Close
Close

Gdzie warto pójść na piwo w Krakowie? 5 dobrych miejsc

Skip to entry content

Często dostaję od Was maile w stylu:

Drogi StejFlaju,

Kocham Cię jak Krystyna Pawłowicz interpunkcję, a Twojego bloga czytam od chrztu Polski i mam prośbę, wpadam na weekend do Krakowa i chcę się pobawić jak Bradley Cooper w filmie o wieczorze kawalerskim, doradź: co zobaczyć, gdzie zjeść, gdzie się na pić?

Ps. Najbardziej zależy mi na tym ostatnim, tak że tego… gdzie warto pójść na piwo w Krakowie?

Całuję i czekam na odpowiedź do 15 minut albo cofam lajka!

Twoja wierna fanka Irena

Gdzie zjeść w Krakowie pisałem już jakiś czasem temu, więc dzisiaj zajmiemy się tym, żeby Wam za bardzo nie zaschło w gardle jak już wrzucić coś na ząb. Nie doradzę Wam w kwestii stricte klubowo-dyskotekowej, bo moje ulubione lokale taneczne pozamykali jak jeszcze studiowałem (w tym momencie wszyscy stawiamy znicze za Łódź Kaliską) i szczerze mówiąc, nie znam żadnego wartego uwagi miejsca poza Prozakiem 2.0. Ale jeśli od ocierania się o spoconych ludzi w rytm łupanki niszczącej bębenki słuchowe bardziej interesuje Was po prostu napicie się alkoholu, to z chęcią podzielę się wskazówkami, gdzie warto pójść na piwo w Krakowie.

Z góry uprzedzam, nie jest żadnym piwoszem i to nie jest przewodnik po najlepszych multi-tapach w Grodzie Króla Kraka. To po prostu subiektywny przegląd miejscówek, gdzie dobrze się pije ze względu na klimat.

 

Do wyluzowania – Forum Przestrzenie

forum przestrzenie

W Warszawie knajpy nad Wisłą wyrastają jak blogi modowe po sukcesie Maffashion i po obu brzegach barów z leżaczkami jest od cholery. W Krakowie jest zamykana właśnie snobistyczna i droga (12 zeta za lany browar) Plaża Kraków, co sprowadza się do tego, że jedyne miejsce do relaksowania się nieopodal rzeki, to Forum Przestrzenie. Na szczęście Forum jest zajebiste i ma świetną atmosferę. Bierzesz Fortunę w butelce (czarna najlepsza!) albo Miłosława za 9 zeta, rozkładasz jeden z nigdy nie kończących się leżaków, wystawiasz buźkę do słońca i odpoczywasz. Albo gawędzisz ze znajomymi, albo bawisz się z psem, albo czytasz książkę, albo zakładasz słuchawki i puszczasz sobie Xxanaxx. Idealna miejscówka na niedzielnego kaca. Oczywiście w miesiącach wiosenno-letnich.

forum przestrzenie 2

 

Do upijania – BaniaLuka

Od jakiegoś czasu w coraz większej liczbie miast pojawiają się lokale z alkoholami za 4zł i jedzeniem za 8zł. W Krakowie mamy Ambasadę Śledzia, Pijalnię Wódki i Piwa, Huki Muki, Dżumandżi, U Jożina, Vistulę i właśnie BaniaLukę, występujące i w okolicach Rynku Głównego i na Kazimierzu, ale to właśnie BaniaLuka na Placu Szczepańskim znalazła specjalne miejsce w moim alko-serduszku. To nie jest miejsce, gdzie idziesz rozkoszować się smakiem piwa i to zdecydowanie nie jest miejsce, gdzie idziesz na randkę, ale to bez apelacyjnie jest miejsce, w którym zaczynasz i kończysz imprezę. Każdy dobry całonocny melanż startuje od jednego małego w BaniaLuce, gdy zaczyna się ściemniać i kończy się na bani wiśniówki, gdy zaczyna świtać. Jeśli lubisz klimat zatłoczonego londyńskiego pubu, w którym spotkasz zarówno znajomych z podstawówki, księdza, który udzielał Ci pierwszej komunii, ludzi z pracy, gościa, który właśnie zszedł z ośmiotysięcznika przyjeżdżając tu na stopa i przy okazji swoją byłą, na drugi dzień pamiętając piąte przez dziesiąte, to miejsce dla Ciebie.

