Close
Close

28 lat. Sporo. Jak miałem 8 lat wydawało mi się, że to tak odległa przyszłość, że niemal alternatywna rzeczywistość i nigdy się to nie stanie. A jednak. Jak miałem 18 lat, to wydawało mi się, że 2 lata przed 30-tką, będę już tak niewiarygodnie ustatkowany, że kolejne dekady będą mijać jak dni, bo nic się nie będzie zmieniać. Myliłem się. Na szczęście. Jeśli nie każdy tydzień, to każdy miesiąc przynosi coś nowego w zasadzie we wszystkich sferach życia i z pełnią odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest ono spoko i właśnie mniej więcej tak je sobie wyobrażałem.

Korzystając z okazji swojego święta, chwilę popluskam się w kąpieli z egocentryzmu i samozachwytu. Na 28 urodziny, 28 faktów o mnie. Przypadkowych i dziwnych.

1. Nie zasnę, jeśli w pomieszczeniu, w którym mam spać są uchylone drzwi. To jedno z moich dziwactw, mających podłoże gdzieś głęboko w podświadomości. Nie chodzi o to, że dane pomieszczenie ma być zamknięte na klucz, ale jeśli wiem, że drzwi są niedomknięte, to cały czas jestem w trybie czuwania, nasłuchując, czy ktoś przypadkiem nie wchodzi do środka. Przez co nie jestem w stanie odpłynąć i wejść w głęboki sen, tylko cały czas skupiam się na tym, co się dzieje za nimi.

2. Mam wyjątkową słabość do pizzy. Mogę zostawić niedojedzonego schabowego, lazanię, czy zapiekankę, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nie dojeść pizzy. Nawet jeśli zamówiłem ją w zasadzie nie będąc głodnym.

3. Nie byłem u bierzmowania.

4. Mimo to, mam 3 imiona – Jan Florian Luis. Dlatego, że we Francji nadaje się od razu 3 przy porodzie.

5. Mam alergię na urzędy. Przez 10 lat miałem w dowodzie wpisany niepełny adres zameldowania, bo nie zauważyłem tego przy odbiorze, a rękami i nogami zapierałem się, żeby nie musieć iść go wymienić.

6. Mam „długi” pępek. Kolejna różnica między Polską, a Francją – w kraju nad Wisłą obcina się pępowinę jak najbardziej się da, tak, że powstaje wgłębienie w brzuchu, a w ojczyźnie szampana, zabieg przeprowadza się tak, że pępek wystaje.

7. Przeprowadzałem się 17 razy. Wyrzucono mnie tylko raz, pozostałe 16 wynikały z tak różnych przyczyn, że mógłbym wydać zbiór opowiadań na ten temat.

8. Zdałem prawo jazdy za pierwszym razem. Z czego jestem wyjątkowo dumny, bo ani w okresie dziecięcym nikt we mnie nie zaszczepił zajawki na auta, ani w czasach nastoletnich nie miałem okazji, żeby posiedzieć za kierownicą w furze rodziców, a pierwszy raz kluczyki w stacyjce przekręciłem w wieku 22 lat. W trakcie kursu na prawko.

9. Aż do liceum miałem problem z opanowaniem kolejności miesięcy.

10. Zmieniałem pracę 21 razy. Od ostatniej klasy gimnazjum byłem kelnerem, chłopcem na posyłki w fabryce, telemarketerem, akwizytorem, ulotkarzem, kucharzem, copywriterem, fotografem, social media nindżą i sprzedawcą gazet.

11. Kiedy idę spać zawsze włączam tryb samolotowy w telefonie.

12. Studiowałem na 7 kierunkach. Idąc chronologicznie, byłem na finansach i rachunkowości, informatyce i ekonometrii, matematyce stosowanej, zarządzaniu (licencjat), kulturoznawstwie: elektronicznym przetwarzaniu informacji, zarządzaniu (magisterka), socjologii.

13. Na piątym roku zarządzania, tuż przed obronną, zrezygnowałem ze studiów.

14. Nie jestem w stanie robić kilku rzeczy naraz, jeśli choć jedna z nich wymaga ode mnie skupienia. Jestem człowiekiem, który ma totalnie niepodzielną uwagę. Kiedy jadę samochodem, nie jestem w stanie rozmawiać, ani słuchać radia, a kiedy piszę tekst na bloga, nie mogę mieć włączonego Facebooka.

15. Mega szybko jem, bo boli mnie serce, że posiłek stygnie. To jest zmorą, gdy zamawiam pizzę z kimś na pół, bo w czasie kiedy on zaczyna drugi kawałek ja już kończę ostatni.

