Close
Close

Dzień, w którym całym sercem zacząłem popierać Janusza Korwina-Mikkego

Skip to entry content

Jeśli oczekiwałeś jednoznacznej deklaracji poglądów politycznych od pierwszej linijki, to wstrzymaj swoje konie, jak mawiają Amerykanie. Sprawa jest dużo bardziej poważna i zawiła. Prawie tak zawiła jak fabuła „Mody na sukces”.

Jakieś półtora miesiąca temu, zaczęło mnie boleć ucho, ale jak na prawdziwego mężczyznę, leczącego każdą dolegliwość banieczką albo dwoma, przystało, zignorowałem to. Nie będę przecież z jakimś głupim uchem od razu biegł do lekarza jak jakaś baba, co nie? No, to po tym jak pewnej nocy myślałem, że zwariuję z bólu i nie zmrużyłem oka do godziny 3:00, kiedy to półprzytomny pobiegłem na Orlen po cokolwiek przeciwbólowego, stwierdziłem, że jednak bez wizyty u pani w białym kitlu się nie obędzie. Mimo, że chodzenia po przychodniach i wysiadywania w kolejkach nienawidzę tak mocno, jak smażonej wątróbki, buraków i zimnej pizzy.

No i się zaczęło.

Najpierw poszedłem do lekarza rodzinnego, który przyjął mnie mimo, że owej rodziny  wcale nie posiadam. Miło z jego strony. Przyjął i powiedział, cytuję „ma pan zapalenie gardła i powiększony migdałek uciska trąbkę słuchową, przez co boli pana ucho”. Ani gardło mnie nie bolało, ani nie spodziewałem się żadnych instrumentów dętych w swoim organizmie, ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi. Dostałem siatkę leków, od których po tygodniu miało mi przejść.

Nie przeszło, no to jeszcze raz udałem się do lekarza rodzinnego, który przyjmuje również singli.

– Ma pan tyle woskowiny w uszach, że ja tam nic nie widzę. Nic. Nawet jakbym chciała dojrzeć, to nic. Nic nie widać, kompletnie nic – powtórzyła to tyle razy, że miałem wrażenie jakby grała w jakieś medyczne literaki i dostawała premię słowną za każdym razem, kiedy powie słowo „nic”.
– W sensie, sugeruje pani, że się nie myję? – co jest zarzutem absurdalnym, bo staram się to robić, co najmniej raz w miesiącu, a w okresach kiedy wychodzę z domu, nawet dwa razy.
– Ja nic nie sugeruję, ale musi pan iść do laryngologa, bo nic nie widzę. Nic. Kompletnie nic. Choćbym chciała, to ni… – na bank gabinet jest na podsłuchu i dostaje nowy stetoskop za każdym razem, kiedy powiem 30 razy „nic” w ciągu wizyty.
– Tak, rozumiem. To proszę wypisać mi skierowanie.

No i z tym skierowaniem sprintem do laryngologa na drugim końcu miasta, modląc, żeby przyjął mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka, topiące lodowce i łamiące serca z betonu, bo normalny termin oczywiście najszybciej za kwartał. Pani laryngolog na szczęście dość szybko okazała się człowiekiem i zgodziła się mnie przyjąć bez symulowania płaczu pocierając cebulą o powieki. Za co wielkie dzięki, bo nie zdążyłem znaleźć żadnego warzywniaka po drodze.

Gdy już usiadłem na fotelu, od razu uprzedziłem, że na bieżąco dbam o higienę osobistą, często nawet przy użyciu mydła, a czasem nawet i szamponu, i absolutnie nie mam pojęcia, skąd ta woskowina wzięła się w moich uszach. Pani laryngolog z miejsca dała wiarę moim zapewnieniom, widząc pewnie, że nie mam żadnych liści we włosach, ani etykiet z jaboli w brodzie, co mogłoby wskazywać na spanie pod mostem, i uspokoiła mnie wyjaśniając, że „wie pan, no, tak bywa”. Po czym wypłukała woskowe czopy powstałe, jak się od innego lekarza w końcu dowiedziałem, w skutek choroby i/lub nadprodukcji jakichś hormonów. I powiedziała, że mam lekkie zapalenie w prawym uchu. Co nieco bardziej niż nieco mnie zaskoczyło, bo cały czas bolało mnie lewe i od tych kilkunastu dni nie miałem żadnych obiekcji co do prawego. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi.

