Close
Close

Cześć, zawsze chciałem Cię poznać!

Skip to entry content

No, hej!

Ty wiesz o mnie całkiem sporo, ja o Tobie tyle co nic, a chcę to zmienić i dowiedzieć się ciut więcej, niż to, że gustujesz w dobrych blogach. Ostatnie badanie czytelników było ponad rok temu, co w dobie internetu, znaczy, że to tak jakby było w mezozoiku.

W ciągu tych 365 dni zmieniło się wszystko. I urządzenie, na którym przeglądasz internet, i sposób w jaki zamawiasz taksówkę, i sposób wyrażania emocji na Facebooku, i Twoje zdjęcie profilowe i mój szablon. Zmieniłem wiele w swoim podejściu do blogowania, 3-krotnie mieszkanie i raz oprawki. I Ty też się zmieniłeś, bo nie zmienia się tylko mina Romana Giertycha, a ja bardzo chcę wiedzieć kto siedzi po drugiej stronie internetu i czyta to, co na samym początku docierało tylko do dwójki współlokatorów w akademiku i piątki przyjaciół z liceum.

W badaniu znajdziesz pytania, które mogą Cię zaskoczyć, ale założę się o dobrego burgera, że mnie jeszcze bardziej zaskoczą Twoje odpowiedzi. I będę wdzięczny za każdą jaka by ona nie była. Ankieta jest w pełni anonimowa, żebyś nie czuł oporów przed powiedzeniem mi najbrudniejszej czystej prawdy i zasugerowaniem, żeby odpuścił pisanie i zajął się skręcaniem meblościanek. Albo wyznaniem miłości, to też nie jest zabronione.

To jak, powiesz mi kim jesteś i co myślisz?

(jeśli ankieta się nie ładuje, kliknij tutaj)

Dzięki za zaangażowanie i dojście do tego momentu! Jeśli chcesz wiedzieć co o sobie powiedzieli współczytający, wpadnij na bloga za tydzień, będą wyniki.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: 37 sposobów w jakie czytelnicy wyrażają miłość()

  • Wielkie dzięki wszystkim za udział, bardzo miło było Was poznać, a tutaj znajdziecie szczegółowe wyniki badania! http://stayfly.pl/wp-content/uploads/2016/05/czwarte-ogolnopolskie-badanie-czytelnikow-stay-fly.jpg

  • Tuśka

    Poszło, ale nie wiem, czy nie za późno :'(

  • Aleksandra

    O nie, w tym roku zapomniałam o badaniu! I teraz nie wiem czy jestem zdrowa, doktorze McFly! Żałuję i mam nadzieję, że na następne badanie kontrolne pojawię się na czas :'(

    • Aleksandra

      O jednak jestem na czas, ale zapomniałam, że po kwietniu następuje maj. To chyba znaczy, że nie jest dobrze :’)

  • Asia

    Nie napisałam w ankiecie, a chciałam, żebyś wiedział, że super jest brak jakichkolwiek postów na temat aktualnej sytuacji politycznej. W końcu portal, na którym można odpocząć od tego bełkotu i mądrzenia się. Tylko pisz częściej!!

  • Ach to coroczne badanie, obowiązek spełniony!

  • Madzia Malczak

    poszło:)

  • done:)

  • steveminion

    Ja w kwestii formalnej. Na przedostatnie pytanie brakuje odpowiedzi „czytam tylko fantastykę” tak więc musiałem skłamać ale sam sobie jesteś winien :)

  • Proszę bardzo, smacznego :)

  • ToJa

    „Na bloga wchodzisz”
    tyle co się ukaże nowy wpis (przez Feedly).
    Jak często publikujesz nowy wpis? Potrzebuję do ankiety. xD

    • ToJa

      Aha, już widzę, że w kolejnym pytaniu jest odpowiedź. ;)

      • ToJa

        Ale co to za sugestie, że jak ktoś czyta książki, to Twoją też przeczyta… :/

  • Wypełnione.

