Close
Close

8 sytuacji, w których możesz skasować czyjś komentarz

Skip to entry content

Jak powszechnie wiadomo, usuwanie komentarzy, a już nie daj boże i niech cię ręka Allaha broni, banowanie ludzi w internecie jest zamachem na wolność słowa. Bo przecież wolność słowa nie polega na tym, że masz prawo wyrazić zdanie na jakiś temat w SWOICH kanałach komunikacji. Nie. Wolność słowa polega na tym, że możesz przyjść do CZYJEGOŚ domu i pouczać go jak ma wychowywać dzieci, udzielać rad na temat odżywiania i spuentować swoją wypowiedź tym, że ma gówniany kolor ścian i natychmiast powinien go zmienić. Bo to przecież tylko Twoja opinia.

Wyrażasz tylko swoje zdanie, co nie? A jak ktoś ma z tym problem, to najwyraźniej nie radzi sobie z krytyką.

Mimo, że, według Januszów i Sebixów, wolność słowa daje ci prawo wejścia do czyjegoś internetowego domu – na jego bloga, konto na Twitterze, fanpage na Facebooku, czy profil prywatny – pouczania go i zachowywania się jakby to miejsce należało do Ciebie i ty byłbyś jego panem, to konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej przewiduje 8 wyjątkowych sytuacji, w których taki komentarz można usunąć. A nawet dać bana jego autorowi. I nie narazić się na wizytę CBŚ, zgłoszenie do prokuratury, interwencję policji, ani kontakt z innymi organami ścigania walczącymi z cenzurą w internecie.

Jakie to sytuacje?

1. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób Cię obraża

Nie ma znaczenia, czy to pojazd wprost typu „ale pierdolenie”, czy pośredni „zjedz coś czasem, bo sama skóra i kości”, czy bardziej zawoalowana obraza w stylu „jak na kobietę to całkiem niezły tekst, rozkręcasz się”. Wyobrażasz sobie, że ktoś przychodzi na Twoje urodziny i robi Ci przy wszystkich gościach takie przytyki personalne? Za ucho i za drzwi, nie ma takiego bicia.

2. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób obraża innych

Tym razem masz imieniny i jakiś Mirek na gazie, który wbił się na imprezę na krzywy ryj, mówi, że Twój brat ma brzydką koszulę, Twoja dziewczyna krzywe nogi, a Twój kumpel z pracy wygląda jak przez okno. Jeśli ktoś w komentarzach w internecie ciśnie po Twoich znajomych, czytelnikach albo jakimś autorytecie, to zdecydowanie musi zmienić piaskownicę, jeśli nie umie bawić się z innymi.

3. Zarzucanie czegokolwiek niezgodnego z prawdą

Tekst typowo napisany pod kliki.

Napisałeś to tylko po to, żeby wzbudzić kontrowersje, co nie?

Gdyby ci zapłacili zareklamowałbyś nawet gówno, a potem je zjadł?

Bronisz homosiów, bo sam jesteś ciepły.

To prawda, że byłeś z XYZ, ale cię zostawiła bo ABC?

Lewacka propaganda.

Do czego to doszło, żebyś musiał się tłumaczyć we własnym domu. I to z czegoś czego nie zrobiłeś. I co jest absolutnie nieprawdą. Absurd, co? No, to do zsypu z nim.

4. Czepialstwo

Ja rozumiem, że ktoś może dbać o poprawność językową i mieć na względzie prawidłowe posługiwanie się polskim, ale gdy widzisz, że notorycznie komentuje Twoje teksty tylko wtedy, gdy znajdzie w nich błąd – a często szuka błędów na siłę, nawet wtedy, gdy ich nie ma – to jest to zwykłe dopierdalanie się. Podobnie, gdy tworzysz treści wizualne – zdjęcia kulinarne albo modowe – a ktoś jedyne co w nich widzi, to drobne niedociągnięcia, mające marginalny wpływ na odbiór całości. O których oczywiście nie może poinformować Cię wysyłając wiadomość prywatną, tylko pisząc publiczny komentarz, tak by koniecznie inni również zwracali na to uwagę.

