Close
Close

8 sytuacji, w których możesz skasować czyjś komentarz

Skip to entry content

Jak powszechnie wiadomo, usuwanie komentarzy, a już nie daj boże i niech cię ręka Allaha broni, banowanie ludzi w internecie jest zamachem na wolność słowa. Bo przecież wolność słowa nie polega na tym, że masz prawo wyrazić zdanie na jakiś temat w SWOICH kanałach komunikacji. Nie. Wolność słowa polega na tym, że możesz przyjść do CZYJEGOŚ domu i pouczać go jak ma wychowywać dzieci, udzielać rad na temat odżywiania i spuentować swoją wypowiedź tym, że ma gówniany kolor ścian i natychmiast powinien go zmienić. Bo to przecież tylko Twoja opinia.

Wyrażasz tylko swoje zdanie, co nie? A jak ktoś ma z tym problem, to najwyraźniej nie radzi sobie z krytyką.

Mimo, że, według Januszów i Sebixów, wolność słowa daje ci prawo wejścia do czyjegoś internetowego domu – na jego bloga, konto na Twitterze, fanpage na Facebooku, czy profil prywatny – pouczania go i zachowywania się jakby to miejsce należało do Ciebie i ty byłbyś jego panem, to konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej przewiduje 8 wyjątkowych sytuacji, w których taki komentarz można usunąć. A nawet dać bana jego autorowi. I nie narazić się na wizytę CBŚ, zgłoszenie do prokuratury, interwencję policji, ani kontakt z innymi organami ścigania walczącymi z cenzurą w internecie.

Jakie to sytuacje?

1. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób Cię obraża

Nie ma znaczenia, czy to pojazd wprost typu „ale pierdolenie”, czy pośredni „zjedz coś czasem, bo sama skóra i kości”, czy bardziej zawoalowana obraza w stylu „jak na kobietę to całkiem niezły tekst, rozkręcasz się”. Wyobrażasz sobie, że ktoś przychodzi na Twoje urodziny i robi Ci przy wszystkich gościach takie przytyki personalne? Za ucho i za drzwi, nie ma takiego bicia.

2. Gdy ktoś w jakikolwiek sposób obraża innych

Tym razem masz imieniny i jakiś Mirek na gazie, który wbił się na imprezę na krzywy ryj, mówi, że Twój brat ma brzydką koszulę, Twoja dziewczyna krzywe nogi, a Twój kumpel z pracy wygląda jak przez okno. Jeśli ktoś w komentarzach w internecie ciśnie po Twoich znajomych, czytelnikach albo jakimś autorytecie, to zdecydowanie musi zmienić piaskownicę, jeśli nie umie bawić się z innymi.

3. Zarzucanie czegokolwiek niezgodnego z prawdą

Tekst typowo napisany pod kliki.

Napisałeś to tylko po to, żeby wzbudzić kontrowersje, co nie?

Gdyby ci zapłacili zareklamowałbyś nawet gówno, a potem je zjadł?

Bronisz homosiów, bo sam jesteś ciepły.

To prawda, że byłeś z XYZ, ale cię zostawiła bo ABC?

Lewacka propaganda.

Do czego to doszło, żebyś musiał się tłumaczyć we własnym domu. I to z czegoś czego nie zrobiłeś. I co jest absolutnie nieprawdą. Absurd, co? No, to do zsypu z nim.

4. Czepialstwo

Ja rozumiem, że ktoś może dbać o poprawność językową i mieć na względzie prawidłowe posługiwanie się polskim, ale gdy widzisz, że notorycznie komentuje Twoje teksty tylko wtedy, gdy znajdzie w nich błąd – a często szuka błędów na siłę, nawet wtedy, gdy ich nie ma – to jest to zwykłe dopierdalanie się. Podobnie, gdy tworzysz treści wizualne – zdjęcia kulinarne albo modowe – a ktoś jedyne co w nich widzi, to drobne niedociągnięcia, mające marginalny wpływ na odbiór całości. O których oczywiście nie może poinformować Cię wysyłając wiadomość prywatną, tylko pisząc publiczny komentarz, tak by koniecznie inni również zwracali na to uwagę.

Nie jesteś psim ogonem, żeby jakiś rzep tak się Ciebie czepiał. Ban.

5. Podpisywanie się adresem bloga

Zamiast imieniem i nazwiskiem albo ksywką.

