Close
Close

25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman”

Skip to entry content

Batman grany przez Christiana Bale’a w reżyserii Christophera Nolana był bardzo, bardzo udanym przedstawieniem Człowieka-Nietoperza, w zasadzie pod każdym kątem, i co jakiś czas wracam do tej trylogii. Serial o Supermanie na TVNie był moją ulubioną pozycją po szkole i zżyłem się z nim na tyle, że kiedyś próbując wystartować w powietrze, kładąc się na desce do prasowania i wyciągając ręce przed siebie, ukruszyłem sobie jedynkę. Dlatego na „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” czekałem jak na prezenty pod choinką, mimo, że przecieki zza oceanu wskazywały, iż film będzie kichą.

No, ale kto by nie czekał na pojedynek ulubionych postaci z dzieciństwa, będących w dodatku najpopularniejszymi superbohaterami w Polsce? No, kto? Kto? Na pewno nikt z osób produkujących ten film, bo Ci wiedzieli na długo przed premierą, że tytuł jest większą kiszką, niż tradycyjna potrawa białoruska.

UWAGA! TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN
recenzja zawiera małe fragmenty zdradzające fabułę, jednak w filmie jest taki chaos, że wątpię abyś był w stanie je zapamiętać i wyłapać w trakcie seansu

Nie przedłużając, 25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”.

1. Po raz 3017 poznajemy historię jak Burce Wayne stał się Batmanem. Filmy o Człowieku-Nietoperzu powstają od niemal 30 lat i chyba nie ma osoby, która wybierałaby się na tytuł z nim związany i nie wiedziała, że przyodział pelerynę i maskę, bo zastrzelono mu rodziców, gdy był mały. Mimo to, reżyser postanawia nam opowiedzieć tę wyobracaną na wszystkie strony historię PO RAZ KOLEJNY.

2. Nie ma absolutnie nic o pochodzeniu Wonder Woman i jej supermocach. Mimo, że jest zdecydowanie niszową i mało znaną superbohaterką w porównaniu do Gacka. W filmie po prostu pojawia się z nikąd i tyle, nic więcej na jej temat nie ma.

3. W jednej z pierwszy scen Superman wchodzi w butach do wanny. W której jego partnerka jest naga. Kumacie? Typ wszedł do mieszkania z podwórka, jego panna się kąpie, a ten ładuje się z całym tym syfem na podeszwach do środka. Fuuuj!

4. Rola Batmana nie pasuje Benowi Affleckowi. Ten chłop po prostu nadaje się do tej postaci jak Kononowicz do wystąpień publicznych, źle wygląda w kostiumie, maska śmiesznie na nim leży i budzi bardziej uśmieszek politowania niż szacunek, czy grozę.

5. Ben Affleck ma tu mimikę na poziomie Romana Giertycha. I nie przerysowuję tego, gość po prostu w kółko robi jedną smutną minę.

6. Alfred wygląda jak podstarzały playboy… – serio, nie wiem czy reżyser chciał celowo zmienić wymiar tej postaci, ale w tej świeżej fryzurce, modnych okularach i ciuchach z Zary, wygląda bardziej jak ruchacz Tony Stark, niż wierny lokaj.

7. …w dodatku zachowuje się jak przełożony Batmana – pamiętam, że zawsze próbował zastępować mu dziadka, troszcząc się o niego, a tu opieprza Bruce’a jakby ten był jego podwładnym w pracy.

8. Lois Lane jedyne co robi w tym filmie, to wzdycha. Niezależnie, czy właśnie jest ratowana, czy akurat siedzi w tyrce.

9. Cały czas mam bekę z tego, że Clark Kent różni się od Supermana tylko okularami i nikt go nie poznaje. Wiem, że tak było od zawsze, w każdej kreskówce i serialu, ale tutaj – w dobie autorozpoznawania twarzy przez Facebooka i natychmiastowego przesyłu informacji po całym świecie – to wyjątkowo śmieszy, jak najbardziej rozpoznawalnej facjaty na świecie nagle nikt nie kojarzy, bo pojawiły się na niej oprawki.

10. Relacja Supermana i Lois Lane jest totalnie nieprzekonująca. Nawet nie chodzi o to, że nie widać, żeby byli kochankami, ale przez 2,5 godziny trudno wywnioskować, czy COKOLWIEK ich łączy. W zasadzie jedyne momenty, kiedy pojawiają się razem na ekranie, to gdy Pan S setny raz wyciąga ją z jakiegoś gówna, w które się wpakowała.

