Close
Close

Ostatnio wszyscy w kółko trąbią o oszczędzaniu pieniędzy, odkładaniu na czarną godzinę (jakby któraś była jasna) i rozsądnym planowaniu emerytury (łudzą się, że dożyją). Spoko, ja też nieraz miałem za dużo miesiąca pod koniec pieniędzy, ale ile można? To seksizm, rasizm i jawna dyskryminacja lansować w kółko tylko jeden model. A co z bananowcami, dziećmi lepszego boga i Pikejem? Nie widziałem do tej pory żadnego poradnika, który pomógłby im sensownie trwonić fortunę i przepuszczać hajs starych na pierdoły.

Dlatego postanowiłem im pomóc. I Tobie też.

Któryś z Twoich rodziców był na okładce Forbesa? Jesteś właścicielem rafinerii naftowej? Założyłeś Apple’a, Instagrama albo chociaż Naszą-Klasę? Nazywasz się Kulczyk? Odziedziczyłeś właśnie spadek po babci ze Stanów? Trafiłeś trójkę w lotka i nie wiesz co zrobić z taką górą pieniędzy? Luz, poniżej masz pro-triki, które powiedzą Ci jak nie oszczędzać.

Trzymaj całą kasę na jednym koncie – jeśli pensję/kieszonkowe i oszczędności/spadek po wuju z USA będziesz miał na tym samym rachunku, nawet nie zauważysz kiedy jedno zleje się z drugim. I rozpłynie.

Kupuj produkty w promocji – nawet jeśli ich nie potrzebujesz. Świeca komunijna przeceniona z 34,99zł na 34,98? Bierz! Chyba nie przepuścisz taaakiej okazji?

Planuj podróże w ostatniej chwili – bez sensu kupować bilety na Ryanaira 3 miesiące przed lotem. Lepiej to zrobić w dniu wylotu, gdy cena jest najwyższa.

Daj się ponieść emocjom – postaw kolejkę wszystkim w lokalu, kup 17 parę butów z okazji skończenia projektu, wynajmij przepiękne mieszkanie, na które Cię nie stać.

Olej rower – nawet latem. Tylko frajerzy poruszają się po mieście za darmo bez stania w korkach. Prawdziwe asy wszędzie bujają się taksą.

Płać za wszystko kartą – przy płatnościach gotówką na bieżąco zauważasz upływ pieniędzy. Przy płatnościach kartą dopiero gdy wejdziesz na konto.

Zostań sponsorem – najlepiej panny z jeszcze bardziej bananowego domu, niż Twój. Oszczędności życia znikną szybciej, niż Zbyszko na Wigilii w Radomiu.

Chodź do kina tylko w weekendy – i to na 3D. Pamiętaj, im droższe bilety, tym lepsza zabawa.

Kupuj więcej niż jesteś w stanie zjeść – w knajpie, w supermarkecie, w przetwórni drobiu. Zawsze proś o zestaw powiększony, ciastko i napój z dolewką, nawet jeśli jesteś w stanie zmieścić tylko drobną przekąskę. Niech widzą, że Cię stać.

Inwestuj – bez znajomości podstaw inwestowania. Czytanie książek o grze na giełdzie jest dla starych bibliotekarek i pryszczatych smutasów w pinglach.

Uzależnij się – kokaina, mefedron, heroina. Wszystko jest dla ludzi.

Spotykaj się tylko na mieście – chodzenie po parkach? Spacery na Wisłą? Wspinanie się na kopce? Wspólne gotowanie? Nuda! Nie ma nic bardziej emocjonującego, niż siedzenie w knajpie.

Wyrób sobie karty kredytowe – im więcej, tym lepiej. Jak dają to trzeba brać.

Kupuj ciuchy zaraz po wypuszczeniu kolekcji – po to wrzucają co pół roku nowe wzorki, żebyś był na czasie, a nie retro, jak biedaki kupujące to samo za ćwierć ceny kilka miesięcy później.

Zostań hazardzistą – zacznij od zdrapek, przejdź przez jednorękiego bandytę i spłucz się do reszty na pokerze albo ruletce. Jak człowiek z klasą.

Jeśli mimo wszystko zostanie Ci stówa albo dwie, zrób to co na zdjęciu w nagłówku. Skuteczność gwarantowana.

