Close
Close

Wojna Płci: czy można rozstać się bezboleśnie?

Skip to entry content

Ostatni raz w „Wojnie Płci” razem z Asią z Wyrwane z kontekstu rozmawialiśmy o tym jak radzić sobie po rozstaniu i de facto już po publikacji tekstu olśniło mnie, że zabraliśmy się do tego tematu trochę z dupy strony. Bo żeby jakoś ogarnąć bycie samemu, najpierw do tego rozpadu związku musi dojść. A żeby do tego doszło, to ktoś z tej dwójki ludzi musi mieć jaja, zebrać się na odwagę i podziękować sobie za współpracę. Co nigdy nie jest miłe. No, chyba, że jest?

Czy można rozstać się bezboleśnie?

Wojna Płci

Jan: Jesteś z kimś dłuższy czas, powiedzmy trzy lata, a od roku jest chujowo i wiesz, że nie da rady tego naprawić, bo masz już go dość i czujesz się jak zwierzę złapane w pułapkę. Marzysz o tym, żeby się uwolnić i już to zakończyć, ale z drugiej strony on jest podbiałem do rany przyłóż. Ciepły, pogodny, kompletnie zapatrzony w Ciebie i zupełnie nieświadomy. Typowy misiowaty misiu. Da się zostawić go tak, żeby nie cierpiał?

Joanna: Nie. Dlatego ja też cierpię miesiącami, zanim go w końcu zostawię. Dobrych ludzi nie zostawia się łatwo. Co innego, jak jest skurwysyn i cham. Wtedy pewnie będzie go to obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale do tego trzeba by nie mieć serca. Każdy normalny człowiek dotkliwie odczuwa zwykle stratę. A strata drugiego człowieka jest jednak najbardziej bolesną z możliwych.

Jan Favre: Ale przecież wymiotujesz już jego obecnością i męczysz się, jakbyś sama miała przejść drogę krzyżową z drewienkiem na plecach. Czemu nie skończysz tego szybkim cięciem, tylko przedłużasz ten ból? Zrywanie plastra boli najmniej, gdy robi się to jednym pociągnięciem, a nie na raty.

Joanna Pachla: Tak, ale to dobrze wygląda tylko na reklamach w TV. W prawdziwym życiu nie masz zwykle jaj, żeby to zrobić. I to nawet nie przez wzgląd na siebie, tylko właśnie na tę osobę, od której odchodzisz. Myślisz: ok, jakoś to przecierpię, może będzie jeszcze lepiej.  Niektórzy na takim myśleniu są w stanie przejechać całe życie.

Jan Favre: Myślisz, że to jest uczciwe i przede wszystkim w porządku wobec tej osoby? Bycie z nią tylko dlatego, żeby nie było jej smutno? Bycie z nią, mimo że nie masz na to ochoty?

Joanna Pachla: Nie, to nie jest fair. To wynika albo z litości, jaką dla niej mamy (a przecież zwykle sami nie chcielibyśmy, aby się nad nami litowano), albo z naszego tchórzostwa. Boimy się rozstać, bo całe życie trzeba będzie poukładać sobie na nowo. A zanim, to jeszcze podzielić tamto stare. Uzgodnić, kto weźmie kota, a kto żelazko. Kto album ze zdjęciami, a kto toster, który Wam kupili rodzice. Dlatego wolisz odkładać to w czasie.

Poza tym, w ten sposób odkładasz też ból. Oswajasz się ze świadomością odejścia i kiedy wreszcie nastąpi, to będziesz odczuwał ulgę, że to już.

Jan Favre: Ja bym tu raczej przychylał się do tchórzostwa, niż dobrodusznej litości. Osoba, która chce się rozstać, czyli być porzucającym, a nie porzucanym, zazwyczaj boi się brać na siebie odpowiedzialności za zakończenie związku, a przede wszystkim przerażają ją wyrzuty sumienia. Czasem próbuje nawet swoimi manipulacjami doprowadzić do sytuacji, w której to druga strona nie wytrzymuje i pierwsza startuje z pomysłem rozstania. Byleby tylko mieć czyste ręce i móc udawać przed samym sobą, że to nie jego wina.

Joanna Pachla: O, to już jest chamstwo. Ale racja, zdarza się. Tak samo jak wypatrywanie znaków, które utwierdzałyby nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Zakładając jednak, że decyzja już zapadła i chcemy ją wcielić w życie teraz, już – jak to zrobić, żeby tej drugiej strony nie bolało bardziej niż musi? Bo że nie zaboli wcale, to nie jestem w stanie uwierzyć.

