Close
Close

25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman”

Skip to entry content

Batman grany przez Christiana Bale’a w reżyserii Christophera Nolana był bardzo, bardzo udanym przedstawieniem Człowieka-Nietoperza, w zasadzie pod każdym kątem, i co jakiś czas wracam do tej trylogii. Serial o Supermanie na TVNie był moją ulubioną pozycją po szkole i zżyłem się z nim na tyle, że kiedyś próbując wystartować w powietrze, kładąc się na desce do prasowania i wyciągając ręce przed siebie, ukruszyłem sobie jedynkę. Dlatego na „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” czekałem jak na prezenty pod choinką, mimo, że przecieki zza oceanu wskazywały, iż film będzie kichą.

No, ale kto by nie czekał na pojedynek ulubionych postaci z dzieciństwa, będących w dodatku najpopularniejszymi superbohaterami w Polsce? No, kto? Kto? Na pewno nikt z osób produkujących ten film, bo Ci wiedzieli na długo przed premierą, że tytuł jest większą kiszką, niż tradycyjna potrawa białoruska.

UWAGA! TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN
recenzja zawiera małe fragmenty zdradzające fabułę, jednak w filmie jest taki chaos, że wątpię abyś był w stanie je zapamiętać i wyłapać w trakcie seansu

Nie przedłużając, 25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”.

1. Po raz 3017 poznajemy historię jak Burce Wayne stał się Batmanem. Filmy o Człowieku-Nietoperzu powstają od niemal 30 lat i chyba nie ma osoby, która wybierałaby się na tytuł z nim związany i nie wiedziała, że przyodział pelerynę i maskę, bo zastrzelono mu rodziców, gdy był mały. Mimo to, reżyser postanawia nam opowiedzieć tę wyobracaną na wszystkie strony historię PO RAZ KOLEJNY.

2. Nie ma absolutnie nic o pochodzeniu Wonder Woman i jej supermocach. Mimo, że jest zdecydowanie niszową i mało znaną superbohaterką w porównaniu do Gacka. W filmie po prostu pojawia się z nikąd i tyle, nic więcej na jej temat nie ma.

3. W jednej z pierwszy scen Superman wchodzi w butach do wanny. W której jego partnerka jest naga. Kumacie? Typ wszedł do mieszkania z podwórka, jego panna się kąpie, a ten ładuje się z całym tym syfem na podeszwach do środka. Fuuuj!

4. Rola Batmana nie pasuje Benowi Affleckowi. Ten chłop po prostu nadaje się do tej postaci jak Kononowicz do wystąpień publicznych, źle wygląda w kostiumie, maska śmiesznie na nim leży i budzi bardziej uśmieszek politowania niż szacunek, czy grozę.

5. Ben Affleck ma tu mimikę na poziomie Romana Giertycha. I nie przerysowuję tego, gość po prostu w kółko robi jedną smutną minę.

6. Alfred wygląda jak podstarzały playboy… – serio, nie wiem czy reżyser chciał celowo zmienić wymiar tej postaci, ale w tej świeżej fryzurce, modnych okularach i ciuchach z Zary, wygląda bardziej jak ruchacz Tony Stark, niż wierny lokaj.

7. …w dodatku zachowuje się jak przełożony Batmana – pamiętam, że zawsze próbował zastępować mu dziadka, troszcząc się o niego, a tu opieprza Bruce’a jakby ten był jego podwładnym w pracy.

8. Lois Lane jedyne co robi w tym filmie, to wzdycha. Niezależnie, czy właśnie jest ratowana, czy akurat siedzi w tyrce.

9. Cały czas mam bekę z tego, że Clark Kent różni się od Supermana tylko okularami i nikt go nie poznaje. Wiem, że tak było od zawsze, w każdej kreskówce i serialu, ale tutaj – w dobie autorozpoznawania twarzy przez Facebooka i natychmiastowego przesyłu informacji po całym świecie – to wyjątkowo śmieszy, jak najbardziej rozpoznawalnej facjaty na świecie nagle nikt nie kojarzy, bo pojawiły się na niej oprawki.

