Close
Close

Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących

Skip to entry content

Żyjąc w internecie i z internetu na co dzień spotykam się ze słowami, które raczej by się nie przyśniły Mickiewiczowi, a czasem trafiam na takie wynalazki, które przyszłyby do głowy Bralczykowi tylko w stanie silnego odurzenia tetrahydrokannabinolem. Czytasz jakąś dyskusję pod statusem znajomego o problemach w pracy i trafiasz na gęsty jak smoła miks angielskiego z technicznym słownictwem informatycznym i szczątkowy polski? I czujesz się zagubiony jak dziecko Macierewicza w smoleńskiej mgle?  To korpomowa.

Mimo, że nigdy nie pracowałem w typowej korporacji, i w nietypowej w zasadzie też nie, to przez działalność blogową i tak mam częsty kontakt z tego typu organizacjami i słownictwem, którym posługują się ich pracownicy. No dobra, przez znajomych też. I przez fakt, że branża reklamowa kocha wszelkie abstrakcyjnie brzmiące akronimy i makaronizmy. Dlatego, jeśli właśnie zacząłeś pracę w Capgemini, spotykasz się z chłopakiem, który jest junior accountant executivem gdziekolwiek, albo źle skręciłeś w internecie i chcesz zrozumieć o czym do cholery gadają Ci dziwni ludzie, to służę pomocą!

Oto korpomowa przełożona na polski, czyli słownik korporacyjnych pojęć dla początkujących.

Fokusować się (focus) – znaczy dokładnie to samo co „skupiać się”, ale po angielsku brzmi poważniej i można udawać, że to jakiś zaawansowany proces.

Przykład zastosowania: kiedy współpracownik namawia Cię na 15 wyjście na fajkę w trakcie godziny, mówisz, że nie możesz, bo musisz sfokusować się na projekcie.

ASAP (as soon as possible) – w korpomowie rzucany częściej niż wulgaryzmy w „Psach”, po polsku znaczy „jak najszybciej to możliwe”.

Przykład zastosowania: gdy wybierzesz się do toalety na dłuższe posiedzenie i w trakcie obrad orientujesz się, że nie ma papieru, wysyłasz ze służbowego telefonu maila do kolegi z działu, że potrzebujesz chusteczek na asapie.

Mieć bekap (backup) – wbrew pozorom nie chodzi o zapasową kopię danych na dyskietce 3,5 cala, tylko osobę, która może przejąć Twoje obowiązki i zastąpić Cię, wykonując pracę na Twoim stanowisku.

Przykład zastosowania: kiedy chcesz wziąć wolne i pojechać z żoną na podróż poślubną, słyszysz od szefa, że nie masz bekapu, więc musisz ją przełożyć na inne życie, bo bez Ciebie firma się załamie.

AFAIK (as far as i know) – z tego co mi wiadomo. Dziwię się, że jeszcze nikt nie spolszczył tego akronimu na ZTCMW.

Przykład zastosowania:

– Karolina jest wolna?

– AFAIK sypia z naszym menadżerem.

Ołpenspejs (openspace) – w dosłownym tłumaczeniu „otwarty kosmos”, w rzeczywistości to duża, otwarta przestrzeń biurowa, przypominając halę produkcyjną, w której ludzie pracują obok siebie, bez podziału na indywidualne biura. Coś jak klasa w podstawówce, tylko z kurewskim zgiełkiem.

Przykład zastosowania: kiedy wynajmujesz mieszkanie przy ulicy, po której jeżdżą tramwaje i właściciel pyta Cię, czy nie będzie przeszkadzał Ci hałas, mówisz, że nie, bo na co dzień pracujesz w ołpenspejsie.

FYI (for your information) – pojawia się najczęściej w mailach i znaczy „do twojej wiadomości”.

Przykład zastosowania: gdy przełożona pyta, czy nie chciałbyś wziąć dodatkowego projektu na siebie i dodaje „FYI: ostatnia osoba, która mi odmówiła została zwolniona w trybie natychmiastowym”.

Mieć kola (call) – nie ma tu błędu i przy „l” nie brakuje polskiego znaku diakrytycznego. „Mieć kola” znaczy mieć zaplanowaną rozmowę telefoniczną, bądź wideorozmowę na Skype. Od normalnego połączenia przez telefon różni się to tym, że kol występuję tylko i wyłącznie jako rozmowa w sprawach służbowych.

