Close
Close

Paella w Barcelonie – gdzie warto zjeść?

Skip to entry content

Dwa lata temu zabrałem mamę na Wielkanoc do Paryża, w zeszłym roku do Rzymu, a tym razem – ciut po świętach, bo zaskoczyły mnie, że są tak szybko – do Barcelony. Polecam taką opcję spędzenia świąt, bo omija Cię ta cała nagonka i presja społeczna, której zupełnie nie czuć za granicą.

Pierwszy raz w Barcelonie byłem 2 lata temu i miałem turbo pecha, bo mimo, że wybrałem się tam w środku wiosny, to przez cały wyjazd padało. Nie, że non stop, ale mimo wszystko to psuło klimat, bo gdy jedziesz do nowego – i jak na polskie warunki, to całkiem egzotycznego – miejsca, to jednak nie chcesz pomykać z parasolem. Nie mniej, nie przeszkodziło mi to w zwiedzeniu najistotniejszych atrakcji tego miasta i dotarłem zarówno do Parku Güell, Sagrady Familii, jak i Bazaru La Boqueria. Tak że mając obowiązkowe punkty odhaczone, tym razem miałem nieco inny cel: odpoczywać i pokazać mamie jak smakuje dobra paella.

Czym jest paella?

Paella-z-owocami-morza

To tradycyjna potrawa hiszpańska składająca się przede wszystkim z ryżu z szafranem, który jest gotowany i podsmażany na metalowej patelni z dwoma uchwytami, i wkładki. Wkładką najczęściej są owoce morza z warzywami, ale równie dobrze może je zastąpić drób, czy inne mięso. Prawdziwe danie tego typu powinno być podawane na patelni, na której zostało przyrządzone, więc jeśli widzicie, że gdzieś serwuje się je bezpośrednio na talerzu, to uciekajcie, bo to jakaś fuszerka.

Gdzie NIE jeść paelli?

hdr

Pierwszego dnia byliśmy zmęczeni po locie (bo do Girony z Krakowa leciało się 2:40, a stamtąd do Barcelony autobus jechał jeszcze 1:20), więc nie mieliśmy siły szukać jakichś mniej oczywistych miejsc i popełniliśmy typowy turystyczny błąd – poszliśmy zjeść na La Rambla. Tak zwane „Ramble”, to główny deptak, wzdłuż którego ciągną się knajpy i sklepy, coś jak Krupówki w Zakopanem. Skusiła nas promocja – 2 tapasy (lokalne określenie przystawek) i paella za 11 euro. Spodziewałem się, że nie będzie to kuchnia godna 3 gwiazdek Michelin, ale nie przypuszczałem, że będzie aż tak tragicznie.

Ryż był suchy jak wióry i absolutnie bez smaku, a doprawianie na własną również nie pomogło, natomiast owoce morza można było policzyć na palcach ręki dłużnika mafii. I wyglądały jak najtańsza mrożona mieszanka z supermarketu. Bo też zapewne nią były. Trudno było się tym nasycić, nie mówiąc już o czerpaniu przyjemności z jakichkolwiek walorów smakowych.

Gdyby tego było mało, to popełniliśmy drugi karygodny błąd typowego turysty – zamówiliśmy napój bez pytania o cenę. Konkretnie to sangrię, bo jak tu się nie napić sangrii będąc w Hiszpani? Spodziewałem się, że ze względu na siedzenie w samym centrum Barcelony może być nieco droga, ale nie przypuszczałem, że zapłacę za nią tyle co za zajebisty obiad w Krakowie. Gdy kelner podał rachunek, okazało się, że za wino z owocami zapłaciliśmy po 15 euro na głowę. Czyli cała kolacja dla dwóch osób wyniosła 52 euro. Dodajmy, że wyjątkowo gówniana kolacja.