Po 5 dniach znów lewe ucho nie dawało mi spać, a do tego doszedł kurewski ból żołądka – dla zainteresowanych: uczucie jakby ktoś Ci żyletkami przeciągał po wnętrznościach – więc, jak bumerang, wróciłem do familijnej pani doktór.

– Ale jak to dalej boli pana ucho? – świetne pytanie. Tyle, że nie do mnie – Przecież tu już wszystko powinno być zaleczone.
– Dalej mnie boli, na tyle, że nie mogę spać, a do tego doszedł ból żołądka. Podejrzewam, że od leków – bo ile przecież można żreć tę chemię, bez konsekwencji dla organizmu?
– Jak to boli pana żołądek? No, teraz to już pan coś wymyśla. Pewnie zjadł pan jakąś starą kiełbasę – bez, kurwa, komentarza.

Pani doktór familijna, co to obraziła się, że choroba mi nie przeszkodzi mimo jej leczenia i najprawdopodobniej, to nie przechodzi przeze mnie, bo nie chcę, żeby mi przeszła, w ramach ostatecznej ostateczności dała mi skierowanie na SOR do szpitala Narutowicza. Czyli na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Myślę sobie: „ratunkowy”, to może w końcu ktoś mnie tam uratuje, bo ile można tonąć w takim absurdzie? Ale to był tylko początek potopu.

Oglądaliście kiedyś „12 prac Asteriksa”? Kojarzycie epizod, gdy mieli załatwić coś w urzędzie? Nie? To ja Wam ten epizod mogę opowiedzieć scena po scenie, bo przeżyłem go w zeszłym tygodniu.

Wchodzę do tego szpitala, widzę kolejkę dłuższą niż na spotkanie autorskie z Red Lipstick Monster, to pytam, czy jak mam skierowanie na SOR do laryngologa, to tutaj. W odpowiedzi dostaję krótko odszczeknięte „nie”, przy drugim podejściu już nieco dłuższe „nie, na SOR to na SOR”, a za trzecim razem, obrażona na cały świat pracownica szpitala jest nawet na tyle łaskawa, że wskazuje mi politowawczym machnięciem ręką, gdzie ten SOR jest. Bo jak mogę nie wiedzieć? W końcu jestem tu przecież już pierwszy raz.

Docieram do tego SORu, mówię w jakiej sprawie, słyszę, że mam czekać. No to czekam. Po kwadransie wchodzę na, tak zwany, wywiad diagnostyczny, mówię dokładnie to samo, co w poprzednim okienku – że ucho, że spać nie mogę, że boli – i słyszę, że mam iść zaczekać w kolejce do internisty. No to czekam. Mam już trochę doświadczenia w tym temacie, tak że idzie mi całkiem nieźle. Po kolejnym kwadransie internista wyczytuje, nawet nie tak bardzo przekręcając, moje nazwisko i mówi już w progu, że nie ma sensu, żeby mnie oglądał, bo to trzeba na oddział laryngologiczny. Myślę: łouł, chyba jestem geniuszem, wpadłem na to samo przed przyjściem tutaj, a w życiu nie otarłem się nawet o studia medyczne!

Idę na ten oddział laryngologiczny według jednoznacznych wskazówek „windą na drugie piętro i po lewej, a tam to już się pan zapyta” i docierając do miejsca „po lewej” pytam. Pytanie odbija się po korytarzu lekkim echem, po czym matka z dwójką dzieci, wyglądająca jak stały eksponat w tym muzeum cierpliwości, odpowiada mi, że lekarzy nie ma, bo poszli na obchód i trzeba czekać. Na czekaniu znam się już coraz lepiej, więc podejmuję wyzwanie. Po jakiejś połowie godziny zjawiają się lekarze i mówią, że z całego serca współczują mi problemów z uchem i po wysłuchaniu mojej historii prawie rozkleiły im się chodaki od wilgoci ich łez, ale oni tu na oddziale przyjmują dopiero po 16:00, a jest przed 12:00, więc muszę iść do poradni. Na parterze. Po prawej.

