Close
Close

Gdyby nazwy popularnych blogów mówiły prawdę…

Skip to entry content

wpis jest formą prima aprilisowego żartu i absolutnie nie ma na celu obrażenia kogokolwiek

Na pewno kiedyś natknęliście się w sieci na zbiór grafik pod hasłem „co gdyby loga znanych marek mówiły prawdę?”, „szczere slogany” albo coś w tym stylu. W środku były znaki firmowe lub hasła reklamowe produktów, których używacie na co dzień, tyle, że przerobione na „prawdziwe”. W domyśle ujawniające niewygodną prawdę, a w rzeczywistości po prostu śmieszne ze względu na uwydatnienie najbardziej nośnych cech owych produktów. Jako, że lubię wszelkie zabawy językowe i gry słowne, odniosłem ten trend do blogosfery.

Sprawdźcie jak nazywałyby się najpopularniejsze polskie blogi, gdyby mówiły prawdę!

Mr Vintage – Sir Baldhead

Maffashion – Missnapchat

Jason Hunt – Fire Place

Blog Ojciec = Mem Tata

From Movie To The Kitchen = From Living Room To The Kitchen

Fashionelka – Buldożerka

Ekskluzywny Menel = Pospolity Abstynent

Halo Ziemia = Elo Człowiek

Wygrywam z anoreksją = Przegrywam z nadwagą

Zombie Samurai – Ban Jedi

Jemerced – Jestmercedesbędziedrugi

Moja Dziewczyna Czyta Blogi = Czytam Blogi Mojej Dziewczynie

AntyWeb = DysOrtografia

Black Dresses = Klasikal Sukienkas

Charlize Mystery = New York Wannabe

MediaFun = SelfieFan

Jak Oszczędzać Pieniądze = Jak Oszczędzać Na Fryzjerze

Segritta = Ciążitta

Macadamin Girl = Epilepsia Chic

jestKultura = byłaKultura

Oczekując = Fakturując

Pijaru Koksu = Pijaku Hajsu

Szarmant = Garniturant

Jadłonomia = Wegemania

Spider’s Web = AntyAntyWeb

Jestem Kasia = Jestem W Dżinsach

Czas Gentlemanów = Czas Wąsów

Street Food Polska = Fat Food Kielce

Stay Fly = …?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Christian Schnettelker
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pojechałeś po wszystkich równo. Ale w dobrym tonie, więc jest dobrze. Heh

  • Genialne.

  • Sandra Cebula

    Dobre dobre! Uśmiałam się XD Mega pozytywne ;>

  • Ciążitta zrobiła mi dzień, widzę, że chyba nie jestem sama. :D

  • StayFly-GoLow

  • buehehe! no przyznaję że pozamiatałeś! :D

  • StayFly – luzuj poślady ziom :P

  • Widziałam twoje cytaty na soup.io podpisane jako „stayflay”, więc może tak?

  • Andrzej Tucholski = byłaKultura

  • Brzeska

    StayFly => BadźPolski [?]

  • Buldożerka pasuje jak ulał i najbardziej mi się spodobała, bo jestem fanką Rambo i Rocky’ego! :D

  • Błagam! Ciążitta :DDD
    Stay Fly – Stay in Krakow

  • śmiechłam :D

  • Stay Fly= Luz w gaciach.

  • Uśmiałam się.

  • Moi

    Halo Ziemia – Elo Ziom :D

    • Zbudujmy naszym dzieciom lepszy dom :D

  • StayFly = StayVirginAndTalkAboutSex ;)

  • Aleksandra Ida Mokwa

    A jakbym jeszcze blogowała to…?

  • Ban Jedi <3
    StayFly = Parówkistajl ;)

    • Hehe, dobre, ale chyba zbyt hermetyczne :D

  • Stay fly = Zatrzymać muchę

    • Śmieszne, ale to już znane, tak jak „Stój Leć”, czekam na więcej.

      • Aleksandra Maria Najda

        Zostań mucho!!!

      • po polsku Stay Fly to byłoby po prostu „bądź wporzo” czy coś w ten deseń chyba, nie?

        masz tu komplement: https://www.youtube.com/watch?v=AltMeuPkWRs :D

        • Tak, „bądź spoko”/”bądź wysoko”/”bądź zajebisty”, w skrócie „bądź Jankiem”.

  • Aleksandra Muszyńska

    Mnie to właśnie bardzo fascynuje w prowadzącym bloga Wygrywam z Anoreksją,że jest jakiś taki niegruby totalnie. Gdybym ja tyle jadła, to bym pasek zakładała bumerangiem i leżała z dwóch stron łóżka jednocześnie. Zaprawdę pytam, czy można wierzyć niegrubemu blogerowi traktującemu o jedzeniu, gdy nie wierzymy kucharzom bez nadwagi?!
    P.S. Żartuję, ja wierzę.