(niżej jest kolejny tekst)

47
Dodaj komentarz

avatar
20 Comment threads
27 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
22 Comment authors
S.LabellgrejfrutMichal SzafranskiŁukasz Przechodzeń Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Iwona
Gość
Iwona

teraz to mnie zmotywowałeś do oszczędzania :D ta ludzka przekorność

Jan Favre
Gość

Cholera, zawsze coś zrobię źle ;/

Iwona
Gość
Iwona

ja bym powiedziała, że podchodzisz do tematu z drugiej strony i wymuszasz na czytelnikach aktywność :P

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Znam prostsze sposoby.Kup kilkunastoletni samochód.To studnia bez dna do ładowania hajsu.
W kupowaniu bzdetów niestety to ja jestem tutaj mistrzem.Jestem podatna na promocje i kolorowe pudełeczka jak nikt w powiecie.Kupię dwulitrową colę,bo promocja (nie szkodzi,że chcę tylko puszkę,a za takim wiadrem nie przepadam,bo szybko wygazowuje),machnę nową szminkę,bo tego odcienia w palecie czerwieni jeszcze nie mam i pierdyknę nową sukienkę,bo sukienek nigdy dość.Taki już los bezrefleksyjnego chwilami konsumenta.A jak ruszają wyprzedaże,to szkoda gadać…

Jan Favre
Gość

O właśnie, auto! Dobrze, że przypomniałaś ;*

Анжелика Розалия
Gość
Анжелика Розалия

hahahaha się usmiałam :D

Agata Skop
Gość
Agata Skop

trzymaj kciuki, żebym „kiedyś” mogła skorzystać z Twojego poradnika ;-)

Pani Doskonałość
Gość

Fajny tekst :) Chociaż moje pieniądze to znikają nawet wtedy, gdy ich nie wydaje…

Jan Favre
Gość

Zaceruj skarpety ;)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Co zrobić, gdy przez przypadek pokażesz penisa na Snapchacie?

Skip to entry content

W weekend jednemu ze zwycięzców Top Model przydarzył się przykry wypadek – chciał wysłać zdjęcie swojego penisa znajomemu, a przez przypadek wysłał go do wszystkich obserwatorów na Snapchacie. Cóż, wpadka przykra jak rysa na nowy aucie, ale kto nigdy nie wysyłał swoich nagich zdjęć przez sieć, niech pierwszy poda pin do swojego telefonu. No dobra, ja swój mogę podać (1111, tylko nie mówcie nikomu, dobra?), bo nie zdarzyło się nawet raz, żebym za pomocą sieci chwalił się komuś swoim sprzętem (inna sprawa, że nie ma się czym chwalić) i tyle samo razy zdarzyło się, żeby ktoś przesłał mi swoje wdzięki przez internet (w sumie nie dziwię się, z taką aparycją, też bym sobie nie przesłał), ale mam kolegów (część podrywaczy, część po prostu youtuberów), którzy notorycznie dostają na Snapie jakieś gołe cycki. A czasem również penisy, co jednak woleliby wymazać z pamięci.

Osobiście jestem zdecydowanie przeciwny postępującemu szczuciu cycem, epatowaniu golizną od reklam kiełbasy, po wyzwania na YouTube i czuję zażenowanie za każdym razem, kiedy szafiarki pokazują dupę, żeby zebrać trochę lajków, jednak przez tak powszechną nagość nie powinno nas już ruszać zdjęcie gołego prącia na Snapchacie. A jednak rusza, bo cały czas się okłamujemy i udajemy, że nitka zakrywająca otwór odbytu to majtki, a piersi składają się tylko z sutków, więc śmiało można pokazać wszystko poza nimi, uznając, że nie są gołe. Czego świetny dowód dała ostatnio Kim Kardashian, wrzucając na Instagram samojebkę, na której zakrytą miała tylko pochwę i trochę sutków, w związku z czym, wszyscy uznali, że w takiej sytuacji absolutnie nie jest naga i podali zdjęcie dalej. Jednak nastoletni uczestnik Top Model nie zasłonił ujścia cewki moczowej swojego członka, udając, że jest ubrany, tylko pochwalił się nim w całej okazałości, co zaowocowało nagonką i aferą.

Co zrobić w takiej sytuacji? Co zrobić, gdy chciałeś po bożemu wysłać zdjęcie swojego wyciora w prywatnej wiadomości do ziomka z urologii, żeby powiedział Ci, czy nie złapałeś czegoś przy ostatnim przeczyszczaniu komina, ale pojebało Ci się i puściłeś to na „mystory” do całego świata? Opcji jest kilka, rozważmy wszystkie po kolei.

Usuń to!

