Close
Close

19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii

Skip to entry content

Od zeszłego roku mam postanowienie, że przynajmniej raz na 2 miesiące wyruszę gdzieś za granicę, bo wiadomo, że nic tak nie kształci jak podróże. I Wikipedia. Wynika to z tego, że przez większość życia najdalszym miastem, do którego miałem okazję podróżować były Katowice i teraz chcę nadrobić ten czas, gdy byłem zbyt biedny, by poznawać świat. Albo chociażby Europę. W tym roku w lutym byłem we Włoszech, w kwietniu w Hiszpanii, po czym zorientowałem się, że zbliża się połowa czerwca, a ja dalej kiszę w Krakowie i nawet wstępnie nie zacząłem się zastanawiać nad kolejną podróżą, co sprowadza się do tego, że mój krajoznawczy plan wyląduje tam, gdzie Hose Arcadio Morales na początku „Killerów dwóch”.

Bardzo tego nie chciałem, bo nie po to sobie coś postanawiam, żeby później to olewać. Dlatego nie zastanawiając się dłużej niż trwa zielone światło dla pieszych przy przejściu przez aleje przy Cracovii, zacząłem przeglądać oferty last minute i wybrałem Albanię. Bo brzmiała egzotycznie i nic o niej nie wiedziałem. Sensowne kryterium, co? Dwa dni później wylądowałem w Durres i zacząłem oswajać ten kraj pełen kontrastów. Kontrastów, słońca, niedorzeczności i serdeczności.

Oto 19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii.

#1 – Bunkry

bunkry (1)

bunkry (2)

Parafrazując Laskę z „Chłopaki nie płaczą”: są bunkry i jest zajebiście. Jeden z byłych premierów Albanii – Mehmet Shehu – wpadł na pomysł, żeby wybudować kilkaset tysięcy schronów na terenie kraju. Tak na wszelki wypadek. I tak porozrzucane po miastach i wsiach, jedne stają się kawiarniami, czy sklepikami z pamiątkami, a drugie tymczasowymi melinami dla bezdomnych.

#2 – Tirana

Tirana (2)

Tirana (1)

Tirana to stolica Albanii i mieszka w niej 700 000 ludzi. Nie byłoby to niczym zaskakującym, gdyby nie fakt, że cały kraj liczy 2 900 000 osób, co znaczy że stolica gromadzi ¼ jego ludności. Oprócz tego jest najbardziej europejskim i cywilizowanym miastem w cały kraju i można je porównać do zachodnich stolic. Co nie znaczy, że jego mieszkańcy mówią po angielsku.

#3 – Kebab z frytkami

kebab z frytkami

Uważasz, że powinien być podawany osobno? Podobnie jak w Bułgarii, tutejsze asy gastronomii się z Tobą nie zgodzą i podadzą Ci to razem zawinięte w ciasto. Ale nie myśl, że to źle. Wręcz przeciwnie, smakuje bardzo spoko.

#4 – Woda w morzu

Albania Durres

Jest słona jak cholera i mętna jeszcze bardziej.

#5 – Kraj się buduje

buduje - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jak jeden wielki plac budowy. Gdy wieczorem szedłem do monopolowego po rakiję, przed sklepem nie było jeszcze schodów. Gdy na drugim dzień szedłem do piekarni obok po byrka, były już i schody, i wylany przed nimi chodnik.

#6 – Kraj się burzy

niszczy - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jakby niedawno było zbombardowane albo przynajmniej przeszedł przez nie huragan. Patrząc na to jak wyglądają ulice i budynki przy nich, nie wiesz, czy dopiero powstają i nie zostały jeszcze skończone, czy raczej już podupadają i są tak zniszczone. Brak kratek kanalizacyjnych na chodnikach wskazuje na to drugie.

#7 – Peja

Nie wiem, czy Rychu Peja ze Slums Attack zdaje sobie z tego sprawę, ale jedno z popularniejszych albańskich piw nazywa się tak jak on. I nawet można je lać w ryj. W sensie, da się wypić.

#8 – Dziwne instalacje artystyczne

dziwne instalacje artystyczne Tirana

Ale za to pozytywne. W końcu każdy z nas czasem chciałby przytulić się do drzewa.

