Close
Close

19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii

Skip to entry content

Od zeszłego roku mam postanowienie, że przynajmniej raz na 2 miesiące wyruszę gdzieś za granicę, bo wiadomo, że nic tak nie kształci jak podróże. I Wikipedia. Wynika to z tego, że przez większość życia najdalszym miastem, do którego miałem okazję podróżować były Katowice i teraz chcę nadrobić ten czas, gdy byłem zbyt biedny, by poznawać świat. Albo chociażby Europę. W tym roku w lutym byłem we Włoszech, w kwietniu w Hiszpanii, po czym zorientowałem się, że zbliża się połowa czerwca, a ja dalej kiszę w Krakowie i nawet wstępnie nie zacząłem się zastanawiać nad kolejną podróżą, co sprowadza się do tego, że mój krajoznawczy plan wyląduje tam, gdzie Hose Arcadio Morales na początku „Killerów dwóch”.

Bardzo tego nie chciałem, bo nie po to sobie coś postanawiam, żeby później to olewać. Dlatego nie zastanawiając się dłużej niż trwa zielone światło dla pieszych przy przejściu przez aleje przy Cracovii, zacząłem przeglądać oferty last minute i wybrałem Albanię. Bo brzmiała egzotycznie i nic o niej nie wiedziałem. Sensowne kryterium, co? Dwa dni później wylądowałem w Durres i zacząłem oswajać ten kraj pełen kontrastów. Kontrastów, słońca, niedorzeczności i serdeczności.

Oto 19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii.

#1 – Bunkry

bunkry (1)

bunkry (2)

Parafrazując Laskę z „Chłopaki nie płaczą”: są bunkry i jest zajebiście. Jeden z byłych premierów Albanii – Mehmet Shehu – wpadł na pomysł, żeby wybudować kilkaset tysięcy schronów na terenie kraju. Tak na wszelki wypadek. I tak porozrzucane po miastach i wsiach, jedne stają się kawiarniami, czy sklepikami z pamiątkami, a drugie tymczasowymi melinami dla bezdomnych.

#2 – Tirana

Tirana (2)

Tirana (1)

Tirana to stolica Albanii i mieszka w niej 700 000 ludzi. Nie byłoby to niczym zaskakującym, gdyby nie fakt, że cały kraj liczy 2 900 000 osób, co znaczy że stolica gromadzi ¼ jego ludności. Oprócz tego jest najbardziej europejskim i cywilizowanym miastem w cały kraju i można je porównać do zachodnich stolic. Co nie znaczy, że jego mieszkańcy mówią po angielsku.

#3 – Kebab z frytkami

kebab z frytkami

Uważasz, że powinien być podawany osobno? Podobnie jak w Bułgarii, tutejsze asy gastronomii się z Tobą nie zgodzą i podadzą Ci to razem zawinięte w ciasto. Ale nie myśl, że to źle. Wręcz przeciwnie, smakuje bardzo spoko.

#4 – Woda w morzu

Albania Durres

Jest słona jak cholera i mętna jeszcze bardziej.

#5 – Kraj się buduje

buduje - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jak jeden wielki plac budowy. Gdy wieczorem szedłem do monopolowego po rakiję, przed sklepem nie było jeszcze schodów. Gdy na drugim dzień szedłem do piekarni obok po byrka, były już i schody, i wylany przed nimi chodnik.

#6 – Kraj się burzy

niszczy - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jakby niedawno było zbombardowane albo przynajmniej przeszedł przez nie huragan. Patrząc na to jak wyglądają ulice i budynki przy nich, nie wiesz, czy dopiero powstają i nie zostały jeszcze skończone, czy raczej już podupadają i są tak zniszczone. Brak kratek kanalizacyjnych na chodnikach wskazuje na to drugie.

#7 – Peja

Nie wiem, czy Rychu Peja ze Slums Attack zdaje sobie z tego sprawę, ale jedno z popularniejszych albańskich piw nazywa się tak jak on. I nawet można je lać w ryj. W sensie, da się wypić.

#8 – Dziwne instalacje artystyczne

dziwne instalacje artystyczne Tirana

Ale za to pozytywne. W końcu każdy z nas czasem chciałby przytulić się do drzewa.