10. Relacja Supermana i Lois Lane jest totalnie nieprzekonująca. Nawet nie chodzi o to, że nie widać, żeby byli kochankami, ale przez 2,5 godziny trudno wywnioskować, czy COKOLWIEK ich łączy. W zasadzie jedyne momenty, kiedy pojawiają się razem na ekranie, to gdy Pan S setny raz wyciąga ją z jakiegoś gówna, w które się wpakowała.

11. Gdy Lois Lane zrobi tylko głośniejszy wydech, Superman słyszy to z drugiego końca globu i leci ją ratować. Ale gdy porywają jego matkę i ta drze się wniebogłosy, ma to głęboko w dupie i „nie zauważa tego”.

12. Motyw przewodni filmu, czyli konflikt między Batmanem a Supermanem, jest zarysowany naprawdę z dupy. I do końca filmu widz w zasadzie nie wie o co im w ogóle poszło i czemu mają kosę.

13. Batman zawsze był zwinny i pełen wigoru. A tu jest cholernym, niezgrabnym klocem, który sprawia wrażenie, jakby miał problemy z płynnym poruszaniem się.

14. Niektóre sceny wprost kpią z widzą. W jednej z nich Lois Lane mówi do szefa – redaktora naczelnego w gazecie – że potrzebuje helikoptera – zaznaczając, że nie do celów zawodowych, tylko ot tak, po prostu – a ten w mgnieniu oka załatwia jej go i to bez pytania. Bo bez tego fabuła nie poszłaby do przodu.

15. W jednej scenie widzimy Batmana w zniszczonej roboto-zbroi, a sekundę później już w nowiutkim, gumowym stroju. Czary, panie, czary!

16. Mimo, że Superman zawdzięcza swoje supermoce ziemskiej atmosferze – która, przypomnijmy, PANUJE NA ZIEMI – nie przeszkadza mu to wylecieć w kosmos. I naturalnie wciąż je mieć, nie słabnąc ani na chwilę.

17. Jedyna istotna dla fabuły kwestia jaką wypowiada Lois Lane, to poinformowanie Batmana, że Lex Luthor porwał matkę Supermana. Bo Superman oczywiście sam nie może powiedzieć o tym Batmanowi, mimo, że tarza się z nim po ziemi jak Simba z Nalą na początku „Króla Lwa”.

18. Batman w ostatniej chwili stwierdza, że jednak nie zabije Supermana. Zastanawiacie się czemu? Jaki ważny powód stał za tym, że jednak odpuścił swój skrupulatnie przygotowany plan? Ten drugi wypowiedział imię jego matki. Nie, nie, nie okazało się, że są rodzeństwem, po prostu Pan S powiedział „Martha” i Gacek odpuścił. Przekonujące, nie?

19. W filmie pada jeden żart i jest betonem. Batman ratując matkę Supermana, która jest przerażona i wycieńczona fizycznie i psychicznie, wyglądając jakby była w trakcie wylewu, rzuca hasło, że jest kolegą jej syna, a ta mu odpowiada, że poznała po pelerynie.

20. Lex Luthor dostaje dostęp do kryptonitu i statku obcych z zupełnie niewiadomego powodu. Jakiś Ważny Człowiek Z Rządu USA załatwia mu swobodny dostęp do ściśle tajnych przedmiotów pozaziemskiego pochodzenia, chronionych chujwieczym, bo tak. Nawet nie chce w zamian hajsu. No, brzmi bardzo prawdopodobnie.

21. Bohaterowie dowiadują się, że kurewski potwór, którego próbują od pół godziny zabić – bo zagraża ludzkości – żywi się energią. Jednak podchodzą do tego zupełnie bezrefleksyjnie i dalej napieprzają go laserami, co sprawia, że tylko staje się silniejszy i wciąż rośnie. Ehe, to ma sens.

22. Supermana może zabić tylko kryptonit, wiecie, no nie? Dlatego w jednej scenie mdleje – dosłownie, nie w przenośni – gdy tylko znajdzie się w jego pobliżu, po to by w następnej przez 5 minut trzymać go przy twarzy, jak gdyby nigdy nic, w pełni sił witalnych.