#9 – Plastikowe ławki

platikowe ławki Durres

„Ławki” to w tym przypadku określenie umowne, bo bardziej wyglądają jak kilkudziesięciokrotnie powiększone klocki Duplo, ale, fakt, służą do siedzenia. U nas pewnie po pierwszym lepszym przegranym przez kogokolwiek meczu poszłyby z dymem, a tu się elegancko trzymają. Może Albańczycy nie znają ognia.

#10 – Pączki z parmezanem

pączki (1)

pączki (2)

Tak, dobrze przeczytałeś – z parmezanem. I wiesz co? Nie podejrzewałbym ich o to, ale to połączenie jest naprawdę dobre.

#11 – Wyławianie motorówek koparkami

wyławianie motorówek koparkami

To chyba tutaj taki narodowy sport, bo widziałem taką akcję dwukrotnie. Aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy tubylcy nie robią tego specjalnie, żeby wzbudzić zaciekawienie turystów i nakręcić ludzi do wrzucania fot na Fejsa i relacjonowania na Snapie tego osobliwego wydarzenia.

#12 – Jeżdżenie na wszystkim

Jeżdżenie na wszystkim

Na ulicach i wzdłuż wybrzeża widziałem takie środki komunikacyjne, o których się Henry’emu Fordowi nie śniło. Jeśli do czegoś da się tylko doczepić koła i silnik, to Albańczycy na tym pojadą. A jeśli nie da się doczepić silnika, to zaprzęgną do tego konia. W trakcie wycieczki do Beratu, widziałem zarówno jak nastolatek powoził koniem siedząc w samochodowej przyczepie, jak i kobietę jadącą na większej taczce przyspawanej do motoroweru. Przodu motoroweru. „Top Gear” może się schować.

#13 – Mikroherbaty

mikroherbata

Nie wiem, czy Albańczycy nie lubią herbaty, czy co, ale zauważyłem, że mają tendencję do podawania jej w nieco większych filiżankach do espresso. I to wypełnionych do 2/3. Jeden większy łyk i cała znika.

#14 – Spacery z niedźwiedziem

Spacery z niedźwiedziem (2)

Spacery z niedźwiedziem (1)

Widząc tubylca prowadzącego nieco jaśniejszego Misia Yogi, zacząłem się zastanawiać, czy nie pomyliłem samolotów i przypadkiem nie doleciałem do jakiegoś nowo otwartego lotniska w Zakopanem albo od razu do Parku Yellowstone. Ale nie. Okazuje się, że to taka lokalna atrakcja i tak jak nad polskim morzem można sobie zrobić zdjęcie z niczym, tak nad albańskim można cyknąć foto z niedźwiedziem.

#15 – Owoce morza

owoce morza

Zdziwiłem się i to srogo, ale podali je nawet w naszej, niestety, podłej stołówce hotelowej i nie dość, że w formie szwedzkiego stołu, to jeszcze bardzo przyzwoicie przyrządzone. Mniam!

#16 – Rowerki wodne porzucone między blokami

rowerki wodne

Próbowałem popłynąć po trawie, ale nie dało rady.

#17 – Rakija

rakija

Być w Albanii i nie napić się rakii, to jak być w Polsce i nie napić się wódki. Można, ale po przyjeździe i tak wszyscy będą Cię pytać głównie o to. W zależności, czy pijesz sklepową, czy pędzony bimber w przydrożnej knajpie, może mieć od 40% do nieskończoności, ale jest całkiem smaczna i małymi łykami wchodzi bez przepity.

#18 – Niecodzienne widoki

Niecodzienne widok (2)

Niecodzienne widok (1)

Z jednej strony góry, z drugiej morze, z trzeciej wyschnięte rzeki, z czwartej piętrzące się domki, z piątej dzika roślinność. W momencie kiedy wyjedzie się poza miasto (jedno z dwóch w całym kraju), widoki zza szyby zachwycają i dają poczucie, że jest się w wyjątkowym miejscu.

#19 – Serdeczni ludzie

Processed with VSCO with f2 preset

Nie przesadzę, jeśli powiem, że tutaj prawie nikt nie zna angielskiego. W Albanii nawet obsługa hotelowa nastawiona na zajmowanie się zagranicznymi gośćmi ma duży problem z posługiwaniem się tym językiem. Nie przeszkadza to jednak ludziom być serdecznym, otwartym i nastawionym na bezinteresowną pomoc. Nikt nie ma z tym problemu, że nie mówisz po ichniemu, a oni nie mówią po Twojemu. Będą gestykulować, pokazywać na migi albo rysować na kartce, byleby się z Tobą porozumieć, a wszystko to z szczerym, szerokim uśmiechem.

