Close
Close

Nie szukaj drugiej połówki. Znajdź drugą całość

Skip to entry content

Anna German – „Bez Ciebie nie ma mnie”

Przy Tobie z Tobą i dla Ciebie świat się zielenił.
A teraz pusto w całym niebie, na całej ziemi
I nie ma mnie bez Ciebie, nie ma mnie,
i lustro kłamie, nie ma mnie,

Od momentu, w którym pojawiamy się na tym świecie, system i popkultura fundują nam zbiorowe pranie mózgów, wtłaczając w nas przekonania, przez które jako dorośli ludzie  jesteśmy głęboko nieszczęśliwi.

System edukacji okłamuje nas, że zdobycie tytułu magistra jest gwarantem pracy i sukcesu zawodowego. Komedie romantyczne wmawiają mężczyznom, że skutecznym sposobem zdobycia kobiety jest nieustanne nadskakiwanie jej, obsypywanie prezentami i posłuszne przybieganie na każde zawołanie, jak dobrze wytresowany pies. Kolorowa prasa przekonuje dziewczyny, że o ich atrakcyjności stanowi ciągłe podążanie za modą i bycie na bieżąco ze wszystkimi trendami. Facebook i Instagram kreują świat, w którym wszyscy dookoła Ciebie nieprzerwanie mają turbo interesujące życie składające się tylko z rozrywki i wycieczek.

A popowe piosenki przekonują, że nie możesz być szczęśliwy bez drugiej połówki, bo to związek czyni życie wartym życia.

Ludzie szukają drugiej połówki

JWP – „Do dupy”

Wyjeżdżam dziś, lecz jutro wrócę kiciu
Twój miś, P.S Nadajesz sens memu życiu!

Filmy, seriale, książki i piosenki zarażają młode umysły nowotworem idei, że szczęście w pojedynkę jest niemożliwe. Wmawiają ludziom w każdym wieku, że ich nadrzędnym celem jest życie w związku, bo tylko wtedy takie życie jest wartościowe i ma jakikolwiek sens. Z popkultury płynie prosty przekaz: będąc samemu NIE MOŻESZ cieszyć się życiem.

Już samo określenie „druga połówka” jasno stwierdza, że nie jesteś kompletny, autonomiczny, zdolny do samodzielnej egzystencji. Jesteś tylko połową czegoś. Nie jesteś jednostką, jedną całością, skończonym, niezależnym tworem, jesteś zaledwie połową, która musi znaleźć drugą połowę, że była w pełni wartościowa. Kompletna. Tak jakbyś wychodząc z łona matki miał tylko jedną rękę, jedną nogę i na gwałt musiał znaleźć kogoś, kto ma drugą, żeby w ogóle móc zawiązać buty.

Ale to gówno prawda.

Jeśli tylko nie jesteś bliźniakiem syjamskim – a statystyka mówi mi, że jednak nie – to masz komplet rąk, komplet nóg, komplet uszu, komplet oczu, komplet jąder lub jajników, i – jeśli tylko za dużo czasu nie spędzasz w internecie – komplet szarych komórek też powinien się znaleźć. I to zupełnie wystarcza, żebyś realizował plany, spełniał marzenia, zdobywał szczyty, pokonywał morza, rozwijał karierę i odnosił sukcesy. I się tym cieszył. I był z tego dumny. I czuł satysfakcję. I co tylko chcesz. Nie ma absolutnie żadnych logicznych przeciwskazań, żebyś to wszystko robił w pojedynkę.

Nawet do osiągania orgazmów nie jest Ci potrzebna druga osoba. Nie jesteś połówką. Jesteś całością.

Ludzie znajdują drugą połówkę

Messajah – „Lepsza połowa”

Wszystko co najlepsze przynosisz mi Ty
Dajesz mi radość z życia i ocierasz łzy
Już na zawsze chcę być z tobą bo
Jesteś moją lepszą połową

Po wieloletnim faszerowaniu kłamstwem, że życie w pojedynkę to nie życie, a już na pewno nie życie, które warto żyć, ludzie zaczynają wierzyć, że tym, co nada sens ich egzystencji, jest właśnie druga osoba. Nie pasja, nie poznawanie świata, nie realizowanie się, nie doświadczanie przeżyć, nawet nie praca. Druga osoba.

Warunkują poczucie własnej wartości i zasadność niestrzelenia sobie w łeb posiadaniem innego człowieka. I to posiadaniem niemal dosłownym. Więc, gdy już, zdecydowanie mniej niż bardziej metaforycznie, zdobędą go, chcą się do niego przykuć łańcuchem, żeby nie uciekł, ani żeby nikt go nie zabrał, jakby był walizką z hajsem z początku „Chłopaki nie płaczą”. I aby wzmocnić ogniwa tego łańcucha, wypowiadają magiczne zaklęcia typu „jesteś moim światełkiem w tunelu”, „bez ciebie nie ma mnie”, „gdyby nie ty, nie miałbym po co żyć” lub „wszystko bez ciebie to chuj”. I mimo głębokiej wiary w przyciągającą moc tych aforyzmów, to po dłuższym czasie skutek najczęściej jest odwrotny.

Bo jakbyś się czuł, gdyby ktoś Ci w kółko powtarzał, że jesteś jedynym powodem, dla którego jeszcze nie skoczył z dachu? Że nic poza Tobą nie trzyma go przy życiu? Obciążające, co?

Ludzie tracą drugą połówkę

Oddział Zamknięty – „Bez Ciebie”

Bez Ciebie już nie ma mnie
Bez Ciebie już życie traci sens
Bez Ciebie mój cały świat nic już nie jest wart

Pomagałeś kiedyś iść kuśtykającej osobie? Albo jeszcze lepiej, niosłeś kiedyś na swoim barku zwłoki znajomego, którego przerósł melanż i wypił o jednego za dużo? Męczące, co? Tak brać na swoje plecy ciężar drugiej osoby i nieść Was dwoje? To teraz wyobraź sobie, że osoba, której na bieżąco dajesz odczuć, że jest jedynym powodem, dla którego oddychasz, nie ma tak od drzwi kamienicy, w której była impreza do drzwi taksówki, tylko cały czas. Non stop. Nieustannie czuje, że musi brać na siebie Twój ciężar i mieć tyle siły, żeby iść za Was oboje. A ta siła się kiedyś kończy. Bo jak długo można być ratownikiem wyławiającym topielca z bezsensu egzystencji? Nawet David Hasselhoff w „Słonecznym Patrolu” brał czasem wolne.

Zawęziłeś cały świat do tej osoby, więc gdy odchodzi, czujesz się jakby cały świat się skończył.

Nie zostałeś sam ze sobą. Zostałeś z siebie połową. Bo nie wierzyłeś, że jesteś na tyle kompletny, by egzystować w pojedynkę. A teraz, gdy świat wypadł Ci z Twoich rąk, jak na piątej płycie Myslovitz, jesteś o tym dogłębnie przekonany, bo tyle czasu sobie to wmawiałeś, że kłamstwo stało się prawdą. I nie budzisz się z ręką w nocniku. Budzisz się z ręką próbującą wyciągnąć Cię za uszy z szamba, w które wpadłeś. A gdy masz na tyle słaby wzrok, że nawet nie widzisz, w jakiej sytuacji się znajdujesz, topisz się.

