Close
Close

Dzień, w którym całym sercem zacząłem popierać Janusza Korwina-Mikkego

Skip to entry content

Jeśli oczekiwałeś jednoznacznej deklaracji poglądów politycznych od pierwszej linijki, to wstrzymaj swoje konie, jak mawiają Amerykanie. Sprawa jest dużo bardziej poważna i zawiła. Prawie tak zawiła jak fabuła „Mody na sukces”.

Jakieś półtora miesiąca temu, zaczęło mnie boleć ucho, ale jak na prawdziwego mężczyznę, leczącego każdą dolegliwość banieczką albo dwoma, przystało, zignorowałem to. Nie będę przecież z jakimś głupim uchem od razu biegł do lekarza jak jakaś baba, co nie? No, to po tym jak pewnej nocy myślałem, że zwariuję z bólu i nie zmrużyłem oka do godziny 3:00, kiedy to półprzytomny pobiegłem na Orlen po cokolwiek przeciwbólowego, stwierdziłem, że jednak bez wizyty u pani w białym kitlu się nie obędzie. Mimo, że chodzenia po przychodniach i wysiadywania w kolejkach nienawidzę tak mocno, jak smażonej wątróbki, buraków i zimnej pizzy.

No i się zaczęło.

Najpierw poszedłem do lekarza rodzinnego, który przyjął mnie mimo, że owej rodziny  wcale nie posiadam. Miło z jego strony. Przyjął i powiedział, cytuję „ma pan zapalenie gardła i powiększony migdałek uciska trąbkę słuchową, przez co boli pana ucho”. Ani gardło mnie nie bolało, ani nie spodziewałem się żadnych instrumentów dętych w swoim organizmie, ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi. Dostałem siatkę leków, od których po tygodniu miało mi przejść.

Nie przeszło, no to jeszcze raz udałem się do lekarza rodzinnego, który przyjmuje również singli.

– Ma pan tyle woskowiny w uszach, że ja tam nic nie widzę. Nic. Nawet jakbym chciała dojrzeć, to nic. Nic nie widać, kompletnie nic – powtórzyła to tyle razy, że miałem wrażenie jakby grała w jakieś medyczne literaki i dostawała premię słowną za każdym razem, kiedy powie słowo „nic”.
– W sensie, sugeruje pani, że się nie myję? – co jest zarzutem absurdalnym, bo staram się to robić, co najmniej raz w miesiącu, a w okresach kiedy wychodzę z domu, nawet dwa razy.
– Ja nic nie sugeruję, ale musi pan iść do laryngologa, bo nic nie widzę. Nic. Kompletnie nic. Choćbym chciała, to ni… – na bank gabinet jest na podsłuchu i dostaje nowy stetoskop za każdym razem, kiedy powiem 30 razy „nic” w ciągu wizyty.
– Tak, rozumiem. To proszę wypisać mi skierowanie.

No i z tym skierowaniem sprintem do laryngologa na drugim końcu miasta, modląc, żeby przyjął mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka, topiące lodowce i łamiące serca z betonu, bo normalny termin oczywiście najszybciej za kwartał. Pani laryngolog na szczęście dość szybko okazała się człowiekiem i zgodziła się mnie przyjąć bez symulowania płaczu pocierając cebulą o powieki. Za co wielkie dzięki, bo nie zdążyłem znaleźć żadnego warzywniaka po drodze.

Gdy już usiadłem na fotelu, od razu uprzedziłem, że na bieżąco dbam o higienę osobistą, często nawet przy użyciu mydła, a czasem nawet i szamponu, i absolutnie nie mam pojęcia, skąd ta woskowina wzięła się w moich uszach. Pani laryngolog z miejsca dała wiarę moim zapewnieniom, widząc pewnie, że nie mam żadnych liści we włosach, ani etykiet z jaboli w brodzie, co mogłoby wskazywać na spanie pod mostem, i uspokoiła mnie wyjaśniając, że „wie pan, no, tak bywa”. Po czym wypłukała woskowe czopy powstałe, jak się od innego lekarza w końcu dowiedziałem, w skutek choroby i/lub nadprodukcji jakichś hormonów. I powiedziała, że mam lekkie zapalenie w prawym uchu. Co nieco bardziej niż nieco mnie zaskoczyło, bo cały czas bolało mnie lewe i od tych kilkunastu dni nie miałem żadnych obiekcji co do prawego. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi.

Po 5 dniach znów lewe ucho nie dawało mi spać, a do tego doszedł kurewski ból żołądka – dla zainteresowanych: uczucie jakby ktoś Ci żyletkami przeciągał po wnętrznościach – więc, jak bumerang, wróciłem do familijnej pani doktór.

– Ale jak to dalej boli pana ucho? – świetne pytanie. Tyle, że nie do mnie – Przecież tu już wszystko powinno być zaleczone.
– Dalej mnie boli, na tyle, że nie mogę spać, a do tego doszedł ból żołądka. Podejrzewam, że od leków – bo ile przecież można żreć tę chemię, bez konsekwencji dla organizmu?
– Jak to boli pana żołądek? No, teraz to już pan coś wymyśla. Pewnie zjadł pan jakąś starą kiełbasę – bez, kurwa, komentarza.

Pani doktór familijna, co to obraziła się, że choroba mi nie przeszkodzi mimo jej leczenia i najprawdopodobniej, to nie przechodzi przeze mnie, bo nie chcę, żeby mi przeszła, w ramach ostatecznej ostateczności dała mi skierowanie na SOR do szpitala Narutowicza. Czyli na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Myślę sobie: „ratunkowy”, to może w końcu ktoś mnie tam uratuje, bo ile można tonąć w takim absurdzie? Ale to był tylko początek potopu.