Choćby dla tego pozytywnego podejścia do życia warto odwiedzić Albanię. A nuż się udzieli.

(niżej jest kolejny tekst)

25
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
ChopinOlaMirosław - lifeistravel.euMariola Wronanatalia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Maciej Blatkiewicz
Gość

No i zachęciłeś mnie. Następne wakacje w Albanii! :D

Jan Favre
Gość

Pączusie Cię skusiły? :)

Maciej Blatkiewicz
Gość

No ba!

Patrycja Sz
Gość

Kiedyś w Bośni jechałam z Albańczykiem na stopa. Oczywiście nie znał angielskiego, a bawiliśmy się przednio i jeszcze proponował nam jedzenie. Rozumiem, że te pączki z parmezanem nie były ze słodkiego ciasta?

Jan Favre
Gość

Cholera, nie pamiętam, ale chyba z uniwersalnego, bo jeśli chciałaś posypywali Ci je pudrem i polewali sosem czekoladowym.

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

„Próbowałem popłynąć po trawie, ale nie dało rady.” Nawiązanie do innego tekstu celowe, czy przypadkiem tak wyszło? :D

Jan Favre
Gość

Nie, nie, nie chodzi o marihuaen :D

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

„Mówiłem ci przecież, że po trawie nie da się jeździć.” Myślałem że to stąd :)

Justyna Skowera | elare
Gość

Byłam w Albanii rok temu, tylko że na samym dole kraju, w Sarandzie i bardzo mi się podobało, mimo że sporo rzeczy mnie tam zaskoczyło. Owoce morza rzeczywiście były pyszne, mi zresztą smakowało tam chyba wszystko, było świeże i dobrze doprawione a do tego mega tanie! Dokładnie taki sam kebab dostaniesz też w Grecji i tam jest nazywany „pita”. A słona woda była nie tylko w morzu, ale też pod prysznicem w hotelu ;)

ka
Gość

przejechałam dwa lata temu całą albanię, aż na sam jej koniec, czyli do sarandy. mam wrażenie, że twoja wersja jest wersją bardzo soft ;-). to kraj przede wszystkim kontrastów i irracjonalności. z – o dziwo – bardzo dobrymi drogami (bo nowymi). niemniej jednak to niczego nie zmienia – jak nawigacja pokazuje, że dwieście kilometrów będzie się robić nieco ponad cztery godziny, to wcale nie jest to pomyłka: na kilka kilometrów przed jedynym skrzyżowaniem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów robi się ogromny korek, a przejazdem kieruje policja. albańczycy, mimo, że tak jak napisałeś, pojadą na wszystkim, w zasadzie jednak nie potrafią jeździć.… Czytaj więcej »

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jak poprawnie wymawiać zagraniczne nazwy?

Skip to entry content

Pamiętam jak w pierwszej klasie gimnazjum, będąc już bardzo poważnym – a przede wszystkim poważnie przyodzianym – hip-hopowcem, przyszedłem do szkoły w czapce marki Smith’s, na co kumpel – równie wczuty w klimat – zareagował: „masz czapę ze Szmita, szacun!”. Mimo otrzymanego szacunu, czułem że jednak coś jest nie tak i że tę nazwę czyta się inaczej, jednak nietaktem byłoby kwestionować wypowiedź ziomka, który tak ciepło publicznie wyrażał się na mój temat. Więc oczywiście nie zwróciłem uwagi na niepoprawną wymowę i sam zacząłem mówić „Szmit”. Lata później, gdy do kin wszedł film z parą kolekcjonującą dzieci z całego świata – „Pan i Pani Smith” – dotarło do mnie, że to zagraniczne nazwisko czyta się „Smyf”. I że przez cały ten czas robiłem sobie siarę, źle wymawiając słowo, które miałem na czole.

Żebyście Wy nie narobili sobie tego zbędnego przypału, postanowiłem zebrać najpopularniejsze zagraniczne marki i nazwy własne, których wymowa nie jest oczywista i napisać, jak to powinno brzmieć poprawnie.

Viceroy – tanie, ale w miarę przyzwoite fajki, które – gdy je podpalałem mając naście lat i chowając się przed dorosłymi – kosztowały 3,85zł i zwane były Wicerojami. Właściwa wymowa, to „Wajsroj”.