#9 – Plastikowe ławki

platikowe ławki Durres

„Ławki” to w tym przypadku określenie umowne, bo bardziej wyglądają jak kilkudziesięciokrotnie powiększone klocki Duplo, ale, fakt, służą do siedzenia. U nas pewnie po pierwszym lepszym przegranym przez kogokolwiek meczu poszłyby z dymem, a tu się elegancko trzymają. Może Albańczycy nie znają ognia.

#10 – Pączki z parmezanem

pączki (1)

pączki (2)

Tak, dobrze przeczytałeś – z parmezanem. I wiesz co? Nie podejrzewałbym ich o to, ale to połączenie jest naprawdę dobre.

#11 – Wyławianie motorówek koparkami

wyławianie motorówek koparkami

To chyba tutaj taki narodowy sport, bo widziałem taką akcję dwukrotnie. Aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy tubylcy nie robią tego specjalnie, żeby wzbudzić zaciekawienie turystów i nakręcić ludzi do wrzucania fot na Fejsa i relacjonowania na Snapie tego osobliwego wydarzenia.

#12 – Jeżdżenie na wszystkim

Jeżdżenie na wszystkim

Na ulicach i wzdłuż wybrzeża widziałem takie środki komunikacyjne, o których się Henry’emu Fordowi nie śniło. Jeśli do czegoś da się tylko doczepić koła i silnik, to Albańczycy na tym pojadą. A jeśli nie da się doczepić silnika, to zaprzęgną do tego konia. W trakcie wycieczki do Beratu, widziałem zarówno jak nastolatek powoził koniem siedząc w samochodowej przyczepie, jak i kobietę jadącą na większej taczce przyspawanej do motoroweru. Przodu motoroweru. „Top Gear” może się schować.

#13 – Mikroherbaty

mikroherbata

Nie wiem, czy Albańczycy nie lubią herbaty, czy co, ale zauważyłem, że mają tendencję do podawania jej w nieco większych filiżankach do espresso. I to wypełnionych do 2/3. Jeden większy łyk i cała znika.

#14 – Spacery z niedźwiedziem

Spacery z niedźwiedziem (2)

Spacery z niedźwiedziem (1)

Widząc tubylca prowadzącego nieco jaśniejszego Misia Yogi, zacząłem się zastanawiać, czy nie pomyliłem samolotów i przypadkiem nie doleciałem do jakiegoś nowo otwartego lotniska w Zakopanem albo od razu do Parku Yellowstone. Ale nie. Okazuje się, że to taka lokalna atrakcja i tak jak nad polskim morzem można sobie zrobić zdjęcie z niczym, tak nad albańskim można cyknąć foto z niedźwiedziem.

#15 – Owoce morza

owoce morza

Zdziwiłem się i to srogo, ale podali je nawet w naszej, niestety, podłej stołówce hotelowej i nie dość, że w formie szwedzkiego stołu, to jeszcze bardzo przyzwoicie przyrządzone. Mniam!

#16 – Rowerki wodne porzucone między blokami

rowerki wodne

Próbowałem popłynąć po trawie, ale nie dało rady.

#17 – Rakija

rakija

Być w Albanii i nie napić się rakii, to jak być w Polsce i nie napić się wódki. Można, ale po przyjeździe i tak wszyscy będą Cię pytać głównie o to. W zależności, czy pijesz sklepową, czy pędzony bimber w przydrożnej knajpie, może mieć od 40% do nieskończoności, ale jest całkiem smaczna i małymi łykami wchodzi bez przepity.

#18 – Niecodzienne widoki

Niecodzienne widok (2)

Niecodzienne widok (1)

Z jednej strony góry, z drugiej morze, z trzeciej wyschnięte rzeki, z czwartej piętrzące się domki, z piątej dzika roślinność. W momencie kiedy wyjedzie się poza miasto (jedno z dwóch w całym kraju), widoki zza szyby zachwycają i dają poczucie, że jest się w wyjątkowym miejscu.

#19 – Serdeczni ludzie

Processed with VSCO with f2 preset

Nie przesadzę, jeśli powiem, że tutaj prawie nikt nie zna angielskiego. W Albanii nawet obsługa hotelowa nastawiona na zajmowanie się zagranicznymi gośćmi ma duży problem z posługiwaniem się tym językiem. Nie przeszkadza to jednak ludziom być serdecznym, otwartym i nastawionym na bezinteresowną pomoc. Nikt nie ma z tym problemu, że nie mówisz po ichniemu, a oni nie mówią po Twojemu. Będą gestykulować, pokazywać na migi albo rysować na kartce, byleby się z Tobą porozumieć, a wszystko to z szczerym, szerokim uśmiechem.