Przykład zastosowania:

– Idziemy na lancz o 14?

– Nie da rady mordo, mam bardzo ważnego kola.

Target – najczęściej nie chodzi o grupę docelową produktu, a pracowniczą normę do wyrobienia na dany miesiąc.

Przykład zastosowania: gdy przełożony mówi Ci, że w tym kwartale nie dostaniesz premii, argumentuje to tym, że nie wyrobiłeś targetów.

Pan Kanapka – brzmi jak nazwa niskobudżetowego superbohatera? I w sumie tak jest. „Pan Kanapka” to człowiek, który jest obwoźnym Subwayem. Przychodzi rano do budynku z torbą wypakowaną jedzeniem i chodzi po biurach, oferując gotowe śniadanko w postaci kanapek i sałatek.

Przykład zastosowania:

– Żona zrobiła mi na drugie śniadanie bezglutenowego sandwicha z jarmużem, humusem, guacamole i grillowanymi wnętrznościami azjatyckich dzieci, chcesz spróbować?

– Nie, dzięki, poczekam na Pana Kanapkę.

Dedlajn (deadline) – wydawać by się mogło, że to hasło związane ze śmiercią, jednak nie, tyczy się punktualności i oznacza „termin”. Choć w niektórych korpo, faktycznie, przekroczenie dedlajnu może być równoznaczne z natychmiastowym zgonem spowodowanym przez zwierzchnika.

Przykład zastosowania: kiedy szefowi bardzo zależy na tym, żebyś powierzone Ci zadanie wykonał na czas, może powiedzieć, że jeśli nie dotrzymasz dedlajnu, wylecisz z pracy przez okno razem z biurkiem.

Fakap (fuck-up) – wbrew pozorom, to nie określenie seksu na półpiętrze, a najmodniejszy w ostatnich czasach synonim „zawalenia sprawy”. I mimo, że nie trzeba kończy anglistyki, żeby wiedzieć, że „fuck” to wulgaryzm, to jakieś 90% osób używających tego grepsu udaje, że jest zupełnie odwrotnie. Rzucając na prawo i lewo „fakapami” i jednocześnie krzywiąc się, gdy ktoś powie, że „zjebali projekt”.

Przykład zastosowania:

– Czemu Krzysiek już z nami nie pracuje?

– Bo zrobił duży fakap.

Mieć miting (meeting) – to dość proste, więc tłumacząc to hasło raczej nie odkryję nowego pierwiastka. Chodzi po prostu o „spotkanie”. Przepraszam bardzo, oczywiście „biznesowe spotkanie”, bo przecież jesteśmy w pracy.

Przykład zastosowania: kiedy pod przykrywką omówienia bieżącego projektu ustawiłeś się z chłopakami z innego działu, żeby ustalić co robicie w piątek, wpisujesz w kalendarzu pracowniczym, że masz miting.

Kejpiaje (KPI/key performance indicators) – powtarzając za Wikipedią „kluczowe wskaźniki efektywności”, czyli, przekładając na ludzki, rzeczy, które muszą się wydarzyć w trakcie realizacji projektu, aby szef Ci nie urwał głowy.

Przykład zastosowania:

– O ile zwiększyliśmy sprzedaż w segmentach H, W i DP?

– W sumie o 7,85%.

– A ile było napisane w Kejpiajach, że mamy zwiększyć?

– 8%.

– Kurwa…

Klepnąć akcept  (accept) – gdy jesteś osobą decyzyjną w jakimś zakresie, znaczy tyle co, „zaakceptować coś” lub „dać zgodę na działanie”.

Przykład zastosowania: jeśli pracujesz w zasobach ludzkich i pracownicy domagają się 5-warstwowego papieru toaletowego zamiast szarego, żeby takowy pojawił się w przy muszlach klozetowych, musisz dać akcept na jego zakup.

Kejs (case) – jest pojęciem tak wieloznacznym, że aż woda w mózgu może się zagotować. Szukając tego pojęcia w słowniku angielsko-polskim zobaczymy, że jest przetłumaczone zarówno jako pudełko, skrzynia, futerał, walizka, teczka, przypadek, wydarzenie oraz sprawa. W korposlangu „kejs” jednak funkcjonuje jako „zadanie”, którym należy się zająć, bądź je rozwiązać.

