Close
Close

Dzieci rodzi się z miłości, a nie lęku przed więzieniem

Skip to entry content

Długo się zbierałem do tekstu na temat ustawy całkowicie delegalizującej aborcję i sprawiającej, że wykonanie jej w Polsce będzie groziło więzieniem. Najpierw byłem przekonany, że to jakieś plotki, teatralne bicie piany, żeby odwrócić uwagę od innego problemu albo po prostu około primaaprilisowy żart.  Gdy jednak okazało się, że naprawdę w naszym kraju, pod groźbą pozbawienia wolności, kobiety będą musiał rodzić dzieci poczęte w wyniku gwałtu i nie będą mogły przerwać ciąży, nawet wtedy, kiedy będzie ona oznaczała ich własną śmierć lub gdy pewne będzie, że dziecko zaraz po porodzie i tak umrze, zagotowało się we mnie.

Poszedłem na manifestację „Nie dla torturowania kobiet” i do irytacji doszedł jeszcze smutek. Smutek, że gdy trzeba było protestować przeciwko ACTA, na płycie Rynku Głównego w Krakowie zebrało się 10 tysięcy osób, a kiedy trzeba było walczyć z ubezwłasnowolnieniem kobiet i zrobieniem z nich chodzących inkubatorów, pojawił się marny tysiąc dusz. Jak to, jest, że dostęp do torrentów i możliwość ściągnięcia nowego sezonu „Gry o tron” jest ważniejszy od wolności drugiego człowieka?

Strasznie, strasznie smutne, że ludzie bardziej przejmują się tym, czy będą mieli internet, niż że ich siostry, matki, dziewczyny, czy córki, będą zamykane.

Wracając do meritum, zastanawiałem się jak najdokładniej wyrazić to, co myślę o całkowitej penalizacji aborcji i z pomocą przyszła mi jedna z dziewczyn biorących udział w manifestacji. „Dzieci rodzi się z miłości, a nie lęku przed więzieniem” – brzmiał napis na jej transparencie i całkowicie się z nim zgadzam. Po pierwsze, dziecko zawsze, ale to ZAWSZE powinno być chciane i być wynikiem miłości dwójki kochających się osób. Jest to tak oczywiste, jak fakt, że po nocy nastaje dzień, ale jeśli ktoś ma wątpliwości, to zapraszam choćby od tekstu o tym, jak to jest wychowywać się bez ojca. Po drugie, to już ostatecznie skrajny absurd, że po wprowadzeniu tej ustawy w życie, kobieta będąca w niechcianej bądź zagrażającej jej życiu ciąży, będzie MUSIAŁA urodzić dziecko, bo w innym wypadku pójdzie do pierdla.

Niestety, nie wszyscy to rozumieją, dlatego postaram się to wytłumaczyć szerzej, odnosząc się do najpopularniejszych złotych myśli osób popierających takie restrykcje.

„Dziecko nie jest winne temu, że powstało w wyniku gwałtu, dlatego powinno się urodzić”. Zdarzyło mi się w swoim życiu być kilkukrotnie pobitym. W podstawówce miałem strzaskaną szczękę i złamany nos, w gimnazjum kołnierz ortopedyczny, w liceum podbite oczy i zszywany policzek. To była przemoc fizyczna, która zostawiała również mocny ból psychiczny, bo dopóki rany się zupełnie nie zagoiły, moje ciało przypominało mi o poniżeniu jakiego doznałem, za każdym razem, gdy spojrzałem w lustro. Gdy tylko myłem zęby, miałem przed oczami scenę, w której ktoś robił sobie ze mnie worek treningowy. Ból wracał.

Gwałt, który skutkuje ciążą, to najgorszy rodzaj przemocy, bo wraz z czasem ból tylko narasta.

Opuchlizna z oka schodzi, rozcięty policzek się zrasta, wybita szczęka wraca na swoje miejsce i z czasem można zapomnieć o tym, co się stało. Po pewnym czasie fizyczne, a wraz z nimi i psychiczne, rany się zabliźniają. Kiedy jednak w wyniku gwałtu dochodzi do zapłodnienia, to co się dzieje z Twoim ciałem cały, ale to CAŁY CZAS przypomina Ci co się stało. Nie jesteś w stanie zapomnieć o tym, jak zostałeś zbrukany, bo gdy tylko spojrzysz na swój brzuch, te obrazy upodlenia, a zaraz z nimi emocje, wracają. Skazywanie człowieka na rozpamiętywanie w nieskończoność takiej tragedii, to zwykłe katowanie. A zmuszenie go do noszenia piętna tego nadużycia przez 9 miesięcy, to równe bestialstwo co sam gwałt.

