Close
Close

13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa

Skip to entry content

Pamiętasz te czasy, kiedy najmocniejszym pociskiem w stronę kolegi z klasy było nazwanie go głupkiem? Gdy nie tytułowało się ludzi wulgarnymi określeniami narządów rozrodczych? Tylko najwyżej kapuścianymi łbami? Ani nie kazało im się uprawiać stosunków płciowych, gdy przegięli i nas zdenerwowali, ale zalecało spadanie na drzewo? Mimo, że za dzieciaka dochodziło do konfliktów równie często, co za doroślaka, jeśli nie częściej, to nie były one tak brzemienne w skutkach. Czy to ze względu na słownictwo? Chyba nie, ale i tak wolałbym słuchać ówczesnych kłótni, niż tych aktualnych.

Dziś dzień dziecka, czyli święto nas wszystkich, przypomnij sobie jak czule kiedyś potrafiliśmy się obrażać. Przed Tobą 13 najmocniejszych besztów z dzieciństwa.

1. Przeżywasz jak mrówka okres – wjeżdżamy z grubej rury! Nikt, ale to absolutnie nikt z chłopaków w tamtych czasach nie wiedział czym jest rzekomy „okres”, ale jakoś przyjęło się, że jak porównujesz kogoś do robaka, to poprzedzające to określenia, też muszą być ostrym pojazdem.

2. Turlaj dropsa – i bynajmniej nie było to jeszcze bardziej zawoalowane „zarzuć piksę”. Raczej zabawniejsze „wal się”.

3. Ciebie robił! – uniwersalna riposta na każdy obraźliwy epitet.

– Boże, jak ty wyglądasz… wystroiłaś się jak szafiarka!
– Ciebie robiła!

Działa cały czas, co?

4. Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu braknie – czyli prosto i treściwie zobrazowane „nie kozacz”, rzucane zazwyczaj, gdy ktoś się popisywał lub przechwalał, a dało się wyczuć, że to co mówi może się rozmijać z prawdą.

5. Dwóch na jednego, to banda Łysego – nigdy nie udało mi się ustalić personaliów Łysego i tego, czemu jego ekipa tak często była wymieniana przy okazji podwórkowcych konflitków. Jeśli ktoś dysponuje takimi informacjami, to proszę o kontakt.

6. Spier-papier! – dziś już nikt tak pięknie nie mówi, żebyś się oddalił.

7. Nie pokazuj języka, bo ci krowa nasika – nikogo z moich kolegów nigdy nie dosięgnęło to proroctwo, i podejrzewam, że nikogo z Twojej paczki również, jednak wszyscy i tak traktowali tę wróżbę jako przepowiednię krótkiego terminu realizacji i bardzo sprawnie ów język przestawali pokazywać, panicznie wypatrując na horyzoncie zbliżających się krów.

8. Kto się przezywa, sam się tak nazywa – jeszcze bardziej uniwersalne, niż „ciebie robił”. Odbija każdy atak skuteczniej, niż dziecko Anny Kurnikovej z Jerzym Janowiczem, wychowywane przez siostry Williams.

9. Nie do rymu, nie do taktu, wsadź se palec do kontaktu – gdy ktoś beształ Cię tak wyszukaną rymowanką, jasne było, że dalsze brnięcie w wyzywaninę nie ma sensu, bo, a nuż, okaże się, że ma zacięcie rymotwórcze i w kolejnej rundzie zrymuje coś z Twoim nazwiskiem. A wtedy pewne byłoby, że rym do tego, co napisane jest przy numerze Twojego mieszkania na domofonie, zostałby już na zawsze Twoim przezwiskiem. Przezwiskiem, którego z pewnością nie chciałeś mieć.

10. Po nazwisku, to po pysku – tu już mieliśmy większe prawdopodobieństwo realizacji niż w przypadku klątwy z wołowiną, jednak paradoksalnie oponent jeszcze gorliwiej wypowiadał sformułowania, na które reagowaliśmy w ten sposób.

11. Coś ci spadło… [po chwili lub gdy druga osoba spytała „co?”] ciśnienie w majtkach – do dziś nie wiem co to tak naprawdę znaczyło, ale ciężar gatunkowy obelgi miał mniej więcej tę samą wagę, co obecnie zasugerowanie, że ktoś ma problemy ze wzwodem.

12. Jakbym miał taką twarz, to bym się uczył na niej siadać – pojazd po bandzie, jedna z najobraźliwszych obelg jaką stosowało się w dzieciństwie. Dostać takim hasłem przy kumplach, to jak stanąć gołą stopą na klocku Lego. Niby niepozorne, niby nikt się nie spodziewa, a boli jak cholera.

