jest absolutnie jedynym miastem w PL, w którym mogę funkcjonować, choć męczy i nuży niekiedy. dlatego mieszkam pod, ale w niej pracuję i spotykam się na mieście. i tak jest OK :) Kraków z kolei wydaje mi się za mały i za spokojny, taki weekendowy, a nie na 365 dni w roku.

  • Chciałbym mieć kiedyś jakiś apartamencik w Krakowie. Uwielbiam to miasto.

  • ka

    wiesz co? spędziłam weekend w warszawie. i ten tekst huczał mi w głowie praktycznie co chwilę. czułam dokładnie to samo. najwidoczniej ja również mam małomiasteczkową mentalność. a spokój w niej zaprowadzam widokiem nie fali samochodów na sześciu pasach, a fali na morzu, które mam pod nosem.

  • Subintabula

    Janku, cieszę się, że wróciłeś do Krk, bo może Ci kiedyś przybiję pionę jak będę przejazdem. Kibicowałam Ci z Warszawą, ale cieszę się, że wróciłeś :)

  • Jak wiele trafnych obserwacji z którymi mogłabym się utożsamić. Niemniej, po dwóch latach mieszkania w stolicy przewalczyłam uczucie chęci ucieczki i teraz jestem absolutnie zakochana w Warszawie i cenię ją za możliwości rozwoju, które daje mi każdego dnia. A jeśli kiedyś będę chciała wyjechać, po prostu wyjadę, wspominając z uśmiechem to, co zostawiłam za sobą.

  • Oho, właśnie trafiłeś w sedno mojego problemu, bo nad przeprowadzką z Krakowa do Warszawy zastanawiam się usilnie od ponad roku, ale jestem na 99% pewna, że skończy się to tak, jak u Ciebie. Uwielbiam Warszawę, ale Kraków kocham. Pewnie po maksymalnie roku wróciłabym z podkulonym ogonem, co prawda niczego nie żałując, bo nie zwykłam żałować swoich decyzji, ale czując w sercu, jak Kraków mówi „witaj w domu, córko marnotrawna!”. No i jakże to tak, weekend bez Cafe Philo?! :D
    Także… Witamy w domu! ;)

  • A ja coraz częściej spotykam się z opiniami, że krakowianie coraz mniej przepadają za Rynkiem. Że to miejsce dla turystów, że Kazimierz jest pińcet razy fajniejszy itp. I może nawet jest fajniejszy, ale jakoś tego hejtu na Rynek nie pojmuję :-)

  • W ciągu trzech lat stężenie smogu w Krk wzrosło drastycznie. Oby ten fakt nie zmienił Twojego nastawienia. 4,5 roku życia w Krk nie zmieniły również mojego nastawienia i odczucia co do tego miasta. Jednak warto na starcie zakupić maskę antysmogową, serio serio. Sam myślę o Wawie, może uda się dostać tam pracę. Spróbować nie zaszkodzi ;)

  • Mieszkam w Warszawie od ponad 8 miesięcy i strasznie się bałam tego miasta, kiedy przyjeżdżałam tutaj z mojego ukochanego Krakowa. Nie jest tak źle jak myślałam, ale muszę powiedzieć, że trafiłeś w sedno z tym, że tempo życia w stolicy jest nienormalnie szybkie – tu wręcz NIE WYPADA się nie spieszyć.
    Przez rozłąkę jeszcze bardziej doceniam urok Krakowa i uwielbiam coś z czego nie zdawałam sobie sprawy: że jest niski. Że wysiadając z pociągu nie muszę zadzierać głowy. W Warszawie to pasuje, wpisuje się w klimat miasta.
    Ale mi o wiele bardziej odpowiada klimat Krakowa ;) No cóż, jestem nieuleczalną lokalną patriotką.
    Pozdrawiam

  • Ciekawe, piszesz o Warszawie jakby to był co najmniej Londyn ;).

  • Warszawa straciła właśnie dobrego zawodnika..
    Ale ja tam siię cieszę bardzo, piona i mam nadzieję, niedługo do zobaczenia ‚mordo’ ;) (tak się mówi w warszawie nie?)

  • Tak bardzo znam oba stany, o których piszesz. Tylko ten warszawski mam niestety w Krakowie, choć kiedyś myślałam, że to będzie właśnie „moje miejsce”. Dużo dalej musiałam wyjechać, żeby je znaleźć, ale chyba się udało :) Warszawa? Też kusi od dłuższego czasu, więc może na chwilę spróbuję – właśnie po to, żeby zweryfikować wyobrażenia.
    Najlepszego!