 [emaillocker]

Do smakowania – House of Beer

house of beer 2

Jedyne miejsce w zestawieniu skupiające się strcite na piwie, ale za to najlepsze. Po pierwsze, mają tu więcej rodzajów piw, niż jestem w stanie policzyć bez kalkulatora  (220 piw butelkowych, 12 kranów na parterze i 8 w piwnicy), po drugie, mają tu lepszą obsługę niż na spotach reklamowych banków, która doradzi, pomoże i dobierze Ci taki smak, o którym nie śniło się fizjologom, po trzecie, jest naprawdę sporo miejsca (sporo w stosunku do innych tap barów). Rozstrzał cen, to od 5zł za piwo dnia (codziennie inne) do 70zł za turbo rarytas. Jeśli jesteś fanem tego gatunku alkoholu, to nie możesz opuścić byłej stolicy, bez wizyty na Świętego Tomasza 35. Nazwa nie jest przesadzona – House Of Beer, to naprawdę dom piwa.

house of beer 3

 

Do osiedlowania – Miasteczko Studenckie AGH

Jestem tym typem człowieka, który lubi wbić się w miękki fotel w kawiarni, czy zapaść w skórzanej kanapie w barze, ale równie dobrze czuje się z butelką w jednej dłoni i fajką w drugiej, siedząc na ławce. Jestem patriotą i kocham nasz kraj, jednak jeśli miałbym wyemigrować za granicę, to właśnie ze względu na możliwość legalnego picia w miejscach publicznych. Doprowadza mnie do szału, że nie mogę normalnie wyjść z kolegą przed blok i napić się jednego, tylko muszę się chować z piwem przed służbami porządkowymi, jakbym miał krew na rękach. Na szczęście w Krakowie jest takie miejsce jak Miasteczko Studenckie AGH, gdzie w osiedlowym klimacie bez przypału można coś wychylić. Piwerko, ewentualnie kratę. Mimo, że czasy biegania z indeksem za wpisami mam już dawno za sobą, to lubię tam wpaść od czasu do czasu i poczuć się trochę jak w alternatywnej rzeczywistości, gdzie powszechnie przyjęte obostrzenia i regulacje prawne nie obowiązują.

 

Do zwariowania – Piękny Pies

Lokal legenda. Mimo, że Bożego Ciała 9, to już jego trzecia lokalizacja, to duch sytuacji z poprzednich adresów cały czas się w nim unosi. Miejsce spotkań krakowskiej bohemy. Gościł takie postacie jak Zbigniew Hołdys, Maciej Maleńczuk, Marcin Świetlicki i dziesiątki innych malarzy, pisarzy, piosenkarzy i wszelkiej maści bezimiennych artystów, którym zdarzało się tu robić większe bydło, niż w niejednym gospodarstwie rolnym. Poza szalonymi gejowskimi klubami, to jeden z najbardziej barwnych punktów na towarzyskiej mapie Krakowa. Jest nieporównywalnie większe prawdopodobieństwo, że spotkasz tu własną babcię twerkującą do „Sweet dreams” Eurythmics, czy dziadka rzucającego kuflami przez bar, niż nieopierzonego studenciaka w podróbkach Rosherunów z fryzem na hilterjugend. I chwała Pięknemu Psu za to! I za wszystkie niedorzeczne sytuacje, których byłem w nim świadkiem.

piękny pies

 

To tyle z najcharakterystyczniejszych miejsc, do których moim zdaniem warto pójść na piwo w Krakowie. Jeśli chcecie coś dodać do tej listy, to śmiało dzielcie się swoimi typami w komentarzach. A niebawem kolejny wpis przewodnikowy, tym razem z bugerowniami.