    • Bo to jest jego wizerunek wykreowany na potrzeby internetu, jak po Blog Forum Gdańsk poszedłem z nim na mielone, to zamówił trawę z wodorostami.

      • Aleksandra Muszyńska

        Nawet tak nie żartuj sobie.

        • Na żywo on jest chudszy od Maffashion, tylko do zdjęć zawsze wkłada sobie poduszki pod koszulkę, żeby chociaż trochę ciała nabrać.

  • Śliczne :D

  • Jak oszczędzać na fryzjerze i Czas Wąsów wymiatają. :DDD

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman”

Skip to entry content

Batman grany przez Christiana Bale’a w reżyserii Christophera Nolana był bardzo, bardzo udanym przedstawieniem Człowieka-Nietoperza, w zasadzie pod każdym kątem, i co jakiś czas wracam do tej trylogii. Serial o Supermanie na TVNie był moją ulubioną pozycją po szkole i zżyłem się z nim na tyle, że kiedyś próbując wystartować w powietrze, kładąc się na desce do prasowania i wyciągając ręce przed siebie, ukruszyłem sobie jedynkę. Dlatego na „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” czekałem jak na prezenty pod choinką, mimo, że przecieki zza oceanu wskazywały, iż film będzie kichą.

No, ale kto by nie czekał na pojedynek ulubionych postaci z dzieciństwa, będących w dodatku najpopularniejszymi superbohaterami w Polsce? No, kto? Kto? Na pewno nikt z osób produkujących ten film, bo Ci wiedzieli na długo przed premierą, że tytuł jest większą kiszką, niż tradycyjna potrawa białoruska.

UWAGA! TU SOM SPOJLERYYY!!!!!!11JEDENJEDEN
recenzja zawiera małe fragmenty zdradzające fabułę, jednak w filmie jest taki chaos, że wątpię abyś był w stanie je zapamiętać i wyłapać w trakcie seansu

Nie przedłużając, 25 rzeczy, które zabiły „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”.

1. Po raz 3017 poznajemy historię jak Burce Wayne stał się Batmanem. Filmy o Człowieku-Nietoperzu powstają od niemal 30 lat i chyba nie ma osoby, która wybierałaby się na tytuł z nim związany i nie wiedziała, że przyodział pelerynę i maskę, bo zastrzelono mu rodziców, gdy był mały. Mimo to, reżyser postanawia nam opowiedzieć tę wyobracaną na wszystkie strony historię PO RAZ KOLEJNY.

2. Nie ma absolutnie nic o pochodzeniu Wonder Woman i jej supermocach. Mimo, że jest zdecydowanie niszową i mało znaną superbohaterką w porównaniu do Gacka. W filmie po prostu pojawia się z nikąd i tyle, nic więcej na jej temat nie ma.

3. W jednej z pierwszy scen Superman wchodzi w butach do wanny. W której jego partnerka jest naga. Kumacie? Typ wszedł do mieszkania z podwórka, jego panna się kąpie, a ten ładuje się z całym tym syfem na podeszwach do środka. Fuuuj!

4. Rola Batmana nie pasuje Benowi Affleckowi. Ten chłop po prostu nadaje się do tej postaci jak Kononowicz do wystąpień publicznych, źle wygląda w kostiumie, maska śmiesznie na nim leży i budzi bardziej uśmieszek politowania niż szacunek, czy grozę.

5. Ben Affleck ma tu mimikę na poziomie Romana Giertycha. I nie przerysowuję tego, gość po prostu w kółko robi jedną smutną minę.

6. Alfred wygląda jak podstarzały playboy… – serio, nie wiem czy reżyser chciał celowo zmienić wymiar tej postaci, ale w tej świeżej fryzurce, modnych okularach i ciuchach z Zary, wygląda bardziej jak ruchacz Tony Stark, niż wierny lokaj.

7. …w dodatku zachowuje się jak przełożony Batmana – pamiętam, że zawsze próbował zastępować mu dziadka, troszcząc się o niego, a tu opieprza Bruce’a jakby ten był jego podwładnym w pracy.

8. Lois Lane jedyne co robi w tym filmie, to wzdycha. Niezależnie, czy właśnie jest ratowana, czy akurat siedzi w tyrce.

9. Cały czas mam bekę z tego, że Clark Kent różni się od Supermana tylko okularami i nikt go nie poznaje. Wiem, że tak było od zawsze, w każdej kreskówce i serialu, ale tutaj – w dobie autorozpoznawania twarzy przez Facebooka i natychmiastowego przesyłu informacji po całym świecie – to wyjątkowo śmieszy, jak najbardziej rozpoznawalnej facjaty na świecie nagle nikt nie kojarzy, bo pojawiły się na niej oprawki.