Choćby dla tego pozytywnego podejścia do życia warto odwiedzić Albanię. A nuż się udzieli.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Wróciłem kilka dni temu. Moim zdaniem ten kraj jest wschodzącą turystyczną gwiazdą. I warto jechać właśnie teraz, dopóki jest jeszcze trochę nieoswojony i tani. Co do morza, ja byłem niedaleko granicy z Grecją. Jest ok.

  • Mariola Wrona

    Ciekawe rzeczy mają w ofercie w
    restauracji Ganesh. Nie wiem czy ich ktoś kojarzy
    jeszcze…To jest typowa restauracja indyjska, mi akurat te smaki
    bardzo odpowiadają. Z takich ciekawszych rzeczy jakie tutaj mają to
    na przykład bardzo dobre piwo indyjskie :))

  • natalia

    Proszę nie róbcie atrakcji z tych niedźwiedzi, poza tym że to ładnie wygląda to te niedźwiedzie są z nielegalnych odłowów co się wiąże z zabiciem matki i okrutnym traktowaniem. Uczone są „tańczenia” na dwóch łapach przez stąpanie na rozżarzonych węglach i często trzymane w okrutnych warunkach.Na terytorium Albanii są prawnie chronione (jak w wielu krajach) mimo to ich populacja na tym terenie stale spada, a w ostatnich latach odnotowano ich najniższa liczebność. Taki proceder jest nielegalny i żeruje na nieświadomości turystów.
    tutaj więcej wiadomości http://www.four-paws.org.uk/projects/bears/bears-in-albania/four-paws-helps-bears-in-albania/

  • Ciekawie opisna Albiania ☺. Dla tych niedźwiedzi pojadę ☺.

  • Nigdy wcześniej nie pomyślałabym o tym, żeby jechać do Albanii ale dzięki temu postowi od razu polubiłam ten kraj:) No i te pączki z parmezanem! Że też u nas jeszcze nikt na to nie wpadł!

  • Trochę obok punktu szóstego można poczytać tu: http://www.failedarchitecture.com/photo-essay-albanias-concrete-skeletons/ :)

  • Mateusz Rzońca

    Myślałem, że nazwa tego piwa jest przypadkowa. Ale nawet twarz się zgadza :D

  • Rakija to zło!

  • Moja chęć na Balkan-trip jest jeszcze większa. Tylko herbatę musiałabym zamawiać chyba potrójną. :D

    • ka

      jedź, jedź, jedź!

  • Byłam w Albanii rok temu, tylko że na samym dole kraju, w Sarandzie i bardzo mi się podobało, mimo że sporo rzeczy mnie tam zaskoczyło. Owoce morza rzeczywiście były pyszne, mi zresztą smakowało tam chyba wszystko, było świeże i dobrze doprawione a do tego mega tanie! Dokładnie taki sam kebab dostaniesz też w Grecji i tam jest nazywany „pita”. A słona woda była nie tylko w morzu, ale też pod prysznicem w hotelu ;)

  • Konrad Norowski

    „Próbowałem popłynąć po trawie, ale nie dało rady.” Nawiązanie do innego tekstu celowe, czy przypadkiem tak wyszło? :D

    • Nie, nie, nie chodzi o marihuaen :D

      • Konrad Norowski

        „Mówiłem ci przecież, że po trawie nie da się jeździć.” Myślałem że to stąd :)

  • Kiedyś w Bośni jechałam z Albańczykiem na stopa. Oczywiście nie znał angielskiego, a bawiliśmy się przednio i jeszcze proponował nam jedzenie. Rozumiem, że te pączki z parmezanem nie były ze słodkiego ciasta?

    • Cholera, nie pamiętam, ale chyba z uniwersalnego, bo jeśli chciałaś posypywali Ci je pudrem i polewali sosem czekoladowym.

