Close
Close

Znaki diakrytyczne są ważne

Skip to entry content

Znaki diakrytyczne to te wszystkie ogonki nad lub pod literkami, które tworzą ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż i sprawiają, że nasz język tak piękny. I można stworzyć tak cudne zdanie jak „Zażółć gęślą jaźń”. A także kilka innych, wykorzystywanych częściej niż to poprzednie, na przykład „Na górze róże, na dole też, tak słodko marszczysz nosek, gdy jesz”, czy „Żono, trzeba przetrzeć stół”. Niektórzy niestety o tym zapominają, ignorując ogonki i pisząc bez nich, zwłaszcza w szybkiej komunikacji w postaci wiadomości na Facebooku, czy w smsach, przez co dochodzi do licznych nieporozumień.

Dlaczego znaki diakrytyczne są tak ważne? Bo…

…„potrzebne mi tu cięcie”, to nie to samo, co „potrzebne mi tu ciecie”, gdy piszesz to do krawców.

…„wstaw mnie tam całą” , to nie to samo, co „wstaw mnie tam cala”, gdy piszesz to do grafika.

…„zostało jeszcze trochę wódy”, to nie to samo, co „zostało jeszcze trochę wody” , gdy piszesz to do znajomych pytających, czy wpaść na imprezę.

…„nie podoba mi się to żądanie”, to nie to samo, co „nie podoba mi sie to zadanie”, gdy piszesz to w korespondencji rozwodowej.

…„kiedy  wesele? 6-go mają”, to nie to samo, co „kiedy wesele? 6-go maja”, gdy piszesz to do partnerki, która ma pójść z Tobą na przyjęcie.

…„jest super, sobota jest błoga!” , to nie to samo, co „jest super, sobota jest bloga!”, gdy piszesz to do dziewczyny pytającej, czy masz wolny weekend.

I oczywiście „dobra, zgadzam się, poczuj jak spływa na ciebie moja łaska”, to zupełnie co innego niż „dobra, zgadzam sie, poczuj jak splywa na ciebie moja laska”, gdy piszesz to do kogokolwiek.

Tak że tego, ogonki są fajne, polecam.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

“Deadpool”, czyli najgorszy film o superbohaterze jaki widziałem

Skip to entry content

Nie widziałem wszystkich filmów o superbohaterach jakie wyszły w historii kinematografii, ale widziałem ich całkiem sporo. W tym nieco kpiącego z tematu „Ant-mana”, próbującego zredefiniować temat „Kick-ass” i nic nie wnoszącego do tematu ostatniego „Supermana”, jednak żaden z nich nie był tak słaby jak „Deadpool”. To zdecydowanie najgorszy film o komiksowym bohaterze jaki widziałem i kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem spuszczania się nad nim, które zaczęło się grubo przed premierą i wciąż trwa.

Czemu „Deadpool” to kupa na trawniku, w którą lepiej nie wpaść?

NIEUSTANNE śmieszkowanie

W każdym rozrywkowym filmie są żarty, czasem nawet pojawiają się w polskich komediach, to normalne, oczywiste i na miejscu. Tyle, że żeby żarty podnosiły wartość filmu, a nie pierdoliły go po całości, muszą być jak przyprawy w potrawie kulinarnej. Po pierwsze muszą być odpowiednio dobrane, po drugie muszę być dodatkiem, a nie główną istotą dania. Tutaj, nie dość, że główna postać rzuca beton za betonem, jakby stawiała nowe osiedle, to jeszcze robi to NON STOP, co kurewsko męczy widza.

Najwyraźniej do nikogo z twórców nie doszła prawidłowość, że liczy się jakość, a nie ilość.

 

Przypominanie widzowi, że to tylko głupi film

Reżyser pozazdrościł osobom odpowiedzialnym za „House of cards” burzenia czwartej ściany i zwracania się bezpośrednio do widza, najwyraźniej stwierdzając, że jeśli dany zabieg raz gdzieś się sprawdził, to można go już wszędzie dowolnie implementować. Zapomniał tylko o jednym – „House of cards” nie było tytułem science-fiction, w którym najistotniejszą kwestią jest to, aby widz uwierzył w przedstawiony mu w filmie świat. Jaki jest efekt tego, że Ryan Reynolds zwraca się z ekranu bezpośrednio do Ciebie, raz po raz informując Cię, że to tylko film, który oglądasz w kinie? Cały czas sobie o tym przypominasz i za cholerę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację głównego bohatera. Bo przecież to tylko głupi film.