  • Jestem pełna sprzeczności :-p Z jednej strony pociąga mnie i potrzebuję do życia to co oferuje duże miasto, z drugiej strony potrzebuję od czasu do czasu zwolnić tempo i wrzucić na luz, a raczej na offline. Dlatego przeprowadziłam się pod Warszawę. Mam blisko do aktywności i atrakcji w Wawce, a na co dzień ogród, ciszę, świeże powietrze i swoje slow life ;-)
    Powodzenia Janek na nowych-starych śmieciach i do zobaczenia (pewnie gdzieś na jakimś evencie w Warszawce ;-) ).

  • Janek, swietny tekst. Mi też rytm krakowski bardziej odpowiada ;)

  • Ja miałam tak samo z Poznaniem. Przeprowadziłam się tam na studia i po trzech latach kociokwiku i rozregulowanego trybu dnia przez spóźniające się tramwaju, gdzie wiecznie miałam wrażenie, że moje życie ucieka mi przed oczami, podczas gdy ja stoję na światłach i czekam na zielone… Teraz bardzo przytulnie mi z myślą, że jestem dziewczyną z małego miasta, takie do 200.000 wliczając studentów, a najlepiej moje Świnoujście – 40.000!

  • Julia Hush

    Mieszkam w Krakowie od 4 roku życia i wiem że tu chce sie zestarzeć ale nie żyć do końca życia. Tak Kraków jest cudowny,stary ale dla mnie czasami za bardzo smutny i refleksyjny. I wydaję mi się że to jednak za małe miasto jak dla mnie.

  • Dziękuję za ten tekst jako krakowski człowiek ciągle szukający swojego miejsca. Może niepotrzebnie? Ostatnie tygodnie to wyjazdy do Warszawy na rozmowy, bo tam jest praca, a ja ciągle nie czuję tego miasta. Gdzieś w środku jest myśl, że potrzebuję zmiany, nowego wyzwania, ale chyba za bardzo kocham Kraków. Tak sobie myślę, że chyba nic na siłę :) Dzięki!

  • Kasia

    czyli trochę mógłbyś się zgodzić z http://natemat.pl/149279,maciej-nowak-zdegustowany-krakowem-jest-do-picia-i-tracenia-czasu ? nie chodzi o ogólny efekt pojazdu, tylko taką impresję na temat?

  • Katarzyna

    A może to jest tak, że za krótko tu byłeś? Wydaje mi się, że fajnie spędzić tu przynajmniej rok. Bo lato tu jest zachwycające i chillowe :). Zresztą im większe, bardziej pędzące miasto, tym więcej czasu potrzeba na totalne zaaklimatyzowanie się. I znalezienie „swoich” miejsc. Ale.. tak czy siak, powodzenia na nowej-starej drodze życia! :)

  • basia

    A tak wlasnie sie zastanawialam jak Cie zobaczylam w srode w kinie, czy wrociles czy tylko odwiedziny na starych smieciach.
    Fajnie, ze sporbowales. Fajnie, ze wrociles :)

  • Wróciłeś. Teraz wszystko jest jeszcze bardziej na swoim miejscu :)

  • Theo Tadeusz Motz

    Welcome back !. Ucieszyłem się że będziesz bliżej !.
    Lubię cię za to jak i piszesz i za szczerość.

  • Ja mam totalnie odwrotnie. Przez kilka lat marzyłam o tym, że kiedyś wreszcie przeprowadzę się do Szanghaju. Pewnego dnia spakowałam walizkę i wyjechałam. Po siedmiu miesiącach wróciłam na urlop do Polski z okazji chińskiego nowego roku. Po opuszczeniu samolotu miałam wrażenie, że ja zwyczajnie tu nie pasuje. To nie jest moje życie i to nie jest moje miejsce.

  • Mieszkam w Warszawie od urodzenia i uwielbiam to miasto. Jest w nim wszystko, każdy możliwy styl architektoniczny i klimat, może poza nadmorskim ;) Mieszkam teraz na peryferiach, mając pod blokiem małą ale wystarczającą galerię handlową i tramwaje, którymi idealnie dojeżdża mi się do każdego kawałeczka centrum. Tak, to wyprawa, tak, jadę 40 minut, ale to mnie relaksuje, mogę w tym czasie poczytać, pomyśleć, posłuchać muzyki czy obejrzeć odcinek serialu na Netfliksie. Gigantyczna przestrzeń Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich zawsze robi na mnie wrażenie, nie czuję też, że wszystko pędzi, bo sama żyję w podobnym rytmie. Rozumiem, że wielu ludziom to może nie odpowiadać, ale dla mnie Warszawa jest… Warszawą. Czymś na kształt Nowego Jorku dla nowojorczyka. Jak jeszcze wybudują się kolejne linie metra, to na starość będę piać z zachwytu nad tym miastem :D