Acer – producent monitorów, laptopów, tabletów i telefonów, często czytany, jakby był polską nazwą, w rzeczywistości jest tajwańską firmą, którą czyta się „Eiser”.

Hyundai – bardzo, bardzo, bardzo, ale to naprawdę bardzo długo byłem przekonany, że wymawiając to „Hjundaj” nie popełniam błędu. Aż nie znalazłem się na jakiejś konferencji, gdzie ktoś przeczytał to jako „Handej” i cały świat legł mi w gruzach.

Jalapeño – to akurat nie marka, a nazwa papryki – kurewsko ostrej, dodajmy – i gdy chcesz ją przekląć, powinieneś powiedzieć „cholerne halapenio!”.

Leroy Merlin – ta francuska sieć hipermarketów budowlanych nie ma nic wspólnego ani z naszym polskim Liroyem, ani z czarodziejskim Merlinem, bo pochodzi od nazwisk założycieli i brzmi „Lerła Merlę”.

Levi’s – nie „Lewis”, a „Liwajs”, choć nie znam ani jednej osoby, która tak by to czytała.

Ballantines – na równi z Jackiem Daniel’sem i Johnym Walkerem najpopularniejsza whisky w naszym kraju, co nie przeszkadza wielu osobom czytać wprost, tak jak się pisze, zamiast tak jak się powinno, czyli „Balantajns”.

Peugeot„peżo”. Bez „t” na końcu.

Mojito – jest ktoś kto nie zna hasła „dwa modżajto dla mojej świni”? Nie ma? A każdy wie, że to żart i tego drinka w rzeczywistości czyta się „mohito”? Nie? No, to teraz już wie.

Louboutin – w kółko powtarzałem „Lubotin, Lubotin” jak bym był na pierwszym dniu wyprzedaży poświątecznej w Londynie, a aż jedna znajoma szafiarka zwróciła mi uwagę, że te buty to „Lubutę”, odzierając mnie z resztek złudzeń, że mam jakiekolwiek pojęcie o modzie.

Quechua – logo, którym zalane są pola namiotowe na festiwalach i nie ma się co dziwić, bo namioty, które sygnuje rozkłada się ultra ławo. Składa też do przeżycia. Mimo, iż instynkt podpowiada, że to „Kaczucha”, poprawna wymowa, to „Keczła”.

Tumblr – kiedyś była mocna moda na wywalanie samogłosek z nazw własnych – „Reebok” był „Rbk”, „Misbehave” było „MSBHV” – i tak mniej więcej powstała nazwa platformy blogowej, sprowadzającej się głównie do kradzieży grafik, która brzmi „Tambler”. Tak jak „Flickr” brzmi „Fliker”.

Croissant – dla beki czasem mówię „kurosant”, ale poprawnie ten francuski rogalik to „krłasą”.

Auchan – był pierwszym hipermarketem z prawdziwego zdarzenia, który powstał w moim mieście, ale jego zapis był tak abstrakcyjny, że żeby nie połamać sobie języka, pieszczotliwie nazwaliśmy go „Oszołomem”. Zupełnie ignorując, że to „Oszą”.

Huawei – to chyba najtrudniejsza w wymowie marka technologiczna, co do której nikt nie ma pewności, jak to tak w zasadzie powinno brzmieć. Od osób pracujących w firmie słyszałem, że „Łałej”, od jej ambasadorów, że „Hłałej”. Jeśli czyta mnie właściciel-założyciel, to proszę o kontakt, bo nie wiem, czy nie mam piwa do odbioru w wygranym zakładzie.

Gnocchi„niokki”. Przypomina trochę gaworzenie do małego dziecka.

Stay Fly – mój blog był już i czytany dosłownie po polsku z przeciągniętym „y” na końcach członów, i pojawiał się w radiu jako „Sty Flay”. i Pudelek przemianował go na „Star Fly”, i znajomi kręcili bekę, że to kiełki „Stir Fry”. A to po prostu „Stej Flaj”, jak w refrenie kawałka Three 6 Mafia. Bo dokładnie stamtąd pochodzi jego nazwa.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog

 

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta

Skip to entry content

Anita zawsze chciała mieć słonia. Czemu akurat słonia? A czemu akurat, nie? Co to w ogóle za pytanie? Masz coś do słoni, zwierzęca rasistko? Gdyby chciała mieć kanarka też zadałabyś takie pytanie? No, to jak już kwestię uprzedzeń mamy za sobą, to wróćmy do tematu.

