Close
Close

Test: jak dobrze znasz się na kobietach?

Skip to entry content

8 marca – dzień płci karmiącej. Bez kobiet, ani nie byłoby na nas na tym świecie, ani Nervosol nie sprzedawałby się w takich ilościach. Z okazji święta wszystkich matek, sióstr, córek, babć i pań z urzędów, warto zastanowić się, co my – mężczyźni – tak naprawdę o nich wiemy. Oprócz tego, że oczywiście każda z nich nie jest taka jak wszystkie. Co zupełnie nie stoi w sprzeczności z tym, że każda pada jak wygrana w Totolotka na widok Ryana Goslinga.

Wydaje Ci się, że coś tam ogarniasz z tymi laskami, bo raz udało Ci się bez pudła wyliczyć dni niepłodne? Nie bazuj na przypuszczeniach, sprawdź jakie są fakty! Przejdź test i dowiedz się jak dobrze znasz się na kobietach!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Łeee, ale przyznaj się, że większość pożyczona z internetów.

    • Co to znaczy, że stereotypy na temat kobiet są „pożyczone z internetów”?

      • To, że to zostało wcześniej powielone w gazylionie memów, wystarczy wyguglać „deadly terms used by women” albo „male-female dictionary”. Stać Cię na więcej, na świeży, zabawny i własny kontent, zwłaszcza w świetle Twojego ostatniego postu.

        • Nie rozumiem, masz mi za złe, że stereotypy na temat kobiet przedostały się do internetu? Nie użyłem tu żadnych gotowych treści, tylko powiedzenia/anegdoty, które na co dzień są przekazywane z ust do ust.

          • No a powiedzenia/anegdoty, które na co dzień są przekazywane z ust do ust /względnie z 9gaga, do reddita albo joemonstera/, są gotowymi treściami, czyż nie? W sensie: ulepiłeś posta z memów. Dla mnie sedno czytania Twojego bloga to inteligentny humor i cięty język, którego tu zabrakło, bo poszedłeś na łatwiznę, robiąc kompilację żartów suchych jak pięty Tutenchamona.

          • Mam wrażenie, że celowo nie chcesz odróżnić gotowych treści od luźnych idei, bo te żarty Cię nie śmieszą/dotykają personalnie. Przyjmuję, że koncepcja Ci nie odpowiada, ale nie jestem agencją towarzyską, żeby zadowalać wszystkich.

          • Myślę, że niepotrzebnie bierzesz do siebie konstruktywny, jak by nie było, feedback. Proszę bardzo, luźne koncepcje, prawie dosłownie cytowane w poście:

          • Czy któraś z tych grafik pojawiła się w quizie? Myślę, że niepotrzebnie tak bardzo przeżywasz żarty, które Cię nie śmieszą.

  • Mateusz Rzońca

    Z tą sałatką i awanturą było podchwytliwe :<

  • Damn, mi też wyszło, że słabo się znam. Albo po prostu lepiej się znam na normalnych ludziach, niż sfrustrowanych wariatkach ;)

  • Ej, ja mam 60%… :c

  • Damn it. Te baby to takie so, że nawet przy teście o nich samych wpadają w logiczną pułapkę i amen. Pozamiatane.

  • Borsuk

    A jednak…Jestem typową babą :D

  • Daria

    Ktoś tu chyba jest lekko sfrustrowany;) oczywiście żadnego hejtu i pozdrawiam autora! Kilka sytuacji z życia wziętych ale to tylko stereotyp – wbrew pozorom da się z nami żyć a czasami jest nawet fajnie (podobno)

  • Dot

    Eee, bardzo stereotypowe. A tak naprawdę jest wiele innych opcji odpowiedzi :D

    • Żadne stereotypy, wszystko prawda, testowane na zwierzętach.

      • Dot

        No co Ty, testowałeś na zwierzętach odpowiedzi, dotyczące kobiet? ;>

        • Dot, czy Ty naprawdę chciałaś, żebym testował to na ludziach?

          • Dot

            No przecież!

  • 100%… Wystarczyło zaznaczyć wszytko inaczej, niż ja bym zrobił ;)

    • Ej Konrad, nie ma takiego publicznego podawania metody, bo zaraz wszyscy faceci będę mieli 100% :(

  • Mam dylemat czy odpowiadać według tego, jaka jestem ja czy tego, jaka jest przeciętna kobieta ;-)
    Raczej to drugie, jeśli chcę dużo punktów ;-)

  • inah

    Nawet nie śmieszne jak dla mnie, pierwszy raz jestem zawiedziona, ale to na pewno dlatego, że jestem kobietą.

