Close
Close

Cześć, zawsze chciałem Cię poznać!

Skip to entry content

No, hej!

Ty wiesz o mnie całkiem sporo, ja o Tobie tyle co nic, a chcę to zmienić i dowiedzieć się ciut więcej, niż to, że gustujesz w dobrych blogach. Ostatnie badanie czytelników było ponad rok temu, co w dobie internetu, znaczy, że to tak jakby było w mezozoiku.

W ciągu tych 365 dni zmieniło się wszystko. I urządzenie, na którym przeglądasz internet, i sposób w jaki zamawiasz taksówkę, i sposób wyrażania emocji na Facebooku, i Twoje zdjęcie profilowe i mój szablon. Zmieniłem wiele w swoim podejściu do blogowania, 3-krotnie mieszkanie i raz oprawki. I Ty też się zmieniłeś, bo nie zmienia się tylko mina Romana Giertycha, a ja bardzo chcę wiedzieć kto siedzi po drugiej stronie internetu i czyta to, co na samym początku docierało tylko do dwójki współlokatorów w akademiku i piątki przyjaciół z liceum.

W badaniu znajdziesz pytania, które mogą Cię zaskoczyć, ale założę się o dobrego burgera, że mnie jeszcze bardziej zaskoczą Twoje odpowiedzi. I będę wdzięczny za każdą jaka by ona nie była. Ankieta jest w pełni anonimowa, żebyś nie czuł oporów przed powiedzeniem mi najbrudniejszej czystej prawdy i zasugerowaniem, żeby odpuścił pisanie i zajął się skręcaniem meblościanek. Albo wyznaniem miłości, to też nie jest zabronione.

To jak, powiesz mi kim jesteś i co myślisz?

(jeśli ankieta się nie ładuje, kliknij tutaj)

Dzięki za zaangażowanie i dojście do tego momentu! Jeśli chcesz wiedzieć co o sobie powiedzieli współczytający, wpadnij na bloga za tydzień, będą wyniki.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: 37 sposobów w jakie czytelnicy wyrażają miłość()

  • Wielkie dzięki wszystkim za udział, bardzo miło było Was poznać, a tutaj znajdziecie szczegółowe wyniki badania! http://stayfly.pl/wp-content/uploads/2016/05/czwarte-ogolnopolskie-badanie-czytelnikow-stay-fly.jpg

  • Tuśka

    Poszło, ale nie wiem, czy nie za późno :'(

  • Aleksandra

    O nie, w tym roku zapomniałam o badaniu! I teraz nie wiem czy jestem zdrowa, doktorze McFly! Żałuję i mam nadzieję, że na następne badanie kontrolne pojawię się na czas :'(

    • Aleksandra

      O jednak jestem na czas, ale zapomniałam, że po kwietniu następuje maj. To chyba znaczy, że nie jest dobrze :’)

  • Asia

    Nie napisałam w ankiecie, a chciałam, żebyś wiedział, że super jest brak jakichkolwiek postów na temat aktualnej sytuacji politycznej. W końcu portal, na którym można odpocząć od tego bełkotu i mądrzenia się. Tylko pisz częściej!!

  • Ach to coroczne badanie, obowiązek spełniony!

  • Madzia Malczak

    poszło:)

  • done:)

  • steveminion

    Ja w kwestii formalnej. Na przedostatnie pytanie brakuje odpowiedzi „czytam tylko fantastykę” tak więc musiałem skłamać ale sam sobie jesteś winien :)

  • Proszę bardzo, smacznego :)

  • ToJa

    „Na bloga wchodzisz”
    tyle co się ukaże nowy wpis (przez Feedly).
    Jak często publikujesz nowy wpis? Potrzebuję do ankiety. xD

    • ToJa

      Aha, już widzę, że w kolejnym pytaniu jest odpowiedź. ;)

      • ToJa

        Ale co to za sugestie, że jak ktoś czyta książki, to Twoją też przeczyta… :/

  • Wypełnione.

