Close
Close

Porównanie: praca z domu vs. praca w biurze

Skip to entry content

Odkąd zrezygnowałem z pracy na etacie, oprócz ciągłych pytań z czego będę żył jak minie moda na blogi i co robię z tym całym wolnym czasem, którego przecież nie poświęcam na pracę na blogu, bo to nie praca, słyszę, że powinienem całą Trójcę Świętą w bonusie z Maryją Wieczną Dziewicą całować po stopach, bo mogę pracować w domu. Dla przeciętnego etatowego pracownika, który, czy to przez charakter wykonywanego zajęcia, czy też ze względu braku cieć budżetowych w jego firmie, nie doświadczył jeszcze korporacyjnego „home office’u”, praca z domu wydaje się słodką opierdalanką przełamywaną słonym nicnierobieniem, w atmosferze różowych jednorożców skaczących nad nagimi niewolnicami każdego koloru skóry i rozmiaru miseczki, wachlującymi jegomościa leżącego z lapkiem na brzuszku i pierdzącego w ulubioną kołderkę.

Pracuję z domu od ponad półtora roku i wygląda to nieco inaczej. Nie mówię, że to katorga, przy której robota Syzyfa jest drapaniem się po jajkach, bo wtedy z pewnością bym to zmienił, ale nie jest tak nieznośnie sielankowo jak się to biurocopom wydaje. Dlatego, żeby to dobitnie zobrazować, przygotowałem porównanie zestawiające pracę z domu i pracę w biurze.

Dojazd, czyli jak mi się nie chce

Dojeżdżanie do biura nie jest czymś co spędza sen z powiek, raczej mocno tych powiek łapie się oburącz i z całej siły ciągnie je w dół, szepcząc do ucha jak Scarlet Johanson w „Her” pobudzające wyobraźnię: „zostań w domu, nie wychodź spod kołdry, tu Ci będzie lepiej”. Jasne, zrywanie się z łóżka w środku nocy, gdy zimą o 6:30 całe miasto jeszcze spowija mrok, nie jest mega opcją. Kiszenie się latem z obszczanym alkoholikami w komunikacji miejskiej i sprawdzanie ile przystanków jest się w stanie przejechać bez oddychania, też nie należy do najmilszych.

To wszystko prawda.

Tyle, że jeśli pracujesz z domu i masz świadomość, że nigdzie nie musisz dojeżdżać, bo z półprzymkniętymi oczyma możesz włączyć laptopa jeszcze w łóżku, sprawia, że czasem naprawdę trudno spod tej kołdry wyjść. I jeśli nie masz zewnętrznego przymusu, że musisz doprowadzić się wizualnie do stanu używalności, to bywa tak, że cały dzień chodzisz w piżamie. A czasem i całe dnie. Bo po co przebierać się, czesać i pięknić, skoro nikt Cię nie będzie oglądał, a w tym w czym, a przede wszystkim pod tym pod czym, spałeś jest tak wygodnie? To może doprowadzić do sytuacji, że po jakimś czasie w lustrze zamiast siebie widzisz pensjonariusza domu spokojnej starości.

Werdykt: remis.

Dress code, czyli korpokostium

Szczerze mówiąc brak konieczności przebierania się – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w biurowy uniform był jednym z głównych powodów, dla których wybrałem stanowisko kreatywne w branży reklamowej. A pracując z domu masz co dzień „ultra casual friday”.

Werdykt: nie będę Was trzymał w napięciu, dom wygrywa.

Atmosfera, czyli ludzie

W pracy, jak w klasie w podstawówce, są ludzie, którym śmierdzi z ust, pierdolą jak potłuczeni, albo samym wyglądem doprowadzają Cię do szału. I mimo, że ich nienawidzisz z całego życzliwego serduszka, które obdarowałoby wszystkich biednych, pokrzywdzonych i wegan, to wiesz, że jedyne co możesz zrobić, to się wkurwiać, bo zobaczysz ich jutro, po jutrze i po weekendzie. I tak w kółko, aż do emerytury.

W domu nie musisz z nimi przebywać, ani w jednym pomieszczeniu, ani nawet w jednym budynku. Tyle, że nie przebywasz też z nikim innym, a – spodziewam się, że się tego nie spodziewałeś – przebywanie z ludźmi w trakcie pracy jest bardzo ważne. Dlaczego? Bo Ci ludzie tworzą atmosferę do działania i motywują do nie odświeżania setny raz Fejsa. Jeśli przez 8 godzin widzisz, że wszyscy wokół Ciebie uwijają się jak Jenna Jameson w trakcie gangbangu, to to podejście też Ci się udziela i Twoja praca jest dużo bardziej efektywna. Jeśli jesteś pozostawiony sam sobie zarówno do pracowania, motywowania i bicia linijką po łapkach w przypadku opierdalanki, to jest dość trudno nie zamulić i nie zawiesić się na godzinę na przeklikiwaniu Youtube’a w poszukiwaniu piosenki z dzieciństwa.

Werdykt: w pracy chodzi o to, żeby pracować, a nikt Ci nie narzuci takiego chomąta jak biuro, tak że dom przegrywa.

Biurko, fotel i podkładka pod myszkę, czyli sprzęt

Tu jest większa loteria niż przy podrywaniu na „bolało? Jak spadłaś z nieba?”. Będąc etatowcem miałem okazję i pracować na kompach bardziej zamulonych niż człowiek w śpiączce, siedząc na chybocących się krzesłach pamiętających denominację złotówki, i przy trubo wypasionych sprzętach z górnej półki, rozwalając się na fotelu prezesa Orlenu. W domu z kolei masz taki sprzęcik i metraż miejsca, w którym pracujesz, na jaki pozwoli Ci budżet. A z tym bywa różnie. Bardzo różnie.

Werdykt: rzuć monetą, bo nie ma reguły.