11. Gdy Lois Lane zrobi tylko głośniejszy wydech, Superman słyszy to z drugiego końca globu i leci ją ratować. Ale gdy porywają jego matkę i ta drze się wniebogłosy, ma to głęboko w dupie i „nie zauważa tego”.

12. Motyw przewodni filmu, czyli konflikt między Batmanem a Supermanem, jest zarysowany naprawdę z dupy. I do końca filmu widz w zasadzie nie wie o co im w ogóle poszło i czemu mają kosę.

13. Batman zawsze był zwinny i pełen wigoru. A tu jest cholernym, niezgrabnym klocem, który sprawia wrażenie, jakby miał problemy z płynnym poruszaniem się.

14. Niektóre sceny wprost kpią z widzą. W jednej z nich Lois Lane mówi do szefa – redaktora naczelnego w gazecie – że potrzebuje helikoptera – zaznaczając, że nie do celów zawodowych, tylko ot tak, po prostu – a ten w mgnieniu oka załatwia jej go i to bez pytania. Bo bez tego fabuła nie poszłaby do przodu.

15. W jednej scenie widzimy Batmana w zniszczonej roboto-zbroi, a sekundę później już w nowiutkim, gumowym stroju. Czary, panie, czary!

16. Mimo, że Superman zawdzięcza swoje supermoce ziemskiej atmosferze – która, przypomnijmy, PANUJE NA ZIEMI – nie przeszkadza mu to wylecieć w kosmos. I naturalnie wciąż je mieć, nie słabnąc ani na chwilę.

17. Jedyna istotna dla fabuły kwestia jaką wypowiada Lois Lane, to poinformowanie Batmana, że Lex Luthor porwał matkę Supermana. Bo Superman oczywiście sam nie może powiedzieć o tym Batmanowi, mimo, że tarza się z nim po ziemi jak Simba z Nalą na początku „Króla Lwa”.

18. Batman w ostatniej chwili stwierdza, że jednak nie zabije Supermana. Zastanawiacie się czemu? Jaki ważny powód stał za tym, że jednak odpuścił swój skrupulatnie przygotowany plan? Ten drugi wypowiedział imię jego matki. Nie, nie, nie okazało się, że są rodzeństwem, po prostu Pan S powiedział „Martha” i Gacek odpuścił. Przekonujące, nie?

19. W filmie pada jeden żart i jest betonem. Batman ratując matkę Supermana, która jest przerażona i wycieńczona fizycznie i psychicznie, wyglądając jakby była w trakcie wylewu, rzuca hasło, że jest kolegą jej syna, a ta mu odpowiada, że poznała po pelerynie.

20. Lex Luthor dostaje dostęp do kryptonitu i statku obcych z zupełnie niewiadomego powodu. Jakiś Ważny Człowiek Z Rządu USA załatwia mu swobodny dostęp do ściśle tajnych przedmiotów pozaziemskiego pochodzenia, chronionych chujwieczym, bo tak. Nawet nie chce w zamian hajsu. No, brzmi bardzo prawdopodobnie.

21. Bohaterowie dowiadują się, że kurewski potwór, którego próbują od pół godziny zabić – bo zagraża ludzkości – żywi się energią. Jednak podchodzą do tego zupełnie bezrefleksyjnie i dalej napieprzają go laserami, co sprawia, że tylko staje się silniejszy i wciąż rośnie. Ehe, to ma sens.

22. Supermana może zabić tylko kryptonit, wiecie, no nie? Dlatego w jednej scenie mdleje – dosłownie, nie w przenośni – gdy tylko znajdzie się w jego pobliżu, po to by w następnej przez 5 minut trzymać go przy twarzy, jak gdyby nigdy nic, w pełni sił witalnych.

