Close
Close

Przechodziłem wczoraj przez Galerię Krakowską, a w zasadzie to przedzierałem się, bo niedziela, to ludzi gęsto jakby za darmo długopisy rozdawali, i wpadłem na pewną parę. A w zasadzie, to ona wpadła na mnie. Pretendująca miss osiedla i rycerz ortalionu byli tak zaaferowani zakupami, a konkretnie tym, gdzie ich nie zrobią, że, jak to się po staropolsku mówi, wjechali we mnie jak motor w kury. Dzięki czemu miałem okazję usłyszeć ich kwiecisty dialog i zapoznać się z nie mniej barwnym światopoglądem.

– Dobra, spierdalam na kwadrat.

– Ale jeszcze dżinsy.

– Masz od chuja dżinsów.

– Dla ciebie trepie. W następnym tygodniu idziemy do Robka na chrzciny, musisz jakoś wyglądać.

– To co ty myślisz, że ja dżinsów nie mam?

– Błagam, to co ty masz, to są szmaty, a nie dżinsy, będzie cała moja rodzina, kumasz? Musisz mieć nowe, żeby przypału mi nie narobić. O! Berszka, chodź!

– Tutaj? Pojebało cię? Mam wyglądać jak te pedały w rurkach?

– No racja, to do Rezerweda.

To określenie – „pedały w rurkach” – przeniosło mnie pamięcią do czasów nastoletnich, kiedy to zarzucenie osobnikowi płci męskiej niemęskości było najgorszą możliwą obelgą, zdecydowanie dotkliwszą niż najwymyślniejsze porównanie do narządów rozrodczych. Po pierwsze, uważano, że facet jest wartościowy wtedy i tylko wtedy, kiedy jest męski, bo w przeciwnym wypadku powinien trwale wycofać swoje geny z puli i nie męczyć świata swoją obecnością. Po drugie, wśród młodzieży panowało głębokie przekonanie, że wszyscy homoseksualiści są absolutnie zniewieściali i w żadnym aspekcie życia nie wykazują cech męskich, będąc na dobrą sprawę kobietą z nadprogramową skórą między nogami.

Kipiący testosteronem drwal, otwierający piwo oczodołem i żujący pszczoły z kłosami pszenicy, gdy miał ochotę na kromkę z miodem, był jedynym właściwym wzorem samca.

I w interesie każdego chłopca przed 20-tką było dążenie do tego ideału. Albo przez prawilne chodzenie na siłkę, albo przez prawilną monochromatyczną stylówę we wszystkich odcieniach szarości, albo przez publiczne piętnowanie wszelkich odstępstw od owego ideału. Dlatego, w tamtych czasach, wielu emo, a dziś, wielu hipsterom dostawało i dostaje się od „pedałów w rurkach”.

Szydzenie z jaskrawych odstępstw od jedynego słusznego zestawu męskich krojów i kolorów, było tak powszechne, że naprawdę trudno było znaleźć nastolatka, który odnosiłby się do tego w inny sposób. I ja nie byłem tu wyjątkiem. Tak stereotypowe i ograniczone myślenie pokutowało u mnie jeszcze długo po zakończeniu liceum, a u niektórych niestety wciąż się nie skończyło i nie zapowiada się na zmianę.

Wyjść poza idiotyczne przekonanie, że prawdziwy facet to macho w macho stroju z macho postawą ciała i z macho spojrzeniem, pomogła mi wyprowadzka z domu i życie na własny rachunek. Bo widzisz świat gówno obchodzi, czy chodzisz w tęczowym sweterku i spodniach węższych niż horyzonty posłanki Pawłowicz. Świat ma to w dupie. Świat nie daje nikomu premii za prawilny spodzień, obuw, czy fryz. Świat nie podwaja pensji za niepedalską stylówę. Świat ma ją w dupie. Tak jak i całego Ciebie, dopóki nie zrobisz czegoś, żeby ten świat zaczął o Tobie mówić. Więc powinieneś mieć w tym samym miejscu wszystkich tych, którzy mają problem z tym jak wyglądasz.