  • No i napisałem co miałem napisać. I co miałem na myśli też od dłuższego czasu ;)

    Ale to już znajdziesz na końcu

    Pozdrówki :D

  • Zrobione :)

  • Ostatnio w sieci można zauważyć dużo ankiet. To jakaś moda?

  • Ciiiii, bo inni się połapią!

  • Aleksandra Muszyńska

    Prawda :D.

  • OMG OMG OMG! Jak ja żałowałam, że w tamtym roku nie wzięłam udziału w ankiecie :'(. Dziś się udało i nawet nie wiesz jak się cieszę!

  • Test ciążowy był trudniejszy.

    • Ciążowego jeszcze nigdy nie zdałem.

      • No właśnie ja też. A już myślałam, że tylko ja nie umiałam go rozwiązać.

  • To był taki podstęp, żeby Janek wiedział, co naprawdę myślisz o jego blogu!

  • Poszło! :D

  • Poszło :-)

  • Aleksandra Muszyńska

    Chwyleczkę.Nie zmienia się również mina Clinta Eastwoods.Chyba, że kategoryzujemy miny na „w kapeluszu” i „bez kapelusza”.

    • Funkcja y=1 też się nie zmienia, ale mina Romana bardziej do mnie trafia.

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Przechodziłem wczoraj przez Galerię Krakowską, a w zasadzie to przedzierałem się, bo niedziela, to ludzi gęsto jakby za darmo długopisy rozdawali, i wpadłem na pewną parę. A w zasadzie, to ona wpadła na mnie. Pretendująca miss osiedla i rycerz ortalionu byli tak zaaferowani zakupami, a konkretnie tym, gdzie ich nie zrobią, że, jak to się po staropolsku mówi, wjechali we mnie jak motor w kury. Dzięki czemu miałem okazję usłyszeć ich kwiecisty dialog i zapoznać się z nie mniej barwnym światopoglądem.

– Dobra, spierdalam na kwadrat.

– Ale jeszcze dżinsy.

– Masz od chuja dżinsów.

– Dla ciebie trepie. W następnym tygodniu idziemy do Robka na chrzciny, musisz jakoś wyglądać.

– To co ty myślisz, że ja dżinsów nie mam?

– Błagam, to co ty masz, to są szmaty, a nie dżinsy, będzie cała moja rodzina, kumasz? Musisz mieć nowe, żeby przypału mi nie narobić. O! Berszka, chodź!

– Tutaj? Pojebało cię? Mam wyglądać jak te pedały w rurkach?

– No racja, to do Rezerweda.

To określenie – „pedały w rurkach” – przeniosło mnie pamięcią do czasów nastoletnich, kiedy to zarzucenie osobnikowi płci męskiej niemęskości było najgorszą możliwą obelgą, zdecydowanie dotkliwszą niż najwymyślniejsze porównanie do narządów rozrodczych. Po pierwsze, uważano, że facet jest wartościowy wtedy i tylko wtedy, kiedy jest męski, bo w przeciwnym wypadku powinien trwale wycofać swoje geny z puli i nie męczyć świata swoją obecnością. Po drugie, wśród młodzieży panowało głębokie przekonanie, że wszyscy homoseksualiści są absolutnie zniewieściali i w żadnym aspekcie życia nie wykazują cech męskich, będąc na dobrą sprawę kobietą z nadprogramową skórą między nogami.

Kipiący testosteronem drwal, otwierający piwo oczodołem i żujący pszczoły z kłosami pszenicy, gdy miał ochotę na kromkę z miodem, był jedynym właściwym wzorem samca.

I w interesie każdego chłopca przed 20-tką było dążenie do tego ideału. Albo przez prawilne chodzenie na siłkę, albo przez prawilną monochromatyczną stylówę we wszystkich odcieniach szarości, albo przez publiczne piętnowanie wszelkich odstępstw od owego ideału. Dlatego, w tamtych czasach, wielu emo, a dziś, wielu hipsterom dostawało i dostaje się od „pedałów w rurkach”.