***

Nie szukaj drugiej połówki. Znajdź drugą całość. Nie trzeba kończyć matematyki stosowanej, żeby wiedzieć, że 1+1, to więcej niż 0.5 + 0.5.

autorem zdjęcia w nagłówku jest jst.fd

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • ola kuta

    w życiu się da być odrębnymi istotami ale nie w intmnyn zbliżeniu w ekstazy wtedy ciała stają się jednością jednoczenie przeżywając orgazm to jest niebezpieczne i jednocześnie fascynujące i te przypadki kiedy się słyszy że dwoje ludzi zakleszczyło się w miłosnym uścisku to nie żadne bajki na dobranoc tylko kosmiczne uniesienie które jest możliwe gdy dwie istoty stają się całością a ten proces zaczyna się na etapie wspólnego życia a łóżko jest ostatecznym spełnieniem Życzę każdemu takiej jedności dwóch jednostek ;)

  • Dokładnie – człowiek musi być całością wobec siebie i czuć to że jest już cały i gotowy, aby móc dzielić się życiem z drugą osobą. Inaczej w pewnym momencie będzie czuć te braki.
    Naszła mniej jeszcze inna refleksja – czasami dochodzi też rodzinny efekt synergii 1+1 = 3,4,5 …. ;)

  • Weronika Piechocka

    Dzięki za przebudzenie, lepiej późno niż później

  • Paula

    O KURCZE.
    dobre, dobre
    i dlatego nie lubię słyszeć tych bredni typu „Jesteś całym moim światem” (serio można mieć tak ciekawe życie, by cały świat ograniczać do jednej osoby? eh:/)

  • leguka

    Wiem, że nie jest to tekst psychologiczny, a poruszony problem jest bardzo rozległy, natomiast tekst wydaje się jednowątkowy. Pięknie to wszystko brzmi – żyć dobrze z samym sobą, być kompletnym, stanowić jedynkę… Ale swoją kompletność, pogodzenie, tożsamość budujemy na relacjach z ludźmi. Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że mamy możliwość stworzenia sobie kompletnego wszechświata i pełnego komfortu samotności. To nas choćby ewolucyjnie uwiera, chcemy, mamy taki instynkt do zakładania naszego prywatnego stadka :) W swoim tekście piszesz do młodych, którzy mają pasję. Ale nie wszyscy są utalentowani i nie ma w tym nic złego. Co ze zwykłymi szarakami… siedzącymi w korpo. Dlaczego mieszkanie w kredycie i dziecko nie mogą być największym projektem życia… Zmierzając do puenty – czasami jakieś 0,5, albo nawet marne 0,2 musi spotkać takie silne np. 1,5 … ludzie mają na siebie ogromny wpływ, czerpią inspiracje, siłę, odkrywają przed sobą nowe horyzonty myślowe. Ponadto są tacy dla których naprawdę związek musi i powinien być sensem, bo nie posiadają takiego potencjału intelektualnego, żeby budować świat wokół swojej jednostkowości. Pozostając w klimacie ekonomii, liczb i wartości – „Nie ma ludzi, którzy do siebie pasują, są ludzie, którzy są siebie warci”. Mam nadzieję, że powrócisz jeszcze do tematu – roli, miejsca i priorytetu związku w życiu jednostki :)

  • Emilja

    Kompletna zgoda. Nie można liczyć, że ktoś za nas weźmie odpowiedzialność i da nam to czego sami nie potrafimy sobie często dać. Nazwać to można różnie – miłość, pewność, że da się radę w każdej sytuacji, sens…
    Mam teraz sytuację nieco inna niż opisywana, bo jestem z kimś ale chwilowo sama – druga część duetu w podróży morskiej na trochę – i muszę przyznać, że jest lepiej niż zakładałam. Miałam wrażenie, że jednak na tej drugiej osobie za bardzo opieram swoje działania. A jednak nie. Nie ma, że czegoś (kogoś?) brakuje i nie ma tej strasznej tęsknoty od której się umiera. Jest inaczej. Inspirująco. A to dopiero początek.
    Dzięki za ten tekst.

  • Dot

    „jeśli tylko za dużo czasu nie spędzasz w internecie – komplet szarych komórek też powinien się znaleźć.” :D

    „Bo jakbyś się czuł, gdyby ktoś Ci w kółko powtarzał, że jesteś jedynym powodem, dla którego jeszcze nie skoczył z dachu? Że nic poza Tobą nie trzyma go przy życiu? Obciążające, co?” Potwierdzam – zdecydowanie to jest beznadziejne. Nie ma nic gorszego niż obciążanie drugiej osoby swoim życiem. To prawie to samo, co zaciskanie pętli na szyi. Po jakimś czasie trudno swobodnie oddychać.

    „Nieustannie czuje, że musi brać na siebie Twój ciężar i mieć tyle siły, żeby iść za Was oboje. A ta siła się kiedyś kończy. Bo jak długo można być ratownikiem wyławiającym topielca z bezsensu egzystencji?” No właśnie.

    Janku, wspaniały tekst!! Myślę, że żeby móc stworzyć z kimś związek, trzeba przede wszystkim być usatysfakcjonowanym z siebie, a nie szukać poparcia u ukochanej osoby. Związek z kimś, kto potrzebuje ciągłego przekonywania, że jest coś warty, że życie ma sens, jest strasznie męczące. Osobom, które znajdą się w takiej sytuacji, polecam zwiewać jak najszybciej, bo na dłuższą metę przekonywanie kogoś, kto nie chce być przekonany, nie ma sensu.
    Wszystko sprowadza się do tego, żeby znać swoją wartość. Nigdy nie można liczyć na to, że tylko na wsparciu i pochwałach innych zajdziemy daleko, bo nic nie zastąpi własnego poczucia wartości. Normalny związek z drugą osobą możemy stworzyć tylko w poczuciu samozadowolenia. Opcja 1+1 jest wspaniała :)

    PS Posyłam wpis dalej :)

    • Dzięki Dot za ciepłe słowa, bardzo mi miło!

  • Ania Taflinska

    Z drugiej strony pamiętajmy o tym, że rzeczy i ludzie których kochamy definiują to, kim jesteśmy. Więc chyba nie ma się czemu dziwić, że za każdym razem kiedy to tracimy, tracimy też część siebie.

    Na naszą jedynkę składa się mnóstwo rzeczy, z czego miłość prawdopodobnie stanowi dość duży ich procent.

    Mam wrażenie, że zapanowała ostatni moda na umniejszanie znaczenia związku w naszym życiu. Jakby wszystko na świecie było ważniejsze, a partner był tylko nieważnym dodatkiem. I uważamy żeby przypadkiem nie przedłożyć związku nad cokolwiek innego. Skąd to?

    • Dot

      Myślę, że chodzi raczej o to, żeby nie uważać bycia w związku za priorytet w swoim życiu, bo jest to jedna z wielu składowych życia, jego dodatkowy element.