Jan Favre: Część osób jako środek znieczulający stosuje kłamstwo i nie podaje prawdziwych powodów odejścia, tylko tytuły popowych piosenek typu „jesteś za dobra dla mnie”, „to nie ty, to ja”, „to dla mnie za wcześnie na miłość” albo „nie nadaję się do związku”, myśląc, że to załatwi sprawę. Załatwia to tylko totalny mętlik w głowie drugiej strony, kompletne rozbicie i ciągłe drążenie w poszukiwaniu odpowiedzi „co tak naprawdę się stało?”, „czemu nie jesteśmy już razem?”.

Załatwia to sprawę powrotu do siebie pod pretekstem naprawienia tego, co nie działało – bo jak robić coś lepiej, skoro nie wiadomo, co było źle? – ale jest strasznym skurwysyństwem.

Z perspektywy osoby, która była zostawiana, najsensowniejszym rozwiązaniem jest szczera rozmowa i powiedzenie wprost, czemu nie możemy już dłużej być razem.

Po pierwsze, jest to uczciwe i okazujesz w ten sposób zostawianemu szacunek. Skoro byliście tyle czasu razem, dzieliliście się swoimi przemyśleniami, przeżyciami i ciałami, to zasługuje na prawdę.

Po drugie, mówiąc, jaki konkretnie jest powód – przykładowo, jeśli nie mogłaś z nim wytrzymać, bo był ucieleśnieniem znieczulicy i na co dzień był zimniejszy niż ruska wódka – robisz coś dobrego dla tej osoby. Jeśli pozna faktyczną przyczynę, będzie mógł nad nią pracować, zmienić się i nie popełniać tych samych błędów w kolejnym związku. To będzie dla niego budujące doświadczenie. Jeśli oznajmisz, że to koniec, bo nie chodzi o niego, tylko o Ciebie i myślisz o wstąpieniu do zakonu, skażesz go na miotanie się w labiryncie domysłów, dodatkowo tworząc negatywny obraz kobiet w jego głowie. Który może uda mu się zmienić, a może będzie go podawał dalej.

Joanna Pachla: Bardzo, bardzo chciałabym Ci przyznać rację i powiedzieć, że szczerość zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale… nie jest. Sama wychodzę z założenia, żeby nie ranić bardziej, niż musisz. Jeśli powiem mojemu facetowi: „słuchaj, od dłuższego czasu nam się nie układa. Kłócimy się o byle co, nie mamy wspólnych tematów, pasji ani zainteresowań, a jedyne, co nas łączy, to rachunki za gaz, już nawet seksu razem nie uprawiamy”, to przecież go nie okłamię, a jednocześnie mocno nie zranię, bo powiem coś, co sam mniej lub bardziej widzi. Jeśli natomiast powiem „odchodzę od Ciebie, bo po tych trzech latach zaczęło wiać nudą, więc chcę spróbować, jak mi wyjdzie z kolesiem z IT”, to on wtedy dostanie kopa na twarz. Podważy zasadność całych tych trzech lat, znienawidzi mnie i będzie się zastanawiał, czy go zdradzałam, jak często okłamywałam, itp., itd. I może jeszcze zrazi się do innych kobiet.

Choć, z drugiej strony, sama jednak wolałabym wiedzieć. Niezależnie od tego, jak bardzo mnie to zrani. Trochę schizofrenia, nie?

Jan Favre: Zdecydowanie za dużo Paktofoniki.

To, że pół prawdy, to całe kłamstwo, to podejrzewam, że wiesz, ale może nie być dla wszystkich oczywiste, że nie zostawiasz – już byłego – partnera, bo chcesz zobaczyć jak wyjdzie z kolesiem z IT, tylko odchodzisz, bo między Wami było na tyle źle, że zaczęłaś robić miejsce dla kogoś innego. I to, czemu tak popsuło się między Wami, może być dla rzucanego cenną informacją.

A prawda, którą da się ułożyć i jakoś ją przepracować, w ogólnym rozrachunku naprawdę jest mniej bolesna, niż kłamstwo, z którym człowiek zostaje jak z opuncją – nie dość, że nie wiadomo, jak to ugryźć, to jeszcze ciągle kłuje.