Wiesz, czemu ktoś pisząc komentarz u Ciebie na blogu, robi to nie jak Grażyna Nowak, tylko Grazynabloguje.blogspot.com? Bo liczy, że ktoś inny widząc tę porywającą domenę kliknie w nią i przejdzie do niej na bloga. Czyli zrobi sobie u Ciebie darmową reklamę. Bo przecież po to angażujesz tyle czasu, energii, pomysłów i nerwów w prowadzenie swojego miejsca w sieci, żeby wszystkie domorosłe asy marketingu mogły się u Ciebie reklamować, co nie? Spryciule. Nic, tylko pogratulować genialnego pomysłu. Pogratulować przyciskiem „delete”.

6. Przejaw buractwa

Jeśli ktoś w komentarzu, choćby na Twoim prywatnym profilu na Facebooku, pisze, że „murzyny to maupy, hehe, i tak śmisznie skaczom na teledyskach, hehe”, ewentualnie „i po ch*j sie te baby pchają do polityki, poje*ane, trza było zostać przy garach, a nie”, to nie ma sensu dyskutować. Jeśli jego najbliższe otoczenie przez tyle lat go nie uświadomiło, że pojmuje świat jakby go właśnie wyciągnięto z piwnicy, to Ty też nie zrobisz tego w batalii w internecie. Tylko stracisz czas i nerwy, bo bardziej prawdopodobne, że on ściągnie Cię do swojego poziomu, niż, że Ty wciągniesz go na swój.

7. Gdy ktoś pyta czemu skasowałeś jego komentarz

Oczywiście nie w prywatnej wiadomości bezpośrednio do Ciebie, tylko w kolejnym, publicznym komentarzu, tak żeby przypadkiem nikomu to nie umknęło i, a nuż, udało się wywołać gównoburzę.

8. Gdy jakiś komentarz Ci się nie podoba

Jeśli to nie było czytelne, to na początku tego tekstu się zgrywałem. Kasowanie komentarzy i banowanie ludzi nie jest zamachem na wolność słowa. Jest zadbaniem o swoje miejsce w sieci. Twoje konto na Instagramie, Twój kanał na Youtube, Twój profil na Naszej-Klasie, Twój blog, to wszystko Twoje miejsca w sieci. Internetowe domy. Niezależnie, czy jesteś osobą „prywatną”, czy „publiczną”. I tak jak w rzeczywistym domu, tym, w którym budzisz się i zasypiasz, możesz zrobić co tylko Ci się podoba, bo jest TWÓJ.

Nikt nie ma prawa czegokolwiek na Tobie wymuszać, masz absolutnie wolną rękę.

Wyobraź sobie, że na kanapie w salonie, gdzie na co dzień się relaksujesz i korzystasz z rozrywki, usiadł obok Ciebie jakiś przypadkowy typ. Ani nie jest wulgarny, ani Cię nie obraża, ani nie przejawia buractwa w inny sposób, ale mimo to niewiarygodnie Cię irytuje. Wkurza Cię sposób w jaki się wypowiada, jego poglądy albo częstotliwość z jaką je manifestuje. Z jakiegoś powodu, zupełnie nieistotne jakiego, budzi w Tobie bardzo silną niechęć.

Jaki jest tego skutek? Coraz rzadziej przychodzisz do SWOJEGO salonu posiedzieć na SWOJEJ kanapie, bo on cały czas tam jest i Cię wkurza. Dochodzi do tego, że TWÓJ salon, który tak bardzo lubiłeś zaczął być powodem pojawiania się w Tobie negatywnych uczuć. Co robisz z człowiekiem, który znikąd pojawił się w TWOIM WŁASNYM DOMU i sprawia, że źle się w nim czujesz? Jestem pewien w 100%, że jeśli tylko będziesz mieć taką możliwość, to go stamtąd usuniesz.

I dokładnie to samo możesz zrobić w internecie.

Nie masz obowiązku kochać wszystkich ludzi na całym świecie i nie ma znaczenia, czy Twoja niemiłość do kogoś jest poprawna politycznie. Nie musisz nikogo prosić o zgodę, ani przed nikim tłumaczyć się z tego, że kogoś nie chcesz mieć w swoim miejscu w sieci. Bo to Twoje miejsce i najważniejsze, żebyś Ty się w nim dobrze czuł.

Dlatego możesz usunąć czyjś komentarz, a nawet go zablokować, jeśli tylko Ci się on nie podoba. To zupełnie wystarczający powód.

autorem zdjęcia w nagłówku jest flattop341

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Joanna Maria

    Blogerzy, ktorzy usuwaja komentarze, ktore im sie nie podobaja, bo pokazuja slaby punkt w ich tekscie, reprezentuja niski poziom.