  • Kasia

    Pochodzę ze Śląska, kocham moje Gliwice :) Rok z hakiem rzuciło mnie z mężem do Wawy i mamy takie same odczucia jak Ty – to miasto wielu możliwości, ale zupełnie nie dla nas. Źle się tam czuliśmy, wychodząc na patelnię miałam ochotę mordować ludzi. Podobnie chodząc przejsciami podziemnymi w centrum ;)
    Daliśmy sobie czas 2-3 lata, ale po roku wymiękliśmy i skorzystaliśmy z okazji. Przenieśliśmy się do Krakowa :) który uwielbiam od czasów liceum i który całkiem nieźle znam. Niby obce miasto, ale czuje się tu swobodnie. Nie biegnę, nie muszę co chwilę wracać do Gliwic, do domu, bo mi tu dobrze. Widzę, że mojemu mężowi również odpowiada to miasto. Wciąż się jaram jadąc tramwajem przez stare miasto albo widząc Wawel (widuję codziennie). Nie miałabym nic przeciwko, żeby tu zostać na wiele, wiele lat.

  • Nie brzmi to paolocohelowo. Kraków może być miejscem na ziemi. Moim również jest i po tylu latach wciąż się czasami zastanawiam, co mnie podkusiło, żeby z niego wyjechać. W sumie, wiem co. Wyobrażenia o tym, że gdzieś jest inaczej, lepiej, więcej, szybciej. A Kraków taki mały, ciasny, duszny, momentami klaustrofobiczny wręcz. Ale to właśnie te wyobrażenia, które sobie trzeba przełożyć na konkret, bo inaczej człowiek nigdy się nie dowie. Zagnieździliśmy się w Warszawie dosyć dobrze, ale wiem, że nie jest to moje miejsce docelowe. Powodzenia na nowym starym!

  • Dla mnie Warszawa jest zbyt przytłaczająca. Tak jak to opisałeś, dokładnie tak.
    Ja swoje miejsce znalazłam w Rzeszowie. Pięknym, spokojnym mieście, gdzie blogosfera nie jest jeszcze tak rozwinięta jak np. w Warszawie. W Rzeszowie ludzie nagrywający vlogi na ulicy są jak ufo. Powoli się to zmienia.
    Rozważam mieszkanie w Krakowie, ale chyba jeszcze nie nadszedł czas. A większe miasto byłoby zbyt przytłaczające.

  • Jola

    Witam w Krakowie !
    Bardzo pokochałam to miasto, chociaż mieszkam tu nieco krócej od Ciebie (bo tylko 1,5 roku) to tak jak ty, wiem że to jest moje miejsce na świecie.

  • Roma

    Ahh… zgadzam się z Twoimi słowami w 100%… Odkąd pierwszy raz ujrzałam Kraków, zasmakowałam jego uroków, uliczek, antykwariatów, teatrów, zapiekanek z okrąglaka, spacerów bez celu po Plantach, stwierdziłam, że kiedyś będę w nim mieszkać. Życie trochę pokiereszowało mi te plany, bo chłopak, bo praca, ale coraz bardziej dojrzewam, żeby rzucić to wszystko i posmakować życia w Moim mieście.
    Dlatego na ten czas zazdroszczę Ci i życzę delektowania się tym pięknym miejscem :)

  • nie ma co się zastanawiać, tylko trzeba próbować ;) często w naszych wyobrażeniach wszystko wygląda inaczej. warto upewniać się, gdzie tak NAPRAWDĘ czujemy się dobrze. ja Warszawę pokochałam od pierwszego wrażenia :) 14 minut to centrum? tak blisko? tak szybko? szacun!

  • Dona

    Będąc małą dziewczynką obiecałam sobie, że kiedyś w Krakowie zamieszkam :) tak po prostu, przytykając nos do szyby samochodu gdzieś w okolicach AGHu, jadąc z zakopiańskich wakacji, powiedziałam rodzicom ” zobaczycie, będę tu mieszkać”. Pamiętam to mruknięcie”taktakjasne”.. Po liceum wybrałam się na studia do Wrocławia – bo znajomi, bo pół rodziny tam jest, bo dobry dojazd, bo 1,5h drogi. I wracałam z tego Wrocławia. Tydzień w tydzień. W każdy weekend byłam w domu. W K A Ż D Y. Zostać tam dłużej niż 5 dni ? – Błagam. I to brzmi dość hm… .. ale właśnie tak było. Jasne. Miałam tam znajomych, przyjaciół i skończyłam spoko studia, ale nie czułam przynależności do tego miejsca. Po prostu było mi obce.Mimo to – traktuję to jako pozytywne doświadczenie, które tylko popchnęło mnie do tego momentu. Momentu w którym robię pierwszy rok magistra w Krakowie. Dostałam się za pierwszym rzutem, jestem w trakcie pierwszej sesji, w wirze nowych znajomości i kurczę… czuję się jak student… I nie ma problemu, że nie widziałam mamy przez miesiąc. Uwielbiam spacery, Kazimierz, planty, hale targową, lubię iść do pierogarni lub na Gołębią:) Popatrzeć na pięknie oświetlone sukiennice, których widok (jestem pewna) nigdy mi się nie znudzi. I nawet Marian na rynku jest czasem troszkę pijany więc trzymam go palcami za czubek wieży, by trębacz nie wypadł z okna grając hejnał o północy :) Nie wiem jak potoczą się moje losy za.. niecałe 2 lata(?) ale na ten moment- jestem tu, oddycham tym smogowym powietrzem, opędzam się od wycwanionych proszących o złotówkę panów, zapieprzam jak 150 na uczelni i nie mogę spać gdy ktoś drze papę pod kamienicą. I jestem najszczęśliwsza ;)