16. Kiedy piszę, w pomieszczeniu, w którym jestem nie może być żadnego innego człowieka, chyba, że to kawiarnia. To też jakieś skrajne dziwactwo, ale będąc w knajpie ignoruję otaczających mnie ludzi, bo nie mam z nimi żadnych powiązań, przez co w trakcie pracy przestają dla mnie istnieć. Jeśli jednak jestem w domu u kogoś z moich przyjaciół/znajomych/mojej mamy, to w momencie kiedy ktoś przebywa w tym samym pomieszczeniu co ja, nie jestem w stanie się skupić i każdy jego ruch kompletnie rozprasza moją uwagę.

17. Doprowadza mnie do szału, kiedy z kimś rozmawiam, a druga osoba zerka w telefon.

18. Nigdy nie uzależniłem się od palenia, mimo, że pierwszą fajkę zapaliłem w podstawówce. Zresztą od alkoholu, marihuany, czy kawy też nie.

19. Tuż po maturze zacząłem się mocno interesować inwestowaniem w monety kolekcjonerskie. Byłem tym zajarany całe pół roku, aż do momentu, gdy okazało się, że utopiłem 6000zł i jednak nie znam się na temacie.

20. Jestem turbo zmarzluchem. W nocy śpię zazwyczaj pod dwiema warstwami – kołdrą i kocem – w środku zimy dorzucam jeszcze trzecią i kaloryfer podkręcony do oporu.

21. Jako dziecko nienawidziłem czytać książek i zostało mi tak na dłużej. Do drugiego roku studiów nie przeczytałem więcej niż 10 tytułów. Wliczając w to lektury.

22. Odkąd wyprowadziłem się z domu rodzinnego nie używam żelazka.

23. Jeśli na coś się nastawię i stwierdzę, że chcę coś zrobić, to nie ma takiej siły, która byłaby mnie w stanie powstrzymać. Jeśli umówiłem się z kimś na wyjazd – bez różnicy, czy do jakiegoś miejsca w Polsce, czy za granicą – koncert, film, czy cokolwiek, a długo się na to napalałem, to mimo, że w pojedynkę będzie to trudniej zorganizować i wzrosną koszty, nie ma szans, żebym odpuścił.

24. Jestem przewrażliwiony na punkcie układu rzeczy na biurkach i stołach. Przykładowo, jeśli mam pracować przy jakiejś powierzchni płaskiej, przedmioty leżące na niej muszą być rozmieszczone zgodnie z jakąś zasadą, muszą tworzyć jakiś logiczny układ, bo inaczej ciągle będę myślał, o tym, żeby je przesunąć i nie będę mógł się skupić.

25. Z uporem maniaka wszystkie anglojęzyczne zapożyczenia tłumaczę na polski. Lifestylowy = stylożyciowy, digital influencer = cyfrowy opiniotwórca, oversize’owy = ponadrozmiarowy.

26. Jako dzieciak strasznie dużo chorowałem na zatoki. Bywały takie tygodnie, kiedy więcej dni byłem w szpitalu na „płukankach” – zabieg w trakcie, którego wkładają Ci dwie rurki do nosa i przepuszczają przez nie płyn – niż w szkole na lekcjach.

27. Mam tragiczną pamięć. Pozytywny aspekt tego jest taki, że nie mogę kłamać, bo nie jestem w stanie zapamiętać, co komu ściemniłem.

28. Bardzo emocjonalnie podchodzę do wytworów kultury. I często zdarza mi się płakać oglądając przejmujący film albo słuchając wzruszającego utworu. Na przykład „Rozczulanki” Bartosza Porczyka.

autorem zdjęcia w nagłówku jest A♥
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: 25 zaskakujących faktów o mnie na 25 urodziny – Gadulec()

  • Pingback: 吴盅岢侍()

  • Weronika Zuzańska

    28 lat to dużo. Wszystkiego najlepszego! Ciesze się, że ciągle piszesz,a ja ciągle to czytam :)

  • Po raz pierwszy czuję, że nas więcej łączy niż dzieli :D

  • Ten telefon to faktycznie irytująca sprawa. Czasami warto odsunąć od niego nos i z kimś porozmawiać celując wzrokiem w twarz, niekoniecznie we własne dłonie. Mam identycznie z pisaniem tekstów – nie potrafię tego robić przy rodzinie, czy znajomych.

  • Też mam strasznie kijową pamięć. Moja koleżanka też i nasza wspólna znajoma twierdzi, że potrafimy przeprowadzać któryś raz tę samą rozmowę i żadna z nas tego nie pamięta – a ona jest w stanie przewidzieć, co powiemy (i w którym momencie), bo podobno zawsze dochodzimy do tych samych wniosków :D Złota recepta na niekończącą się przyjaźń: dwie osoby bez pamięci i, powiedzmy, 30 tematów do rozmów: gwarantowany fun do końca życia :D