Ciuteńkę poirytowany, że straciłem absolutnie bezsensownie 40 minut, tylko dlatego, że interniście coś się popierdoliło, podążam za wskazówkami. Docieram i słyszę, że trzeba poczekać. No, w tym jestem już asem, więc napierdalam jak szalony. W końcu uchylają się wrota i słyszę coś na kształt „proszę”, brzmiące jednak jak „następny”.

– Dzień dobry, ja… – nie zdążyłem dokończyć.
– Co się dzieje? – dość osobliwa odpowiedź na „dzień dobry”.
– Czwarty tydzień boli mnie ucho i… – znów nie zdążyłem dokończyć.
– Jak mnie ząb bolał, to wyrwałem – że co? Ty tak na serio, czy ci się standup ze szpitalem pomylił?
– To proszę wyjąć skalpel i amputujemy, jak tak pan radzi – no dawaj śmieszku, zobaczymy, czy masz jaja, żeby to pociągnąć.
– Proszę się odwrócić – oj, chyba się panu doktórowi śmiszne teksty pokończyły.
– Ała – wepchnął mi wziernik z delikatnością Danny’ego Trejo w „Maczecie”.
– Ma pan zapalenie ucha – no, robimy grube postępy, powiedz mi coś czego nie wiem.
– A od czego się to wzięło panie doktorze, bo… – nie zdążyłem dokończyć po raz trzeci.
– A co pana to interesuje?  – nie wierzę, że lekarz w szpitalu naprawdę tak do mnie powiedział, to chyba halucynacje – Założymy panu opatrunek, dostanie pan antybiotyk i krople, i przejdzie.

Oczywiście raczkujący komik nie mógł mi wypisać recepty na wcześniej wspomniane lekarstwa osobiście, tylko z pobazgroloną kartką, którą wręczyła mi jego asystentka, musiałem wrócić do internisty. I zgadnijcie co zrobić? Macie jakieś typy/pomysły/nieśmieszne propozycje? Tak, dokładnie: czekać. Zaprawiony w boju poszedłem na rekord i dobiłem do 45 minut. 45 minut czekania na receptę. CZTERDZIEŚCI PIĘĆ. MINUT. NA. SAMĄ. RECEPTĘ.

Myślicie, że to koniec co? Że na drugi dzień ściągnąłem opatrunek, zakropiłem ucho, wziąłem antybiotyk i po tygodniu przeszło? Heh, zawsze wiedziałem, że mam czytelników jajcarzy. NIE, TO NIE BYŁ KONIEC.

Krople, które przepisał mi lekarz-kabareciarz, a konkretnie Atecortin, ZALEPIŁY MI UCHO! Serio, zakropiłem według zaleceń na ulotce, położyłem się na bok na 15 minut, po kwadransie odwracam się i przykładam chusteczkę do ucha, żeby nie pobrudzić poduszki, a tu nic. Cytując panią doktór familijną „nic, nic, kompletnie nic”. Krople wpłynęły, ale nie wypłynęły, tworząc jakąś tarczę osłonową jak w „Star Treku”. I przy okazji powodując, że stałem się pół głuchy na to ucho. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, przepisał, kazał stosować, to pewnie tak ma być. Przez noc wypłynie, rozejdzie się albo wyparuje, bo przecież nie pakowałby mnie umyślnie na minę, co nie?

Ale ani po nocy, ani po upłynięciu równej doby ucho się nie odetkało. Wręcz przeciwnie. Czułem, że czop powstały z tych zastygniętych kropli pęcznieje i zaczyna mnie uwierać. Wspominałem już, że przepisał mi je lekarz?

To była oczywiście sobota. Więc nie mogłem pójść „normalnie” do przychodni. Tylko na „świąteczny całodobowy dyżur”. Gdzie uprawiałem czynność, którą tak skutecznie trenowałem w szpitalu, przez półtorej godziny ciągiem. Żeby  po 25 minutach badania dowiedzieć się, że mam zapchane ucho. (ŁOUUUUUUŁ! NIE ŻEBYM TO POWIEDZIAŁ OD RAZU NA POCZĄTKU WIZYTY) I że muszę iść na płukanie ucha. Do laryngologa. W poniedziałek. Czyli za 2 dni. Bo oni tu nie płuczą. (WRRRR!)

