Close
Close

Gdyby nazwy popularnych blogów mówiły prawdę…

Skip to entry content

wpis jest formą prima aprilisowego żartu i absolutnie nie ma na celu obrażenia kogokolwiek

Na pewno kiedyś natknęliście się w sieci na zbiór grafik pod hasłem „co gdyby loga znanych marek mówiły prawdę?”, „szczere slogany” albo coś w tym stylu. W środku były znaki firmowe lub hasła reklamowe produktów, których używacie na co dzień, tyle, że przerobione na „prawdziwe”. W domyśle ujawniające niewygodną prawdę, a w rzeczywistości po prostu śmieszne ze względu na uwydatnienie najbardziej nośnych cech owych produktów. Jako, że lubię wszelkie zabawy językowe i gry słowne, odniosłem ten trend do blogosfery.

Sprawdźcie jak nazywałyby się najpopularniejsze polskie blogi, gdyby mówiły prawdę!

What Anna Wears = What Anna Take Off

Mr Vintage = Sir Baldhead

Krytyka Kulinarna = Krytyka

Maffashion = Missnapchat

Jason Hunt = Fire Place

Blog Ojciec = Mem Tata

Szczęśliva = Klikbaitowa

Fashionelka = Buldożerka

Ekskluzywny Menel = Pospolity Abstynent

Halo Ziemia = Elo Człowiek

Wędrowne Motyle = Ślunskie Rajzy

Wygrywam z anoreksją = Przegrywam z nadwagą

Wyrwane z kontekstu = Cytaty na każdą okazję

Jemerced = Jestmercedesbędziedrugi

Moja Dziewczyna Czyta Blogi = Czytam Blogi Mojej Dziewczynie

AntyWeb = DysOrtografia

Black Dresses = Klasikal Sukienkas

Charlize Mystery = New York Wannabe

MediaFun = SelfieFan

Jak Oszczędzać Pieniądze = Jak Oszczędzać Na Fryzjerze

Segritta = Ciążitta

Macadamin Girl = Epilepsia Chic

Andrzej Tucholski = byłaKultura

Oczekując = Fakturując

Rowerowe Porady = Benzynowe Oszczędności

Pijaru Koksu = Pijaku Hajsu

Szarmant = Garniturant

Jadłonomia = Wegemania

Spider’s Web = AntyAntyWeb

Jestem Kasia = Jestem W Dżinsach

Czas Gentlemanów = Czas Wąsów

Busem Przez Świat = Karolem Przez Media

Street Food Polska = Fat Food Kielce

Stay Fly = …?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Christian Schnettelker
(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

45 komentarzy do "Gdyby nazwy popularnych blogów mówiły prawdę…"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Maciej Blatkiewicz
Gość

Jak oszczędzać na fryzjerze i Czas Wąsów wymiatają. :DDD

Jan Favre
Gość

Czekam na ich oficjalny rebranding :D

Łukasz Kielban
Gość

Chyba kupiłem sobie ostatnio złą domenę!

Olga Płaza
Gość

Śliczne :D

Jan Favre
Gość

Dzięki!

Paweł Lipiec
Gość

„Śliczne” a nie „śliczny” ;)

Jan Favre
Gość

Cicho brzydki ;)

Paweł Lipiec
Gość

Mi z tym dobrze! :-]

Aleksandra Muszyńska
Gość

Mnie to właśnie bardzo fascynuje w prowadzącym bloga Wygrywam z Anoreksją,że jest jakiś taki niegruby totalnie. Gdybym ja tyle jadła, to bym pasek zakładała bumerangiem i leżała z dwóch stron łóżka jednocześnie. Zaprawdę pytam, czy można wierzyć niegrubemu blogerowi traktującemu o jedzeniu, gdy nie wierzymy kucharzom bez nadwagi?!
P.S. Żartuję, ja wierzę.

Jan Favre
Gość

Bo to jest jego wizerunek wykreowany na potrzeby internetu, jak po Blog Forum Gdańsk poszedłem z nim na mielone, to zamówił trawę z wodorostami.

Aleksandra Muszyńska
Gość

Nawet tak nie żartuj sobie.

Jan Favre
Gość

Na żywo on jest chudszy od Maffashion, tylko do zdjęć zawsze wkłada sobie poduszki pod koszulkę, żeby chociaż trochę ciała nabrać.