23. W ostatniej scenie okazuje się, że Superman kupił Lolis Lane pierścionek zaręczynowy. Wysyłkowo. Zapakowany w zwykłą kopertę jak jakiś pendrive z darów losu. Tak, takich rzeczy na pewno nie ogląda się na żywo, nie sprawdza rozmiaru, wielkości i połysku kamienia, tylko kupuje na Allegro. Jak „oryginalne” perfumy Lacoste za 39,90zł

24. Sceny walki nie cieszą. Czyli esencja filmów tego typu. Ale nie to jest najgorsze.

25. „Batman v Superman” nie wciąga. W ogóle! Przez te 151 minut mamy głównych bohaterów absolutnie gdzieś. Zżywamy się z nimi tyle co z jednorazowymi chusteczkami i ani nie interesuje nas co się z nimi stanie, ani kto wygra, ani czy Ziemię i wszystkich ludzi zeżre jakiś szatański pojeb z Kryptonu. Przez to, że przez cały film panuje totalny chaos i poza Lexem Luthorem wszystkie postacie są nijakie, nie zależy nam na rozwoju wydarzeń. A to najgorsze co może się przytrafić w trakcie seansu w kinie.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Józef Śliwiński

    16. superman zawdzięcza je słońcu, zastanawia raczej jak się zregenerował zanim wzeszło
    20. Lex dostał te dostępy w zamian za obietnicę stworzenia broni przeciwko Supermanowi
    21. oni tego nie wiedzą, wie to wojsko, które pierdolnęło atomem
    22. w której scenie ten Kryptonit trzymał?

    wersja 3h też nie wciąga

  • Beryl Autumnramble

    Punkt 9. i 14. łatwo wyjaśnić w ten sposób, że absolutnie wszyscy doskonale wiedzą, że Clark jest Supermanem, tylko są zbyt uprzejmi, żeby mu to powiedzieć. A już szef Daily Planet na sto procent – -dał mu robotę, nie marudzi nawet bardzo, że do roboty nie chodzi, bo wiadomo, ważniejsze sprawy…

  • I te buty w wannie… Jedyny moment w filmie, który wywołał we mnie jakieś uczucie (dokładniej odruch wymiotny).

  • Rafal

    U jubilera nie maja rozmiarów jednego pierścionka na Kaszubowski. Wybierasz i czekasz na przeróbke!! Jak zapłacisz całość to wyślą przesyłką! Juz czepiasz sie byle czego. Dobry film, ale na sile większość argumentów piszesz. Zgodzę sie z 8ona!

    • Rafal

      Na każdy palec miało byc

  • Tomasz Rogala

    Zastanawia mnie jedno.. Batman jest znany z tego, że nie zabija złoczyńców. A z tego co udało mi sie naliczyć srogi kiling spree na koncie gacka. Tu granat, tu sobie wbije w typa nóż, a tu z kolei postrzelam sobie do typeczków, tu coś wysadzę.

    • Też mnie to zastanawiało, że Gacek przestał być tym dobrym, ale najwyraźniej scenarzysta z reżyserem mieli „inną” wizję Batmana.

    • Józef Śliwiński

      co do zasady, na samym początku Batman zabijał. przestał zabijać ok rok od powstania. teraz jest to faktycznie spora niekonsekwencja względem współczesnego mitu

  • iron1992

    Cóż z tego co sam odebrałem ten film prócz zastanowienia się czy wyjść z sali po dwóch godzinach wszelakiej kichy czy może spróbować podciąć sobie żyły biletem który dostałem, wyszło trzecie, ale to tortura czyli dokończyć seans. Cóż co do samego Affleck’a to szczerze mówiąc to jest jeden z tych dwóch aktorów i jeszcze Jeremy Irons (Alfred) jakoś ten film z tego dna ledwo podnosili, ale na to dno wbijał ich sam Scenariusz i reżyser który miał chyba wyjebane konkretnie czasami na ten film.
    A właśnie miałem coś powiedzieć o Afflecku mianowicie on zagrał tego batmana lepiej niż można było się spodziewać, ale cóż nie oczekujmy że dwóch aktorów uratuje ten film przed kompletną klapą skoro reżyser i scenarzysta olali go ciepłym moczem a pewnie i na niego nasrali i wrzucili do produkcji to co z tego zbiorowego srania wyszło.

  • Lukasz Czubachowski

    To superman nie zawdzięcza swoich mocy słońcu ?? Przecież jak go nukiem potraktowali to dopiero wschód słońca posklejał go do Qpy.