  • Mam podobnie. Wawa wydaje się być fajna, ale za dużo tam pomieszania starego PRL-u z nowoczesnością, pośpiech i rozpieprz miejsc w wielkich odległościach. W Poznaniu jedziesz na rynek i masz to wszystko, co opisywałeś. Wszystko w jednym miejscu, tak samo, jak i ludzi. To jest fajne. Może kiedyś zamieszkam w Wawce żeby zobaczyć jaki tam lajf jest haj, ale z przejazdów średnio to widzę… jeżeli już to pewnie dla pracy i $.

    Nie wiem, jak ludzie mogą żyć w miastach typu NY, gdzie w przeciętnym mieszkaniu pewnie nie widać nawet horyzontu. Przecież to identycznie, jakbyś wprowadził się do piwnicy ;).

  • Klaudia

    Zapraszam do Wrocławia!

  • Podobno ciężko znaleźć swoje miejsce na ziemi, więc tylko się cieszyć, że Tobie już to się udało.

  • mieszkanka warszawy od ponad 6 lat…. wiosną się wyprowadzam do miasta gdzie mieszka 60tys ludzi. Wspaniałe uczucie, mam tak jak Ty

  • No to Wrocław Ci został na liście :)
    A jeśli chcesz totalnie powoli i z dala od wszystkiego, to Zamość – piękny i taki własnie leniwy.

  • BonaVonTurka (Hipis)

    Moim marzeniem jest właśnie tak pomieszkać w Krakowie. Może nie przeprowadzić się na całe życie, to miasto na pewno ma sporo wad, no i fajnie byłoby pomieszkać też na wsi. Ale jestem z okolic Bydgoszczy, która jest brzydka i bardzo usługowo/robotnicza, więc marzyło mi się zawsze miasto zabytkowe, kulturalne, takie w którym mogłabym się rozwijać i dobrze czuć jako historyk.
    Warszawa w ogóle mnie nie interesuje. Nie jest ciekawa historycznie, ma dla mnie małe znaczenie sentymentalne, nie znoszę natłoku biurowców i kłopotów komunikacyjnych.

  • Dominika

    Ja przez długi czas byłam zauroczona Krakowem, w którym często bywałam. Planowałam nawet studia w tym mieście bo miało ono dla mnie wyjątkowy klimat. W minione wakacje zmieniłam jednak zdanie, co do Krakowa. Odwiedziłam Wrocław, a życie potoczyło się tak, że mam okazję spędzać tam min. 2 weekendy miesięcznie. Po tych moich częstych wizytach we Wrocku, który jest niesamowoty pod wieloma względami (a fenomenem jest to, że w każdym miejscu jest on tak samo piękny i nawet biedniejsze i brzydsze dzielnice mają to coś), stwierdziłam że Kraków wypada blado. To moje osobiste odczucia :) Fajnie jest mieć swoje miejsce na świecie. I choć we Wrocławiu jestem pewna że będzie mi się świetnie mieszkało (już za kilka miesięcy) to i tak moje miejsce na świecie to świetokrzyskie i Kraina Latającyh Czarownic :)

  • Będziemy jeść rzodkiew z Placu Nowego <3

    • Jeśli tylko z mięsem, to bardzo chętnie!

  • inah

    doskonale Cie rozumiem Janku, przeżyłam to samo. Tylko że ja spędziłam w Warszawie 8 lat i wróciłam do naprawdę małego miasteczka (siedmiotysięcznik na Mazurach). Warszawy nie da się porównać do żadnego innego miasta, albo się ją kocha albo nienawidzi. Ja ją kocham, ale nie jest dla mnie.

  • Warszawa, miejsce piękne i pełne możliwości, ale ile razy tam zawędruję na dłuższą chwilę to się duszę i męczę niemiłosiernie. Sporo miałam i mam powodów aby tam zamieszkać, ale kurcze, mam wrażenie, że w pewnym momencie padłabym tam i, i tak nic nie zrobiła :P Każdy musi znaleźć sobie miejsce na ziemi z odpowiednim tempem, ja zawędrowałam do Łodzi, dla mnie miasto cudów :)

  • Ja mieszkałem tam rok. I totalnie Warszawę uwielbiam, wciąż, po prawie 3 latach od wyprowadzenia się stamtąd.