Długo szukałem zgrabnej, ładnie brzmiącej i jeszcze mającej pokrycie w rzeczywistości definicji „prawdziwego mężczyzny”, ale nie ma jednego uniwersalnego przesłania, które byłoby prawdziwe dla wszystkich. No, może poza tym, że prawdziwy mężczyzna ma w dupie to, czy ktoś uważa go za prawdziwego mężczyznę.

Wychodząc z kokonu dużego chłopca i przepoczwarzając się w małego mężczyznę nabrałem silnego poczucia męskości, bo w końcu zdefiniowałem czym ona jest. Sprowadza się ona dla mnie do dwóch spraw: zaradności i działania. W moim postrzeganiu świata nie ma znaczenia, czy facet chodzi w rurkach, leginsach, czy plisowanej spódnicy. Istotne jest, czy potrafi rozwiązywać problemy, czy tylko załamywać ręce i czy robi to, o czym mówi, czy tylko pozostaje na mówieniu.

Co to za facet, co przerywa marsz, gdy tylko zaczyna się pod górkę?

Co to za samiec alfa, co zostawia kobietę z dzieckiem, bo bycie fundamentem rodziny jest trudniejsze niż beztroskie singielstwo?

Co to za gość, co mówi o zbudowaniu pałacu, ale zapału nie starcza mu nawet na postawienie szałasu?

Co to za mężczyzna, co godzinami opowiada o tym, co by zrobił, ale jest zbyt leniwy by zakasać rękawy i wziąć się do działania?

Dla mnie marny, bo pokonywanie przeszkód, które ustawia na mojej drodze życie i materializowanie planów uznaję za miarę męstwa. A nie zastanawianie się, czy mam mniej lub bardziej heteroseksualną stylówę. Ale to dla mnie, dla Ciebie może być zupełnie inaczej, możesz cenić inne zachowania i wyznawać inne wartości. Bo czemu każdy facet nie miałby mieć swojej definicji?

Niestety, wciąż najczęściej przyjmowaną jest ta opierająca się na pozorach i gloryfikująca kult siły, co jest wyjątkowo złudne. Nie żyjemy już w czasach kamienia łupanego, gdzie obwód bicepsa świadczył o zaradności mężczyzny i o prawdopodobieństwie przyniesienia pożywienia do domu. Żyjemy w czasach, gdzie osiłki utrzymują się z zapomogi, dorabiając grosze na czarno i mieszkają z matkami do 40-tki. To znaczy dopóki te nie umrą. W czasach, gdzie prawnilniacy są życiowymi nieudacznikami, niepotrafiącymi wyprać sobie majtek i skarpetek i ugotować niczego poza wodą na herbatę. W czasach, gdzie pedały w rurkach robią kariery, otwierają swoje biznesy, zarabiają pieniądze, mają piękne kobiety, zakładają rodziny i latają na Malediwy. Bo liczy się zaradność i działanie, a nie rozmiar spodni.

Nie podoba mi się wizualne zrównywanie obu płci.

Nie podoba mi się też trend na zapuszczanie brody Świętego Mikołaja z dziewiczego zarostu.

Nie podoba mi się robienie z ciała ostatniej strony zeszytu, tatuując je w przypadkowe obrazki z Pinteresta.

Nie podoba mi się też robienie z ciała poduszki na igły, kolczykując je w każdym możliwym miejscu.

Nie podoba mi się chodzenie w trampkach zimą, ani w Air Force’ach latem.

Nie podobają mi się ludzie w koszulkach z głupimi napisami, ani ludzie w koszulkach z wulgarnymi napisami, ani ludzie w koszulkach wygrzebanych z kosza PCK.