Oglądaliście kiedyś „12 prac Asteriksa”? Kojarzycie epizod, gdy mieli załatwić coś w urzędzie? Nie? To ja Wam ten epizod mogę opowiedzieć scena po scenie, bo przeżyłem go w zeszłym tygodniu.

Wchodzę do tego szpitala, widzę kolejkę dłuższą niż na spotkanie autorskie z Red Lipstick Monster, to pytam, czy jak mam skierowanie na SOR do laryngologa, to tutaj. W odpowiedzi dostaję krótko odszczeknięte „nie”, przy drugim podejściu już nieco dłuższe „nie, na SOR to na SOR”, a za trzecim razem, obrażona na cały świat pracownica szpitala jest nawet na tyle łaskawa, że wskazuje mi politowawczym machnięciem ręką, gdzie ten SOR jest. Bo jak mogę nie wiedzieć? W końcu jestem tu przecież już pierwszy raz.

Docieram do tego SORu, mówię w jakiej sprawie, słyszę, że mam czekać. No to czekam. Po kwadransie wchodzę na, tak zwany, wywiad diagnostyczny, mówię dokładnie to samo, co w poprzednim okienku – że ucho, że spać nie mogę, że boli – i słyszę, że mam iść zaczekać w kolejce do internisty. No to czekam. Mam już trochę doświadczenia w tym temacie, tak że idzie mi całkiem nieźle. Po kolejnym kwadransie internista wyczytuje, nawet nie tak bardzo przekręcając, moje nazwisko i mówi już w progu, że nie ma sensu, żeby mnie oglądał, bo to trzeba na oddział laryngologiczny. Myślę: łouł, chyba jestem geniuszem, wpadłem na to samo przed przyjściem tutaj, a w życiu nie otarłem się nawet o studia medyczne!

Idę na ten oddział laryngologiczny według jednoznacznych wskazówek „windą na drugie piętro i po lewej, a tam to już się pan zapyta” i docierając do miejsca „po lewej” pytam. Pytanie odbija się po korytarzu lekkim echem, po czym matka z dwójką dzieci, wyglądająca jak stały eksponat w tym muzeum cierpliwości, odpowiada mi, że lekarzy nie ma, bo poszli na obchód i trzeba czekać. Na czekaniu znam się już coraz lepiej, więc podejmuję wyzwanie. Po jakiejś połowie godziny zjawiają się lekarze i mówią, że z całego serca współczują mi problemów z uchem i po wysłuchaniu mojej historii prawie rozkleiły im się chodaki od wilgoci ich łez, ale oni tu na oddziale przyjmują dopiero po 16:00, a jest przed 12:00, więc muszę iść do poradni. Na parterze. Po prawej.

Ciuteńkę poirytowany, że straciłem absolutnie bezsensownie 40 minut, tylko dlatego, że interniście coś się popierdoliło, podążam za wskazówkami. Docieram i słyszę, że trzeba poczekać. No, w tym jestem już asem, więc napierdalam jak szalony. W końcu uchylają się wrota i słyszę coś na kształt „proszę”, brzmiące jednak jak „następny”.

– Dzień dobry, ja… – nie zdążyłem dokończyć.
– Co się dzieje? – dość osobliwa odpowiedź na „dzień dobry”.
– Czwarty tydzień boli mnie ucho i… – znów nie zdążyłem dokończyć.
– Jak mnie ząb bolał, to wyrwałem – że co? Ty tak na serio, czy ci się standup ze szpitalem pomylił?
– To proszę wyjąć skalpel i amputujemy, jak tak pan radzi – no dawaj śmieszku, zobaczymy, czy masz jaja, żeby to pociągnąć.
– Proszę się odwrócić – oj, chyba się panu doktórowi śmiszne teksty pokończyły.
– Ała – wepchnął mi wziernik z delikatnością Danny’ego Trejo w „Maczecie”.
– Ma pan zapalenie ucha – no, robimy grube postępy, powiedz mi coś czego nie wiem.
– A od czego się to wzięło panie doktorze, bo… – nie zdążyłem dokończyć po raz trzeci.
– A co pana to interesuje?  – nie wierzę, że lekarz w szpitalu naprawdę tak do mnie powiedział, to chyba halucynacje – Założymy panu opatrunek, dostanie pan antybiotyk i krople, i przejdzie.

Oczywiście raczkujący komik nie mógł mi wypisać recepty na wcześniej wspomniane lekarstwa osobiście, tylko z pobazgroloną kartką, którą wręczyła mi jego asystentka, musiałem wrócić do internisty. I zgadnijcie co zrobić? Macie jakieś typy/pomysły/nieśmieszne propozycje? Tak, dokładnie: czekać. Zaprawiony w boju poszedłem na rekord i dobiłem do 45 minut. 45 minut czekania na receptę. CZTERDZIEŚCI PIĘĆ. MINUT. NA. SAMĄ. RECEPTĘ.

Myślicie, że to koniec co? Że na drugi dzień ściągnąłem opatrunek, zakropiłem ucho, wziąłem antybiotyk i po tygodniu przeszło? Heh, zawsze wiedziałem, że mam czytelników jajcarzy. NIE, TO NIE BYŁ KONIEC.