Barcelona La Rambla

Do dziś boli mnie portfel, gdy patrzę na to zdjęcie. Zwłaszcza, że da się zjeść nieporównywalnie lepiej za połowę tej ceny. Reasumując, jeśli szukasz jedzenia, to nie szukaj go na La Rambla.

Gdzie zjeść paellę w Barcelonie?

W restauracji La Fonda na ulicy Escudellers 10.

Barcelona La Fonda

To dosłownie 5 kroków od głównego deptaka, a różnica w jakości jak taka jakbyś przeniósł się do innego wymiaru. Pomijam kwestię tego, że i lokal i obsługa jest bardzo elegancka, ale jedzenie naprawdę przyprawia o niebo w gębie, a nie tylko piekło w portfelu.

La Fonda paella

Paella jest tam właśnie taka jak powinna być – ryż jest kleisty z wyraźnym smakiem, krewetki, kalmary, czy małże nie są tylko symbolicznymi atrapami, ale przede wszystkim przesiąknięte są aromatem całego dania, które jest zarówno smaczne jak i sycące. Standardowa porcja dla 2 osób (prawdziwej paelli, ze względu na specyfikę jej przyrządzania, nie da się zamówić dla jednej osoby) kosztuje tam 18 euro, czyli po 9 euro na głowę, co daje bardzo, bardzo dobrą cenę.

Jeśli jednak czujesz większy głód albo po prostu chcesz popróbować więcej lokalnych specjałów, możesz zamówić ją w zestawie specjalnym, co szczerze polecam. Oprócz dania głównego dostaniesz również napój (na przykład świetnie przyrządzoną sangrię), pierwsze danie (ichniejszą tortille, czyli zapiekankę z jajka i ziemniaków albo czarne nudle z kalmarami) i deser (przepyszny krem kataloński!). No i pieczywo. Cena za całość, to 18 euro, co (biorąc pod uwagę ile w niektórych miejscach kasują za samo wino) jest naprawdę spoko opcją, nawet jak na polskie warunki (w Warszawie za takim sam zestaw wyszłaby co najmniej stówa).

Barcelona sangria

Twoje zdrowie!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Hania Kępa-Szul

    haha :D pamiętam że za pierwszym razem zrobiłam dokładnie to samo ;) ale w Barcelonie polecam jeszcze restaurację Attic – tuż nad Ramblą – rewelacyjne jedzenie :) jemy tam zawsze jak jesteśmy w Barcelonie :)
    pozdrawiam!
    hania.com.pl

  • Widzę, że Mama kontynuuje tradycję robienia Ci zdjęć z przedmiotami i infrastrukturą na twarzy.

  • OMG umarłam z tej sangrii za 15 euro….

  • Miałam podobnie w Rzymie z pizzą. Przy turystycznych miejscach było drogo i niekoniecznie smacznie. Wystarczyło przejść się kilka ulic dalej by znaleźć urocze tawerny.
    Tam gdzie tłoczno i duża rotacja ciągle to nowych turystów zazwyczaj nie przykładają się bo wiedzą, że i tak zawsze ktoś do nich wejdzie i zamówi.

  • W tym roku Wielkanoc spędziłam w Portugalii i tam w ogóle nie było czuć, że są jakiekolwiek święta. W OGÓLE. Nawet króliczków na wystawach nie było. Mnie to akurat odpowiadało, totalny luz!

    • Mnie też to bardzo pasuje, bo wtedy dopiero faktycznie mogę odpocząć. A gdzie konkretnie byłaś?

      • Lizbona, Evora, Sintra, Figueira da Foz, Porto, Lagos. Na blogu są już dwa wpisy na temat tej podróży, tam możesz poczytać więcej.

  • Andzia

    Sangrijaaa! Moja miłość <3

Kończę 29 lat. Co powiedziałbym 19-letniemu sobie?