13. Chyba ty! – stosuję do dnia dzisiejszego. Zawsze się sprawdza.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z marką Lech

Zastanawiałeś się kiedyś, co ma na Ciebie wpływ? Dość oczywiste jest, że ludzie bo to kim jesteś, w dużej mierze jest wypadkową Twoich rodziców, przyjaciół, wrogów i innych osób, które spotkałeś na swojej drodze, ale co jeszcze? Muzyka? Pewnie! W końcu jak mogłaby nie mieć znaczenia piosenka, z której refren nucisz tygodniami. Filmy? No jasne! Nic tak nie uwrażliwia jak „Król Lew”. A gry? Kto nie kupił sobie deskorolki pod wpływem „Tony Hawk’s Pro Skater 2”, niech pierwszy cofnie lajka. Dobra, mam wrażenie, że się rozumiemy, ale trochę się zagalopowaliśmy.

Spójrzmy trochę bliżej. Na coś bardziej codziennego.

Twoje otoczenie wpływa na Ciebie

Czemu większość osób nie jest w stanie zacząć nauki, dopóki nie wysprząta całego pokoju? A przynajmniej dopóki nie ma idealnego porządku na biurku? Czemu za pokój hotelowy z widokiem na morze trzeba zapłacić ekstra? Czemu w ogóle istnieje taki zawód jak projektant wnętrz? Czemu mieszkania w Warszawie są najdroższe w Polsce? Czemu milej się je posiłek na tarasie ogrodowym, niż w stołówce robotniczej? Czemu ludzie buntują się, gdy się dowiadują, że pod oknami ich domów ma przebiegać droga szybkiego ruchu?

Bo to co nas otacza ma znaczenie. Bo wpływa na nas.

Zamieszkałem w Krakowie, bo byłem zafascynowany atmosferą tego miasta, tym połączeniem ducha historii z wszechobecnym luzem i znajdowaniem się w centrum kultury. Ten klimat wielkiego przedsionka Europy, który jednocześnie ma w sobie kameralność małego miasteczka, urzekł mnie. I od chwili przeprowadzenia się tutaj 8 lat temu, aż do teraz, cały czas działa kojąco jak balsam. I każdego dnia zdaję sobie sprawę z tego jaki wpływ mają na mnie bulwary, po których spaceruję, parki i biblioteki, w których pracuję i kawiarnie, w których się spotykam z przyjaciółmi.

Pozytywny wpływ.

Chodzenie na TEDxy i słuchanie genialnych mówców inspiruje mnie, zresztą tak jak wpadanie do MOCAKu, czy Muzeum Narodowego. Spacerowanie po Lasku Wolskim zaspokaja moją potrzebę kontaktu z naturą, a leżenie na trawie na Bulwarach Wiślanych pragnienie odpoczynku. Trasa wokół błoń jest świetnym miejscem na liźnięcie trochę ruchu, a nieopodal świeżo otwarty skwer z foodtruckami w Cichym Kąciku, opcją na uszczknięcie trochę hipsterki. Nie mówiąc już o tym, jak spoko sprawą jest wspinanie się, pływanie, czy grillowanie na Zakrzówku. Podróżowanie komunikacją, natomiast jest gwarantem darmowej rozrywki. Zwłaszcza po północy.

To miasto i pobudza mnie, i daje oddech uspokojenia, i zasadniczo jest super! Choć kilka rzeczy bym zmienił, żeby było jeszcze lepiej, zwłaszcza że jest ku temu sposobność.

100 000 złotych na zmianę Twojego miasta na lepsze

lech

Marka Lech w ramach akcji LECHSTARTER daje milion (serio, tu nie ma literówki: MILION) złotych na pozytywną zmianę polskich miast. O co chodzi? O to, żeby zmieniać miejsca brzydkie na ładne, betonowe pustynie zastąpić zielenią, a nudne dzielnice wypełnić życiem. Czyli o to, żeby nam wszystkim żyło się ładniej, wygodniej i mądrzej. Lepiej. Do 5 czerwca (czyli do niedzieli) można głosować na innowacyjne pomysły, które zmienią Wasze otoczenia na przyjazne. Albo jeszcze przyjaźniejsze, niż do tej pory.

