Close
Close

Porównanie: praca z domu vs. praca w biurze

Skip to entry content

Odkąd zrezygnowałem z pracy na etacie, oprócz ciągłych pytań z czego będę żył jak minie moda na blogi i co robię z tym całym wolnym czasem, którego przecież nie poświęcam na pracę na blogu, bo to nie praca, słyszę, że powinienem całą Trójcę Świętą w bonusie z Maryją Wieczną Dziewicą całować po stopach, bo mogę pracować w domu. Dla przeciętnego etatowego pracownika, który, czy to przez charakter wykonywanego zajęcia, czy też ze względu braku cieć budżetowych w jego firmie, nie doświadczył jeszcze korporacyjnego „home office’u”, praca z domu wydaje się słodką opierdalanką przełamywaną słonym nicnierobieniem, w atmosferze różowych jednorożców skaczących nad nagimi niewolnicami każdego koloru skóry i rozmiaru miseczki, wachlującymi jegomościa leżącego z lapkiem na brzuszku i pierdzącego w ulubioną kołderkę.

Pracuję z domu od ponad półtora roku i wygląda to nieco inaczej. Nie mówię, że to katorga, przy której robota Syzyfa jest drapaniem się po jajkach, bo wtedy z pewnością bym to zmienił, ale nie jest tak nieznośnie sielankowo jak się to biurocopom wydaje. Dlatego, żeby to dobitnie zobrazować, przygotowałem porównanie zestawiające pracę z domu i pracę w biurze.

Dojazd, czyli jak mi się nie chce

Dojeżdżanie do biura nie jest czymś co spędza sen z powiek, raczej mocno tych powiek łapie się oburącz i z całej siły ciągnie je w dół, szepcząc do ucha jak Scarlet Johanson w „Her” pobudzające wyobraźnię: „zostań w domu, nie wychodź spod kołdry, tu Ci będzie lepiej”. Jasne, zrywanie się z łóżka w środku nocy, gdy zimą o 6:30 całe miasto jeszcze spowija mrok, nie jest mega opcją. Kiszenie się latem z obszczanym alkoholikami w komunikacji miejskiej i sprawdzanie ile przystanków jest się w stanie przejechać bez oddychania, też nie należy do najmilszych.

To wszystko prawda.

Tyle, że jeśli pracujesz z domu i masz świadomość, że nigdzie nie musisz dojeżdżać, bo z półprzymkniętymi oczyma możesz włączyć laptopa jeszcze w łóżku, sprawia, że czasem naprawdę trudno spod tej kołdry wyjść. I jeśli nie masz zewnętrznego przymusu, że musisz doprowadzić się wizualnie do stanu używalności, to bywa tak, że cały dzień chodzisz w piżamie. A czasem i całe dnie. Bo po co przebierać się, czesać i pięknić, skoro nikt Cię nie będzie oglądał, a w tym w czym, a przede wszystkim pod tym pod czym, spałeś jest tak wygodnie? To może doprowadzić do sytuacji, że po jakimś czasie w lustrze zamiast siebie widzisz pensjonariusza domu spokojnej starości.

Werdykt: remis.

Dress code, czyli korpokostium

Szczerze mówiąc brak konieczności przebierania się – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w biurowy uniform był jednym z głównych powodów, dla których wybrałem stanowisko kreatywne w branży reklamowej. A pracując z domu masz co dzień „ultra casual friday”.

Werdykt: nie będę Was trzymał w napięciu, dom wygrywa.

Atmosfera, czyli ludzie

W pracy, jak w klasie w podstawówce, są ludzie, którym śmierdzi z ust, pierdolą jak potłuczeni, albo samym wyglądem doprowadzają Cię do szału. I mimo, że ich nienawidzisz z całego życzliwego serduszka, które obdarowałoby wszystkich biednych, pokrzywdzonych i wegan, to wiesz, że jedyne co możesz zrobić, to się wkurwiać, bo zobaczysz ich jutro, po jutrze i po weekendzie. I tak w kółko, aż do emerytury.