Nie jesteś psim ogonem, żeby jakiś rzep tak się Ciebie czepiał. Ban.

5. Podpisywanie się adresem bloga

Zamiast imieniem i nazwiskiem albo ksywką.

Wiesz, czemu ktoś pisząc komentarz u Ciebie na blogu, robi to nie jak Grażyna Nowak, tylko Grazynabloguje.blogspot.com? Bo liczy, że ktoś inny widząc tę porywającą domenę kliknie w nią i przejdzie do niej na bloga. Czyli zrobi sobie u Ciebie darmową reklamę. Bo przecież po to angażujesz tyle czasu, energii, pomysłów i nerwów w prowadzenie swojego miejsca w sieci, żeby wszystkie domorosłe asy marketingu mogły się u Ciebie reklamować, co nie? Spryciule. Nic, tylko pogratulować genialnego pomysłu. Pogratulować przyciskiem „delete”.

6. Przejaw buractwa

Jeśli ktoś w komentarzu, choćby na Twoim prywatnym profilu na Facebooku, pisze, że „murzyny to maupy, hehe, i tak śmisznie skaczom na teledyskach, hehe”, ewentualnie „i po ch*j sie te baby pchają do polityki, poje*ane, trza było zostać przy garach, a nie”, to nie ma sensu dyskutować. Jeśli jego najbliższe otoczenie przez tyle lat go nie uświadomiło, że pojmuje świat jakby go właśnie wyciągnięto z piwnicy, to Ty też nie zrobisz tego w batalii w internecie. Tylko stracisz czas i nerwy, bo bardziej prawdopodobne, że on ściągnie Cię do swojego poziomu, niż, że Ty wciągniesz go na swój.

7. Gdy ktoś pyta czemu skasowałeś jego komentarz

Oczywiście nie w prywatnej wiadomości bezpośrednio do Ciebie, tylko w kolejnym, publicznym komentarzu, tak żeby przypadkiem nikomu to nie umknęło i, a nuż, udało się wywołać gównoburzę.

8. Gdy jakiś komentarz Ci się nie podoba

Jeśli to nie było czytelne, to na początku tego tekstu się zgrywałem. Kasowanie komentarzy i banowanie ludzi nie jest zamachem na wolność słowa. Jest zadbaniem o swoje miejsce w sieci. Twoje konto na Instagramie, Twój kanał na Youtube, Twój profil na Naszej-Klasie, Twój blog, to wszystko Twoje miejsca w sieci. Internetowe domy. Niezależnie, czy jesteś osobą „prywatną”, czy „publiczną”. I tak jak w rzeczywistym domu, tym, w którym budzisz się i zasypiasz, możesz zrobić co tylko Ci się podoba, bo jest TWÓJ.

Nikt nie ma prawa czegokolwiek na Tobie wymuszać, masz absolutnie wolną rękę.

Wyobraź sobie, że na kanapie w salonie, gdzie na co dzień się relaksujesz i korzystasz z rozrywki, usiadł obok Ciebie jakiś przypadkowy typ. Ani nie jest wulgarny, ani Cię nie obraża, ani nie przejawia buractwa w inny sposób, ale mimo to niewiarygodnie Cię irytuje. Wkurza Cię sposób w jaki się wypowiada, jego poglądy albo częstotliwość z jaką je manifestuje. Z jakiegoś powodu, zupełnie nieistotne jakiego, budzi w Tobie bardzo silną niechęć.

Jaki jest tego skutek? Coraz rzadziej przychodzisz do SWOJEGO salonu posiedzieć na SWOJEJ kanapie, bo on cały czas tam jest i Cię wkurza. Dochodzi do tego, że TWÓJ salon, który tak bardzo lubiłeś zaczął być powodem pojawiania się w Tobie negatywnych uczuć. Co robisz z człowiekiem, który znikąd pojawił się w TWOIM WŁASNYM DOMU i sprawia, że źle się w nim czujesz? Jestem pewien w 100%, że jeśli tylko będziesz mieć taką możliwość, to go stamtąd usuniesz.