Szydzenie z jaskrawych odstępstw od jedynego słusznego zestawu męskich krojów i kolorów, było tak powszechne, że naprawdę trudno było znaleźć nastolatka, który odnosiłby się do tego w inny sposób. I ja nie byłem tu wyjątkiem. Tak stereotypowe i ograniczone myślenie pokutowało u mnie jeszcze długo po zakończeniu liceum, a u niektórych niestety wciąż się nie skończyło i nie zapowiada się na zmianę.

Wyjść poza idiotyczne przekonanie, że prawdziwy facet to macho w macho stroju z macho postawą ciała i z macho spojrzeniem, pomogła mi wyprowadzka z domu i życie na własny rachunek. Bo widzisz świat gówno obchodzi, czy chodzisz w tęczowym sweterku i spodniach węższych niż horyzonty posłanki Pawłowicz. Świat ma to w dupie. Świat nie daje nikomu premii za prawilny spodzień, obuw, czy fryz. Świat nie podwaja pensji za niepedalską stylówę. Świat ma ją w dupie. Tak jak i całego Ciebie, dopóki nie zrobisz czegoś, żeby ten świat zaczął o Tobie mówić. Więc powinieneś mieć w tym samym miejscu wszystkich tych, którzy mają problem z tym jak wyglądasz.

Długo szukałem zgrabnej, ładnie brzmiącej i jeszcze mającej pokrycie w rzeczywistości definicji „prawdziwego mężczyzny”, ale nie ma jednego uniwersalnego przesłania, które byłoby prawdziwe dla wszystkich. No, może poza tym, że prawdziwy mężczyzna ma w dupie to, czy ktoś uważa go za prawdziwego mężczyznę.

Wychodząc z kokonu dużego chłopca i przepoczwarzając się w małego mężczyznę nabrałem silnego poczucia męskości, bo w końcu zdefiniowałem czym ona jest. Sprowadza się ona dla mnie do dwóch spraw: zaradności i działania. W moim postrzeganiu świata nie ma znaczenia, czy facet chodzi w rurkach, leginsach, czy plisowanej spódnicy. Istotne jest, czy potrafi rozwiązywać problemy, czy tylko załamywać ręce i czy robi to, o czym mówi, czy tylko pozostaje na mówieniu.

Co to za facet, co przerywa marsz, gdy tylko zaczyna się pod górkę?

Co to za samiec alfa, co zostawia kobietę z dzieckiem, bo bycie fundamentem rodziny jest trudniejsze niż beztroskie singielstwo?

Co to za gość, co mówi o zbudowaniu pałacu, ale zapału nie starcza mu nawet na postawienie szałasu?

Co to za mężczyzna, co godzinami opowiada o tym, co by zrobił, ale jest zbyt leniwy by zakasać rękawy i wziąć się do działania?

Dla mnie marny, bo pokonywanie przeszkód, które ustawia na mojej drodze życie i materializowanie planów uznaję za miarę męstwa. A nie zastanawianie się, czy mam mniej lub bardziej heteroseksualną stylówę. Ale to dla mnie, dla Ciebie może być zupełnie inaczej, możesz cenić inne zachowania i wyznawać inne wartości. Bo czemu każdy facet nie miałby mieć swojej definicji?