„Wolałbyś, żeby twoja matka cię usunęła?”. Tu wchodzimy na bardzo wysoki poziom abstrakcji, bo nie dość, że zakładamy możliwość decydowania o sobie, zanim w ogóle doszło do naszego zaistnienia, to jeszcze musimy określić kiedy my, jako świadomość-dusza, a nie powłoka z mięsa, powstajemy. Czy zakładamy, że zbiór komórek staje się człowiekiem, gdy opuści łono matki, czy dopiero w momencie kiedy w dziecku kształtuje się świadomość, czy może już w momencie gdy plemnik łączy się z komórką jajową? A może istnienie/byt/dusza pojawia się już w chwili kiedy plemnik opuści nasieniowód?

Biorąc pod uwagę jak abstrakcyjne są to rozważania, każda z tych opcji jest prawdopodobna, przy czym, przy tej ostatniej, każdy z masturbujących się chłopców i mężczyzn, czyli każdy z chłopców i mężczyzn, powinien zostać skazany za wielokrotne morderstwo.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli ciąża zagrażałaby jej życiu?”. Nie mając żadnych danych stwierdzających, czy ja jako umysł, a nie materia, już bym istniał, to tak, wolałbym, żeby moja mama przeżyła. A dokładając do tego koncepcję duszy i wiary, to poczekałbym na następną kolejkę i odrodził się/wszedł w dziecko, które nie będzie musiało w każdy dzień swoich urodzin opłakiwać śmierci swojej matki.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli miałbyś umrzeć zaraz po porodzie?”. Zdecydowanie. Nie wiem co komukolwiek miałoby dać noszenie w sobie płodu, z góry pozbawionego szans przeżycia. Zmuszanie kogoś do bycia w takiej ciąży i maltretowanie go świadomością, że jego dziecko i tak umrze, to czysty sadyzm.

„Wolałabyś, żeby twoja matka cię usunęła, jeśli by cię nie chciała?”. Zważając, że bez mojej mamy w ogóle nie można by mówić o moim istnieniu, to zostawiłbym jej ten wybór. Ale przede wszystkim nie chciałbym być niechcianym i niekochanym dzieckiem, bo wiem jak to rzutuje na poczucie własnej wartości, rozwój osobisty, odnajdywanie się w społeczeństwie, tworzenie związków i radzenie sobie ze wszystkimi innymi aspektami szeroko pojętej egzystencji.

Tyle razy ile słyszałem, że życie samo w sobie jest darem, tyle samo docierało do mnie, że to droga przez ciernie. I obie grupy tych osób miały racje, bo świat jest dokładnie takim jakim go widzisz, tyle, że bez miłości od rodziców, z miejsca dostajesz na oczy filtr w kolorze smoły.

Podsumowując ten przydługawy wywód, kroki ku ubezwłasnowolnieniu kobiet i zamykaniu ich za kratkami, zacząłbym podejmować dopiero po przestudiowaniu literatury naukowej i filozoficznej, i po wyprowadzeniu dowodu logicznego stwierdzającego jednoznacznie, kiedy owe istnienie powstaje. Bo wierzeń w to, kiedy zlepek komórek przestaje być zlepkiem komórek, takim jak złuszczająca się skóra, czy wypadające włosy, a zaczyna być człowiekiem, jest naprawdę sporo. A wierzenia mają to do siebie, że bywają bardzo mylne. Na przykład, nie tak dawno temu, ludzie byli święcie przekonani, że Ziemia jest płaska. Albo, że jeśli topiona w jeziorze kobieta wypływa na powierzchnię, to znaczy, że jest czarownicą.

Nie wracajmy do tych czasów.