Krople, które przepisał mi lekarz-kabareciarz, a konkretnie Atecortin, ZALEPIŁY MI UCHO! Serio, zakropiłem według zaleceń na ulotce, położyłem się na bok na 15 minut, po kwadransie odwracam się i przykładam chusteczkę do ucha, żeby nie pobrudzić poduszki, a tu nic. Cytując panią doktór familijną „nic, nic, kompletnie nic”. Krople wpłynęły, ale nie wypłynęły, tworząc jakąś tarczę osłonową jak w „Star Treku”. I przy okazji powodując, że stałem się pół głuchy na to ucho. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, przepisał, kazał stosować, to pewnie tak ma być. Przez noc wypłynie, rozejdzie się albo wyparuje, bo przecież nie pakowałby mnie umyślnie na minę, co nie?

Ale ani po nocy, ani po upłynięciu równej doby ucho się nie odetkało. Wręcz przeciwnie. Czułem, że czop powstały z tych zastygniętych kropli pęcznieje i zaczyna mnie uwierać. Wspominałem już, że przepisał mi je lekarz?

To była oczywiście sobota. Więc nie mogłem pójść „normalnie” do przychodni. Tylko na „świąteczny całodobowy dyżur”. Gdzie uprawiałem czynność, którą tak skutecznie trenowałem w szpitalu, przez półtorej godziny ciągiem. Żeby  po 25 minutach badania dowiedzieć się, że mam zapchane ucho. (ŁOUUUUUUŁ! NIE ŻEBYM TO POWIEDZIAŁ OD RAZU NA POCZĄTKU WIZYTY) I że muszę iść na płukanie ucha. Do laryngologa. W poniedziałek. Czyli za 2 dni. Bo oni tu nie płuczą. (WRRRR!)

Nie poddawałem się. I pojechałem do szpitala. Innego. Tym razem Rydgiera. Po uprzednim zatelefonowaniu. I opisaniu. Co się. Dzieje. Z moim. Uchem. I usłyszeniu, że „no, to pewnie trzeba przepłukać, to niech pan zgłosi się na SOR”. Przyjechałem, jak już wcześniej wspomniałem. I uciąłem sobie przemiłą pogawędkę z panią na SORze.

– Dzień dobry, od dwóch dób mam zatkane ucho po zakropieniu Atecortinem i… – oni uwielbiają przerywać.
– Boli pana to ucho? – nie musiałaby zadawać tego pytania, gdyby mi nie przerwała.
– Tak, boli i… – znowu! Znowu mi przerwała!
– A ma pan gorączkę?
– Nie wiem, bo nie mam termo… – kolejny, kurwa, raz!
– No to, jak nie ma gorączki, to nie ma zagrożenia życia. W poniedziałek pójdzie pan do laryngologa, to panu obejrzy – AAAAAAAAAAAAA, ZARAZ CHYBA ZWARIUJĘ!!!!!!!!!! ZARAZ TY BĘDZIESZ MIAŁA ZAGROŻENIE ŻYCIA!!!!!!!!!!!!!!!!!

Przed rozbiciem szyby, za którą siedziała, przy użyciu metalowego krzesła, powstrzymała mnie kobieta siedząca na nim. A raczej powstrzymała mnie jej waga. Nie dało rady jej ruszyć z miejsca. Zawiedziony, wkurwiony, zrezygnowany i złamany psychicznie, powłóczyłem nogami w kierunku przystanku, żeby poużalać się nad swoim losem w ciepełku swojego łóżka i przejrzeć informacje w sieci na temat życia z jednym uchem. Bo wszystko wskazywało na to, że jedynym skutecznym rozwiązaniem będzie amputacja. Kuchennym nożem.

Gdy już zwątpiłem we wszystko oprócz pewników wyznawanych przez Bejamina Franklina, obudził mnie dźwięk gołębi kopulujących ze sobą na moim balkonie i okazało się, że jest poniedziałek. A ja go jakimś cudem dożyłem. Postawiłem swoje zwłoki do pionu, nałożyłem na nie odpowiednie na maraton czekania buty i spodnie, i pojechałem do znanej już pani laryngolog, znów modląc, żeby przyjęła mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka i tak dalej.

I… przyjęła! I… wypłukała! I… od tego momentu z uchem już nic się nie działo!!! Nic! NIC! N-I-C! NNNIIICCC!!! (medyczna premia słowna za użycie „nic” x 500) I wszyscy, żyli długo i szczęśliwie poza jednym wyjątkiem.

– Pani doktor, to to ucho zatkało się od tego Atecortinu?
– Tak, bo te krople takie są, bardzo gęste, jak budyń, wie pan, i one często zapychają, tak że pan, to w ogóle nie powinien nimi zakrapiać.
– Pani doktor, ale mnie je przepisał lekarz w szpitalu.
– To może zły lekarz był. Albo zły szpital. Hehe.

Po tym dniu miałem w głowie tylko jedną myśl: Januszu Korwinie-Mikke, królu mój, oddam na Ciebie wszystkie głosy, ale daj Ty mi prywatną służbę zdrowia! Nie chcę marihułaniny, nie chcę broni, nie chcę nawet legalnej prostytucji, chcę tylko prywatną służbę zdrowia, bo krew mnie zalewa, jak z moich składek zdrowotnych idzie hajs na złych lekarzy i złe szpitale, co mi ucho zatykają i jeszcze kręcą z tego bekę!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emily
(niżej jest kolejny tekst)

83
Dodaj komentarz

avatar
48 Comment threads
35 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
61 Comment authors
RobertmarkacPaulina DrMaciej BlatkiewiczJustyna Rolka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
sochers
Gość
sochers

I po to mam abonament w LuxMedzie :) z jakością też bywa różnie, trzeba czasem przejrzeć kilku lekarzy zanim się trafi na porządnego, ale kolejki są o 90% krótsze :)

Jan Favre
Gość

To była moja pierwsza myśl. Druga, że przecież każdy z nas za państwową służbę zdrowia i tak płaci, i to zdecydowanie więcej niż za LuxMed, więc nie powinno tak być.

sochers
Gość
sochers

A to już zupełnie inna sytuacja. Tym bardziej, że ja mam abonament firmowy, więc kosztowo wychodzi naprawdę „znośnie” ;) a takie dla człowieka z ulicy tanie nie są. Tylko że mnie zależy na rozwiązaniu które działa doraźnie już, bo mam wrażenie, że rozwiązanie systemowe to jeszcze długo nie zostanie wprowadzone.