Projekty metamorfozy przestrzeni miejskiej dotyczą takich obszarów jak: zazielenianie, łączenie ludzi, nowe technologie, zmienianie na ładne. A wcześniej wspomniany milion zostanie rozdzielony w następujący sposób:

– 5 grantów dla 5 miast o wartości 100 000 złotych

– 20 mikrograntów dla 20 miast o wartości 25 000 złotych

O tym, które miasto dostanie ile kasy, na jaki projekt i czy w ogóle, decydujemy my. Codziennie można oddać 1 głos na daną propozycję i najchętniej, samolubnie namówiłbym Was, żebyście codziennie głosowali tylko na pomysły dotyczące ulepszania Krakowa, ale te z innych regionów są tak bardzo spoko, że źle bym się czuł, gdybym o nich nie wspomniał.

Co to za turbo koncepcje zmiany miejskiego otoczenia?

Odpicowane rury w Warszawie

LECHSTARTER warszawa

O co chodzi? Byliście kiedyś na warszawskim Targówku? Widzieliście te blaszane węże ciągnące się po powierzchni, wyglądające, jakby wielkiemu robotowi rozlały się wnętrzności? W sensie instalację rur naziemnych wijących się między domami i szpecących dzielnicę? Plan jest taki, żeby zaczęły ją zdobić.

Malowanie rur ciepłowniczych na Targówku zostanie podzielone na dwa etapy: w pierwszym, powstaną na nich murale stworzone przez artystów specjalizujących się w tym, w drugim, w trakcie konkursu zostaną wyłonieni graficy-amatorzy, którzy odpicują je wedle swojej fantazji. Aż już bym chciał zobaczyć, jak to będzie wyglądało!

–> GŁOSUJ! <–

 

Relaks do kwadratu w Słupsku

LECHSTARTER słupsk

O co chodzi? Są takie lokalizacje w Słupsku, które kiedyś tętniły życiem, będąc miejscem spotkań ludzi, a dziś są zapomniane jak długopis, który wpadł za kanapę i czas je przykurzył. Akcja jest taka, żeby zreaktywować je, czyniąc z nich przestrzeń publicznej integracji. Mają w nich powstać mobilne strefy relaksu w formie drewnianych wiat z trwale zamontowanymi leżakami, huśtawkami, hamakami, ławkami i stołami, jako miejsce spotkań i imprez, i bardzo szeroko rozumianego reklasu.

Biorę to!

–> GŁOSUJ! <–

Interaktywna ławka w Krakowie

LECHSTARTER kraków

O co chodzi? Chodzi o to, żeby ławki w parkach, czy na plantach, zamieniły się w darmowe cyfrowe biblioteki, z który możesz skorzystać za pomocą telefonu albo tabletu. Spoko, co?

Przestrzeń wokół ławeczki, zostanie zaaranżowana tak, aby swoją formą nawiązywała do dzieł sztuki dostępnych w niej. Czyli, że jak w ławce dostępny będzie „Władca Pierścieni”, to dookoła będą elfy i orki, a Twojego smartfona pilnować będzie Golum. No dobra, może ciutkę mnie poniosło, ale zapowiada się mega spoko, zwłaszcza, że w obrębie interaktywnej ławki publikować będzie można też własne prace. Czyli będzie jak pokazać skrywane po szufladach wiersze.

–> GŁOSUJ! <–

Podwórko Hilarego w Łodzi

LECHSTARTER łódź

O co chodzi? Łódź jaka jest każdy widzi. Wystarczy zejść z Piotrkowskiej w boczną uliczkę, żeby zacząć łapać się za portfel, co nieco niszczy pozytywne wrażenie budowane przez przepiękne murale. „Podwórko Hilarego”, ma być kreatywną przestrzenią współpracy artystów z mieszkańcami na rzecz zmiany miejskiego otoczenia. Ma być zarówno miejscem wystaw i towarzyszących im wernisaży scalających społeczność, jak i bieżącą strefą pracy twórczej.  I źródłem pomysłów na dalszą rewitalizację miasta.

–> GŁOSUJ! <–

Kajaki we Wrocławiu

LECHSTARTER Wrocław

O co chodzi? „Kajaki, kajaki, bo kajaki są od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego” jak mówi stara piosenka zespołu Fasolki. Mieszkańcy osiedla Port Olimpia we Wrocławiu też chcieliby się pobawić, dlatego pomyśleli, że można by coś zrobić z tą Odrą płynącą przez środek miasta.

Nie jestem jakimś wytrawny kajakarzem, a w zasadzie to żadnym, ale opcja spędzania czasu na łonie natury i podziwiania przyrody, uprawiając w tym czasie aktywność fizyczną razem z sąsiadem, czy tam sąsiadką, brzmi bardzo pierwszoklasowo.