Jest w cholerę rzeczy, które mi się nie podobają i wśród nich też są kolesie w rurkach. Ale nie określam niczyjej męskości na tej podstawie, bo cytując Sokoła „ja w różowym swetrze nadal jestem mężczyzną, a pizda ze złotą ketą nadal jest pizdą”.

autorem zdjęcia w nagłówku jest amydykstra
(niżej jest kolejny tekst)

27
Dodaj komentarz

avatar
17 Comment threads
10 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
22 Comment authors
Damian PuzioJoanna Wu@agnesonthecloudaaaaanaaaPatryk Wita Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Klaudia Duda Augustowska
Gość
Klaudia Duda Augustowska

Prawda!

Patrycja
Gość
Patrycja

Właśnie powiedziałam narzeczonemu, że jesteś facetem, któremu mogłabym się oświadczyć. Więc liczę na to, że jak wykopie mnie z mieszkania to mnie przygarniesz. Przeczytałam wszystkie Twoje teksty i nie ma żadnego z którym mogłabym się nie zgodzić, choć bardzo bym chciała, bo nie lubię się podlizywać. Ten kraj byłby piękniejszy, gdyby żyło w nim więcej Janków

Jan Favre
Gość

Hahahaha, no takiego komplementu to jeszcze nie dostałem, dziękuję bardzo i pozdrawiam narzeczonego!

aaaaanaaa
Gość
aaaaanaaa

Oj, niektórym to nawet przez myśl rozwód przeszedł… kilka razy ;) za każdym razem podczas czytania tego bloga…;)

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

no czekaj, czekaj, bo już tu sie kolejka ustawia ;-D

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Boże, jaki wspaniały tekst. Kiedyś czytałam wywiad z Mariuszem Szczygłem. Opowiadał o tym, jak szedł gdzieś ze swoim ojcem i tenże ojciec ubrał się jakoś chyba trochę zbyt eklektycznie. I Szczygieł z lekkim zakłopotaniem, że ojej, tato, co ludzie powiedzą, przebierz się może. A na to ojciec mu odpowiada:”Drogi synu, chuj niech cię obchodzi, co inni, obcy o tobie myślą” :). Żyj i pozwól żyć innym. Kto ma trochę oleju w głowie ten wie, że naprawdę nie siekiera w ręku i gobelin na klacie robią mężczyznę. A ci, którzy o tym nie wiedzą chyba niespecjalnie warci są tego, żeby się… Czytaj więcej »

Magdalena Stankiewicz
Gość

„Zaradność i działanie” – zgadzam się w stu procentach! Dodałabym jeszcze tylko bycie konkretnym, a nie rozgotowaną kluską, która sama nie wie, czego chce, typu: „Może tak, może nie, ciężko stwierdzić”. Wieeelki plus za tekst!

dzemeek
Gość
dzemeek

ołjeeee, polać mu ! prawdę mówi !

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Paella w Barcelonie – gdzie warto zjeść?

Skip to entry content

Dwa lata temu zabrałem mamę na Wielkanoc do Paryża, w zeszłym roku do Rzymu, a tym razem – ciut po świętach, bo zaskoczyły mnie, że są tak szybko – do Barcelony. Polecam taką opcję spędzenia świąt, bo omija Cię ta cała nagonka i presja społeczna, której zupełnie nie czuć za granicą.

Pierwszy raz w Barcelonie byłem 2 lata temu i miałem turbo pecha, bo mimo, że wybrałem się tam w środku wiosny, to przez cały wyjazd padało. Nie, że non stop, ale mimo wszystko to psuło klimat, bo gdy jedziesz do nowego – i jak na polskie warunki, to całkiem egzotycznego – miejsca, to jednak nie chcesz pomykać z parasolem. Nie mniej, nie przeszkodziło mi to w zwiedzeniu najistotniejszych atrakcji tego miasta i dotarłem zarówno do Parku Güell, Sagrady Familii, jak i Bazaru La Boqueria. Tak że mając obowiązkowe punkty odhaczone, tym razem miałem nieco inny cel: odpoczywać i pokazać mamie jak smakuje dobra paella.