W domu nie musisz z nimi przebywać, ani w jednym pomieszczeniu, ani nawet w jednym budynku. Tyle, że nie przebywasz też z nikim innym, a – spodziewam się, że się tego nie spodziewałeś – przebywanie z ludźmi w trakcie pracy jest bardzo ważne. Dlaczego? Bo Ci ludzie tworzą atmosferę do działania i motywują do nie odświeżania setny raz Fejsa. Jeśli przez 8 godzin widzisz, że wszyscy wokół Ciebie uwijają się jak Jenna Jameson w trakcie gangbangu, to to podejście też Ci się udziela i Twoja praca jest dużo bardziej efektywna. Jeśli jesteś pozostawiony sam sobie zarówno do pracowania, motywowania i bicia linijką po łapkach w przypadku opierdalanki, to jest dość trudno nie zamulić i nie zawiesić się na godzinę na przeklikiwaniu Youtube’a w poszukiwaniu piosenki z dzieciństwa.

Werdykt: w pracy chodzi o to, żeby pracować, a nikt Ci nie narzuci takiego chomąta jak biuro, tak że dom przegrywa.

Biurko, fotel i podkładka pod myszkę, czyli sprzęt

Tu jest większa loteria niż przy podrywaniu na „bolało? Jak spadłaś z nieba?”. Będąc etatowcem miałem okazję i pracować na kompach bardziej zamulonych niż człowiek w śpiączce, siedząc na chybocących się krzesłach pamiętających denominację złotówki, i przy trubo wypasionych sprzętach z górnej półki, rozwalając się na fotelu prezesa Orlenu. W domu z kolei masz taki sprzęcik i metraż miejsca, w którym pracujesz, na jaki pozwoli Ci budżet. A z tym bywa różnie. Bardzo różnie.

Werdykt: rzuć monetą, bo nie ma reguły.

Przerwy, czyli niepraca

Ci którzy nigdy nie pracowali z domu myślą, że cały dzień jest jedną wielką przerwą z przerwą na sprawdzenie maili. I tak niestety czasem bywa. Czemu niestety? Bo przypominam, że w pracy chodzi o pracę, a jeśli w niej jesteś i się opierdalasz, to może się to skończyć na dwa sposoby:

a) tracisz ją

b) nadrabiasz po godzinach albo w weekendy

Oba warianty są chujowe, więc dla Twojego dobra jest niekorzystanie z żadnego. Dodajmy jeszcze, że o ile siedzisz 8 godzin w biurze i w trakcie przerwy chcesz pobyć sam, to masz taką opcję. Zamykasz się w kiblu albo wchodzisz na dach i załatwione. Z kolei, będąc 8 godzin zamkniętym sam ze sobą w swoim sześcianie, przychodzi taki moment, że w trakcie przerwy chcesz pobyć z ludźmi i tu już jest problem, bo powiedzmy sobie, że sąsiedzi wyprowadzający psy pod Twój blok to nie do końca ludzie, a też trudno, żeby w 30 minut zrobić objazd po znajomych bez teleportu.

Werdykt: biuro nokautuje dom.

Kuchnia, czyli brudne kubki i podpierdalanie jedzenia z lodówki

Z firmowej lodówki nigdy nie stracił przygotowanego wcześniej obiadu tylko ten, kto odżywia się energią słoneczną. Znikające hermetyczne pudełka z gołąbkami są normą. Przywłaszczanie sobie cudzych herbaciano-kawowych kubków jest normą. Palenie głupa, gdy w kuchni pojawia się ogłoszenie o podjebanej własności jest normą. W domu normą jest, że takie rzeczy się nie dzieją, chyba, że mieszkasz na parterze i bezdomni robią sobie noclegownię z Twojego mieszkania pod Twoją nieobecność.

Werdykt: dom jest zwycięzcą. Jeśli tylko nie mieszkasz na parterze.

Czy praca z domu faktycznie jest tak zajebista?

Punktacja na koniec porównania wynosi 3:3 i tak faktycznie jest – nie ma zwycięzcy. Praca z domu na samym początku wydaje się złapaniem złotej rybki i zażyczeniem sobie nieskończonej liczby życzeń, jednak na dłuższą metę okazuje się nieefektywna i równie, jeśli nie bardziej, męcząca. Najlepszą opcją jest mieszanie tych dwóch wariantów i, jeśli jest taka możliwość, praca na przemian – na przykład 2 tygodnie w biurze, 2 tygodnie z domu, aby balansować nastawieniem i poziomem energii.