I dokładnie to samo możesz zrobić w internecie.

Nie masz obowiązku kochać wszystkich ludzi na całym świecie i nie ma znaczenia, czy Twoja niemiłość do kogoś jest poprawna politycznie. Nie musisz nikogo prosić o zgodę, ani przed nikim tłumaczyć się z tego, że kogoś nie chcesz mieć w swoim miejscu w sieci. Bo to Twoje miejsce i najważniejsze, żebyś Ty się w nim dobrze czuł.

Dlatego możesz usunąć czyjś komentarz, a nawet go zablokować, jeśli tylko Ci się on nie podoba. To zupełnie wystarczający powód.

autorem zdjęcia w nagłówku jest flattop341
(niżej jest kolejny tekst)

42
Dodaj komentarz

avatar
21 Comment threads
21 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
25 Comment authors
Joanna MariaKaPaNyOpMateusz Kiszło [JZP blog]Łukasz PrzechodzeńAgnieżka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Saga Sachnik
Gość

Atak na wolność słowa!!!11

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

Powszechnie wiadomo że „blogerzy” to tacy ludzie którym się uroiło że są wielkimi gwiazdami. Za kogo oni się uważają?! Do tego te pedalskie ubrania i lewackie poglądy… Ktoś ich w ogóle czyta?

dobrymjud
Gość

Nikt nie czyta! Ja też nie czytam, tutaj to tak przypadkiem weszłam, bo mi się samo kliknęło.

Jan Favre
Gość

To zupełnie jak ja.

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

Lajki na fejsie pewnie też kupujo! Kury się przez nich nie nioso!

Saga Sachnik
Gość

W internecie są fajniejsi.

Minerva
Gość

A ja, naiwna, zamiast od razu reagować wg powyższych przykazań nie raz i nie dwa dwoiłam się i troiłam, żeby odpowiadać, wyjaśniać, zaprzeczać a przy okazji być jeszcze miłą. Oczywiście bez skutku, bo nikt nie chciał mądrze dyskutować, tylko, tak jak napisałeś, zwyczajnie się dopierdalał. Człowiek się cały czas uczy, także dbać o swój internetowy dom. Ładnie to ująłeś.

Jan Favre
Gość

Przez pierwsze 2 lata działania w sieci też zawsze dyskutowałem, tłumaczyłem, upominałem, wyjaśniałem, po czym najczęściej i tak nie osiągałem zamierzonego skutku, a straciłem maaasę nerwów i czasu.

Minerva
Gość

Chyba właśnie mam to już za sobą :)

Łukasz Matusik
Gość

Zawsze to powtarzam: mój blog jest jak mój dom. Jeśli wejdziesz do niego z kupą na bucie, puścisz bełta na środku pokoju, zwyzywasz mi matkę, zbijesz kilka talerzy po czym stwierdzisz, że jestem popierdolony, to mam prawo Cię z niego wyprosić. A nawet wykopać. I nigdy więcej nie wpuszczać.

Jan Favre
Gość

Tak jest, przy czym tu celowo zaznaczam, że chodzi o wszystkie miejsca w sieci (Facebook, Instagram, Twitter), bo mam znajomych nieblogujących, którzy na przykład przestali wrzucać zdjęcia na swój profil prywatny, czy Instagrama, bo był ktoś taki miły, kto niewulgarnie, bez obrażania, ale jednak ciągle próbowała się jakoś dojebać i skutecznie zniechęcił ich do tego.

Jacek eM: dizajnuch
Gość

#dobra_zmiana w praktyce ;)

Icek
Gość
Icek

Żałosne, cenzorskie zapędy, jeb się, autorzyno!

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Negatywne konsekwencje odarcia związku z prywatności

Skip to entry content

Do tego tekstu popchnęła mnie ostatnia sytuacja z pewną szafiarką, która relacjonowała cały swój związek na Snapchacie, upubliczniając najbardziej intymne momenty, aż do chwili gdy doprowadziła do kryzysu ze swoim partnerem i również przepraszała go w tym medium. Co później komentowało pół Polski, próbując ingerować w rozwój wydarzeń. W żaden sposób nie chcę jej dopieprzyć, czy wyśmiać, ale na przykładzie tego co zrobiła, zwrócić uwagę na kwestie, z których najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę.