  • Myślałam, że z fatalną podzielnością uwagi jestem sama. Większość moich znajomych może słuchać muzyki i robić zadania z matmy, a ja zawsze muszę z jednego zrezygnować, żeby drugie udało się jako tako efektownie wykonać. Dobrze znaleźć kogoś z podobnym problemem. Założę się, że jak zrobię prawo jazdy też będę musiała jeździć w ciszy, za-ło-żę się. Nigdy nie będę jeździć samochodem-dyskoteką jak brat mojej znajomej. :D

    • Dla mnie to jest niepojęte jak można jechać samochodem, w którym jest tyle rzeczy do obsłużenia i na tyle aspektów trzeba zwracać uwagę i jeszcze puścić sobie głośno muzykę. Zazdroszczę ludziom, którzy tak potrafią :)

      • Również, bo uwielbiam muzykę i zawsze znajdę coś do przesłuchania. I mogłabym to zrobić jadąc swoim hipotetycznym, autem, ale… No, pomarzyć można.

      • Dot

        Ja im nie zazdroszczę, oni mnie denerwują tym, że puszczają muzykę na całe miasto.

  • Dot

    Super tekst! Fajnie było dowiedzieć się o Tobie trochę więcej :)
    1. Ja z kolei zazwyczaj mam uchylone drzwi do mojego pokoju, rzadko kiedy zamykam je przed snem.
    8. Ja też :D Żólwik!
    10. To chyba fajnie, miałeś okazję pracować w wielu dziedzinach i sprawdzić jak to wygląda od podszewki.
    13. Zrezygnowałeś, bo przestało Cię to interesować czy uznałeś, że tytuł nie jest Ci potrzebny, a i tak nie chcesz wiązać swojego życia z zarządzaniem?
    14. Ja z kolei mam podzielność uwagi, z wyjątkiem chwil, kiedy czytam teksty na blogach – wtedy nie dociera do mnie nic.
    17. Też tego nie lubię.
    23. Fajnie :) To się nazywa samozaparcie i konsekwentne dążenie do celu.
    Uwielbiam Cię za punkt 25. Wszak „Polacy nie gęsi i swój język mają” :D
    27. „nie mogę kłamać, bo nie jestem w stanie zapamiętać, co komu ściemniłem.” :D

    • Dzięki, dzięki!

      1. Nie boisz się potworów? :)
      8. Zółwik!
      10. Tak, to bardzo kształtujące doświadczenie i przede wszystkim zmieniające spojrzenie na życie i rzeczywistość.
      13. Zrezygnowałem, bo mój promotor nie miałem pojęcia na temat zagadnień, o których się wypowiadał i zaproponował mi tytuł pracy magisterskiej, która miał 2 błędy merytoryczne, więc uznałem, że nie będę się kopał z koniem. Poza tym, pracowałem już wtedy w zawodzie i zacząłem zarabiać na blogu, tak że szkoda było mi na to czasu.

      • Dot

        1. Niee, jestem już duża i wiem, że nie ma potworów pod łóżkiem ani za szafą. Zresztą nigdy tak nie uważałam. Nie wiem, czy Twoje pytanie było nawiązaniem do filmu, ale bardzo lubię film „Potwory i spółka” i często do niego wracam :)
        13. Rozumiem. Wyszło Ci to chyba na dobre, dzięki temu możemy czytać tak dobre teksty i tak często :)

  • W tym roku stuknie mi 40 (tak, ludzie dożywają takiego wieku) i widzę, że z wiekiem liczba dziwactw i natręctw rośnie.

    Z okazji urodzin dużo zdrowia i miłości – na resztę sobie zarobisz :)

  • Monika Grzebyk

    15! Totalnie! Trochę czasem niezręcznie na randkach, bo facet jest w połowie posiłku a ja już dawno skończyłam… ;)

    • O kurczę, jesteś pierwsza kobieta, która spotkałem i tak robi, myślałem, że to dotyczy tylko facetów :D

  • Przede wszystkim najlepsze życzenia – żebyś cały czas miał dobre życie!
    Co do ciekawostek o znanym blogerze, to mam takie samo podejście do stygnącego jedzenia. Nie rozumiem ludzi, którzy potrafią grzebać przez pół godziny w makaronie, kiedy mi już nie smakuje po 15 minutach od podania, bo zimny. Marzy mi się podgrzewany talerz na USB :D

    • Jeszcze z takimi daniami jak pizza, czy burger, to przecież tam każda minuta się liczy, bo po 5 jak już ser zastygnie to to ma kompletnie inne walory smakowe!

  • Nr 15. Mam to. :-)

  • Najlepszego x 28. Z pisaniem w samotności mam podobnie. Ja i klawiatura/kartka. Czasem zapętlająca się muzyka w tle.