  • Bardzo fajny tekst. A czy Twoim zdaniem te zasady mogą mieć przełożenie na lokalny serwis informacyjny? Prowadzony wprawdzie jednoosobowo, ale raczej pod bloga niepodciągalny. ;)

  • Poprosić człowieka na priv i od razu grzecznieje, a co więcej w prywatnej rozmowie okazuje się być fajnym człowiekiem. Albo jak chcecie go zawstydzić to poproście go o prywatny numer telefonu i powiedzcie, że chcecie obgadać komentarz. Zaraz się wyłączy z dyskusji.

    • Z tym numerem telefonu spoko pomysł, nie wpadłbym na to :D

  • Szambo w komentarzach przyciąga kolejne szambo i daje przyzwolenie na takie komentarze. Jeżeli chcemy zrobić z bloga składowisko odpadów – droga wolna. W przeciwnym razie – niech takie osoby spadają w inne miejsca internetu.

    Ja jeszcze mam zasadę, że moderuję wszystkie słowa powszechnie uważane za przekleństwa. Jeżeli komentarz jest w porządku, ale komuś wyrwało się staropolskie „urwał nać”, to po prostu […] to słowo.

    Tak samo nie mam litości dla sprzeczek na noże między komentatorami. Merytoryczna dyskusja – to kocham najbardziej. Ale gdy zaczynają się delikatne przytyki – ostrzegam dyskutantów. To zazwyczaj nie pomaga i po jakimś czasie cała ich „dyskusja” idzie do kosza.

  • Ja zawsze usuwam adresy z komentarzy, ale o ile sama treść jest okej to ją zostawiam. Natomiast dziwi mnie uznanie dla osób, które mają po 50 komentarzy, z których każdy to „Fajna notka, zapraszam do siebie :)”

  • Jako, że byłam słabym blogerem i czytało mnie kilka osób, nie znajdowałam prawie żadnych negatywnych komentarzy. Później okazało się, że lepszym jestem YouTuberem niż blogerem i się zaczęło. Kompletnie z dupy wyjęte komentarze, które nic nie wnoszą i są nic nie warte. O ile wiem, że każdy komentarz w stylu „dobra dupa hehe XDD” czy „ale jesteś idiotką z krzywą mordą!!!!111” pisze jakiś gimnazjalista, któremu prawdopodobnie za kilka lat przejdzie, to najbardziej na świecie denerwują mnie wyliczenia wszystkiego i januszowate wyrzuty „skąd masz na to hajs???!!!”. Bez problemu odpowiadam na przykład gdy ktoś mnie zapyta ile mnie kosztował jakiś wyjazd czy gdzie pracuję i co robię albo ulubione pytanie widzów, jak się znalazłam w Chinach. Nie mogę natomiast znieść gdy ktoś bez znajomości mnie i kanału robi mi wyrzut przez to ile i na co wydaję. Na moim kanale ukrywam każdy komentarz w jakikolwiek sposób nacechowany negatywnie, chociaż na początku też próbowałam tłumaczyć. Każdy ma chyba na początku taki etap. Nie warto.

  • Ola

    Aż sprawdziłam czy usunąłeś mój ostatni komentarz pod wcześniejszym tekstem.
    Wzięłam to bardzo do siebie. Ze zboczeniem dot. literówek pójdę sobie gdzieś indziej.

  • gratek

    Nie podoba mi się analogia blogu jako prywatnego domu.
    Imho bardziej pasowałoby by coś w stylu jakiejś galerii, wystawy, gdzie chcesz, aby jak najwięcej osób obejrzało Twoje dzieła, ale z zachowaniem kultury i szacunku do innych gości.

    • Spoko, możesz używać innej.

      • gratek

        Nie podoba mi się, bo jest bardzo nietrafiona. Dom jest miejscem prywatnym, do którego tylko Ty zapraszasz gości. Blog jest bardziej „miejscem” publicznym, dostępnym dla każdego.

        • Zrozumiałem już poprzednim razem, że Ci się nie podoba, spoko, naprawdę możesz używać innej.

  • „8 sytuacji, w których możesz skasować czyjś komentarz” – właściwie to nie ma ani jednej sytuacji, w której autor tekstu/właściciel bloga nie mógłby skasować czyjegoś komentarza, jeżeli ma taki kaprys/chęć/potrzebę:) no ale tak, wymienione przez ciebie sytuacje są chyba najbardziej zasadne.