Skip to entry content

Gdy miałem 19 lat i kończyłem liceum, wiek 29 wydawał mi się tak odległy, że nie byłem przekonany, czy kiedykolwiek go dożyje. Dziś jestem po drugiej stronie, w tym tygodniu obchodzę 29-te urodziny i wracając myślami do 19-letniego siebie mam wrażenie, że cofam się niemal do poprzedniego życia. Co zmieniło się w trakcie tej dekady? Nie chcę mówić, że wszystko, bo choćby nazwisko wciąż mam to samo, ale przeszedłem sporo przeobrażeń w tym czasie, głównie mentalnych.

Czy dziś, będąc krok przed 30-tką utożsamianą w naszym społeczeństwie z pełną dojrzałością, dałbym sobie z przeszłości, młodemu szczawiowi, jakieś rady? Pewnie, że tak!

Nie przywiązuj wagi do opinii innych, oni będą stać i pieprzyć, a ty ruszysz dalej

Głowa mnie boli, gdy myślę o tym ilu rzeczy nie zrobiłem, bo bałem się jak to zostanie odebrane przez otoczenie. Lęk przed negatywnymi opiniami innych jest niewiarygodnie blokujący i kompletnie idiotyczny, przy czym o tym drugim dowiadujesz się dużo, dużo później. Gdy dziś patrzę na osoby, które na studiach szydziły z tego, że założyłem bloga, widzę, że są dokładnie w tym samym miejscu, co wtedy. Czyli nigdzie. Pracują za karę, w zawodach, których nie lubią, przeklinają poniedziałki i błogosławią piątki. Nie zrobiły nic, co dałoby im prawo do demotywowania mnie przy realizacji swoich pomysłów, a mimo to im na to pozwalałem.

Czy dziś przeżywam to, że ktoś 5 lat temu mnie wyśmiał? W ogóle. Czy byłbym dużo dalej, gdybym wcześniej „zaryzykował”, że komuś może się nie spodobać to co robię? Zapewne.

Nie rezygnuj z porannej gimnastyki

Ani żadnych innych pozytywnych nawyków, które masz. Bo to jak ze sprzątaniem. Dużo łatwiej jest utrzymywać mieszkanie w czystości, pucując je co tydzień, niż zebrać się w raz w miesiącu, żeby je odgruzować z kurzu i brudnych naczyń.

Kiedyś codziennie rano ćwiczyłem przez 10 minut i nie kosztowało mnie to specjalnie dużo wysiłku, bo był to stały element dnia. Któregoś razu zrobiłem sobie tygodniową przerwę. Która rozciągnęła się na 1,5 roku. Powrót do tego nawyku dzisiaj jest nieporównywalnie trudniejszy, niż niezaprzepaszczanie go przerwą wtedy.

Każdy wybór, którego dokonujesz jest dobry, bo jest twój

Na przestrzeni lat podejmowałem wiele trudnych decyzji, które ciągnęły za sobą poważne, często nieodwracalne konsekwencje. Stając w ich obliczu wielokrotnie się bałem, bazując tylko na intuicji i nie mając pojęcia, czy dobrze robię. Szczęście w nieszczęściu, że nie miałem kogoś kto mógłby narzucić mi co jest właściwe i dokonać tego wyboru za mnie. Zresztą, byłem na tyle niepokorny, że i tak bym go nie posłuchał. Cześć z tych decyzji było nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych i czasami po prostu głupich, ale patrząc na nie z perspektywy dzisiejszego punkt widzenia i tak ich nie żałuję.

Czemu?

Bo każda z nich była moja. Bo wiem, że przez te 10 lat byłem jedyną osobą, która kierowała moim życiem. Bo nie mam wrażenia, że biernie odgrywałem scenariusz napisany przez rodzinę, czy otoczenie.

Próbuj nowych rzeczy

Dokładnie tylu, do ilu tylko czujesz pociąg. Nigdy nie wiesz kiedy pozornie nieprzydatne umiejętności staną się kluczowe dla twojego rozwoju i twojej kariery.

Nie bądź tak zapatrzony w swoich idoli z młodości

Oczywiście, jeśli nie chcesz zostać wrakiem.