  • Aleksandra Muszyńska

    Bracie! Jem najszybciej na świecie (siara mnie zabierać do eleganckiej knajpy), chodzę w grubych rajstopach dopóki nie zrobi się 20 stopni w cieniu i ostatni raz prasowałam cokolwiek przed pierwszym egzaminem maturalnym. O groźbach wywalenia rozmówcy telefonu przez okno, gdy go używa w trakcie dialogu ze mną, nie wspomnę.
    Życzę Ci konieczności wymyślania stu faktów o sobie. Wtedy technika będzie prawdopodobnie na takim poziomie, że będziesz nam je przekazywał projekcją astralną wprost do mózgów :).

    • Dziękuję siostro z innego ojca i innej matki!

  • Piękny wiek! Kiedy to było… :D
    Wszystkiego, co najlepsze, niekończących się pomysłów i niespożytej energii do ich realizacji. :)
    p.s. Pizzą mogłabym się odżywiać. :D

  • Też mam słabą pamięć. Zapomniałam, że jesteś ode mnie starszy.

    • Mam to samo, cały czas zapominam, że jesteś ode mnie wyższa.

  • Janek, po bliższym poznaniu lubię Cię jeszcze bardziej ;-) Tylko nie wiedziałam, że Ty taki staaary jesteś, ło borze :-) Parę punktów mamy wspólnych, ale swojej urodzinowej listy tworzyć nie będę (chociaż świętowałam wczoraj), bo będzie za długa :-p

    • Starość nie radość, młodość nietrzeźwość, choć staram się nie płakać :)

      • Rycz mały rycz, płacz maleńki płacz… A nie, to nie o tym.
        Ale Voxem poleciała #alesiara

  • Andrzej Baliś

    17. Mam to samo i to mnie tak strasznie wpierdala że bardziej mnie chyba irytuje tylko odgazowana coca-cola

  • Też mam długi pępek (chociaż urodziłam się w Krakowie :D). Spełnienia marzeń Janku! U mnie na blogu mały prezent dla Ciebie (share week i te sprawy ;)).

    • Dziękuję bardzo i dzięki za polecenie w Share Weeku, miło mi!

  • Też nie zasnę przy otwartych drzwiach, nie wiem skąd to wynika. I nawet w lecie śpię pod kocem…
    Seksownie się nazywasz.

    Ps. Na „Rozczulance” zawsze płacze.

    • „Seksownie się nazywasz” – hahaha no tego jeszcze nie słyszałem, dzięki!

      • Widzisz, tyle komplementow jeszcze przed Tobą. Ja kiedyś usłyszałam „masz ponętne czoło „. Cokolwiek to znaczy.

  • W.

    Lubię czytać takie przypadkowe fakty o kimś. Nawet o sobie próbowałam napisać, do szuflady, dla własnej potrzeby, ale zaczęło mi to przypominać objawy nerwicy natręctw.
    Urodzinowo, wszystkiego dobrego! Mimo, że jako dziecko, bez żadnego przekonania czy przemyślenia uważałam, że 88 i 90 to roczniki, których się nie lubi.

  • Zawsze byłam przekonana, że wszyscy ludzie podchodzą do filmów, książek itp. tak samo emocjonalnie jak ja. Dopiero w liceum odkryłam człowieka, który w ogóle tego nie odczuwa. Nie przyzwyczaja się do bohaterów literackich i nigdy nawet nie zasmucił się tym, że ktoś bardzo fajny umarł. Ba, ten człowiek przeczytał „Lalkę” bez wyzywania Łęckiej od najgorszych. Dla mnie to przerażające, ale on twierdzi, że po prostu nie podchodzi do literatury tak poważnie.

  • Patrzenie na telefon w czasie rozmowy to szczyt chamstwa :<

  • astaaa

    100 lat i dużo dobrego!
    Ja też muszę mieć zamknięte drzwi bo inaczej nie zasnę oraz absolutną ciszę. A moja siostra śpi przy uchylonych i z włączonym radiem. :D

  • Nie zamknięte drzwi to strasznie irytująca sprawa. A już myślałam, że tylko ja tak mam.

  • 22 punkt, tak bardzo ja

  • Mmm, płukanki zatok, moje „ulubione” wspomnienia z dzieciństwa. Coca-cola, cola-cola..

  • Edzia

    Wszystkiego najlepszego! :) Jestem ciekawa tych historii z przeprowadzkami, poznamy je kiedyś? :D

    • Tak, tak, kiedyś na pewno je spiszę :)

  • Ojej, mam wrazenie jakbym najwyzej tydzien temu czytala tekst, ktory napisales w ramach 27 urodzin. Jak ten czas paskudnie zasuwa.
    Sto lat, Janku! Duzo zdrowia na realizowanie planow i marzen :)

    • Ja z kolei mam wrażenie jakby to było z dekadę temu :)
      Dzięki!

  • Billie Sparrow

    Awww, jestem psychofanką Porczyka! :D Byłam na „Smyczy” już trzy razy, a całą jego płytę znam na pamięć. „Rozczulanka” jest naprawdę wyjątkowym utworem.