    A teraz mieszkam w Łodzi, która dla mnie jest idealnym złotym środkiem między dużym miastem, a małym z którego pochodzę.
    I czuję się tu coraz lepiej. Mówi się, że do Łodzi trzeba dorosnąć. Ja dorosłem i wcale nie czuję się menelem ;)

    • W Łodzi są przepiękne, zdecydowanie nie menelskie, murale, tak że pozdrawiam!

      • Prawdę powiadasz! Do tego wszechobecny, wciąż restaurowany industrializm (polecam odnowiony Księży Młyn, bo Offa zna już chyba każdy).
        Tak że ten. Pozdrawiam!

    • Chyba się starzeję, bo lubię Łódź :) Jak byłam młodsza, wszyscy z niej uciekali ;)

    • nakozetce

      Jejku, Łódź!
      ÓĆ!
      Lubię bardzo :) I szczerze powiedziawszy to jeśli miałabym się wyprowadzić z Wrocławia, to Łódź była by na pierwszym miejscu do osiedlenia!

  • Nie wiem czym są planty, ale wiem, że w Krakowie można kupić plantany (takie warzywne banany) :D Więc słuszny powrót ;)

  • Fajnie przeczytać taki tekst i wiedzieć, że są ludzie, którzy potrafią powiedzieć stop i podziękować za udział w wiecznym zapierdzielu nie do końca wiadomo za czym. Może potestujesz teraz jakieś inne miasta? ;)

    • Wrocław wydaje mi się bliźniaczy do Krakowa, tak że jak miałbym jeszcze się przeprowadzać do innego miasta w Polsce, to tam :)

  • Teraz wpadaj na testy do Poznania! ;)

    • Na razie, przynajmniej przez pół roku, nigdzie się nie ruszam, ale na weekend chętnie :)

  • Kamila

    A nie przeszło ci przez myśl, że może po prostu spędziłeś w Warszawie za mało czasu? Ciężko porównać 5 lat studenckiego życia w Krakowie, do paru miesięcy pracy w Warszawie. Pytam z ciekawości, bo sama mam ten dylemat między Wrocławiem, a Krakowem :)

    • Ej, ej, ale po pierwsze to nie 5 lat studenckiego życia, tylko 7 lat życia – mieszkania, pracowania i studiowania. Po drugie, jeśli przez dłuższy czas czegoś nie czujesz, a raczej jest tendencja spadkowa, to nie ma sensu się męczyć i próbować coś sobie udowodnić na siłę.

      • Kamila

        Poproszę w takim razie jakieś miejscówki na dobrą kawę i ciacho w Krakowie, bo wierz lub nie, ale jakoś nie mogę nic znaleźć od paru miesięcy! We Wrocławiu byłam gastromapą, a tutaj jakoś nie mogę się odnaleźć, bo jest tego za dużo.

  • Hah! To piątka będzie jednak przybita :D witaj z powrotem!

  • Olga Cimer

    Jednak granicę do Wisły trzeba przesunąć i jeszcze troszkę…. bo Kazimierz i Podgórze…

  • Stołeczne zombie zawsze wywoływały u mnie zdumienie, jak mogą tam mechanicznie żyć.

  • Aquila

    O to nie jestem sama, po 8 m-cach w stolicy powrót do Krakowa :) i podobne odczucia. Dzięki!

  • po pierwszej połowie tekstu prawie się załamałam, więc bardzo Ci dziękuję za drugą część :D tak jakoś podnosi na duchu, może znajdę to swoje miejsce na Ziemi niedługo :D

  • kazziz

    Janku! Cieszę się, czytając, że wróciłeś do miejsca, w którym lepiej się czujesz. Mam nadzieję, że kiedyś spotkam Cię na plantach jeżdżąc na longboardzie albo w jakimś niebieskim autobusie MPK czy w jakimś klubie. Teraz będzie na to większa szansa :)
    Pozdrowienia

  • To co Cię w Warszawie uwierało ja kocham ponad wszystko :) Zawsze chciałam mieszkać w Krakowie, a później pojechałam do Warszawy i zakochałam się bez pamięci. Uwielbiam w niej wszytsko, nie jestem w stanie się nią znudzić. Pamiętam, ze jak przyjechałam do Warszawy pierwszy raz, to najbardziej mnie zachwyciło właśnie tempo życia, to, że ludzie biegną, żyją w ciągłym pośpiechu, a ja miałam czas, by przystanąć i to zauwazyć, popatrzeć na nich z boku.

    Co do komunikacji miejskiej. Ja meiszkam w sypialni Warszawy i pomijając gdoziny 16-18, to bez problemu dostanę się co Centrum, zawsze w tym samym czasie, czyli jakieś 35 minut. Przez 8 miesięcy mojego pobytu tutaj, autobus znacząco spóźnił mi się może 2 razy, a tak, to jakieś minutowe opóźnienia.