      • Ania Taflinska

        Jako jedną że składowych na pewno, z tym że związek nie może być jedynym z czego „składa się ” nasze życie w zupełności się zgadzam.
        Ale uważam, że właściwe jest uznawanie partnera za priorytet, w końcu to najważniejsza osoba w naszym życiu jednak.

  • Paulina

    Tak właśnie się czuje i tak jest. Podobno gdyby nie ja mój narzeczony dawno skoczyłby z dachu wieżowca. Albo lepiej. Powiesił się. I teraz wrażliwa duszo kłóć się z takim…

    • Paulina, z tego co piszesz powinnaś skierować go do psychologa i sama również podjąć terapię, bo to toksyczna relacja, która będzie miała negatywne konsekwencje dla obojga z Was. Nie lekceważ tego, proszę.

    • Dot

      Jeśli ktoś nie chce żyć, uważam, że nie ma sensu próbować go przekonać. Powinien sam znaleźć powód do życia. Jeśli nie ma chęci żyć, to może nie warto go ratować. Popieram zdanie Janka z terapią i psychologiem. To jest podstawa w takich przypadkach.

    • Wiesław, Kacper M

      masz cycki i cipe :) i dlatego masz przewagę

  • Naruba

    Kurcze Janek, ale trafiłeś z tym tekstem, dziękuję :) Znajduje się na takim etapie swojego życia, że coraz częściej łapie się na desperackiej myśli, że jeśli nie znajdę miłości to moje życie już zawsze będzie takie jakieś wybrakowane i puste. I straszliwie nie lubię tego stanu. Z drugiej strony stale z tyłu głowy kołacze mi się myśl, że to nie tak, że to to kultura wcisnęła mi w głowę schemat, że samotna dziewczyna jest jakaś taka mniej wartościowa i przeważnie nieszczęśliwa. A tak naprawdę to gówno prawda, bo moje szczęście zależy ode mnie nie od kogoś innego. Ktoś inny może je jedynie dopełnić Dałeś mi motywatora, żeby nie roztrząsać i wręcz nie delektować się tą swojej samotnością (tak, myślę, że taki stan już osiągnęłam)czyniąc z niej największy problem mojego życia. Być może spędzę je sama, ale kurde, wcale nie musi oznaczać to nieszczęścia. Biorę się w garść i od dzisiaj szukam szczęścia i satysfakcji na własną rękę. Co oczywiście nie wiąże się z końcem marzeń o znalezieniu miłości mojego życia, jak na niepoprawną romatyczkę przystało :) Jeszcze raz dzięki, pomogłeś mi! Aha, jeszcze dodam, że mega rzadko komentuje cokolwiek w necie, więc weź tą moją wypowiedź za mega komplement

  • tak bardzo prawdziwe. szkoda jednak, że wciąż tak mało oczywiste. to w gruncie rzeczy bardzo smuutne, że że musimy sobie ciągle przypominać o tym, co powinno być w jakimś sensie oczywistością. no, ale jak mus, to mus. dobrze, że niektórzy robią to w tak dobrym stylu :)

    pozdrawiam!

  • Adam Jarosz

    Nigdy tak o tym nie pomyślałem, dzięki Janie. Uwielbiam prostotę i celność twoich myśli :)

    • Cieszę się, że mogłem w jakiś sposób pomóc!

  • astaaa

    Bardzo dobry tekst. Kiedyś tak właśnie miałam, „druga połówka” była całym moim światem a po rozstaniu bardzo cierpiałam. Po czym przez 2 lata będąc samą nauczyłam się właśnie tej filozofii, że człowiek jest skończoną całością i teraz w pełni doceniam swojego nowego partnera; mam swój świat, on ma swój a razem tworzymy nasz wspólny i tak jest super. I wiem, że gdyby kiedyś coś poszło nie tak (ale oby nie), to ja poradzę sobie sama bo jestem „jedynką” a nie tylko „połówką”. ;)

    • Również tak miałem, stąd wiem jak bardzo jest to zgubne, i wydaje mi się, że niestety każdy tak miał, a wiele osób ma tak nadal, bo nie jest w stanie wyjść ponad przekaz płynący z otoczenia i zostaje z tym myśleniem, będąc nieszczęśliwa.

  • Kolejny świetny i dosadny tekst :) Moją lepszą połową jest moja BBF i wystarczy. Bycie dla kogoś całym światem jest cholernie męczące. Zwłaszcza jeśli jesteś osobą dla której świat nie kończy i nie zaczyna się na tej jednej osobie.

  • Według mnie nie mamy szans na zbudowanie fajnej, satysfakcjonującej relacji rozpaczliwie szukając tej drugiej połowy. To zupełnie nie wychodzi, gdy chcemy znaleźć w kimś sens życia i uczynić go naszym całym światem. Dopiero, gdy jesteśmy kompletni, bez jakiejś wyrwy w duszy/sercu/mózgu whatever, która krzyczy „daj mi miłość”, kiedy mamy swój świat, coś co nas cieszy, zajmuje nasz czas, sprawia, że jesteśmy z siebie dumni. Wtedy możemy znaleźć drugą jedynkę i stworzyć z nią super pozytywną relację. Nie wiem jak to nazwać, może to jakiś magnetyzm, pewność siebie, czy jakaś radość z nas bije. Przyciągamy innych do siebie. Masz w 100% rację w tej kwestii, szkoda, że niektórzy ludzie tego nie widzą. Może byłoby mniej nieszczęśliwych ludzi.

    • Dokładnie jest tak jak piszesz.

    • Zapiszę sobie ten komentarz, będę potrzebował go sobie czasem przeczytać. Dzięki.

    • Sarna, prowadzisz może bloga?:) Jeśli nie, powinnaś!

      • Bardzo mi miło, założyłam coś wczoraj,ale jeszcze nie jest blogiem. Może kiedyś będzie.

    • Monika Grzebyk

      Większość ludzi tego nie widzi.
      A czasem jest też tak, że ktoś to wszystko wie, ale nie umie zbudować sobie świata, nie umie stać się dla siebie kimś. I mimo, że wie, że nie tędy droga, dalej czuje się nikim i tylko przeglądając się w oczach ukochanej osoby może zobaczyć w sobie cokolwiek pozytywnego.
      Na szczęście to się leczy, mam nadzieję niedługo wyleczyć się też.

  • Jak bardzo lubię twoje teksty, tak teraz się z tobą w zupełności nie zgodzę. Nie dlatego, że jestem jakimś nierealnym romantykiem marzącym o jedynej miłości życia i wierzącym w to, że na pewno gdzieś na świecie jest ta jedna którą latający potwór spaghetti wybrał mi paręnaście lat temu.

    Lecz dlatego, że kiedyś miałem takie samo myślenie jak Ty.

    Nie mówię tutaj o trafnych puentach, czy stwierdzeniach że 1+1 jest większe. Chodzi mi o mentalność i cały tekst… Mylisz się.

    Wydaje mi się że nigdy nigdy nie byłeś kochany i nie kochałeś jednocześnie, choć mogę się bardzo mylić. Wiem mniej więcej jednak, jak wygląda życie po jednej jak i drugiej stronie barykady.