  • No i zachęciłeś mnie. Następne wakacje w Albanii! :D

  • ka

    przejechałam dwa lata temu całą albanię, aż na sam jej koniec, czyli do sarandy. mam wrażenie, że twoja wersja jest wersją bardzo soft ;-).

    to kraj przede wszystkim kontrastów i irracjonalności. z – o dziwo – bardzo dobrymi drogami (bo nowymi). niemniej jednak to niczego nie zmienia – jak nawigacja pokazuje, że dwieście kilometrów będzie się robić nieco ponad cztery godziny, to wcale nie jest to pomyłka: na kilka kilometrów przed jedynym skrzyżowaniem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów robi się ogromny korek, a przejazdem kieruje policja. albańczycy, mimo, że tak jak napisałeś, pojadą na wszystkim, w zasadzie jednak nie potrafią jeździć. przepisów ruchu drogowego nie uświadczysz. gdy mieliśmy wypadek z winy pędzącego, narąbanego i naćpanego kierowcy, jego argumentem na to, że jednak zajście było naszą winą, były słowa „ale my byliśmy szybsi, to my mieliśmy pierwszeństwo”. słyszałam też plotkę, że albańska policja nie posiada ani jednego alkomatu, a więc nie może egzekwować przepisu o konieczności bycia trzeźwym za kółkiem. w kwestii motoryzacji dodam jeszcze, że można tam spotkać cały przegląd katalogu mercedesa, od najstarszych do najnowszych i najbardziej wypasionych modeli, na wszystkich rejestracjach świata, mimo, że żadnym z nich nie przyjechał turysta. odpowiedź, skąd one tam wszystkie się biorą, jest chyba jasna? ;-)

    co jeszcze? tak jak napisałeś – kraj się buduje, kraj się burzy. spałam w sarandzie w nowoczesnym, wielopiętrowym apartamentowcu z widokiem na grecką wyspę. jedna z dziewczyn, z którą podróżowałam, pracuje w budownictwie i była przerażona tym, co widziała. w jej opinii żaden z tych nowych budynków w polsce nie byłby dopuszczony do użytku przez jakąkolwiek komisję. w albanii najwidoczniej jest to możliwe.

    no i rakija – cudowna, chyba, że trafi się na tą „nieskończenie wiele” procentową, spod lady, od miłej babci staruszeczki. do dziś nie wiem czy przypadkiem nie naćpałam się nią bardziej niż upiłam :D.

Skończyłem pisać książkę!

Skip to entry content

Chciałbym napisać tu coś mądrego, ale czuję, że wszystkie mądre słowa i finezyjne zwroty zużyłem pisząc książkę, dlatego krótko: SKOŃCZYŁEM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Więcej w poniższym filmie, a jeszcze więcej (między innymi o czym ona będzie i jaki będzie jej tytuł) w specjalnym newsletterze: http://tnij.at/KsiazkaJanka

---> SKOMENTUJ

Jak poprawnie wymawiać zagraniczne nazwy?

Skip to entry content

Pamiętam jak w pierwszej klasie gimnazjum, będąc już bardzo poważnym – a przede wszystkim poważnie przyodzianym – hip-hopowcem, przyszedłem do szkoły w czapce marki Smith’s, na co kumpel – równie wczuty w klimat – zareagował: „masz czapę ze Szmita, szacun!”. Mimo otrzymanego szacunu, czułem że jednak coś jest nie tak i że tę nazwę czyta się inaczej, jednak nietaktem byłoby kwestionować wypowiedź ziomka, który tak ciepło publicznie wyrażał się na mój temat. Więc oczywiście nie zwróciłem uwagi na niepoprawną wymowę i sam zacząłem mówić „Szmit”. Lata później, gdy do kin wszedł film z parą kolekcjonującą dzieci z całego świata – „Pan i Pani Smith” – dotarło do mnie, że to zagraniczne nazwisko czyta się „Smyf”. I że przez cały ten czas robiłem sobie siarę, źle wymawiając słowo, które miałem na czole.

Żebyście Wy nie narobili sobie tego zbędnego przypału, postanowiłem zebrać najpopularniejsze zagraniczne marki i nazwy własne, których wymowa nie jest oczywista i napisać, jak to powinno brzmieć poprawnie.

Viceroy – tanie, ale w miarę przyzwoite fajki, które – gdy je podpalałem mając naście lat i chowając się przed dorosłymi – kosztowały 3,85zł i zwane były Wicerojami. Właściwa wymowa, to „Wajsroj”.

Acer – producent monitorów, laptopów, tabletów i telefonów, często czytany, jakby był polską nazwą, w rzeczywistości jest tajwańską firmą, którą czyta się „Eiser”.