Od końca podstawówki byłem zafascynowany rapem, ta muzyka była całym moim życiem, a raperzy bożkami, w których byłem ślepo zapatrzony. Z kolegami godzinami analizowaliśmy ich teksty, przerzucaliśmy się plotkami na ich temat i chcieliśmy robić wszystko to, co oni. Niezależnie jak zdemoralizowane i destrukcyjne by to było. Gdy dziś patrzę na dawnych idoli, których z szacunku za dawne dokonania nie wymienię, widzę wraki zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Nie potrafią ani funkcjonować w społeczeństwie jako dorośli ludzie, ani w rodzinach jako mężowie, nie mówiąc już o parodii ojcostwa. Są teraz karykaturami samych siebie, którzy żyją w nadziei, że jeśli tylko wystarczająco mocno zamkną oczy, to czas się zatrzyma.

Gdybym się cofnął o te 10 lat, pokazałbym sobie co dzieje się z Piotrusiami Panami, gdy opuszczają Nibylandię. Bo zbyt długo byłem pewien, że taka sytuacja nie będzie mieć miejsca, traktując ich jak autorytety, a ich słowa jak drogowskazy.

Nigdy nie jest za późno na zmianę

Zawsze jest jeszcze czas, żeby zacząć wszystko od początku. Zawsze jest jeszcze czas, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Zawsze jest jeszcze czas, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego od zera. Może być trudniej, może być więcej przeszkód, może to zająć więcej czasu, ale nigdy nie jest za późno, żeby ułożyć rzeczywistość wokół siebie tak jak to sobie wymyśliłeś.

Tę radę kieruję zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, żebym nigdy o niej nie zapomniał.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nenad Popović
---> SKOMENTUJ

„Speed dating”, czyli jak wyglądają szybkie randki?

Skip to entry content

Mam taką dziwną przypadłość, że zawsze wszystko chcę sprawdzać osobiście, a jak już usłyszę, że czegoś się nie da, to najczęściej działa to na mnie jak płachta na byka. Z tej mojej osobliwej potrzeby konfrontowania obiegowych opinii z rzeczywistością, wziął się choćby tekst o zawieszonej kawie, która biła rekordy popularności, a okazała się zupełnie nietrafionym pomysłem. Tym razem było nieco inaczej. Szybkie randki pierwszy raz zobaczyłem w jakimś amerykańskim filmie i wydawało mi się to mega spoko pomysłem, natomiast później natknąłem się w internecie na kilka opinii, że to „żałosne swatanie dla frustratów”.

Bardzo byłem ciekaw na ile to pieprzenie w stylu „nie byłem, nie widziałem, nie znam się, ale się wypowiem”, a na ile prawda, dlatego zapisałem się na pierwszy możliwy termin, żeby przekonać się samemu. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. I po czterech udziałach w tego typu spotkaniach, mogę Wam powiedzieć jak naprawdę wygląda „speed dating”.

O co chodzi i na czym to polega?

Jak sama nazwa wskazuje, polega to na randkach, które są szybkie. W standardowym spotkaniu tego typu bierze udział 15 kobiet i 15 mężczyzn. Panie siadają przy stolikach, a panowie się do nich dosiadają i rozmawiają ze sobą jak na normalnej randce. To znaczy, prawie jak na normalnej, bo na całą konwersację, i opowiedzenie jak się czyj pies nazywa, mają 5 minut, po czym następuje zmiana – panowie przesiadają się do kolejnego stolika. W efekcie, każdy z uczestników poznaje 15 osób płci przeciwnej. Jeśli ktoś wzbudzi Twoją sympatię lub wydaje Ci się, że byłbyś w stanie utrzymać wymianę zdań dłużej niż te 300 sekund, stawiasz krzyżyk przy jego imieniu. Jeśli druga osoba ma podobne wrażenie co do Ciebie i również skrzyżuje kreski przy Twoim imieniu, to – wtedy i TYLKO wtedy – po spotkaniu organizator podaje Wam kontakt do siebie.