    Rok temu zgodziłbym się z Tobą w 100%. Przybił piątkę, przechylił kielona i powiedział że masz absolutną rację, a kto myśli inaczej, ten niewdzięczny, potrzebujący debil. Nic bardziej mylnego.

    Jasne, przedstawiłeś na blogu całkowitą skrajność obrzydliwego desperactwa. Z drugiej strony – skrajność po drugiej stronie w której „jebać świat jebać miłość, liczę się tylko ja”. Gloryfikujesz tą drugą, co jest… bardzo zgubne.

    Jasne, jako samotny człowiek możesz być szczęśliwy. Możesz rozwijać swoje pasję, być w czymś najlepszym, robić to na co się ma ochotę itd.

    Ale prawie każdego samotnego wieczoru będziesz tęsknić za miłością którą Ci dawała. Za uśmiechem który mówił „kocham Cię”. Za tym, jak bardzo o Ciebie dbała i jak fajnie przytulała się w trakcie snu. Za dotykiem, seksem, miłością, tymi dużymi jak i bardzo malutkimi rzeczami.

    No jasne, jak mówisz, nawet dochodzić zawsze możesz sam, ale gdzie w tym oddech drugiej osoby? Przyjemność z tego, że sprawiasz jej/jemu niesamowitą przyjemność? Jej drżące i gorące ciało? Jego czuły, lecz mocny i dominujący uścisk? Tego nigdy nie zamienisz.

    Nie wiem czy jest to biologia czy jakaś większa potrzeba ludzka, ale ja po wszystkich przejściach i różnych doświadczeniach jestem zdania, że potrzebujemy drugiej połówki, by nasze życie było spełnione. Przepraszam wszystkie feministki, wieczne singielki które na instagramie udają że mają na to wyjebane – dobrze wiemy że nie macie.

    Bo można być szczęśliwym samemu, ale dopiero z miłością u boku czujemy się całkowicie spełnieni.

    • Kompletnie, ale to kompletnie nie zrozumiałeś tego tekstu. Polecam przeczytać jeszcze raz, może tym razem się uda.

      • „Już samo określenie „druga połówka”
        jasno stwierdza, że nie jesteś kompletny, autonomiczny, zdolny do
        samodzielnej egzystencji. Jesteś tylko połową czegoś. Nie jesteś
        jednostką, jedną całością, skończonym, niezależnym tworem, jesteś
        zaledwie połową, która musi znaleźć drugą połowę, że była w pełni
        wartościowa. Kompletna. Tak jakbyś wychodząc z łona matki miał tylko
        jedną rękę, jedną nogę i na gwałt musiał znaleźć kogoś, kto ma drugą,
        żeby w ogóle móc zawiązać buty.

        Ale to gówno prawda.”

        Chociażby ten fragment jest kompletnym kłamstwem. Nie jesteśmy kompletni i autonomiczni. Mężczyźni potrzebują damskiej energii, a kobiety męskiej. Ręka ci jej nie zapewni. Mówiłem już wcześniej – trzeba w tym wszystkim znaleźć złoty środek, a nie przechodzić z jednej skrajności w skrajność. Bo jakoś miałem wrażenie, że piszesz ten tekst do zranionych osób, które potrzebują mentalnego poklepania po plecach i wmówienie sobie że nie potrzebujemy tej drugiej osoby.

        • Grechuta

          Mam wrażenie, że nie chcesz zrozumieć tego tekstu tylko dopasować go pod swoją tezę. Janek nigdzie tu nie napisał, że należy odrzucić całkowicie płeć przeciwną i być na zawsze singlem, tylko, że nie należy szukać sensu swojego życia w drugiej osobie, bo to zgubne, bo sens swojego życia określamy sami i nikt za nas tego nie zrobi.

          • Tak jest, nie wiem co mogę dodać do tego oprócz komentarza, który wyżej napisała Sarna.

        • Dot

          W tym tekście Jankowi chodziło o to, że nie powinniśmy uważać drugiej połówki za cały świat ani bycia w związku za coś, co decyduje o naszym szczęściu.

    • Katherine

      Mylisz potrzebę miłości z samotnością. To jest zupełnie inna kwestia. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i do właściwej egzystencji potrzebuje towarzystwa innych osób, ale nie oznacza to, że nie może czuć się spełniony jako samodzielna jednostka.

  • Karolina

    Świetne podejście do tematu. Uwielbiam Twoje porównania. :)

  • Jak ja kocham Twoje teksty, człowieku!

    • Takie miłe rzeczy, a dziś nie walentynki, łouł!

      • To pozdrów jeszcze mamę, co by nam się święta wyrównały. :v

  • Agnieszka Kruk

    <3 wiecej nie trzeba :)

10 typów ludzi, których nie chcesz spotkać na ulicy

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z Krajową Radą Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego

Wiesz, że mamy jeden z najwyższych współczynników śmiertelności w wypadkach drogowych w Europie? Że w zeszłym roku w Polsce zginęło przez to 3026 osób? Bo 8 na 100 takich wypadków kończy się śmiercią? Ja też nie, dopóki nie przeczytałem raportu Biura Ruchu Drogowego. Na ulicy pojawiam się i jako kierowca, i jako rowerzysta, a najczęściej jako pieszy, i trafiam na ludzi z każdej z tych grup, którzy zapominają, że nie są tam sami. Przez co wolałbym ich nie spotykać.

Młody gniewny

Odebrał prawko w zeszłym tygodniu i jeszcze dobrze nie opanował sprzęgła, ale już chce lecieć stówką w terenie zabudowanym. Najlepiej ruszając z trójki. Wziął sobie do serca słowa wujka Wiesia na ostatnich imieninach cioci Marzeny, że tak jak na egzaminie, to już nie pojedzie nigdy w życiu. Bo na egzaminie jeździ się, żeby zdać, a w życiu, żeby zdążyć na obiad. Dlatego nigdy nie zatrzymuje się na zielonej strzałce. Przed torami kolejowymi też. I na stopie też nie, jak nic nie jedzie.

Najwięcej wypadków ze skutkiem śmiertelnym spowodowały osoby w wieku 18-24lata.

Rebeliant

Anarchia, wolność i leki na receptę bez recepty dla wszystkich! Buntownik z wyboru, już w przedszkolu walczył o swoją niezależność otwarcie ignorując poobiednie leżakowanie, kontynuując drogę rewolucjonisty i pisząc „mój” przez u otwarte aż do matury. Nikt nie narzuci mu, że białe jest białe, a czarne jest czarne, a tym bardziej, że nie może przechodzić na czerwonym. Czy Luke Skywalker trzymał się zasad narzuconych przez imperialistyczny system? No właśnie!

Janusz biznesu

Miałeś kiedyś w trakcie jazdy tak ważny telefon, że aż zjechałeś na pobocze, żeby go odebrać i porozmawiać? Tak? No i po co to wszystko? Trzeba było jedną ręką trzymać słuchawkę, drugą dźwignię zmiany biegów, zębami kierownicę, a rzęsą włączyć kierunkowskaz. Zestaw słuchawkowy? Głośnomówiący? Bluetooth w uchu? A co Ty z Holiłudu jesteś, czy ze Star Treka? Prawdziwy byznesmen potrafi zmieniając pas ruchu, wyprzedzając na trzeciego i odpalając czerwonego Viceroya w tym samym czasie odebrać ważny telefon. Czyli każdy telefon, bo w byznesie wszystkie telefony są ważne.