Nie poddawałem się. I pojechałem do szpitala. Innego. Tym razem Rydgiera. Po uprzednim zatelefonowaniu. I opisaniu. Co się. Dzieje. Z moim. Uchem. I usłyszeniu, że „no, to pewnie trzeba przepłukać, to niech pan zgłosi się na SOR”. Przyjechałem, jak już wcześniej wspomniałem. I uciąłem sobie przemiłą pogawędkę z panią na SORze.

– Dzień dobry, od dwóch dób mam zatkane ucho po zakropieniu Atecortinem i… – oni uwielbiają przerywać.
– Boli pana to ucho? – nie musiałaby zadawać tego pytania, gdyby mi nie przerwała.
– Tak, boli i… – znowu! Znowu mi przerwała!
– A ma pan gorączkę?
– Nie wiem, bo nie mam termo… – kolejny, kurwa, raz!
– No to, jak nie ma gorączki, to nie ma zagrożenia życia. W poniedziałek pójdzie pan do laryngologa, to panu obejrzy – AAAAAAAAAAAAA, ZARAZ CHYBA ZWARIUJĘ!!!!!!!!!! ZARAZ TY BĘDZIESZ MIAŁA ZAGROŻENIE ŻYCIA!!!!!!!!!!!!!!!!!

Przed rozbiciem szyby, za którą siedziała, przy użyciu metalowego krzesła, powstrzymała mnie kobieta siedząca na nim. A raczej powstrzymała mnie jej waga. Nie dało rady jej ruszyć z miejsca. Zawiedziony, wkurwiony, zrezygnowany i złamany psychicznie, powłóczyłem nogami w kierunku przystanku, żeby poużalać się nad swoim losem w ciepełku swojego łóżka i przejrzeć informacje w sieci na temat życia z jednym uchem. Bo wszystko wskazywało na to, że jedynym skutecznym rozwiązaniem będzie amputacja. Kuchennym nożem.

Gdy już zwątpiłem we wszystko oprócz pewników wyznawanych przez Bejamina Franklina, obudził mnie dźwięk gołębi kopulujących ze sobą na moim balkonie i okazało się, że jest poniedziałek. A ja go jakimś cudem dożyłem. Postawiłem swoje zwłoki do pionu, nałożyłem na nie odpowiednie na maraton czekania buty i spodnie, i pojechałem do znanej już pani laryngolog, znów modląc, żeby przyjęła mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka i tak dalej.

I… przyjęła! I… wypłukała! I… od tego momentu z uchem już nic się nie działo!!! Nic! NIC! N-I-C! NNNIIICCC!!! (medyczna premia słowna za użycie „nic” x 500) I wszyscy, żyli długo i szczęśliwie poza jednym wyjątkiem.

– Pani doktor, to to ucho zatkało się od tego Atecortinu?
– Tak, bo te krople takie są, bardzo gęste, jak budyń, wie pan, i one często zapychają, tak że pan, to w ogóle nie powinien nimi zakrapiać.
– Pani doktor, ale mnie je przepisał lekarz w szpitalu.
– To może zły lekarz był. Albo zły szpital. Hehe.

Po tym dniu miałem w głowie tylko jedną myśl: Januszu Korwinie-Mikke, królu mój, oddam na Ciebie wszystkie głosy, ale daj Ty mi prywatną służbę zdrowia! Nie chcę marihułaniny, nie chcę broni, nie chcę nawet legalnej prostytucji, chcę tylko prywatną służbę zdrowia, bo krew mnie zalewa, jak z moich składek zdrowotnych idzie hajs na złych lekarzy i złe szpitale, co mi ucho zatykają i jeszcze kręcą z tego bekę!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emily
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Ostatnio wszyscy w kółko trąbią o oszczędzaniu pieniędzy, odkładaniu na czarną godzinę (jakby któraś była jasna) i rozsądnym planowaniu emerytury (łudzą się, że dożyją). Spoko, ja też nieraz miałem za dużo miesiąca pod koniec pieniędzy, ale ile można? To seksizm, rasizm i jawna dyskryminacja lansować w kółko tylko jeden model. A co z bananowcami, dziećmi lepszego boga i Pikejem? Nie widziałem do tej pory żadnego poradnika, który pomógłby im sensownie trwonić fortunę i przepuszczać hajs starych na pierdoły.