Łukasz Przechodzeń
Gość

Stay fly = Zatrzymać muchę

Jan Favre
Gość

Śmieszne, ale to już znane, tak jak „Stój Leć”, czekam na więcej.

Aleksandra Maria Najda
Gość

Zostań mucho!!!

tattwa
Gość

po polsku Stay Fly to byłoby po prostu „bądź wporzo” czy coś w ten deseń chyba, nie?

masz tu komplement: https://www.youtube.com/watch?v=AltMeuPkWRs :D

Jan Favre
Gość

Tak, „bądź spoko”/”bądź wysoko”/”bądź zajebisty”, w skrócie „bądź Jankiem”.

Karola Franieczek | Życie Me
Gość

Ban Jedi <3
StayFly = Parówkistajl ;)

Jan Favre
Gość

Hehe, dobre, ale chyba zbyt hermetyczne :D

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman”

Skip to entry content

Batman grany przez Christiana Bale’a w reżyserii Christophera Nolana był bardzo, bardzo udanym przedstawieniem Człowieka-Nietoperza, w zasadzie pod każdym kątem, i co jakiś czas wracam do tej trylogii. Serial o Supermanie na TVNie był moją ulubioną pozycją po szkole i zżyłem się z nim na tyle, że kiedyś próbując wystartować w powietrze, kładąc się na desce do prasowania i wyciągając ręce przed siebie, ukruszyłem sobie jedynkę. Dlatego na „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” czekałem jak na prezenty pod choinką, mimo, że przecieki zza oceanu wskazywały, iż film będzie kichą.

No, ale kto by nie czekał na pojedynek ulubionych postaci z dzieciństwa, będących w dodatku najpopularniejszymi superbohaterami w Polsce? No, kto? Kto? Na pewno nikt z osób produkujących ten film, bo Ci wiedzieli na długo przed premierą, że tytuł jest większą kiszką, niż tradycyjna potrawa białoruska.

UWAGA! TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN
recenzja zawiera małe fragmenty zdradzające fabułę, jednak w filmie jest taki chaos, że wątpię abyś był w stanie je zapamiętać i wyłapać w trakcie seansu

Nie przedłużając, 25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”.

1. Po raz 3017 poznajemy historię jak Burce Wayne stał się Batmanem. Filmy o Człowieku-Nietoperzu powstają od niemal 30 lat i chyba nie ma osoby, która wybierałaby się na tytuł z nim związany i nie wiedziała, że przyodział pelerynę i maskę, bo zastrzelono mu rodziców, gdy był mały. Mimo to, reżyser postanawia nam opowiedzieć tę wyobracaną na wszystkie strony historię PO RAZ KOLEJNY.

2. Nie ma absolutnie nic o pochodzeniu Wonder Woman i jej supermocach. Mimo, że jest zdecydowanie niszową i mało znaną superbohaterką w porównaniu do Gacka. W filmie po prostu pojawia się z nikąd i tyle, nic więcej na jej temat nie ma.

3. W jednej z pierwszy scen Superman wchodzi w butach do wanny. W której jego partnerka jest naga. Kumacie? Typ wszedł do mieszkania z podwórka, jego panna się kąpie, a ten ładuje się z całym tym syfem na podeszwach do środka. Fuuuj!

4. Rola Batmana nie pasuje Benowi Affleckowi. Ten chłop po prostu nadaje się do tej postaci jak Kononowicz do wystąpień publicznych, źle wygląda w kostiumie, maska śmiesznie na nim leży i budzi bardziej uśmieszek politowania niż szacunek, czy grozę.

5. Ben Affleck ma tu mimikę na poziomie Romana Giertycha. I nie przerysowuję tego, gość po prostu w kółko robi jedną smutną minę.

6. Alfred wygląda jak podstarzały playboy… – serio, nie wiem czy reżyser chciał celowo zmienić wymiar tej postaci, ale w tej świeżej fryzurce, modnych okularach i ciuchach z Zary, wygląda bardziej jak ruchacz Tony Stark, niż wierny lokaj.

7. …w dodatku zachowuje się jak przełożony Batmana – pamiętam, że zawsze próbował zastępować mu dziadka, troszcząc się o niego, a tu opieprza Bruce’a jakby ten był jego podwładnym w pracy.