–> GŁOSUJ! <–

Majsterkowicze w Poznaniu

LECHSTARTER poznań

O co chodzi? O to, że żeby przekonać ludzi do majsterkowania. Udostępniając im za darmo specjalistyczne maszyny, narzędzia i przestrzeń do działania. Ideą jest pokazanie, że zepsute rzeczy można naprawić, a nowe wykonać samemu, a – jak sami twórcy pomysłu mówią – „jeżeli ktoś myśli, że nie umie i nie da rady, to go nauczymy”.

Mnie nikt nie uczył, dlatego moje umiejętności naprawcze są mocno ograniczone, żeby nie powiedzieć, że ich nie ma, ale jeśli miałbym możliwość rozwijania ich pod okiem fachowców i to jeszcze za friko, to nie zaskoczę Was pewnie, jeśli powiem, że bym z niej skorzystał. A taka możliwość będzie, bo w ramach masjterkowych weekendów, oprócz dostępu do sprzętu, organizowane będą również spotkania z ekspertami.

–> GŁOSUJ! <–

 

Niech żyje się lepiej! Listę wszystkich miast i wszystkich projektów biorących udział w głosowaniu znajdziesz na stronie LECHSTARTERA. Daj znać, na który pomysł zagłosowałeś i czemu akurat na Kraków.

---> SKOMENTUJ

Nie szukaj drugiej połówki. Znajdź drugą całość

Skip to entry content

Anna German – „Bez Ciebie nie ma mnie”

Przy Tobie z Tobą i dla Ciebie świat się zielenił.
A teraz pusto w całym niebie, na całej ziemi
I nie ma mnie bez Ciebie, nie ma mnie,
i lustro kłamie, nie ma mnie,

Od momentu, w którym pojawiamy się na tym świecie, system i popkultura fundują nam zbiorowe pranie mózgów, wtłaczając w nas przekonania, przez które jako dorośli ludzie  jesteśmy głęboko nieszczęśliwi.

System edukacji okłamuje nas, że zdobycie tytułu magistra jest gwarantem pracy i sukcesu zawodowego. Komedie romantyczne wmawiają mężczyznom, że skutecznym sposobem zdobycia kobiety jest nieustanne nadskakiwanie jej, obsypywanie prezentami i posłuszne przybieganie na każde zawołanie, jak dobrze wytresowany pies. Kolorowa prasa przekonuje dziewczyny, że o ich atrakcyjności stanowi ciągłe podążanie za modą i bycie na bieżąco ze wszystkimi trendami. Facebook i Instagram kreują świat, w którym wszyscy dookoła Ciebie nieprzerwanie mają turbo interesujące życie składające się tylko z rozrywki i wycieczek.

A popowe piosenki przekonują, że nie możesz być szczęśliwy bez drugiej połówki, bo to związek czyni życie wartym życia.

Ludzie szukają drugiej połówki

JWP – „Do dupy”

Wyjeżdżam dziś, lecz jutro wrócę kiciu
Twój miś, P.S Nadajesz sens memu życiu!

Filmy, seriale, książki i piosenki zarażają młode umysły nowotworem idei, że szczęście w pojedynkę jest niemożliwe. Wmawiają ludziom w każdym wieku, że ich nadrzędnym celem jest życie w związku, bo tylko wtedy takie życie jest wartościowe i ma jakikolwiek sens. Z popkultury płynie prosty przekaz: będąc samemu NIE MOŻESZ cieszyć się życiem.

Już samo określenie „druga połówka” jasno stwierdza, że nie jesteś kompletny, autonomiczny, zdolny do samodzielnej egzystencji. Jesteś tylko połową czegoś. Nie jesteś jednostką, jedną całością, skończonym, niezależnym tworem, jesteś zaledwie połową, która musi znaleźć drugą połowę, że była w pełni wartościowa. Kompletna. Tak jakbyś wychodząc z łona matki miał tylko jedną rękę, jedną nogę i na gwałt musiał znaleźć kogoś, kto ma drugą, żeby w ogóle móc zawiązać buty.

Ale to gówno prawda.

Jeśli tylko nie jesteś bliźniakiem syjamskim – a statystyka mówi mi, że jednak nie – to masz komplet rąk, komplet nóg, komplet uszu, komplet oczu, komplet jąder lub jajników, i – jeśli tylko za dużo czasu nie spędzasz w internecie – komplet szarych komórek też powinien się znaleźć. I to zupełnie wystarcza, żebyś realizował plany, spełniał marzenia, zdobywał szczyty, pokonywał morza, rozwijał karierę i odnosił sukcesy. I się tym cieszył. I był z tego dumny. I czuł satysfakcję. I co tylko chcesz. Nie ma absolutnie żadnych logicznych przeciwskazań, żebyś to wszystko robił w pojedynkę.