  • Ja wychodzę z założenia, że jak komuś się u mnie nie podoba to może po prostu wyjść. Jesli mi się coś nie podoba, to sama wypraszam i mam gdzieś co ta osoba sobie pomyśli. Kiedyś mi ktoś zarzucił, zę zostawiam tylko te komentarze, ktore mi się podobaja i ta osoba miała rację,b o nei widze powodów, by trzymać komentarze, które mi się nie podobają.

    Co do wolności słowa to ja ją całkowicie szanuję i każdy może u mnie napisać co mu się podoba, ale musi też wziąć za te słowa odpowiedzialność czyli np. pogodzić się z tym, że otrzymał bana.

    • „Kiedyś mi ktoś zarzucił, zę zostawiam tylko te komentarze, ktore mi się podobaja” – to jest jeden z najśmieszniejszych zarzutów jakie mi się przytrafiły w życiu, no a niby po co miałbym w swoim internetowym domu trzymać komentarze, które mi się nie podobają? :D

  • Ja na szczęście nie mam dużego problemu z hejterami, ale nawet jak jakieś komentarze kwalifikujace się do skasowania się czasem pojawią, to je zostawiam. Jak ktoś chce robić z siebie idiotę, to z chęcią się z niego pośmieję ;)

    • „jak jakieś komentarze kwalifikujace się do skasowania się czasem pojawią, to je zostawiam” – tyle, że to jednak rzutuję na resztę dyskusji i mimo wszystko psuje atmosferę, jednocześnie dając innym zielone światło na zostawianie kolejnych tego typu komentarzy.

      • Nie przeczę :) i na pewno w przypadku blogów intensywnie czytanych i komentowanych ma to znaczenie. Ale tak jak wspomniałam- u mnie ten problem jest tak marginalny, że nie warto na niego zwracać uwagi.

      • O, to, to! Są nawet jakieś badania, które udowodniły, że jeżeli pod artykułem są obraźliwe komentarze to kolejni ludzie są bardziej skłonni również taki komentarz zostawić. W innym przepadku duża część się powstrzyma, bo nie będzie chciała być tym pierwszym.

  • Pełna zgoda. Banuję to, co mi się nie podoba. :)

    I tak najlepsza jest na Fejsie opcja „ukryj” – komentujący nie wie, że komentarz nie jest widoczny dla innych. :3 Szkoda że nie ma opcji shadowbana z YouTube’a (różnica: na Fejsie ukrywa się tylko jeden, konkretny komentarz, a nie wszystkie komentarze danej osoby).

    • Genialna opcja, też żałuję, że nie ma jej wszędzie :D

    • To by było idealne dla każdej strony

  • Amen.

  • Dobry tekst! Właśnie skasowałam komentarze z adresem „www” widocznym w polu podpisu :) Muszę dodać też jakiś tekst informujący o kasowaniu tego typu komentarzy. Pozdrawiam

  • No i brawo! Z domu bez zastanowienia się takiego delikwenta wyrzuca to dlaczego nie ze swojego drugiego domu jakim jest blog? Zresztą wszystko jedno blog, profil na Twitterze itd masz prawo czuć się tam dobrze i nie musisz tolerować ludzkiej głupoty.

  • Zgadzam się i przerabiałam. Najpierw chciałam tłumaczyć, potem zaczęłam kasować komentarze, a na końcu dałam bana. Wtedy poczułam jakby kamień spadł mi z serca, serio. A koleś spełniał chyba wszystkie wymienione przez Ciebie punkty:)

    • To szacunek za cierpliwość, że ban poleciał tak późno :)

  • Icek

    Żałosne, cenzorskie zapędy, jeb się, autorzyno!

  • #dobra_zmiana w praktyce ;)

  • Zawsze to powtarzam: mój blog jest jak mój dom. Jeśli wejdziesz do niego z kupą na bucie, puścisz bełta na środku pokoju, zwyzywasz mi matkę, zbijesz kilka talerzy po czym stwierdzisz, że jestem popierdolony, to mam prawo Cię z niego wyprosić. A nawet wykopać. I nigdy więcej nie wpuszczać.

    • Tak jest, przy czym tu celowo zaznaczam, że chodzi o wszystkie miejsca w sieci (Facebook, Instagram, Twitter), bo mam znajomych nieblogujących, którzy na przykład przestali wrzucać zdjęcia na swój profil prywatny, czy Instagrama, bo był ktoś taki miły, kto niewulgarnie, bez obrażania, ale jednak ciągle próbowała się jakoś dojebać i skutecznie zniechęcił ich do tego.