Przykład zastosowania: gdy po latach klepania nadgodzin awansujesz na stanowisko kierownicze i będziesz rozdzielał pracę na poszczególnych członków zespołu, na spotkaniu projektowym powiesz, że przydzielasz im kejsy.

Brif (brief) – „wprowadzenie do zadania” tudzież „opis projektu”. Dokument zawierający podstawowe informacje, z którymi należy się zaznajomić, aby zacząć pracę przy danym temacie.

Przykład zastosowania: jak już rozdzielisz podwładnym kejsy, musisz im wysłać bo briefie, żeby wiedzieli na czym się fokusować i nie zrobili żadnego fakapa.

Lancz (lunch) – po staropolsku to po prostu obiad, ale „lancz” brzmi bardziej światowo.

Przykład zastosowania: gdy zamiast hipsterskiej tarty z wątróbką z dzika, duszonym bakłażanem i carpaccio z buraka, żona zapakowała Ci na obiad mielonego z ziemniakami, mówisz współpracownikom, że dziś nie jesz lanczu, bo jesteś na diecie.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących II()

  • Pingback: Korpomowa, korpożargon? Korpobełkot! – MajaMP()

  • Pingback: Korpomowa, korpożargon? Korpobełkot! – VISUAL ENGLISH()

  • Pot się niewątpliwie lał jak czelendżowałeś tego posta :)

  • Gaba

    A gdzie issue?! Przecież to soł important słowo w korpo! Wiem z doświadczenia :P Można je użyć w tylu kontekstach że łohoho :)

  • KaZet

    jeszcze „bizi”, „ardżent” (nie wiem czemu ludzie tak mowia skoro prawidlowo jest „erdżent”- niemniej wszyscy od dyrektorow przez managerow oczywiscie Polakow – narod kalek w sensei od kalki), „zrobilem apruwa”, „skriny”, „sofistykowany”, „ekscelentny”.

  • Bardzo dobre zestawienie. Niestety ten lengłidż wdziera się w jaźń że jak się nasłuchasz to samemu zaczynasz tak gadać. Z branży reklamowej mogę jeszcze z pewnością dopisać mój ulubiony „landing pejdż”, używany w każdym kontekście dot. strony internetowej. ;)

    Mówi się, że kto sieje ASAP, ten zbiera FAK UP ;)

  • Podstawy już znam, może czas przestać stronić od szukania pracy w korpo ;)

  • Emilja

    Bardzo fajny tekst na poniedziałek ;)

    Tak fajny, że dodam jeszcze do niego kilka inspiracji i uściśleń ;)
    Otóż Brif zawiera jeszcze debrief, czyli takie spotkanko uzupełniające jak potrzeba dodatkowych informacji o kejsie ;) Przy tym haśle warto pamiętać, że jak się te brify wysyła to też ma swoją nazwę – jest to brifowanie rzecz jasna ;)

    A co do akceptu to bywa – chyba – zamienny z apruwalem. W zależności od tego po której stronie komunikatu jesteś. Twój opis bardziej do tego drugiego pasuje, bo ty się na coś zgadzasz. Akcept możesz częściej dostać niż dawać.

    Poza wspomnianym każual frajdej brak mi jeszcze FYA, czyli tzw. „Zaliczyłeś fakapa i się teraz tłumacz”.
    A już nie wiem czy to powszechne, ale w starym korpo miałam „łan on łan” czyli status z przełożoną mający na celu omówienie problemów czy czelendży, które się pojawiają. Niestety 8 m-cy w korpo nie dało mi wiedzy czym są Czelendże jeszcze.

    Nowomowa z branży reklamowej obejmuje jeszcze: kii wiżuale (key visual) – graficzny motyw przewodni marki (w skrócie KV), który obrazuje jej wartości.
    Floł czart – na ile się zorientowałam to rozpiska postów w social media. Występuje zamiennie czasem z harmo u moich PMów.
    No ale to wszystko musi być zrobione jakoś tak smartnie przede wszystkim, nie?

    Czekam na wolium 2 ;)

  • Uśmiałam się! Niestety to takie smutne i prawdziwe! :)

  • drosophilae

    Czym się to różni od fedrowania, dekatyzowania i wszelakich innych słów, które przyszły do nas z innych krajów razem z technologią? Co więcej, słowa typu kolaudacja, konsylium, kolokwium pochodzą z niegdysiejszego języka uniwersalnego, czyli łaciny, więc skąd to święte oburzenie? Naturalny proces językowy.