Mimo, że przez swoją działalność blogową, w internecie jestem postrzegany jako osoba publiczna, mam wrażenie, że moje życie jest bardziej prywatne niż wielu osób, które nie utrzymują się z publikowania w sieci. Nigdy nie pokazywałem nikogo z rodziny na zdjęciach, a jeśli byłem w związku, też zostawiałem tę informację dla wąskiego grona znajomych. Mimo, że mógłbym na tym sporo ugrać, bo jedynie zwierzęta klikają się tak dobrze jak związkowe statusy, czy romantyczne zdjęcia z partnerką.

Czemu nie dzieliłem się tym ze swoimi czytelnikami? Bo chciałem, żeby mój związek był mój, a nie całego internetu. Nie krytykuję osób, które otwierają swoje relacje na widzów, bo rozumiem chęć dzielenia się z innymi pozytywnymi emocjami i szczęściem, ale ma to swoją cenę. Całkiem sporą. I warto, żeby każdy kto odziera swój związek z prywatności miał świadomość negatywnych konsekwencji jakie to ze sobą niesie. A szczególnie osoby młode, zachłyśnięte relacjoniowaniem każdego momentu swojego życia w sieci.

Gdy wystawiasz związek na ocenę, nie zawsze będzie ona pozytywna

Jeśli ustawiasz na Facebooku status „Anna Kowalska w związku z Janusz Nowak”, to musisz być gotowy, że poza polubieniami i życzeniem powodzenia w relacji, będą pojawiać się też inne reakcje. Nieśmieszne żarty, głupie docinki, czy jawne kpiny. Nie masz obowiązku tego akceptować, ale musisz spodziewać się, że tak może się stać, gdy wpuszczasz między Was dwoje całego Facebooka. Bo to trochę tak, jakbyś zrobił chrzciny i powiedział, że może wpaść na nie całe miasto. Impreza przestaje być już Twoim prywatnym, kameralnym wydarzeniem i musisz się liczyć z tym, że obcy będą zachowywać się inaczej, niż byś sobie tego życzył.

Postronne osoby zaczynają ingerować w to, co się między Wami dzieje

Przez to, że otwierasz relację na osoby trzecie, często czują się one uprawione do tego, by mówić Wam jak ma ona wyglądać. I wchodzić w nią z butami, gdy nie jest według ich widzimisię.

Gdy wrzucisz zdjęcie z świętowania wspólnej rocznicy, ktoś spyta, czemu jeszcze nie mieszkacie razem, przecież to już najwyższy czas.

Gdy Twoja partnerka oznaczy się sama na imprezie, ktoś zacznie drążyć, czemu jest bez Ciebie, czy przypadkiem się nie pokłóciliście i czy to na pewno dobry pomysł puszczać ją bez opieki na imprezę.

Gdy dodasz fotkę z kumplem na piwie, a w tym samym dniu, nie daj boże, Twoja dziewczyna opublikuje status, że jest chora, ktoś stwierdzi, że powinieneś zajmować się swoją dziewczyną i jesteś beznadziejnym chłopakiem.

Gdy podlinkujesz silnie nacechowaną emocjami piosenkę – niezależnie, czy turbo dołującą, czy mega pozytywną – będzie to rozpatrywane w kontekście Twojej relacji.

Gdy przez dłuższy czas nie będziecie umieszczać wspólnych zdjęć, ktoś zasugeruje, że coś złego się między Wami dzieje i pewnie Wasz związek się kończy.

Widzowie będą Wam próbować narzucić jak powinniście się do siebie odnosić, jak spędzać czas, w którym momencie mieć dziecko i w jakiej pozycji uprawiać seks. I to wszystko oczywiście będzie dziać się publicznie, przy audiencji reszty widowni, czekającej na Twoją reakcję. Miło, co?