    • W „Man of steel”, czyli poprzedniej części, mówili, że dzięki atmosferze, tak że tego…

  • Ja trochę szerzej patrzę na rywalizację tego uniwersum z Marvelem i cieszę się, że poszli w mroczną stronę i poznamy nowe postaci. Ten film był jednym wielkim trailerem do wszystkich kolejnych produkcji, Wonder Woman kręci swój film i z tego co czytałem – podbiła serca fanów tą rolą. Faktycznie niektóre sceny są mega bez sensu, a sam montaż doprowadza widza do epilepsji, ale ja i tak jestem happy. 2 lata bałem się o Bena Afflecka, ale jest bardzo komiksowy i moim zdaniem dał radę. Muszę jeszcze ze 2 razy obejrzeć dokładnie, bo za bardzo się jarałem żeby wszystko wyłapać, ja się nie nudziłem ani minuty :)

    • iron1992

      Tutaj widać próbę wciśnięcia 5 filmów w 1. No to najwidoczniej za cholerę nie wyszło.

  • Próbowałem jakoś bronić bvs…. Nie wyszło. Jest tyle niedoróbek, że te 25 pkt to tylko początek. Co do afflecka mi tam pasuje. Przypomina mi batmana z batman animated series. Zwlaszcza ze w masce nie widac mu gornej wargi hehe

  • emkju

    Trochę się nie zgadzam z częścią z tych punktów (np. tajna tożsamość, która jest od zawsze, czy też obsada, która jest chyba najlepszą częścią filmu), które wcale nie zabiły tej produkcji (rozumiem, twoje zdanie, ale to nie one się do tego przyczyniły :D).
    Głównym problemem filmu jest scenariusz. Sceny dobre przeplatają się z mnóstwem scen złych i niedokończonych. Już sam początek filmu, kiedy Bruce dzwoni do pracownika, żeby ten ewakuował budynek. Bo przecież pracownicy nie mogli wcześniej wyjść, prawda? Widzieli co się dzieje, ale sobie spokojnie czekali. Na co? Na telefon pana Wayne’a…..
    Kolejna głupotka, pliki Luthora – skąd on wziął symbole bohaterów, którzy (chyba?) jeszcze się nie ujawnili? Zbieg okoliczności? Nie sądzę.
    W ogóle sama postać Luthora to taka interpretacja Jokera, całkiem niezła, choć grzeczna, ale to nie Luthor.
    Następna sprawa, sny Batmana, które są dziwne i właściwie… Nic nie wnoszą do fabuły? Jak i pełno innych scen. One po prostu są, żeby były.
    Tytuł traci sens po jakichś 2/3 filmu, kiedy obaj pogodzili się (w jakże wzruszający sposób), później pojawia się nowy wróg i ta walka to już jest apogeum bezsensu i zbiegów okoliczności.
    Batman zostawia włócznię z kryptonitem, którą wyrzuca Lois. Bohaterowie walczą (walka jak walka, trochę nudnawa), nagle Lois wraca po włócznię (ciekawe skąd wiedziała, że ona się przyda?) i co? Prawie się tam topi. Żeby było mało, Superman ją ratuje i to on bierze włócznię z kryptonitem. Rozumiecie? Superman to jedyny któremu ona szkodzi i dlatego to on ją bierze (a w międzyczasie Batek lub WW mogliby ją zabrać z 7 razy?). Żeby się poświęcić. Wszystko prowadzi do jakże sensownego finału, który w ogóle przecież nie jest przewidywalny.
    Rozumiem ogólny zamysł filmu, zarys poszczególnych scen, ale wykonanie jest tragiczne.
    Sceny, które miały pokazywać strach, zniszczenie, czasem po prostu mnie śmieszyły. Pogodzenie się superbohaterów wykonano tragicznie, Batek miał zobaczyć w Supermanie człowieka, ale wyszło to komicznie.
    W ogóle całe uniwersum jest budowane od d strony. Czemu Luthor chce zabić Supermana? Czemu Batek i Supcio walczą? Praktycznie zero wytłumaczenia.
    To jest zlepek origin story, wielkiego blockbustera i wprowadzenia do solowych filmów.
    Za dużo. Za dużo na jeden film.
    Przed BvS powinno się pojawić co najmniej kilka solowych filmów, w tym Batman i drugi Superman, a będą one dopiero po.
    Oglądało mi się przyjemnie, ale scenariusz jest beznadziejny. Obsada na plus.

    • Łukasz Kołton

      „Następna sprawa, sny Batmana, które są dziwne i właściwie… Nic nie wnoszą do fabuły? Jak i pełno innych scen. One po prostu są, żeby były. ” – Nie są dziwne. One są jakby wizjami tego co ma dopiero nadejść w filmie Justice League. Symbol Omega, który we śnie zobaczył Batman należy do Darkseida. Stwory, które porywają ludzi to Parademony z Apokolips. Więc nie masz racji.