Nie propaguję aborcji, nie mówię, że to panaceum na wszystkie problemy. Mówię tylko, że ktoś kogo ona bezpośrednio dotyczy i kto będzie ponosił jej fizyczne i psychiczne konsekwencje, powinien mieć prawo wyboru. Prawo, nie przymus. A osoby tak zainteresowane ochroną życia, zachęcam, do ochrony tych żyć, które już istnieją, bo jest ich całkiem sporo, więc na pewno nie będą się nudzić.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Matthias Müller
(niżej jest kolejny tekst)

75
Dodaj komentarz

avatar
25 Comment threads
50 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
30 Comment authors
Aborcja a spadek przestępczości - zaskakujący związek?Joanna MariaDotMariuszAlicja Kowalska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Iwona Karczmarczyk
Gość

Mówiąc o przypadkach ciąż zagrażających życiu inkuba… tzn. kobiety, to moim zdaniem nie można ratować jednego życia kosztem drugiego bez zgodny samej zainteresowanej. Jak komukolwiek w ogóle przeszło przez myślę, że to w porządku kazać kobiecie umrzeć?! A propos hasła o obronie życia – nadziałam się gdzieś na wypowiedź dziewczyny, której mama zdecydowała się przeprowadzić aborcję, bo płód miał bardzo małe szanse na przeżycie, a ona sama mogła umrzeć podejmując ryzyko donoszenia ciąży. Gdyby tak się stało, w najgorszym wypadku umarłaby i matka i dziecko, nie urodziłaby się też dziewczyna, która o tym opowiadała ani jej brat. Czy decyzja podjęta… Czytaj więcej »

Monika Grzebyk
Gość
Monika Grzebyk

Tak, tak. tak!
To była jedyna manifestacja na jakiej byłam, specjalnie wstałam na 14 (w weekend to problem).
Bardzo się cieszę, że się do tego odniosłeś, dzięki!

madalena
Gość

Bardzo nie podoba mi się to, co dzieje się w tym kraju. Mam nadzieję, że ten rząd skończy się szybciej niż się zaczął. Co do aborcji. Wszystko mnie teraz dotyka podwójnie bo jestem w ciąży. Wszelkie dyskusje na ten temat wywołują u mnie ogromne emocje i się, cholera, nie zgadzam. Oczywiście nie chodzi o to, żebyśmy sobie usuwały ciążę bo mamy taki kaprys. Bo nagle się odwidziało i jednak może później. Mam nadzieję, że takich kobiet nie ma. Ostatnio zastanawiałyśmy się z koleżanką po co są pierwsze badania prenatalne. Robi się je około 12-13 tygodnia, mają wykryć wady genetyczne płodu… Czytaj więcej »

majniaki
Gość

Badanie prenatalne robi się między 11-13 tygodniem, ponieważ jest to najlepszy moment na najdokładniejsze pomiary. Wcześniej lub później ciężko dopasować płód pod jakiś algorytm i wynik mógłby być niedokładny.

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

To raz, że wychodzą wtedy najlepsze wyniki, a dwa, że są wady, które się leczy jeszcze w okresie ciąży. Operacje na sercu dziecka w 20 tyg ciąży. Robi się takie rzeczy i wtedy im szybciej lekarze będą znać sytuację, tym większa szansa, że uda się zaradzić nieszczęściu. No i rodzicom dziecka nie zaszkodzi, by mieli więcej czasu na przygotowanie się psychiczne. Po jednym badaniu jest drugie, potem trzecie, kontrole, powtórki, kolejki… Nawet gdy nie bierze się aborcji absolutnie pod uwagę, badania warto zrobić w terminie.

Joanna Maria
Gość
Joanna Maria

Badanie miedzy 11-14 tygodniem, raczej nie ma na celu wykrycia niczego, co mozna leczyc, tylko aberracje chromosomowe. Takie jak zespol Downa oraz dwoch innych zespolow genetycznych – Patau i Edwardsa. Owszem doswiadczony specjalista moze juz wtedy wstepnie ocenic budowe serca plodu, badanie na tym etapie nie jest jednak jeszcze miarodajne. Serduszko plodu lekarz ma mozliwosc ocenic ok. 20 tyg. (usg polowkowe). Caly dowcip z tymi badaniami prenatalnymi ok. 11-14 tyg. ciazy polega na tym, ze oceniaja one jedynie ryzyko wystapienia danej wady, nie dajac jednoznacznej odpowiedzi. Przy ocenie ryzyka wykorzystuje sie tez inne dane, takie jak wiek kobiety czy miejsce… Czytaj więcej »