  • Niedawno tłumaczyłam mojej znajomej, jak powiedzieć po polsku, że się na czymś „fokusuje”. Obydwie jesteśmy licealistkami. Jak miło, że chociaż ja umiem jeszcze mówić po polsku, co moi znajomi by beze mnie zrobili.

    Z przekleństwa mi polsku i po angielsku to chyba wygląda tak, że gdy jest wyraz niesympatyczny w języku obcym, w dodatku w jakimś zwrocie, właśnie jak fuck-up, to jest automatycznie uznawany za przyzwoity. Za to przekleństwa po polsku są zachowywane na okazje dosadne. W moim towarzystwie ludzi z grubsza przyzwoitych nikt nie ma oporów, żeby nazywać fakultety „fakami”, natomiast żeby ktoś z nich wyraził się niecenzuralnie po polsku, musi być już naprawdę wkurzony. Stąd stawiam tezę, że przekleństwa po polsku po prostu brzmią lepiej, i są jak prawdziwa czekolada, a poczciwe „faki” przypominają wyrób czekoladopodobny.

  • Agata

    Klepnąć akcent – w niektórych korporegionach działa zamiennik: „dać apruwal”. Ja z własnej inicjatywy propaguję „apro”, zawsze to skrót jakoś bardziej polski, ale wiadomo, polski w korpomowie nie jest modny ;)

  • Trochę się uśmiałam, ale przyznam, że niektórych sformułowań nie znałam i nigdy nie słyszałam ani nie widziałam (np w mailach) w użyciu w amerykańskiej korpo (pracuję w USA). AFAIK – serio? Kto tego używa?

  • kamehameha

    nie wiem po co taki wpis, bo imo każdy zna angielski

  • Tak czytam i czytam i nie do konca wiem z czego sie smiac ;)
    „wplyw szerokosci geograficznej na poczucie humoru”

  • Przyda mi się bo od kwietnia będę korposzczurem.

  • Pingback: FOKUS - co to znaczy "fokusować się"?()

  • Jeszcze imprówmenty, WFH, tikiety / rikuesty / ordery (łatewa!), lejżur rumy, ołwer tajmy i wiele innych. Aj.
    Ano, ostatnio też usłyszałam, że urlop na żądanie można wziąć tylko w emerdżensi przypadkach.

  • Czytałam ten tekst niemalże że z łezką wzruszenia w oku, zwłaszcza, gdy dobrnęłam do kejpiajów <3 5 lat pracy w tym środowisku wystarczy mi z nawiązką na całe życie, ale doświadczenie bezcenne ;)

  • Brakuje „keżual frajdej” ;)

    • Cholera, faktycznie, chyba będzie trzeba zrobić druga część.

      • Ven

        Czekam w takim razie, bo pierwsza rozwaliła system! Genialny tekst.

        • Dzięki wielkie!

        • Czekam również, bo mnie zaciekawiłeś! Swoją drogą, sprostowując, Karolina nie jest wolna, ale również nie sypia z menadżerem, bo dyrektorem jej liceum jest kobieta. Pierwszy raz widzę swoje imię w przykładzie i to w dodatku w śmiesznym, musiałam. :D

      • Pina

        Nie drugą część, możesz tylko „apdejtowac” artykuł :-P

        • Czekam tylko aż sforłardujesz mi tiketa z takim taskiem.

  • FYI wypowiada się „efigreki” czy „efłajaj” czy po prostu „FYI”? W sumie na jedno wychodzi i tak macz izjer powiedzieć „dla twojej informacji”. Po co ludzie sobie tak życie utrudniają, ja nie wiem…

    • Najczęściej stosuje się w formie pisanej, jak dopisek w mailu, ale kilkukrotnie słyszałem w wersji mówionej jak „efłajaj”.