Wasze rozstanie będzie wydarzeniem medialnym

Ja wiem, że jak zaczynasz z kimś być, jesteś zauroczona jakby ktoś wypowiedział zaklęcie i dotknął Cię czarodziejską różdżką i śmiejesz się sama do siebie, gdy tylko o nim myślisz, bo wydaje Ci się, że już zawsze będziecie razem. Że to uczucie, które łączy Was teraz, będzie wieczne, nigdy się nie skończy i nawet śmierć Was nie rozłączy. Wiem, też tak miałem nieraz, tyle że… no właśnie, miałem tak więcej niż raz. Moje doświadczenie, obserwacje i statystyka rozwodów dowodzi, że może być inaczej – nie położą Was do tej samej trumny i jednak kiedyś się rozstaniecie.

Koniec związku rzadko kiedy należy do bezbolesnych wydarzeń, a robienie z tego happeningu z publicznością zdecydowanie zaostrza podłe samopoczucie i nie łagodzi bólu.

Czemu o tym piszę? Bo jeśli upubliczniliście Waszą relację, to bardzo trudno będzie zakończyć ją już tylko prywatnie – między Wami, bez informowania o tym reszty internetu. Oczywiście żadnej parze nie życzę źle, ale radziłbym po pierwszym miesiącu bycia razem nie ustawiać jeszcze wspólnych profilowych i zasypywać Instagrama dokumentacją tego, co robicie razem, bo po kwartale może się okazać, że będzie trzeba to wszystko kasować i tłumaczyć się osobom trzecim „co się stało”. A gdy się ma złamane serce i leczy rany po tym, że „nie wyszło”, czytanie dziesiątek komentarzy pod zmianą status związku na „wolna” zupełnie nie pomaga.

Dzieciaki biorą z tego przykład

Ten akapit kieruję nie do „zwykłych” użytkowników internetu, a do osób, które ze względu na to, czym się zajmują, mają jakiś zasięg w sieci.

Jeśli jesteś totalnym ekshibicjonistą i relacjonujesz każdy, ale to każdy, nawet najintymniejszy moment swojego związku na Snapchacie – od przytulania, przez całowanie się, po wspólne zasypianie, czy budzenie się w łóżku – to Twoi małoletni obserwatorzy przyjmują to za wzór do naśladowania. Oczywiście odpowiedzialność za wychowanie dzieci zawsze ponoszą ich rodzice, ale jeśli Twoja główna grupa odbiorców to 13-17, musisz wiedzieć, że to Ty jesteś dla nich największym na świecie autorytetem i ogromnie na nie wpływasz.

Jeśli pokazujesz, że wszystko jest na sprzedaż i życie nie ma takiego obszaru, w którym byłoby prywatne, to one przyjmują to za pewnik i właściwą drogę postępowania.

Ty udostępniając intymne momenty i odzierając się z prywatności zyskujesz popularność i zasięg, który później monetyzujesz we współpracy z markami. Oni robiąc to samo narażają się na krytyczną ocenę otoczenia, z którą jeszcze nie potrafią sobie radzić i na grzebanie brudnymi paluchami w tym, co w nich najdelikatniejsze. Co najgorsze, nie rozumieją, czemu ktoś z nich kpi, czy obrzuca błotem, bo przecież u ich idolki wszystko wyglądało tak pięknie i polubienia lały się wiadrami.

Raz upublicznioną prywatność trudno odzyskać

Dlatego warto się zastanowić, czy cena zrezygnowania z niej, jest adekwatna do tego, co można zyskać w zamian.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Balley Cheng

Dzieci rodzi się z miłości, a nie lęku przed więzieniem

Skip to entry content

Długo się zbierałem do tekstu na temat ustawy całkowicie delegalizującej aborcję i sprawiającej, że wykonanie jej w Polsce będzie groziło więzieniem. Najpierw byłem przekonany, że to jakieś plotki, teatralne bicie piany, żeby odwrócić uwagę od innego problemu albo po prostu około primaaprilisowy żart.  Gdy jednak okazało się, że naprawdę w naszym kraju, pod groźbą pozbawienia wolności, kobiety będą musiał rodzić dzieci poczęte w wyniku gwałtu i nie będą mogły przerwać ciąży, nawet wtedy, kiedy będzie ona oznaczała ich własną śmierć lub gdy pewne będzie, że dziecko zaraz po porodzie i tak umrze, zagotowało się we mnie.