    • Kasia

      Mieszkałam rok w Wawie, jechałam autobusem może z kilkanaście razy. I o ile 222 jechało całkiem sprawnie, tak jazda na Wilanów albo Bemowo to był koszmar…
      I mając 3 minuty na metro, z Mokotowa, też jak autor odczuwałam wyjście na miasto jako wyprawę ;) Warszawa nie jest dla mnie.

  • Najs :D! Dobre wiadomości!

  • I super. :) Kraków stał się też moim miejscem na ziemi – i dodaje mi skrzydeł do działania i daje wyciszenie gdy trzeba zwolnić. A przecież trzeba zwalniać! ;)

  • Mam to samo. Inaczej – przypuszczam, że mam to samo, bo nigdy nie zrobiłam tego radykalnego kroku, jakim jest przeprowadzka do Warszawy. Pamiętam, jak mi powiedziałeś na TweetupPL we wrześniu, że prędzej czy później każdy zjeżdża do stolicy, bo praca w Krakowie się „kończy”. Długo mieliłam te słowa w głowie, rozkminiając, czy masz rację. Doszłam do wniosku, że całkiem możliwe, bo nie dość, że jesteś te kilka lat starszy, to i doświadczenie zawodowe większe. Teraz liczę, że mogłeś się mylić. Dobrze mi tu na razie i nie chcę nigdzie uciekać. Witaj w domu :)

    • nakozetce

      Na przestrzeni ostatnich 3 miesięcy szukałam pracy. Mieszkam we Wrocławiu i tu chciałam zostać. Zajmuję się marketingiem w IT- wydawałoby się, że miasto idealne do rozwoju kariery w tej branży ;) Właśnie, wydawałoby się… Atrakcyjne oferty pracy spływały jedynie z Krakowa i Łodzi ^^ Myślałam nad przeprowadzką, ale ostatnio tyle się dzieje w moim życiu, że wolałam tego uniknąć . Ostatecznie wciąż jestem w Stolicy Dolnego Śląska.
      Podsumowując, przynajmniej dla mnie, rynek pracy w Krakowie i Łodzi jest bardzo kuszący, świetnych firm jest mnóstwo, choć to nie korporacje, ale oferują dużo ;)

  • „Hedonisty anemika” – wielkie propsy :)

  • Klaudia eS

    Zastanawiam się czasem co ten Kraków w sobie ma, że mimo tylu moich narzekań i okresowego zmęczenia mieszkaniem tu, to również moje miejsce na ziemi. Uwielbiam w Krakowie to, że są tu miejsca, które znam na wylot i mogłabym się po nich poruszać po omacku, a jednak wciąż, po 7 latach, jeszcze mnóstwo mam tu do odkrycia. I chociaż nadal ‚domem’ nazywam dom rodzinny, to dopiero tutaj tak do końca jestem sobą i mam swoje ‚prawdziwe’ życie.
    No i oczywiście witaj w domu! Może kiedyś na siebie wpadniemy, Kraków jest przecież taki mały pod tym względem :)

  • Jejku a ja myslałam, że to tylko mój flow sprzed wielu lat, że w Wawie ciężko odpoczywać żyjąc w niej na co dzień. Że wszyscy ciągle się spieszą i dni przelatują między palcami, każdy goni za sukcesem, fitenss ciałem, koncertem, kawą, spotkaniem, byciem w sześciu miejscach na raz.
    Bardzo lubię odwiedzać Warszawę – na kilka dni, czasem na tydzień jak jest jakaś praca. I ten tryb – raz na jakiś czas, na ciut dłużej – najbardziej mi odpowiada bo moim miejscem na Polskiej ziemi na pewno jest Wrocław. Jeśli kiedykolwiek miałabym zamienić swoj ukochany Wrocław na inne miasto najpewniej byłby to Gdańsk. Ewentualnie Gdynia. Bo jedyne czego mi we Wrocławiu brakuje to morza ;)

  • Właśnie idealnie opisałeś dlaczego nigdy się nie przeprowadziłam do Krakowa, pomimo że przez kilka lat miałam na punkcie tego miasta totalną obsesję.
    Kocham Kraków na weekend, jak chcę odpocząć, ale generalnie mam duszę pracoholika i uwielbiam Warszawę za to, że mi w tym pomaga <3

    • „Każdemu jego porno” jak to zwykł mawiać Ron Jeremy.

  • <3 Kraków tęsknił

  • #Bisz
    Dobra decyzja. Komfort umysłowy jest bardzo ważny!