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

Zasada szczoteczki, czyli skąd wiadomo, że nie chodzi mu tylko o seks

Skip to entry content

Nie chciałaś być sama. Już nawet nie chodziło o to, że na spotkaniach ze znajomymi, gdzie pary licytowały się na kupione szafki w IKEA, czułaś się jak piąte koło u wozu, równie na miejscu, co heteryk w gejowskim klubie. Wkurwiało Cię to jak bezpłatne nadgodziny, ale istotniejsze było co innego. Nie chciałaś być sama, bo miałaś już dość trzymania w sobie miłości na później. Tłamszenia wewnątrz tych wszystkich uczuć w pastelowych kolorach, które chciałaś dzielić z drugą osobą, ale wciąż musiałaś odkładać je na później. Później, które nie nadchodziło. Bałaś się, że stanie się z nimi to samo, co z tym winem, które dostałaś po obronie magistra i trzymałaś na specjalną okazję. Że od tego czekania, przekroczą datę ważności i zamienią się w ocet, a okazja nie nadejdzie.

Wzięłaś sprawy w swoje ręce. Poznaliście się przez tę straszną aplikację. Tę, którą wszyscy nazywali wirtualnym burdelem. To znaczy, wszyscy którzy o niej słyszeli, ale nigdy jej nie używali.

Napisał, że masz ładne okulary i wyglądasz w nich trochę jak Audrey Hepburn, co całkiem Cię ujęło, bo kupując je faktycznie myślałaś o swojej ulubionej aktorce. I było to o niebo lepsze, niż te wszystkie teksty o spadaniu z nieba i wiadomości typu kopiuj-wklej. Przed pierwszym spotkaniem pół dnia zastanawiałaś się jak się ubrać, chciałaś zrobić na nim wrażenie, ale jednocześnie nie chciałaś, żeby za dużo sobie pomyślał, starając się przy tym, abyś ani nie wyglądała jak po treningu na siłowni, ani jakbyś właśnie szła na studniówkę. Ostatecznie ubrałaś się jak na rozmowę o pracę. W charakterze hostessy. A on po prostu włożył luźne dżinsy, polówkę i sweter.

Mimo turbo dekoltu, udało mu się nie patrzeć na Twoje cycki przez całą randkę i nawet dał radę na tyle skupić się na rozmowie, by kilka razy Cię rozśmieszyć. Coś z tego będzie?

Wylądował między Twoimi udami na czwartym spotkaniu i na dobrą sprawę nie byłaś w stanie stwierdzić, czy to się stało „już”, czy „dopiero” na czwartym spotkaniu. Klasyczny dylemat singielki zmęczonej byciem singielką – zaspokoić swoją potrzebę bliskości, czy nie wyjść na łatwą? Na drugi dzień zadzwonił. I na trzeci. I na czwarty. I po tygodniu trudno było Ci wytrzymać więcej niż dobę bez usłyszenia jego głosu. I dosiadania go.

Seks był dobry. Bardzo dobry. Po takim czasie celibatu zadowoliłabyś się nawet kwadransowym misjonarzem, byleby tylko ktoś Cię wziął po, a nie przed grą wstępną, i dał się wtulić już po wszystkim, a tu nieoczekiwanie dostałaś mistrza minety i wirtuoza łechtaczki w jednym.

Kiedy lepka od podniecenia wchodziłaś na niego, wiedział co z Tobą zrobić. Wiedział jak Cię dotykać, kiedy przyspieszyć i w którym momencie złapać Cię za szyję żebyś doszła. Wiedział to tak dobrze, że zaczęłaś się zastanawiać ile innych musiał mieć przed Tobą, żeby posiąść tę wiedzę. I ile będzie miał po Tobie.

Pobawi się i zostawi? Zależy mu tylko na seksie?

Poza byciem w Tobie, zdarzało Wam się być razem też w innych sytuacjach. Zdobywaliście się na takie wariactwa jak wyjście do kina, obiad na mieście, a nawet spacer. Raz doszło do tego, że aż wyszliście na piwo z Twoimi znajomymi i jakimś cudem nie pozabijałaś ich tulipanem z barowego kufla, gdy zaczęli przerzucać się kompromitującymi faktami z Twojego życia. Był pierwszym facetem od 3 lat, z którym chciałaś robić coś więcej niż udawać zainteresowanie i wmawiać sobie, że nie ma ideałów i najważniejsze to, żeby mentalnie był choć trochę dojrzalszy niż Kuba Wojewódzki. Wpadałaś w niego jak w ruchome piaski i bałaś się, że po drugiej stronie może jednak nie być tęczy i gara ze złotem.