Czym jest paella?

Paella-z-owocami-morza

To tradycyjna potrawa hiszpańska składająca się przede wszystkim z ryżu z szafranem, który jest gotowany i podsmażany na metalowej patelni z dwoma uchwytami, i wkładki. Wkładką najczęściej są owoce morza z warzywami, ale równie dobrze może je zastąpić drób, czy inne mięso. Prawdziwe danie tego typu powinno być podawane na patelni, na której zostało przyrządzone, więc jeśli widzicie, że gdzieś serwuje się je bezpośrednio na talerzu, to uciekajcie, bo to jakaś fuszerka.

Gdzie NIE jeść paelli?

hdr

Pierwszego dnia byliśmy zmęczeni po locie (bo do Girony z Krakowa leciało się 2:40, a stamtąd do Barcelony autobus jechał jeszcze 1:20), więc nie mieliśmy siły szukać jakichś mniej oczywistych miejsc i popełniliśmy typowy turystyczny błąd – poszliśmy zjeść na La Rambla. Tak zwane „Ramble”, to główny deptak, wzdłuż którego ciągną się knajpy i sklepy, coś jak Krupówki w Zakopanem. Skusiła nas promocja – 2 tapasy (lokalne określenie przystawek) i paella za 11 euro. Spodziewałem się, że nie będzie to kuchnia godna 3 gwiazdek Michelin, ale nie przypuszczałem, że będzie aż tak tragicznie.

Ryż był suchy jak wióry i absolutnie bez smaku, a doprawianie na własną również nie pomogło, natomiast owoce morza można było policzyć na palcach ręki dłużnika mafii. I wyglądały jak najtańsza mrożona mieszanka z supermarketu. Bo też zapewne nią były. Trudno było się tym nasycić, nie mówiąc już o czerpaniu przyjemności z jakichkolwiek walorów smakowych.

Gdyby tego było mało, to popełniliśmy drugi karygodny błąd typowego turysty – zamówiliśmy napój bez pytania o cenę. Konkretnie to sangrię, bo jak tu się nie napić sangrii będąc w Hiszpani? Spodziewałem się, że ze względu na siedzenie w samym centrum Barcelony może być nieco droga, ale nie przypuszczałem, że zapłacę za nią tyle co za zajebisty obiad w Krakowie. Gdy kelner podał rachunek, okazało się, że za wino z owocami zapłaciliśmy po 15 euro na głowę. Czyli cała kolacja dla dwóch osób wyniosła 52 euro. Dodajmy, że wyjątkowo gówniana kolacja.

Barcelona La Rambla

Do dziś boli mnie portfel, gdy patrzę na to zdjęcie. Zwłaszcza, że da się zjeść nieporównywalnie lepiej za połowę tej ceny. Reasumując, jeśli szukasz jedzenia, to nie szukaj go na La Rambla.

Gdzie zjeść paellę w Barcelonie?

W restauracji La Fonda na ulicy Escudellers 10.

Barcelona La Fonda

To dosłownie 5 kroków od głównego deptaka, a różnica w jakości jak taka jakbyś przeniósł się do innego wymiaru. Pomijam kwestię tego, że i lokal i obsługa jest bardzo elegancka, ale jedzenie naprawdę przyprawia o niebo w gębie, a nie tylko piekło w portfelu.

La Fonda paella

Paella jest tam właśnie taka jak powinna być – ryż jest kleisty z wyraźnym smakiem, krewetki, kalmary, czy małże nie są tylko symbolicznymi atrapami, ale przede wszystkim przesiąknięte są aromatem całego dania, które jest zarówno smaczne jak i sycące. Standardowa porcja dla 2 osób (prawdziwej paelli, ze względu na specyfikę jej przyrządzania, nie da się zamówić dla jednej osoby) kosztuje tam 18 euro, czyli po 9 euro na głowę, co daje bardzo, bardzo dobrą cenę.