Joanna Maria
Gość
Joanna Maria

Oj, nie do konca… po prostu te wady, ktore ma wykrywac badanie miedzy 11-14 tygodniem, sa wtedy najlepiej widoczne…pozniej juz jest male prawdopodobienstwo ich wykrycia. Kazdy tydzien ciazy jest charakterystyczny.
Tzn. sa wykrywalne, za pomoca innych, bardziej inwazyjnych badan, ktorych sie nie robi bez wskazania, jakim jest usg genetyczne.

I niestety, sa takie kobiety, ktore robia sobie aborcje, „bo teraz nie”. A dwa lata pozniej sie obnosza, ze zostana matkami.

Lena Sobe Mach
Gość
Lena Sobe Mach

Jakby nie mogli zostawić tej ustawy taka jaka była. Była bardzo kompromisowa. Jestem wierząca i uważam, że jeśli zaszłaś w ciążę z powodu własnej lub partnera bezmyślności – bierz tego konsekwencję, albo jedź do Czech. Jednak we wszystkich przypadkach wymienionych wyżej uważam, że kobieta powinna mieć święte prawo do usunięcia ciąży. Nie wszyscy w Polsce to chrześcijanie i nie uważają aborcji za morderstwo, dlatego rząd nie powinien ewangelizować społeczeństwa nie od tego jest. Mam nadzieję, że ustawa nie przejdzie i będzie tak jak jest teraz.

Chica Mala
Gość

Prawie się z Tobą zgadzam, bo jednak skoro bezmyślni partnerzy zrobili dziecko, to też jednak powinni mieć prawo podjęcia takiej decyzji, jeśli jest zgodna z ich sumieniem. Głupota nie powinna być tu ograniczeniem i formą kary, bo najbardziej ukarane zostanie dziecko, a nie Ci głupi rodzice. Jak dla mnie problemem jest to, że nie daje się ludziom prawa do wyboru. Gdyby aborcja była legalna, ktoś kto by chciał się jej poddać mógłby to zrobić, a ktoś kto by jej nie chciał, to nadal nie musiałby jej robić. Każdy według własnego sumienia. Gdy jest zabroniona, osoby, które mają bardziej otwarte podejście… Czytaj więcej »

Joanna Maria
Gość
Joanna Maria

Zwlaszcza, ze „lekarzowi wykonującemu nielegalny zabieg grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności. Kara grozi również osobie, która nakłoniła kobietę do zabiegu. Natomiast kobiecie nie grożą żadne prawne konsekwencje”.

Edzia
Gość
Edzia

Jestem przeciwko aborcji, ale nie, jeśli donoszenie ciąży zagraża zdrowiu (fizycznemu i psychicznemu) kobiety. Obrona życia to nie tylko obrona nienarodzonego dziecka, ale też obrona kobiety, która ma to dziecko urodzić. To nigdy nie jest łatwa decyzja, ale jeśli trzeba wybrać między dwoma żywotami, to jedyny głos powinny mieć osoby, których to bezpośrednio dotyczy. Jeśli kobieta chce urodzić dziecko, wiedząc, że jej życie/zdrowie (j.w. – fizyczne i psychiczne) jest zagrożone – proszę bardzo. Jeśli nie chce – powinna mieć taką możliwość. Nie rozumiem i nie zrozumiem, dlaczego w takiej sytuacji życie dziecka (które może np. urodzić się martwe/chore/niedługo i tak… Czytaj więcej »

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

Gdyby wybór był szybki i prosty: albo ratujemy kobietę i dziecko umiera, albo zostawiamy ciążę i przeżywa dziecko, a kobieta umiera, to nikt by nie miał wątpliwości. Zwłaszcza, że przez pół ciąży dziecko bez matki i tak nie da rady. Natomiast to często są delikatne przypadki, gdzie zagrożenie życia procentowo wcale nie jest aż tak duże i po prostu na wszelki wypadek zaleca się przerwanie ciąży. Albo w okresie ciąży kobieta dowiaduje się, że ma raka i im szybciej rozpocznie leczenie chemioterapią, tym większa szansa, że się wyleczy. Ale dziecko chemii nie przeżyje. I wtedy z jednej strony – czy… Czytaj więcej »