Było Ci z nim dobrze, gdy przychodził do Ciebie wieczorami… ej, ej, stop! Koniec o seksie! Ustaliliśmy, że znaleźliście w tym temacie wspólną płaszczyznę. Mówiąc dosłownie. Dobra już, wróćmy na ziemię niewyżyta kobieto, życie nie kręci się tylko wokół łóżka! Jeszcze raz: było Ci z nim dobrze, był inteligentny, potrafił Cię rozśmieszyć i miał dużo mniejsze ego niż kutasa, przez co lubiłaś z nim spędzać czas również w pozycji wertykalnej. I miałaś wrażenie, że jest to lubienie z wzajemnością. Tyle, że wrażenia mają to do siebie, że bywają złudne, a Ty ciągle nie byłaś pewna na czym stoisz. Mijały już 2 miesiące, a Ty wciąż nie poznałaś żadnego z jego znajomych, bywały dni, że nawet nie wysłał Ci głupiego smsa o tym, że pada i jest wtorek, nigdy nie mówił o Was w liczbie mnogiej, a na imprezę firmową poszedł sam. Lub z inną.

Kolejne zestawy pościeli lądowały w praniu, a Ty wciąż nie wiedziałaś, czy coś z tego będzie.

Nie składaliście sobie żadnych deklaracji, nie wpuścił Cię do swojego świata na tyle, byś mogła czuć się jego częścią i zastanawiałaś się, czy znów nie otworzyłaś serduszka przed kimś, kto nie chciał się w nim zadomowić, tylko sprawdzić, czy wygodne. Kolejny raz, bo już trafiłaś na pana, który pozwolił zakwitnąć uczuciom, które w Tobie rosły, by z dnia na dzień odciąć im dopływ wody i pozwolić im zwiędnąć jak zwykłym chwastom. Bolało za pierwszym razem. Bolało za drugim razem. I nie chciałaś po raz trzeci czuć bólu, gdy ktoś ususza to, co najdelikatniejszego nosisz w sobie. Bałaś się, że to, co Ty widziałaś jako ziarno kiełkującego związku, dla kogoś było tylko zbędny nasieniem, które się oddaje, wdeptuje w glebę i idzie dalej.

Piętrzący się chaos w Twojej głowie poukładało jedno niepozorne zdanie, wypowiedziane tuż przed tym, jak znowu miałaś ułożyć się do snu, opierając o jego ramię i zastanawiając, czy będzie następny raz.

– Zostawiam u ciebie swoją szczoteczkę, pamiętaj, że ty masz z Colgate, a ja Oral-B, bo obie są zielone.

– Szczoteczkę?

– No, szczoteczkę. Do mycia zębów. Wiesz, takie plastikowe coś z włóknami na co kładziesz pastę i wkładasz do ust, a potem przeciągasz po tym czymś, co ci wystaje z dziąseł, posuwistymi ruchami. Nasza cywilizacja nazywa to szczoteczką do zębów.

Jeśli mężczyzna zostawia u Ciebie swoją szczoteczkę do zębów, to możesz mieć pewność, że coś z tego będzie. Gdyby interesował go tylko seks, nawet by o tym nie pomyślał, nie mówiąc już o wykonaniu tak skomplikowanego procesu, jakim jest pójście do sklepu i kupienie jej. Nie wiedziałaś, że faceci to lenie i dopóki się nie zaangażują, mogą całe tygodnie myć zęby palcem, jak na zielonej szkole?

Teraz już wiesz. Nie ma za co.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tomaz Stolfa
---> SKOMENTUJ

Test: jak dobrze znasz się na kobietach?

Skip to entry content

8 marca – dzień płci karmiącej. Bez kobiet, ani nie byłoby na nas na tym świecie, ani Nervosol nie sprzedawałby się w takich ilościach. Z okazji święta wszystkich matek, sióstr, córek, babć i pań z urzędów, warto zastanowić się, co my – mężczyźni – tak naprawdę o nich wiemy. Oprócz tego, że oczywiście każda z nich nie jest taka jak wszystkie. Co zupełnie nie stoi w sprzeczności z tym, że każda pada jak wygrana w Totolotka na widok Ryana Goslinga.

Wydaje Ci się, że coś tam ogarniasz z tymi laskami, bo raz udało Ci się bez pudła wyliczyć dni niepłodne? Nie bazuj na przypuszczeniach, sprawdź jakie są fakty! Przejdź test i dowiedz się jak dobrze znasz się na kobietach!

---> SKOMENTUJ