    • Oczy mi się pocą przy tym za każdym razem, to chyba najsmutniejsza piosenka jaką słyszałem w życiu…

      • Billie Sparrow

        Tak, każdy wers niesie tam ciężki ładunek emocjonalny. I ten dźwięk kroków. To jest typ piosenek, które słucha się samemu, przez słuchawki i aż do ostatniego oddechu czy mlaśnięcia ust wykonawcy :)

      • Aleksandra Muszyńska

        Przeczytałam sam tekst, bo w robocie jestem i głupio tak ryczeć jednak, ale i tak mi się troszkę spłakało. Sądziłam,że nic mnie już nie rozmieni bardziej niż „Chciałbym umrzeć z miłości”,a tu patrz pan,jak to życie zaskakuje.

  • Natalia

    Za długi pępek należy winić geny, a nie system obcinania pępowiny :)

  • Łączy nas tylko 27 :) Na dowód mogę dodać, że jak Cię pierwszy raz poznałam to szybko zapomniałam jak wyglądasz na żywo i przy naszym drugim spotkaniu zdziwiłam się jak ktoś się do Ciebie zwrócił i uświadomiłam sobie, że to Ty :D Narzeczony zazdrości mi, że mogę oglądać ten sam film po kilka razy i za każdym razem zaskakuje mnie tak samo, bo nie pamiętam fabuły. Gdyby nie kalendarz, budziłabym się rano zupełnie nie pamiętając jaki jest mój plan na dziś. Moja kiepska pamięć tyczy się absolutnie wszystkiego, za wyjątkiem jednej rzeczy – doskonale pamiętam wszystkie, WSZYSTKIE kompromitujące momenty w moim życiu. Czasami jak sobie jakiś ni stąd ni zowąd przypomnę po latach, to potem nie mogę spać w nocy, bo go rozpamiętuję ;)

    • Dot

      Wow! Twój przypadek byłby chyba ciekawym przedmiotem badawczym :)

  • wszystkiego najpiękniejszego, sto latek! <3

    • Dziękuję! Aczkolwiek 8 dych mi styknie, do stówy nie chciałbym się męczyć ;)

  • Bardzo wiele nas łączy ;)

    • Pizza?

      • Pizza, prawka za pierwszym razem, rezygnacja ze studiów na 5 roku, szybkie jedzenie, no i wiek. Mi 28 lat stuknie za kilka dni ;)

        • To piątka za podwójną nieskończoność w roczniku!

  • No jak miło, że nie tylko mnie denerwuje, gdy ktoś ze mną rozmawia i gapi się w telefon. Totalny brak szacunku ;)

    • Ja już dorobiłem się przydomka „Gestapo” z tego tytułu.

    • O to to. Ja dostaje ataku wscieklizny. Wrzeszcze, gryze i wyrywam wlosy!:D

    • Niestety, czasami trzeba się przyzwyczaić. Tu gdzie mieszkam wszyscy tak robią i nie jest to uważane za brak szacunku. Mam teraz dwie możliwości, albo obrażę się na każdą osobę, którą znam albo postaram się jakoś z tym żyć ;)

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Cierpy napadające na Ubera szkodzą wszystkim taksówkarzom

Skip to entry content

Na wstępie krótka definicja tego kim jest „cierp”.

Cierp – podgatunek taksówkarza, nielubiący swojej pracy, narzekający na nią, na klientów, na rząd i cały świat. Cierp ma postawę roszczeniową, uważa, że wszystko mu się należy i jest wiecznie niezadowolony ze wszystkiego. Cierp zazwyczaj jest wąsatym bucem, który zatrzymał się w PRLu, jeździ zdezelowanym samochodem najczęściej śmierdzącym fajkami i marudzi, gdy ma wykonać kurs poniżej 20zł. Dlatego nigdy nie ma wydać reszty, nie mówiąc już o takiej fanaberii jak terminal do płatności kartą, i gdy tylko może, jedzie dłuższą trasą.

I krótkie wyjaśnienie czym jest Uber.

Uber to aplikacja do zamawiania samochodów z prywatnym kierowcą, w celu przejazdu po danym mieście. Rejestrujesz się, klikasz „zamów Ubera” i, wykorzystując GPS w Twoim telefonie, auto podjeżdża do miejsca w którym aktualnie się znajdujesz. Punkt, do którego chcesz się dostać, podajesz wklepując adres, a za usługę płacisz bezgotówkowo kartą podpiętą do konta. To taka „alternatywna taksówka” (więcej o Uberze).

W weekend w Warszawie cierpy napadały na kierowców Ubera, oblewając ich oraz ich auta gęstą mazią z oleju i odchodów. Zapowiadając, że to nie był jednorazowy atak i prześladowania będą trwać. Skąd to bandyckie zachowanie?

Zacznijmy od początku.