Jeśli jednak czujesz większy głód albo po prostu chcesz popróbować więcej lokalnych specjałów, możesz zamówić ją w zestawie specjalnym, co szczerze polecam. Oprócz dania głównego dostaniesz również napój (na przykład świetnie przyrządzoną sangrię), pierwsze danie (ichniejszą tortille, czyli zapiekankę z jajka i ziemniaków albo czarne nudle z kalmarami) i deser (przepyszny krem kataloński!). No i pieczywo. Cena za całość, to 18 euro, co (biorąc pod uwagę ile w niektórych miejscach kasują za samo wino) jest naprawdę spoko opcją, nawet jak na polskie warunki (w Warszawie za takim sam zestaw wyszłaby co najmniej stówa).

Barcelona sangria

Twoje zdrowie!

Natomiast, jeśli chcesz dowiedzieć się co warto zobaczyć i zwiedzić w Barcelonie, to tu znajdziesz informacje praktyczne.

„Speed dating”, czyli jak wyglądają szybkie randki?

Skip to entry content

Mam taką dziwną przypadłość, że zawsze wszystko chcę sprawdzać osobiście, a jak już usłyszę, że czegoś się nie da, to najczęściej działa to na mnie jak płachta na byka. Z tej mojej osobliwej potrzeby konfrontowania obiegowych opinii z rzeczywistością, wziął się choćby tekst o zawieszonej kawie, która biła rekordy popularności, a okazała się zupełnie nietrafionym pomysłem. Tym razem było nieco inaczej. Szybkie randki pierwszy raz zobaczyłem w jakimś amerykańskim filmie i wydawało mi się to mega spoko pomysłem, natomiast później natknąłem się w internecie na kilka opinii, że to „żałosne swatanie dla frustratów”.

Bardzo byłem ciekaw na ile to pieprzenie w stylu „nie byłem, nie widziałem, nie znam się, ale się wypowiem”, a na ile prawda, dlatego zapisałem się na pierwszy możliwy termin, żeby przekonać się samemu. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. I po czterech udziałach w tego typu spotkaniach, mogę Wam powiedzieć jak naprawdę wygląda „speed dating”.

O co chodzi i na czym to polega?

Jak sama nazwa wskazuje, polega to na randkach, które są szybkie. W standardowym spotkaniu tego typu bierze udział 15 kobiet i 15 mężczyzn. Panie siadają przy stolikach, a panowie się do nich dosiadają i rozmawiają ze sobą jak na normalnej randce. To znaczy, prawie jak na normalnej, bo na całą konwersację, i opowiedzenie jak się czyj pies nazywa, mają 5 minut, po czym następuje zmiana – panowie przesiadają się do kolejnego stolika. W efekcie, każdy z uczestników poznaje 15 osób płci przeciwnej. Jeśli ktoś wzbudzi Twoją sympatię lub wydaje Ci się, że byłbyś w stanie utrzymać wymianę zdań dłużej niż te 300 sekund, stawiasz krzyżyk przy jego imieniu. Jeśli druga osoba ma podobne wrażenie co do Ciebie i również skrzyżuje kreski przy Twoim imieniu, to – wtedy i TYLKO wtedy – po spotkaniu organizator podaje Wam kontakt do siebie.

To tyle w teorii, przejdźmy do praktyki.

Czy 5 minut wystarcza, żeby kogoś poznać?

Żeby kogoś poznać czasem nie starcza nawet całe życie, ale żeby stwierdzić, czy chcesz go spotkać jeszcze raz, to aż za dużo. Cytując Jarosława Psikutę z „Chłopaki nie płaczą” to „wystarczy mi dziesięć pierwszych słów, pięć pierwszych gestów jakiegokolwiek koleżki i już wiem”. Pierwsze wrażenie robi się dość szybko, a to właśnie na jego podstawie decydujemy, czy nowo spotkana osoba zostanie kimś więcej, czy tylko przelotnym nieznajomym. Turbo mały limit czasu jest też zdecydowanie plusem w drugą stronę – jeśli trafisz na kogoś, kto absolutnie Ci nie pasuje, nie musisz się męczyć dwóch godzin, tylko wiesz, że za kilka minut usłyszysz dzwonek przerywający tę katorgę.