Przerwy, czyli niepraca

Ci którzy nigdy nie pracowali z domu myślą, że cały dzień jest jedną wielką przerwą z przerwą na sprawdzenie maili. I tak niestety czasem bywa. Czemu niestety? Bo przypominam, że w pracy chodzi o pracę, a jeśli w niej jesteś i się opierdalasz, to może się to skończyć na dwa sposoby:

a) tracisz ją

b) nadrabiasz po godzinach albo w weekendy

Oba warianty są chujowe, więc dla Twojego dobra jest niekorzystanie z żadnego. Dodajmy jeszcze, że o ile siedzisz 8 godzin w biurze i w trakcie przerwy chcesz pobyć sam, to masz taką opcję. Zamykasz się w kiblu albo wchodzisz na dach i załatwione. Z kolei, będąc 8 godzin zamkniętym sam ze sobą w swoim sześcianie, przychodzi taki moment, że w trakcie przerwy chcesz pobyć z ludźmi i tu już jest problem, bo powiedzmy sobie, że sąsiedzi wyprowadzający psy pod Twój blok to nie do końca ludzie, a też trudno, żeby w 30 minut zrobić objazd po znajomych bez teleportu.

Werdykt: biuro nokautuje dom.

Kuchnia, czyli brudne kubki i podpierdalanie jedzenia z lodówki

Z firmowej lodówki nigdy nie stracił przygotowanego wcześniej obiadu tylko ten, kto odżywia się energią słoneczną. Znikające hermetyczne pudełka z gołąbkami są normą. Przywłaszczanie sobie cudzych herbaciano-kawowych kubków jest normą. Palenie głupa, gdy w kuchni pojawia się ogłoszenie o podjebanej własności jest normą. W domu normą jest, że takie rzeczy się nie dzieją, chyba, że mieszkasz na parterze i bezdomni robią sobie noclegownię z Twojego mieszkania pod Twoją nieobecność.

Werdykt: dom jest zwycięzcą. Jeśli tylko nie mieszkasz na parterze.

Czy praca z domu faktycznie jest tak zajebista?

Punktacja na koniec porównania wynosi 3:3 i tak faktycznie jest – nie ma zwycięzcy. Praca z domu na samym początku wydaje się złapaniem złotej rybki i zażyczeniem sobie nieskończonej liczby życzeń, jednak na dłuższą metę okazuje się nieefektywna i równie, jeśli nie bardziej, męcząca. Najlepszą opcją jest mieszanie tych dwóch wariantów i, jeśli jest taka możliwość, praca na przemian – na przykład 2 tygodnie w biurze, 2 tygodnie z domu, aby balansować nastawieniem i poziomem energii.

Gdyby to nie wchodziło w grę, zawsze można rzucić tę robotę w cholerę, wyjechać w Bieszczady i zająć się hodowlą owiec, które nie muszą być ani w biurze, ani w domu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Clement127
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • czasami biorę dni zdalne, ale wtedy mam wrażenie, że pracuję jeszcze więcej, bo nie ma tych uroczych wspólnych przerw na obiad, na śmiechy, relacjonowania niusów z sieci, plotkowania itp. tak więc choć wygoda wygrywa, to po 2 dniach pracy w domu nabieram ochoty, by przejść się do biura. ale i tak jestem szczęściarą, że mam wybór. taki w połowie ze mnie niewolnik: http://dzikikucyk.com/3-rodzaje-wspolczesnego-niewolnictwa-cz-12/

  • Świetnie ujęte, w zupełności się z Tobą zgadzam. Ja miałam tą przyjemność i pracowałam kilka miesięcy z domu, później kolejne kilka miesięcy pół tygodnia w domu, a pół tygodnia w firmie, a teraz od 3 miesięcy już tylko w firmie. Muszę przyznać, że najlepszą opcją, była ta druga – pół tygodnia w domu, pół w firmie – nie zdąży Ci się znudzić siedzenie samemu w domu, a jednocześnie czujesz niezależność w ustalaniu sobie grafiku :)

  • Pingback: Wolny Strzelec - BLOG WEECASE #JestemNiezależny()

  • ŻarłokTV

    Fajny art, zgadza się. Konkluzję popieram – pół na pół – po 2 tygodnie, albo po jednym i zmieniać. Można sobie podobno wykupić miejsce w „loży” za biurkiem, we wspólnej przestrzeni gdzie wszyscy pracuja niby w domu, ale jakby w biurze.

  • Emilja

    Nigdy nikt mi nic w korpo nie zjadł, sprzęt b.dobry (nawet widok z okna na jezioro gratis :D), a dress code nie obowiązuje :)
    Także biuro u mnie wygrywa. Mam możliwość czasem pracować zdalnie, ale jej nie lubię właśnie z powodów, które tu na niekorzyść tego stylu pracy wymieniłeś. Fajny wpis, dzięki :)

  • Ja bym jeszcze dodała, że w przy pracy w domu jest milion pińcet rzeczy, które dekoncentrują albo rozpierdzielają pracę. Sąsiad robi remont. Koty biegają po laptopie. Pranie trzeba rozwiesić. Herbata się skończyła, więc trzeba do sklepu. I nieśmiertelne: „skoro jesteś w domu to mogłabyś…” – kierowane do mnie ze wszystkich stron. Niemniej jednak ja uwielbiam pracę w piżamie i brak ludzi dookoła – gdy chcę do ludzi to do nich idę i mi starcza. Nie mam jakiejś takiej namiętnej potrzeby obcowania z nimi każdego dnia. Jedyne czego mi z pracy w biurze brakuje to tego, że „coś” się dzieje. Że jest o czym opowiedzieć na pytanie „jak ci minął dzień”. Przy pracy w domu moje dni zwykle wyglądają podobnie, bo i rutyna jest taka sama. Dzień zaczyna się tak na prawdę dopiero gdy inni wracają z pracy.