  • Kurcze, jaki smuteczek. Tylko 36%
    No nic to, trzeba żyć dalej.

  • Aleksandra Muszyńska

    Głupia sprawa. Otóż wyszło, że się nie znam. Czy jest przewidziany termin poprawkowy?

    • Jesteś kobietą i nie znasz siebie samej? Co Ty chcesz tu poprawiać? Wszystko się zgadza.

      • Aleksandra Muszyńska

        Sfochałabym bez powodu, ale na ciebie jakoś nie mam serca…

    • Kasia Kowalewska

      Tak jak ja. 0/11. I co teraz?

      • Aleksandra Muszyńska

        0/11? Rety. Jesteś z Polibudy :D?

        • Kasia Kowalewska

          Gorzej. Z humana

          • Aleksandra Muszyńska

            To właśnie dziwne,że tak cienko.Podobno na polibudzie nawet dziewczyny mają wąsy i Stefan bądź Alojzy na drugie imię,więc obstawiałam,że to raczej ten typ – jako posiadający więcej męskiego pierwiastka – nie udźwignie zadania ;).

          • Kasia Kowalewska

            Chciałam powiedzieć, że jestem trochę nietypową dziewczyną, ale uświadomiłam sobie jak banalnie to brzmi. To może jako wszechstronna humanistka przyjmuję różne oblicza. O, tak ładniej :)

  • za łatwe :)

    • Aniu, bo to dla facetów, a mam mocne przypuszczenia, że Ty nie jesteś jednym z nich :)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Porównanie: praca z domu vs. praca w biurze

Skip to entry content

Odkąd zrezygnowałem z pracy na etacie, oprócz ciągłych pytań z czego będę żył jak minie moda na blogi i co robię z tym całym wolnym czasem, którego przecież nie poświęcam na pracę na blogu, bo to nie praca, słyszę, że powinienem całą Trójcę Świętą w bonusie z Maryją Wieczną Dziewicą całować po stopach, bo mogę pracować w domu. Dla przeciętnego etatowego pracownika, który, czy to przez charakter wykonywanego zajęcia, czy też ze względu braku cieć budżetowych w jego firmie, nie doświadczył jeszcze korporacyjnego „home office’u”, praca z domu wydaje się słodką opierdalanką przełamywaną słonym nicnierobieniem, w atmosferze różowych jednorożców skaczących nad nagimi niewolnicami każdego koloru skóry i rozmiaru miseczki, wachlującymi jegomościa leżącego z lapkiem na brzuszku i pierdzącego w ulubioną kołderkę.

Pracuję z domu od ponad półtora roku i wygląda to nieco inaczej. Nie mówię, że to katorga, przy której robota Syzyfa jest drapaniem się po jajkach, bo wtedy z pewnością bym to zmienił, ale nie jest tak nieznośnie sielankowo jak się to biurocopom wydaje. Dlatego, żeby to dobitnie zobrazować, przygotowałem porównanie zestawiające pracę z domu i pracę w biurze.

Dojazd, czyli jak mi się nie chce

Dojeżdżanie do biura nie jest czymś co spędza sen z powiek, raczej mocno tych powiek łapie się oburącz i z całej siły ciągnie je w dół, szepcząc do ucha jak Scarlet Johanson w „Her” pobudzające wyobraźnię: „zostań w domu, nie wychodź spod kołdry, tu Ci będzie lepiej”. Jasne, zrywanie się z łóżka w środku nocy, gdy zimą o 6:30 całe miasto jeszcze spowija mrok, nie jest mega opcją. Kiszenie się latem z obszczanym alkoholikami w komunikacji miejskiej i sprawdzanie ile przystanków jest się w stanie przejechać bez oddychania, też nie należy do najmilszych.

To wszystko prawda.