Brawo, o to chodziło!

 

Słabe tłumaczenie

Jeśli naprawdę musisz iść na ten niewypał do kina, to wybierz się na jakąś wersję dla obcokrajowców bez polskich napisów, czy coś, bo polskie tłumaczenie sucharzące już i tak suche żarty, do reszty zepsuje Ci ten seans.

Oryginał:

– We can fight this.
– You’re right. Cancer is only in my liver, lung, prostate and brain. All thing I can live without.

Tłumaczenie:

– Damy radę.
– Jasne. Rak ogarnął tylko wątrobę, płuca, prostatę i mózg. Przeżyję bez nich.

 

Motyw, na którym został oparty scenariusz

Ten akapit zdradza fabułę, więc jeśli jesteś jednym z tych, którzy pod każdym tekstem na temat danego tytułu musi wklepać „UWAGA TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN”, to omiń go. Aczkolwiek, fabuła jest tak infantylna, że już po kwadransie będziesz wiedział jak się kończy i będziesz zażenowany tym, że twórcy robią z tego jakieś wydarzenie. No chyba, że oglądając „Zbuntowanego anioła” nie spodziewałeś się, że Milagros i Ivo wezmą ślub. Wtedy faktycznie możesz być zaskoczony.

Otóż cały film oparty jest na tym, że główny bohater ma raka i żeby od niego nie umrzeć, zgadza się na zmutowanie swoich genów. Skutek jest taki, że staje się nieśmiertelny, ale coś mu się dzieje ze skórą i brzydko wygląda. Nie widać mu przez nią kawałków mięśni, czy mózgu, jak w komiksie, tylko po prostu brzydko wygląda. Jakby był poparzony albo za szybko się zestarzał. Co w związku z tym? Tytułowy Deadpool wstydzi się pokazać z taką brzydką skórą swojej narzeczonej – która, zaznaczmy, szaleńczo go kocha na dobre i na złe, chciała go hospitalizować w trakcie rozwoju nowotworu, a poza tym jest z patologicznej rodziny i naprawdę niejedno gówno w życiu widziała – więc przez kilka lat nie daje jej znaku życia. Ona wypłakuje sobie oczy, bo straciła ukochanego, a on przez ten czas ściga człowieka, który zmutował mu te geny, żeby je odmutował.

Kumacie, koleś, który był w poważnym związku opartym na mocnej miłości z wzajemnością, pozwala myśleć swojej partnerce, że nie żyje, tylko dlatego, że ma brzydką twarz. Brzmi sensownie nie?

Oczywiście pod koniec filmu okazuje się to, co było jasne jak skóra albinosa od początku i naprawdę nie trzeba się wychowywać na kreskówkach z X-menami, żeby na to wpaść – zmutowanych genów nie da się odmutować. Ale suspens, co? No, boki zrywać jaka ironia losu. HAHAHAHA. ALE ŚMISZNE. HAHAHAHA. PRZEZ CAŁY FILM BIEGAŁ ZA TYPEM, ŻEBY MU NAPRAWIŁ TWARZ, A TYP MÓWI, ŻE SIĘ NIE DA. HAHAHAHA. ALE BEKA. HAHAHAHA.

 

Sceny, które miały być na poważnie są turbo żenujące

To już nawet nie chodzi o to, że topiąc widza w „żartach” o waleniu konia trudno sprawić, aby przejął się sercowymi rozterkami głównego bohatera, czy jego problemami ze zdrowiem. Chodzi o to, że jest granica kiczu i tandety jaką można widzowi wepchnąć przez gardło, a „Deadpool” ją przekracza.

 

Całość wygląda jak nieudana parodia

W momencie kiedy widzisz, że reżyser upadla nawet X-menów występujących w tym tytule, robiąc z nich ciapowate niedorajdy, zastanawiasz się, czy „Deadpool” nie miał być tym dla filmów o superbohaterach, czym „Straszny film” był dla horrorów. Jednak ostatecznie dochodzisz do wniosku, że nie. Bo „Straszny film” był śmieszny.

Syn sąsiadki: historia jajek 1,20zł za sztukę

Skip to entry content

Nowe osiedle, nowe mieszkanie, nowi sąsiedzi, nowe przygody.