Hyundai – bardzo, bardzo, bardzo, ale to naprawdę bardzo długo byłem przekonany, że wymawiając to „Hjundaj” nie popełniam błędu. Aż nie znalazłem się na jakiejś konferencji, gdzie ktoś przeczytał to jako „Handej” i cały świat legł mi w gruzach.

Jalapeño – to akurat nie marka, a nazwa papryki – kurewsko ostrej, dodajmy – i gdy chcesz ją przekląć, powinieneś powiedzieć „cholerne halapenio!”.

Leroy Merlin – ta francuska sieć hipermarketów budowlanych nie ma nic wspólnego ani z naszym polskim Liroyem, ani z czarodziejskim Merlinem, bo pochodzi od nazwisk założycieli i brzmi „Lerła Merlę”.

Levi’s – nie „Lewis”, a „Liwajs”, choć nie znam ani jednej osoby, która tak by to czytała.

Ballantines – na równi z Jackiem Daniel’sem i Johnym Walkerem najpopularniejsza whisky w naszym kraju, co nie przeszkadza wielu osobom czytać wprost, tak jak się pisze, zamiast tak jak się powinno, czyli „Balantajns”.

Peugeot„peżo”. Bez „t” na końcu.

Mojito – jest ktoś kto nie zna hasła „dwa modżajto dla mojej świni”? Nie ma? A każdy wie, że to żart i tego drinka w rzeczywistości czyta się „mohito”? Nie? No, to teraz już wie.

Louboutin – w kółko powtarzałem „Lubotin, Lubotin” jak bym był na pierwszym dniu wyprzedaży poświątecznej w Londynie, a aż jedna znajoma szafiarka zwróciła mi uwagę, że te buty to „Lubutę”, odzierając mnie z resztek złudzeń, że mam jakiekolwiek pojęcie o modzie.

Quechua – logo, którym zalane są pola namiotowe na festiwalach i nie ma się co dziwić, bo namioty, które sygnuje rozkłada się ultra ławo. Składa też do przeżycia. Mimo, iż instynkt podpowiada, że to „Kaczucha”, poprawna wymowa, to „Keczła”.

Tumblr – kiedyś była mocna moda na wywalanie samogłosek z nazw własnych – „Reebok” był „Rbk”, „Misbehave” było „MSBHV” – i tak mniej więcej powstała nazwa platformy blogowej, sprowadzającej się głównie do kradzieży grafik, która brzmi „Tambler”. Tak jak „Flickr” brzmi „Fliker”.

Croissant – dla beki czasem mówię „kurosant”, ale poprawnie ten francuski rogalik to „krłasą”.

Auchan – był pierwszym hipermarketem z prawdziwego zdarzenia, który powstał w moim mieście, ale jego zapis był tak abstrakcyjny, że żeby nie połamać sobie języka, pieszczotliwie nazwaliśmy go „Oszołomem”. Zupełnie ignorując, że to „Oszą”.

Huawei – to chyba najtrudniejsza w wymowie marka technologiczna, co do której nikt nie ma pewności, jak to tak w zasadzie powinno brzmieć. Od osób pracujących w firmie słyszałem, że „Łałej”, od jej ambasadorów, że „Hłałej”. Jeśli czyta mnie właściciel-założyciel, to proszę o kontakt, bo nie wiem, czy nie mam piwa do odbioru w wygranym zakładzie.

Gnocchi„niokki”. Przypomina trochę gaworzenie do małego dziecka.

Stay Fly – mój blog był już i czytany dosłownie po polsku z przeciągniętym „y” na końcach członów, i pojawiał się w radiu jako „Sty Flay”. i Pudelek przemianował go na „Star Fly”, i znajomi kręcili bekę, że to kiełki „Stir Fry”. A to po prostu „Stej Flaj”, jak w refrenie kawałka Three 6 Mafia. Bo dokładnie stamtąd pochodzi jego nazwa.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog

 

---> SKOMENTUJ

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta

Skip to entry content

Anita zawsze chciała mieć słonia. Czemu akurat słonia? A czemu akurat, nie? Co to w ogóle za pytanie? Masz coś do słoni, zwierzęca rasistko? Gdyby chciała mieć kanarka też zadałabyś takie pytanie? No, to jak już kwestię uprzedzeń mamy za sobą, to wróćmy do tematu.