Tyle, że jeśli pracujesz z domu i masz świadomość, że nigdzie nie musisz dojeżdżać, bo z półprzymkniętymi oczyma możesz włączyć laptopa jeszcze w łóżku, sprawia, że czasem naprawdę trudno spod tej kołdry wyjść. I jeśli nie masz zewnętrznego przymusu, że musisz doprowadzić się wizualnie do stanu używalności, to bywa tak, że cały dzień chodzisz w piżamie. A czasem i całe dnie. Bo po co przebierać się, czesać i pięknić, skoro nikt Cię nie będzie oglądał, a w tym w czym, a przede wszystkim pod tym pod czym, spałeś jest tak wygodnie? To może doprowadzić do sytuacji, że po jakimś czasie w lustrze zamiast siebie widzisz pensjonariusza domu spokojnej starości.

Werdykt: remis.

Dress code, czyli korpokostium

Szczerze mówiąc brak konieczności przebierania się – w dosłownym tego słowa znaczeniu – w biurowy uniform był jednym z głównych powodów, dla których wybrałem stanowisko kreatywne w branży reklamowej. A pracując z domu masz co dzień „ultra casual friday”.

Werdykt: nie będę Was trzymał w napięciu, dom wygrywa.

Atmosfera, czyli ludzie

W pracy, jak w klasie w podstawówce, są ludzie, którym śmierdzi z ust, pierdolą jak potłuczeni, albo samym wyglądem doprowadzają Cię do szału. I mimo, że ich nienawidzisz z całego życzliwego serduszka, które obdarowałoby wszystkich biednych, pokrzywdzonych i wegan, to wiesz, że jedyne co możesz zrobić, to się wkurwiać, bo zobaczysz ich jutro, po jutrze i po weekendzie. I tak w kółko, aż do emerytury.

W domu nie musisz z nimi przebywać, ani w jednym pomieszczeniu, ani nawet w jednym budynku. Tyle, że nie przebywasz też z nikim innym, a – spodziewam się, że się tego nie spodziewałeś – przebywanie z ludźmi w trakcie pracy jest bardzo ważne. Dlaczego? Bo Ci ludzie tworzą atmosferę do działania i motywują do nie odświeżania setny raz Fejsa. Jeśli przez 8 godzin widzisz, że wszyscy wokół Ciebie uwijają się jak Jenna Jameson w trakcie gangbangu, to to podejście też Ci się udziela i Twoja praca jest dużo bardziej efektywna. Jeśli jesteś pozostawiony sam sobie zarówno do pracowania, motywowania i bicia linijką po łapkach w przypadku opierdalanki, to jest dość trudno nie zamulić i nie zawiesić się na godzinę na przeklikiwaniu Youtube’a w poszukiwaniu piosenki z dzieciństwa.

Werdykt: w pracy chodzi o to, żeby pracować, a nikt Ci nie narzuci takiego chomąta jak biuro, tak że dom przegrywa.

Biurko, fotel i podkładka pod myszkę, czyli sprzęt

Tu jest większa loteria niż przy podrywaniu na „bolało? Jak spadłaś z nieba?”. Będąc etatowcem miałem okazję i pracować na kompach bardziej zamulonych niż człowiek w śpiączce, siedząc na chybocących się krzesłach pamiętających denominację złotówki, i przy trubo wypasionych sprzętach z górnej półki, rozwalając się na fotelu prezesa Orlenu. W domu z kolei masz taki sprzęcik i metraż miejsca, w którym pracujesz, na jaki pozwoli Ci budżet. A z tym bywa różnie. Bardzo różnie.

Werdykt: rzuć monetą, bo nie ma reguły.

Przerwy, czyli niepraca

Ci którzy nigdy nie pracowali z domu myślą, że cały dzień jest jedną wielką przerwą z przerwą na sprawdzenie maili. I tak niestety czasem bywa. Czemu niestety? Bo przypominam, że w pracy chodzi o pracę, a jeśli w niej jesteś i się opierdalasz, to może się to skończyć na dwa sposoby:

a) tracisz ją

b) nadrabiasz po godzinach albo w weekendy

Oba warianty są chujowe, więc dla Twojego dobra jest niekorzystanie z żadnego. Dodajmy jeszcze, że o ile siedzisz 8 godzin w biurze i w trakcie przerwy chcesz pobyć sam, to masz taką opcję. Zamykasz się w kiblu albo wchodzisz na dach i załatwione. Z kolei, będąc 8 godzin zamkniętym sam ze sobą w swoim sześcianie, przychodzi taki moment, że w trakcie przerwy chcesz pobyć z ludźmi i tu już jest problem, bo powiedzmy sobie, że sąsiedzi wyprowadzający psy pod Twój blok to nie do końca ludzie, a też trudno, żeby w 30 minut zrobić objazd po znajomych bez teleportu.