  • Katarzyna Bartosiewicz

    Z powodu niepełnosprawności również pracuję zdalnie. Jeśli ktoś jest aspołeczny to praca w domu jest idealną opcją. Jednak większość z nas potrzebuje innych ludzi jak powietrza i praca w domu sprawia nam ogromną trudność. Ja mam narzucony przez firmę grafik więc nie mam problemu ze zmuszaniem się do pracy bo to ona zmusza mnie. Dress code. Praca w domu doprowadziła do tego, że moja garderoba bardziej przypomina garderobę skate’a niż 26 letniej dziewczyny. No bo przecież wygodniej i nikt nie widzi. Nie wspominając o makijażu a raczej jego braku!
    Jestem zadbaną dziewczyną i nawet siedząc w domu w dresach dbam o to by to jakoś wyglądało ale zazdroszczę dziewczynom, które zakładają sukienki, spódnice i koszule do pracy.
    Zgadzam się, że najlepszą opcją byłoby połączenie tych dwóch form pracy.

  • Kocham pracować w domu (team dres plus lodówka!), ale są takie dni, kiedy wiem, że dzisiaj to nie wyjdzie. Wtedy to ja wychodzę – z komputerem. Gdziekolwiek :)

    No i dopiero kiedy pracujesz w domu okazuje się, kto jest Twoim ziomkiem, a kto tylko kolegą, z którym widywałeś się tak często, bo praca/studia/wspólny autobus ;)

    • Mam tak samo! Jak czuję, że dzisiaj w domu nie stworzę nic konstruktywnego, bo wszystko wkoło będzie mnie rozpraszać (a najbardziej ciepła kołderka…) to ubieram się na „biurowo” i idę z laptopem do jakiejś knajpki czy kawiarni.

      • Ja najczęściej w takich momentach idę do biblioteki bo raz, że i atmosfera sprzyja, a dwa, że w kawiarniach zawsze się boję czy po powrocie z toalety wciąż zastanę swój komputer :)

  • Będąc na trzecim roku studiów mam taką refleksję: marzę o tym, żeby – chociaż przez jakiś czas – popracować właśnie tak z biura. Czyli 8 godzin w pracy, odcinam grubą kreską to co się tam działo, a w domu mam głowę wolną i zdolną do twórczego działania. Bo od szkoły podstawowej, przez wszystkie inne etapy edukacji, zawsze jest coś do zrobienia w domu. A to wejściówka zapowiedziana, a tu kolokwium, tu prezentację trzeba przygotować, a tu napisać do prowadzącego zajęcia. I tym sposobem cały czas myślę o tym, co jeszcze muszę zrobić na studia. Dlatego marzę o takim czasie, że w pracy pracuję, a w domu odpoczywam.

  • Przerabiam to od kilku miesięcy i w pełni się z Tobą zgadzam.

    Po nie całym miesiącu pracowania z domu, wieczorami byłem smutny „tak, bez powodu” i jakoś doszedłem do tego, że po prostu brakuje mi innych ludzi i wychodzenia z domu. Zacząłem więc codziennie albo przynajmniej 3 razy w tygodniu pracować z kawiarni. To było fajne, ale po miesiącu takiej pracy stwierdziłem, że to jednak zbyt obciąża budżet. ;)

    Druga rzecz to czas pracy. Mi ją wyznacza czas powrotu mojej dziewczyny do domu. Tyle że wraca ona dość późno (pracuje daleko), przez co nie jest to 8 godzin, a 10. A są takie dni jak dziś, że wraca jeszcze później. Z drugiej strony, bywały tygodnie, że do roboty miałem mniej (w takim sensie, że zrobiłem też wszystkie rzeczy do wykonania później, w następnych dniach), więc odpalałem sobie jakąś gierkę. Mówiąc inaczej, w biurze czasem się siedzi de facto po nic, a odpalenie gierki nie wchodzi w grę.

    No i ostatnia sprawa, to właśnie ta motywacja. Są dni, kiedy już o 8 robię rzeczy „do pracy”, a są takie, że obejrzenie tylko 1 odcinka serialu i odświeżenie 100 razy fejsa robi z tej ósmej jedenastą. I wtedy jestem trochę w dupie.

    Czyli bywa różnie. Na pewno sporo pomaga sztywna godzina pobudki. Odkąd przeszedłem „na swoje”, zawsze w tygodniu jest to 7 rano i może 3-4 razy zdarzyło się, że wstałem później, bo albo byłem chory, albo „chory”, tj. miałem srogiego kaca.

    • Widzę, że mamy bardzo podobne doświadczenia, dzięki za podzielenie się sposobami na ogarnięcie pracy w domu, myślę, że innym też się przydadzą.

      • Magda Motrenko

        Mi pomaga, jak dzień wcześniej rozpiszę sobie, co dokładnie mam zrobić. Wtedy wstaję, pach, pach, pach i wiem, że teraz mam czas dla siebie i mogę poczytać książkę.

        Chociaż zazwyczaj okazuje się, że lista była ponad moje siły na jeden dzień i potem jestem strasznie spięta, że nie wyrabiam. Muszę jeszcze poćwiczyć planowanie zadań w czasie :P

        • Magda, mam dokładnie TO SAMO! Listę robię dzień wcześniej lub rano i albo mam czas na gierkę, albo się martwię, że jestem w dupie, co czasem wynika po prostu z narzucenia sobie zbyt wielu zadań. ;)

        • Robię tak samo, kupiłem sobie tę tablicę i na kartkach zapisuje długookresowe cele, a na tej powierzchni ścieralnej rzeczy do zrobienia w danym dniu. Bardzo pomaga się ogarnąć i ułożyć pracę. No i ta satysfakcja, gdy pod koniec dnia widzisz, że wrzustkie punkty skreślone :D https://abcprezentacji.pl/pic/upload/flipchart%20eurochart.jpg

  • Borsuk

    Nie mam pojęcia czy dałabym radę pracować tylko i wyłącznie w domu. Trzeba mieć sporo motywacji, konsekwencji i samodyscypliny, żeby sobie ustawić jakoś dzień. I o ile jedna doba przesiedziana w piżamce jest spoko, tak od większej ilości dostałabym depresji. generalnie zresztą od takiego siedzenia w domu można dostać deprechy.
    Wariant mieszany jest ok, chociaż w moim wydaniu wygląda tak, że do popołudnia trzeba robić coś na wydziale, a potem praca w domu, czyli „czego jeszcze nie zdążyłam ogarnąć” :D

  • Są tacy, którzy w domu nie wytrzymaliby miesiąca, są i tacy (jak ja), którzy cenią sobie ciszę, spokój i przyjemność pracy w domu.