Kto przychodzi na szybkie randki?

W domyśle – czy to sami frustraci i brzydkie laski?

Podczas każdego z czterech razy, kiedy brałem w tym udział, uczestnicy byli bardzo przekrojowi, oscylując między 20, a 28 rokiem życia. Jeśli chodzi o kobiety, były zarówno zahukane szare myszki, głodne nowych przygód studentki, szukające na gwałt partnera Matki Polki, jak i dziewczyny, które po prostu chciały poznać kogoś spoza swojej stałej paczki znajomych. Co do facetów, to były i flanelowe koszule z AGHu, i wypacykowani lowelasi, i drwale, i początkujący sprzedawcy zapałek, to znaczy młodzi biznesmeni, i nieprzesadzeni w żadną stronę, zadbani mężczyźni. I każda z tych grup była równo liczna.

Innymi słowy, przeciętna reprezentacja obu płci, jak na „normalnej” imprezie.

Czy to przypał iść na „takie coś”?

Mam dość daleko przesuniętą granicę wstydu, ale nie wydaje mi się, żeby siarą było próbowanie nowych rzeczy, poznawanie ludzi, a przede wszystkim próba zmiany stanu, który Ci nie odpowiada. Czyli z „wolnego” na „w związku”. Jeśli już rozważamy coś w kategoriach obciachu, to raczej bardziej bym się wstydził narzekać na bycie samemu i nic z tym nie robić, niż czuć jakiś dyshonor, że podejmuję działania mające to zmienić.

Poza tym, to ciekawe doświadczenie i całkiem spoko zabawa, tak że absolutnie nie wyczuwam w tym przypału.

Czy warto iść na „speed dating”?

Średni koszt udziału w takim spotkaniu, to 30zł. Trochę więcej niż bilet do kina, trochę mniej niż bilet do teatru, dokładnie tyle co flaszka wiśniówki i paczka parówek. Niewiele, a biorąc pod uwagę, że poznajesz za jednym zamachem 15 osób, to nic. Jeśli nie wierzysz, to przelicz sobie ile poszło na ostatni wojaż po klubach.

Niska cena w stosunku do ilości to plus, minusem natomiast jest jakość.

Absolutnie nie wiesz czego możesz się spodziewać. Gdy idziesz na dicho albo wyklikujesz pary na Tinderze, widziały gały co brały. Szybkie randki to za każdym razem kupowanie kota w worku i nigdy nie wiesz, czy będą laski/faceci w Twoim typie, czy zupełnie z drugiego bieguna (przy czym, przypomnijmy, że „nie w Twoim typie” nie równa się „brzydki”). Niespodzianki są fajne kiedy są fajne, ale kiedy są niefajne, to są chujowe. Wciąż to lepsze rozwiązanie, niż siedzenie w domu i narzekanie jak jest źle, jednak pod kątem efektywności ten sposób znalezienia partner oceniam dość nisko. Ale jest jedno duże ALE. Jeśli masz problem z rozpoczynaniem kontaktu, czy prowadzeniem rozmowy, to jest to naprawdę dobre ćwiczenie i jeśli miałbym komuś doradzić pójście na szybkie randki, to najbardziej właśnie osobom z problemami w komunikacji.

Największą wartością jaką wyciągniesz z błyskawicznego spotkania z 15 osobami płci przeciwnej, jest odkrycie, że sposób w jaki zaczniesz rozmowę nie ma znaczenia. Istotne jest, żeby w ogóle ją zacząć.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!