Krzysztof Lancaster Kotkowicz
Gość
Krzysztof Lancaster Kotkowicz

Jak myślisz, czemu Luxmed wydaje się tańszy od państwowej służby zdrowia i co by się stało, gdyby państwowa służba zdrowia została zastąpiona prywatną?

Hint: Faktury za leczenie w USA.

Ana
Gość

A w LuxMedzie nawet porządny laryngolog jest, płukanie uszu jak trza zrobi i nie przepisuje zaklejających kropli

Ania Abakercja
Gość

ale coś zmyślasz trochę chyba. szpital narutowicza nie jest przecież w nowej hucie O.o.

Karola Franieczek | Życie Me
Gość

Podziwiam za cierpliwość. Moja by się skończyła gdzieś w jednej czwartej całej historii. Masakra.

Jan Favre
Gość

Nie miałem wyjścia, ostatni ostry nóż w kuchni stępił mi się na początku roku.

Paulina
Gość
Paulina

Mam dwa wnioski z Twojego tekstu: 1. Od dawna byłam zwolenniczką prywatyzacji Służby zdrowia, tak samo jak prywatyzacji wszystkiego, na co zabierają mi pieniądze z mojej ciężko zarobionej wypłaty. Niech dadzą mi całość, nie potrącając składek na żadne emerytury i renty (których i tak pewnie nigdy nie dostanę) ani na ubezpieczenia i opiekę zdrowotną (która jest w tak podłym stanie, że i tak muszę za wszystko płacić i chodzić prywatnie). Niech oddają mi pieniądze i pozwolą zdecydować, gdzie się chcę ubezpieczać, a gdzie chce składać na emeryturę. Twój tekst jedynie mnie w moim przekonaniu umocnił. 2. Od kiedy szpital Narutowicza… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Musiałaś wejść w tekst przed zapisaniem poprawek, po prostu pomyliłem nazwiska patronów szpitali przed kliknięciem „opublikuj” i nie wyłapałem pomyłki.

Weronika Truszczyńska
Gość

Jedyne na co zwróciłabym uwagę to to, że ubezpieczenie mimo wszystko powinno być obowiązkowe. Gdzie chcesz i jak chcesz, ale każdy musi mieć ubezpieczenie. Już teraz mamy nawiedzonych rodziców, którzy leczą dzieci u znachorów i patorodziców, którzy za kilka dodatkowych stówek z wypłaty zamiast opłacić ubezpieczenie dla dziecka, kupiliby wódę i papierosy.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

No to niech będzie obowiązkowe – do 18 roku życia. A później – jesteś dorosły, podobno odpowiedzialny, to decyduj. Wolisz wydać na fajki? Wydaj. Zgadzam się, że za tępotę rodziców nie powinny dostawać dzieci, ale samo rodzice, jeśli chcą Nagrodę Darwina – to czemu im zabronić?

Krzysztof Lancaster Kotkowicz
Gość
Krzysztof Lancaster Kotkowicz

Spoko, po pierwszej fakturze na kilka tysięcy za względnie podstawowe leczenie byś szybko zmieniła zdanie ^^

Bookworm
Gość

Cóż, marny z Ciebie pacjent, bo nie uprawiasz bilokacji. Zapytam syna „jak to się robi”, bo znalazłem kiedyś w rejestrze NFZ zapis, jak to moja absolutnie nieletnia latorośl (I klasa podstawówki) skoczyła 300km do stolicy zrobić sobie badania słuchu (i usunięcie ciała obcego), poleżała w szpitalu i numer ten powtórzyła (ale bez usuwania ciała obcego) dwa tygodnie później. Sęk w tym, że w opisanym okresie chodził grzecznie do szkoły (uparcie trzymamy się tej wersji), popołudniami przebywał z rodzicami w domu i nie korzystał z porad lekarskich. Żadnych. A jednak NFZ zapłacił za wykonanie usług. Da się? Da się – Ty… Czytaj więcej »

11 rzeczy, których nie powinieneś robić na rozmowie o pracę

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z portalem Pracuj.pl

Wiele osób fiksuje się na tym, że jeszcze nie skończyło studiów i jest przekonanych, że przez to nie dostanie pracy, jak to się pięknie mówi, w zawodzie. Doświadczenie moje i wielu moich znajomych pokazuje, że to mit, powielany najczęściej przez rodziców, którzy wchodzili na rynek pracy w zupełnie innej rzeczywistości. I nie kumają, że trochę się zmieniło od czasów kiedy CV pisało się odręcznie na kartce i doczepiało spinaczem zdjęcie z dowodu. Pracuj.pl chce obalić kilka takich mitów i zachęcić młodych ludzi do szukania pracy zgodnej z ich zainteresowaniami trochę wcześniej, niż w dniu odbioru dyplomu magistra. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją dostali.

Ale, ale. Zanim wyruszysz w drogę musisz zebrać drużynę, a zanim zaczniesz mówić sobie z prezesem po imieniu, musisz przejść rozmowę kwalifikacyjną. Bieg z przeszkodami, który jest  jednym z bardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Zwłaszcza, jeśli doświadczasz go pierwszy raz.