  • No i napisałem co miałem napisać. I co miałem na myśli też od dłuższego czasu ;)

    Ale to już znajdziesz na końcu

    Pozdrówki :D

  • Zrobione :)

  • Ostatnio w sieci można zauważyć dużo ankiet. To jakaś moda?

  • Ciiiii, bo inni się połapią!

  • Aleksandra Muszyńska

    Prawda :D.

  • OMG OMG OMG! Jak ja żałowałam, że w tamtym roku nie wzięłam udziału w ankiecie :'(. Dziś się udało i nawet nie wiesz jak się cieszę!

  • Test ciążowy był trudniejszy.

    • Ciążowego jeszcze nigdy nie zdałem.

      • No właśnie ja też. A już myślałam, że tylko ja nie umiałam go rozwiązać.

  • To był taki podstęp, żeby Janek wiedział, co naprawdę myślisz o jego blogu!

  • Poszło! :D

  • Poszło :-)

  • Aleksandra Muszyńska

    Chwyleczkę.Nie zmienia się również mina Clinta Eastwoods.Chyba, że kategoryzujemy miny na „w kapeluszu” i „bez kapelusza”.

    • Funkcja y=1 też się nie zmienia, ale mina Romana bardziej do mnie trafia.

Kilka szokujących liczb, które zmienią Twoje myślenie

Skip to entry content

Kilka dni temu wyemitowany został ostatni odcinek „Westworld” – genialnego serialu HBO z Anthonym Hopkinsem o ultranowoczesnym parku rozrywki stylizowanym na western, w którym główną atrakcją są roboty do złudzenia przypominające ludzi. Goście odwiedzający wesołe miasteczko przyszłości mogą uwolnić hamowane na co dzień popędy i ziścić skrywane na dnie moralności dzikie fantazje, strzelając do nich, gwałcąc je lub podbijając dziki zachód. Roboty po każdym dniu są czyszczone, naprawiane, pozbawiane wspomnień z mijającego dnia i podstawiane na swoje miejsce, aby mogły odegrać – jak jest to nazwane w serialu – swoją pętlę fabularną.

Mimo, że jest to turbo rozwinięta sztuczna inteligencja, to roboty nie zdają sobie sprawy z tego, że są tylko przedmiotem dostarczającym rozrywki ludziom, lecz są przekonane, że naprawdę żyją w drugiej połowie XIX wieku i są mieszkańcami miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mimo, że każdego są mordowane przez gości parku, nie są w stanie tego dostrzec, ponieważ żyją w swoich sztywnych, narzucających postrzeganie rzeczywistości pętlach, niepozwalających dostrzec im realnego obrazu sytuacji.

Z ludźmi jest tak samo.

Rzeczywistość wpycha nas w koleiny, którymi mozolnie idziemy, nie dostrzegając co jest poza nimi. Jesteśmy wtłaczani w schematy: wstań, umyj się, zjedz śniadanie, jedź do pracy, pracuj, wróć do domu, zjedz kolację, umyj się, idź spać, powtórz. Powtórz, powtórz, powtórz. Jesteśmy w pętlach codzienności, zupełnie jak roboty w „Westworld”, myśląc, że jest to jedyna możliwa droga i nie mając pojęcia o szablonie, który odrysowujemy na kalendarzu każdego dnia.

Roboty, żeby zyskać świadomość, zauważyć role, które odgrywają i zorientować się, że są robotami potrzebowały zmiany w kodzie, która uruchomiła efekt domina. Ludzie też potrzebują aktualizacji oprogramowania, aby wywołać taki efekt. Przed Wami kilka liczb, które mam nadzieję zmienią Wasze myślenie i pozwolą wyrwać się z pętli, w których tkwicie.