Anita zawsze chciała mieć słonia. Gdy rodzice w wieku 5 lat zabrali ją do cyrku i zobaczyła z jaką siłą, z jaką pewnością siebie, z jaką mocą porusza się nieco starszy brat Dumbo, wiedziała, że to zwierzę dla niej. A z wiekiem ta pewność tylko się pogłębiała. Widząc na imprezach u znajomych roszczeniowe, do niczego nie nadające się, rozłożone na kanapach – jakby ich ciało miało dosłownie zacząć się rozkładać – koty, dostawała migreny, na którą był tylko jeden skuteczny sposób – ćwiartka wódki. Z kolei ciągle śliniące się i wiecznie brudne, łaszczące się o choćby plasterek szynki, psy, przyprawiały ją o niestrawność i na samą myśl o tym, że miałaby skończyć z podobnym we własnym mieszkaniu, zatykała usta ręką, żeby nie pobrudzić prawie oryginalnych Louboutinów z OLX. Nie mówiąc już o zjadających własne odchody chomikach, czy będących tylko na pokaz rybkach. Po co komu zwierzę, którego nawet nie można pogłaskać? Nigdy nie mogła tego zrozumieć. Podobnie jak wzoru skróconego mnożenia.

Za to słoń! Słoń to jest coś! Wielokrotnie fantazjowała, że ujeżdża go w diamentowym diademie królowej betonowej dżungli, a wszyscy ludzie bez wyjątku – od korpoludzi, przez rycerzy ortalionu, po hipsterów – kłaniają się przed nią, widząc jak majestatycznie wygląda dosiadając największego ze ssaków. Setki razy wizualizowała jak sunie na nim przez miasto, ten wydaje z siebie ryk tłukący szyby w oknach, a wszystkie wytapirowane cizie w Matizach usuwają jej się z drogi, truchlejąc przed potęgą jej słonia. Albo jak bierze go na Mazury i przy zejściu do Śniardwego oblewa ją wodą ze swojej gigantycznej trąby, a ona błyszczy w słońcu odbijającym się od kropel spływających po jej idealnie opalonej, jasno-mahoniowej skórze, w trakcie tego, jak zarzuca włosami na prawo i lewo naśladując dziewczyny surferów z 90210. Albo po prostu, że spoko byłoby mieć słonia, bo lubi duże zwierzęta.

Rzeczywistość jednak podeptała wyobraźnię Anity, jak wujek Zdzisiek jej palce u stóp na ostatnim weselu. A w zasadzie nie rzeczywistość, tylko konformizm. Jej konformizm. I wygodnictwo.

Wiesz ile wymagań trzeba spełnić, żeby legalnie móc posiadać słonia w Polsce? Nie wiesz? Spoko, Anita też nie wie, bo zanim doszła do kwestii formalnych, przerosły ją kwestie techniczne. A mianowicie brak własnego domu z hektarem ziemi, żeby mogła tam trzymać swojego Trąbalskiego. Nie, że temat nie do ogarnięcia, czy coś, bo mogłaby po prostu to M2, a w zasadzie to kawalerkę z osobną sypialnią, co dostała od starych po obronie sprzedać i kupić na obrzeżach miasta coś z ogródkiem. No, ale trochę zachodu by było.

Co więc zrobiła nasza pasjonatka egzotycznych stworzeń z leniwcem na ramieniu, szepcącym jej do obu uszu? Wzięła kota.

Po pierwsze, kota nie trzeba było sprowadzać z Afryki. Po drugie, żeby mieć kota, nie musiała sprzedawać mieszkania w śródmieściu. Po trzecie, kot był tańszy w utrzymaniu. Po czwarte, robił mniejsze zniszczenia w trakcie rui. Po czwarte, jej najlepsza przyjaciółka była uczulona na słonie. Po piąte, co by powiedziała rodzina? Po szóste, o kota nie musiała się starać, bo sam przyszedł pewnego letniego popołudnia wskakując przez balkon do jej M2 na parterze. To znaczy do kawalerki z osobną sypialnią. I było jeszcze 1745 wymówek, dla których Anita wybrała mniej angażującą na starcie opcję, mimo, że nie do końca zaspokajała jej potrzeby i nie była tym, czego faktycznie chciała. Poza tym, przecież tyle jej koleżanek miało koty, czyżby wszystkie były nieszczęśliwe? Czyżby wszystkie się myliły? Niemożliwe. To pewnie tylko kwestia czasu, aż i ona się przekona, przejrzy na oczy i zobaczy, jakie koty są zajebiste.