2 lutego

Leżę obłożnie chory w łóżku i, co najgorsze, głodny, bo nowe mieszkanie, to pustki w lodówce, w szafkach i w ogóle zero ryżu i kotletów sojowych zakamuflowanych w pawlaczu na czarną godzinę. Kolega się nade mną zlitował i, licząc najprawdopodobniej na kanonizację za życia, powiedział, że zrobi mi zakupy i przywiezie. I nie dość, że powiedział, to faktycznie zrobił i jeszcze przywiózł. No, złoty człowiek. Złotszy niż nasza waluta krajowa.

Czekam, czekam, czekam, a tu zamiast zwarcia w domofonie, słyszę dzwonek w telefonie i dowiaduję się, że mu się śpieszy, bo cośtamcośtam i nie wejdzie na górę tylko mam zejść pod klatę po te rzeczy, bo zaraz będzie. Myślę sobie „jak tak można człowieka z łoża śmierci zrywać! nic nie będzie z tej jego beatyfikacji!”, ale schodzę.

Schodzę, a tu w siatkach z Almy największe rarytasy – ser od kozy, szynkach od Włocha, jaja od chłopa – w sensie nie, że ludzkie, tylko że od rolnika, ze wsi w sensie – sok nie z koncentratu, pieczywo nie z mrożonek, szpinak zresztą też. Myślę „złoty człowiek, do platyny mu trochę brakuje, ale złoty jak nic”. Biere te siaty i w tym agonalnym stanie wchodzę po schodach. Wchodzę, wchodzę, już jestem na półpiętrze – pierwszym i staram się ogarnąć myślą, że jeszcze pięć przede mną – i nie wiem, czy to majaki od gorączki, ale słyszę jakieś dzikie wycie i diabelskie dudnienie. Coś jak w „Hobbit: bitwa pięciu armii”, kiedy te pięć armii faktycznie zaczęło się naparzać.

Słyszę, że to coraz bliżej, że orki i elfy się zaraz na mnie rzucą, unoszę głowę do góry… a to pies.

Rozszalały golden retriver pędzi na mnie jakbym był suką z cieczką albo co najmniej masarzem perfumującym się po pracy suchą krakowską. Bydle jest tak rozpędzone, że wypadając zza zakrętu może nawet i mnie widzi, całkiem prawdopodobne, że nawet coś tam trybi, żeby wyhamować i nie skoczyć na mnie całą masą ciała, ale jest za późno. Taranuje mnie jak trabant krasnale ogrodowe i leci – mówiąc dosłownie – dalej. Zanim zdążę się dobrze wkurwić, że zakupy poszły tam, gdzie Jose Arcadio Morales w „Killerów 2-óch”, wpada na mnie jego właściciel – dzieciak w za dużej bluzie z kapturem, za dużej czapce z daszkiem i najwyraźniej również za dużych butach, który goniąc psa też nie wyrobił na zakręcie.

Gdyby wpadł tylko na mnie to pół biedy, czy tam ćwierć nawet, bo i tak jestem znieczulony Nurofenem, ale wpada również na zakupy, a w zasadzie, to w zakupy i tak jak jego pies, leci – również dosłownie, nie metaforycznie – dalej. Żadnego „przepraszam”, żadnego „sorka”, a tym bardziej „proszę mi wybaczyć, że ja i pies, za którego odpowiadam, zrobiliśmy panu z jedzenia materiał na kompost, obiecuję, że to się nie powtórzy, a w ramach za dość uczynienia umyję panu w wolną sobotę samochód, którego pan nie posiada”. Żadne z tych sformułowań nie padło. Synek po prostu olał temat, przejmując się tym mniej niż budowaniem trzeciego filaru emerytalnego, a ja zostałem z jajecznicą na surowo i wkomponowanym w nią szpinakiem. Co nie jest moim ulubionym daniem.

To nie jest tekst z cyklu „ta dzisiejsza młodzież…”. To znaczy trochę jest, ale bardziej o tym, że znowu nie spróbowałem jajek 1,20zł za sztukę.

9 lutego

Wracam z osiedlowej Żabki z kurosantami i dżemem na drugie śniadanie, ciesząc się, że idzie wiosna. Fantazjuję, że w przyszłym tygodniu pewnie będzie już można pływać na Zakrzówku podziwiając miss osiedla, które przyszły się poopalać w pseudokoronkowej bieliźnie i pełnym studniówkowym makijażu, jarając na potęgę czerwone Viceroye.