Dlatego postanowiłem im pomóc. I Tobie też.

Któryś z Twoich rodziców był na okładce Forbesa? Jesteś właścicielem rafinerii naftowej? Założyłeś Apple’a, Instagrama albo chociaż Naszą-Klasę? Nazywasz się Kulczyk? Odziedziczyłeś właśnie spadek po babci ze Stanów? Trafiłeś trójkę w lotka i nie wiesz co zrobić z taką górą pieniędzy? Luz, poniżej masz pro-triki, które powiedzą Ci jak nie oszczędzać.

Trzymaj całą kasę na jednym koncie – jeśli pensję/kieszonkowe i oszczędności/spadek po wuju z USA będziesz miał na tym samym rachunku, nawet nie zauważysz kiedy jedno zleje się z drugim. I rozpłynie.

Kupuj produkty w promocji – nawet jeśli ich nie potrzebujesz. Świeca komunijna przeceniona z 34,99zł na 34,98? Bierz! Chyba nie przepuścisz taaakiej okazji?

Planuj podróże w ostatniej chwili – bez sensu kupować bilety na Ryanaira 3 miesiące przed lotem. Lepiej to zrobić w dniu wylotu, gdy cena jest najwyższa.

Daj się ponieść emocjom – postaw kolejkę wszystkim w lokalu, kup 17 parę butów z okazji skończenia projektu, wynajmij przepiękne mieszkanie, na które Cię nie stać.

Olej rower – nawet latem. Tylko frajerzy poruszają się po mieście za darmo bez stania w korkach. Prawdziwe asy wszędzie bujają się taksą.

Płać za wszystko kartą – przy płatnościach gotówką na bieżąco zauważasz upływ pieniędzy. Przy płatnościach kartą dopiero gdy wejdziesz na konto.

Zostań sponsorem – najlepiej panny z jeszcze bardziej bananowego domu, niż Twój. Oszczędności życia znikną szybciej, niż Zbyszko na Wigilii w Radomiu.

Chodź do kina tylko w weekendy – i to na 3D. Pamiętaj, im droższe bilety, tym lepsza zabawa.

Kupuj więcej niż jesteś w stanie zjeść – w knajpie, w supermarkecie, w przetwórni drobiu. Zawsze proś o zestaw powiększony, ciastko i napój z dolewką, nawet jeśli jesteś w stanie zmieścić tylko drobną przekąskę. Niech widzą, że Cię stać.

Inwestuj – bez znajomości podstaw inwestowania. Czytanie książek o grze na giełdzie jest dla starych bibliotekarek i pryszczatych smutasów w pinglach.

Uzależnij się – kokaina, mefedron, heroina. Wszystko jest dla ludzi.

Spotykaj się tylko na mieście – chodzenie po parkach? Spacery na Wisłą? Wspinanie się na kopce? Wspólne gotowanie? Nuda! Nie ma nic bardziej emocjonującego, niż siedzenie w knajpie.

Wyrób sobie karty kredytowe – im więcej, tym lepiej. Jak dają to trzeba brać.

Kupuj ciuchy zaraz po wypuszczeniu kolekcji – po to wrzucają co pół roku nowe wzorki, żebyś był na czasie, a nie retro, jak biedaki kupujące to samo za ćwierć ceny kilka miesięcy później.

Zostań hazardzistą – zacznij od zdrapek, przejdź przez jednorękiego bandytę i spłucz się do reszty na pokerze albo ruletce. Jak człowiek z klasą.

Jeśli mimo wszystko zostanie Ci stówa albo dwie, zrób to co na zdjęciu w nagłówku. Skuteczność gwarantowana.

Co zrobić, gdy przez przypadek pokażesz penisa na Snapchacie?