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Magda, być może, ale najgłośniej i najbardziej radykalnie zawsze drą się Ci z hierarchów, którzy są największym, najmniej elastycznym światopoglądowo, najbardziej skamieniałym na świecie betonem, na dodatek wątpliwym moralnie. Kiedy widzę ojca Tadeusza to włosy mi zaczynają rosnąć lawinowo, a w piwnicy gniją ziemniaki. Z jakiegoś względu najwyraźniej tej instytucji nie zależy na tym, aby do głosu dochodził jakiś rozsądniejszy reprezentant kleru, co też jest swoją drogą co najmniej dziwne.

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

Też się dziwię, że wciąż Kościół pozwala niektórym księżom robić taką szopkę. Ale chyba trzeba spojrzeć ponad tym, co się dzieje w kraju. Podejrzewam, że jeszcze trochę czasu minie nim kolesiostwo i zmowa milczenia wśród księży się skończą. Ale póki co warto pamiętać, że Franciszek jest ważniejszy niż ojciec Tadeusz i to jego słów warto słuchać, by nie zapomnieć, że idee Kościoła nie są wcale tak wypaczone, jakby się mogło czasem wydawać :)

Chica Mala
Gość

I to jest dla mnie największy problem – „Niektórzy też nie są w stanie sobie wyobrazić, że można chcieć żyć mając świadomość, że przez naszą decyzję nie żyje dziecko.” Tylko dlaczego Ci niektórzy mają decydować za tych, którzy sobie akurat to wyobrażają? Serio, dla mnie, choć to jest trochę brutalne podejście, jest oczywiste, że ja jako kobieta jestem w stanie z moim partnerem zrobić (lub chociaż próbować) kolejne dziecko, dwa lub trzy, jeśli będę chciała, jeśli oczywiście wrócę do zdrowia. W innym wypadku jest szansa, że mój partner zostanie z dzieckiem sam i np. będzie obwiniać je o moją śmierć… Czytaj więcej »

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

Wiesz – z drugiej strony są i tacy, którzy nie są w stanie sobie wyobrazić, że aborcja może być traktowana tak samo jak zabójstwo. (Bo w sumie czemu nie robić eutanazji chorym noworodkom, skoro jeszcze przez rok czy dwa i tak nie są świadome swojego istnienia?). I nie ma znaczenia teraz, kto ma rację. Chodzi o sam fakt, że jedna strona nawet w najmniejszym stopniu nie próbuje zrozumieć perspektywy drugiej. To zarzut dla wszystkich, którzy przyjmują radykalne i skrajne stanowiska. Zamiast rozmawiać, jedni na drugich się obrażają (i często obrażają siebie nawzajem). I to jest słabe!

Chica Mala
Gość

Ale ja się temu obrażaniu (się, a nie nawzajem, bo to drugie akurat faktycznie jest słabe) wcale nie dziwię. Weź pod uwagę, że jedni próbują drugim narzucić swoje własne wartości. Ja osobiście bardzo nie lubię, gdy ktoś mi mówi, jak mam żyć, jakie decyzje podejmować. W końcu to moje życie, ja będę ponosić jego konsekwencje, a nie ta „mądrzejsza” osoba.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Czy Polacy potrafią przyjmować komplementy?

Skip to entry content

W marcu prowadziłem akcję #30dniZkomplementami, która opierała się chodzeniu po mieście i mówieniu miłych rzeczy obcym osobom właśnie przez 30 dni, a głównym jej celem było przekazania dobrej energii nieznajomym i sprawdzenie jak na nią reagują. Więcej na temat założeń możesz przeczytać w tekście zapowiadającym wyzwanie/eksperyment, a relacje z poszczególnych dni znajdziesz na Facebooku pod wcześniej wspomnianym hasztagiem.

Dwie rzeczy nie wyszły w trakcie akcji. Po pierwsze, z powodu choroby, która na tydzień przyblokowała mnie w domu, nie byłem w stanie przez równe 30 dni realizować wyzwania. Po drugie, okazało się 14 osób jest maksymalną liczbą nieznajomych, których byłem w stanie skomplementować w ciągu jednego dnia, ponieważ powyżej niej, zmęczenie sprawiało, że wychodziło to nienaturalnie i niewiarygodnie. Przez co, nie byłem w stanie co dzień podnosić poprzeczki o 1 i ostatniej doby powiedzieć coś miłego 30 osobom.