 [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

38
Dodaj komentarz

avatar
23 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
24 Comment authors
PolaZ Krakowa w stronę Dunajca rowerem. TrasyAgusiaxxxOla MajorskaGdzie zjeść burgera w Krakowie? 5 najlepszych miejsc Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Pola
Gość
Pola

Dodałabym jeszcze jedno – Do muzeum przy okazji zajrzenia – Stara Zajezdnia :) Zawsze jak tam jestem na piwie to wstępuję do muzeum inżynierii miejskiej bo tam jest taka super sala zabaw… dla dzieci. Poza tym – najdłuższy bar w Polsce do czegoś zobowiązuję :D

Agata Chachurska
Gość

Chyba nigdy nie zrozumiem ewenementu Pięknego Psa, ale! Jak mogłeś zapomnieć o Antycafe?

Jan Favre
Gość

Skąd przypuszczenie, że zapomniałem?

Agata Chachurska
Gość

:(

Asia Kociołek
Gość
Asia Kociołek

Miejscówki sztosik :) Dodałabym jeszcze na pewno Eszewerię i, ewentualnie, Pasaż

Monika
Gość

Zapomniałeś wymienić, że i ja bywam w Pięknym Psie. Popraw ten tekst1111!!!!

Saga Sachnik
Gość

Czyli twerkująca babcia to nie postać fikcyjna…

Jan Favre
Gość

Cholera, wiedziałem, że o kimś zapomniałem, sorka!

Marcin Bartyś
Gość
Marcin Bartyś

Fabryka Szeptów, bardzo przyjemne miejsce na Kazimierzu

Wojciech
Gość
Wojciech

kraina :P

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Celebryta – osoba popularna, rozpoznawalna, często pojawiająca się w mediach, na bankietach i imprezach ze ściankami fotograficznymi. Znana najczęściej z tego, że jest znana.

Według Googli i Wikipedii, przed 2009 rokiem termin „celebryta” w Polsce nie istniał, a osoby rozpoznawalne zawdzięczały swoją sławę swoim działaniom – śpiewaniu, graniu, pisaniu, czy też innej formie szeroko pojętego tworzenia. Trudno sprecyzować co dokładnie stało się w tym 2009, że jednostki nieprzejawiające talentów artystycznych, politycznych bądź sportowych zaczęły brylować w mediach, powołując do życia wcześniej wspomniany termin. Nie dam sobie uciąć żadnej kończyny, ani nawet środkowego palca, ale wiązałbym to z galopującym rozwojem Pudelka, będącym pierwszym dużym portalem plotkarskim w naszym kraju, który interesowanie się cudzym życiem wyniósł do rangi sportu narodowego. A że wśród ówczesnych gwiazd nie panował tak wszechobecnych dziś trend dzielenia się każdym aspektem swojej prywatności, aby mieć o czym pisać musiał stworzyć nowe. Które stały się znane z tego… że są znane.

W Stanach najskuteczniejszym sposobem na zostanie celebrytą jest nagranie i upublicznienie sekstaśmy, co ultra skutecznie zastosowała Kim Kardashian i, ustępująca jej tylko pod kątem masy ciała, Paris Hilton. Polacy na szczęście/nieszczęście (wybierz właściwy wariant wedle upodobań) są zdecydowanie bardziej pruderyjni, przez co pierwsze wybicie się na amatorskim pornosie wciąż przed nami. Za to znakomicie radzimy sobie w zdobywaniu sławy przez występy w reality showach, bądź przez wchodzenie w związek z kimś, kto już sławny jest. W ostatnich dniach do cna przesiąkniętych mistrzostwami Europy w piłce nożnej, ogrom uwagi skupia się na piłkarzach i ich żonach. Żonach, które przez swoich znanych mężów bywają równie popularne co oni. Na tyle popularne, że doczekały się nawet swojego akronimu: WAGs.

WAGs – pojęcie stworzone przez angielskie tabloidy do określania partnerek tamtejszych piłkarzy. Pochodzi od „Wives And Girlsfriends” i znaczy, jak nie trudno się domyślić, „żony i dziewczyny”. Obecnie używane również poza granicami Wielkiej Brytanii.

Odkąd ruszyły pierwsze mecze i portale plotkarskie zaczęły prześcigać się w publikowaniu zdjęć partnerek sportowców w strojach kąpielowy, w komentarzach pod owymi, i w mediach społecznościowych, możemy przeczytać cały leksykon zarzutów i inwektyw pod ich adresem. Jakie „ale” mamy do WAGs będących rasowymi celebrytkami?