Kierowcy jadący 100 km/h i trzymający komórkę przy uchu hamują średnio o 14 metrów później niż nierozmawiający.

Klubowóz

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Co mówiłeś?

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– Nie słyszę…

UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY-UMCY.

– W końcu przejechał, możesz powtórzyć?

Najwięcej wypadków śmiertelnych jest w piątek i sobotę.

W dni imprezowe.

Ostatnia szara komórka

Koniom zakłada się klapki na oczy, żeby nie patrzyły na boki, a ludziom wkłada w ręce smartfony. Świecący prostokąt przed twarzą i całe otoczenie przestaje istnieć. O ile w przestrzeniach zamkniętych można po prostu popsuć sobie wzrok, o tyle w terenie otwartym można zepsuć sobie nogi, ręce, żebra albo życie. Na przykład przechodząc przez ruchliwą ulicę wpatrzonym w komórkę.

Niespokojna noga

Zwany też lowriderem dla ubogich. Przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, przyśpiesza, zwalnia, a auto się gibie jak na teledysku do „Still D.R.E.”. Zatrzymuje się zawsze metr za linią stopu na światłach, a gdy stoisz na pasach, nigdy nie wiesz, czy nie zatrzyma się na Tobie. Ani czy nie wjedzie Ci w tyłek, jeśli stoisz przed nim w korku i ruszysz ćwierć sekundy później niż on.

Niezachowanie bezpiecznej odległości między pojazdami, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

Usain Bolt

Rusza z bloków startowych w momencie, gdy w autobusie po drugiej stronie ulicy zamykają się drzwi i biegnie do nich jak po karpia na Wigilię. Ignorując wszystkich uczestników ruchu drogowego dookoła. Gdyby któryś z kierowców samochodów cudem omijających go miał gorszy dzień, albo bardziej zużyte klocki hamulcowe, do celu dojechałby na masce. Kończąc karierę sportową w szpitalu.

Oszczędny

Ładowanie akumulatora? 50 groszy.

Migacz boczny do Opla? 14 złotych.

Emocje z jazdy bez używania kierunkowskazów? Bezcenne!

Nieprawidłowe wyprzedzanie, jest jedną z głównych przyczyn wypadków na prostych odcinkach.

James Bond na rowerze

Szpieg w służbie Jej Królewskiej Mości realizuje tajne zadanie, od powodzenia którego zależą losy starego kontynentu, dlatego musi pozostać incognito. I jedzie na rowerze nocą bez oświetlenia i odblasków, zmieniając pasy jakby miał za sobą ogon odkąd wyszedł z MI6. Dzięki temu jest niewidzialny dla kontrwywiadu. I wszystkich pozostałych uczestników ruchu drogowego.

Szybki i wściekły

Wiesz po co w aucie jest pedał gazu? Żeby go używać! Dlatego dopóki nie czuje pod dużym palcem u prawej stopy podłogi, ciśnie. Ciśnie wyprzedzając ruszający autobus, ciśnie na gasnącym pomarańczowym i ciśnie wymijając matkę z dzieckiem na pasach. Jak im zrobi peeling pięt, to może nauczą się szybciej chodzić. Gdy nie może zasnąć po ciężkim dniu, bo męczą go wyrzuty sumienia, że przez półtorej minuty jechał prawym pasem, układa sobie w głowie, co by powiedział Vin Dieselowi jakby go spotkał. I jakim jechałby autem, gdyby kręcili „The Fast and the Furious: Zabrze Drift”.

W zeszłym roku główną przyczyną aż 7195 wypadków było niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

Kierowcy wczujcie się w rolę pieszych! Tylko wzajemne zrozumienie może zaprowadzić nas bezpiecznie do celu. Druga odsłona naszej kampanii. #kierowcaVpieszy

Opublikowany przez Krajowa Rada BRD na 25 września 2017

Ten tekst jest uszczypliwy, ale tylko po to, by zwrócić uwagę na zachowania, które mogą przyczynić się do tragedii. Niezależnie, czy jesteś kierowcą w nowej, błyszczącej strzale, czy pieszym, który musi zdążyć na tramwaj, zwracajmy na siebie uwagę i pamiętajmy, że nie jesteśmy sami na ulicy. Zaoszczędzimy sobie nerwów, zdrowia, a czasem i życia.

---> SKOMENTUJ

Skąd bierze się biała plamka na spodzie bułki w McDonald’s?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

W zeszłą środę razem z trójką czytelników (Pawłem, Patrycją i Pauliną) byłem w McDonald’s na ulicy Floriańskiej w Krakowie, zobaczyć jak lokal wygląda od kuchni (mówiąc dosłownie), sprawdzić jak to wszystko funkcjonuje od środka i skonfrontować kilka mitów z rzeczywistością. I prócz sentymentalnego powrotu do czasów, gdy sam pracowałem w Maku w trakcie studiów, mam dla Was odpowiedzi na większość pytań, które zadawaliście na Fejsie. Na większość, a nie na wszystkie, bo niektóre były tak niedorzeczne, że już po przeczytaniu ich na głos oczywiste było, że to absurd i nieprawda.

Nie przedłużając… jedziemy z tematem!

Co się dzieje z jedzeniem, które wystygnie?

sekretne menu mcdonalds

Wielu z Was zastanawiało się, co się dzieje z hamburgerami, które wystygły zanim ktoś je zamówił. Otóż wcześniej, kanapki, które przekroczyły dopuszczalny czas oczekiwania (i nie były już ciepłe, przez co, nie można było podać ich klientom), były liczone jako straty i wyrzucane. Natomiast w tym momencie, w lokalach, które przeszły modernizację (i stanowisko do składania zamówień oddzielone jest od stanowiska, w którym wydaje się jedzenie), niemal wszystko robione jest dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta, po to, aby wyeliminować sytuację stygnięcia szamy i zminimalizować straty do zera.

Dlaczego nie można zimnego jedzenia oddać bezdomnym? Bo pojawia się kwestia podatku od darowizny i niestety firma nie może ot tak, oddać komuś za darmo swoich produktów, tylko musi za to zapłacić, więc to mało ekonomiczna sprawa. A czemu nie można przewieźć tego jedzenia do schroniska dla zwierząt? Z tego samego powodu, plus, dochodzi do tego jeszcze kwestia transportu i spełnienia odpowiednich warunków do składowania żywności, więc też średnio się to kalkuluje.

Takie prawo, panie.

Czy w McMuffinach są jajka z proszku?

mcmuffin jajka

Nie. Byłem w chłodni, widziałem na własne oczy, wyżej macie foto. Są normalne jajka dwójki, od kur z chowu ściółkowego.