Skip to entry content

W weekend jednemu ze zwycięzców Top Model przydarzył się przykry wypadek – chciał wysłać zdjęcie swojego penisa znajomemu, a przez przypadek wysłał go do wszystkich obserwatorów na Snapchacie. Cóż, wpadka przykra jak rysa na nowy aucie, ale kto nigdy nie wysyłał swoich nagich zdjęć przez sieć, niech pierwszy poda pin do swojego telefonu. No dobra, ja swój mogę podać (1111, tylko nie mówcie nikomu, dobra?), bo nie zdarzyło się nawet raz, żebym za pomocą sieci chwalił się komuś swoim sprzętem (inna sprawa, że nie ma się czym chwalić) i tyle samo razy zdarzyło się, żeby ktoś przesłał mi swoje wdzięki przez internet (w sumie nie dziwię się, z taką aparycją, też bym sobie nie przesłał), ale mam kolegów (część podrywaczy, część po prostu youtuberów), którzy notorycznie dostają na Snapie jakieś gołe cycki. A czasem również penisy, co jednak woleliby wymazać z pamięci.

Osobiście jestem zdecydowanie przeciwny postępującemu szczuciu cycem, epatowaniu golizną od reklam kiełbasy, po wyzwania na YouTube i czuję zażenowanie za każdym razem, kiedy szafiarki pokazują dupę, żeby zebrać trochę lajków, jednak przez tak powszechną nagość nie powinno nas już ruszać zdjęcie gołego prącia na Snapchacie. A jednak rusza, bo cały czas się okłamujemy i udajemy, że nitka zakrywająca otwór odbytu to majtki, a piersi składają się tylko z sutków, więc śmiało można pokazać wszystko poza nimi, uznając, że nie są gołe. Czego świetny dowód dała ostatnio Kim Kardashian, wrzucając na Instagram samojebkę, na której zakrytą miała tylko pochwę i trochę sutków, w związku z czym, wszyscy uznali, że w takiej sytuacji absolutnie nie jest naga i podali zdjęcie dalej. Jednak nastoletni uczestnik Top Model nie zasłonił ujścia cewki moczowej swojego członka, udając, że jest ubrany, tylko pochwalił się nim w całej okazałości, co zaowocowało nagonką i aferą.

Co zrobić w takiej sytuacji? Co zrobić, gdy chciałeś po bożemu wysłać zdjęcie swojego wyciora w prywatnej wiadomości do ziomka z urologii, żeby powiedział Ci, czy nie złapałeś czegoś przy ostatnim przeczyszczaniu komina, ale pojebało Ci się i puściłeś to na „mystory” do całego świata? Opcji jest kilka, rozważmy wszystkie po kolei.

Usuń to!

Jeśli kliknięcie nie w to co potrzeba, było po prostu wynikiem grubych palców i już w chwili publikacji zdałeś sobie sprawę z sabotażu, jakiego dokonałeś na samym sobie, to może uda Ci się usunąć foto w stroju Adama, zanim ktokolwiek je zobaczy. Jeśli jednak masz wyjątkowo wielu obserwatorów (więcej niż 7) albo masz równie słaby refleks, co ogarnięcie i zorientowałeś się dopiero po kwadransie, to zrzuty ekranu z widokiem zarezerwowanym dla tej jednej jedynej, krążą już po sieci jak legenda o kolesiu wyrzuconym w kartonie przez okno w ramach „misji na Marsa”.

Powiedz, że to nie Twój penis tylko kolegi

Klasyczna ściema. Do końca gimnazjum zawsze, gdy zrobiłem jakiś przypał ściemniałem, że to nie ja tylko kolega. Albo gdy na wychowaniu do życia w rodzinie chciałem zadać niewygodne pytanie, typu „czemu Matka Ziemia, skoro ma jądro?”, zawsze wkręcałem, że to kolega pyta. Taki wałek przechodzi tylko u osób z IQ poniżej 80, tak że (w zależności do tego jak inteligentnych masz znajomych/widzów) może zdarzyć się, że ktoś tego jednak nie łyknie.