    Ale jest jeszcze jedna cecha pracy w domu + na swój rachunek. To w zasadzie 24h dzień pracy. To z jednej strony plus, bo mogę wszystko załatwić w czasie gdy inni siedzą w biurach. Ale z drugiej strony pisanie tekstu o 23:00, bo akurat złapała mnie wena też się zdarza. Ponoć są tacy, którzy potrafią grubą kreską wyznaczyć godzinę końca pracy. Ja jeszcze nie.

    • Trochę mi zajęło nauczenie się wyznaczania granic i oddzielania czasu wolnego od tego, w którym pracuję i mimo, że w tygodniu wciąż zdarza się, że przez czynniki losowe różnie bywa, to w weekend mocno się tego trzymam i staram się nawet nie zaglądać do internetu w celach rozrywkowych :)

  • Jest jeszcze opcja trzecia, czyli taki trochę miks – własny garnuszek z własnym biurem. Tylko tu kurna ciężko w ogóle rozróżnić, kiedy się jest w pracy, a kiedy nie. Trochę to do dupy i ciężko trzeba walczyć, żeby sobie w głowie poukładać co, gdzie, kiedy i dlaczego akurat wtedy nie.

  • BonaVonTurka (Hipis)

    Pracy nie mogę porównywać, ale mogę porównywać naukę w domu i w szkole. Ucząc się tylko w domu przerobiłabym program z liceum co najmniej o połowę szybciej, hobbistycznie dorzucając sobie rozszerzoną fizykę i historię sztuki. Teoretycznie, bo tak naprawdę gdy siedzę w domu raz calutki dzień nie wstaję od książek, a raz calutki dzień nie wstaję od przeglądania głupich obrazków w internecie. Poza tym po trzech dniach mam już depresję spowodowaną brakiem ludzi (mieszkam na zadupiu) i chodzę non stop w spodniach od pidżamy. Chodząc do szkoły jestem chronicznie niewyspana (dojazdy z zadupia) i przepracowana, w szkole siedzę i się nudzę, w domu haruję, śpię rzadko, ale cała zabawa przynosi efekty, mogę spotykać się ludźmi, razem się nudzić, ćwiczyć robienie samolocików z papieru i na dodatek mam kontakt z miastem. Wiem, co się wokół mnie dzieje, panuję nad swoim życiem, dzięki ciągłemu zabieganiu czuję się człowiekiem na swoim miejscu, a w piątek wieczorem, jak już wrócę o tej 23, moje chodzenie w pidżamie jest w pełni uzasadnione. Wolałabym pracę na etacie i tego się będę w przyszłości trzymać.

  • „praca Z domu” to tak celowo?

    • Tak, bo tak jest to nazywane najczęściej w korporacjach.

      • Kuba Sudor

        Z angielskiego – „work from home ” w skrócie WFH

  • Paulina

    Jak dla mnie w kwestii dojazdów dom zdecydowanie wygrywa. Niby ciężko jest się zebrać, ale kiedy trzeba wstać o 5 rano, wlec się potem 2 godziny trzema rodzajami komunikacji miejskiej, tylko po to, żeby z powrotem w domu być najwcześniej o godzinie 18 to się zupełnie odechciewa. Nie dość, że człowiek traci masę czasu, pieniędzy na dojazdy to jeszcze przez brak tych poprzednich niemal całkowicie zanika życie towarzyskie. Jak dla mnie zdecydowanie wygrywa praca w domu ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Dla mnie też ani jedno ani drugie nie stanowi idealnej opcji.
    Co do pracy w domu – podejrzewam, że ziściłaby się w moim przypadku większość z argumentów „przeciwko”, czyli finiszowanie dnia w tej samej piżamie, którą przywdziałam dobę wcześniej, oraz gadanie do kwiatów – z braku obecności ludzi. Poza tym na pewno co chwilę lazłabym do lodówki, więc prawdopodobnie z domu nie wyszłabym już nigdy, chyba że zburzyliby mi jedną ścianę. Trzeba mieć ultradyscyplinę, żeby podołać pracy w domu, być efektywnym i nie zdziwaczeć.
    Ale z drugiej strony biuro…i te przepisowe osiem godzin, z którego człowiek jest w stanie na pełnych obrotach popracować może z pięć, może cztery?
    Najfajniejsza jest chyba praca w wolnym zawodzie (taka jak moja za jakiś czas,he he). Pracujesz tyle, ile uważasz za stosowne i ile potrzebujesz do zrobienia wszystkiego co konieczne, Nie chodzisz pozapinany w trzyczęściowy garnitur i komunijne lakierki, chyba że na grubsze spotkanie zawodowe. Lekarze mają kitel, więc w ogóle po problemie ;).