 

Cierpom wydaje się, że Uber kradnie im klientów

Taryfa24 wrzuciło coś takiego z komentarzem:”Jaki wysyp uberolubów trochę draństwa poblokowałem, a na resztę też…

Opublikowany przez Jacek Xanex Olejnik na 20 marca 2016

To główny argument w walce z Uberem, a w zasadzie z kierowcami zarabiającymi przez aplikację. Cierpy uważają, że klienta można ukraść jak batonika ze sklepu, nie pojmując zupełnie jak działa konkurencja i wolny rynek. Nie rozumieją, że klient nie jest idiotą, tylko ma świadomość i zdolność logicznego myślenia i woli wybrać lepszą jakościowo usługę w niższej cenie, niż być skazanym na nich.

Uber jest średnio tańszy o 25% od przeciętnej taksówki, więc nie ma nic zaskakującego w tym, że ktoś woli zapłacić mniej niż więcej, ale nie to jest jego główną zaletą. Jego największym atutem jest jakość. Jadąc Uberem:

– w samochodach nie śmierdzi potem i kiepami
– wsiadając do samochodu nie masz wrażenia, że zaraz się rozleci
– nigdy nie musisz mieć przy sobie gotówki
– kierowca nie jest obrażonym na cały świat bucem, tylko miły, uśmiechniętym, serdecznym człowiekiem
– kierowca nie próbuje Cię przekręcić jadąc dłuższą trasą, wykorzystując Twoją nieznajomość miasta
– kierowca nie „pompuje kilometrów” fałszując dane z taksometru
– wszelkie problemy rozstrzygane są na korzyść klienta

Cierpy nie rozumieją, że nie jesteśmy już pogrążeni w komunie, że klient ma wybór i nie jest już skazany tylko i wyłącznie na nich, i że oprócz ceny równie istotne, jeśli nie bardziej, jest to jak się go traktuje. Cierpy tego nie pojmują, dlatego jojczą, że Uber odbiera im chleb od ust i zachowują się jak zwierzęta napadając na innych.

 

Cierpy dziwią się, że ich bandyckie zachowania nie przyciągają klientów

NOC SZOKÓW !Dzisiejszej nocy w Warszawie, niektórzy kierowcy Ubera przeżyli ciężkie chwile. Pod kilkoma…

Opublikowany przez Taryfa24 na 18 marca 2016

W weekend cierpy stwierdziły, że jeśli dokonają napaści na kierowców Ubera i pokażą wyrządzone im szkody w internecie, to ludzie przestaną używać aplikacji do zamawiania przejazdów i wrócą to taksówek.

Czaicie? Ktoś wpadł na pomysł, że jeśli pochwali się aktem wandalizmu dokonanym na konkurencji, to ludzie mu przyklasną i ustawią się w kolejce do skorzystania z jego usług. Nie chcę nikogo obrażać, ale jak głupim trzeba być, żeby wpaść na coś takiego? Wyobrażacie sobie, że Pepsi od lat konkurująca z Colą napada na jej pracowników, wrzuca do sieci zdjęcia z tego zajścia i publicznie przyznaje się do złamania prawa? I jeszcze liczy, że to przysporzy jej klientów?

Dla mnie to niepojęta logika i na szczęście większość ludzi też nie ma tak bogatej wyobraźni jak warszawskie cierpy, przez co cała ta akcja miała odwrotny skutek od zmierzonego.

 

Cierpy zrobiły reklamę Uberowi…

I to bardzo skuteczną reklamę. Pomijając, że przez wirusowe rozprzestrzeniania się zdjęć z napaści setki tysięcy osób dowiedziały się o tym, że jest w ogóle taka usługa jak Uber, to w miniony weekend aplikacja podwoiła liczbę kursów. Innymi słowy, cierpy przyprowadziły swojemu konkurentowi nowych klientów. Zapewniając mu dalszą darmową reklamę w ogólnopolskich mediach. Nieźle, co?

 

…i antyreklamę wszystkim taksówkarzom

W związku z licznymi oskarżeniami o udział w wczorajszych incydentach, chcielibyśmy zauważyć, że nie mogliśmy, niestety,…

Opublikowany przez Taryfa24 na 19 marca 2016

Nie wrzucam wszystkich osób pracujących jako kierowcy taksówek do jednego worka, ale prymitywy atakujące swoją konkurencję smolistą mazią, zniszczyły wizerunek zarówno sobie, jak i normalnym taksówkarzom. Upublicznienie relacji z oblewania kierowców Ubera olejem wymieszanym z odchodami i przyznanie autorstwa tego wydarzenia środowisku taksówkarskiemu, spotkało się z OGROMNYM oburzeniem. Jeszcze nigdy nie oberwało im się tak jak teraz i to na taką skalę.

Komentarze pojawiające się pod tymi materiałami są jednoznaczne: klienci są absolutnie przeciwni takim praktykom i to do tego stopnia, że nie mają zamiaru nigdy więcej korzystać z usług taksówkarzy.