10. Relacja Supermana i Lois Lane jest totalnie nieprzekonująca. Nawet nie chodzi o to, że nie widać, żeby byli kochankami, ale przez 2,5 godziny trudno wywnioskować, czy COKOLWIEK ich łączy. W zasadzie jedyne momenty, kiedy pojawiają się razem na ekranie, to gdy Pan S setny raz wyciąga ją z jakiegoś gówna, w które się wpakowała.

11. Gdy Lois Lane zrobi tylko głośniejszy wydech, Superman słyszy to z drugiego końca globu i leci ją ratować. Ale gdy porywają jego matkę i ta drze się wniebogłosy, ma to głęboko w dupie i „nie zauważa tego”.

12. Motyw przewodni filmu, czyli konflikt między Batmanem a Supermanem, jest zarysowany naprawdę z dupy. I do końca filmu widz w zasadzie nie wie o co im w ogóle poszło i czemu mają kosę.

13. Batman zawsze był zwinny i pełen wigoru. A tu jest cholernym, niezgrabnym klocem, który sprawia wrażenie, jakby miał problemy z płynnym poruszaniem się.

14. Niektóre sceny wprost kpią z widzą. W jednej z nich Lois Lane mówi do szefa – redaktora naczelnego w gazecie – że potrzebuje helikoptera – zaznaczając, że nie do celów zawodowych, tylko ot tak, po prostu – a ten w mgnieniu oka załatwia jej go i to bez pytania. Bo bez tego fabuła nie poszłaby do przodu.

15. W jednej scenie widzimy Batmana w zniszczonej roboto-zbroi, a sekundę później już w nowiutkim, gumowym stroju. Czary, panie, czary!

16. Mimo, że Superman zawdzięcza swoje supermoce ziemskiej atmosferze – która, przypomnijmy, PANUJE NA ZIEMI – nie przeszkadza mu to wylecieć w kosmos. I naturalnie wciąż je mieć, nie słabnąc ani na chwilę.

17. Jedyna istotna dla fabuły kwestia jaką wypowiada Lois Lane, to poinformowanie Batmana, że Lex Luthor porwał matkę Supermana. Bo Superman oczywiście sam nie może powiedzieć o tym Batmanowi, mimo, że tarza się z nim po ziemi jak Simba z Nalą na początku „Króla Lwa”.

18. Batman w ostatniej chwili stwierdza, że jednak nie zabije Supermana. Zastanawiacie się czemu? Jaki ważny powód stał za tym, że jednak odpuścił swój skrupulatnie przygotowany plan? Ten drugi wypowiedział imię jego matki. Nie, nie, nie okazało się, że są rodzeństwem, po prostu Pan S powiedział „Martha” i Gacek odpuścił. Przekonujące, nie?

19. W filmie pada jeden żart i jest betonem. Batman ratując matkę Supermana, która jest przerażona i wycieńczona fizycznie i psychicznie, wyglądając jakby była w trakcie wylewu, rzuca hasło, że jest kolegą jej syna, a ta mu odpowiada, że poznała po pelerynie.

20. Lex Luthor dostaje dostęp do kryptonitu i statku obcych z zupełnie niewiadomego powodu. Jakiś Ważny Człowiek Z Rządu USA załatwia mu swobodny dostęp do ściśle tajnych przedmiotów pozaziemskiego pochodzenia, chronionych chujwieczym, bo tak. Nawet nie chce w zamian hajsu. No, brzmi bardzo prawdopodobnie.

21. Bohaterowie dowiadują się, że kurewski potwór, którego próbują od pół godziny zabić – bo zagraża ludzkości – żywi się energią. Jednak podchodzą do tego zupełnie bezrefleksyjnie i dalej napieprzają go laserami, co sprawia, że tylko staje się silniejszy i wciąż rośnie. Ehe, to ma sens.

22. Supermana może zabić tylko kryptonit, wiecie, no nie? Dlatego w jednej scenie mdleje – dosłownie, nie w przenośni – gdy tylko znajdzie się w jego pobliżu, po to by w następnej przez 5 minut trzymać go przy twarzy, jak gdyby nigdy nic, w pełni sił witalnych.