Jeśli kliknięcie nie w to co potrzeba, było po prostu wynikiem grubych palców i już w chwili publikacji zdałeś sobie sprawę z sabotażu, jakiego dokonałeś na samym sobie, to może uda Ci się usunąć foto w stroju Adama, zanim ktokolwiek je zobaczy. Jeśli jednak masz wyjątkowo wielu obserwatorów (więcej niż 7) albo masz równie słaby refleks, co ogarnięcie i zorientowałeś się dopiero po kwadransie, to zrzuty ekranu z widokiem zarezerwowanym dla tej jednej jedynej, krążą już po sieci jak legenda o kolesiu wyrzuconym w kartonie przez okno w ramach „misji na Marsa”.

Powiedz, że to nie Twój penis tylko kolegi

Klasyczna ściema. Do końca gimnazjum zawsze, gdy zrobiłem jakiś przypał ściemniałem, że to nie ja tylko kolega. Albo gdy na wychowaniu do życia w rodzinie chciałem zadać niewygodne pytanie, typu „czemu Matka Ziemia, skoro ma jądro?”, zawsze wkręcałem, że to kolega pyta. Taki wałek przechodzi tylko u osób z IQ poniżej 80, tak że (w zależności do tego jak inteligentnych masz znajomych/widzów) może zdarzyć się, że ktoś tego jednak nie łyknie.

Powiedz, że to atak hakerski

U (choć trochę) znanych osób może przejść, ale normalsi nie mają szans. W czasach Gadu-Gadu kiedyś pomyliłem okna i zamiast kumplowi z klasy napisać, że z Marzeną znaleźliśmy wspólny język, wysłałem do wspomnianej wcześniej niewiasty wiadomość o treści „dobra stary, wróciłem, z cycków 10/10, ale całuje się jakby niewidomy po ciemku węgla szukał, nie polecam”. Dziwnym trafem nie chciała uwierzyć, że ktoś włamał mi się na kompa i to wcześniej, to na pewno nie ja.

Powiedz, że to ironicznie i dla beki

Tak jak hipsterzy noszą chujowe koszulki ironicznie, tak jak internetowe trolle obrażają Jana Pawła II dla beki, tak Ty możesz powiedzieć, że pokazałeś przyrodzenie w formie abstrakcyjnego żartu, a jak ktoś tego nie zrozumiał, to najwyraźniej jest ograniczony umysłowo. To nic, że 99% Twoich odbiorców tego nie zrozumie (bo co tu jest do rozumienia?), ważne, że w swoim mniemaniu będziesz mistrzem żartu, śmisznijszym niż Tadeusz Drozda.

Zapadnij się pod ziemię

Będąc nastolatkiem wielokrotnie próbowałem opanować sztukę dematerializacji, najczęściej właśnie po skompromitowaniu się na forum publicznym, jednak pomimo wymawiania zaklęć (głównie z podwórkowej łaciny) nigdy operacja ta nie zakończyła się sukcesem. W przypadku zrobienia sobie siary w świecie wirtualnym masz o tyle łatwiej, że z niego faktycznie da się zniknąć po prostu usuwając konto, czy to na Facebooku, czy Instagramie, czy właśnie Snapchacie i (jeśli tylko nikogo nie zamordowałeś) jest duża szansa, że to co tam zrobiłeś nie przeniesie się na świat realny. Możesz zamknąć komputer i wyjść na zakupy do spożywczaka, jakby nie stało się nic.

Tyle, że jeśli budowałeś w sieci jakiś czas społeczność i masz już tych 15 obserwatorów, to szkoda byłoby ich tracić i całą tę pracę spuścić w zsypie przez jedno potknięcie, co nie?

Przyznaj się do wpadki i przeproś

Wcześniej śmieszkowaliśmy, a teraz pełna poważka.

Najlepszym wyjściem z tego typu sytuacji jest po prostu oficjalne przyznanie się do niej. Mleko się rozlało i nie ma co iść w zaparte, że to białkowa metoda polerowania podłogi. Albo, że akcja nie miała miejsca i cały czas jest w lodówce, czekając na otwarcie. Stało się, to się nie odstanie, trudno, masz nauczkę, żeby na drugi raz nagie fotki wysyłać gołębiem pocztowym albo, jeszcze lepiej, nie robić tego wcale, jednak jeśli chcesz uciszyć bieżącą aferę, po prostu przyznaj, że to pomyłka. I tyle. Serio, każdy popełnia błędy i nie ma ludzi bez skaz na wizerunku, nawet Radek Kotarski kiedyś powiedział słowo na „k”. Co prawda kończyło się na „urczę”, ale jednak.