Mimo, że założenia ilościowe w pewnym momencie się rozjechały, to i tak jestem mega zadowolony z tego, jak eksperyment ostatecznie wyszedł, więc czas na podsumowanie i wnioski!

 

Podsumowanie!

23 – tyle dni w rzeczywistości komplementowałem nieznajomych

216 – tyle osób w trakcie akcji usłyszało coś miłego ode mnie

169 – tyle osób zareagowało pozytywnie na ciepłe słowa

107 – tyle osób miało banana na twarzy po usłyszeniu komplementu

107 – tyle raz ja miałem banana na twarzy po zobaczeniu ich reakcji

2 – tyle razy proponowano mi zeswatanie z wnuczką skomplementowanej osoby

1 – tyle razy usłyszałem „spierdalaj”

0 – tyle razy dostałem oklep po skomplementowaniu faceta

 

Wniosek #1: nie potrafimy przyjmować komplementów przy innych ludziach

Gdy podchodziłem do kogoś kto był lub szedł sam i nie otaczał go tłum, nie było problemów – dziękował za miłe słowa i uśmiechał się, często szeroko, dodatkowo się prostując.

Gdy jednak komplementowałem osobę będącą w większej grupie, stojącą z innymi nieznajomymi na przystanku, jadącą pośród obcych ludzi w komunikacji miejskiej, bądź idącą w gęstym tłumie, to już pojawiał się spory problem. W takiej sytuacji komplement okazywał się niechcianym prezentem, z którym kompletnie nie wiadomo co zrobić, ani jak na niego zareagować. I albo był całkowicie ignorowany, byleby na siebie nie zwrócić uwagi, albo na twarzy pojawiał się burak, wzrok momentalnie wbijał się w telefon lub, w przypadku braku telefonu, w ziemię i przez szczękościsk wydobywało się nieme „dzięk…”.

 

Wniosek #2: starsze osoby są spragnione jakiegokolwiek kontaktu

W trakcie dnia, w którym komplementowałem seniorki, każda z nich była tak niesamowicie szczęśliwa z powodu zainteresowania się nią i okazania ciepła, czy sympatii w jakiejkolwiek formie, tak wdzięczna za mało wyszukane „bardzo ładnie wygląda pani w tym kapeluszu”, że uzmysłowiło mi to, jak samotne i pozostawione same sobie są starsze osoby. To niewiarygodnie wzruszające, gdy pani o lasce uśmiecha się do Ciebie, jakbyś spełnił jej najskrytsze marzenie i jednocześnie strasznie przykre, bo znaczy to, że nikt od bardzo dawna nie był dla niej zwyczajnie miły, albo, że w ogóle od nie wiadomo kiedy, nie miała bezinteresownego kontaktu z drugą osobą.

 

Wniosek #3: nastolatki mają problem z komunikowaniem się

Nie wiem do końca, czy to kwestia dzisiejszych czasów, czy tego, że to „taki wiek”, ale dzieciaki w wieku nastoletnim w kontakcie z pozytywnie nastawionym do nich nieznajomym, jedyne co są w stanie zrobić, to rzucić spojrzenie typu „ty chory pojebie”. Może mnie pamięć zawodzi, ale wydaje mi się, że gdy ja miałem dwucyfrową liczbę lat nie byłem, ani też moi rówieśnicy nie byli, aż tak negatywnie nastawiony do obcych.

 

Wniosek #4: bycie miłym dla nieznajomych wkręca

Za pierwszy razem się boisz, za drugim wydaje Ci się to dziwne, za piątym zaczyna Ci się podobać, a za piętnastym jesteś tak wkręcony, że zaczyna to być Twoim codziennym nawykiem. Serio, mówienie miłych słów obcym, a przede wszystkim obserwowanie ich pozytywnych reakcji i tego jak Twoje działanie poprawiło im humor, jest mega wciągające. A w momencie kiedy zrobisz to tyle razy, że przestajesz mieć wewnętrzne blokady i wymyślać wymówki przed nawiązaniem kontaktu z obcą osobą, staje się to codzienną czynnością, która jest równie oczywista, co mycie zębów.