Za co nienawidzimy WAGs?

Gdyby nie mężowie, nikt by o nich nie słyszał – ja bym poszedł dalej, gdyby nie ich rodzice nikt by o nich nie słyszał, bo nawet by ich nie było. To kim jesteśmy i w jakim miejscu jesteśmy, jest w dużej mierze wypadkową ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze. Co miały zrobić? Nie brać ślubu, bo nie daj boże staną się popularne i komuś się to nie spodoba?

Są plastikowe i mają sztuczne cycki – wiadomo, ingerowanie w swoje ciało to zło. Dlatego nie powinno się uprawiać sportu, żeby zmienić sylwetkę, przebijać uszu, żeby je ozdobić, chodzić do fryzjera, żeby zmienić fryzurę, opalać się, żeby zbrązowić skórę, ani chodzić do dentysty, żeby wstawić zęby. Jeśli natura chciała, żebyśmy byli grubymi, długowłosymi albinosami bez jedynek, to powinniśmy to zaakceptować. Każdy bez wyjątku.

Pławią się w luksusach i mają wszystko nie robiąc nic – bo jak wiadomo, w życiu chodzi o nieposiadanie niczego robiąc wszystko i grzęźnięcie w ubóstwie. Dlatego celebrytki powinny odrzucić dobra materialne i żyć w ascezie jak Franciszek z Asyżu, czekając na kanonizację. Każda komentująca w ten sposób osoba, gdyby tylko miała okazję, z pewnością by tak zrobiła.

Wszystkie wyglądają tak samo, jakby je zdjęli z taśmy produkcyjnej – jak to dobrze, że komentujący nigdy nie chcą się do nikogo upodobnić, nie kupują w sieciówkach, nie podążają za modą i wyglądają jak wyciągnięci z maszyny losującej cechy fizyczne.

Niepotrzebnie się o nich mówi, jest wiele innych utalentowanych osób, które zasługują na uwagę – hmm, to może po prostu o nich nie mów? Bo nie wiem, czy zauważyłeś, ale właśnie to robisz. A jeśli faktycznie tak Cię boli, że ktoś, kto – Twoim zdaniem – powinien być w świetle jupiterów jest niezauważony przez media, to miej pretensje do tych mediów. Ewentualnie przestań marudzić i zrób coś, żeby zmienić ten stan rzeczy, bo wiesz, że media społecznościowe, to też media i możesz w nich promować kogo chcesz?

Zwykłe kurwy, prostytuują się za biżuterię i wycieczki – zawsze zastanawia mnie na podstawie czego stawiane są tak śmiałe tezy, stwierdzające, że partnerki znanych osób są z nimi dla dóbr materialnych. Czy to wynik osobistych doświadczeń osoby wypowiadającej się w ten sposób? Czy głębokie przekonanie, że wszystkie atrakcyjne kobiety się prostytuują? Czy raczej bezbolesna próba odpowiedzenia sobie na pytanie „czemu to ona, a nie ja jest z tym księciem z bajki?”.

Nic nie potrafią, tylko pozują do zdjęć – kto kiedykolwiek miał okazję pozować do czegokolwiek, wie, że zdecydowanie nie jest to nic, a raczej szereg umiejętności, które trzeba zdobyć i wyćwiczyć. Jeśli nie wierzysz, to otwórz portfel, wyciągnij dowód i z tętnem podłączonym do wykrywacza kłamstwa powiedz, że zdjęcie, które tam masz, nadaje się choćby na rozkładówkę „Pani Domu”.

Pustaki z twarzą nieskalaną myślą – bo w końcu prawdziwego intelektualistę poznaje się po mimice. Na przykład taki Stephen Hawking, po inteligentnym wyrazie twarzy od razu widać, że przyszły noblista.

Nie wiedzą co to jest ciężka praca i prawdziwe życie, poszłyby do fabryki, to by się wyprostowały – kto nie orze w polu za minimalną krajową powinien zostać publicznie rozstrzelany, a przynajmniej wejść w psią kupę. W życiu nie chodzi o to, żeby je sobie ułatwiać i dążyć do tego, żeby było miłe i przyjemne. Nie. W życiu chodzi o to, żeby było rodzajem kary do odbycia, którą przeklina się każdego ranka. Żeby było tak ciężkie, by mieć go dość. Kto ma lekko, powinien błagać o wybaczenie idąc na klęczkach w worze po kartoflach na Jasną Górę. To chyba jasne, co?