Powiedz jaka była prawda, a utniesz spekulacje i zamieszanie wokół Twojej osoby, bo to do czego wszyscy Twoi fani-inaczej będą chcieli dotrzeć, dostaną podane na tacy, w związku z czym będą musieli zająć się inną aferą, bo tu już nic nie będzie do roboty. Tak więc, przyznaj się i przeproś. Ale nie przepraszaj za to, że miałeś ochotę na pokazanie nagości komuś ze znajomych, tylko za to, że mogły się na nią natknąć osoby niepełnoletnie, które nawet na lekcjach biologii mają listki na modelach anatomicznych.

Bohater dzisiejszego tekstu zachował się właśnie w ten sposób, za co szacunek i duża piątka dla niego. A dla całej reszty mam nadzieję, że wyniknie z tej sytuacji jakaś nauka. Na przykład taka: nie wysyłaj przez internet prywatnie niczego, czym nie chciałbyś się pochwalić publicznie.

autorem zdjęcia w nagłówku jest yaybiscuits123

Skąd się biorą szczęśliwe pary?

Skip to entry content

„Skąd biorą się szczęśliwe pary?” – to pytanie prędzej czy później zadaje sobie każdy notoryczny singiel. Jak to się dzieje, że jedni są dopasowani do siebie jak puzzle, a drudzy jak skarpety do sandałów. Czemu jedni wyglądają jak dwie połówki tego samego owocu, a drudzy jak dwa lewe buty? Co sprawia, że mężczyzna z kobietą potrafią się wzajemnie uzupełniać, nie tylko fizycznie, ale i osobowościowo? Że rozumieją się, dogadują i wspierają na różnych płaszczyznach życia? Jak to się dzieje, że jeden związek tętni miłością, drugi wzajemnymi pretensjami, a trzeci czystą apatią i zrezygnowaniem?

Ja też zadawałem sobie te pytania latami, szukając odpowiedz po omacku, aż dostałem nią w twarz i wszystko stało się jasne.

Przede wszystkim trzeba poznać siebie

Trudno szukać współmurarza do budowania czegoś stałego, jeśli nie wiesz ani z jakich materiałów będziesz budował, ani jaką techniką, a przede wszystkim na jakim podłożu. Jeśli nigdy nie zastanawiałeś się nad tym, skąd wzięło się to, że jesteś jaki jesteś, z czego wynikają Twoje przekonania i co stoi za decyzjami, które podjąłeś, to trudno znaleźć kogoś, kto to zrozumie, skoro Ty sam nie masz o tym pojęcia. Jeśli nie znasz siebie, nie znasz swoich zalet i wad, nie wiesz w czym jesteś dobry, czego nienawidzisz, co chcesz w życiu robić i jaka historia za tym stoi, to jak chcesz spotkać kogoś, kto będzie Cię w tym wspierał?

Szukanie partnera, który będzie do Ciebie pasował, bez dogłębnego wglądu w samego siebie, to jak szukanie ciuchów na przyjęcie, nie wiedząc jaki to typ imprezy. Może się trafi, a może będziesz wyglądał jak Palikot na zaprzysiężeniu Dudy na prezydenta.

Związek nie jest lekiem na całe zło

Co dają dwa minusy? Kontakt z działem windykacji. Nie wierzysz? To spytaj kogoś, kto od dłuższego czasu ma ujemne saldo na dwóch kartach kredytowych. Dwójka nieszczęśliwych ludzi nie zacznie nagle promienieć radością tylko dlatego, że na siebie wpadła. Dalej będą nieszczęśliwi, tyle że razem.

A co daje plus i minus? Baterię, która ma ograniczoną żywotność. I im częściej będzie używana, tym szybciej się rozładuje. Jeśli jedna osoba wchodzi w relację z nastawieniem, że druga będzie opatrunkiem i maścią przyśpieszającą gojenie się jego psychicznych ran, to powinna udać się do lekarza, a nie na randkę. Jeśli czujesz się ze sobą źle, wiesz, że coś jest z Tobą nie tak, życie z samym sobą Cię męczy, to związek nie rozwiąże Twoich problemów. Bo to Twoje problemy. I Ty powinieneś się nimi zająć. Partner to nie terapeuta, tylko partner. Oczywiście jest po to, żeby Cię wspierać w trudnych sytuacjach, ale nie po to, żeby nadawać sens Twojemu życiu. Znalezienie drogi do zadowolenia z życia to Twoje zadanie.