Przy okazji kwestii półproduktów z proszku, ktoś pytał, czy cebula w hamburgerach jest prawdziwa. Tak, cebula, tak jak wszystkie warzywa, i również wszystkie mięsa, jest prawdziwa. Nie z proszku, nie z drukarki 3D, nawet nie z amelinium.

Czy do cheesburgerów dodaje się środki antywymiotne? (opcjonalnie: czy do jedzenia w Maku dodaje się środki uzależniające)

środki natywymiiotne w mcdonalds

To jest ten typ pytania, który od razu po przeczytaniu na głos wydaje się idiotyczny i naprawdę trudno wziąć na serio, żeby ktoś przy zdrowych zmysłach wierzył, że legalnie działająca firma robi coś takiego. Przedsiębiorstwo działające w tylu miejscach w Polsce i podlegające tylu różnym nieustannym kontrolom, bez zająknięcia zostałoby zamknięte, gdyby tylko faszerowało czymś jedzenie, ale to pytanie pojawiło się tyle razy, że oficjalnie na nie odpowiadam.

Uwaga, uwaga: nie.

Do wołowiny nie dodaje się nic poza solą i pieprzem (które widzicie powyżej) już po usmażeniu i, żeby nie było wątpliwości, do ŻADNYCH innych produktów w McDonald’s nie dodaje się ani środków antywymiotnych, ani uzależniających. Czuję się w tym momencie trochę, jakbym ogłaszał, że dokonałem przełomowego odkrycia i informował Was, że Ziemia jednak nie jest płaska, tylko okrągła, ale piszę to, żeby mieć czyste sumienie.

Do tego jedzenia nie wraca się dlatego, że ktoś coś do niego dosypał, tylko dlatego, że jest smaczne. Eureka co? Wiem, że prawda jest mało spektakularna, ale cóż, tak jest. A wchodzi dobrze na kacu, bo jest słone i ma w sobie tłuszcz. Podobnie jak pizza, kebaby, czy curry wursty.

Skąd się bierze biała plamka na spodzie bułki w McDonald’s?

plamki na bułkach w mcdonalds

Kolejna turbo spiskowa teoria mająca powiązanie z poprzednią. Co na temat „tajemniczych” plamek na spodzie bułek z hamburgerów w Maku mówią legendy miejskiej? Że to oczywiście miejsce, gdzie dodawana jest tabletka antywymiotna lub uzależniająca (w zależności, kto jest sympatykiem jakiego spisku).

Jaka jest prawda? To ślad po pęcherzu powietrza, który zostaje uwięziony w bułce, gdy placek niewyrośniętego ciasta trafia do formy. Szczelnie zamknięte ciasto zamyka trochę powietrza, które nie ma jak się wydostać.

Powtórzę jeszcze raz, żeby nie było wątpliwości: ta biała plamka, to ślad po powietrzu.

Czy nuggetsy powstają z różowej masy mięsa oddzielonego mechanicznie?

mcnuggets

Naoglądałem się różnych filmów w sieci i też się poważnie nad tym zastanawiałem. Niestety, kolejne rozczarowanie. Gdyby McNuggets były z przemielonego MOM, to po przerwaniu byłyby takiej konsystencji jak parówka. A nie są. Gdy przerwiecie je w połowie, wyglądają jak usmażona pierś kurczaka. Pewnie dlatego, że są z piersi kurczaka. Tyle, że pociętej.

Czy jedzenie z McDonald’s faktycznie się nie psuje?

mięso w mcdonalds

Coś na co czekały wszystkie tygryski. W tym ja.

Z tego co ustaliłem, to, po pierwsze, jedzenie z Maka psuje się, jak każde inne, tyle, że, jak każde inne, musi mieć ku temu odpowiednie warunki. Czyli ciemność, wilgoć i dostęp do bakterii. Jeśli ktoś nie będzie go dotykał, gołymi, niewysterylizowanymi rękami, a dodatku położy je w suchym, przewiewnym miejscu, to stanie się z nim to samo, co z szynką parmeńską, która wisi sobie po kilkanaście miesięcy, również nie psując się. Mianowicie, ususzy się.

Po drugie, i frytki, i hamburgery są solone, co ułatwia mumifikację. Czyli zasuszanie się.

Po trzecie, jak to mawiał Albert Einstein do swoich uczniów, nie wierzcie we wszystko co zobaczycie w internecie. A najlepiej przeprowadźcie taki test samemu i sprawdźcie, czy faktycznie tak jest. Bo może się okazać, że jednak Demotywatory kłamią. Tak jak w przypadku Grubsona i jego rzekomego raka.

praca w mddonalds

To tyle z naszej wizyty w Maku na Floriańskiej, ale jeśli jesteście dalej głodni (hehe) konfrontowania mitów z rzeczywistością, to sprawdźcie tekst dotyczący pracy w McDonald’s, relację z wizyty w zakładach dostarczających mięso i frytki, albo po prostu zadajcie im pytanie bezpośrednio. Bo, kto pyta, nie robi sobie siary przy znajomych, jak mówi stare polskie przysłowie.

---> SKOMENTUJ

Dzień, w którym całym sercem zacząłem popierać Janusza Korwina-Mikkego

Skip to entry content

Jeśli oczekiwałeś jednoznacznej deklaracji poglądów politycznych od pierwszej linijki, to wstrzymaj swoje konie, jak mawiają Amerykanie. Sprawa jest dużo bardziej poważna i zawiła. Prawie tak zawiła jak fabuła „Mody na sukces”.

Jakieś półtora miesiąca temu, zaczęło mnie boleć ucho, ale jak na prawdziwego mężczyznę, leczącego każdą dolegliwość banieczką albo dwoma, przystało, zignorowałem to. Nie będę przecież z jakimś głupim uchem od razu biegł do lekarza jak jakaś baba, co nie? No, to po tym jak pewnej nocy myślałem, że zwariuję z bólu i nie zmrużyłem oka do godziny 3:00, kiedy to półprzytomny pobiegłem na Orlen po cokolwiek przeciwbólowego, stwierdziłem, że jednak bez wizyty u pani w białym kitlu się nie obędzie. Mimo, że chodzenia po przychodniach i wysiadywania w kolejkach nienawidzę tak mocno, jak smażonej wątróbki, buraków i zimnej pizzy.

No i się zaczęło.

Najpierw poszedłem do lekarza rodzinnego, który przyjął mnie mimo, że owej rodziny  wcale nie posiadam. Miło z jego strony. Przyjął i powiedział, cytuję „ma pan zapalenie gardła i powiększony migdałek uciska trąbkę słuchową, przez co boli pana ucho”. Ani gardło mnie nie bolało, ani nie spodziewałem się żadnych instrumentów dętych w swoim organizmie, ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi. Dostałem siatkę leków, od których po tygodniu miało mi przejść.

Nie przeszło, no to jeszcze raz udałem się do lekarza rodzinnego, który przyjmuje również singli.