    • „Pracujesz tyle, ile uważasz za stosowne i ile potrzebujesz do zrobienia wszystkiego co konieczne” – niestety, gdy zaczynasz pracować „dla siebie” często okazuje się, że stosowne jest zrobienie WSZYSTKIEGO i KONIECZNIE musisz to zrobić dzisiaj, co sprowadza się do tego, że pracujesz cały czas, a nie tylko 8 godzin :)

      • Magda Motrenko

        Niewiele osób jest w stanie tak zarządzać swoim budżetem domowym i pragnieniem wydatków :p żeby zrezygnować z chęci zarabiania więcej. Znacie kogoś, kto powie, że zarabia za dużo i w sumie chętnie by zarabiał mniej? :) A na swoim zarabiasz więcej, gdy pracujesz więcej. Myślę, że stąd wynika to, że ludzie czują taką palącą potrzebę robienia wszystkiego na wczoraj, gdy widzą, że mają z tego bezpośrednie korzyści.

        • Otóż to, gdy pracujesz dla siebie i wszystko co zrobisz procentuje dla Ciebie, nagle przestajesz się obijać w pracy :)

      • Aleksandra Muszyńska

        Eee, nie grozi mi to chyba.Nie jestem typem pracoholika.

  • Ada

    Co do tego „biurowego chomąta” zgadzam się, bardzo ciężko jest się w domu wziąć do roboty, wszystko rozprasza, wszystko jest ciekawsze i wszystkie domowe obowiązki są szalenie interesujące i pilne. Jestem takim typem, że bardzo pomaga mi otoczenie i inni ludzie, dość że są gdzieś tam w tle i się do mnie nie odzywają, sama świadomość roboczej atmosfery jest wystarczająco motywująca.

  • No i chyba warto też dodać, że jeżeli pracujesz w domu, to prawie nigdy nie jest to „8 godzin i z bani”.

    • Słuszna uwaga, praca w biurze ma tę przewagę, że wychodząc z biura, wychodzisz z pracy, a pracując w domu najczęściej zostajesz z niezałatwionymi sprawami, które cały czas chodzą po głowie.

Kończę 29 lat. Co powiedziałbym 19-letniemu sobie?

Skip to entry content

Gdy miałem 19 lat i kończyłem liceum, wiek 29 wydawał mi się tak odległy, że nie byłem przekonany, czy kiedykolwiek go dożyje. Dziś jestem po drugiej stronie, w tym tygodniu obchodzę 29-te urodziny i wracając myślami do 19-letniego siebie mam wrażenie, że cofam się niemal do poprzedniego życia. Co zmieniło się w trakcie tej dekady? Nie chcę mówić, że wszystko, bo choćby nazwisko wciąż mam to samo, ale przeszedłem sporo przeobrażeń w tym czasie, głównie mentalnych.

Czy dziś, będąc krok przed 30-tką utożsamianą w naszym społeczeństwie z pełną dojrzałością, dałbym sobie z przeszłości, młodemu szczawiowi, jakieś rady? Pewnie, że tak!

Nie przywiązuj wagi do opinii innych, oni będą stać i pieprzyć, a ty ruszysz dalej

Głowa mnie boli, gdy myślę o tym ilu rzeczy nie zrobiłem, bo bałem się jak to zostanie odebrane przez otoczenie. Lęk przed negatywnymi opiniami innych jest niewiarygodnie blokujący i kompletnie idiotyczny, przy czym o tym drugim dowiadujesz się dużo, dużo później. Gdy dziś patrzę na osoby, które na studiach szydziły z tego, że założyłem bloga, widzę, że są dokładnie w tym samym miejscu, co wtedy. Czyli nigdzie. Pracują za karę, w zawodach, których nie lubią, przeklinają poniedziałki i błogosławią piątki. Nie zrobiły nic, co dałoby im prawo do demotywowania mnie przy realizacji swoich pomysłów, a mimo to im na to pozwalałem.

Czy dziś przeżywam to, że ktoś 5 lat temu mnie wyśmiał? W ogóle. Czy byłbym dużo dalej, gdybym wcześniej „zaryzykował”, że komuś może się nie spodobać to co robię? Zapewne.

Nie rezygnuj z porannej gimnastyki

Ani żadnych innych pozytywnych nawyków, które masz. Bo to jak ze sprzątaniem. Dużo łatwiej jest utrzymywać mieszkanie w czystości, pucując je co tydzień, niż zebrać się w raz w miesiącu, żeby je odgruzować z kurzu i brudnych naczyń.

Kiedyś codziennie rano ćwiczyłem przez 10 minut i nie kosztowało mnie to specjalnie dużo wysiłku, bo był to stały element dnia. Któregoś razu zrobiłem sobie tygodniową przerwę. Która rozciągnęła się na 1,5 roku. Powrót do tego nawyku dzisiaj jest nieporównywalnie trudniejszy, niż niezaprzepaszczanie go przerwą wtedy.

Każdy wybór, którego dokonujesz jest dobry, bo jest twój

Na przestrzeni lat podejmowałem wiele trudnych decyzji, które ciągnęły za sobą poważne, często nieodwracalne konsekwencje. Stając w ich obliczu wielokrotnie się bałem, bazując tylko na intuicji i nie mając pojęcia, czy dobrze robię. Szczęście w nieszczęściu, że nie miałem kogoś kto mógłby narzucić mi co jest właściwe i dokonać tego wyboru za mnie. Zresztą, byłem na tyle niepokorny, że i tak bym go nie posłuchał. Cześć z tych decyzji było nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych i czasami po prostu głupich, ale patrząc na nie z perspektywy dzisiejszego punkt widzenia i tak ich nie żałuję.

Czemu?

Bo każda z nich była moja. Bo wiem, że przez te 10 lat byłem jedyną osobą, która kierowała moim życiem. Bo nie mam wrażenia, że biernie odgrywałem scenariusz napisany przez rodzinę, czy otoczenie.

Próbuj nowych rzeczy

Dokładnie tylu, do ilu tylko czujesz pociąg. Nigdy nie wiesz kiedy pozornie nieprzydatne umiejętności staną się kluczowe dla twojego rozwoju i twojej kariery.

Nie bądź tak zapatrzony w swoich idoli z młodości

Oczywiście, jeśli nie chcesz zostać wrakiem.