Niestety, wciąż najczęściej przyjmowaną jest ta opierająca się na pozorach i gloryfikująca kult siły, co jest wyjątkowo złudne. Nie żyjemy już w czasach kamienia łupanego, gdzie obwód bicepsa świadczył o zaradności mężczyzny i o prawdopodobieństwie przyniesienia pożywienia do domu. Żyjemy w czasach, gdzie osiłki utrzymują się z zapomogi, dorabiając grosze na czarno i mieszkają z matkami do 40-tki. To znaczy dopóki te nie umrą. W czasach, gdzie prawnilniacy są życiowymi nieudacznikami, niepotrafiącymi wyprać sobie majtek i skarpetek i ugotować niczego poza wodą na herbatę. W czasach, gdzie pedały w rurkach robią kariery, otwierają swoje biznesy, zarabiają pieniądze, mają piękne kobiety, zakładają rodziny i latają na Malediwy. Bo liczy się zaradność i działanie, a nie rozmiar spodni.

Nie podoba mi się wizualne zrównywanie obu płci.

Nie podoba mi się też trend na zapuszczanie brody Świętego Mikołaja z dziewiczego zarostu.

Nie podoba mi się robienie z ciała ostatniej strony zeszytu, tatuując je w przypadkowe obrazki z Pinteresta.

Nie podoba mi się też robienie z ciała poduszki na igły, kolczykując je w każdym możliwym miejscu.

Nie podoba mi się chodzenie w trampkach zimą, ani w Air Force’ach latem.

Nie podobają mi się ludzie w koszulkach z głupimi napisami, ani ludzie w koszulkach z wulgarnymi napisami, ani ludzie w koszulkach wygrzebanych z kosza PCK.

Jest w cholerę rzeczy, które mi się nie podobają i wśród nich też są kolesie w rurkach. Ale nie określam niczyjej męskości na tej podstawie, bo cytując Sokoła „ja w różowym swetrze nadal jestem mężczyzną, a pizda ze złotą ketą nadal jest pizdą”.

autorem zdjęcia w nagłówku jest amydykstra
---> SKOMENTUJ

Paella w Barcelonie – gdzie warto zjeść?

Skip to entry content

Dwa lata temu zabrałem mamę na Wielkanoc do Paryża, w zeszłym roku do Rzymu, a tym razem – ciut po świętach, bo zaskoczyły mnie, że są tak szybko – do Barcelony. Polecam taką opcję spędzenia świąt, bo omija Cię ta cała nagonka i presja społeczna, której zupełnie nie czuć za granicą.

Pierwszy raz w Barcelonie byłem 2 lata temu i miałem turbo pecha, bo mimo, że wybrałem się tam w środku wiosny, to przez cały wyjazd padało. Nie, że non stop, ale mimo wszystko to psuło klimat, bo gdy jedziesz do nowego – i jak na polskie warunki, to całkiem egzotycznego – miejsca, to jednak nie chcesz pomykać z parasolem. Nie mniej, nie przeszkodziło mi to w zwiedzeniu najistotniejszych atrakcji tego miasta i dotarłem zarówno do Parku Güell, Sagrady Familii, jak i Bazaru La Boqueria. Tak że mając obowiązkowe punkty odhaczone, tym razem miałem nieco inny cel: odpoczywać i pokazać mamie jak smakuje dobra paella.

Czym jest paella?

Paella-z-owocami-morza

To tradycyjna potrawa hiszpańska składająca się przede wszystkim z ryżu z szafranem, który jest gotowany i podsmażany na metalowej patelni z dwoma uchwytami, i wkładki. Wkładką najczęściej są owoce morza z warzywami, ale równie dobrze może je zastąpić drób, czy inne mięso. Prawdziwe danie tego typu powinno być podawane na patelni, na której zostało przyrządzone, więc jeśli widzicie, że gdzieś serwuje się je bezpośrednio na talerzu, to uciekajcie, bo to jakaś fuszerka.