Anita zawsze chciała mieć słonia. Gdy rodzice w wieku 5 lat zabrali ją do cyrku i zobaczyła z jaką siłą, z jaką pewnością siebie, z jaką mocą porusza się nieco starszy brat Dumbo, wiedziała, że to zwierzę dla niej. A z wiekiem ta pewność tylko się pogłębiała. Widząc na imprezach u znajomych roszczeniowe, do niczego nie nadające się, rozłożone na kanapach – jakby ich ciało miało dosłownie zacząć się rozkładać – koty, dostawała migreny, na którą był tylko jeden skuteczny sposób – ćwiartka wódki. Z kolei ciągle śliniące się i wiecznie brudne, łaszczące się o choćby plasterek szynki, psy, przyprawiały ją o niestrawność i na samą myśl o tym, że miałaby skończyć z podobnym we własnym mieszkaniu, zatykała usta ręką, żeby nie pobrudzić prawie oryginalnych Louboutinów z OLX. Nie mówiąc już o zjadających własne odchody chomikach, czy będących tylko na pokaz rybkach. Po co komu zwierzę, którego nawet nie można pogłaskać? Nigdy nie mogła tego zrozumieć. Podobnie jak wzoru skróconego mnożenia.

Za to słoń! Słoń to jest coś! Wielokrotnie fantazjowała, że ujeżdża go w diamentowym diademie królowej betonowej dżungli, a wszyscy ludzie bez wyjątku – od korpoludzi, przez rycerzy ortalionu, po hipsterów – kłaniają się przed nią, widząc jak majestatycznie wygląda dosiadając największego ze ssaków. Setki razy wizualizowała jak sunie na nim przez miasto, ten wydaje z siebie ryk tłukący szyby w oknach, a wszystkie wytapirowane cizie w Matizach usuwają jej się z drogi, truchlejąc przed potęgą jej słonia. Albo jak bierze go na Mazury i przy zejściu do Śniardwego oblewa ją wodą ze swojej gigantycznej trąby, a ona błyszczy w słońcu odbijającym się od kropel spływających po jej idealnie opalonej, jasno-mahoniowej skórze, w trakcie tego, jak zarzuca włosami na prawo i lewo naśladując dziewczyny surferów z 90210. Albo po prostu, że spoko byłoby mieć słonia, bo lubi duże zwierzęta.

Rzeczywistość jednak podeptała wyobraźnię Anity, jak wujek Zdzisiek jej palce u stóp na ostatnim weselu. A w zasadzie nie rzeczywistość, tylko konformizm. Jej konformizm. I wygodnictwo.

Wiesz ile wymagań trzeba spełnić, żeby legalnie móc posiadać słonia w Polsce? Nie wiesz? Spoko, Anita też nie wie, bo zanim doszła do kwestii formalnych, przerosły ją kwestie techniczne. A mianowicie brak własnego domu z hektarem ziemi, żeby mogła tam trzymać swojego Trąbalskiego. Nie, że temat nie do ogarnięcia, czy coś, bo mogłaby po prostu to M2, a w zasadzie to kawalerkę z osobną sypialnią, co dostała od starych po obronie sprzedać i kupić na obrzeżach miasta coś z ogródkiem. No, ale trochę zachodu by było.

Co więc zrobiła nasza pasjonatka egzotycznych stworzeń z leniwcem na ramieniu, szepcącym jej do obu uszu? Wzięła kota.

Po pierwsze, kota nie trzeba było sprowadzać z Afryki. Po drugie, żeby mieć kota, nie musiała sprzedawać mieszkania w śródmieściu. Po trzecie, kot był tańszy w utrzymaniu. Po czwarte, robił mniejsze zniszczenia w trakcie rui. Po czwarte, jej najlepsza przyjaciółka była uczulona na słonie. Po piąte, co by powiedziała rodzina? Po szóste, o kota nie musiała się starać, bo sam przyszedł pewnego letniego popołudnia wskakując przez balkon do jej M2 na parterze. To znaczy do kawalerki z osobną sypialnią. I było jeszcze 1745 wymówek, dla których Anita wybrała mniej angażującą na starcie opcję, mimo, że nie do końca zaspokajała jej potrzeby i nie była tym, czego faktycznie chciała. Poza tym, przecież tyle jej koleżanek miało koty, czyżby wszystkie były nieszczęśliwe? Czyżby wszystkie się myliły? Niemożliwe. To pewnie tylko kwestia czasu, aż i ona się przekona, przejrzy na oczy i zobaczy, jakie koty są zajebiste.