Joanna Pachla: Ale oczywiście, że nie mówię o mydleniu komuś oczu i sprzedawaniu bajeczki w stylu „kochanie, to moja wina, że nam nie wyszło, wybacz, ale odchodzę”. Zostawiany musi wiedzieć, za co się go zostawia, żeby – jak sam mówisz – wiedział, co było źle, mógł to jakoś przepracować i wyeliminować przy następnym związku. Natomiast nie jestem za wyrzucaniem sobie wszystkiego i praniem wszystkich możliwych brudów. Z szacunku dla tego, co było – lepiej zrobić to z klasą. Nawet, jeśli w pewnych sferach zakłada to milczenie.

Jan Favre: Rozstawanie się z klasą – bez rzucania kurwami czy przedmiotami – jestem w stanie sobie wyobrazić, ale to milczenie chyba nie do końca rozumiem. Czemu i w jakiej sferze miałabyś milczeć?

Joanna Pachla: To odnosi się do wspomnianej wcześniej zasady, że nie ranisz bardziej, niż musisz. Jeśli wiesz, że jest już ktoś inny – nie musisz tego mówić. Jeśli udawałeś wszystkie orgazmy – także nie musisz tego mówić. Jeśli uważasz, że zasługujesz na kogoś więcej – także nie musisz zrównywać tego biedaka z ziemią. W życiu są różne sytuacje. Miejmy jasność, że nie mówię tutaj o własnych motywacjach, ale jestem w stanie zrozumieć kobiety, które długo męczyły się w swoich związkach i postanowiły odejść bez zbędnych tłumaczeń.

Przecież jeżeli od dłuższego czasu Wam się nie układa, to chyba każde z Was samo wie, co jest mniej więcej nie tak? Niepotrzebne są wtedy listy przewinień czy wypunktowywanie, co było źle. Rozchodzicie się i już, bo widzicie, że nie ma sensu w tym trwać. Czasem jedyny argument za odejściem jest bardzo zwięzły i brzmi po prostu: „nie kocham Cię” czy „nie chcę z Tobą już być”.

Jan Favre: To koniec.

Joanna Pachla: Czego?

Jan Favre: Tekstu. Nie kocham Cię już.

autorem zdjęcia w nagłówku jest tnts3000
(niżej jest kolejny tekst)

19
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
8 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
13 Comment authors
EscobarKaZetkaWeronika TruszczyńskaChica Mala Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

O, widzę, że niezłe combo dzisiaj zaliczanie z tą Wojną – atak z dwóch frontów :). Ale żeby sformułować wypowiedź zostającą w temacie – zgadzam się z Asią. Nie trzeba chyba wyfraczać się na do widzenia ze wszystkich zastrzeżeń do drugiej strony, bo to niczemu nie służy. Nie jestem fanką sakramentalnego „zostańmy przyjaciółmi”, bo to jest raczej nie do zrobienia w momencie, gdy rozstanie nie było jednostronną decyzją. Zwięzłe przedstawienie powodów do odejścia raczej stanowi sygnał „nie rozstawajmy się we wzajemnych życzeniach upadnięcia mordą na jeża, tylko zróbmy to w miarę jak ludzie”. A temu właśnie służy nie napomykanie, że… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Ooo, czyżbym złapał Panią Prawnik na nieczytaniu dat dokumentów? Ten tekst u Asi jest z 17-go lutego, tylko zapomniałem wcześniej podlinkować :)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Winna, wysoki sądzie :(.

Jan Favre
Gość

Ze względu na skruchę oskarżonej, możemy warunkowo umorzyć karę :)

Corax_Viridi
Gość

Rozpatrzyliście najłatwiejszy przypadek z możliwych… Jeżeli z tym macie problem, to jak pojawią się dzieci to macie życiowo przesrane ;)

Gacina
Gość
Gacina

„A prawda, którą da się ułożyć i jakoś ją przepracować, w ogólnym rozrachunku naprawdę jest mniej bolesna, niż kłamstwo, z którym człowiek zostaje jak z opuncją – nie dość, że nie wiadomo, jak to ugryźć, to jeszcze ciągle kłuje.” – po zgugluwaniu opuncji stwierdzam, że bardzo ładne porównanie :)

Magdalena Śpiewak
Gość

Kiedyś chłopak, z którym się spotykałam, po prostu pewnego dnia zapukał do moich drzwi, podał mi moje rzeczy, które przez pół roku zdążyłam u niego zostawić, odwrócił się na pięcie i poszedł. W ostatniej chwili go zatrzymałam, prosiłam o jakieś wyjasmnienia tej sytuacji. Niestety nic się nie dowiedziałam. Zrobiło mi się go nawet żal, jak tak patrzyłam jak próbuje coś kręcić, więc pozwioliłam mu odejść. Wtedy najbardziej bolało mnie to w jaki sposób mnie zostawił, a nie, ze zostawił

Jeden z moich ulubionych powodów rozstania, to – zrywam z Tobą, bo Cie kocham. Moją siostrę chłopak kiedyś pożegnał takimi słowami.