Nawet do osiągania orgazmów nie jest Ci potrzebna druga osoba. Nie jesteś połówką. Jesteś całością.

Ludzie znajdują drugą połówkę

Messajah – „Lepsza połowa”

Wszystko co najlepsze przynosisz mi Ty
Dajesz mi radość z życia i ocierasz łzy
Już na zawsze chcę być z tobą bo
Jesteś moją lepszą połową

Po wieloletnim faszerowaniu kłamstwem, że życie w pojedynkę to nie życie, a już na pewno nie życie, które warto żyć, ludzie zaczynają wierzyć, że tym, co nada sens ich egzystencji, jest właśnie druga osoba. Nie pasja, nie poznawanie świata, nie realizowanie się, nie doświadczanie przeżyć, nawet nie praca. Druga osoba.

Warunkują poczucie własnej wartości i zasadność niestrzelenia sobie w łeb posiadaniem innego człowieka. I to posiadaniem niemal dosłownym. Więc, gdy już, zdecydowanie mniej niż bardziej metaforycznie, zdobędą go, chcą się do niego przykuć łańcuchem, żeby nie uciekł, ani żeby nikt go nie zabrał, jakby był walizką z hajsem z początku „Chłopaki nie płaczą”. I aby wzmocnić ogniwa tego łańcucha, wypowiadają magiczne zaklęcia typu „jesteś moim światełkiem w tunelu”, „bez ciebie nie ma mnie”, „gdyby nie ty, nie miałbym po co żyć” lub „wszystko bez ciebie to chuj”. I mimo głębokiej wiary w przyciągającą moc tych aforyzmów, to po dłuższym czasie skutek najczęściej jest odwrotny.

Bo jakbyś się czuł, gdyby ktoś Ci w kółko powtarzał, że jesteś jedynym powodem, dla którego jeszcze nie skoczył z dachu? Że nic poza Tobą nie trzyma go przy życiu? Obciążające, co?

Ludzie tracą drugą połówkę

Oddział Zamknięty – „Bez Ciebie”

Bez Ciebie już nie ma mnie
Bez Ciebie już życie traci sens
Bez Ciebie mój cały świat nic już nie jest wart

Pomagałeś kiedyś iść kuśtykającej osobie? Albo jeszcze lepiej, niosłeś kiedyś na swoim barku zwłoki znajomego, którego przerósł melanż i wypił o jednego za dużo? Męczące, co? Tak brać na swoje plecy ciężar drugiej osoby i nieść Was dwoje? To teraz wyobraź sobie, że osoba, której na bieżąco dajesz odczuć, że jest jedynym powodem, dla którego oddychasz, nie ma tak od drzwi kamienicy, w której była impreza do drzwi taksówki, tylko cały czas. Non stop. Nieustannie czuje, że musi brać na siebie Twój ciężar i mieć tyle siły, żeby iść za Was oboje. A ta siła się kiedyś kończy. Bo jak długo można być ratownikiem wyławiającym topielca z bezsensu egzystencji? Nawet David Hasselhoff w „Słonecznym Patrolu” brał czasem wolne.

Zawęziłeś cały świat do tej osoby, więc gdy odchodzi, czujesz się jakby cały świat się skończył.

Nie zostałeś sam ze sobą. Zostałeś z siebie połową. Bo nie wierzyłeś, że jesteś na tyle kompletny, by egzystować w pojedynkę. A teraz, gdy świat wypadł Ci z Twoich rąk, jak na piątej płycie Myslovitz, jesteś o tym dogłębnie przekonany, bo tyle czasu sobie to wmawiałeś, że kłamstwo stało się prawdą. I nie budzisz się z ręką w nocniku. Budzisz się z ręką próbującą wyciągnąć Cię za uszy z szamba, w które wpadłeś. A gdy masz na tyle słaby wzrok, że nawet nie widzisz, w jakiej sytuacji się znajdujesz, topisz się.

***

Nie szukaj drugiej połówki. Znajdź drugą całość. Nie trzeba kończyć matematyki stosowanej, żeby wiedzieć, że 1+1, to więcej niż 0.5 + 0.5.

autorem zdjęcia w nagłówku jest jst.fd

---> SKOMENTUJ