  • A ja, naiwna, zamiast od razu reagować wg powyższych przykazań nie raz i nie dwa dwoiłam się i troiłam, żeby odpowiadać, wyjaśniać, zaprzeczać a przy okazji być jeszcze miłą. Oczywiście bez skutku, bo nikt nie chciał mądrze dyskutować, tylko, tak jak napisałeś, zwyczajnie się dopierdalał. Człowiek się cały czas uczy, także dbać o swój internetowy dom. Ładnie to ująłeś.

    • Przez pierwsze 2 lata działania w sieci też zawsze dyskutowałem, tłumaczyłem, upominałem, wyjaśniałem, po czym najczęściej i tak nie osiągałem zamierzonego skutku, a straciłem maaasę nerwów i czasu.

      • Chyba właśnie mam to już za sobą :)

  • Atak na wolność słowa!!!11

    • Konrad Norowski

      Powszechnie wiadomo że „blogerzy” to tacy ludzie którym się uroiło że są wielkimi gwiazdami. Za kogo oni się uważają?! Do tego te pedalskie ubrania i lewackie poglądy… Ktoś ich w ogóle czyta?

      • Nikt nie czyta! Ja też nie czytam, tutaj to tak przypadkiem weszłam, bo mi się samo kliknęło.

        • To zupełnie jak ja.

        • Konrad Norowski

          Lajki na fejsie pewnie też kupujo! Kury się przez nich nie nioso!

      • W internecie są fajniejsi.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Negatywne konsekwencje odarcia związku z prywatności

Skip to entry content

Do tego tekstu popchnęła mnie ostatnia sytuacja z pewną szafiarką, która relacjonowała cały swój związek na Snapchacie, upubliczniając najbardziej intymne momenty, aż do chwili gdy doprowadziła do kryzysu ze swoim partnerem i również przepraszała go w tym medium. Co później komentowało pół Polski, próbując ingerować w rozwój wydarzeń. W żaden sposób nie chcę jej dopieprzyć, czy wyśmiać, ale na przykładzie tego co zrobiła, zwrócić uwagę na kwestie, z których najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę.

Mimo, że przez swoją działalność blogową, w internecie jestem postrzegany jako osoba publiczna, mam wrażenie, że moje życie jest bardziej prywatne niż wielu osób, które nie utrzymują się z publikowania w sieci. Nigdy nie pokazywałem nikogo z rodziny na zdjęciach, a jeśli byłem w związku, też zostawiałem tę informację dla wąskiego grona znajomych. Mimo, że mógłbym na tym sporo ugrać, bo jedynie zwierzęta klikają się tak dobrze jak związkowe statusy, czy romantyczne zdjęcia z partnerką.

Czemu nie dzieliłem się tym ze swoimi czytelnikami? Bo chciałem, żeby mój związek był mój, a nie całego internetu. Nie krytykuję osób, które otwierają swoje relacje na widzów, bo rozumiem chęć dzielenia się z innymi pozytywnymi emocjami i szczęściem, ale ma to swoją cenę. Całkiem sporą. I warto, żeby każdy kto odziera swój związek z prywatności miał świadomość negatywnych konsekwencji jakie to ze sobą niesie. A szczególnie osoby młode, zachłyśnięte relacjoniowaniem każdego momentu swojego życia w sieci.

Gdy wystawiasz związek na ocenę, nie zawsze będzie ona pozytywna

Jeśli ustawiasz na Facebooku status „Anna Kowalska w związku z Janusz Nowak”, to musisz być gotowy, że poza polubieniami i życzeniem powodzenia w relacji, będą pojawiać się też inne reakcje. Nieśmieszne żarty, głupie docinki, czy jawne kpiny. Nie masz obowiązku tego akceptować, ale musisz spodziewać się, że tak może się stać, gdy wpuszczasz między Was dwoje całego Facebooka. Bo to trochę tak, jakbyś zrobił chrzciny i powiedział, że może wpaść na nie całe miasto. Impreza przestaje być już Twoim prywatnym, kameralnym wydarzeniem i musisz się liczyć z tym, że obcy będą zachowywać się inaczej, niż byś sobie tego życzył.

Postronne osoby zaczynają ingerować w to, co się między Wami dzieje

Przez to, że otwierasz relację na osoby trzecie, często czują się one uprawione do tego, by mówić Wam jak ma ona wyglądać. I wchodzić w nią z butami, gdy nie jest według ich widzimisię.

Gdy wrzucisz zdjęcie z świętowania wspólnej rocznicy, ktoś spyta, czemu jeszcze nie mieszkacie razem, przecież to już najwyższy czas.