Ja również. Wolę wybrać podróż komunikacją miejską albo męczyć się z walizkami idąc pieszo, niż potwierdzić, że nie przeszkadza mi takie zachowanie. Nie mówiąc już o tym, że jeśli taki cierp atakuje obcego człowieka, tylko dlatego, że sam nie chce dostosować się do obecnych czasów i zmieniającej się rzeczywistości, to co może zrobić klientowi, z którym spędzi chwilę i mu się nie spodoba? Odda na niego urynę, bo kurs był za krótki? Obleje go kwasem, bo spytał o możliwość płatności kartą?  Wolę nie sprawdzać empirycznie.

 

Apel do cierpów

Drogie cierpy: już jakiś czas temu, jako gatunek, zeszliśmy z drzew i wyszliśmy z lasu, więc nie wracajmy do prawa dżungli. Jeśli nie jesteście w stanie konkurować z Uberem w cywilizowany sposób, to odpuśćcie, bo szkodzicie tylko normalny taksówkarzom.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Leonld Mamchenkov
---> SKOMENTUJ

Porównanie: podryw na żywo vs. podryw na Tinderze

Skip to entry content

Przy okazji ostatniego tekstu o najpopularniejszej aplikacji randkowej, jeden z czytelników zasugerował, żebym zrobił porównanie – podryw przez Tindera kontra podryw na żywo. Sugerując, że uwodzenie w rzeczywistości, a nie przez internet jest efektywniejsze. I w ogóle lepsze. Czy faktycznie tak jest? Czy może jednak chodzenie po klubach to tylko strata czasu?

Żeby móc choć trochę sensownie odpowiedzieć na to pytanie, postanowiłem, że zrobię porównanie podrywu przez Tindera i na żywo, rozbijając tę kwestię na podstawowe składowe.

Strach przed podejściem

Tinder: przez to, że możesz nawiązać jakikolwiek kontakt z drugą osobą dopiero w momencie, gdy jesteście już sparowani i wiecie, że się sobie podobacie i chcecie się poznać, strach przed podejściem praktycznie nie istnieje (to „praktycznie” zarezerwowane jest dla turbo-ultra-introwertyków, dla których każdy kontakt z drugim człowiekiem wiąże się z dyskomfortem).

Na żywo: zależy to oczywiście od uosobienia, doświadczenia w podrywie i poziomu pewności siebie, ale dla kogoś, kto nie jest wytrawnym graczem, zawsze pojawia się mniejsza lub większa ściana, którą trzeba przeskoczyć zanim zacznie się podrywać kobietę i mniej lub bardziej paraliżujące widmo odrzucenia.

Łatwość prowadzenia rozmowy

Tinder: może to być dla Was paradoksem, ale nienawidzę rozmawiać przez internet i wszelkie komunikatory, i tego typu kontakt jest dla mnie strasznie męczący, jednak wiem, że dla większość ludzi tego typu forma prowadzenia konwersacji jest ułatwieniem, bo nie trzeba reagować natychmiast i gdy nie wie się co powiedzieć, można na spokojnie, bez presji obecności drugiej osoby, zastanowić się.

Na żywo: nie żebym był jakimś ekstra ekstrawertykiem, ale to dla mnie najbardziej komfortowy sposób prowadzenia komunikacji, jednak, znowu ujmując rzecz statystycznie, wiem, że wiele osób ma z tym problem, bo ze stresu łatwiej powiedzieć coś głupiego, a jak się rozmowa nie klei, to trzeba modlić się o cud, żeby ktoś wylał trochę Butaprenu.

Pewność, że druga strona jest wolna

Tinder: prawdopodobieństwo jest ogromne, bo teoretycznie to aplikacja dla singli szukających partnera, ale nigdy nie masz pełnych 100% pewności, że osoba, z którą rozmawiasz nie jest w związku i po prostu nie szuka opcji na seks na boku. To marginalne przypadki, ale mnie się zdarzało na takie trafić.

Na żywo: w tramwaju, na ulicy, w bibliotece, a nawet w klubie, nigdy, ale to nigdy nie możesz być pewien, czy człowiek, którego chcesz uwieść ma kogoś, czy nie. Za każdym razem musisz to sprawdzać empirycznie.

Chęć spotkania się

Tinder: tak jak wyżej, teoretycznie Tinder jest apką dla ludzi bez pary, którzy chcą tę sytuację zmienić, ale nie znaczy to, że nie spotkasz na nim gawędziar, które przyszły tu tylko „popisać z kimś”, żeby nacieszyć się namiastką relacji i nawet, gdy gadka klei się jak tapety z Castoramy, zupełnie nie zamierzają wychodzić z nią poza internet.