100% – tylu z nas na pewno umrze

1:1 000 000 – takie jest prawdopodobieństwo, że Twoje życie się zmieni, jeśli nic w nim nie zmienisz

50% – dorosły człowiek minimum tyle czasu, w którym nie śpi poświęca na pracę

5 – tyle lat miał Mozart, gdy skomponował pierwszy utwór

11 – a tyle, gdy skomponował pierwszą operę

0% – taki odsetek osób spotkał odpowiedniego partnera tworząc z nim szczęśliwy związek, czekając w domu, aż sam zapuka do ich drzwi

193 – tyle jest państw na świecie, w których mógłbyś mieszkać, daj +1 jeśli bierzesz pod uwagę też Watykan

0 – tyle razy średnio powtarza się niewykorzystana okazja

3 – tyle lat potrzebował Michał Szafrański, żeby zarobić milion złotych na blogu

1:13 983 816 – dokładnie tyle wynosi szansa trafienia 6 w Lotto

5,4 doby – statystycznie każdego miesiąca Polacy spędzają przed telewizorem

0,000001% – tyle wynosi ryzyko, że zjawiskowa dziewczyna, którą mijasz na ulicy da Ci w twarz, jeśli nawiążesz z nią kontakt

0,000000001% – tyle wynosi szansa, że jeśli teraz jej nie zaczepisz, to spotkasz ją drugi raz w życiu

6 – tyle kontaktów dzieli Cię od dowolnego człowieka na świecie, w tym Baracka Obamy i Krzysztofa Krawczyka

0 – o tyle centrumetrów będziesz bliżej realizacji swojego jutro, jeśli nie zaczniesz realizować go już dziś

40 – tyle lat miał założyciel KFC, gdy rozpoczął sprzedaż opiekanych kurczaków w panierce przy stacji benzynowej

10n – tyle masz możliwości na przeżycie swojego życia

1 – a tyle osób ponosi odpowiedzialność za to, którą z tych możliwości wybierzesz

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emilio Garcia
---> SKOMENTUJ

Przechodziłem wczoraj przez Galerię Krakowską, a w zasadzie to przedzierałem się, bo niedziela, to ludzi gęsto jakby za darmo długopisy rozdawali, i wpadłem na pewną parę. A w zasadzie, to ona wpadła na mnie. Pretendująca miss osiedla i rycerz ortalionu byli tak zaaferowani zakupami, a konkretnie tym, gdzie ich nie zrobią, że, jak to się po staropolsku mówi, wjechali we mnie jak motor w kury. Dzięki czemu miałem okazję usłyszeć ich kwiecisty dialog i zapoznać się z nie mniej barwnym światopoglądem.

– Dobra, spierdalam na kwadrat.

– Ale jeszcze dżinsy.

– Masz od chuja dżinsów.

– Dla ciebie trepie. W następnym tygodniu idziemy do Robka na chrzciny, musisz jakoś wyglądać.

– To co ty myślisz, że ja dżinsów nie mam?

– Błagam, to co ty masz, to są szmaty, a nie dżinsy, będzie cała moja rodzina, kumasz? Musisz mieć nowe, żeby przypału mi nie narobić. O! Berszka, chodź!

– Tutaj? Pojebało cię? Mam wyglądać jak te pedały w rurkach?

– No racja, to do Rezerweda.

To określenie – „pedały w rurkach” – przeniosło mnie pamięcią do czasów nastoletnich, kiedy to zarzucenie osobnikowi płci męskiej niemęskości było najgorszą możliwą obelgą, zdecydowanie dotkliwszą niż najwymyślniejsze porównanie do narządów rozrodczych. Po pierwsze, uważano, że facet jest wartościowy wtedy i tylko wtedy, kiedy jest męski, bo w przeciwnym wypadku powinien trwale wycofać swoje geny i nie męczyć świata swoją obecnością. Po drugie, wśród młodzieży panowało głębokie przekonanie, że wszyscy homoseksualiści są absolutnie zniewieściali i w żadnym aspekcie życia nie wykazują cech męskich, będąc na dobrą sprawę kobietą z nadprogramową skórą między nogami.