Co zrobić, żeby nie połamać sobie nóg, dobiec do mety i jeszcze odebrać trofeum w postaci przyjęcia do pracy? Dobrze się przygotować. I nie robić na rozmowie rekrutacyjnej niczego z poniższej listy.

1. Nie przychodź niechlujnie ubrany

Stare góralskie przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą” niestety nie wzięło się znikąd. Da się zrobić tylko jedno pierwsze wrażenie, a rozmowa łatwiej Ci pójdzie, jeśli będzie ono dobre. Nie chodzi o to, żebyś od razu wbijał się w garnitur, ale dostosował swój wygląd do okazji. Przychodząc w wymiętej koszuli i brudnych butach, dajesz do zrozumienia, że w sumie to Ci nie zależy.

2. Nie spóźnij się, a już na pewno nie olewaj spotkania

Rozmowa kwalifikacyjna, to taka pierwsza randka z pracodawcą. Chodzi to, żeby się poznać i sprawdzić, czy do siebie pasujecie. Jeśli się spóźniasz, dajesz się poznać jak ktoś, kto nie potrafi ogarnąć działania zegarka, ale to i tak lepsze, niż wystawienie drugiej strony do wiatru i w ogóle odpuszczenie spotkania. Jeśli na rozmowę wyszedłeś odpowiednio wcześnie, ale na Twojej drodze właśnie wylądował meteoryt albo oddział obcych zablokował ulicę, poinformuj o opóźnieniu osobę, która na Ciebie czeka i wytłumacz sytuację. Doceni fakt, że dałeś jej znać i wie na czym stoi.

3. Nie ściemniaj, że w wieku 20 lat masz 30 lat doświadczenia

Pamiętam jak w pewnym momencie studiów miałem jeszcze bardziej beznadziejną sytuację finansową niż zazwyczaj i uparłem się, że dostanę normalną pracę biurową choćby nie wiem co. Podrasowałem swoje CV i zadowolony z siebie, że oszukałem system, w myślach już otwierałem szampana świętując sukces, bo zaprosili mnie na rozmowę do jednej z lepiej płacących korporacji. W trakcie spotkania pani rekruterka zapytała o moje doświadczenie, które posiadałem tylko w sferze fantazji i próbując na szybko wymyślić, co mogłem robić na wyimaginowanym stanowisku, moja twarz zapłonęła czerwienią żywą jak pieczony burak.

Kłamstwo, to najgłupsze co można zrobić. Wychodzi błyskawicznie i w zasadzie permanentnie skreśla Cię w danej firmie. Za to pochwalenie się umiejętnościami zdobytymi na przykład w trakcie organizowania juwenaliów, wychodzi tylko na plus.

4. Nie daj odczuć, że nie robi Ci różnicy, czy będziesz analitykiem danych, czy panem kanapką

Gdybym prowadził serwis o pączkach i szukał kogoś do redagowania artykułów, zależałoby mi na osobie, która jest tym zajarana i nie widzi się w niczym innym. Nie na kimś, komu nie udało się dostać na aplikację radcowską i z braku laku przyszedł do mnie. Domyślam się, że jeśli stawiasz pierwsze kroki w tematach zawodowych, to nie wiesz, czy bycie HRowcem jest Twoim przeznaczeniem i związkiem na całe życie. To jasne, bo jeszcze tego nie robiłeś, więc skąd masz wiedzieć. Ale pokaż zaangażowanie w tym temacie i wytłumacz czemu akurat zdecydowałeś się aplikować na to stanowisko.

Gdyby to była randka, chciałbyś się umówić na kolejne spotkanie z kimś, kto szuka partnera, ale jest mu obojętne, czy to będziesz Ty, czy przypadkowy przechodzień?

5. Nie bój się, nie mów szeptem, nie patrz w ścianę

Ja wiem, że im bardziej zależy Ci na pracy, tym większy stres i w ogóle matura ustna nie ma nawet podjazdu, ale wchodzenie do salki konferencyjnej z wypisany na czole „nie bijcie, ja nic nie wiem!” nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Pomaga za to uśmiech, nawiązywanie kontaktu wzrokowego, bycie pewnym siebie i odpowiadanie na pytania więcej niż dwoma słowami. I przede wszystkim dobre przygotowanie się.

Tutaj znajdziesz przykładowe pytania, które mogą paść w trakcie rozmowy. A imię i nazwisko osoby, z którą będziesz rozmawiać w mailu z zaproszeniem.

6. Nie śmieszkuj na siłę, rozmowa rekrutacyjna to nie stand-up

Jeden żart jest w porządku, dwa to już granica, przy trzech przechodzisz na stronę pajacowania. O ile nie starasz się o angaż w cyrku, nie zaplusujesz takim zachowaniem.

7. Nie kozacz. Jesteś gościem, a nie gospodarzem

Przesada w każdą stronę jest zła. Zarówno bycie wycofanym i schowanym w sobie jest kiepskim pomysłem, jak i spychanie z biurka rzeczy, by móc postawić na nim swoje ego. Arogancja, buta i nonszalancja, to nie są magiczne składniki, po zmieszaniu których powstanie dobre wrażenie.

8. Nie szantażuj i nie mów, że coś Ci się należy. To nie spotkanie z politykiem

Mam zarówno znajomych pracujących w korporacjach, jak i tych prowadzących własne firmy, zdecydowanie większe niż jednoosobowe, i ci drudzy często opowiadają mi o tym, jak to jest być z drugiej strony ogłoszenia o pracę. Czyli jak to jest wylistować konkretne umiejętności, które powinien mieć kandydat, a potem spotykać się na rozmowach z ludźmi, którzy jedyne co umieją, to machać kartką z pieczątką uczelni i żądać 4 000 złotych netto.