Gdyby to nie wchodziło w grę, zawsze można rzucić tę robotę w cholerę, wyjechać w Bieszczady i zająć się hodowlą owiec, które nie muszą być ani w biurze, ani w domu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Clement127
(niżej jest kolejny tekst)

34
Dodaj komentarz

avatar
19 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
22 Comment authors
dzikikucykCosmetis Safety FactsWolny Strzelec - BLOG WEECASE #JestemNiezależnyŻarłokTVEmilja Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Okularnica
Gość

No i chyba warto też dodać, że jeżeli pracujesz w domu, to prawie nigdy nie jest to „8 godzin i z bani”.

Jan Favre
Gość

Słuszna uwaga, praca w biurze ma tę przewagę, że wychodząc z biura, wychodzisz z pracy, a pracując w domu najczęściej zostajesz z niezałatwionymi sprawami, które cały czas chodzą po głowie.

Ada
Gość

Co do tego „biurowego chomąta” zgadzam się, bardzo ciężko jest się w domu wziąć do roboty, wszystko rozprasza, wszystko jest ciekawsze i wszystkie domowe obowiązki są szalenie interesujące i pilne. Jestem takim typem, że bardzo pomaga mi otoczenie i inni ludzie, dość że są gdzieś tam w tle i się do mnie nie odzywają, sama świadomość roboczej atmosfery jest wystarczająco motywująca.

Jan Favre
Gość

To piątka, bo mam tak samo!

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Dla mnie też ani jedno ani drugie nie stanowi idealnej opcji. Co do pracy w domu – podejrzewam, że ziściłaby się w moim przypadku większość z argumentów „przeciwko”, czyli finiszowanie dnia w tej samej piżamie, którą przywdziałam dobę wcześniej, oraz gadanie do kwiatów – z braku obecności ludzi. Poza tym na pewno co chwilę lazłabym do lodówki, więc prawdopodobnie z domu nie wyszłabym już nigdy, chyba że zburzyliby mi jedną ścianę. Trzeba mieć ultradyscyplinę, żeby podołać pracy w domu, być efektywnym i nie zdziwaczeć. Ale z drugiej strony biuro…i te przepisowe osiem godzin, z którego człowiek jest w stanie na… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

„Pracujesz tyle, ile uważasz za stosowne i ile potrzebujesz do zrobienia wszystkiego co konieczne” – niestety, gdy zaczynasz pracować „dla siebie” często okazuje się, że stosowne jest zrobienie WSZYSTKIEGO i KONIECZNIE musisz to zrobić dzisiaj, co sprowadza się do tego, że pracujesz cały czas, a nie tylko 8 godzin :)

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

Niewiele osób jest w stanie tak zarządzać swoim budżetem domowym i pragnieniem wydatków :p żeby zrezygnować z chęci zarabiania więcej. Znacie kogoś, kto powie, że zarabia za dużo i w sumie chętnie by zarabiał mniej? :) A na swoim zarabiasz więcej, gdy pracujesz więcej. Myślę, że stąd wynika to, że ludzie czują taką palącą potrzebę robienia wszystkiego na wczoraj, gdy widzą, że mają z tego bezpośrednie korzyści.

Jan Favre
Gość

Otóż to, gdy pracujesz dla siebie i wszystko co zrobisz procentuje dla Ciebie, nagle przestajesz się obijać w pracy :)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Eee, nie grozi mi to chyba.Nie jestem typem pracoholika.

Paulina
Gość
Paulina

Jak dla mnie w kwestii dojazdów dom zdecydowanie wygrywa. Niby ciężko jest się zebrać, ale kiedy trzeba wstać o 5 rano, wlec się potem 2 godziny trzema rodzajami komunikacji miejskiej, tylko po to, żeby z powrotem w domu być najwcześniej o godzinie 18 to się zupełnie odechciewa. Nie dość, że człowiek traci masę czasu, pieniędzy na dojazdy to jeszcze przez brak tych poprzednich niemal całkowicie zanika życie towarzyskie. Jak dla mnie zdecydowanie wygrywa praca w domu ;)

Ewelajna A.
Gość

„praca Z domu” to tak celowo?