Kipiący testosteronem drwal, otwierający piwo oczodołem i żujący pszczoły z kłosami pszenicy, gdy miał ochotę na kromkę z miodem, był jedynym właściwym wzorem samca.

I w interesie każdego chłopca przed 20-tką było dążenie do tego ideału. Albo przez prawilne chodzenie na siłkę, albo przez prawilną monochromatyczną stylówę we wszystkich odcieniach szarości, albo przez publiczne piętnowanie wszelkich odstępstw od owego ideału. Dlatego, w tamtych czasach, wielu emo, a dziś, wielu hipsterom dostawało i dostaje się od „pedałów w rurkach”.

Szydzenie z jaskrawych odstępstw od jedynego słusznego zestawu męskich krojów i kolorów, było tak powszechne, że naprawdę trudno było znaleźć nastolatka, który odnosiłby się do tego w inny sposób. I ja nie byłem tu wyjątkiem. Tak stereotypowe i ograniczone myślenie pokutowało u mnie jeszcze długo po zakończeniu liceum, a u niektórych niestety wciąż się nie skończyło i nie zapowiada się na zmianę.

Wyjść poza idiotyczne przekonanie, że prawdziwy facet to macho w macho stroju z macho postawą ciała i z macho spojrzeniem, pomogła mi wyprowadzka z domu i życie na własny rachunek. Bo widzisz świat gówno obchodzi, czy chodzisz w tęczowym sweterku i spodniach węższych niż horyzonty posłanki Pawłowicz. Świat ma to w dupie. Świat nie daje nikomu premii za prawilny spodzień, obuw, czy fryz. Świat nie podwaja pensji za niepedalską stylówę. Świat ma ją w dupie. Tak jak i całego Ciebie, dopóki nie zrobisz czegoś, żeby ten świat zaczął o Tobie mówić. Więc powinieneś mieć w tym samym miejscu wszystkich tych, którzy mają problem z tym jak wyglądasz.

Długo szukałem zgrabnej, ładnie brzmiącej i jeszcze mającej pokrycie w rzeczywistości definicji „prawdziwego mężczyzny”, ale nie ma jednego uniwersalnego przesłania, które byłoby prawdziwe dla wszystkich. No, może poza tym, że prawdziwy mężczyzna ma w dupie to, czy ktoś uważa go za prawdziwego mężczyznę.

Wychodząc z kokonu dużego chłopca i przepoczwarzając się w małego mężczyznę nabrałem silnego poczucia męskości, bo w końcu zdefiniowałem czym ona jest. Sprowadza się ona dla mnie do dwóch spraw: zaradności i działania. W moim postrzeganiu świata nie ma znaczenia, czy facet chodzi w rurkach, leginsach, czy plisowanej spódnicy. Istotne jest, czy potrafi rozwiązywać problemy, czy tylko załamywać ręce i czy robi to, o czym mówi, czy tylko pozostaje na mówieniu.

Co to za facet, co przerywa marsz, gdy tylko zaczyna się pod górkę?

Co to za samiec alfa, co zostawia kobietę z dzieckiem, bo bycie fundamentem rodziny jest trudniejsze niż beztroskie singielstwo?

Co to za gość, co mówi o zbudowaniu pałacu, ale zapału nie starcza mu nawet na postawienie szałasu?

Co to za mężczyzna, co godzinami opowiada o tym, co by zrobił, ale jest zbyt leniwy by zakasać rękawy i wziąć się do działania?

Dla mnie marny, bo pokonywanie przeszkód, które ustawia na mojej drodze życie i materializowanie planów uznaję za miarę męstwa. A nie zastanawianie się, czy mam mniej lub bardziej heteroseksualną stylówę. Ale to dla mnie, dla Ciebie może być zupełnie inaczej, możesz cenić inne zachowania i wyznawać inne wartości. Bo czemu każdy facet nie miałby mieć swojej definicji?