To nie jest tak, że za sam fakt posiadania dyplomu magistra z urzędu należy Ci się praca i kilka tysięcy na rękę, a pracodawca jest tylko po to, by Ci je dać. Jeśli ktoś szuka programisty, to interesuje go tylko to, czy faktycznie potrafisz obsługiwać MySQLa, a nie czy masz zaświadczenie, że na trzecim roku studiów miałeś zajęcia z baz danych. W małych firmach często w ogóle nie zwraca się uwagi na to, w którym momencie zakończyłeś edukację, tylko na projekty, które zrealizowałeś.

9. Nie mieszaj z błotem byłego pracodawcy

Nawet jeśli uważasz, że na to zasługuje.

Wymaga tego zawodowy savoir-vivre. To jak wypowiadasz się o poprzednim człowieku, który Cię zatrudniał, daje do myślenia co będziesz mówił o obecnym, kiedy kolejny raz zmienisz pracę. Jeśli padnie pytanie, czemu odszedłeś z poprzedniej firmy, nie mów, że były szef był dupkiem. Powiedz, że nie widziałeś dla siebie możliwości rozwoju.

10. Nie zdradzaj sekretów – tajemnica rzecz święta

Tak jak poprzednio: jeśli na pierwszym spotkaniu wyjawiasz poufne informacje, to jaki to daje sygnał osobie, która być może w przyszłości też przekaże Ci coś w zaufaniu?

11. Nie mów, że nie masz pytań. Wykaż zainteresowanie przyszłą pracą

Rozmowa kwalifikacyjna to dobry moment, by omówić jakie masz opcje w kwestii łączenia nauki z pracą. I przy okazji pokazać, że faktycznie zależy Ci na tym stanowisku, dopytując o jego szczegóły.

Do momentu, w którym prowadzę własną działalność gospodarczą, doszedłem od sprzedawania gazet na plaży. W trakcie zahaczając o kilkanaście zawodów z najróżniejszy branż i po drodze studiując. Dziennie. Naprawdę, wszystko da się połączyć, wystarczyć tylko zapytać, czy jest taka możliwość i wykazać trochę zainteresowania.

Gdzie szukać pracy? W apce na telefonie

Jak pisałem we wstępie, odkąd nasi rodzice dostali pierwszą wypłatę trochę się zmieniło. Zmienił się nie tylko rynek, wygląd i forma dokumentów, czy rodzaj popularnych zawodów, ale też drogi jakimi tej pracy się szuka. Przeglądanie fizycznych tablic z ogłoszeniami, czy gazet, to już mocny archaizm. Tak jak Spotify zastąpił magnetofon z kasetami, tak aplikacja Pracuj.pl zastępuje chodzenie po przedsiębiorstwach i pytanie o wolną posadę.

Pomijając oczywiste oczywistości typu: apka jest wygodna, intuicyjna, ma trylion ogłoszeń i możesz korzystać z niej w każdej chwili, bo telefon masz zawsze przy sobie, to jest coś więcej, co sprawia, że faktycznie jest zajebista.

Pierwsza rzecz, to możliwość aplikowania na dane stanowisko z poziomu telefonu. Jeśli wklepałeś wcześniej dane ze swojego CV do konta na Pracuj.pl, to robisz jeden klik i beng! Już jesteś w procesie rekrutacji.

Druga, to JobAlerty. Ustawiasz filtr jakiego typu pracy szukasz i w jakim regionie, a aplikacja wrzuca Ci powiadomienie, gdy tylko pojawi się coś nowego.

Trzecia, to opcja sprawdzenia przeciętnego wynagrodzenia na danym stanowisku. Załóżmy, że chcesz pracować jako tłumacz holenderskiego: znajdujesz ofertę, pukasz w przycisk i masz podane widełki z zarobkami na tym stanowisku w Twoim regionie. Kozak! Szczerze mówiąc, to chyba najistotniejszy powód, dla którego warto pobrać tę apkę, bo wiem, że masę osób ma problem z wycenieniem swojej pracy.

Możesz ściągnąć ją, oczywiście za friko, stąd na Androida i stąd na iPhone’a, do czego zachęcam. Nawet, jeśli w tym momencie nie szukasz pracy. Może to praca szuka Ciebie.

Ostatnio wszyscy w kółko trąbią o oszczędzaniu pieniędzy, odkładaniu na czarną godzinę (jakby któraś była jasna) i rozsądnym planowaniu emerytury (łudzą się, że dożyją). Spoko, ja też nieraz miałem za dużo miesiąca pod koniec pieniędzy, ale ile można? To seksizm, rasizm i jawna dyskryminacja lansować w kółko tylko jeden model. A co z bananowcami, dziećmi lepszego boga i Pikejem? Nie widziałem do tej pory żadnego poradnika, który pomógłby im sensownie trwonić fortunę i przepuszczać hajs starych na pierdoły.

Dlatego postanowiłem im pomóc. I Tobie też.

Któryś z Twoich rodziców był na okładce Forbesa? Jesteś właścicielem rafinerii naftowej? Założyłeś Apple’a, Instagrama albo chociaż Naszą-Klasę? Nazywasz się Kulczyk? Odziedziczyłeś właśnie spadek po babci ze Stanów? Trafiłeś trójkę w lotka i nie wiesz co zrobić z taką górą pieniędzy? Luz, poniżej masz pro-triki, które powiedzą Ci jak nie oszczędzać.

Trzymaj całą kasę na jednym koncie – jeśli pensję/kieszonkowe i oszczędności/spadek po wuju z USA będziesz miał na tym samym rachunku, nawet nie zauważysz kiedy jedno zleje się z drugim. I rozpłynie.