23. W ostatniej scenie okazuje się, że Superman kupił Lolis Lane pierścionek zaręczynowy. Wysyłkowo. Zapakowany w zwykłą kopertę jak jakiś pendrive z darów losu. Tak, takich rzeczy na pewno nie ogląda się na żywo, nie sprawdza rozmiaru, wielkości i połysku kamienia, tylko kupuje na Allegro. Jak „oryginalne” perfumy Lacoste za 39,90zł

24. Sceny walki nie cieszą. Czyli esencja filmów tego typu. Ale nie to jest najgorsze.

25. „Batman v Superman” nie wciąga. W ogóle! Przez te 151 minut mamy głównych bohaterów absolutnie gdzieś. Zżywamy się z nimi tyle co z jednorazowymi chusteczkami i ani nie interesuje nas co się z nimi stanie, ani kto wygra, ani czy Ziemię i wszystkich ludzi zeżre jakiś szatański pojeb z Kryptonu. Przez to, że przez cały film panuje totalny chaos i poza Lexem Luthorem wszystkie postacie są nijakie, nie zależy nam na rozwoju wydarzeń. A to najgorsze co może się przytrafić w trakcie seansu w kinie.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Jak nie być złodziejem w mediach społecznościowych?

Skip to entry content

Media społecznościowe wywróciły internet do góry nogami i wprowadzając erę Web 2.0, pozwoliły każdemu z nas być nie tylko biernym odbiorcą treści, ale i ich aktywnym twórcą. Co u niektórych ujawniło wątły kręgosłup moralny i tendencje do łamania prawa, byleby tylko skupić na sobie uwagę.

W dobie YouTube’a każdy z nas może mieć swoją własną telewizję z ogólnoświatowym zasięgiem, nie trzeba zdobywać żadnych licencji, ani kupować nadajników. Wystarczy napastować ludzi po zmroku i nagrać jak przerażeni wpadają w panikę, a potem wrzucić to na swój kanał. W dobie Twittera każdy z nas może być cytowany przez „Szkło kontaktowe”. Wystarczy napisać tweeta zgodnego z polityką TVN24. W dobie Facebooka każdy z nas może być narodowym satyrykiem. Wystarczy wziąć zdjęcie Aleksandra Kwaśniewskiego, dopisać coś o alkoholu i opublikować na swoim profilu.

W dobie mediów społecznościowych każdy z nas także może być złodziejem.

Jak nim zostać? Chwilę to zajmuje, ale nie jest aż tak trudne. Wystarczy pobrać treść czyjegoś autorstwa (żeby nie było wątpliwości, CZYJEGOŚ = NIESWOJEGO), opublikować na którymś z portali jako własną i już, gotowe! W kilka minut można się cieszyć setkami polubień i dziesiątkami udostępnień zebranymi dzięki byciu złodziejem i kradzieży czyjejś twórczości. Zapytasz, co w momencie, gdy ktoś nazwie nas śmierdzącymi cebulą kradziejami cudzej własności intelektualnej, ordynarnie łamiącymi prawa autorskie? Wystarczy wtedy odpisać, że przecież znalazłeś ten obrazek gdzieś w sieci, więc skąd niby masz wiedzieć, kto jest autorem. Poza tym to tylko internet, LOL. I sprawa załatwiona, hejter zaorany, a ty masz czyste ręce.

Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją, jesteś złodziejem. Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją i ucinasz logo autora lub stopkę, jesteś złodziejem do kwadratu. Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją i doklejasz swoje logo lub stopkę, jesteś złodziejem do sześcianu. I jest prawdopodobieństwo, że ta wirtualna klatka zamieni się w prawdziwą, jeśli faktyczny autor nie będzie miał pobłażliwości dla łamania prawa.

A jak nie być złodziejem w mediach społecznościowych?