Gdzie NIE jeść paelli?

hdr

Pierwszego dnia byliśmy zmęczeni po locie (bo do Girony z Krakowa leciało się 2:40, a stamtąd do Barcelony autobus jechał jeszcze 1:20), więc nie mieliśmy siły szukać jakichś mniej oczywistych miejsc i popełniliśmy typowy turystyczny błąd – poszliśmy zjeść na La Rambla. Tak zwane „Ramble”, to główny deptak, wzdłuż którego ciągną się knajpy i sklepy, coś jak Krupówki w Zakopanem. Skusiła nas promocja – 2 tapasy (lokalne określenie przystawek) i paella za 11 euro. Spodziewałem się, że nie będzie to kuchnia godna 3 gwiazdek Michelin, ale nie przypuszczałem, że będzie aż tak tragicznie.

Ryż był suchy jak wióry i absolutnie bez smaku, a doprawianie na własną również nie pomogło, natomiast owoce morza można było policzyć na palcach ręki dłużnika mafii. I wyglądały jak najtańsza mrożona mieszanka z supermarketu. Bo też zapewne nią były. Trudno było się tym nasycić, nie mówiąc już o czerpaniu przyjemności z jakichkolwiek walorów smakowych.

Gdyby tego było mało, to popełniliśmy drugi karygodny błąd typowego turysty – zamówiliśmy napój bez pytania o cenę. Konkretnie to sangrię, bo jak tu się nie napić sangrii będąc w Hiszpani? Spodziewałem się, że ze względu na siedzenie w samym centrum Barcelony może być nieco droga, ale nie przypuszczałem, że zapłacę za nią tyle co za zajebisty obiad w Krakowie. Gdy kelner podał rachunek, okazało się, że za wino z owocami zapłaciliśmy po 15 euro na głowę. Czyli cała kolacja dla dwóch osób wyniosła 52 euro. Dodajmy, że wyjątkowo gówniana kolacja.

Barcelona La Rambla

Do dziś boli mnie portfel, gdy patrzę na to zdjęcie. Zwłaszcza, że da się zjeść nieporównywalnie lepiej za połowę tej ceny. Reasumując, jeśli szukasz jedzenia, to nie szukaj go na La Rambla.

Gdzie zjeść paellę w Barcelonie?

W restauracji La Fonda na ulicy Escudellers 10.

Barcelona La Fonda

To dosłownie 5 kroków od głównego deptaka, a różnica w jakości jak taka jakbyś przeniósł się do innego wymiaru. Pomijam kwestię tego, że i lokal i obsługa jest bardzo elegancka, ale jedzenie naprawdę przyprawia o niebo w gębie, a nie tylko piekło w portfelu.

La Fonda paella

Paella jest tam właśnie taka jak powinna być – ryż jest kleisty z wyraźnym smakiem, krewetki, kalmary, czy małże nie są tylko symbolicznymi atrapami, ale przede wszystkim przesiąknięte są aromatem całego dania, które jest zarówno smaczne jak i sycące. Standardowa porcja dla 2 osób (prawdziwej paelli, ze względu na specyfikę jej przyrządzania, nie da się zamówić dla jednej osoby) kosztuje tam 18 euro, czyli po 9 euro na głowę, co daje bardzo, bardzo dobrą cenę.

Jeśli jednak czujesz większy głód albo po prostu chcesz popróbować więcej lokalnych specjałów, możesz zamówić ją w zestawie specjalnym, co szczerze polecam. Oprócz dania głównego dostaniesz również napój (na przykład świetnie przyrządzoną sangrię), pierwsze danie (ichniejszą tortille, czyli zapiekankę z jajka i ziemniaków albo czarne nudle z kalmarami) i deser (przepyszny krem kataloński!). No i pieczywo. Cena za całość, to 18 euro, co (biorąc pod uwagę ile w niektórych miejscach kasują za samo wino) jest naprawdę spoko opcją, nawet jak na polskie warunki (w Warszawie za takim sam zestaw wyszłaby co najmniej stówa).

Barcelona sangria

Twoje zdrowie!

Natomiast, jeśli chcesz dowiedzieć się co warto zobaczyć i zwiedzić w Barcelonie, to tu znajdziesz informacje praktyczne.

---> SKOMENTUJ