8. Lois Lane jedyne co robi w tym filmie, to wzdycha. Niezależnie, czy właśnie jest ratowana, czy akurat siedzi w tyrce.

9. Cały czas mam bekę z tego, że Clark Kent różni się od Supermana tylko okularami i nikt go nie poznaje. Wiem, że tak było od zawsze, w każdej kreskówce i serialu, ale tutaj – w dobie autorozpoznawania twarzy przez Facebooka i natychmiastowego przesyłu informacji po całym świecie – to wyjątkowo śmieszy, jak najbardziej rozpoznawalnej facjaty na świecie nagle nikt nie kojarzy, bo pojawiły się na niej oprawki.

10. Relacja Supermana i Lois Lane jest totalnie nieprzekonująca. Nawet nie chodzi o to, że nie widać, żeby byli kochankami, ale przez 2,5 godziny trudno wywnioskować, czy COKOLWIEK ich łączy. W zasadzie jedyne momenty, kiedy pojawiają się razem na ekranie, to gdy Pan S setny raz wyciąga ją z jakiegoś gówna, w które się wpakowała.

11. Gdy Lois Lane zrobi tylko głośniejszy wydech, Superman słyszy to z drugiego końca globu i leci ją ratować. Ale gdy porywają jego matkę i ta drze się wniebogłosy, ma to głęboko w dupie i „nie zauważa tego”.

12. Motyw przewodni filmu, czyli konflikt między Batmanem a Supermanem, jest zarysowany naprawdę z dupy. I do końca filmu widz w zasadzie nie wie o co im w ogóle poszło i czemu mają kosę.

13. Batman zawsze był zwinny i pełen wigoru. A tu jest cholernym, niezgrabnym klocem, który sprawia wrażenie, jakby miał problemy z płynnym poruszaniem się.

14. Niektóre sceny wprost kpią z widzą. W jednej z nich Lois Lane mówi do szefa – redaktora naczelnego w gazecie – że potrzebuje helikoptera – zaznaczając, że nie do celów zawodowych, tylko ot tak, po prostu – a ten w mgnieniu oka załatwia jej go i to bez pytania. Bo bez tego fabuła nie poszłaby do przodu.

15. W jednej scenie widzimy Batmana w zniszczonej roboto-zbroi, a sekundę później już w nowiutkim, gumowym stroju. Czary, panie, czary!

16. Mimo, że Superman zawdzięcza swoje supermoce ziemskiej atmosferze – która, przypomnijmy, PANUJE NA ZIEMI – nie przeszkadza mu to wylecieć w kosmos. I naturalnie wciąż je mieć, nie słabnąc ani na chwilę.

17. Jedyna istotna dla fabuły kwestia jaką wypowiada Lois Lane, to poinformowanie Batmana, że Lex Luthor porwał matkę Supermana. Bo Superman oczywiście sam nie może powiedzieć o tym Batmanowi, mimo, że tarza się z nim po ziemi jak Simba z Nalą na początku „Króla Lwa”.

18. Batman w ostatniej chwili stwierdza, że jednak nie zabije Supermana. Zastanawiacie się czemu? Jaki ważny powód stał za tym, że jednak odpuścił swój skrupulatnie przygotowany plan? Ten drugi wypowiedział imię jego matki. Nie, nie, nie okazało się, że są rodzeństwem, po prostu Pan S powiedział „Martha” i Gacek odpuścił. Przekonujące, nie?

19. W filmie pada jeden żart i jest betonem. Batman ratując matkę Supermana, która jest przerażona i wycieńczona fizycznie i psychicznie, wyglądając jakby była w trakcie wylewu, rzuca hasło, że jest kolegą jej syna, a ta mu odpowiada, że poznała po pelerynie.

20. Lex Luthor dostaje dostęp do kryptonitu i statku obcych z zupełnie niewiadomego powodu. Jakiś Ważny Człowiek Z Rządu USA załatwia mu swobodny dostęp do ściśle tajnych przedmiotów pozaziemskiego pochodzenia, chronionych chujwieczym, bo tak. Nawet nie chce w zamian hajsu. No, brzmi bardzo prawdopodobnie.

21. Bohaterowie dowiadują się, że kurewski potwór, którego próbują od pół godziny zabić – bo zagraża ludzkości – żywi się energią. Jednak podchodzą do tego zupełnie bezrefleksyjnie i dalej napieprzają go laserami, co sprawia, że tylko staje się silniejszy i wciąż rośnie. Ehe, to ma sens.