To tyle w teorii, przejdźmy do praktyki.

Czy 5 minut wystarcza, żeby kogoś poznać?

Żeby kogoś poznać czasem nie starcza nawet całe życie, ale żeby stwierdzić, czy chcesz go spotkać jeszcze raz, to aż za dużo. Cytując Jarosława Psikutę z „Chłopaki nie płaczą” to „wystarczy mi dziesięć pierwszych słów, pięć pierwszych gestów jakiegokolwiek koleżki i już wiem”. Pierwsze wrażenie robi się dość szybko, a to właśnie na jego podstawie decydujemy, czy nowo spotkana osoba zostanie kimś więcej, czy tylko przelotnym nieznajomym. Turbo mały limit czasu jest też zdecydowanie plusem w drugą stronę – jeśli trafisz na kogoś, kto absolutnie Ci nie pasuje, nie musisz się męczyć dwóch godzin, tylko wiesz, że za kilka minut usłyszysz dzwonek przerywający tę katorgę.

Kto przychodzi na szybkie randki?

W domyśle – czy to sami frustraci i brzydkie laski?

Podczas każdego z czterech razy, kiedy brałem w tym udział, uczestnicy byli bardzo przekrojowi, oscylując między 20, a 28 rokiem życia. Jeśli chodzi o kobiety, były zarówno zahukane szare myszki, głodne nowych przygód studentki, szukające na gwałt partnera Matki Polki, jak i dziewczyny, które po prostu chciały poznać kogoś spoza swojej stałej paczki znajomych. Co do facetów, to były i flanelowe koszule z AGHu, i wypacykowani lowelasi, i drwale, i początkujący sprzedawcy zapałek, to znaczy młodzi biznesmeni, i nieprzesadzeni w żadną stronę, zadbani mężczyźni. I każda z tych grup była równo liczna.

Innymi słowy, przeciętna reprezentacja obu płci, jak na „normalnej” imprezie.

Czy to przypał iść na „takie coś”?

Mam dość daleko przesuniętą granicę wstydu, ale nie wydaje mi się, żeby siarą było próbowanie nowych rzeczy, poznawanie ludzi, a przede wszystkim próba zmiany stanu, który Ci nie odpowiada. Czyli z „wolnego” na „w związku”. Jeśli już rozważamy coś w kategoriach obciachu, to raczej bardziej bym się wstydził narzekać na bycie samemu i nic z tym nie robić, niż czuć jakiś dyshonor, że podejmuję działania mające to zmienić.

Poza tym, to ciekawe doświadczenie i całkiem spoko zabawa, tak że absolutnie nie wyczuwam w tym przypału.

Czy warto iść na „speed dating”?

Średni koszt udziału w takim spotkaniu, to 30zł. Trochę więcej niż bilet do kina, trochę mniej niż bilet do teatru, dokładnie tyle co flaszka wiśniówki i paczka parówek. Niewiele, a biorąc pod uwagę, że poznajesz za jednym zamachem 15 osób, to nic. Jeśli nie wierzysz, to przelicz sobie ile poszło na ostatni wojaż po klubach.

Niska cena w stosunku do ilości to plus, minusem natomiast jest jakość.

Absolutnie nie wiesz czego możesz się spodziewać. Gdy idziesz na dicho albo wyklikujesz pary na Tinderze, widziały gały co brały. Szybkie randki to za każdym razem kupowanie kota w worku i nigdy nie wiesz, czy będą laski/faceci w Twoim typie, czy zupełnie z drugiego bieguna (przy czym, przypomnijmy, że „nie w Twoim typie” nie równa się „brzydki”). Niespodzianki są fajne kiedy są fajne, ale kiedy są niefajne, to są chujowe. Wciąż to lepsze rozwiązanie, niż siedzenie w domu i narzekanie jak jest źle, jednak pod kątem efektywności ten sposób znalezienia partner oceniam dość nisko. Ale jest jedno duże ALE. Jeśli masz problem z rozpoczynaniem kontaktu, czy prowadzeniem rozmowy, to jest to naprawdę dobre ćwiczenie i jeśli miałbym komuś doradzić pójście na szybkie randki, to najbardziej właśnie osobom z problemami w komunikacji.