– Ma pan tyle woskowiny w uszach, że ja tam nic nie widzę. Nic. Nawet jakbym chciała dojrzeć, to nic. Nic nie widać, kompletnie nic – powtórzyła to tyle razy, że miałem wrażenie jakby grała w jakieś medyczne literaki i dostawała premię słowną za każdym razem, kiedy powie słowo „nic”.
– W sensie, sugeruje pani, że się nie myję? – co jest zarzutem absurdalnym, bo staram się to robić, co najmniej raz w miesiącu, a w okresach kiedy wychodzę z domu, nawet dwa razy.
– Ja nic nie sugeruję, ale musi pan iść do laryngologa, bo nic nie widzę. Nic. Kompletnie nic. Choćbym chciała, to ni… – na bank gabinet jest na podsłuchu i dostaje nowy stetoskop za każdym razem, kiedy powiem 30 razy „nic” w ciągu wizyty.
– Tak, rozumiem. To proszę wypisać mi skierowanie.

No i z tym skierowaniem sprintem do laryngologa na drugim końcu miasta, modląc, żeby przyjął mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka, topiące lodowce i łamiące serca z betonu, bo normalny termin oczywiście najszybciej za kwartał. Pani laryngolog na szczęście dość szybko okazała się człowiekiem i zgodziła się mnie przyjąć bez symulowania płaczu pocierając cebulą o powieki. Za co wielkie dzięki, bo nie zdążyłem znaleźć żadnego warzywniaka po drodze.

Gdy już usiadłem na fotelu, od razu uprzedziłem, że na bieżąco dbam o higienę osobistą, często nawet przy użyciu mydła, a czasem nawet i szamponu, i absolutnie nie mam pojęcia, skąd ta woskowina wzięła się w moich uszach. Pani laryngolog z miejsca dała wiarę moim zapewnieniom, widząc pewnie, że nie mam żadnych liści we włosach, ani etykiet z jaboli w brodzie, co mogłoby wskazywać na spanie pod mostem, i uspokoiła mnie wyjaśniając, że „wie pan, no, tak bywa”. Po czym wypłukała woskowe czopy powstałe, jak się od innego lekarza w końcu dowiedziałem, w skutek choroby i/lub nadprodukcji jakichś hormonów. I powiedziała, że mam lekkie zapalenie w prawym uchu. Co nieco bardziej niż nieco mnie zaskoczyło, bo cały czas bolało mnie lewe i od tych kilkunastu dni nie miałem żadnych obiekcji co do prawego. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, wie co robi.

Po 5 dniach znów lewe ucho nie dawało mi spać, a do tego doszedł kurewski ból żołądka – dla zainteresowanych: uczucie jakby ktoś Ci żyletkami przeciągał po wnętrznościach – więc, jak bumerang, wróciłem do familijnej pani doktór.

– Ale jak to dalej boli pana ucho? – świetne pytanie. Tyle, że nie do mnie – Przecież tu już wszystko powinno być zaleczone.
– Dalej mnie boli, na tyle, że nie mogę spać, a do tego doszedł ból żołądka. Podejrzewam, że od leków – bo ile przecież można żreć tę chemię, bez konsekwencji dla organizmu?
– Jak to boli pana żołądek? No, teraz to już pan coś wymyśla. Pewnie zjadł pan jakąś starą kiełbasę – bez, kurwa, komentarza.

Pani doktór familijna, co to obraziła się, że choroba mi nie przeszkodzi mimo jej leczenia i najprawdopodobniej, to nie przechodzi przeze mnie, bo nie chcę, żeby mi przeszła, w ramach ostatecznej ostateczności dała mi skierowanie na SOR do szpitala Narutowicza. Czyli na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Myślę sobie: „ratunkowy”, to może w końcu ktoś mnie tam uratuje, bo ile można tonąć w takim absurdzie? Ale to był tylko początek potopu.

Oglądaliście kiedyś „12 prac Asteriksa”? Kojarzycie epizod, gdy mieli załatwić coś w urzędzie? Nie? To ja Wam ten epizod mogę opowiedzieć scena po scenie, bo przeżyłem go w zeszłym tygodniu.

Wchodzę do tego szpitala, widzę kolejkę dłuższą niż na spotkanie autorskie z Red Lipstick Monster, to pytam, czy jak mam skierowanie na SOR do laryngologa, to tutaj. W odpowiedzi dostaję krótko odszczeknięte „nie”, przy drugim podejściu już nieco dłuższe „nie, na SOR to na SOR”, a za trzecim razem, obrażona na cały świat pracownica szpitala jest nawet na tyle łaskawa, że wskazuje mi politowawczym machnięciem ręką, gdzie ten SOR jest. Bo jak mogę nie wiedzieć? W końcu jestem tu przecież już pierwszy raz.

Docieram do tego SORu, mówię w jakiej sprawie, słyszę, że mam czekać. No to czekam. Po kwadransie wchodzę na, tak zwany, wywiad diagnostyczny, mówię dokładnie to samo, co w poprzednim okienku – że ucho, że spać nie mogę, że boli – i słyszę, że mam iść zaczekać w kolejce do internisty. No to czekam. Mam już trochę doświadczenia w tym temacie, tak że idzie mi całkiem nieźle. Po kolejnym kwadransie internista wyczytuje, nawet nie tak bardzo przekręcając, moje nazwisko i mówi już w progu, że nie ma sensu, żeby mnie oglądał, bo to trzeba na oddział laryngologiczny. Myślę: łouł, chyba jestem geniuszem, wpadłem na to samo przed przyjściem tutaj, a w życiu nie otarłem się nawet o studia medyczne!

Idę na ten oddział laryngologiczny według jednoznacznych wskazówek „windą na drugie piętro i po lewej, a tam to już się pan zapyta” i docierając do miejsca „po lewej” pytam. Pytanie odbija się po korytarzu lekkim echem, po czym matka z dwójką dzieci, wyglądająca jak stały eksponat w tym muzeum cierpliwości, odpowiada mi, że lekarzy nie ma, bo poszli na obchód i trzeba czekać. Na czekaniu znam się już coraz lepiej, więc podejmuję wyzwanie. Po jakiejś połowie godziny zjawiają się lekarze i mówią, że z całego serca współczują mi problemów z uchem i po wysłuchaniu mojej historii prawie rozkleiły im się chodaki od wilgoci ich łez, ale oni tu na oddziale przyjmują dopiero po 16:00, a jest przed 12:00, więc muszę iść do poradni. Na parterze. Po prawej.

Ciuteńkę poirytowany, że straciłem absolutnie bezsensownie 40 minut, tylko dlatego, że interniście coś się popierdoliło, podążam za wskazówkami. Docieram i słyszę, że trzeba poczekać. No, w tym jestem już asem, więc napierdalam jak szalony. W końcu uchylają się wrota i słyszę coś na kształt „proszę”, brzmiące jednak jak „następny”.