Werdykt: biuro nokautuje dom.

Kuchnia, czyli brudne kubki i podpierdalanie jedzenia z lodówki

Z firmowej lodówki nigdy nie stracił przygotowanego wcześniej obiadu tylko ten, kto odżywia się energią słoneczną. Znikające hermetyczne pudełka z gołąbkami są normą. Przywłaszczanie sobie cudzych herbaciano-kawowych kubków jest normą. Palenie głupa, gdy w kuchni pojawia się ogłoszenie o podjebanej własności jest normą. W domu normą jest, że takie rzeczy się nie dzieją, chyba, że mieszkasz na parterze i bezdomni robią sobie noclegownię z Twojego mieszkania pod Twoją nieobecność.

Werdykt: dom jest zwycięzcą. Jeśli tylko nie mieszkasz na parterze.

Czy praca z domu faktycznie jest tak zajebista?

Punktacja na koniec porównania wynosi 3:3 i tak faktycznie jest – nie ma zwycięzcy. Praca z domu na samym początku wydaje się złapaniem złotej rybki i zażyczeniem sobie nieskończonej liczby życzeń, jednak na dłuższą metę okazuje się nieefektywna i równie, jeśli nie bardziej, męcząca. Najlepszą opcją jest mieszanie tych dwóch wariantów i, jeśli jest taka możliwość, praca na przemian – na przykład 2 tygodnie w biurze, 2 tygodnie z domu, aby balansować nastawieniem i poziomem energii.

Gdyby to nie wchodziło w grę, zawsze można rzucić tę robotę w cholerę, wyjechać w Bieszczady i zająć się hodowlą owiec, które nie muszą być ani w biurze, ani w domu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Clement127

---> SKOMENTUJ

Wojna Płci: czy można rozstać się bezboleśnie?

Skip to entry content

Ostatni raz w „Wojnie Płci” razem z Asią z Wyrwane z kontekstu rozmawialiśmy o tym jak radzić sobie po rozstaniu i de facto już po publikacji tekstu olśniło mnie, że zabraliśmy się do tego tematu trochę z dupy strony. Bo żeby jakoś ogarnąć bycie samemu, najpierw do tego rozpadu związku musi dojść. A żeby do tego doszło, to ktoś z tej dwójki ludzi musi mieć jaja, zebrać się na odwagę i podziękować sobie za współpracę. Co nigdy nie jest miłe. No, chyba, że jest?

Czy można rozstać się bezboleśnie?

Wojna Płci

Jan: Jesteś z kimś dłuższy czas, powiedzmy trzy lata, a od roku jest chujowo i wiesz, że nie da rady tego naprawić, bo masz już go dość i czujesz się jak zwierzę złapane w pułapkę. Marzysz o tym, żeby się uwolnić i już to zakończyć, ale z drugiej strony on jest podbiałem do rany przyłóż. Ciepły, pogodny, kompletnie zapatrzony w Ciebie i zupełnie nieświadomy. Typowy misiowaty misiu. Da się zostawić go tak, żeby nie cierpiał?

Joanna: Nie. Dlatego ja też cierpię miesiącami, zanim go w końcu zostawię. Dobrych ludzi nie zostawia się łatwo. Co innego, jak jest skurwysyn i cham. Wtedy pewnie będzie go to obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale do tego trzeba by nie mieć serca. Każdy normalny człowiek dotkliwie odczuwa zwykle stratę. A strata drugiego człowieka jest jednak najbardziej bolesną z możliwych.

Jan Favre: Ale przecież wymiotujesz już jego obecnością i męczysz się, jakbyś sama miała przejść drogę krzyżową z drewienkiem na plecach. Czemu nie skończysz tego szybkim cięciem, tylko przedłużasz ten ból? Zrywanie plastra boli najmniej, gdy robi się to jednym pociągnięciem, a nie na raty.

Joanna Pachla: Tak, ale to dobrze wygląda tylko na reklamach w TV. W prawdziwym życiu nie masz zwykle jaj, żeby to zrobić. I to nawet nie przez wzgląd na siebie, tylko właśnie na tę osobę, od której odchodzisz. Myślisz: ok, jakoś to przecierpię, może będzie jeszcze lepiej.  Niektórzy na takim myśleniu są w stanie przejechać całe życie.