Gdy Twoja partnerka oznaczy się sama na imprezie, ktoś zacznie drążyć, czemu jest bez Ciebie, czy przypadkiem się nie pokłóciliście i czy to na pewno dobry pomysł puszczać ją bez opieki na imprezę.

Gdy dodasz fotkę z kumplem na piwie, a w tym samym dniu, nie daj boże, Twoja dziewczyna opublikuje status, że jest chora, ktoś stwierdzi, że powinieneś zajmować się swoją dziewczyną i jesteś beznadziejnym chłopakiem.

Gdy podlinkujesz silnie nacechowaną emocjami piosenkę – niezależnie, czy turbo dołującą, czy mega pozytywną – będzie to rozpatrywane w kontekście Twojej relacji.

Gdy przez dłuższy czas nie będziecie umieszczać wspólnych zdjęć, ktoś zasugeruje, że coś złego się między Wami dzieje i pewnie Wasz związek się kończy.

Widzowie będą Wam próbować narzucić jak powinniście się do siebie odnosić, jak spędzać czas, w którym momencie mieć dziecko i w jakiej pozycji uprawiać seks. I to wszystko oczywiście będzie dziać się publicznie, przy audiencji reszty widowni, czekającej na Twoją reakcję. Miło, co?

Wasze rozstanie będzie wydarzeniem medialnym

Ja wiem, że jak zaczynasz z kimś być, jesteś zauroczona jakby ktoś wypowiedział zaklęcie i dotknął Cię czarodziejską różdżką i śmiejesz się sama do siebie, gdy tylko o nim myślisz, bo wydaje Ci się, że już zawsze będziecie razem. Że to uczucie, które łączy Was teraz, będzie wieczne, nigdy się nie skończy i nawet śmierć Was nie rozłączy. Wiem, też tak miałem nieraz, tyle że… no właśnie, miałem tak więcej niż raz. Moje doświadczenie, obserwacje i statystyka rozwodów dowodzi, że może być inaczej – nie położą Was do tej samej trumny i jednak kiedyś się rozstaniecie.

Koniec związku rzadko kiedy należy do bezbolesnych wydarzeń, a robienie z tego happeningu z publicznością zdecydowanie zaostrza podłe samopoczucie i nie łagodzi bólu.

Czemu o tym piszę? Bo jeśli upubliczniliście Waszą relację, to bardzo trudno będzie zakończyć ją już tylko prywatnie – między Wami, bez informowania o tym reszty internetu. Oczywiście żadnej parze nie życzę źle, ale radziłbym po pierwszym miesiącu bycia razem nie ustawiać jeszcze wspólnych profilowych i zasypywać Instagrama dokumentacją tego, co robicie razem, bo po kwartale może się okazać, że będzie trzeba to wszystko kasować i tłumaczyć się osobom trzecim „co się stało”. A gdy się ma złamane serce i leczy rany po tym, że „nie wyszło”, czytanie dziesiątek komentarzy pod zmianą status związku na „wolna” zupełnie nie pomaga.

Dzieciaki biorą z tego przykład

Ten akapit kieruję nie do „zwykłych” użytkowników internetu, a do osób, które ze względu na to, czym się zajmują, mają jakiś zasięg w sieci.

Jeśli jesteś totalnym ekshibicjonistą i relacjonujesz każdy, ale to każdy, nawet najintymniejszy moment swojego związku na Snapchacie – od przytulania, przez całowanie się, po wspólne zasypianie, czy budzenie się w łóżku – to Twoi małoletni obserwatorzy przyjmują to za wzór do naśladowania. Oczywiście odpowiedzialność za wychowanie dzieci zawsze ponoszą ich rodzice, ale jeśli Twoja główna grupa odbiorców to 13-17, musisz wiedzieć, że to Ty jesteś dla nich największym na świecie autorytetem i ogromnie na nie wpływasz.

Jeśli pokazujesz, że wszystko jest na sprzedaż i życie nie ma takiego obszaru, w którym byłoby prywatne, to one przyjmują to za pewnik i właściwą drogę postępowania.

Ty udostępniając intymne momenty i odzierając się z prywatności zyskujesz popularność i zasięg, który później monetyzujesz we współpracy z markami. Oni robiąc to samo narażają się na krytyczną ocenę otoczenia, z którą jeszcze nie potrafią sobie radzić i na grzebanie brudnymi paluchami w tym, co w nich najdelikatniejsze. Co najgorsze, nie rozumieją, czemu ktoś z nich kpi, czy obrzuca błotem, bo przecież u ich idolki wszystko wyglądało tak pięknie i polubienia lały się wiadrami.