Jak już odbiliśmy wszystkie pseudo-zarzuty świadczące tylko o naszej zazdrości, to przejdźmy do sedna.

Za co naprawdę nienawidzimy celebrytów?

Za sławę, wygląd, znajomości i często pieniądze. Za wszystko to, czego nie mamy, a chcielibyśmy mieć.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lil’_wiz

19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii

Skip to entry content

Od zeszłego roku mam postanowienie, że przynajmniej raz na 2 miesiące wyruszę gdzieś za granicę, bo wiadomo, że nic tak nie kształci jak podróże. I Wikipedia. Wynika to z tego, że przez większość życia najdalszym miastem, do którego miałem okazję podróżować były Katowice i teraz chcę nadrobić ten czas, gdy byłem zbyt biedny, by poznawać świat. Albo chociażby Europę. W tym roku w lutym byłem we Włoszech, w kwietniu w Hiszpanii, po czym zorientowałem się, że zbliża się połowa czerwca, a ja dalej kiszę w Krakowie i nawet wstępnie nie zacząłem się zastanawiać nad kolejną podróżą, co sprowadza się do tego, że mój krajoznawczy plan wyląduje tam, gdzie Hose Arcadio Morales na początku „Killerów dwóch”.

Bardzo tego nie chciałem, bo nie po to sobie coś postanawiam, żeby później to olewać. Dlatego nie zastanawiając się dłużej niż trwa zielone światło dla pieszych przy przejściu przez aleje przy Cracovii, zacząłem przeglądać oferty last minute i wybrałem Albanię. Bo brzmiała egzotycznie i nic o niej nie wiedziałem. Sensowne kryterium, co? Dwa dni później wylądowałem w Durres i zacząłem oswajać ten kraj pełen kontrastów. Kontrastów, słońca, niedorzeczności i serdeczności.

Oto 19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii.

#1 – Bunkry

bunkry (1)

bunkry (2)

Parafrazując Laskę z „Chłopaki nie płaczą”: są bunkry i jest zajebiście. Jeden z byłych premierów Albanii – Mehmet Shehu – wpadł na pomysł, żeby wybudować kilkaset tysięcy schronów na terenie kraju. Tak na wszelki wypadek. I tak porozrzucane po miastach i wsiach, jedne stają się kawiarniami, czy sklepikami z pamiątkami, a drugie tymczasowymi melinami dla bezdomnych.

#2 – Tirana

Tirana (2)

Tirana (1)

Tirana to stolica Albanii i mieszka w niej 700 000 ludzi. Nie byłoby to niczym zaskakującym, gdyby nie fakt, że cały kraj liczy 2 900 000 osób, co znaczy że stolica gromadzi ¼ jego ludności. Oprócz tego jest najbardziej europejskim i cywilizowanym miastem w cały kraju i można je porównać do zachodnich stolic. Co nie znaczy, że jego mieszkańcy mówią po angielsku.

#3 – Kebab z frytkami

kebab z frytkami

Uważasz, że powinien być podawany osobno? Podobnie jak w Bułgarii, tutejsze asy gastronomii się z Tobą nie zgodzą i podadzą Ci to razem zawinięte w ciasto. Ale nie myśl, że to źle. Wręcz przeciwnie, smakuje bardzo spoko.

#4 – Woda w morzu

Albania Durres

Jest słona jak cholera i mętna jeszcze bardziej.

#5 – Kraj się buduje

buduje - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jak jeden wielki plac budowy. Gdy wieczorem szedłem do monopolowego po rakiję, przed sklepem nie było jeszcze schodów. Gdy na drugim dzień szedłem do piekarni obok po byrka, były już i schody, i wylany przed nimi chodnik.