– Dzień dobry, ja… – nie zdążyłem dokończyć.
– Co się dzieje? – dość osobliwa odpowiedź na „dzień dobry”.
– Czwarty tydzień boli mnie ucho i… – znów nie zdążyłem dokończyć.
– Jak mnie ząb bolał, to wyrwałem – że co? Ty tak na serio, czy ci się standup ze szpitalem pomylił?
– To proszę wyjąć skalpel i amputujemy, jak tak pan radzi – no dawaj śmieszku, zobaczymy, czy masz jaja, żeby to pociągnąć.
– Proszę się odwrócić – oj, chyba się panu doktórowi śmiszne teksty pokończyły.
– Ała – wepchnął mi wziernik z delikatnością Danny’ego Trejo w „Maczecie”.
– Ma pan zapalenie ucha – no, robimy grube postępy, powiedz mi coś czego nie wiem.
– A od czego się to wzięło panie doktorze, bo… – nie zdążyłem dokończyć po raz trzeci.
– A co pana to interesuje?  – nie wierzę, że lekarz w szpitalu naprawdę tak do mnie powiedział, to chyba halucynacje – Założymy panu opatrunek, dostanie pan antybiotyk i krople, i przejdzie.

Oczywiście raczkujący komik nie mógł mi wypisać recepty na wcześniej wspomniane lekarstwa osobiście, tylko z pobazgroloną kartką, którą wręczyła mi jego asystentka, musiałem wrócić do internisty. I zgadnijcie co zrobić? Macie jakieś typy/pomysły/nieśmieszne propozycje? Tak, dokładnie: czekać. Zaprawiony w boju poszedłem na rekord i dobiłem do 45 minut. 45 minut czekania na receptę. CZTERDZIEŚCI PIĘĆ. MINUT. NA. SAMĄ. RECEPTĘ.

Myślicie, że to koniec co? Że na drugi dzień ściągnąłem opatrunek, zakropiłem ucho, wziąłem antybiotyk i po tygodniu przeszło? Heh, zawsze wiedziałem, że mam czytelników jajcarzy. NIE, TO NIE BYŁ KONIEC.

Krople, które przepisał mi lekarz-kabareciarz, a konkretnie Atecortin, ZALEPIŁY MI UCHO! Serio, zakropiłem według zaleceń na ulotce, położyłem się na bok na 15 minut, po kwadransie odwracam się i przykładam chusteczkę do ucha, żeby nie pobrudzić poduszki, a tu nic. Cytując panią doktór familijną „nic, nic, kompletnie nic”. Krople wpłynęły, ale nie wypłynęły, tworząc jakąś tarczę osłonową jak w „Star Treku”. I przy okazji powodując, że stałem się pół głuchy na to ucho. Ale mówię dobra, lekarz, to lekarz, przepisał, kazał stosować, to pewnie tak ma być. Przez noc wypłynie, rozejdzie się albo wyparuje, bo przecież nie pakowałby mnie umyślnie na minę, co nie?

Ale ani po nocy, ani po upłynięciu równej doby ucho się nie odetkało. Wręcz przeciwnie. Czułem, że czop powstały z tych zastygniętych kropli pęcznieje i zaczyna mnie uwierać. Wspominałem już, że przepisał mi je lekarz?

To była oczywiście sobota. Więc nie mogłem pójść „normalnie” do przychodni. Tylko na „świąteczny całodobowy dyżur”. Gdzie uprawiałem czynność, którą tak skutecznie trenowałem w szpitalu, przez półtorej godziny ciągiem. Żeby  po 25 minutach badania dowiedzieć się, że mam zapchane ucho. (ŁOUUUUUUŁ! NIE ŻEBYM TO POWIEDZIAŁ OD RAZU NA POCZĄTKU WIZYTY) I że muszę iść na płukanie ucha. Do laryngologa. W poniedziałek. Czyli za 2 dni. Bo oni tu nie płuczą. (WRRRR!)

Nie poddawałem się. I pojechałem do szpitala. Innego. Tym razem Rydgiera. Po uprzednim zatelefonowaniu. I opisaniu. Co się. Dzieje. Z moim. Uchem. I usłyszeniu, że „no, to pewnie trzeba przepłukać, to niech pan zgłosi się na SOR”. Przyjechałem, jak już wcześniej wspomniałem. I uciąłem sobie przemiłą pogawędkę z panią na SORze.

– Dzień dobry, od dwóch dób mam zatkane ucho po zakropieniu Atecortinem i… – oni uwielbiają przerywać.
– Boli pana to ucho? – nie musiałaby zadawać tego pytania, gdyby mi nie przerwała.
– Tak, boli i… – znowu! Znowu mi przerwała!
– A ma pan gorączkę?
– Nie wiem, bo nie mam termo… – kolejny, kurwa, raz!
– No to, jak nie ma gorączki, to nie ma zagrożenia życia. W poniedziałek pójdzie pan do laryngologa, to panu obejrzy – AAAAAAAAAAAAA, ZARAZ CHYBA ZWARIUJĘ!!!!!!!!!! ZARAZ TY BĘDZIESZ MIAŁA ZAGROŻENIE ŻYCIA!!!!!!!!!!!!!!!!!

Przed rozbiciem szyby, za którą siedziała, przy użyciu metalowego krzesła, powstrzymała mnie kobieta siedząca na nim. A raczej powstrzymała mnie jej waga. Nie dało rady jej ruszyć z miejsca. Zawiedziony, wkurwiony, zrezygnowany i złamany psychicznie, powłóczyłem nogami w kierunku przystanku, żeby poużalać się nad swoim losem w ciepełku swojego łóżka i przejrzeć informacje w sieci na temat życia z jednym uchem. Bo wszystko wskazywało na to, że jedynym skutecznym rozwiązaniem będzie amputacja. Kuchennym nożem.

Gdy już zwątpiłem we wszystko oprócz pewników wyznawanych przez Bejamina Franklina, obudził mnie dźwięk gołębi kopulujących ze sobą na moim balkonie i okazało się, że jest poniedziałek. A ja go jakimś cudem dożyłem. Postawiłem swoje zwłoki do pionu, nałożyłem na nie odpowiednie na maraton czekania buty i spodnie, i pojechałem do znanej już pani laryngolog, znów modląc, żeby przyjęła mnie na moje spojrzenie kota ze Shreka i tak dalej.

I… przyjęła! I… wypłukała! I… od tego momentu z uchem już nic się nie działo!!! Nic! NIC! N-I-C! NNNIIICCC!!! (medyczna premia słowna za użycie „nic” x 500) I wszyscy, żyli długo i szczęśliwie poza jednym wyjątkiem.

– Pani doktor, to to ucho zatkało się od tego Atecortinu?
– Tak, bo te krople takie są, bardzo gęste, jak budyń, wie pan, i one często zapychają, tak że pan, to w ogóle nie powinien nimi zakrapiać.
– Pani doktor, ale mnie je przepisał lekarz w szpitalu.
– To może zły lekarz był. Albo zły szpital. Hehe.

Po tym dniu miałem w głowie tylko jedną myśl: Januszu Korwinie-Mikke, królu mój, oddam na Ciebie wszystkie głosy, ale daj Ty mi prywatną służbę zdrowia! Nie chcę marihułaniny, nie chcę broni, nie chcę nawet legalnej prostytucji, chcę tylko prywatną służbę zdrowia, bo krew mnie zalewa, jak z moich składek zdrowotnych idzie hajs na złych lekarzy i złe szpitale, co mi ucho zatykają i jeszcze kręcą z tego bekę!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emily

---> SKOMENTUJ