Największą wartością jaką wyciągniesz z błyskawicznego spotkania z 15 osobami płci przeciwnej, jest odkrycie, że sposób w jaki zaczniesz rozmowę nie ma znaczenia. Istotne jest, żeby w ogóle ją zacząć.

---> SKOMENTUJ

Motta, które miały wpływ na moje życie

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

„Nie mieć życiowego motta, to jak przybijać gwoździe bez młotka”, jak to mawia Paulo Coelho i faktycznie, muszę przyznać, że wykonywanie tej czynności patelnią, czy paletką do ping-ponga jest zdecydowanie trudniejsze i mniej efektywne. I z życiem jest podobnie, mając jakąś sentencję, czy złotą myśl, którą człowiek na co dzień się kieruje, wiele spraw bywa prostszych i mniej wymagających zastanowienia się.

Każdy z nas prędzej, czy później trafia na jakąś maksymę, bądź hasło, z którym się identyfikuje, które go określa lub w prawdziwość którego po prostu wierzy. U mnie wraz z czasem motta życiowe ewoluowały i zmieniały się, przechodząc od babcinych powiedzeń, przez mądrości osiedlowo-ludowe, aż po całkowicie świadomie wybrane sentencje artystów, którzy byli moimi autorytetami, bądź idolami. Próbę czasu przetrwały tylko 3 z nich, mając jednocześnie największy wpływ na moje życie i kształtując moje postrzeganie świata, pomagając przy podejmowaniu decyzji i sprawiając, że dziś jestem tym, kim jestem.

najgorsze co możesz zmarnowac to talent

„Najgorsze co możesz zmarnować to talent” – nigdy nie wiedziałem, na ile sobie to wmawiam, a na ile tak faktycznie jest, ale zawsze wierzyłem w to, że mam talent do operowania słowem i że wyrządziłbym samemu sobie ogromną krzywdzę, jeśli nic bym z tym nie zrobił. Czas leci nieubłaganie, czy tego chcemy czy nie i czego byśmy nie robili, to nigdy nie stanie w miejscu, raz roztrwonione pieniądze zawsze możemy ponownie zarobić, ale jeśli mieliśmy ku czemuś predyspozycje i kompletnie nic z tym nie zrobiliśmy, to w końcu zaczyna to uwierać jak kamień w bucie.

Ten cytat, to wers Reno z utworu „Musisz klaskać”, który usłyszałem jako 19-latek i mimo iż czułem, że jest prawdziwy, to nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo. Gdy dziś, po latach, spotykam się ze znajomymi, którzy w młodzieńczych czasach zapowiadali się na świetnych muzyków, czy sportowców, ale nie chciało im się angażować i zakasać rękawów do pracy, często teraz, myśląc, gdzie by byli, gdyby wtedy nie odpuścili, żałują niewykorzystanego potencjału. Potencjału, który niezmarnowany dopełniłby ich życia, w wielu przypadkach czyniąc je lepszymi

Przywołuję to hasło, za każdym razem, gdy myślę, że nie chce mi się pisać książki, bo to zbyt wymagające zadanie.