22. Supermana może zabić tylko kryptonit, wiecie, no nie? Dlatego w jednej scenie mdleje – dosłownie, nie w przenośni – gdy tylko znajdzie się w jego pobliżu, po to by w następnej przez 5 minut trzymać go przy twarzy, jak gdyby nigdy nic, w pełni sił witalnych.

23. W ostatniej scenie okazuje się, że Superman kupił Lolis Lane pierścionek zaręczynowy. Wysyłkowo. Zapakowany w zwykłą kopertę jak jakiś pendrive z darów losu. Tak, takich rzeczy na pewno nie ogląda się na żywo, nie sprawdza rozmiaru, wielkości i połysku kamienia, tylko kupuje na Allegro. Jak „oryginalne” perfumy Lacoste za 39,90zł

24. Sceny walki nie cieszą. Czyli esencja filmów tego typu. Ale nie to jest najgorsze.

25. „Batman v Superman” nie wciąga. W ogóle! Przez te 151 minut mamy głównych bohaterów absolutnie gdzieś. Zżywamy się z nimi tyle co z jednorazowymi chusteczkami i ani nie interesuje nas co się z nimi stanie, ani kto wygra, ani czy Ziemię i wszystkich ludzi zeżre jakiś szatański pojeb z Kryptonu. Przez to, że przez cały film panuje totalny chaos i poza Lexem Luthorem wszystkie postacie są nijakie, nie zależy nam na rozwoju wydarzeń. A to najgorsze co może się przytrafić w trakcie seansu w kinie.

Jak nie być złodziejem w mediach społecznościowych?

Skip to entry content

Media społecznościowe wywróciły internet do góry nogami i wprowadzając erę Web 2.0, pozwoliły każdemu z nas być nie tylko biernym odbiorcą treści, ale i ich aktywnym twórcą. Co u niektórych ujawniło wątły kręgosłup moralny i tendencje do łamania prawa, byleby tylko skupić na sobie uwagę.

W dobie YouTube’a każdy z nas może mieć swoją własną telewizję z ogólnoświatowym zasięgiem, nie trzeba zdobywać żadnych licencji, ani kupować nadajników. Wystarczy napastować ludzi po zmroku i nagrać jak przerażeni wpadają w panikę, a potem wrzucić to na swój kanał. W dobie Twittera każdy z nas może być cytowany przez „Szkło kontaktowe”. Wystarczy napisać tweeta zgodnego z polityką TVN24. W dobie Facebooka każdy z nas może być narodowym satyrykiem. Wystarczy wziąć zdjęcie Aleksandra Kwaśniewskiego, dopisać coś o alkoholu i opublikować na swoim profilu.

W dobie mediów społecznościowych każdy z nas także może być złodziejem.

Jak nim zostać? Chwilę to zajmuje, ale nie jest aż tak trudne. Wystarczy pobrać treść czyjegoś autorstwa (żeby nie było wątpliwości, CZYJEGOŚ = NIESWOJEGO), opublikować na którymś z portali jako własną i już, gotowe! W kilka minut można się cieszyć setkami polubień i dziesiątkami udostępnień zebranymi dzięki byciu złodziejem i kradzieży czyjejś twórczości. Zapytasz, co w momencie, gdy ktoś nazwie nas śmierdzącymi cebulą kradziejami cudzej własności intelektualnej, ordynarnie łamiącymi prawa autorskie? Wystarczy wtedy odpisać, że przecież znalazłeś ten obrazek gdzieś w sieci, więc skąd niby masz wiedzieć, kto jest autorem. Poza tym to tylko internet, LOL. I sprawa załatwiona, hejter zaorany, a ty masz czyste ręce.

Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją, jesteś złodziejem. Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją i ucinasz logo autora lub stopkę, jesteś złodziejem do kwadratu. Jeśli publikujesz czyjąś pracę na Facebooku jako swoją i doklejasz swoje logo lub stopkę, jesteś złodziejem do sześcianu. I jest prawdopodobieństwo, że ta wirtualna klatka zamieni się w prawdziwą, jeśli faktyczny autor nie będzie miał pobłażliwości dla łamania prawa.

A jak nie być złodziejem w mediach społecznościowych?

To zdecydowanie prostsze. Wystarczy, że będziesz używał magicznego przycisku „udostępnij”, gdy zobaczysz śmiesznego mema, wzruszający filmik, czy celny status. „Udostępnij” – to naprawdę działa. I nie boli.

autorem zdjęcia w nagłówku jest stavos