Od końca podstawówki byłem zafascynowany rapem, ta muzyka była całym moim życiem, a raperzy bożkami, w których byłem ślepo zapatrzony. Z kolegami godzinami analizowaliśmy ich teksty, przerzucaliśmy się plotkami na ich temat i chcieliśmy robić wszystko to, co oni. Niezależnie jak zdemoralizowane i destrukcyjne by to było. Gdy dziś patrzę na dawnych idoli, których z szacunku za dawne dokonania nie wymienię, widzę wraki zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Nie potrafią ani funkcjonować w społeczeństwie jako dorośli ludzie, ani w rodzinach jako mężowie, nie mówiąc już o parodii ojcostwa. Są teraz karykaturami samych siebie, którzy żyją w nadziei, że jeśli tylko wystarczająco mocno zamkną oczy, to czas się zatrzyma.

Gdybym się cofnął o te 10 lat, pokazałbym sobie co dzieje się z Piotrusiami Panami, gdy opuszczają Nibylandię. Bo zbyt długo byłem pewien, że taka sytuacja nie będzie mieć miejsca, traktując ich jak autorytety, a ich słowa jak drogowskazy.

Nigdy nie jest za późno na zmianę

Zawsze jest jeszcze czas, żeby zacząć wszystko od początku. Zawsze jest jeszcze czas, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Zawsze jest jeszcze czas, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego od zera. Może być trudniej, może być więcej przeszkód, może to zająć więcej czasu, ale nigdy nie jest za późno, żeby ułożyć rzeczywistość wokół siebie tak jak to sobie wymyśliłeś.

Tę radę kieruję zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, żebym nigdy o niej nie zapomniał.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nenad Popović
---> SKOMENTUJ

Wojna Płci: czy można rozstać się bezboleśnie?

Skip to entry content

Ostatni raz w „Wojnie Płci” razem z Asią z Wyrwane z kontekstu rozmawialiśmy o tym jak radzić sobie po rozstaniu i de facto już po publikacji tekstu olśniło mnie, że zabraliśmy się do tego tematu trochę z dupy strony. Bo żeby jakoś ogarnąć bycie samemu, najpierw do tego rozpadu związku musi dojść. A żeby do tego doszło, to ktoś z tej dwójki ludzi musi mieć jaja, zebrać się na odwagę i podziękować sobie za współpracę. Co nigdy nie jest miłe. No, chyba, że jest?

Czy można rozstać się bezboleśnie?

Wojna Płci

Jan: Jesteś z kimś dłuższy czas, powiedzmy trzy lata, a od roku jest chujowo i wiesz, że nie da rady tego naprawić, bo masz już go dość i czujesz się jak zwierzę złapane w pułapkę. Marzysz o tym, żeby się uwolnić i już to zakończyć, ale z drugiej strony on jest podbiałem do rany przyłóż. Ciepły, pogodny, kompletnie zapatrzony w Ciebie i zupełnie nieświadomy. Typowy misiowaty misiu. Da się zostawić go tak, żeby nie cierpiał?

Joanna: Nie. Dlatego ja też cierpię miesiącami, zanim go w końcu zostawię. Dobrych ludzi nie zostawia się łatwo. Co innego, jak jest skurwysyn i cham. Wtedy pewnie będzie go to obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale do tego trzeba by nie mieć serca. Każdy normalny człowiek dotkliwie odczuwa zwykle stratę. A strata drugiego człowieka jest jednak najbardziej bolesną z możliwych.

Jan Favre: Ale przecież wymiotujesz już jego obecnością i męczysz się, jakbyś sama miała przejść drogę krzyżową z drewienkiem na plecach. Czemu nie skończysz tego szybkim cięciem, tylko przedłużasz ten ból? Zrywanie plastra boli najmniej, gdy robi się to jednym pociągnięciem, a nie na raty.

Joanna Pachla: Tak, ale to dobrze wygląda tylko na reklamach w TV. W prawdziwym życiu nie masz zwykle jaj, żeby to zrobić. I to nawet nie przez wzgląd na siebie, tylko właśnie na tę osobę, od której odchodzisz. Myślisz: ok, jakoś to przecierpię, może będzie jeszcze lepiej.  Niektórzy na takim myśleniu są w stanie przejechać całe życie.

Jan Favre: Myślisz, że to jest uczciwe i przede wszystkim w porządku wobec tej osoby? Bycie z nią tylko dlatego, żeby nie było jej smutno? Bycie z nią, mimo że nie masz na to ochoty?

Joanna Pachla: Nie, to nie jest fair. To wynika albo z litości, jaką dla niej mamy (a przecież zwykle sami nie chcielibyśmy, aby się nad nami litowano), albo z naszego tchórzostwa. Boimy się rozstać, bo całe życie trzeba będzie poukładać sobie na nowo. A zanim, to jeszcze podzielić tamto stare. Uzgodnić, kto weźmie kota, a kto żelazko. Kto album ze zdjęciami, a kto toster, który Wam kupili rodzice. Dlatego wolisz odkładać to w czasie.

Poza tym, w ten sposób odkładasz też ból. Oswajasz się ze świadomością odejścia i kiedy wreszcie nastąpi, to będziesz odczuwał ulgę, że to już.

Jan Favre: Ja bym tu raczej przychylał się do tchórzostwa, niż dobrodusznej litości. Osoba, która chce się rozstać, czyli być porzucającym, a nie porzucanym, zazwyczaj boi się brać na siebie odpowiedzialności za zakończenie związku, a przede wszystkim przerażają ją wyrzuty sumienia. Czasem próbuje nawet swoimi manipulacjami doprowadzić do sytuacji, w której to druga strona nie wytrzymuje i pierwsza startuje z pomysłem rozstania. Byleby tylko mieć czyste ręce i móc udawać przed samym sobą, że to nie jego wina.