Jan Favre
Gość

Tak, bo tak jest to nazywane najczęściej w korporacjach.

Kuba Sudor
Gość
Kuba Sudor

Z angielskiego – „work from home ” w skrócie WFH

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Wojna Płci: czy można rozstać się bezboleśnie?

Skip to entry content

Ostatni raz w „Wojnie Płci” razem z Asią z Wyrwane z kontekstu rozmawialiśmy o tym jak radzić sobie po rozstaniu i de facto już po publikacji tekstu olśniło mnie, że zabraliśmy się do tego tematu trochę z dupy strony. Bo żeby jakoś ogarnąć bycie samemu, najpierw do tego rozpadu związku musi dojść. A żeby do tego doszło, to ktoś z tej dwójki ludzi musi mieć jaja, zebrać się na odwagę i podziękować sobie za współpracę. Co nigdy nie jest miłe. No, chyba, że jest?

Czy można rozstać się bezboleśnie?

Wojna Płci

Jan: Jesteś z kimś dłuższy czas, powiedzmy trzy lata, a od roku jest chujowo i wiesz, że nie da rady tego naprawić, bo masz już go dość i czujesz się jak zwierzę złapane w pułapkę. Marzysz o tym, żeby się uwolnić i już to zakończyć, ale z drugiej strony on jest podbiałem do rany przyłóż. Ciepły, pogodny, kompletnie zapatrzony w Ciebie i zupełnie nieświadomy. Typowy misiowaty misiu. Da się zostawić go tak, żeby nie cierpiał?

Joanna: Nie. Dlatego ja też cierpię miesiącami, zanim go w końcu zostawię. Dobrych ludzi nie zostawia się łatwo. Co innego, jak jest skurwysyn i cham. Wtedy pewnie będzie go to obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale do tego trzeba by nie mieć serca. Każdy normalny człowiek dotkliwie odczuwa zwykle stratę. A strata drugiego człowieka jest jednak najbardziej bolesną z możliwych.

Jan Favre: Ale przecież wymiotujesz już jego obecnością i męczysz się, jakbyś sama miała przejść drogę krzyżową z drewienkiem na plecach. Czemu nie skończysz tego szybkim cięciem, tylko przedłużasz ten ból? Zrywanie plastra boli najmniej, gdy robi się to jednym pociągnięciem, a nie na raty.

Joanna Pachla: Tak, ale to dobrze wygląda tylko na reklamach w TV. W prawdziwym życiu nie masz zwykle jaj, żeby to zrobić. I to nawet nie przez wzgląd na siebie, tylko właśnie na tę osobę, od której odchodzisz. Myślisz: ok, jakoś to przecierpię, może będzie jeszcze lepiej.  Niektórzy na takim myśleniu są w stanie przejechać całe życie.

Jan Favre: Myślisz, że to jest uczciwe i przede wszystkim w porządku wobec tej osoby? Bycie z nią tylko dlatego, żeby nie było jej smutno? Bycie z nią, mimo że nie masz na to ochoty?

Joanna Pachla: Nie, to nie jest fair. To wynika albo z litości, jaką dla niej mamy (a przecież zwykle sami nie chcielibyśmy, aby się nad nami litowano), albo z naszego tchórzostwa. Boimy się rozstać, bo całe życie trzeba będzie poukładać sobie na nowo. A zanim, to jeszcze podzielić tamto stare. Uzgodnić, kto weźmie kota, a kto żelazko. Kto album ze zdjęciami, a kto toster, który Wam kupili rodzice. Dlatego wolisz odkładać to w czasie.

Poza tym, w ten sposób odkładasz też ból. Oswajasz się ze świadomością odejścia i kiedy wreszcie nastąpi, to będziesz odczuwał ulgę, że to już.