Raz upublicznioną prywatność trudno odzyskać

Dlatego warto się zastanowić, czy cena zrezygnowania z niej, jest adekwatna do tego, co można zyskać w zamian.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Balley Cheng

---> SKOMENTUJ

Dzieci rodzi się z miłości, a nie lęku przed więzieniem

Skip to entry content

Długo się zbierałem do tekstu na temat ustawy całkowicie delegalizującej aborcję i sprawiającej, że wykonanie jej w Polsce będzie groziło więzieniem. Najpierw byłem przekonany, że to jakieś plotki, teatralne bicie piany, żeby odwrócić uwagę od innego problemu albo po prostu około primaaprilisowy żart.  Gdy jednak okazało się, że naprawdę w naszym kraju, pod groźbą pozbawienia wolności, kobiety będą musiał rodzić dzieci poczęte w wyniku gwałtu i nie będą mogły przerwać ciąży, nawet wtedy, kiedy będzie ona oznaczała ich własną śmierć lub gdy pewne będzie, że dziecko zaraz po porodzie i tak umrze, zagotowało się we mnie.

Poszedłem na manifestację „Nie dla torturowania kobiet” i do irytacji doszedł jeszcze smutek. Smutek, że gdy trzeba było protestować przeciwko ACTA, na płycie Rynku Głównego w Krakowie zebrało się 10 tysięcy osób, a kiedy trzeba było walczyć z ubezwłasnowolnieniem kobiet i zrobieniem z nich chodzących inkubatorów, pojawił się marny tysiąc dusz. Jak to, jest, że dostęp do torrentów i możliwość ściągnięcia nowego sezonu „Gry o tron” jest ważniejszy od wolności drugiego człowieka?

Strasznie, strasznie smutne, że ludzie bardziej przejmują się tym, czy będą mieli internet, niż że ich siostry, matki, dziewczyny, czy córki, będą zamykane.

Wracając do meritum, zastanawiałem się jak najdokładniej wyrazić to, co myślę o całkowitej penalizacji aborcji i z pomocą przyszła mi jedna z dziewczyn biorących udział w manifestacji. „Dzieci rodzi się z miłości, a nie lęku przed więzieniem” – brzmiał napis na jej transparencie i całkowicie się z nim zgadzam. Po pierwsze, dziecko zawsze, ale to ZAWSZE powinno być chciane i być wynikiem miłości dwójki kochających się osób. Jest to tak oczywiste, jak fakt, że po nocy nastaje dzień, ale jeśli ktoś ma wątpliwości, to zapraszam choćby od tekstu o tym, jak to jest wychowywać się bez ojca. Po drugie, to już ostatecznie skrajny absurd, że po wprowadzeniu tej ustawy w życie, kobieta będąca w niechcianej bądź zagrażającej jej życiu ciąży, będzie MUSIAŁA urodzić dziecko, bo w innym wypadku pójdzie do pierdla.

Niestety, nie wszyscy to rozumieją, dlatego postaram się to wytłumaczyć szerzej, odnosząc się do najpopularniejszych złotych myśli osób popierających takie restrykcje.

„Dziecko nie jest winne temu, że powstało w wyniku gwałtu, dlatego powinno się urodzić”. Zdarzyło mi się w swoim życiu być kilkukrotnie pobitym. W podstawówce miałem strzaskaną szczękę i złamany nos, w gimnazjum kołnierz ortopedyczny, w liceum podbite oczy i zszywany policzek. To była przemoc fizyczna, która zostawiała również mocny ból psychiczny, bo dopóki rany się zupełnie nie zagoiły, moje ciało przypominało mi o poniżeniu jakiego doznałem, za każdym razem, gdy spojrzałem w lustro. Gdy tylko myłem zęby, miałem przed oczami scenę, w której ktoś robił sobie ze mnie worek treningowy. Ból wracał.

Gwałt, który skutkuje ciążą, to najgorszy rodzaj przemocy, bo wraz z czasem ból tylko narasta.

Opuchlizna z oka schodzi, rozcięty policzek się zrasta, wybita szczęka wraca na swoje miejsce i z czasem można zapomnieć o tym, co się stało. Po pewnym czasie fizyczne, a wraz z nimi i psychiczne, rany się zabliźniają. Kiedy jednak w wyniku gwałtu dochodzi do zapłodnienia, to co się dzieje z Twoim ciałem cały, ale to CAŁY CZAS przypomina Ci co się stało. Nie jesteś w stanie zapomnieć o tym, jak zostałeś zbrukany, bo gdy tylko spojrzysz na swój brzuch, te obrazy upodlenia, a zaraz z nimi emocje, wracają. Skazywanie człowieka na rozpamiętywanie w nieskończoność takiej tragedii, to zwykłe katowanie. A zmuszenie go do noszenia piętna tego nadużycia przez 9 miesięcy, to równe bestialstwo co sam gwałt.