Joanna Pachla: O, to już jest chamstwo. Ale racja, zdarza się. Tak samo jak wypatrywanie znaków, które utwierdzałyby nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Zakładając jednak, że decyzja już zapadła i chcemy ją wcielić w życie teraz, już – jak to zrobić, żeby tej drugiej strony nie bolało bardziej niż musi? Bo że nie zaboli wcale, to nie jestem w stanie uwierzyć.

Jan Favre: Część osób jako środek znieczulający stosuje kłamstwo i nie podaje prawdziwych powodów odejścia, tylko tytuły popowych piosenek typu „jesteś za dobra dla mnie”, „to nie ty, to ja”, „to dla mnie za wcześnie na miłość” albo „nie nadaję się do związku”, myśląc, że to załatwi sprawę. Załatwia to tylko totalny mętlik w głowie drugiej strony, kompletne rozbicie i ciągłe drążenie w poszukiwaniu odpowiedzi „co tak naprawdę się stało?”, „czemu nie jesteśmy już razem?”.

Załatwia to sprawę powrotu do siebie pod pretekstem naprawienia tego, co nie działało – bo jak robić coś lepiej, skoro nie wiadomo, co było źle? – ale jest strasznym skurwysyństwem.

Z perspektywy osoby, która była zostawiana, najsensowniejszym rozwiązaniem jest szczera rozmowa i powiedzenie wprost, czemu nie możemy już dłużej być razem.

Po pierwsze, jest to uczciwe i okazujesz w ten sposób zostawianemu szacunek. Skoro byliście tyle czasu razem, dzieliliście się swoimi przemyśleniami, przeżyciami i ciałami, to zasługuje na prawdę.

Po drugie, mówiąc, jaki konkretnie jest powód – przykładowo, jeśli nie mogłaś z nim wytrzymać, bo był ucieleśnieniem znieczulicy i na co dzień był zimniejszy niż ruska wódka – robisz coś dobrego dla tej osoby. Jeśli pozna faktyczną przyczynę, będzie mógł nad nią pracować, zmienić się i nie popełniać tych samych błędów w kolejnym związku. To będzie dla niego budujące doświadczenie. Jeśli oznajmisz, że to koniec, bo nie chodzi o niego, tylko o Ciebie i myślisz o wstąpieniu do zakonu, skażesz go na miotanie się w labiryncie domysłów, dodatkowo tworząc negatywny obraz kobiet w jego głowie. Który może uda mu się zmienić, a może będzie go podawał dalej.

Joanna Pachla: Bardzo, bardzo chciałabym Ci przyznać rację i powiedzieć, że szczerość zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale… nie jest. Sama wychodzę z założenia, żeby nie ranić bardziej, niż musisz. Jeśli powiem mojemu facetowi: „słuchaj, od dłuższego czasu nam się nie układa. Kłócimy się o byle co, nie mamy wspólnych tematów, pasji ani zainteresowań, a jedyne, co nas łączy, to rachunki za gaz, już nawet seksu razem nie uprawiamy”, to przecież go nie okłamię, a jednocześnie mocno nie zranię, bo powiem coś, co sam mniej lub bardziej widzi. Jeśli natomiast powiem „odchodzę od Ciebie, bo po tych trzech latach zaczęło wiać nudą, więc chcę spróbować, jak mi wyjdzie z kolesiem z IT”, to on wtedy dostanie kopa na twarz. Podważy zasadność całych tych trzech lat, znienawidzi mnie i będzie się zastanawiał, czy go zdradzałam, jak często okłamywałam, itp., itd. I może jeszcze zrazi się do innych kobiet.

Choć, z drugiej strony, sama jednak wolałabym wiedzieć. Niezależnie od tego, jak bardzo mnie to zrani. Trochę schizofrenia, nie?

Jan Favre: Zdecydowanie za dużo Paktofoniki.

To, że pół prawdy, to całe kłamstwo, to podejrzewam, że wiesz, ale może nie być dla wszystkich oczywiste, że nie zostawiasz – już byłego – partnera, bo chcesz zobaczyć jak wyjdzie z kolesiem z IT, tylko odchodzisz, bo między Wami było na tyle źle, że zaczęłaś robić miejsce dla kogoś innego. I to, czemu tak popsuło się między Wami, może być dla rzucanego cenną informacją.

A prawda, którą da się ułożyć i jakoś ją przepracować, w ogólnym rozrachunku naprawdę jest mniej bolesna, niż kłamstwo, z którym człowiek zostaje jak z opuncją – nie dość, że nie wiadomo, jak to ugryźć, to jeszcze ciągle kłuje.

Joanna Pachla: Ale oczywiście, że nie mówię o mydleniu komuś oczu i sprzedawaniu bajeczki w stylu „kochanie, to moja wina, że nam nie wyszło, wybacz, ale odchodzę”. Zostawiany musi wiedzieć, za co się go zostawia, żeby – jak sam mówisz – wiedział, co było źle, mógł to jakoś przepracować i wyeliminować przy następnym związku. Natomiast nie jestem za wyrzucaniem sobie wszystkiego i praniem wszystkich możliwych brudów. Z szacunku dla tego, co było – lepiej zrobić to z klasą. Nawet, jeśli w pewnych sferach zakłada to milczenie.

Jan Favre: Rozstawanie się z klasą – bez rzucania kurwami czy przedmiotami – jestem w stanie sobie wyobrazić, ale to milczenie chyba nie do końca rozumiem. Czemu i w jakiej sferze miałabyś milczeć?

Joanna Pachla: To odnosi się do wspomnianej wcześniej zasady, że nie ranisz bardziej, niż musisz. Jeśli wiesz, że jest już ktoś inny – nie musisz tego mówić. Jeśli udawałeś wszystkie orgazmy – także nie musisz tego mówić. Jeśli uważasz, że zasługujesz na kogoś więcej – także nie musisz zrównywać tego biedaka z ziemią. W życiu są różne sytuacje. Miejmy jasność, że nie mówię tutaj o własnych motywacjach, ale jestem w stanie zrozumieć kobiety, które długo męczyły się w swoich związkach i postanowiły odejść bez zbędnych tłumaczeń.