Jan Favre: Ja bym tu raczej przychylał się do tchórzostwa, niż dobrodusznej litości. Osoba, która chce się rozstać, czyli być porzucającym, a nie porzucanym, zazwyczaj boi się brać na siebie odpowiedzialności za zakończenie związku, a przede wszystkim przerażają ją wyrzuty sumienia. Czasem próbuje nawet swoimi manipulacjami doprowadzić do sytuacji, w której to druga strona nie wytrzymuje i pierwsza startuje z pomysłem rozstania. Byleby tylko mieć czyste ręce i móc udawać przed samym sobą, że to nie jego wina.

Joanna Pachla: O, to już jest chamstwo. Ale racja, zdarza się. Tak samo jak wypatrywanie znaków, które utwierdzałyby nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Zakładając jednak, że decyzja już zapadła i chcemy ją wcielić w życie teraz, już – jak to zrobić, żeby tej drugiej strony nie bolało bardziej niż musi? Bo że nie zaboli wcale, to nie jestem w stanie uwierzyć.

Jan Favre: Część osób jako środek znieczulający stosuje kłamstwo i nie podaje prawdziwych powodów odejścia, tylko tytuły popowych piosenek typu „jesteś za dobra dla mnie”, „to nie ty, to ja”, „to dla mnie za wcześnie na miłość” albo „nie nadaję się do związku”, myśląc, że to załatwi sprawę. Załatwia to tylko totalny mętlik w głowie drugiej strony, kompletne rozbicie i ciągłe drążenie w poszukiwaniu odpowiedzi „co tak naprawdę się stało?”, „czemu nie jesteśmy już razem?”.

Załatwia to sprawę powrotu do siebie pod pretekstem naprawienia tego, co nie działało – bo jak robić coś lepiej, skoro nie wiadomo, co było źle? – ale jest strasznym skurwysyństwem.

Z perspektywy osoby, która była zostawiana, najsensowniejszym rozwiązaniem jest szczera rozmowa i powiedzenie wprost, czemu nie możemy już dłużej być razem.

Po pierwsze, jest to uczciwe i okazujesz w ten sposób zostawianemu szacunek. Skoro byliście tyle czasu razem, dzieliliście się swoimi przemyśleniami, przeżyciami i ciałami, to zasługuje na prawdę.

Po drugie, mówiąc, jaki konkretnie jest powód – przykładowo, jeśli nie mogłaś z nim wytrzymać, bo był ucieleśnieniem znieczulicy i na co dzień był zimniejszy niż ruska wódka – robisz coś dobrego dla tej osoby. Jeśli pozna faktyczną przyczynę, będzie mógł nad nią pracować, zmienić się i nie popełniać tych samych błędów w kolejnym związku. To będzie dla niego budujące doświadczenie. Jeśli oznajmisz, że to koniec, bo nie chodzi o niego, tylko o Ciebie i myślisz o wstąpieniu do zakonu, skażesz go na miotanie się w labiryncie domysłów, dodatkowo tworząc negatywny obraz kobiet w jego głowie. Który może uda mu się zmienić, a może będzie go podawał dalej.

Joanna Pachla: Bardzo, bardzo chciałabym Ci przyznać rację i powiedzieć, że szczerość zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale… nie jest. Sama wychodzę z założenia, żeby nie ranić bardziej, niż musisz. Jeśli powiem mojemu facetowi: „słuchaj, od dłuższego czasu nam się nie układa. Kłócimy się o byle co, nie mamy wspólnych tematów, pasji ani zainteresowań, a jedyne, co nas łączy, to rachunki za gaz, już nawet seksu razem nie uprawiamy”, to przecież go nie okłamię, a jednocześnie mocno nie zranię, bo powiem coś, co sam mniej lub bardziej widzi. Jeśli natomiast powiem „odchodzę od Ciebie, bo po tych trzech latach zaczęło wiać nudą, więc chcę spróbować, jak mi wyjdzie z kolesiem z IT”, to on wtedy dostanie kopa na twarz. Podważy zasadność całych tych trzech lat, znienawidzi mnie i będzie się zastanawiał, czy go zdradzałam, jak często okłamywałam, itp., itd. I może jeszcze zrazi się do innych kobiet.