Poszedłem na manifestację „Nie dla torturowania kobiet” i do irytacji doszedł jeszcze smutek. Smutek, że gdy trzeba było protestować przeciwko ACTA, na płycie Rynku Głównego w Krakowie zebrało się 10 tysięcy osób, a kiedy trzeba było walczyć z ubezwłasnowolnieniem kobiet i zrobieniem z nich chodzących inkubatorów, pojawił się marny tysiąc dusz. Jak to, jest, że dostęp do torrentów i możliwość ściągnięcia nowego sezonu „Gry o tron” jest ważniejszy od wolności drugiego człowieka?

Strasznie, strasznie smutne, że ludzie bardziej przejmują się tym, czy będą mieli internet, niż że ich siostry, matki, dziewczyny, czy córki, będą zamykane.

Wracając do meritum, zastanawiałem się jak najdokładniej wyrazić to, co myślę o całkowitej penalizacji aborcji i z pomocą przyszła mi jedna z dziewczyn biorących udział w manifestacji. „Dzieci rodzi się z miłości, a nie lęku przed więzieniem” – brzmiał napis na jej transparencie i całkowicie się z nim zgadzam. Po pierwsze, dziecko zawsze, ale to ZAWSZE powinno być chciane i być wynikiem miłości dwójki kochających się osób. Jest to tak oczywiste, jak fakt, że po nocy nastaje dzień, ale jeśli ktoś ma wątpliwości, to zapraszam choćby od tekstu o tym, jak to jest wychowywać się bez ojca. Po drugie, to już ostatecznie skrajny absurd, że po wprowadzeniu tej ustawy w życie, kobieta będąca w niechcianej bądź zagrażającej jej życiu ciąży, będzie MUSIAŁA urodzić dziecko, bo w innym wypadku pójdzie do pierdla.

Niestety, nie wszyscy to rozumieją, dlatego postaram się to wytłumaczyć szerzej, odnosząc się do najpopularniejszych złotych myśli osób popierających takie restrykcje.

„Dziecko nie jest winne temu, że powstało w wyniku gwałtu, dlatego powinno się urodzić”. Zdarzyło mi się w swoim życiu być kilkukrotnie pobitym. W podstawówce miałem strzaskaną szczękę i złamany nos, w gimnazjum kołnierz ortopedyczny, w liceum podbite oczy i zszywany policzek. To była przemoc fizyczna, która zostawiała również mocny ból psychiczny, bo dopóki rany się zupełnie nie zagoiły, moje ciało przypominało mi o poniżeniu jakiego doznałem, za każdym razem, gdy spojrzałem w lustro. Gdy tylko myłem zęby, miałem przed oczami scenę, w której ktoś robił sobie ze mnie worek treningowy. Ból wracał.

Gwałt, który skutkuje ciążą, to najgorszy rodzaj przemocy, bo wraz z czasem ból tylko narasta.

Opuchlizna z oka schodzi, rozcięty policzek się zrasta, wybita szczęka wraca na swoje miejsce i z czasem można zapomnieć o tym, co się stało. Po pewnym czasie fizyczne, a wraz z nimi i psychiczne, rany się zabliźniają. Kiedy jednak w wyniku gwałtu dochodzi do zapłodnienia, to co się dzieje z Twoim ciałem cały, ale to CAŁY CZAS przypomina Ci co się stało. Nie jesteś w stanie zapomnieć o tym, jak zostałeś zbrukany, bo gdy tylko spojrzysz na swój brzuch, te obrazy upodlenia, a zaraz z nimi emocje, wracają. Skazywanie człowieka na rozpamiętywanie w nieskończoność takiej tragedii, to zwykłe katowanie. A zmuszenie go do noszenia piętna tego nadużycia przez 9 miesięcy, to równe bestialstwo co sam gwałt.