Powiedz, że to atak hakerski

U (choć trochę) znanych osób może przejść, ale normalsi nie mają szans. W czasach Gadu-Gadu kiedyś pomyliłem okna i zamiast kumplowi z klasy napisać, że z Marzeną znaleźliśmy wspólny język, wysłałem do wspomnianej wcześniej niewiasty wiadomość o treści „dobra stary, wróciłem, z cycków 10/10, ale całuje się jakby niewidomy po ciemku węgla szukał, nie polecam”. Dziwnym trafem nie chciała uwierzyć, że ktoś włamał mi się na kompa i to wcześniej, to na pewno nie ja.

Powiedz, że to ironicznie i dla beki

Tak jak hipsterzy noszą chujowe koszulki ironicznie, tak jak internetowe trolle obrażają Jana Pawła II dla beki, tak Ty możesz powiedzieć, że pokazałeś przyrodzenie w formie abstrakcyjnego żartu, a jak ktoś tego nie zrozumiał, to najwyraźniej jest ograniczony umysłowo. To nic, że 99% Twoich odbiorców tego nie zrozumie (bo co tu jest do rozumienia?), ważne, że w swoim mniemaniu będziesz mistrzem żartu, śmisznijszym niż Tadeusz Drozda.

Zapadnij się pod ziemię

Będąc nastolatkiem wielokrotnie próbowałem opanować sztukę dematerializacji, najczęściej właśnie po skompromitowaniu się na forum publicznym, jednak pomimo wymawiania zaklęć (głównie z podwórkowej łaciny) nigdy operacja ta nie zakończyła się sukcesem. W przypadku zrobienia sobie siary w świecie wirtualnym masz o tyle łatwiej, że z niego faktycznie da się zniknąć po prostu usuwając konto, czy to na Facebooku, czy Instagramie, czy właśnie Snapchacie i (jeśli tylko nikogo nie zamordowałeś) jest duża szansa, że to co tam zrobiłeś nie przeniesie się na świat realny. Możesz zamknąć komputer i wyjść na zakupy do spożywczaka, jakby nie stało się nic.

Tyle, że jeśli budowałeś w sieci jakiś czas społeczność i masz już tych 15 obserwatorów, to szkoda byłoby ich tracić i całą tę pracę spuścić w zsypie przez jedno potknięcie, co nie?

Przyznaj się do wpadki i przeproś

Wcześniej śmieszkowaliśmy, a teraz pełna poważka.

Najlepszym wyjściem z tego typu sytuacji jest po prostu oficjalne przyznanie się do niej. Mleko się rozlało i nie ma co iść w zaparte, że to białkowa metoda polerowania podłogi. Albo, że akcja nie miała miejsca i cały czas jest w lodówce, czekając na otwarcie. Stało się, to się nie odstanie, trudno, masz nauczkę, żeby na drugi raz nagie fotki wysyłać gołębiem pocztowym albo, jeszcze lepiej, nie robić tego wcale, jednak jeśli chcesz uciszyć bieżącą aferę, po prostu przyznaj, że to pomyłka. I tyle. Serio, każdy popełnia błędy i nie ma ludzi bez skaz na wizerunku, nawet Radek Kotarski kiedyś powiedział słowo na „k”. Co prawda kończyło się na „urczę”, ale jednak.

Powiedz jaka była prawda, a utniesz spekulacje i zamieszanie wokół Twojej osoby, bo to do czego wszyscy Twoi fani-inaczej będą chcieli dotrzeć, dostaną podane na tacy, w związku z czym będą musieli zająć się inną aferą, bo tu już nic nie będzie do roboty. Tak więc, przyznaj się i przeproś. Ale nie przepraszaj za to, że miałeś ochotę na pokazanie nagości komuś ze znajomych, tylko za to, że mogły się na nią natknąć osoby niepełnoletnie, które nawet na lekcjach biologii mają listki na modelach anatomicznych.

Bohater dzisiejszego tekstu zachował się właśnie w ten sposób, za co szacunek i duża piątka dla niego. A dla całej reszty mam nadzieję, że wyniknie z tej sytuacji jakaś nauka. Na przykład taka: nie wysyłaj przez internet prywatnie niczego, czym nie chciałbyś się pochwalić publicznie.

autorem zdjęcia w nagłówku jest yaybiscuits123