      • Ale to oglądamy film – odrębną, zamkniętą całość – czy odcinek serialu?

        • Łukasz Kołton

          Ten film jest częścią pewnej całości. Wstęp do Justice League

      • Beryl Autumnramble

        Wiedza z komiksów nie ma tu znaczenia.
        Z filmów (bo liczę tu i „Man of Tinfoil”) w żaden sposób to nie wynika, czyli z punktu widzenia przestawianej opowieści są to sceny oderwane od historyjki i nie tylko nic nie wnoszące, ale wręcz przeszkadzające w fabule.

        • Łukasz Kołton

          Niby w czym to przeszkadza fabule? To, o czym napisałem jest aż nadto oczywiste. I nie trzeba tutaj mieć specjalnej wiedzy z komiksów. Dodatkowo Luthor na końcu filmu mówi „On nadchodzi”. I chodzi o Darkseida, choć nie jest to powiedziane wprost.

          • Beryl Autumnramble

            Przeszkadza o tyle, że ja na przykład tych komiksów nie czytam, więc co to są Darkseidy nie mam pojęcia (chociaż nie – jak właściwie chcą tam crossoverować to scyborgizowane małżeństwo ze SWAT Cats? Przecież to kompletnie inne uniwersum, a i praw chyba nie mają), widzę tylko, że tu wyskakuje jakaś stuletnia baba z lassem, tam Batman udaje Mad Maxa, ktoś tam straszy ryby, kobieta Supermana okazuje się telepatką, Luthor jest opętany przez coś z kosmosu i wszystko to nie ma ładu ani składu.Nawet mnie nie zdziwiło, jak matka Batmana wyskoczyła z grobowca, uznałam to za normalny rozwój tej psychodelii.
            Chcą wprowadzać podwaliny pod nowe uniwersum – genialnie. Ale niech to będzie w drobnych ilościach i tak, żeby nie rozpierniczać fabuły,

  • Tu nawet nie chodzi o jedną i tę samą minę, bo Christian Bale też miał ciągle jeden wyraz twarzy, a jednak widać było na jego licu te wszystkie emocje, które kotłują się pod czarnym lateksem. Po prostu Ben Affleck ma facjatę bez wyrazu. Moim zdaniem, to on w ogóle wygląda tak, jakby nie miał za wiele między uszami, bo nawet jak się uśmiecha albo jest zły, jego oczy mówią, że nie wie co robi, ani skąd się wziął tam, gdzie jest. Nie wiem, ja tam zawsze mam z niego lekką bekę – niezależnie od gatunku filmu, w którym występuje.

    Druga sprawa, która boli mnie bardziej, to przekonanie niektórych twórców, że jak coś jest sci-fi albo fantasy, to nie musi, a wręcz nie może mieć absolutnie nic wspólnego z logiką. Tzn. nie wiem, czy rzeczywiście takie przekonanie mają, bo chyba żaden się wprost nie przyznał, ale jak inaczej wytłumaczyć te wszystkie dziury w fabule, nietrzymające się kupy wątki i wydarzenia z dupy? Moim zdaniem film powinien tworzyć spójną całość niezależnie od tego, czy opowiada o polowaniu na robotyczne smoki w roku 3016, czy o dziejach brytyjskiej rodziny królewskiej.

    A motyw z okularami przez tę całą naiwność zawsze postrzegałam jako uroczy :D

    • Realysta

      Moim zdaniem film to zbitek dwóch scenariuszy, na których osobną realizację zabrakło kasy.

  • Mateusz Kapuściński

    Mnie najbardziej zabolała jedna rzecz.. muzyka, niestety, lecz Hans Zimmer dostosował się do poziomu filmu i ścieżka dźwiękowa również jest totalną klapą.

    • Jeden motyw jest fajny. Ten na początku powtórzony na napisach. Reszty nie kojarzę xd

  • Uwielbiam Wonder Woman i cieszyłam się gdy zobaczyłam ją w filmie, ale niestety równie dobrze mogłoby jej nie być. Bardzo fajnie, że była, ale jakby nie było to nic by to nie zmieniło, bo jej postać nic nie wnosi ;_;
    Najgorszy jest punkt 25, bo ja w niektórych momentach zastanawiałam się czy oglądać czy może się zdrzemnąć. Ze trzy razy naprawdę poległam, mimo, że wychodząc z domu nie czułam się senna ani trochę. Było po prostu na maksa nudno. Widzów nie rusza nawet finałowa „smutna” scena.