To, że dwa plusy dają gwiazdkę, gdy się jeden trochę przekrzywi, to chyba wiemy, no nie? Ta gwiazdka z nieba spada, kiedy dodamy do siebie dwa szczęścia, ponieważ zachodzi synergia i jest tego zadowolenia więcej niż w pojedynkę. Dlatego warto szukać kogoś z wewnętrzną pogodą ducha, dopiero samemu będąc w takim stanie.

Spytałeś samego siebie: po co mi w ogóle związek?

Bo każdy z Twoich znajomych jest w związku? Bo nie chcesz czuć się gorszy? Bo babcia napastuję Cię o wnuki? Bo wszystkie Twoje przyjaciółki z dzieciństwa mają już mężów? Bo bez pary społeczeństwo daje Ci odczuć, że jesteś wybrakowany? To dość kiepska motywacja. A prawdopodobieństwo, że wejdziesz z nią w szczęśliwy związek, jest równie duże jak to, że Donald Trump zacznie pałać miłością do imigrantów.

 

Zastanów się jakie cechy preferujesz u płci przeciwnej

Większość facetów potrafi idealnie określić jaki chciałaby mieć samochód, wymieniając z pamięci w dowolnym stanie odurzenia detale poszczególnych podzespołów. Za to na pytanie „jaką chcą mieć partnerkę?”, są w stanie wydusić z siebie tylko, że ładną. Kobiety z kolei potrafią wizualizować sobie swoje wesele z dokładnością, co do grubości papieru i czcionki na zaproszeniach. Ale mówiąc o partnerze, z którym chcą spędzić resztę życia, ograniczają się do „wysoki” albo „nieważne jaki, ważne, żeby kochał”. No, fakt, dość chujowo byłoby zawierać małżeństwo z kimś, kto by Cię nie kochał, aczkolwiek wydaje mi się, że coś poza tym jeszcze się liczy, co?

I już nie tyle warto, co po prostu TRZEBA to bliżej niekreślone „coś” jak najbardziej doprecyzować. Bo jak można być szczęśliwym nie wiedząc samemu czego się chce? To znowu kupowanie kota w worku, a niespodzianki są fajne, jak jesteś w podstawówce i rozpakowujesz czekoladowe jajko z zabawką w środku, a nie jak jest się dorosłym człowiekiem i chce się układać wspólne życie z drugą osobą. Gdybyś miał grać do końca życia w jedną grę na konsoli, to wybrałbyś ją na chyba-trafił, bez przemyślenia, czy lubisz strategie, wyścigówki, czy Tetrisa? Gdybyś miała do 80-tki chodzić w tych samych butach, to wzięłabyś w ciemno pierwsze lepsze, bez zastanawiania się, czy są wygodne, ani czy Ci pasują?

Nie można liczyć, że stworzy się z partnerem udany związek, jeśli nie wie się jaki w ogóle ma ten partner być i czego się od niego oczekuje.

Szukaj. Najlepiej aktywnie!

To chyba najistotniejsza kwestia.

Słyszałeś to hasło „nie szukaj miłości, przyjdzie sama”? Słyszałeś, no nie? I wiesz co? Gówno prawda. Sama przychodzi starość i komornik, a za całą resztą trzeba pobiegać. Za miłością również, zwłaszcza jeśli ma być szczęśliwa.

Słyszałeś o tych wszystkich parach, które się poznały, bo on siedział w domu przed telewizorem, a ona leżała na łóżku i gapiła się w ścianę, też w domu, tyle że w swoim? Nie? No patrz, ja też nie. Może dlatego, że tak się nie dzieje.

Jeśli znasz siebie, wiesz kim jesteś, dobrze Ci z samym sobą, wiesz czemu chcesz wejść w związek i z osobą o jakich cechach mógłbyś go stworzyć, to… musisz ruszyć się i ją znaleźć! Wyjść z domu, zapisać się na kurs tańca, zacząć działać w organizacji studenckiej, wpaść na spotkanie dyskusyjnego klubu filmowego, wybrać się na koncert, zainstalować Tindera, przejść się po parku, zgłosić się do wolontariatu, zacząć puszczać bańki w centrum miasta albo zrobić cokolwiek innego, co sprawi, że poznasz nowych ludzi.

Opcji na znalezienie miłości swojego życia, z którą będziesz wieszał kłódki z Waszymi inicjałami na mostach, jest tyle samo, co ziaren piasku nad Bałtykiem, ale żadną z nich nie jest czekanie. I tyczy się to zarówno mężczyzn jak i kobiet.

Samoświadomość i działanie – stąd się biorą szczęśliwe pary.