Przecież jeżeli od dłuższego czasu Wam się nie układa, to chyba każde z Was samo wie, co jest mniej więcej nie tak? Niepotrzebne są wtedy listy przewinień czy wypunktowywanie, co było źle. Rozchodzicie się i już, bo widzicie, że nie ma sensu w tym trwać. Czasem jedyny argument za odejściem jest bardzo zwięzły i brzmi po prostu: „nie kocham Cię” czy „nie chcę z Tobą już być”.

Jan Favre: To koniec.

Joanna Pachla: Czego?

Jan Favre: Tekstu. Nie kocham Cię już.

autorem zdjęcia w nagłówku jest tnts3000
---> SKOMENTUJ

Nigdy nie wkręcałem się w buddyzm, ale jestem w stanie przyjąć, że istnieje coś takiego jak karma. Jednak, nawet jeśli ktoś krzywi się słysząc te pojęcia, to tego, że wpływamy na otoczenie i innych ludzi już nie może podważyć. Bo to fakt. Każda akcja rodzi reakcję. Każdy kontakt z drugim człowiekiem ma wpływ na nas i na niego. Raz mniej, a raz bardziej znacząco, ale każda interakcja zostawia jakiś ślad. Bo jeśli zmieniamy się pod wpływem czegoś, to właśnie pod wpływem ludzi. A raczej przeżyć jakie fundują nam ci ludzie.

Półtora roku temu w myśl tej idei nawet założyłem kanał na YouTube i razem z Andrzejem Kozdębą ruszyliśmy z akcją „Dobromaniacy”. Chcieliśmy zrobić co zupełnie przeciwnego niż pranki i napastowanie przypadkowych osób nocą. Staraliśmy się rozsiewać pozytywną energię biegając po mieście w kolorowych strojach i pomagając przechodniom w codziennych sprawach. Sprawić, że ich dzień będzie choć trochę lepszy, przez dwóch wariatów w różowych spodniach.

Poza kilkoma dresiarzami, ludzie reagowali na nas bardzo pozytywnie – uśmiechali się, przybijali nam piątki i pozdrawiali nas z daleka. Nawet jeśli w danym momencie nie potrzebowali naszej pomocy, to i tak na ich twarzach malował się uśmiech, co utwierdzało nas w przekonaniu, że dobrze robimy i nakręcało do dalszego działania. Piszę to jednak w czasie przeszłym, bo po 4 odcinkach doszliśmy do wniosku, że jednak doba jest za krótka, by te produkcje były na satysfakcjonującym nas poziomie i jednocześnie nie ucierpiały przez to inne obowiązki – u Andrzeja szkolenia, u mnie blog. A bardzo, ale to bardzo, nie chciałem robić czegoś po łebkach. W związku z czym, inicjatywa umarła.

Jednak nie do końca.

Brakuje mi tej pozytywnej energii, którą dawaliśmy ludziom i dostawaliśmy z powrotem i pomyślałem, że zrobię coś mniej angażującego czasowo, ale równie dobrego dla otoczenia, w którym mieszkam, a tym samym dla siebie. Wszem i wobec ogłaszam, że…

Marzec będzie miesiącem komplementów!

Nie chcę mówić, że to nasza cecha narodowa i narzekać jak to źle jest w Polsce, ale nie jesteśmy nauczeni mówienia sobie miłych rzeczy. Ani przyjmowania komplementów. A zwykłe „ładnie się uśmiechasz”, „świetnie wyglądasz w tej sukience”, czy choćby „fajne oprawki” potrafi diametralnie poprawić humor. I sprawić, że nawet najgorszy dzień będzie bardziej zjadliwy i choć przez chwilę zapomni się o problemach. Zwykłe, małe słowa, mają bardzo dużą moc i chcę tego dowieść empirycznie.

30 dni z komplementami – przez równy miesiąc, codziennie będę dawał nieznajomym pochwały.

Wiem, że dobra energia przekazana jednej osobie idzie dalej w świat i wierzę, że do mnie wróci. Że nawet ten dresiarz, słysząc, że ma kozacki obuw, w duchu się ucieszy i nie obije komuś mordy. Na przykład komuś z moich znajomych, przez co nie będę musiał odwiedzać go w szpitalu. Albo nie spóźni się na spotkanie, a ja nie będę się wkurzał, że kwitnę od kwadransa, czekając na niego. Albo kobieta na pasach, słysząc, że podoba mi się jej czapka, uśmiechnie się i przekaże tę energię ekspedientce w osiedlowym sklepie, przez co ta ostatnia obsłuży mnie bez focha.

Będzie to też ciekawe ćwiczenie na wychodzenie ze strefy komfortu.

Zasadniczo nie mam problemu z rozmawianiem z nieznajomymi i nawiązywaniem kontaktów i taki jeden komplement w ciągu doby nie jest żadnym wyczynem. Dlatego każdego dnia będę zwiększał liczbę osób do skomplementowania o jedną, tak, żeby ostatniego dnia akcji dobić do 30 przechodniów, którym powiem coś miłego. Bardzo jestem ciekaw jak sobie z tym poradzę, bo powiedzmy sobie uczciwie, że powyżej 10 osób na dobę, to już faktycznie będzie wyzwanie.

Czy będą reagować, tak jak oczekuję? Czy nie dostanę w ryja od jakiegoś koksa? Czy dostanę w rewanżu również jakieś ciepłe słowo? Czy nie odezwie się wrodzona nieśmiałość? Nie wiem.

Za to wiem na pewno, że będę miał masę nowych historii do podzielenia się z Wami! Trzymajcie kciuki!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jackie.Lck
---> SKOMENTUJ