    • Wątek z Wonder Woman dla mnie wyglądał trochę jak notyfikacja na Youtube w trakcie filmu „a tutaj kliknij po kolejny odcinek” i chyba tylko temu de facto służyła, żeby zajawić kolejny film.

      A „smutna” scena na końcu była niewiarygodnie nijaka, najbardziej przez to, że reżyser chyba nie mógł się zdecydować jakim akcentem zamknąć film.

  • COOO COOO? AŻ TAKI SPOJLER? JAK TO ZABITO MU RODZICÓW!!!!1111???//
    Miałem iść do kina, ale po kolejnej miażdżącej opinii naprawdę zastanawiam się bardzo mocno nad tym posunięciem.

    • Jak jesteś ultra fanem, to pewnie i tak nic Cię nie zatrzyma, ale jak nie, to polecam „Pitbullla”, bo o niebo lepsze kino rozrywkowo-sensacyjne.

      • Nie lubię polskiego kina i w tym temacie jest niereformowalny, więc i PB odpuszczam nawet jeśli lepszy :)

        • Poza dziełami Smarzowskiego, też podchodzę z mocnym dystansem, czy wręcz niechęcią, do nowych polskich filmów, ale „Pitbull” jest naprawdę dobry, nie ma w nim ani jednego żenującego momentu i nieco burzy stereotyp o polskim kinie :)

  • Arielka

    3. W jednej z pierwszy scen Superman wchodzi w butach do wanny.
    W której jego partnerka jest naga. Kumacie? Typ wszedł do mieszkania z
    podwórka, jego panna się kąpie, a ten ładuje się z całym tym syfem na
    podeszwach do środka. Fuuuj!

    Fuuuj!

  • Wiesz, Deadpool inaczej schował pierścionek zaręczynowy.
    Może miał tam też pendrive’a z nowym Supermanem i Batmanem.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Jesteś stary, jeśli nikt nie oblał Cię w lany poniedziałek

Skip to entry content

Gdy byłem dzieckiem, w lany poniedziałek najważniejszy zawsze był początek dnia. To jako który obudziłeś się w domu, decydowało o tym, czy byłeś polującym, czy upolowanym. Pamiętam jak w któreś Święta Wielkanocne zaspałem i z cieplutkiego snu wybudził mnie zimny strumień wody opadający mi na twarz. To moja mama, zrewanżowała się za poprzednie śmingusy-dyngusy, kiedy to ona była wyrywana ze snu przy pomocy gumowej psikawki imitującej jajko. Babcię oblewałem zazwyczaj, gdy już była na nogach, choć i tu trzeba było obrać odpowiednią taktykę, bo zdarzyło się, że pozorując zajęcia kucharsko-kuchenne, tylko czekała aż się zbliżę i zaatakowała pierwsza z przezroczystej żaby z wodą. Jak na swoje lata miała lepszą celność, niż niejeden wytrawny gracz w Counter Strike’a.

Wraz z wiekiem wodny oręż ewoluował.

Od wcześniej wspomnianych psikawek, które miały skandalicznie małą pojemność i koszmarnie żaden zasięg, przez pistolety i strzykawki wystrzeliwujące wodę ciutkę dalej, po opakowania po Ludwiku mieszczące całkiem przyzwoitą ilość amunicji i strzykawki laryngologiczne mające zasięg od schodów klatki aż po trzepak, kończąc na 5-litrowych baniakach i wiadrach. Które przy dobrym zamachu wyrzucały wodę do połowy podwórka. Niestety, mimo imponującego zasięgu rażenia, miały naprawdę sporą niedogodność – po dwóch atakach trzeba było wrócić do domu po przeładowanie. Co było równoznaczne z tym, że będąc na terytorium wroga, bardzo szybko stawałeś się bezbronny.

„Bezbronny” z kolei równało się „mokry”, a „terytorium wroga” równało się „każde miejsce poza domem”.