Niestety, wciąż najczęściej przyjmowaną jest ta opierająca się na pozorach i gloryfikująca kult siły, co jest wyjątkowo złudne. Nie żyjemy już w czasach kamienia łupanego, gdzie obwód bicepsa świadczył o zaradności mężczyzny i o prawdopodobieństwie przyniesienia pożywienia do domu. Żyjemy w czasach, gdzie osiłki utrzymują się z zapomogi, dorabiając grosze na czarno i mieszkają z matkami do 40-tki. To znaczy dopóki te nie umrą. W czasach, gdzie prawnilniacy są życiowymi nieudacznikami, niepotrafiącymi wyprać sobie majtek i skarpetek i ugotować niczego poza wodą na herbatę. W czasach, gdzie pedały w rurkach robią kariery, otwierają swoje biznesy, zarabiają pieniądze, mają piękne kobiety, zakładają rodziny i latają na Malediwy. Bo liczy się zaradność i działanie, a nie rozmiar spodni.

Nie podoba mi się wizualne zrównywanie obu płci.

Nie podoba mi się też trend na zapuszczanie brody Świętego Mikołaja z dziewiczego zarostu.

Nie podoba mi się robienie z ciała ostatniej strony zeszytu, tatuując je w przypadkowe obrazki z Pinteresta.

Nie podoba mi się też robienie z ciała poduszki na igły, kolczykując je w każdym możliwym miejscu.

Nie podoba mi się chodzenie w trampkach zimą, ani w Air Force’ach latem.

Nie podobają mi się ludzie w koszulkach z głupimi napisami, ani ludzie w koszulkach z wulgarnymi napisami, ani ludzie w koszulkach wygrzebanych z kosza PCK.

Jest w cholerę rzeczy, które mi się nie podobają i wśród nich też są kolesie w rurkach. Ale nie określam niczyjej męskości na tej podstawie, bo cytując Sokoła „ja w różowym swetrze nadal jestem mężczyzną, a pizda ze złotą ketą nadal jest pizdą”.

autorem zdjęcia w nagłówku jest amydykstra
---> SKOMENTUJ

Paella w Barcelonie – gdzie warto zjeść?

Skip to entry content

Dwa lata temu zabrałem mamę na Wielkanoc do Paryża, w zeszłym roku do Rzymu, a tym razem – ciut po świętach, bo zaskoczyły mnie, że są tak szybko – do Barcelony. Polecam taką opcję spędzenia świąt, bo omija Cię ta cała nagonka i presja społeczna, której zupełnie nie czuć za granicą.

Pierwszy raz w Barcelonie byłem 2 lata temu i miałem turbo pecha, bo mimo, że wybrałem się tam w środku wiosny, to przez cały wyjazd padało. Nie, że non stop, ale mimo wszystko to psuło klimat, bo gdy jedziesz do nowego – i jak na polskie warunki, to całkiem egzotycznego – miejsca, to jednak nie chcesz pomykać z parasolem. Nie mniej, nie przeszkodziło mi to w zwiedzeniu najistotniejszych atrakcji tego miasta i dotarłem zarówno do Parku Güell, Sagrady Familii, jak i Bazaru La Boqueria. Tak że mając obowiązkowe punkty odhaczone, tym razem miałem nieco inny cel: odpoczywać i pokazać mamie jak smakuje dobra paella.

Czym jest paella?

Paella-z-owocami-morza

To tradycyjna potrawa hiszpańska składająca się przede wszystkim z ryżu z szafranem, który jest gotowany i podsmażany na metalowej patelni z dwoma uchwytami, i wkładki. Wkładką najczęściej są owoce morza z warzywami, ale równie dobrze może je zastąpić drób, czy inne mięso. Prawdziwe danie tego typu powinno być podawane na patelni, na której zostało przyrządzone, więc jeśli widzicie, że gdzieś serwuje się je bezpośrednio na talerzu, to uciekajcie, bo to jakaś fuszerka.