To zdecydowanie prostsze. Wystarczy, że będziesz używał magicznego przycisku „udostępnij”, gdy zobaczysz śmiesznego mema, wzruszający filmik, czy celny status. „Udostępnij” – to naprawdę działa. I nie boli.

autorem zdjęcia w nagłówku jest stavos

28 lat. Sporo. Jak miałem 8 lat wydawało mi się, że to tak odległa przyszłość, że niemal alternatywna rzeczywistość i nigdy się to nie stanie. A jednak. Jak miałem 18 lat, to wydawało mi się, że 2 lata przed 30-tką, będę już tak niewiarygodnie ustatkowany, że kolejne dekady będą mijać jak dni, bo nic się nie będzie zmieniać. Myliłem się. Na szczęście. Jeśli nie każdy tydzień, to każdy miesiąc przynosi coś nowego w zasadzie we wszystkich sferach życia i z pełnią odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest ono spoko i właśnie mniej więcej tak je sobie wyobrażałem.

Korzystając z okazji swojego święta, chwilę popluskam się w kąpieli z egocentryzmu i samozachwytu. Na 28 urodziny, 28 faktów o mnie. Przypadkowych i dziwnych.

1. Nie zasnę, jeśli w pomieszczeniu, w którym mam spać są uchylone drzwi. To jedno z moich dziwactw, mających podłoże gdzieś głęboko w podświadomości. Nie chodzi o to, że dane pomieszczenie ma być zamknięte na klucz, ale jeśli wiem, że drzwi są niedomknięte, to cały czas jestem w trybie czuwania, nasłuchując, czy ktoś przypadkiem nie wchodzi do środka. Przez co nie jestem w stanie odpłynąć i wejść w głęboki sen, tylko cały czas skupiam się na tym, co się dzieje za nimi.

2. Mam wyjątkową słabość do pizzy. Mogę zostawić niedojedzonego schabowego, lazanię, czy zapiekankę, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nie dojeść pizzy. Nawet jeśli zamówiłem ją w zasadzie nie będąc głodnym.

3. Nie byłem u bierzmowania.

4. Mimo to, mam 3 imiona – Jan Florian Luis. Dlatego, że we Francji nadaje się od razu 3 przy porodzie.

5. Mam alergię na urzędy. Przez 10 lat miałem w dowodzie wpisany niepełny adres zameldowania, bo nie zauważyłem tego przy odbiorze, a rękami i nogami zapierałem się, żeby nie musieć iść go wymienić.

6. Mam „długi” pępek. Kolejna różnica między Polską, a Francją – w kraju nad Wisłą obcina się pępowinę jak najbardziej się da, tak, że powstaje wgłębienie w brzuchu, a w ojczyźnie szampana, zabieg przeprowadza się tak, że pępek wystaje.

7. Przeprowadzałem się 17 razy. Wyrzucono mnie tylko raz, pozostałe 16 wynikały z tak różnych przyczyn, że mógłbym wydać zbiór opowiadań na ten temat.

8. Zdałem prawo jazdy za pierwszym razem. Z czego jestem wyjątkowo dumny, bo ani w okresie dziecięcym nikt we mnie nie zaszczepił zajawki na auta, ani w czasach nastoletnich nie miałem okazji, żeby posiedzieć za kierownicą w furze rodziców, a pierwszy raz kluczyki w stacyjce przekręciłem w wieku 22 lat. W trakcie kursu na prawko.

9. Aż do liceum miałem problem z opanowaniem kolejności miesięcy.

10. Zmieniałem pracę 21 razy. Od ostatniej klasy gimnazjum byłem kelnerem, chłopcem na posyłki w fabryce, telemarketerem, akwizytorem, ulotkarzem, kucharzem, copywriterem, fotografem, social media nindżą i sprzedawcą gazet.

11. Kiedy idę spać zawsze włączam tryb samolotowy w telefonie.

12. Studiowałem na 7 kierunkach. Idąc chronologicznie, byłem na finansach i rachunkowości, informatyce i ekonometrii, matematyce stosowanej, zarządzaniu (licencjat), kulturoznawstwie: elektronicznym przetwarzaniu informacji, zarządzaniu (magisterka), socjologii.

13. Na piątym roku zarządzania, tuż przed obronną, zrezygnowałem ze studiów.

14. Nie jestem w stanie robić kilku rzeczy naraz, jeśli choć jedna z nich wymaga ode mnie skupienia. Jestem człowiekiem, który ma totalnie niepodzielną uwagę. Kiedy jadę samochodem, nie jestem w stanie rozmawiać, ani słuchać radia, a kiedy piszę tekst na bloga, nie mogę mieć włączonego Facebooka.