W pewnym momencie tę idyliczną wizję, jak zamek z piasku podmyty przez falę, burzy mi szczeknięcie. Szczęknięcie tak charakterystyczne, że chyba je skądś kojarzę. Hmmm, czyżby mój królik tak szczekał? Nie, chyba nie, króliki przecież nie szczekają. Poza tym, nie mam królika. Skąd mogę kojarzyć ten dźwięk? A tak, już wiem! Z zeszłego tygodnia, kiedy wydający je golden retriver półprzytomnego, kontuzjowanego przez chorobę na ciele i umyśle mnie rzucił na ścianę, a potem jego właściciel biegnący za nim potraktował moje zakupy jak piłkę do rugby, robiąc z nich błyskawiczny gulasz do zjedzenia z ziemi.

Co za uroczy dzień! – jakby to powiedział trep z “Mad Maxa”.

Lokalizuję na horyzoncie psa i błądzę wzrokiem za właścicielem, żeby teraz – niemal w pełni sił witalnych – rozmówić się z nim na temat przedwcześnie uśmierconych jajek 1,20zł za sztukę i przede wszystkim ucieczki z miejsca wypadku. Dobra, jest! Widzę gówniarza jak siedzi na schodkach od zjeżdżalni z kapturem na głowie i klepie coś na telefonie. Dzieciak klepie jednak na tyle intensywnie, że telefon w pewnym momencie wyślizguje mu się z rąk i upada – skąd ja to znam? no, witaj w klubie – i podnosząc go ziemi zauważa mnie.

Widzieliście kiedyś “Krzyk”? Nie film Wesa Cravena, tylko obraz Edvarda Muncha? To na jego twarzy – po przetworzeniu procesu myślowego pod tytułem “zachowałem się mega niekulturalnie wobec tego pana, a teraz spotykamy się i idzie w moją stronę, więc z pewnością będę miał problemy” – pojawia się dokładanie taka sama mina, co na obrazie.

Zanim zdążę powiedzieć, że nie zamierzam go zamordować gołymi rękami, a tym bardziej przy użyciu tępego noża do masła, ani nawet nie poddam jego kończy obróbce palnikiem, dzieciak gwiżdże na psa i zaczyna uciekać. (swoją drogą, ma takie wyjście z progu, że Lance Armstrong mógłby się czuć zagrożony). Gonię go jakieś całe 9 sekund – zanim organizm nie przypomni mi, że jednak nie mam już 14 lat, tylko dwa razy tyle – ale zanim dotrze do niego moje całkiem donośne “poczekaj, nic ci nie zrobię”, rozpływa się między blokami jak hajs z pierwszej wypłaty tuż po opłaceniu rachunków za mieszkanie.

Już wiem jak to jest być jak Tommy Lee Jones w “Ściganym”. I czuć na sobie spojrzenie sąsiadów, jakby właśnie byli niedoszłymi świadkami zbrodni na nieletnim.

14 lutego

Jak na perfekcyjnego pana domu przystało, z samego rana – tuż po 13 – ogarnąłem zniszczenia powstałe w wyniku przedwalentynkowego maratonu filmów Tarantino, zapakowałem potłuczone kieliszki po wściekłych psach do worka i razem z pozostałościami po burgerach ruszyłem na rytualny spacer ze śmieciami. Nie jest to jakoś wyjątkowo ekscytująca czynność, więc też nie spodziewałem się zaskakujących zwrotów akcji. A powinienem.

Wracam ze śmietnika, dumny, że oddzieliłem szkło od plastiku i teraz lasy tropikalne mogą spać spokojnie, i… widzę gówniarza, który – do spółki ze swoim z pewnością nieszczepionym psem mordercą – poturbował moje zakupy. I mnie. Spotykamy się prawie w samo południe, przy drzwiach od klatki. Ja wchodzę, on wychodzi. Z mamą. Całkiem, całkiem dodajmy.

Jak poprzednio, podnosi głowę z nad komórki, zauważa mnie i jego – całkowicie świadoma zbrodni jaką popełnił – psychika, robi to o czym mówił Paweł Deląg w „Chłopaki nie płaczą”. Ciągnę za drzwi, dzieciak w odruchu bezwarunkowym gwałtownie cofa się depcząc mamie nieco nadgryzione zębem czasu, ale wciąż nadając się do użytku czółenka, na co rodzicielka reaguje równie bezwarunkowym i donośnym „Ałaaaaaaa!”. Oprawca odpowiada na ten bitewny okrzyk jedyną ściemą jaką jego przerażonym konfrontacją zwojom mózgowym udało się wyprodukować: „m-m-muszę wrócić do domu po telefon, z-zaraz przyjdę mamo” i z gracją parkourowca po wchłonięciu przeterminowanego LSD wbiega – a w zasadzie prawie, że wlatuje – po schodach na górę.