„Wolałbyś, żeby twoja matka cię usunęła?”. Tu wchodzimy na bardzo wysoki poziom abstrakcji, bo nie dość, że zakładamy możliwość decydowania o sobie, zanim w ogóle doszło do naszego zaistnienia, to jeszcze musimy określić kiedy my, jako świadomość-dusza, a nie powłoka z mięsa, powstajemy. Czy zakładamy, że zbiór komórek staje się człowiekiem, gdy opuści łono matki, czy dopiero w momencie kiedy w dziecku kształtuje się świadomość, czy może już w momencie gdy plemnik łączy się z komórką jajową? A może istnienie/byt/dusza pojawia się już w chwili kiedy plemnik opuści nasieniowód?

Biorąc pod uwagę jak abstrakcyjne są to rozważania, każda z tych opcji jest prawdopodobna, przy czym, przy tej ostatniej, każdy z masturbujących się chłopców i mężczyzn, czyli każdy z chłopców i mężczyzn, powinien zostać skazany za wielokrotne morderstwo.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli ciąża zagrażałaby jej życiu?”. Nie mając żadnych danych stwierdzających, czy ja jako umysł, a nie materia, już bym istniał, to tak, wolałbym, żeby moja mama przeżyła. A dokładając do tego koncepcję duszy i wiary, to poczekałbym na następną kolejkę i odrodził się/wszedł w dziecko, które nie będzie musiało w każdy dzień swoich urodzin opłakiwać śmierci swojej matki.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli miałbyś umrzeć zaraz po porodzie?”. Zdecydowanie. Nie wiem co komukolwiek miałoby dać noszenie w sobie płodu, z góry pozbawionego szans przeżycia. Zmuszanie kogoś do bycia w takiej ciąży i maltretowanie go świadomością, że jego dziecko i tak umrze, to czysty sadyzm.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli by cię nie chciała?”. Zważając, że bez mojej mamy w ogóle nie można by mówić o moim istnieniu, to zostawiłbym jej ten wybór. Ale przede wszystkim nie chciałbym być niechcianym i niekochanym dzieckiem, bo wiem jak to rzutuje na poczucie własnej wartości, rozwój osobisty, odnajdywanie się w społeczeństwie, tworzenie związków i radzenie sobie ze wszystkimi innymi aspektami szeroko pojętej egzystencji.

Tyle razy ile słyszałem, że życie samo w sobie jest darem, tyle samo docierało do mnie, że to droga przez ciernie. I obie grupy tych osób miały racje, bo świat jest dokładnie takim jakim go widzisz, tyle, że bez miłości od rodziców, z miejsca dostajesz na oczy filtr w kolorze smoły.

Podsumowując ten przydługawy wywód, kroki ku ubezwłasnowolnieniu kobiet i zamykaniu ich za kratkami, zacząłbym podejmować dopiero po przestudiowaniu literatury naukowej i filozoficznej, i po wyprowadzeniu dowodu logicznego stwierdzającego jednoznacznie, kiedy owe istnienie powstaje. Bo wierzeń w to, kiedy zlepek komórek przestaje być zlepkiem komórek, takim jak złuszczająca się skóra, czy wypadające włosy, a zaczyna być człowiekiem, jest naprawdę sporo. A wierzenia mają to do siebie, że bywają bardzo mylne. Na przykład, nie tak dawno temu, ludzie byli święcie przekonani, że Ziemia jest płaska. Albo, że jeśli topiona w jeziorze kobieta wypływa na powierzchnię, to znaczy, że jest czarownicą.

Nie wracajmy do tych czasów.

Nie propaguję aborcji, nie mówię, że to panaceum na wszystkie problemy. Mówię tylko, że ktoś kogo ona bezpośrednio dotyczy i kto będzie ponosił jej fizyczne i psychiczne konsekwencje, powinien mieć prawo wyboru. Prawo, nie przymus. A osoby tak zainteresowane ochroną życia, zachęcam, do ochrony tych żyć, które już istnieją, bo jest ich całkiem sporo, więc na pewno nie będą się nudzić.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Matthias Müller

---> SKOMENTUJ