23. W ostatniej scenie okazuje się, że Superman kupił Lolis Lane pierścionek zaręczynowy. Wysyłkowo. Zapakowany w zwykłą kopertę jak jakiś pendrive z darów losu. Tak, takich rzeczy na pewno nie ogląda się na żywo, nie sprawdza rozmiaru, wielkości i połysku kamienia, tylko kupuje na Allegro. Jak „oryginalne” perfumy Lacoste za 39,90zł

24. Sceny walki nie cieszą. Czyli esencja filmów tego typu. Ale nie to jest najgorsze.

25. „Batman v Superman” nie wciąga. W ogóle! Przez te 151 minut mamy głównych bohaterów absolutnie gdzieś. Zżywamy się z nimi tyle co z jednorazowymi chusteczkami i ani nie interesuje nas co się z nimi stanie, ani kto wygra, ani czy Ziemię i wszystkich ludzi zeżre jakiś szatański pojeb z Kryptonu. Przez to, że przez cały film panuje totalny chaos i poza Lexem Luthorem wszystkie postacie są nijakie, nie zależy nam na rozwoju wydarzeń. A to najgorsze co może się przytrafić w trakcie seansu w kinie.

---> SKOMENTUJ

Jesteś stary, jeśli nikt nie oblał Cię w lany poniedziałek

Skip to entry content

Gdy byłem dzieckiem, w lany poniedziałek najważniejszy zawsze był początek dnia. To jako który obudziłeś się w domu, decydowało o tym, czy byłeś polującym, czy upolowanym. Pamiętam jak w któreś Święta Wielkanocne zaspałem i z cieplutkiego snu wybudził mnie zimny strumień wody opadający mi na twarz. To moja mama, zrewanżowała się za poprzednie śmingusy-dyngusy, kiedy to ona była wyrywana ze snu przy pomocy gumowej psikawki imitującej jajko. Babcię oblewałem zazwyczaj, gdy już była na nogach, choć i tu trzeba było obrać odpowiednią taktykę, bo zdarzyło się, że pozorując zajęcia kucharsko-kuchenne, tylko czekała aż się zbliżę i zaatakowała pierwsza z przezroczystej żaby z wodą. Jak na swoje lata miała lepszą celność, niż niejeden wytrawny gracz w Counter Strike’a.

Wraz z wiekiem wodny oręż ewoluował.

Od wcześniej wspomnianych psikawek, które miały skandalicznie małą pojemność i koszmarnie żaden zasięg, przez pistolety i strzykawki wystrzeliwujące wodę ciutkę dalej, po opakowania po Ludwiku mieszczące całkiem przyzwoitą ilość amunicji i strzykawki laryngologiczne mające zasięg od schodów klatki aż po trzepak, kończąc na 5-litrowych baniakach i wiadrach. Które przy dobrym zamachu wyrzucały wodę do połowy podwórka. Niestety, mimo imponującego zasięgu rażenia, miały naprawdę sporą niedogodność – po dwóch atakach trzeba było wrócić do domu po przeładowanie. Co było równoznaczne z tym, że będąc na terytorium wroga, bardzo szybko stawałeś się bezbronny.

„Bezbronny” z kolei równało się „mokry”, a „terytorium wroga” równało się „każde miejsce poza domem”.

W lany poniedziałek osiedle przypominało klimatem „Gangi Nowego Jorku”. Tyle, że bez krwi. Choć z dwa razy się zdarzyło, że ktoś przymierzając się do ataku z wiadra, nie zauważył, że ma swojego krok od siebie i zamachując się z „całej pety przyłożył mu w kinola”. Że już tak podwórkowym slangiem polecę. Cóż, to była wojna. I to wojna, która nie bierze jeńców. Nie było tłumaczenia, że to ostatnia sucha koszulka, że właśnie idziesz na obiad do dziadków, że to koszulka z Najki, czy Adasia i starzy Cię zabiją, albo, że rodzice wyszli z domu i będziesz mógł się przebrać dopiero popołudniu. Tu było prawo wody: płyń z nią albo spływaj. Jeśli oczywiście zdążysz uciec.

Ekipy walczyły między sobą o strefy wpływów w bezlitosnych starciach, napędzając się widokiem pokonanych i piskiem uciekających przed mimowolnym udziałem w konkursie mokrego podkoszulka. Kto chciał uniknąć przymusowej kąpieli, wiedział, że jedynym wyjściem jest pozostanie w domu aż do zmroku. Wszelkie inne próby przesmyczenia się bocznymi alejkami, wybrania okrężnej drogi, czy zamaskowania się nie do poznania, kończyły się w ten sam sposób. Mokro. Ten bój miał tylko jedną, święta zasadę: nie lejemy dorosłych. Dorosłych, czyli tych starych ludzi, którymi nigdy nie będziemy.

Dzisiaj wyszedłem z domu do Żabki po sok, a dzieciaki z pistoletami na wodę minęły mnie szerokim łukiem. Jak smutne jest to?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Dean Hochman
---> SKOMENTUJ