Jan Favre
Gość

„zrywam z Tobą, bo Cie kocham” – w sensie, „jesteś za dobra dla mnie, a ja taki zły, więc musimy się rozstać”?

Magdalena Śpiewak
Gość

Coś w ten deseń. „Nie zasługuję na Ciebie” „zasługujesz na kogoś lepszego” „nie jestem wart twojej miłości” „za bardzo Cię kocham, by niszczyć Ci życie” bla bla bla,

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Ja myślę, że to chyba bardziej „kocham Cię, ale nie chcę czuć się dłużej gorszy i znajdę sobie kogoś, nad kim będę górować i nie będę mieć kompleksów”.
Czyli w sumie nie kłamie :)

Nerw Słowa
Gość

Dużo w tym prawdy. A teraz czekam na tekst, co po tym, jak się dwie takie osoby już rzeczywiście rozstaną – bo mimo że zupełnie do siebie nie pasowały i w końcu postanowiły to zakończyć, i wiedzą, że tak dla nich lepiej, to i tak za sobą tęsknią :/

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Nigdy nie wkręcałem się w buddyzm, ale jestem w stanie przyjąć, że istnieje coś takiego jak karma. Jednak, nawet jeśli ktoś krzywi się słysząc te pojęcia, to tego, że wpływamy na otoczenie i innych ludzi już nie może podważyć. Bo to fakt. Każda akcja rodzi reakcję. Każdy kontakt z drugim człowiekiem ma wpływ na nas i na niego. Raz mniej, a raz bardziej znacząco, ale każda interakcja zostawia jakiś ślad. Bo jeśli zmieniamy się pod wpływem czegoś, to właśnie pod wpływem ludzi. A raczej przeżyć jakie fundują nam ci ludzie.

Półtora roku temu w myśl tej idei nawet założyłem kanał na YouTube i razem z Andrzejem Kozdębą ruszyliśmy z akcją „Dobromaniacy”. Chcieliśmy zrobić co zupełnie przeciwnego niż pranki i napastowanie przypadkowych osób nocą. Staraliśmy się rozsiewać pozytywną energię biegając po mieście w kolorowych strojach i pomagając przechodniom w codziennych sprawach. Sprawić, że ich dzień będzie choć trochę lepszy, przez dwóch wariatów w różowych spodniach.

Poza kilkoma dresiarzami, ludzie reagowali na nas bardzo pozytywnie – uśmiechali się, przybijali nam piątki i pozdrawiali nas z daleka. Nawet jeśli w danym momencie nie potrzebowali naszej pomocy, to i tak na ich twarzach malował się uśmiech, co utwierdzało nas w przekonaniu, że dobrze robimy i nakręcało do dalszego działania. Piszę to jednak w czasie przeszłym, bo po 4 odcinkach doszliśmy do wniosku, że jednak doba jest za krótka, by te produkcje były na satysfakcjonującym nas poziomie i jednocześnie nie ucierpiały przez to inne obowiązki – u Andrzeja szkolenia, u mnie blog. A bardzo, ale to bardzo, nie chciałem robić czegoś po łebkach. W związku z czym, inicjatywa umarła.

Jednak nie do końca.

Brakuje mi tej pozytywnej energii, którą dawaliśmy ludziom i dostawaliśmy z powrotem i pomyślałem, że zrobię coś mniej angażującego czasowo, ale równie dobrego dla otoczenia, w którym mieszkam, a tym samym dla siebie. Wszem i wobec ogłaszam, że…

Marzec będzie miesiącem komplementów!

Nie chcę mówić, że to nasza cecha narodowa i narzekać jak to źle jest w Polsce, ale nie jesteśmy nauczeni mówienia sobie miłych rzeczy. Ani przyjmowania komplementów. A zwykłe „ładnie się uśmiechasz”, „świetnie wyglądasz w tej sukience”, czy choćby „fajne oprawki” potrafi diametralnie poprawić humor. I sprawić, że nawet najgorszy dzień będzie bardziej zjadliwy i choć przez chwilę zapomni się o problemach. Zwykłe, małe słowa, mają bardzo dużą moc i chcę tego dowieść empirycznie.