  • Chyba wiem o czym mówisz, tylko że ja mam na odwrót. Warszawa to moje miasto, tutaj się rodziłam i prawdopodobnie tutaj umrę. :D moi rodzice kilka lat temu chcąc uciec od miejskiego zgiełku, pobudowali się na wsi i tam mieszkają. Jeżdżę do nich co weekend, ale przeraża mnie fakt, że ten dom kiedyś będzie mój, kiedy ich już nie będzie. Jestem przyzwyczajona do wiecznego biegu, bo żyję tak od zawsze. Nie potrafię zwolnić, bawert

    • To porównanie jest dość dobre, bo w Krakowie, w porównaniu do Warszawy, żyje się jak na wsi i właśnie takie miałem wrażenie wracając tu. I ani jedno, ani drugie nie jest złe, po prostu różnym ludziom odpowiadają różne rzeczy.

  • levandra

    Witaj w domu! Miło cie będzie wpaść na ciebie!

  • Bazgroł

    Szkoda, liczyłem, że kiedyś uda się ciebie spotkać w Warszawie ;) W takim wypadku trzeba się będzie wybrać do krk

    • Spoko, do Warszawy na pewno będę co jakiś czas przyjeżdżał, tak że to nie jest, że się totalnie odcinam czy coś :)

  • anula

    Ziemii?

    • O, literówka, dzięki za uwagę.

      • anula

        Zwróciło to mą uwagę, bo było tak samo napisane w dwóch zdaniach pod rząd (gdzie raz z wielkiej, raz z małej litery). Już myślałam że jakiś dziwny slang w tej Warszawie tworzą ;)

        • Zagalopowałem się z tymi „i”, a autokorekta mi nie podkreśliła :) ale jak już jesteśmy przy poprawności językowej, to „z rzędu”, a nie „pod rząd” ;)

          • anula

            Fakt. Eh, te rusycyzmy

  • nie wiem czemu właściwie, ale strasznie się cieszę :)

  • Monika Grzebyk

    Witaj w domu :)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

To jedno ze znienawidzonych przeze mnie powiedzeń, na które reaguję alergicznie. Raz, że traktowane dosłownie jest nieprawdziwe, bo w takim wypadku osoby mało inteligentne wygrywałyby notorycznie fortuny na loteriach. Dwa, że traktowane metaforycznie powinno brzmieć „głupi ma tylko szczęście”. Dlaczego?

 

O głupcu co miał pecha

Był sobie głupiec nad głupce, co głupi był nieprzeciętnie

I znaki swej głupoty dawał już jako niemowlęcie

Raz matce palec odgryzł myśląc, że to parówka

Raz złorzeczył chłopcu, co go naśladował z lustra

Raz z rowerka trójkołowego chciał zrobić amfibię

A raz umył wszystkie ziemniaki mydłem w płynie

Rodzice jego mieli mętną, złudną, pobożną nadzieję

Że z czasem ich syn z głupoty magicznie ozdrowieje

Jednak ani Superniania, ani rejonowy pediatra

Niemądrości z głowy młodzieńca nie potrafił zabrać

Ani Hary z Tybetu, ani wróżbita Maciej

Nic nie byli w stanie zdziałać w tej sprawie

Encyklopedię próbowano mu pod poduszkę wkładać

I na słowniku ortograficznym kazano siadać

Nie pomógł mu nawet wywar z sowich móżdżków

Ani szczurza karma do herbaty zamiast cukru

Rodzice się poddali, wieś zaakceptowała

Że sprytny inaczej jest syn Ewy i Adama

Mimo, że w szkole mu nie szło, że klasy ciągle powtarzał

Że mylił Konrada Wallenroda i Kordiana

Że nie wiedział ile jest cztery silnia, a ile dwa do drugiej

Ani jak po angielsku się mówi na grudzień

Mimo, że Austrii nie odróżniał od Australii

A „szłem” i „szedłem” mogłoby się dla niego scalić

Mimo, że nie wiedział skąd się dzieci biorą

To niewiastom nogi rochylał jak ginekolog

Mówino, że to przypadek, ślepy traf, los złudny

Że z taką łatwością panienki pozbywały się dla niego sukni

Spódniczki, leginsy, kombinezony i biodrówki

Też znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki

Złośiliw szydzili, że panienkom żal jest chłopaka

Daltego okazują mu miłosierdzie na golasa

Lecz głupiec kpin tych do siebie nie przyjmował

I na dżokejki szkolił połowę Władysławowa

Z jedną z adiunktek jazdy tak przycwałował

Że gdyby jechał boildem powiedzianoby, że pękła opona

I że zjazd na pit-stop potrzebny jest natychmiast

Lecz on wolał trzeć pojazdem o bandę, aż olej zacznie tryskać

Jazda zakończyła się z twarzą na poduszce

I wielokrotonie już rzucanym: – odezwę się później

Lecz „później” nastąpiło już za cztery tygodnie

Gdy dżokejkę zaniepokoił spóźniający się okres

– Jestem w ciąży, będziemy mieli niemowlęcie

– Jak to? Przecież głupi ma zawsze szczęście!