Choć, z drugiej strony, sama jednak wolałabym wiedzieć. Niezależnie od tego, jak bardzo mnie to zrani. Trochę schizofrenia, nie?

Jan Favre: Zdecydowanie za dużo Paktofoniki.

To, że pół prawdy, to całe kłamstwo, to podejrzewam, że wiesz, ale może nie być dla wszystkich oczywiste, że nie zostawiasz – już byłego – partnera, bo chcesz zobaczyć jak wyjdzie z kolesiem z IT, tylko odchodzisz, bo między Wami było na tyle źle, że zaczęłaś robić miejsce dla kogoś innego. I to, czemu tak popsuło się między Wami, może być dla rzucanego cenną informacją.

A prawda, którą da się ułożyć i jakoś ją przepracować, w ogólnym rozrachunku naprawdę jest mniej bolesna, niż kłamstwo, z którym człowiek zostaje jak z opuncją – nie dość, że nie wiadomo, jak to ugryźć, to jeszcze ciągle kłuje.

Joanna Pachla: Ale oczywiście, że nie mówię o mydleniu komuś oczu i sprzedawaniu bajeczki w stylu „kochanie, to moja wina, że nam nie wyszło, wybacz, ale odchodzę”. Zostawiany musi wiedzieć, za co się go zostawia, żeby – jak sam mówisz – wiedział, co było źle, mógł to jakoś przepracować i wyeliminować przy następnym związku. Natomiast nie jestem za wyrzucaniem sobie wszystkiego i praniem wszystkich możliwych brudów. Z szacunku dla tego, co było – lepiej zrobić to z klasą. Nawet, jeśli w pewnych sferach zakłada to milczenie.

Jan Favre: Rozstawanie się z klasą – bez rzucania kurwami czy przedmiotami – jestem w stanie sobie wyobrazić, ale to milczenie chyba nie do końca rozumiem. Czemu i w jakiej sferze miałabyś milczeć?

Joanna Pachla: To odnosi się do wspomnianej wcześniej zasady, że nie ranisz bardziej, niż musisz. Jeśli wiesz, że jest już ktoś inny – nie musisz tego mówić. Jeśli udawałeś wszystkie orgazmy – także nie musisz tego mówić. Jeśli uważasz, że zasługujesz na kogoś więcej – także nie musisz zrównywać tego biedaka z ziemią. W życiu są różne sytuacje. Miejmy jasność, że nie mówię tutaj o własnych motywacjach, ale jestem w stanie zrozumieć kobiety, które długo męczyły się w swoich związkach i postanowiły odejść bez zbędnych tłumaczeń.

Przecież jeżeli od dłuższego czasu Wam się nie układa, to chyba każde z Was samo wie, co jest mniej więcej nie tak? Niepotrzebne są wtedy listy przewinień czy wypunktowywanie, co było źle. Rozchodzicie się i już, bo widzicie, że nie ma sensu w tym trwać. Czasem jedyny argument za odejściem jest bardzo zwięzły i brzmi po prostu: „nie kocham Cię” czy „nie chcę z Tobą już być”.

Jan Favre: To koniec.

Joanna Pachla: Czego?

Jan Favre: Tekstu. Nie kocham Cię już.

autorem zdjęcia w nagłówku jest tnts3000

Nigdy nie wkręcałem się w buddyzm, ale jestem w stanie przyjąć, że istnieje coś takiego jak karma. Jednak, nawet jeśli ktoś krzywi się słysząc te pojęcia, to tego, że wpływamy na otoczenie i innych ludzi już nie może podważyć. Bo to fakt. Każda akcja rodzi reakcję. Każdy kontakt z drugim człowiekiem ma wpływ na nas i na niego. Raz mniej, a raz bardziej znacząco, ale każda interakcja zostawia jakiś ślad. Bo jeśli zmieniamy się pod wpływem czegoś, to właśnie pod wpływem ludzi. A raczej przeżyć jakie fundują nam ci ludzie.