Kupuj produkty w promocji – nawet jeśli ich nie potrzebujesz. Świeca komunijna przeceniona z 34,99zł na 34,98? Bierz! Chyba nie przepuścisz taaakiej okazji?

Planuj podróże w ostatniej chwili – bez sensu kupować bilety na Ryanaira 3 miesiące przed lotem. Lepiej to zrobić w dniu wylotu, gdy cena jest najwyższa.

Daj się ponieść emocjom – postaw kolejkę wszystkim w lokalu, kup 17 parę butów z okazji skończenia projektu, wynajmij przepiękne mieszkanie, na które Cię nie stać.

Olej rower – nawet latem. Tylko frajerzy poruszają się po mieście za darmo bez stania w korkach. Prawdziwe asy wszędzie bujają się taksą.

Płać za wszystko kartą – przy płatnościach gotówką na bieżąco zauważasz upływ pieniędzy. Przy płatnościach kartą dopiero gdy wejdziesz na konto.

Zostań sponsorem – najlepiej panny z jeszcze bardziej bananowego domu, niż Twój. Oszczędności życia znikną szybciej, niż Zbyszko na Wigilii w Radomiu.

Chodź do kina tylko w weekendy – i to na 3D. Pamiętaj, im droższe bilety, tym lepsza zabawa.

Kupuj więcej niż jesteś w stanie zjeść – w knajpie, w supermarkecie, w przetwórni drobiu. Zawsze proś o zestaw powiększony, ciastko i napój z dolewką, nawet jeśli jesteś w stanie zmieścić tylko drobną przekąskę. Niech widzą, że Cię stać.

Inwestuj – bez znajomości podstaw inwestowania. Czytanie książek o grze na giełdzie jest dla starych bibliotekarek i pryszczatych smutasów w pinglach.

Uzależnij się – kokaina, mefedron, heroina. Wszystko jest dla ludzi.

Spotykaj się tylko na mieście – chodzenie po parkach? Spacery na Wisłą? Wspinanie się na kopce? Wspólne gotowanie? Nuda! Nie ma nic bardziej emocjonującego, niż siedzenie w knajpie.

Wyrób sobie karty kredytowe – im więcej, tym lepiej. Jak dają to trzeba brać.

Kupuj ciuchy zaraz po wypuszczeniu kolekcji – po to wrzucają co pół roku nowe wzorki, żebyś był na czasie, a nie retro, jak biedaki kupujące to samo za ćwierć ceny kilka miesięcy później.

Zostań hazardzistą – zacznij od zdrapek, przejdź przez jednorękiego bandytę i spłucz się do reszty na pokerze albo ruletce. Jak człowiek z klasą.

Jeśli mimo wszystko zostanie Ci stówa albo dwie, zrób to co na zdjęciu w nagłówku. Skuteczność gwarantowana.

Co zrobić, gdy przez przypadek pokażesz penisa na Snapchacie?

Skip to entry content

W weekend jednemu ze zwycięzców Top Model przydarzył się przykry wypadek – chciał wysłać zdjęcie swojego penisa znajomemu, a przez przypadek wysłał go do wszystkich obserwatorów na Snapchacie. Cóż, wpadka przykra jak rysa na nowy aucie, ale kto nigdy nie wysyłał swoich nagich zdjęć przez sieć, niech pierwszy poda pin do swojego telefonu. No dobra, ja swój mogę podać (1111, tylko nie mówcie nikomu, dobra?), bo nie zdarzyło się nawet raz, żebym za pomocą sieci chwalił się komuś swoim sprzętem (inna sprawa, że nie ma się czym chwalić) i tyle samo razy zdarzyło się, żeby ktoś przesłał mi swoje wdzięki przez internet (w sumie nie dziwię się, z taką aparycją, też bym sobie nie przesłał), ale mam kolegów (część podrywaczy, część po prostu youtuberów), którzy notorycznie dostają na Snapie jakieś gołe cycki. A czasem również penisy, co jednak woleliby wymazać z pamięci.

Osobiście jestem zdecydowanie przeciwny postępującemu szczuciu cycem, epatowaniu golizną od reklam kiełbasy, po wyzwania na YouTube i czuję zażenowanie za każdym razem, kiedy szafiarki pokazują dupę, żeby zebrać trochę lajków, jednak przez tak powszechną nagość nie powinno nas już ruszać zdjęcie gołego prącia na Snapchacie. A jednak rusza, bo cały czas się okłamujemy i udajemy, że nitka zakrywająca otwór odbytu to majtki, a piersi składają się tylko z sutków, więc śmiało można pokazać wszystko poza nimi, uznając, że nie są gołe. Czego świetny dowód dała ostatnio Kim Kardashian, wrzucając na Instagram samojebkę, na której zakrytą miała tylko pochwę i trochę sutków, w związku z czym, wszyscy uznali, że w takiej sytuacji absolutnie nie jest naga i podali zdjęcie dalej. Jednak nastoletni uczestnik Top Model nie zasłonił ujścia cewki moczowej swojego członka, udając, że jest ubrany, tylko pochwalił się nim w całej okazałości, co zaowocowało nagonką i aferą.

Co zrobić w takiej sytuacji? Co zrobić, gdy chciałeś po bożemu wysłać zdjęcie swojego wyciora w prywatnej wiadomości do ziomka z urologii, żeby powiedział Ci, czy nie złapałeś czegoś przy ostatnim przeczyszczaniu komina, ale pojebało Ci się i puściłeś to na „mystory” do całego świata? Opcji jest kilka, rozważmy wszystkie po kolei.