Jan Favre: Myślisz, że to jest uczciwe i przede wszystkim w porządku wobec tej osoby? Bycie z nią tylko dlatego, żeby nie było jej smutno? Bycie z nią, mimo że nie masz na to ochoty?

Joanna Pachla: Nie, to nie jest fair. To wynika albo z litości, jaką dla niej mamy (a przecież zwykle sami nie chcielibyśmy, aby się nad nami litowano), albo z naszego tchórzostwa. Boimy się rozstać, bo całe życie trzeba będzie poukładać sobie na nowo. A zanim, to jeszcze podzielić tamto stare. Uzgodnić, kto weźmie kota, a kto żelazko. Kto album ze zdjęciami, a kto toster, który Wam kupili rodzice. Dlatego wolisz odkładać to w czasie.

Poza tym, w ten sposób odkładasz też ból. Oswajasz się ze świadomością odejścia i kiedy wreszcie nastąpi, to będziesz odczuwał ulgę, że to już.

Jan Favre: Ja bym tu raczej przychylał się do tchórzostwa, niż dobrodusznej litości. Osoba, która chce się rozstać, czyli być porzucającym, a nie porzucanym, zazwyczaj boi się brać na siebie odpowiedzialności za zakończenie związku, a przede wszystkim przerażają ją wyrzuty sumienia. Czasem próbuje nawet swoimi manipulacjami doprowadzić do sytuacji, w której to druga strona nie wytrzymuje i pierwsza startuje z pomysłem rozstania. Byleby tylko mieć czyste ręce i móc udawać przed samym sobą, że to nie jego wina.

Joanna Pachla: O, to już jest chamstwo. Ale racja, zdarza się. Tak samo jak wypatrywanie znaków, które utwierdzałyby nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Zakładając jednak, że decyzja już zapadła i chcemy ją wcielić w życie teraz, już – jak to zrobić, żeby tej drugiej strony nie bolało bardziej niż musi? Bo że nie zaboli wcale, to nie jestem w stanie uwierzyć.

Jan Favre: Część osób jako środek znieczulający stosuje kłamstwo i nie podaje prawdziwych powodów odejścia, tylko tytuły popowych piosenek typu „jesteś za dobra dla mnie”, „to nie ty, to ja”, „to dla mnie za wcześnie na miłość” albo „nie nadaję się do związku”, myśląc, że to załatwi sprawę. Załatwia to tylko totalny mętlik w głowie drugiej strony, kompletne rozbicie i ciągłe drążenie w poszukiwaniu odpowiedzi „co tak naprawdę się stało?”, „czemu nie jesteśmy już razem?”.

Załatwia to sprawę powrotu do siebie pod pretekstem naprawienia tego, co nie działało – bo jak robić coś lepiej, skoro nie wiadomo, co było źle? – ale jest strasznym skurwysyństwem.

Z perspektywy osoby, która była zostawiana, najsensowniejszym rozwiązaniem jest szczera rozmowa i powiedzenie wprost, czemu nie możemy już dłużej być razem.

Po pierwsze, jest to uczciwe i okazujesz w ten sposób zostawianemu szacunek. Skoro byliście tyle czasu razem, dzieliliście się swoimi przemyśleniami, przeżyciami i ciałami, to zasługuje na prawdę.

Po drugie, mówiąc, jaki konkretnie jest powód – przykładowo, jeśli nie mogłaś z nim wytrzymać, bo był ucieleśnieniem znieczulicy i na co dzień był zimniejszy niż ruska wódka – robisz coś dobrego dla tej osoby. Jeśli pozna faktyczną przyczynę, będzie mógł nad nią pracować, zmienić się i nie popełniać tych samych błędów w kolejnym związku. To będzie dla niego budujące doświadczenie. Jeśli oznajmisz, że to koniec, bo nie chodzi o niego, tylko o Ciebie i myślisz o wstąpieniu do zakonu, skażesz go na miotanie się w labiryncie domysłów, dodatkowo tworząc negatywny obraz kobiet w jego głowie. Który może uda mu się zmienić, a może będzie go podawał dalej.