Półtora roku temu w myśl tej idei nawet założyłem kanał na YouTube i razem z Andrzejem Kozdębą ruszyliśmy z akcją „Dobromaniacy”. Chcieliśmy zrobić co zupełnie przeciwnego niż pranki i napastowanie przypadkowych osób nocą. Staraliśmy się rozsiewać pozytywną energię biegając po mieście w kolorowych strojach i pomagając przechodniom w codziennych sprawach. Sprawić, że ich dzień będzie choć trochę lepszy, przez dwóch wariatów w różowych spodniach.

Poza kilkoma dresiarzami, ludzie reagowali na nas bardzo pozytywnie – uśmiechali się, przybijali nam piątki i pozdrawiali nas z daleka. Nawet jeśli w danym momencie nie potrzebowali naszej pomocy, to i tak na ich twarzach malował się uśmiech, co utwierdzało nas w przekonaniu, że dobrze robimy i nakręcało do dalszego działania. Piszę to jednak w czasie przeszłym, bo po 4 odcinkach doszliśmy do wniosku, że jednak doba jest za krótka, by te produkcje były na satysfakcjonującym nas poziomie i jednocześnie nie ucierpiały przez to inne obowiązki – u Andrzeja szkolenia, u mnie blog. A bardzo, ale to bardzo, nie chciałem robić czegoś po łebkach. W związku z czym, inicjatywa umarła.

Jednak nie do końca.

Brakuje mi tej pozytywnej energii, którą dawaliśmy ludziom i dostawaliśmy z powrotem i pomyślałem, że zrobię coś mniej angażującego czasowo, ale równie dobrego dla otoczenia, w którym mieszkam, a tym samym dla siebie. Wszem i wobec ogłaszam, że…

Marzec będzie miesiącem komplementów!

Nie chcę mówić, że to nasza cecha narodowa i narzekać jak to źle jest w Polsce, ale nie jesteśmy nauczeni mówienia sobie miłych rzeczy. Ani przyjmowania komplementów. A zwykłe „ładnie się uśmiechasz”, „świetnie wyglądasz w tej sukience”, czy choćby „fajne oprawki” potrafi diametralnie poprawić humor. I sprawić, że nawet najgorszy dzień będzie bardziej zjadliwy i choć przez chwilę zapomni się o problemach. Zwykłe, małe słowa, mają bardzo dużą moc i chcę tego dowieść empirycznie.

30 dni z komplementami – przez równy miesiąc, codziennie będę dawał nieznajomym pochwały.

Wiem, że dobra energia przekazana jednej osobie idzie dalej w świat i wierzę, że do mnie wróci. Że nawet ten dresiarz, słysząc, że ma kozacki obuw, w duchu się ucieszy i nie obije komuś mordy. Na przykład komuś z moich znajomych, przez co nie będę musiał odwiedzać go w szpitalu. Albo nie spóźni się na spotkanie, a ja nie będę się wkurzał, że kwitnę od kwadransa, czekając na niego. Albo kobieta na pasach, słysząc, że podoba mi się jej czapka, uśmiechnie się i przekaże tę energię ekspedientce w osiedlowym sklepie, przez co ta ostatnia obsłuży mnie bez focha.

Będzie to też ciekawe ćwiczenie na wychodzenie ze strefy komfortu.

Zasadniczo nie mam problemu z rozmawianiem z nieznajomymi i nawiązywaniem kontaktów i taki jeden komplement w ciągu doby nie jest żadnym wyczynem. Dlatego każdego dnia będę zwiększał liczbę osób do skomplementowania o jedną, tak, żeby ostatniego dnia akcji dobić do 30 przechodniów, którym powiem coś miłego. Bardzo jestem ciekaw jak sobie z tym poradzę, bo powiedzmy sobie uczciwie, że powyżej 10 osób na dobę, to już faktycznie będzie wyzwanie.

Czy będą reagować, tak jak oczekuję? Czy nie dostanę w ryja od jakiegoś koksa? Czy dostanę w rewanżu również jakieś ciepłe słowo? Czy nie odezwie się wrodzona nieśmiałość? Nie wiem.

Za to wiem na pewno, że będę miał masę nowych historii do podzielenia się z Wami! Trzymajcie kciuki!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jackie.Lck