Wykorzystując okazję, że Pani Mama, nie zorientowała się jeszcze, że dzieciak cały czas miał telefon w dłoni i nie zaczęła go gonić, ani zanim krzyczeć, bo wciąż przeżywa zmiażdżenie stopy, przystępuję do ataku:

– Dzień dobry, jestem państwa sąsiadem z trzeciego piętra i pani syn ostatnio sprowadzając psa zniszczył mi zakupy, w związku z czym…

– Dzień dobry <nieme_ała_chyba_straciłam_kości_w_śródstopiu>, ale jak to mój synu? Zaraz, zaraz, co się stało? Nie rozumiem.

– Szedłem z zakupami po schodach. Pani syn wychodził z psem. Spuścił go ze smyczy. Pies biegł. Przewrócił mnie i stratował zakupy, a później pani syn goniąc go wbiegł w nie i je rozdeptał. Po czym uciekł.

Mój syn?

– No, ten chłopiec, z którym pani szła i przed chwilą uciekł.

– I kiedy pan mówi, że to się stało?

– Trochę więcej niż tydzień temu. Mają państwo golden retrivera, tak?

– <zawias_i_gruba_rozkmina>

– <pełna_koncentracja_i_skupienie_sięgające_zenitu>

– I uciekł <rozkmina_trwa>?

– Tak, pies mnie staranował, pani syn rozdeptał moje zakupy i uciekł, w związku z….

– Przepraszam pana bardzo, naprawdę, wie pan, to trudny wiek, druga klasa gimnazjum, hormony, rówieśnicy, wariactwo. Ale on nie chciał, to dobry chłopak. Wrażliwy. Bardzo. Wie pan, ten pies to jest całe jego życie, on poza nim świata nie widzi, to jego najlepszy przyjaciel, on na pewno nie chciał. To jest dobry chłopak, naprawdę. Ale porozmawiam z nim. Przepraszam jeszcze raz. Dużo się tych zakupów zniszczyło przez ten wypadek? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– Trochę się zniszczyło, jajka, szpinak, pomidory, ser…

– Ojej, ojej, przykro mi bardzo. Bardzo mi przykro, naprawdę. Myśli pan, że 30zł wystarczy? Cholera, gdzie ja mam tę portmonetkę…

– Myślę, że tak, tylko wie pani, to nie tyle chodzi o pieniądze, co o zachowanie. Żadnego „przepraszam”, „nie chciałem”, czy cokolwiek.

– On nie chciał na pewno, ten pies – Budrys – jemu czasem coś strzeli i trudno nad nim zapanować, ja sama nie raz mam kłopot, a Grzesiu…

– Nie wiem, czy nie chciał, wiem na pewno, że uciekł bez słowa.

– No tak, ma pan rację, ma pan rację, powinien przeprosić. Ja pana przepraszam serdecznie jeszcze raz, ale porozmawiam z synem i przyjdzie pana przeprosić i oddać za to co zepsuł. Pod którym numerem mówi, że pan mieszka?

– Na trzecim piętrze po lewej.

– Dobrze, dobrze, to tak jak mówię, syn do pana przyjdzie i przeprosi, w porządku? Wie pan, on tego psa to ma odkąd…

– W porządku.

No, to będzie ciekawe spotkanie. Choć dość wątpliwe, bo od 13:17 jeszcze nie udało mu się dotrzeć.

Jak obstawiacie – przyjdzie?

17 lutego

Piję herbatę z imbirem, bo przeziębienie, słuchałem nowego kawałka Quebonafide o Meksyku, bo czekałem mocno i odpisuję na komentarze pod ostatnim tekstem, bo tyle co opublikowałem. Między refrenem a drugą zwrotką słyszę jakiś dziwny pomruk, coś między rozklepywaniem mięsa na schabowe, a ubijaniem muchy. Biorąc pod uwagę, że jest po 19:00, więc pora mało obiadowa i wciąż zima, więc pora mało muchowa, ściszam muzykę, żeby dojść do tego co to. A to, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, uwaga, pukanie do drzwi! Baaardzo nieśmiałe, ale jednak.

Przekręcam turbo pancerny zamek Gerdy chroniący dobytek mojego życia, który ostatnio udało mi się cały zapakować do Citroena Berlingo i kogo widzę? Tak, to on – huligan-uciekinier, który wraz ze swoim psem wpisał się w moje życie trzema szóstkami. W końcu się pojawił.