W lany poniedziałek osiedle przypominało klimatem „Gangi Nowego Jorku”. Tyle, że bez krwi. Choć z dwa razy się zdarzyło, że ktoś przymierzając się do ataku z wiadra, nie zauważył, że ma swojego krok od siebie i zamachując się z „całej pety przyłożył mu w kinola”. Że już tak podwórkowym slangiem polecę. Cóż, to była wojna. I to wojna, która nie bierze jeńców. Nie było tłumaczenia, że to ostatnia sucha koszulka, że właśnie idziesz na obiad do dziadków, że to koszulka z Najki, czy Adasia i starzy Cię zabiją, albo, że rodzice wyszli z domu i będziesz mógł się przebrać dopiero popołudniu. Tu było prawo wody: płyń z nią albo spływaj. Jeśli oczywiście zdążysz uciec.

Ekipy walczyły między sobą o strefy wpływów w bezlitosnych starciach, napędzając się widokiem pokonanych i piskiem uciekających przed mimowolnym udziałem w konkursie mokrego podkoszulka. Kto chciał uniknąć przymusowej kąpieli, wiedział, że jedynym wyjściem jest pozostanie w domu aż do zmroku. Wszelkie inne próby przesmyczenia się bocznymi alejkami, wybrania okrężnej drogi, czy zamaskowania się nie do poznania, kończyły się w ten sam sposób. Mokro. Ten bój miał tylko jedną, święta zasadę: nie lejemy dorosłych. Dorosłych, czyli tych starych ludzi, którymi nigdy nie będziemy.

Dzisiaj wyszedłem z domu do Żabki po sok, a dzieciaki z pistoletami na wodę minęły mnie szerokim łukiem. Jak smutne jest to?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Dean Hochman
---> SKOMENTUJ

Jak nie być złodziejem w mediach społecznościowych?

Skip to entry content

Media społecznościowe wywróciły internet do góry nogami i wprowadzając erę Web 2.0, pozwoliły każdemu z nas być nie tylko biernym odbiorcą treści, ale i ich aktywnym twórcą. Co u niektórych ujawniło wątły kręgosłup moralny i tendencje do łamania prawa, byleby tylko skupić na sobie uwagę.

W dobie YouTube’a każdy z nas może mieć swoją własną telewizję z ogólnoświatowym zasięgiem, nie trzeba zdobywać żadnych licencji, ani kupować nadajników. Wystarczy napastować ludzi po zmroku i nagrać jak przerażeni wpadają w panikę, a potem wrzucić to na swój kanał. W dobie Twittera każdy z nas może być cytowany przez „Szkło kontaktowe”. Wystarczy napisać tweeta zgodnego z polityką TVN24. W dobie Facebooka każdy z nas może być narodowym satyrykiem. Wystarczy wziąć zdjęcie Aleksandra Kwaśniewskiego, dopisać coś o alkoholu i opublikować na swoim profilu.

W dobie mediów społecznościowych każdy z nas także może być złodziejem.

Jak nim zostać? Chwilę to zajmuje, ale nie jest aż tak trudne. Wystarczy pobrać treść czyjegoś autorstwa (żeby nie było wątpliwości, CZYJEGOŚ = NIESWOJEGO), opublikować na którymś z portali jako własną i już, gotowe! W kilka minut można się cieszyć setkami polubień i dziesiątkami udostępnień zebranymi dzięki byciu złodziejem i kradzieży czyjejś twórczości. Zapytasz, co w momencie, gdy ktoś nazwie nas śmierdzącymi cebulą kradziejami cudzej własności intelektualnej, ordynarnie łamiącymi prawa autorskie? Wystarczy wtedy odpisać, że przecież znalazłeś ten obrazek gdzieś w sieci, więc skąd niby masz wiedzieć, kto jest autorem. Poza tym to tylko internet, LOL. I sprawa załatwiona, hejter zaorany, a ty masz czyste ręce.

Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją, jesteś złodziejem. Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją i ucinasz logo autora lub stopkę, jesteś złodziejem do kwadratu. Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją i doklejasz swoje logo lub stopkę, jesteś złodziejem do sześcianu. I jest prawdopodobieństwo, że ta wirtualna klatka zamieni się w prawdziwą, jeśli faktyczny autor nie będzie miał pobłażliwości dla łamania prawa.

A jak nie być złodziejem w mediach społecznościowych?

To zdecydowanie prostsze. Wystarczy, że będziesz używał magicznego przycisku „udostępnij”, gdy zobaczysz śmiesznego mema, wzruszający filmik, czy celny status. „Udostępnij” – to naprawdę działa. I nie boli.

autorem zdjęcia w nagłówku jest stavos
---> SKOMENTUJ