Gdzie NIE jeść paelli?

hdr

Pierwszego dnia byliśmy zmęczeni po locie (bo do Girony z Krakowa leciało się 2:40, a stamtąd do Barcelony autobus jechał jeszcze 1:20), więc nie mieliśmy siły szukać jakichś mniej oczywistych miejsc i popełniliśmy typowy turystyczny błąd – poszliśmy zjeść na La Rambla. Tak zwane „Ramble”, to główny deptak, wzdłuż którego ciągną się knajpy i sklepy, coś jak Krupówki w Zakopanem. Skusiła nas promocja – 2 tapasy (lokalne określenie przystawek) i paella za 11 euro. Spodziewałem się, że nie będzie to kuchnia godna 3 gwiazdek Michelin, ale nie przypuszczałem, że będzie aż tak tragicznie.

Ryż był suchy jak wióry i absolutnie bez smaku, a doprawianie na własną również nie pomogło, natomiast owoce morza można było policzyć na palcach ręki dłużnika mafii. I wyglądały jak najtańsza mrożona mieszanka z supermarketu. Bo też zapewne nią były. Trudno było się tym nasycić, nie mówiąc już o czerpaniu przyjemności z jakichkolwiek walorów smakowych.

Gdyby tego było mało, to popełniliśmy drugi karygodny błąd typowego turysty – zamówiliśmy napój bez pytania o cenę. Konkretnie to sangrię, bo jak tu się nie napić sangrii będąc w Hiszpani? Spodziewałem się, że ze względu na siedzenie w samym centrum Barcelony może być nieco droga, ale nie przypuszczałem, że zapłacę za nią tyle co za zajebisty obiad w Krakowie. Gdy kelner podał rachunek, okazało się, że za wino z owocami zapłaciliśmy po 15 euro na głowę. Czyli cała kolacja dla dwóch osób wyniosła 52 euro. Dodajmy, że wyjątkowo gówniana kolacja.

Barcelona La Rambla

Do dziś boli mnie portfel, gdy patrzę na to zdjęcie. Zwłaszcza, że da się zjeść nieporównywalnie lepiej za połowę tej ceny. Reasumując, jeśli szukasz jedzenia, to nie szukaj go na La Rambla.

Gdzie zjeść paellę w Barcelonie?

W restauracji La Fonda na ulicy Escudellers 10.

Barcelona La Fonda

To dosłownie 5 kroków od głównego deptaka, a różnica w jakości jak taka jakbyś przeniósł się do innego wymiaru. Pomijam kwestię tego, że i lokal i obsługa jest bardzo elegancka, ale jedzenie naprawdę przyprawia o niebo w gębie, a nie tylko piekło w portfelu.

La Fonda paella

Paella jest tam właśnie taka jak powinna być – ryż jest kleisty z wyraźnym smakiem, krewetki, kalmary, czy małże nie są tylko symbolicznymi atrapami, ale przede wszystkim przesiąknięte są aromatem całego dania, które jest zarówno smaczne jak i sycące. Standardowa porcja dla 2 osób (prawdziwej paelli, ze względu na specyfikę jej przyrządzania, nie da się zamówić dla jednej osoby) kosztuje tam 18 euro, czyli po 9 euro na głowę, co daje bardzo, bardzo dobrą cenę.

Jeśli jednak czujesz większy głód albo po prostu chcesz popróbować więcej lokalnych specjałów, możesz zamówić ją w zestawie specjalnym, co szczerze polecam. Oprócz dania głównego dostaniesz również napój (na przykład świetnie przyrządzoną sangrię), pierwsze danie (ichniejszą tortille, czyli zapiekankę z jajka i ziemniaków albo czarne nudle z kalmarami) i deser (przepyszny krem kataloński!). No i pieczywo. Cena za całość, to 18 euro, co (biorąc pod uwagę ile w niektórych miejscach kasują za samo wino) jest naprawdę spoko opcją, nawet jak na polskie warunki (w Warszawie za takim sam zestaw wyszłaby co najmniej stówa).

Barcelona sangria

Twoje zdrowie!

---> SKOMENTUJ