15. Mega szybko jem, bo boli mnie serce, że posiłek stygnie. To jest zmorą, gdy zamawiam pizzę z kimś na pół, bo w czasie kiedy on zaczyna drugi kawałek ja już kończę ostatni.

16. Kiedy piszę, w pomieszczeniu, w którym jestem nie może być żadnego innego człowieka, chyba, że to kawiarnia. To też jakieś skrajne dziwactwo, ale będąc w knajpie ignoruję otaczających mnie ludzi, bo nie mam z nimi żadnych powiązań, przez co w trakcie pracy przestają dla mnie istnieć. Jeśli jednak jestem w domu u kogoś z moich przyjaciół/znajomych/mojej mamy, to w momencie kiedy ktoś przebywa w tym samym pomieszczeniu co ja, nie jestem w stanie się skupić i każdy jego ruch kompletnie rozprasza moją uwagę.

17. Doprowadza mnie do szału, kiedy z kimś rozmawiam, a druga osoba zerka w telefon.

18. Nigdy nie uzależniłem się od palenia, mimo, że pierwszą fajkę zapaliłem w podstawówce. Zresztą od alkoholu, marihuany, czy kawy też nie.

19. Tuż po maturze zacząłem się mocno interesować inwestowaniem w monety kolekcjonerskie. Byłem tym zajarany całe pół roku, aż do momentu, gdy okazało się, że utopiłem 6000zł i jednak nie znam się na temacie.

20. Jestem turbo zmarzluchem. W nocy śpię zazwyczaj pod dwiema warstwami – kołdrą i kocem – w środku zimy dorzucam jeszcze trzecią i kaloryfer podkręcony do oporu.

21. Jako dziecko nienawidziłem czytać książek i zostało mi tak na dłużej. Do drugiego roku studiów nie przeczytałem więcej niż 10 tytułów. Wliczając w to lektury.

22. Odkąd wyprowadziłem się z domu rodzinnego nie używam żelazka.

23. Jeśli na coś się nastawię i stwierdzę, że chcę coś zrobić, to nie ma takiej siły, która byłaby mnie w stanie powstrzymać. Jeśli umówiłem się z kimś na wyjazd – bez różnicy, czy do jakiegoś miejsca w Polsce, czy za granicą – koncert, film, czy cokolwiek, a długo się na to napalałem, to mimo, że w pojedynkę będzie to trudniej zorganizować i wzrosną koszty, nie ma szans, żebym odpuścił.

24. Jestem przewrażliwiony na punkcie układu rzeczy na biurkach i stołach. Przykładowo, jeśli mam pracować przy jakiejś powierzchni płaskiej, przedmioty leżące na niej muszą być rozmieszczone zgodnie z jakąś zasadą, muszą tworzyć jakiś logiczny układ, bo inaczej ciągle będę myślał, o tym, żeby je przesunąć i nie będę mógł się skupić.

25. Z uporem maniaka wszystkie anglojęzyczne zapożyczenia tłumaczę na polski. Lifestylowy = stylożyciowy, digital influencer = cyfrowy opiniotwórca, oversize’owy = ponadrozmiarowy.

26. Jako dzieciak strasznie dużo chorowałem na zatoki. Bywały takie tygodnie, kiedy więcej dni byłem w szpitalu na „płukankach” – zabieg w trakcie, którego wkładają Ci dwie rurki do nosa i przepuszczają przez nie płyn – niż w szkole na lekcjach.

27. Mam tragiczną pamięć. Pozytywny aspekt tego jest taki, że nie mogę kłamać, bo nie jestem w stanie zapamiętać, co komu ściemniłem.

28. Bardzo emocjonalnie podchodzę do wytworów kultury. I często zdarza mi się płakać oglądając przejmujący film albo słuchając wzruszającego utworu. Na przykład „Rozczulanki” Bartosza Porczyka.

autorem zdjęcia w nagłówku jest A♥