Ale czas mijał, a jej podejście się nie zmieniało.

Już od pierwszego dnia z futrzakiem, mimo, że mięciutki, i słodziutki, i na samojebkach dobrze wychodzi, myślała o trębaczu. Jednak wmawiała sobie, że na radykalną zmianę jest już za późno, więc próbowała półśrodków. Zaczęła od rozmów z kotem na temat jego nawyków i zachowań, sugerując, że zamiast skradać się na palcach jak wystraszone dziecko, mógłby dostojnie stąpać jak drwal. Na przykład Tomasz Drwal. Albo zamiast piszczeć jak ciota, gdy coś mu się dzieje,  wziąłby się zebrał w sobie i ryknął. Albo nie lizał sobie jajek przy gościach, tylko polał się wodą jak już tak bardzo chce dbać o higienę. Ale kot był głuchy na jej sugestie, a gdy podnosiła głos, za cholerę nie wiedział, czego ta popieprzona baba od niego chce. W końcu był kotem i miał cały świat tam, gdzie wczorajszy Whiskas.

Nasza bohaterka nie poddawała się i cały czas szukała jakiegoś sposobu, żeby usłonić sierściucha. Zaczęła od mało inwazyjnych rzeczy, typu zwracanie się do niego per „słoniu” i szeptanie mu w trakcie snu jak duży i silny jest, i jak długą ma trąbę, licząc, że przez parahipnozę połączoną z programowaniem neurolingwistycznym, udaj jej się jakoś wpłynąć na jego podświadomość, tak by mentalnie zmienił gatunek. Później wjechała już z grubszym kalibrem, farbując mruczkowi sierść na szaro, doklejając mu do pyszczka słonie uszy i trąbę i próbując go ujeżdżać. Jednak kot niezłomnie szedł w zaparte i nie chciał się ugiąć, dewastując słoniową doklejkę pazurami i chowając się pod meblami przy próbie jazdy na jego grzbiecie. Pozytywna strona tej sytuacji był taka, że Anita mogła odpuścić odkurzanie na jakiś czas.

Po 6 miesiącach życia w ciągłym braku akceptacji, kot w końcu się wkurwił i uciekł.

Bo kot to kot, a słoń to słoń i jakich zaklęć byś nie użyła, to jeden nie przemorfuje w drugiego. Podobnie jest z facetami. Albo nie chcesz się wysilać przy poszukiwaniu partnera i bierzesz kanapowego leniwca wraz z wszystkimi jego przywarami, albo wiesz, że nie wytrzymasz codziennego patrzenia jak rośnie mu mięsień piwny i angażujesz czas i energię, rozglądając się za kimś, kto spełnia Twoje potrzeby, a nie tylko jest. Tak samo w drugą stronę, jeśli wzięłaś sobie imprezowego lwa, dla którego weekend bez urwanego filmu jest bardziej bolesny, niż polskie komedie romantyczne, to nie rób scen, że powinien siedzieć z Tobą w domu i oglądać „Plebanię”, bo widziały gały co brały.

Wielu laskom wydaje się, że wezmą sobie kolesia, który akurat się nadarzył i w miarę da się na niego patrzeć, a potem wymodelują sobie z niego mężczyznę swoich marzeń, jakby był jakąś paczką plasteliny. Nie. To tak nie działa.

Nie wkręcaj sobie, że przy Tobie się zmieni, nie łudź się, że masz taką moc sprawczą, by przebudować fundamenty jego osobowości, nie zakochuj się w jego potencjale. I przede wszystkim, nie oszukuj się, że łatwiej na mężczyźnie trwale wymusić pożądane zachowania i reakcje, niż znaleźć takiego, który po prostu je przejawia sam z siebie. Mimo, że dotarcie do takiego może kosztować Cię sporo wysiłku, to porównując to z ciągłą irytacją i niezadowoleniem w życiu codziennym, i tak wychodzi na OGROMNY plus. Zdecydowanie prościej jest stworzyć warunki do hodowania słonia, niż wymusić na kocie, by nagle słoniem się stał.

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta. Na innego.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tinker*Tailor loves Lalka
---> SKOMENTUJ