30 dni z komplementami – przez równy miesiąc, codziennie będę dawał nieznajomym pochwały.

Wiem, że dobra energia przekazana jednej osobie idzie dalej w świat i wierzę, że do mnie wróci. Że nawet ten dresiarz, słysząc, że ma kozacki obuw, w duchu się ucieszy i nie obije komuś mordy. Na przykład komuś z moich znajomych, przez co nie będę musiał odwiedzać go w szpitalu. Albo nie spóźni się na spotkanie, a ja nie będę się wkurzał, że kwitnę od kwadransa, czekając na niego. Albo kobieta na pasach, słysząc, że podoba mi się jej czapka, uśmiechnie się i przekaże tę energię ekspedientce w osiedlowym sklepie, przez co ta ostatnia obsłuży mnie bez focha.

Będzie to też ciekawe ćwiczenie na wychodzenie ze strefy komfortu.

Zasadniczo nie mam problemu z rozmawianiem z nieznajomymi i nawiązywaniem kontaktów i taki jeden komplement w ciągu doby nie jest żadnym wyczynem. Dlatego każdego dnia będę zwiększał liczbę osób do skomplementowania o jedną, tak, żeby ostatniego dnia akcji dobić do 30 przechodniów, którym powiem coś miłego. Bardzo jestem ciekaw jak sobie z tym poradzę, bo powiedzmy sobie uczciwie, że powyżej 10 osób na dobę, to już faktycznie będzie wyzwanie.

Czy będą reagować, tak jak oczekuję? Czy nie dostanę w ryja od jakiegoś koksa? Czy dostanę w rewanżu również jakieś ciepłe słowo? Czy nie odezwie się wrodzona nieśmiałość? Nie wiem.

Za to wiem na pewno, że będę miał masę nowych historii do podzielenia się z Wami! Trzymajcie kciuki!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jackie.Lck

11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowy

Skip to entry content

Rap w Polsce wciąż nie jest uznawany przez stare media za główny nurt, jak ma to miejsce w Stanach, ale już nie można mówić o nim jak o muzyce niszowej. Czy subkulturze. „Sub” są raczej wszystkie inne gatunki, które mogą się tylko modlić o popularność i zasięg jaki mają raperzy. Nawet takie tuzy popu jak Doda nie są w stanie równać się choćby z Pihem, który, delikatnie mówiąc, nigdy nie tworzył treści przystępnych dla masowego odbiorcy. Zresztą, o tym jakiej muzyki świadomie słuchają Polacy już pisałem.

Dziś o czymś innym. Dziś o tym, jak rap wpływa na mowę potoczną.

Za sprawą ogromnej grupy słuchaczy tego gatunku, hermetyczny slang przenika się z językiem codziennym. Wiele osób nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy, ale część zwrotów, którymi posługuje się na co dzień pochodzi właśnie z rapowych kawałków. Podejrzewam, że Tobie też zdarza się rzucić jakieś hasło z utworu Molesty, Pezeta, czy Tedego nie mając o tym pojęcia. Lub, co gorsza, nie wiedząc, co tak naprawdę oznacza. Spoko, teraz już będziesz wiedział.

1. Propsy – w Stanach ten zwrot jest obecny niemal od zawsze i używa się go w momencie, gdy jeden raper chce wyrazić uznanie dla twórczości drugiego rapera. W Polsce po raz pierwszy został zauważony na płycie Zkibwoya „Obskurw King” i momentalnie rozprzestrzenił się poza środowisko. Gimbaza, hipsterzy i branża reklamowa uznała go za swój i używa jako modniejszego synonimu zwrotu „dobra robota”, bądź „szacuneczek”.

2. Diss – mało kto o tym wie nawet wśród hiphopowców, ale to skrót od „disrespect”, czyli „brak szacunku”. Pierwszym polskim dissem był utwór „Anty” Nagłego Ataku Spawacza, w którym mocno obrywa się Liroyowi. Panowie z Poznania porównywali kielczanina do narządów płciowych, kwieciście dając wyraz temu, że za nim nie przepadają. Obecnie sformułowanie zostało zdewaluowane i określa się nim nieprzychylny komentarz w internecie skierowany do konkretnego adresata.