– Dź-dź-dzień dobry – spuszczony wzrok, a mimo to przerażenie w oczach na poziomie ponad 9000.

– No, dzień dobry.

– Ch-chciałem pana przeprosić – postawa ciała cały czas skupiona na wiązaniu sznurówek siłą woli.

– Za co? – oj, chyba nie spodziewał się aż tak rozbudowanej konwersacji.

– Z-za ten wypadek – sprawdzanie, czy buty same nie ściągają mu się ze stóp i nie uciekają dalej w toku.

Masz na myśli, że chcesz mnie przeprosić za to, że Twój pies na mnie wbiegł tratując mi zakupy, a ty potem je rozdeptałeś i uciekłeś bez słowa, a potem się przede mną chowałeś?

– Tak.

– Aha.

– Bardzo pana przepraszam za to wszystko.

– No, biorąc pod uwagę, że to stało się 2 tygodnie temu, a z twoją mamą rozmawiałem 3 dni temu, to trochę ci zeszło.

– Ja… ja… się wstydziłem. Bardzo wstydziłem. I bardzo pana bałem… – jezusmariapeszek, jak mu się głos łamie, nie spodziewałbym się, że to możliwe, ale on chyba naprawdę się mnie bał – Nie wiedziałem co powiedzieć po prostu… A bałem się… Że pan będzie krzyczał na mnie… Przepraszam bardzo – takiego falsetu nie słyszałem odkąd w 2008 przestałem mieszkać obok Opery Krakowskiej. Dobra, wzruszył mnie, wierzę mu, zresztą, kto w jego wieku nie robił głupot niech pierwszy pokaże dzienniczek uwag.

– Dobra…

– Aaa – pierwszy raz odkąd otworzyłem drzwi patrzy na mnie – to remompensata dla pana – i podaje mi ściśnięte w dłoni jak plastelina, wilgotne od potu 30zł – za zakupy.

– „Rekompensata”.

– P-proszę?

– To słowo, to „rekompensata”.

– …

– Mniejsza z tym. Słuchaj, jest w porządku. Zajęło ci to trochę czasu, ale zachowałeś się jak trzeba, przyszedłeś, przeprosiłeś, nie mam żalu.

– Bałem się po tym jak mnie pan gonił po osiedlu – no pięknie, wyszedłem na jakiegoś świra-sadystę-prześladowcę.

– Heh – śmiech dla wyluzowania sytuacji – nie goniłem cię, tylko chciałem z tobą porozmawiać. Zresztą, czy ja wyglądam na kogoś niebezpiecznego? – typowe hasło zboczeńców z „W11”.

– Nooo – już z dobre 10 sekund nie opuścił wzroku – nie.

– No, właśnie, tak że spokojnie – boże, brzmię jak swój własny dziadek.

– No i słucha pan Quebo – skąd on to wie?

– Skąd ty to wiesz?

– Jak pukałem do pana to słyszałem, że leci „Quebahombre” – przeprocesowanie w głowie tego, co właśnie powiedział – n-nie żebym podsłuchiwał, t-tylko po prostu było słychać.

– Spokojnie, spokojnie – jeszcze raz powiem „spokojnie” głosem Piotra Fronczewskiego z „Rodziny zastępczej” i wezmą mnie do dubbingowania bajek dla dzieci.

– Też słuchałem przed chwilą, ale „Oh my budda” lepsze – skubany, faktycznie, ma rację.

– Faktycznie, masz rację.

Po kwadransie wymiany spostrzeżeń na temat kondycji polskiego rapu, cały czas stojąc w progu jakbym przyjmował świadka Jehowy, po chłopaka zeszła matka zapewne przekonana, że jej syn leży już poćwiartowany w workach foliowych na moim balkonie, bo w końcu ile może trwać powiedzenie „przepraszam”? Gdy zobaczyła, że mimo wszystko jej pociecha ma wszystkie kończyny i nie nosi śladów odurzenia chloroformem, przywitała się i ucięła kolejną 15-minutową rozmowę, tym razem na temat tego, czemu nasza spółdzielnia podniosła opłaty za ogrzewanie mimo, że w zasadzie już je wyłączyła. Rozmowa ostatecznie zakończyła się omawianiem zakupów online i debatowaniu, który dyskont spożywczy ma najlepsze jajka.

A Wy, jaki macie sposób na poznawanie sąsiadów? Bo ten ewidentnie działa.