Na żywo: to czy poznana „na mieście” dziewczyna da Ci swój numer, a potem będzie chciała umówić się na randkę, zależy od tryliona czynników, bo mogła podać Ci swoje 9 cyfr na złość chłopakowi, z którym aktualnie się pokłóciła, być pijana, gdy Cię spotkała, realizować przegrany zakład z koleżankami, albo – jak to kobiety często mają w zwyczaju – wrócić do domu i się rozmyślić. Ewentualnie przypomnieć sobie, że jest lesbijką i tylko się zgrywała. Nie ma reguły.

Możliwość wpakowania się na minę

Tinder: ryzyko, że osoba, z którą rozmawiasz w rzeczywistości okaże się niezrównoważona emocjonalnie lub absolutnie nie podobna do tej z aplikacji, jest całkiem spore, bo jak w tej kampanii społecznej – „nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie”. Powiedzmy sobie, że trafienie na kolekcjonera kości albo blogera, który tylko udaje dziewczynę, żeby zebrać materiał do tekstu jest niewielkie, ale prawdopodobieństwo tego, że będzie brzydsza niż na zdjęciach jest już całkiem duże.

Na żywo: widziały gały co brały – w kwestii wizualnej masz podane danie na tacy. Jeśli oczywiście nie poznaliście się po pijaku w ciemnym klubie. W kwestii tego, czy przypadkiem nie jest jebnięta w głowę jest gorzej, bo takie rzeczy wychodzą po czasie i wszystkiego nie jesteś w stanie wyłapać w trakcie 15-minutowej rozmowy.

Czasochłonność

Tinder: założenie konta to jakieś 3 kliki, znalezienie pierwszej pary to jakiś kwadrans, a umówienie się na spotkanie to jakaś godzina pisania. Góra dwie.

Na żywo: wyjście do klubu to przynajmniej 3 godziny, a w przeważającej liczbie przypadków, CAŁA NOC, która później kończy się spaniem do południa i całym dniem kaca. A jeśli nie jesteś aktywnie działającym PUA to i tak nie masz pewności, czy COKOLWIEK z tego będzie.

Prawdopodobieństwo, że będziecie uprawiać seks / prawdopodobieństwo, że będzie z tego związek

Zarówno w przypadku Tindera jak i rzeczywistości, ile przypadków, tyle możliwości. Ani w jednej, ani w drugiej opcji nic nie daje Ci pewności, że – w zależności od potrzeb – znajomość skończy się szybkim seksem lub spotkasz materiał na związek. I w trakcie zakupów w galerii handlowej możesz trafić na osobę, z którą będziesz się tego samego wieczoru wymieniał płynami ustrojowymi, i na Tinderze możesz znaleźć miłość, która zaowocuje wspólnym kupowaniem poszewek na kołdrę w IKEA. A równie prawdopodobne, że spotkacie się raz i wyjdzie z tego tyle, co zawartość pełnego Pampersa.

Loteria.

Werdykt: czy podryw na żywo jest lepszy od podrywu na Tinderze?

Bardzo nie chciałem udzielać tej odpowiedzi pisząc „to zależy”, ale prawda jest taka, że niestety, to zależy.

To czy wyklikiwanie par na Tinderze i potem pisanie z nimi jest efektywniejsze od uwodzenia na mieście, zależy od tego, czy jesteś na etapie licealno-studenckim, czy pouczelniano-dorosłym. Jeśli chodzisz na zajęcia w trybie dziennym i do tego mieszkasz w koedukacyjnym mieszkaniu studenckim, to aplikacja randkowa nie ma Ci do zaoferowania nic, czego na co dzień nie znajdziesz w rzeczywistości. Jest tyle imprez, domówek, grilli, juwenaliów, projektów grupowych, czy zwykłego stania w kolejce do dziekanatu, że każdego dnia masz okazję w naturalny sposób poznać dziesiątki lasek. I nie zastanawiać się, czy na żywo są dużo grubsze niż na profilowym.

Jeśli jednak okres kupowania najtańszych parówek z Biedry i żywienia się zupkami chińskim wszelkich odmian masz już za sobą, to klikając serduszka i krzyżyki otwiera się przed Tobą całkiem nowe źródło znajomości. Jeśli dłuższy czas pracujesz na etacie lub, nie daj boże, jesteś wolnym strzelcem i zarabiasz na życie siedząc w domu, a Twoi znajomi albo dawno są po ślubie, albo właśnie takowy planują i większość spotkań wygląda jak zajęcia w szkole rodzenia, to Tinder daje Ci możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza. Bez konieczności duszenia się w papierosowym dymie, otępiania słuchu dudniącą muzyką, zarywania nocek i rozbijania świnki skarbonki przed wyjściem na miasto.

Podsumowując: jeśli jesteś około 20-tki, bujanie się po imprezach jest dużo lepsze niż Tinder, jeśli jednak jesteś około 30-tki, Tinder jest dużo efektywniejszy niż szlajanie się po klubach.

---> SKOMENTUJ