Ale czas mijał, a jej podejście się nie zmieniało.

Już od pierwszego dnia z futrzakiem, mimo, że mięciutki, i słodziutki, i na samojebkach dobrze wychodzi, myślała o trębaczu. Jednak wmawiała sobie, że na radykalną zmianę jest już za późno, więc próbowała półśrodków. Zaczęła od rozmów z kotem na temat jego nawyków i zachowań, sugerując, że zamiast skradać się na palcach jak wystraszone dziecko, mógłby dostojnie stąpać jak drwal. Na przykład Tomasz Drwal. Albo zamiast piszczeć jak ciota, gdy coś mu się dzieje,  wziąłby się zebrał w sobie i ryknął. Albo nie lizał sobie jajek przy gościach, tylko polał się wodą jak już tak bardzo chce dbać o higienę. Ale kot był głuchy na jej sugestie, a gdy podnosiła głos, za cholerę nie wiedział, czego ta popieprzona baba od niego chce. W końcu był kotem i miał cały świat tam, gdzie wczorajszy Whiskas.

Nasza bohaterka nie poddawała się i cały czas szukała jakiegoś sposobu, żeby usłonić sierściucha. Zaczęła od mało inwazyjnych rzeczy, typu zwracanie się do niego per „słoniu” i szeptanie mu w trakcie snu jak duży i silny jest, i jak długą ma trąbę, licząc, że przez parahipnozę połączoną z programowaniem neurolingwistycznym, udaj jej się jakoś wpłynąć na jego podświadomość, tak by mentalnie zmienił gatunek. Później wjechała już z grubszym kalibrem, farbując mruczkowi sierść na szaro, doklejając mu do pyszczka słonie uszy i trąbę i próbując go ujeżdżać. Jednak kot niezłomnie szedł w zaparte i nie chciał się ugiąć, dewastując słoniową doklejkę pazurami i chowając się pod meblami przy próbie jazdy na jego grzbiecie. Pozytywna strona tej sytuacji był taka, że Anita mogła odpuścić odkurzanie na jakiś czas.

Po 6 miesiącach życia w ciągłym braku akceptacji, kot w końcu się wkurwił i uciekł.

Bo kot to kot, a słoń to słoń i jakich zaklęć byś nie użyła, to jeden nie przemorfuje w drugiego. Podobnie jest z facetami. Albo nie chcesz się wysilać przy poszukiwaniu partnera i bierzesz kanapowego leniwca wraz z wszystkimi jego przywarami, albo wiesz, że nie wytrzymasz codziennego patrzenia jak rośnie mu mięsień piwny i angażujesz czas i energię, rozglądając się za kimś, kto spełnia Twoje potrzeby, a nie tylko jest. Tak samo w drugą stronę, jeśli wzięłaś sobie imprezowego lwa, dla którego weekend bez urwanego filmu jest bardziej bolesny, niż polskie komedie romantyczne, to nie rób scen, że powinien siedzieć z Tobą w domu i oglądać „Plebanię”, bo widziały gały co brały.

Wielu laskom wydaje się, że wezmą sobie kolesia, który akurat się nadarzył i w miarę da się na niego patrzeć, a potem wymodelują sobie z niego mężczyznę swoich marzeń, jakby był jakąś paczką plasteliny. Nie. To tak nie działa.

Nie wkręcaj sobie, że przy Tobie się zmieni, nie łudź się, że masz taką moc sprawczą, by przebudować fundamenty jego osobowości, nie zakochuj się w jego potencjale. I przede wszystkim, nie oszukuj się, że łatwiej na mężczyźnie trwale wymusić pożądane zachowania i reakcje, niż znaleźć takiego, który po prostu je przejawia sam z siebie. Mimo, że dotarcie do takiego może kosztować Cię sporo wysiłku, to porównując to z ciągłą irytacją i niezadowoleniem w życiu codziennym, i tak wychodzi na OGROMNY plus. Zdecydowanie prościej jest stworzyć warunki do hodowania słonia, niż wymusić na kocie, by nagle słoniem się stał.

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta. Na innego.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tinker*Tailor loves Lalka