kto chce znajdzie sposób, kto ine chce znajdzie powód

„Ten kto nie chce, znajdzie powód, ten kto chce, znajdzie sposób” – od zawsze nienawidziłem wymówek i tłumaczenia się czemu coś „nie wyszło”, zrzucając odpowiedzialność na osoby trzecie albo szerzej nieokreślone „czynniki losowe”. Nienawidziłem zarówno, gdy ktoś usprawiedliwiał się przede mną w ten sposób, jak i gdy ja sam próbowałem się tak tłumaczyć. Nienawidziłem tego, bo wiedziałem, że to kłamstwo. Jeśli mówisz, że czegoś się nie da, to nie znaczy, że to niemożliwe, tylko, że Ty tego nie potrafisz, a raczej po prostu Ci się nie chce. Nie chce znaleźć sposobu albo czasu, żeby to zrobić. Za to z szukaniem powodów, które będą dobrą wymówką, czemu czegoś nie robić, już nikt nie ma problemu.

jeśli będziesz robił to co zwykle będziesz dostawał to co zwykle

„Jeśli będziesz robił to, co zwykle, będziesz dostawał to, co zwykle” – to jest tak proste, a tak genialne, że gdy to odkryłem, czułem się jakbym wynalazł koło. Ta sentencja znaczy mniej więcej tyle co „jeśli chcesz zmienić swoje życie, to po prostu musisz coś w nim zmienić”. Są tysiące osób, które narzekają, że nie mogą znaleźć sobie partnera, ale gdy spotykają kogoś atrakcyjnego nigdy nie inicjują kontaktu. Są tysiące osób, którym przeszkadza, że są wykorzystywane w pracy, ale nigdy wprost się nie sprzeciwiają, gdy ktoś dokłada im obowiązków. Są tysiące blogerów, których frustruje, że nie mają niszowe blogi, ale nie robią nic, żeby poszerzyć tematykę albo ją zmienić.

Są miliony ludzi, którzy kurczowo trzymają się utartych schematów i dziwią się, że nic się nie zmienia i za każdym razem jest tak samo.

Też byłem taki i mimo, że mój sposób nawiązywani relacji z dziewczynami zupełnie się nie sprawdzał, z uporem maniaka w kółko go powielałem. Aż nie trafiłem na książkę „NLP. Wprowadzenie do programowania neurolingwistycznego”, w której przeczytałem to zdanie i wszystko zaczęło się zmieniać. Nie, nie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powoli i nierzadko bólach, ale upragniona zmiana następowała, bo wkładałem do równania inne zmienne, więc siłą rzeczy, wynik nie mógł być ten sam. Nadal, jeśli tylko jestem niezadowolony z jakiegoś aspektu, stosuje się do tej zasady i prędzej, czy później, jest tak jak chcę, żeby było.

sprith your truth

Te 3 złote myśli, to najistotniejsze motta, którymi kieruję się w życiu i które mają wpływ na mnie, jednak nie piszę o nich przypadkowo. Właśnie ruszyła akcja #SprayYourTruth, organizowana przez markę STR8 – producenta męskich kosmetyków. Przekładając na polski i tłumacząc łopatologicznie, chodzi o wysprejowanie swojej prawdy, czyli stworzenie grafiki z sentencją, która Was wyraża, którą kierujecie się w życiu lub opisuje to, co robicie. Na specjalnie przygotowanej w tym celu stronie, znajdziecie prosty kreator, który pozwoli Wam wrzucić Wasze motto na jakieś ładne tło i… zawalczyć o nagrody!

Każdy, kto stworzy grafikę ze swoją życiową maksymą, może wygrać jedną z kozackich nagród do rozwijania swoich zainteresowań. STR8 wspiera zajawkowiczów i ludzi z pasją, stąd pula nie jest przypadkowa, można zgarnąć między innymi: bilety na Openera, konsolę PS4, lustrzankę Nikona,  2000zł na zakupy modowe, projektor Benq, kamerę GoPro 4, a także nagrodę główną – 5000zł na podróż do dowolnego miejsca na Ziemi!

—> Weź udział w konkursie i zawalcz o 5000zł! <—

Dajecie znać jakie są motta, które miały wpływ na Wasze życie, a jeszcze lepiej, wklejcie w komentarzach swoje grafiki!
---> SKOMENTUJ