Nie mógł zrozumieć jak możliwe jest to w ciążę zajście

Wszak głupiec całe życie ślizga się na farcie

Pretensje miał bo boga, illuminatów i własnego wuja

Że tak go oszukano, że zagrano z nim w chuja

Złorzeczył przeciwko Tuskowi i Kaczyńskiemu

Źle życzył nawet Hubertowi z milionerów

Lecz ten się obruszył i słów parę powiedział:

Głupcowi zawsze los sprzyja? No, bez pierdolenia

U głupiego, co mu ciągle nie wychodzi, jaskrawiej widać farta

Niż u mądrego, co sukces opiera na pracy, nie przypadkach

 

Głupi ma tylko szczęście

Nie ma inteligencji, wiedzy, ani mądrości z doświadczeń, tylko sporadyczny łut szczęścia. Dlatego, dużo wyraźniej widać, gdy mu się pofarci.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z filmu „Głupi i głupszy”

---> SKOMENTUJ

„Nienawistna Ósemka” i wstrętne żarty Tarantino, które bawią do łez

Skip to entry content

„Nienawistna Ósemka” jest esencją filmów Quentina Tarantino – jej dwoma głównymi filarami są ciągnące się w nieskończoność, budujące atmosferę dialogi i widowiskowy kult przemocy fizycznej. Albo to kochasz i na każdy jego film czekasz z hajsem w zębach, albo zupełnie tego nie trawisz i wolisz iść na „Listy do M. 2”. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy i pośród poetyckich, tasiemcowych dialogów i kawałków mózgu bryzgających w kamerę, bawiłem się jak rolnik na dożynkach.

UWAGA TEKST ZAWIERA FRAGMENTY ZDRADZAJĄCE FABUŁĘ

Mimo, że film trwa 2 godziny 47 minut, a akcja – rozumiana jako odstrzeliwanie sobie części ciała – pojawia się dopiero na ostatnie pół godziny, to nie ma zamuły i wbijającego się jak gwóźdź w czaszkę pytania „kiedy to się w końcu zacznie?”. Film nie nudzi za sprawą mocnych, kolejny raz przekraczających granice i absolutnie niepoprawnych politycznie, żartów.

„Nienawistna Ósemka” rozśmieszy Cię do łez, bo na ekranie zobaczysz…

Bicie kobiety

Pierwszy moment, kiedy sala ryknęła śmiechem, jak Kaczyński na wieść o tym, że Duda chce samodzielnie podjąć decyzję, pojawił się, gdy główna bohaterka dostała z łokcia w twarz zalewając się krwią i, z tego co pamiętam, gubiąc zęby. Przepiękna scena.

Molestowanie seksualne

Ten tytuł udowadnia, że Samuel L. Jackson najszerzej rozwija skrzydła, gdy jest pod wodzą Tarantino. Przy tym śródtytule poprzednie zdanie może brzmieć nieco dziwnie, ale tak jest – wzbija się na wyżyny aktorstwa i jest totalnym asem. Scena, w której opowiada jak zmuszał innego mężczyznę do seksu oralnego – nie omijając oczywiście różnic gabarytowych między czarno i białoskórymi ludźmi – jest chyba najlepszą częścią całego filmu. Molestowanie seksualne, czyli coś co w innym kontekście budziłoby sprzeciw i odrazę, w tym wykonaniu jest czystą poezją.

Okrucieństwo

Przemoc pojawia się we wszystkich filmach akcji, ale pastwienie się nad ofiarą, to domena Tarantino. Tu, podobnie jak i w innych reżyserowanych przez niego tytułach, istotne postacie sporadycznie giną śmiercią szybką i bezbolesną. Najczęściej są stopniowo katowane, tak by umierały w cierpieniach, a widz mógł się rozkoszować tym bestialstwem. W „Nienawistnej Ósemce”, kiedy główny bohater ma zginąć, nie dostaje po prostu kulki w łeb. Pocisk trafia w jego jądra. I przez kolejny kwadrans widzimy jak wykrwawia się zwijając się w bólu. I mimo, że jest jedynym sprawiedliwym i chcemy bym wygrał, to nie jest nam go żal, bo sytuacja jest tak zaaranżowana, by trudno było przezwyciężyć śmiech.

Rasizm

Na knajpie, w której rozgrywa się akcja, wisiał szyld „nie wpuszczamy meksykanów i psów” będący manifestem poglądów właścicielki. Po jakimś czasie jednak go zdjęła. Zaczęła wpuszczać psy.

***

 

Oprócz tego, w filmie mamy jeszcze znęcanie się nad starszym człowiekiem, jednak każde z tych wstrętnych, bestialskich zachowań, podane jest w takiej otoczce, by nie sposób było traktować je na poważnie. Coś, co w innym kontekście byłoby godne napiętnowania, tu jest żartem. I to dobrym. Choćby dla tego fenomenu, warto wybrać się na „Nienawistną Ósemkę”.

---> SKOMENTUJ