Odpowiadając na pytanie z nagłówka: Polacy potrafią przyjmować komplementy, jednak często mają z tym trudności. A z czego to wynika? Z tego, że za rzadko je dostają.

Gdy zapowiadałem #30dniZkomplementami, wiele osób mi kibicowało, stwierdzając, że to dobry pomysł. W momencie, gdy na Facebooku publikowałem pierwsze relacje, pojawiały się głosy, że to wyzwanie jest inspirujące i że sami pójdą w moje ślady. Bardzo cieszy mnie, że ta akcja może być bodźcem do działania dla innych i mocno trzymam kciuki, aby tak faktycznie było. Czemu? Po pierwsze, więcej pozytywnej energii puszczonej w świat, to więcej pozytywnej energii, która potem z tego świata wróci, każda akcja rodzi reakcję. Po drugie, to jak z każdą inną rzeczą, jeśli ćwiczysz ją jakiś czas, w końcu zaczyna Ci wychodzić i nie sprawia Ci trudności – im więcej inni ludzie będą słyszeć komplementów, tym bardziej będzie dla nich naturalniejsze, że ktoś mówi im coś miłego i tym normalniej będą na nie reagować, bez palenia cegły i zawstydzenia.

Nie wierzę w ogólnokrajową rewolucję i nagłe zmiany mentalności, ale wierzę w efekt motyla i budowania lepszej rzeczywistości cegiełka po cegiełce. Jak właśnie dołożyłem swoją.

autorem zdjęcia w nagłówku jest wiewiorka_wagner

Gdyby nazwy popularnych blogów mówiły prawdę…

Skip to entry content

wpis jest formą prima aprilisowego żartu i absolutnie nie ma na celu obrażenia kogokolwiek

Na pewno kiedyś natknęliście się w sieci na zbiór grafik pod hasłem „co gdyby loga znanych marek mówiły prawdę?”, „szczere slogany” albo coś w tym stylu. W środku były znaki firmowe lub hasła reklamowe produktów, których używacie na co dzień, tyle, że przerobione na „prawdziwe”. W domyśle ujawniające niewygodną prawdę, a w rzeczywistości po prostu śmieszne ze względu na uwydatnienie najbardziej nośnych cech owych produktów. Jako, że lubię wszelkie zabawy językowe i gry słowne, odniosłem ten trend do blogosfery.

Sprawdźcie jak nazywałyby się najpopularniejsze polskie blogi, gdyby mówiły prawdę!

What Anna Wears = What Anna Take Off

Mr Vintage = Sir Baldhead

Krytyka Kulinarna = Krytyka

Maffashion = Missnapchat

Jason Hunt = Fire Place

Blog Ojciec = Mem Tata

Szczęśliva = Klikbaitowa

Fashionelka = Buldożerka

Ekskluzywny Menel = Pospolity Abstynent

Halo Ziemia = Elo Człowiek

Wędrowne Motyle = Ślunskie Rajzy

Wygrywam z anoreksją = Przegrywam z nadwagą

Wyrwane z kontekstu = Cytaty na każdą okazję

Jemerced = Jestmercedesbędziedrugi

Moja Dziewczyna Czyta Blogi = Czytam Blogi Mojej Dziewczynie

AntyWeb = DysOrtografia

Black Dresses = Klasikal Sukienkas

Charlize Mystery = New York Wannabe

MediaFun = SelfieFan

Jak Oszczędzać Pieniądze = Jak Oszczędzać Na Fryzjerze

Segritta = Ciążitta

Macadamin Girl = Epilepsia Chic

Andrzej Tucholski = byłaKultura

Oczekując = Fakturując

Rowerowe Porady = Benzynowe Oszczędności

Pijaru Koksu = Pijaku Hajsu

Szarmant = Garniturant

Jadłonomia = Wegemania

Spider’s Web = AntyAntyWeb

Jestem Kasia = Jestem W Dżinsach

Czas Gentlemanów = Czas Wąsów

Busem Przez Świat = Karolem Przez Media

Street Food Polska = Fat Food Kielce

Stay Fly = …?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Christian Schnettelker

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!