Joanna Pachla: Bardzo, bardzo chciałabym Ci przyznać rację i powiedzieć, że szczerość zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale… nie jest. Sama wychodzę z założenia, żeby nie ranić bardziej, niż musisz. Jeśli powiem mojemu facetowi: „słuchaj, od dłuższego czasu nam się nie układa. Kłócimy się o byle co, nie mamy wspólnych tematów, pasji ani zainteresowań, a jedyne, co nas łączy, to rachunki za gaz, już nawet seksu razem nie uprawiamy”, to przecież go nie okłamię, a jednocześnie mocno nie zranię, bo powiem coś, co sam mniej lub bardziej widzi. Jeśli natomiast powiem „odchodzę od Ciebie, bo po tych trzech latach zaczęło wiać nudą, więc chcę spróbować, jak mi wyjdzie z kolesiem z IT”, to on wtedy dostanie kopa na twarz. Podważy zasadność całych tych trzech lat, znienawidzi mnie i będzie się zastanawiał, czy go zdradzałam, jak często okłamywałam, itp., itd. I może jeszcze zrazi się do innych kobiet.

Choć, z drugiej strony, sama jednak wolałabym wiedzieć. Niezależnie od tego, jak bardzo mnie to zrani. Trochę schizofrenia, nie?

Jan Favre: Zdecydowanie za dużo Paktofoniki.

To, że pół prawdy, to całe kłamstwo, to podejrzewam, że wiesz, ale może nie być dla wszystkich oczywiste, że nie zostawiasz – już byłego – partnera, bo chcesz zobaczyć jak wyjdzie z kolesiem z IT, tylko odchodzisz, bo między Wami było na tyle źle, że zaczęłaś robić miejsce dla kogoś innego. I to, czemu tak popsuło się między Wami, może być dla rzucanego cenną informacją.

A prawda, którą da się ułożyć i jakoś ją przepracować, w ogólnym rozrachunku naprawdę jest mniej bolesna, niż kłamstwo, z którym człowiek zostaje jak z opuncją – nie dość, że nie wiadomo, jak to ugryźć, to jeszcze ciągle kłuje.

Joanna Pachla: Ale oczywiście, że nie mówię o mydleniu komuś oczu i sprzedawaniu bajeczki w stylu „kochanie, to moja wina, że nam nie wyszło, wybacz, ale odchodzę”. Zostawiany musi wiedzieć, za co się go zostawia, żeby – jak sam mówisz – wiedział, co było źle, mógł to jakoś przepracować i wyeliminować przy następnym związku. Natomiast nie jestem za wyrzucaniem sobie wszystkiego i praniem wszystkich możliwych brudów. Z szacunku dla tego, co było – lepiej zrobić to z klasą. Nawet, jeśli w pewnych sferach zakłada to milczenie.

Jan Favre: Rozstawanie się z klasą – bez rzucania kurwami czy przedmiotami – jestem w stanie sobie wyobrazić, ale to milczenie chyba nie do końca rozumiem. Czemu i w jakiej sferze miałabyś milczeć?

Joanna Pachla: To odnosi się do wspomnianej wcześniej zasady, że nie ranisz bardziej, niż musisz. Jeśli wiesz, że jest już ktoś inny – nie musisz tego mówić. Jeśli udawałeś wszystkie orgazmy – także nie musisz tego mówić. Jeśli uważasz, że zasługujesz na kogoś więcej – także nie musisz zrównywać tego biedaka z ziemią. W życiu są różne sytuacje. Miejmy jasność, że nie mówię tutaj o własnych motywacjach, ale jestem w stanie zrozumieć kobiety, które długo męczyły się w swoich związkach i postanowiły odejść bez zbędnych tłumaczeń.

Przecież jeżeli od dłuższego czasu Wam się nie układa, to chyba każde z Was samo wie, co jest mniej więcej nie tak? Niepotrzebne są wtedy listy przewinień czy wypunktowywanie, co było źle. Rozchodzicie się i już, bo widzicie, że nie ma sensu w tym trwać. Czasem jedyny argument za odejściem jest bardzo zwięzły i brzmi po prostu: „nie kocham Cię” czy „nie chcę z Tobą już być”.

Jan Favre: To koniec.

Joanna Pachla: Czego?

Jan Favre: Tekstu. Nie kocham Cię już.

autorem zdjęcia w nagłówku jest tnts3000

---> SKOMENTUJ