3. Zajawka – to już w zasadzie archaizm i raczej nie słyszy się go na nowszych płytach. Słowo zostało bardzo mocno wyeksploatowane w okresie pierwszego boomu na hip-hop, w latach 2001-2005. Jest synonimem „pasji”/„entuzjazmu”. Co ciekawe, wcześniej funkcjonowało jako odpowiednik „teasera”/”trailera”/”sampla”.

4. Koks posypany – znaczy tyle co „kokaina jest gotowa do spożycia”. Rzadziej słyszy się to na żywo, częściej czyta w internecie przy okazji szydzenia z czyjejś nieudolnej próby lansu i imprezowania na pokaz. Te słowa miał wypowiedzieć Krzysztof Kozak – legendarny wydawca, współpracujący z takimi zespołami jak Wzgórze Ya-Pa 3, Warszafski Deszcz, czy z DJem 600v. Jednak na filmiku, na którym ten tekst pada po raz pierwszy, słychać, że wypowiadany jest przez Piha – rapera z Białegostoku.

[emaillocker]

5. Hajs się zgadza – chyba nie istnieje grupa społeczna z dostępem do internetu, przez którą nie przewinąłby się ten greps. Jest używany dosłownie wszędzie. Dwoiłem się i troiłem, żeby dojść do tego, kto jest autorem najpopularniejszego tekstu o tym, że suma pieniędzy jest adekwatna do oczekiwań. Wszystko wskazuje na to, że nie jest nim ani Gural, ani Wini, ani Tede, a Seba (Sebastian Muliński). Jeden z twórców niegdyś największego portalu i forum o hip-hopie – Hip-Hop.pl.

6. Bauns – w etymologicznym ujęciu, słowo to określało odłam rapu skupiający się na imprezach, używkach, dziewczynach, drogich ciuchach i drogich autach. Czyli szeroko pojętej zabawie. Bounce’owe bity były najczęściej szybsze, niż te klasyczne i charakteryzowały się cykaniem – gęstszym ułożeniem hi-hatu. Prekursorami baunsu w Polsce byli Tede, Borixon i Onar, i to oni rozpropagowali to pojęcie, robiąc z niego zamiennik „imprezy tanecznej”.

7. Ziomek – historia „ziomka” jest o tyle ciekawa, że zanim kultura masowa wyciągnęła go z rapu, robiąc z niego oficjalny odpowiednik kumpla, to hip-hopowcy wyciągnęli go ze staropolskiego. Kilka stuleci temu mówiono tak na osobę pochodzą z tego samego kraju bądź okolic – rodaka, krajana.

8. Bakać – tak, to ten czasownik związany z odurzaniem się marihuaną. Swoją popularność zawdzięcza Joce i Dabowi z Kalibra 44. Panowie w 2000 roku na jego cześć postanowili nazwać swoją koncertową ekipę Baku Baku Składem.

9. Pozdro 600 – założę się o dobrą pizzę, że nikt z Twoich znajomych nie wie, że to nie rdzenne młodzieżowe powiedzonko na do widzenia. To zwrot jakim zostaje pozdrowiony DJ 600v na jednej ze swoich płyt. Szerzej pisałem o tej monstrualnej pomyłce przy okazji zwrotów, których ludzie nie rozumieją.

10. Swag – jak byłem w podstawówce modne dzieciaki chciały mieć szpan, w liceum lans, a teraz swag. Zasadniczo chodzi o to samo – dobre ciuchy i wyróżnianie się z tłumu. Po raz pierwszy w polskim utworze „swag” pojawił się dopiero w maju 2012 roku. Przyjął się.

11. Mordo – w ostatnim czasie najpopularniejszy synonim do „kolego”, występujący w zasadzie tylko w wołaczu. Od 2006, kiedy oficjalnie zadebiutował w utworze „Osiedlowa saga” warszawskiego zespołu Bez Cenzury, stopniowo przybierał na sile, aż wyszedł ze środowisk młodzieżowo-imprezowych i wkradł się tak że w świat korporacyjny. „Mordo, wyślij mi na asapie fidbek, bo muszę klepnąć akcept tego projektu” – czy to mogłoby brzmieć piękniej?

Jeśli o czymś zapomniałem, a jest na tyle często używane, że warto to odnotować, to śmiało.

autorem zdjęcia w nagłówku jest raphaelstrada

[/emaillocker]

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.