Usuń to!

Jeśli kliknięcie nie w to co potrzeba, było po prostu wynikiem grubych palców i już w chwili publikacji zdałeś sobie sprawę z sabotażu, jakiego dokonałeś na samym sobie, to może uda Ci się usunąć foto w stroju Adama, zanim ktokolwiek je zobaczy. Jeśli jednak masz wyjątkowo wielu obserwatorów (więcej niż 7) albo masz równie słaby refleks, co ogarnięcie i zorientowałeś się dopiero po kwadransie, to zrzuty ekranu z widokiem zarezerwowanym dla tej jednej jedynej, krążą już po sieci jak legenda o kolesiu wyrzuconym w kartonie przez okno w ramach „misji na Marsa”.

Powiedz, że to nie Twój penis tylko kolegi

Klasyczna ściema. Do końca gimnazjum zawsze, gdy zrobiłem jakiś przypał ściemniałem, że to nie ja tylko kolega. Albo gdy na wychowaniu do życia w rodzinie chciałem zadać niewygodne pytanie, typu „czemu Matka Ziemia, skoro ma jądro?”, zawsze wkręcałem, że to kolega pyta. Taki wałek przechodzi tylko u osób z IQ poniżej 80, tak że (w zależności do tego jak inteligentnych masz znajomych/widzów) może zdarzyć się, że ktoś tego jednak nie łyknie.

Powiedz, że to atak hakerski

U (choć trochę) znanych osób może przejść, ale normalsi nie mają szans. W czasach Gadu-Gadu kiedyś pomyliłem okna i zamiast kumplowi z klasy napisać, że z Marzeną znaleźliśmy wspólny język, wysłałem do wspomnianej wcześniej niewiasty wiadomość o treści „dobra stary, wróciłem, z cycków 10/10, ale całuje się jakby niewidomy po ciemku węgla szukał, nie polecam”. Dziwnym trafem nie chciała uwierzyć, że ktoś włamał mi się na kompa i to wcześniej, to na pewno nie ja.

Powiedz, że to ironicznie i dla beki

Tak jak hipsterzy noszą chujowe koszulki ironicznie, tak jak internetowe trolle obrażają Jana Pawła II dla beki, tak Ty możesz powiedzieć, że pokazałeś przyrodzenie w formie abstrakcyjnego żartu, a jak ktoś tego nie zrozumiał, to najwyraźniej jest ograniczony umysłowo. To nic, że 99% Twoich odbiorców tego nie zrozumie (bo co tu jest do rozumienia?), ważne, że w swoim mniemaniu będziesz mistrzem żartu, śmisznijszym niż Tadeusz Drozda.

Zapadnij się pod ziemię

Będąc nastolatkiem wielokrotnie próbowałem opanować sztukę dematerializacji, najczęściej właśnie po skompromitowaniu się na forum publicznym, jednak pomimo wymawiania zaklęć (głównie z podwórkowej łaciny) nigdy operacja ta nie zakończyła się sukcesem. W przypadku zrobienia sobie siary w świecie wirtualnym masz o tyle łatwiej, że z niego faktycznie da się zniknąć po prostu usuwając konto, czy to na Facebooku, czy Instagramie, czy właśnie Snapchacie i (jeśli tylko nikogo nie zamordowałeś) jest duża szansa, że to co tam zrobiłeś nie przeniesie się na świat realny. Możesz zamknąć komputer i wyjść na zakupy do spożywczaka, jakby nie stało się nic.

Tyle, że jeśli budowałeś w sieci jakiś czas społeczność i masz już tych 15 obserwatorów, to szkoda byłoby ich tracić i całą tę pracę spuścić w zsypie przez jedno potknięcie, co nie?

Przyznaj się do wpadki i przeproś

Wcześniej śmieszkowaliśmy, a teraz pełna poważka.

Najlepszym wyjściem z tego typu sytuacji jest po prostu oficjalne przyznanie się do niej. Mleko się rozlało i nie ma co iść w zaparte, że to białkowa metoda polerowania podłogi. Albo, że akcja nie miała miejsca i cały czas jest w lodówce, czekając na otwarcie. Stało się, to się nie odstanie, trudno, masz nauczkę, żeby na drugi raz nagie fotki wysyłać gołębiem pocztowym albo, jeszcze lepiej, nie robić tego wcale, jednak jeśli chcesz uciszyć bieżącą aferę, po prostu przyznaj, że to pomyłka. I tyle. Serio, każdy popełnia błędy i nie ma ludzi bez skaz na wizerunku, nawet Radek Kotarski kiedyś powiedział słowo na „k”. Co prawda kończyło się na „urczę”, ale jednak.

Powiedz jaka była prawda, a utniesz spekulacje i zamieszanie wokół Twojej osoby, bo to do czego wszyscy Twoi fani-inaczej będą chcieli dotrzeć, dostaną podane na tacy, w związku z czym będą musieli zająć się inną aferą, bo tu już nic nie będzie do roboty. Tak więc, przyznaj się i przeproś. Ale nie przepraszaj za to, że miałeś ochotę na pokazanie nagości komuś ze znajomych, tylko za to, że mogły się na nią natknąć osoby niepełnoletnie, które nawet na lekcjach biologii mają listki na modelach anatomicznych.

Bohater dzisiejszego tekstu zachował się właśnie w ten sposób, za co szacunek i duża piątka dla niego. A dla całej reszty mam nadzieję, że wyniknie z tej sytuacji jakaś nauka. Na przykład taka: nie wysyłaj przez internet prywatnie niczego, czym nie chciałbyś się pochwalić publicznie.

autorem zdjęcia w nagłówku jest yaybiscuits123