„Wolałbyś, żeby twoja matka cię usunęła?”. Tu wchodzimy na bardzo wysoki poziom abstrakcji, bo nie dość, że zakładamy możliwość decydowania o sobie, zanim w ogóle doszło do naszego zaistnienia, to jeszcze musimy określić kiedy my, jako świadomość-dusza, a nie powłoka z mięsa, powstajemy. Czy zakładamy, że zbiór komórek staje się człowiekiem, gdy opuści łono matki, czy dopiero w momencie kiedy w dziecku kształtuje się świadomość, czy może już w momencie gdy plemnik łączy się z komórką jajową? A może istnienie/byt/dusza pojawia się już w chwili kiedy plemnik opuści nasieniowód?

Biorąc pod uwagę jak abstrakcyjne są to rozważania, każda z tych opcji jest prawdopodobna, przy czym, przy tej ostatniej, każdy z masturbujących się chłopców i mężczyzn, czyli każdy z chłopców i mężczyzn, powinien zostać skazany za wielokrotne morderstwo.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli ciąża zagrażałaby jej życiu?”. Nie mając żadnych danych stwierdzających, czy ja jako umysł, a nie materia, już bym istniał, to tak, wolałbym, żeby moja mama przeżyła. A dokładając do tego koncepcję duszy i wiary, to poczekałbym na następną kolejkę i odrodził się/wszedł w dziecko, które nie będzie musiało w każdy dzień swoich urodzin opłakiwać śmierci swojej matki.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli miałbyś umrzeć zaraz po porodzie?”. Zdecydowanie. Nie wiem co komukolwiek miałoby dać noszenie w sobie płodu, z góry pozbawionego szans przeżycia. Zmuszanie kogoś do bycia w takiej ciąży i maltretowanie go świadomością, że jego dziecko i tak umrze, to czysty sadyzm.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli by cię nie chciała?”. Zważając, że bez mojej mamy w ogóle nie można by mówić o moim istnieniu, to zostawiłbym jej ten wybór. Ale przede wszystkim nie chciałbym być niechcianym i niekochanym dzieckiem, bo wiem jak to rzutuje na poczucie własnej wartości, rozwój osobisty, odnajdywanie się w społeczeństwie, tworzenie związków i radzenie sobie ze wszystkimi innymi aspektami szeroko pojętej egzystencji.

Tyle razy ile słyszałem, że życie samo w sobie jest darem, tyle samo docierało do mnie, że to droga przez ciernie. I obie grupy tych osób miały racje, bo świat jest dokładnie takim jakim go widzisz, tyle, że bez miłości od rodziców, z miejsca dostajesz na oczy filtr w kolorze smoły.

Podsumowując ten przydługawy wywód, kroki ku ubezwłasnowolnieniu kobiet i zamykaniu ich za kratkami, zacząłbym podejmować dopiero po przestudiowaniu literatury naukowej i filozoficznej, i po wyprowadzeniu dowodu logicznego stwierdzającego jednoznacznie, kiedy owe istnienie powstaje. Bo wierzeń w to, kiedy zlepek komórek przestaje być zlepkiem komórek, takim jak złuszczająca się skóra, czy wypadające włosy, a zaczyna być człowiekiem, jest naprawdę sporo. A wierzenia mają to do siebie, że bywają bardzo mylne. Na przykład, nie tak dawno temu, ludzie byli święcie przekonani, że Ziemia jest płaska. Albo, że jeśli topiona w jeziorze kobieta wypływa na powierzchnię, to znaczy, że jest czarownicą.

Nie wracajmy do tych czasów.

Nie propaguję aborcji, nie mówię, że to panaceum na wszystkie problemy. Mówię tylko, że ktoś kogo ona bezpośrednio dotyczy i kto będzie ponosił jej fizyczne i psychiczne konsekwencje, powinien mieć prawo wyboru. Prawo, nie przymus. A osoby tak zainteresowane ochroną życia, zachęcam, do ochrony tych żyć, które już istnieją, bo jest ich całkiem sporo, więc na pewno nie będą się nudzić.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Matthias Müller