#6 – Kraj się burzy

niszczy - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jakby niedawno było zbombardowane albo przynajmniej przeszedł przez nie huragan. Patrząc na to jak wyglądają ulice i budynki przy nich, nie wiesz, czy dopiero powstają i nie zostały jeszcze skończone, czy raczej już podupadają i są tak zniszczone. Brak kratek kanalizacyjnych na chodnikach wskazuje na to drugie.

#7 – Peja

Nie wiem, czy Rychu Peja ze Slums Attack zdaje sobie z tego sprawę, ale jedno z popularniejszych albańskich piw nazywa się tak jak on. I nawet można je lać w ryj. W sensie, da się wypić.

#8 – Dziwne instalacje artystyczne

dziwne instalacje artystyczne Tirana

Ale za to pozytywne. W końcu każdy z nas czasem chciałby przytulić się do drzewa.

#9 – Plastikowe ławki

platikowe ławki Durres

„Ławki” to w tym przypadku określenie umowne, bo bardziej wyglądają jak kilkudziesięciokrotnie powiększone klocki Duplo, ale, fakt, służą do siedzenia. U nas pewnie po pierwszym lepszym przegranym przez kogokolwiek meczu poszłyby z dymem, a tu się elegancko trzymają. Może Albańczycy nie znają ognia.

#10 – Pączki z parmezanem

pączki (1)

pączki (2)

Tak, dobrze przeczytałeś – z parmezanem. I wiesz co? Nie podejrzewałbym ich o to, ale to połączenie jest naprawdę dobre.

#11 – Wyławianie motorówek koparkami

wyławianie motorówek koparkami

To chyba tutaj taki narodowy sport, bo widziałem taką akcję dwukrotnie. Aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy tubylcy nie robią tego specjalnie, żeby wzbudzić zaciekawienie turystów i nakręcić ludzi do wrzucania fot na Fejsa i relacjonowania na Snapie tego osobliwego wydarzenia.

#12 – Jeżdżenie na wszystkim

Jeżdżenie na wszystkim

Na ulicach i wzdłuż wybrzeża widziałem takie środki komunikacyjne, o których się Henry’emu Fordowi nie śniło. Jeśli do czegoś da się tylko doczepić koła i silnik, to Albańczycy na tym pojadą. A jeśli nie da się doczepić silnika, to zaprzęgną do tego konia. W trakcie wycieczki do Beratu, widziałem zarówno jak nastolatek powoził koniem siedząc w samochodowej przyczepie, jak i kobietę jadącą na większej taczce przyspawanej do motoroweru. Przodu motoroweru. „Top Gear” może się schować.

#13 – Mikroherbaty

mikroherbata

Nie wiem, czy Albańczycy nie lubią herbaty, czy co, ale zauważyłem, że mają tendencję do podawania jej w nieco większych filiżankach do espresso. I to wypełnionych do 2/3. Jeden większy łyk i cała znika.

#14 – Spacery z niedźwiedziem

Spacery z niedźwiedziem (2)

Spacery z niedźwiedziem (1)

Widząc tubylca prowadzącego nieco jaśniejszego Misia Yogi, zacząłem się zastanawiać, czy nie pomyliłem samolotów i przypadkiem nie doleciałem do jakiegoś nowo otwartego lotniska w Zakopanem albo od razu do Parku Yellowstone. Ale nie. Okazuje się, że to taka lokalna atrakcja i tak jak nad polskim morzem można sobie zrobić zdjęcie z niczym, tak nad albańskim można cyknąć foto z niedźwiedziem.

#15 – Owoce morza

owoce morza

Zdziwiłem się i to srogo, ale podali je nawet w naszej, niestety, podłej stołówce hotelowej i nie dość, że w formie szwedzkiego stołu, to jeszcze bardzo przyzwoicie przyrządzone. Mniam!

#16 – Rowerki wodne porzucone między blokami

rowerki wodne

Próbowałem popłynąć po trawie, ale nie dało rady.

#17 – Rakija

rakija

Być w Albanii i nie napić się rakii, to jak być w Polsce i nie napić się wódki. Można, ale po przyjeździe i tak wszyscy będą Cię pytać głównie o to. W zależności, czy pijesz sklepową, czy pędzony bimber w przydrożnej knajpie, może mieć od 40% do nieskończoności, ale jest całkiem smaczna i małymi łykami wchodzi bez przepity.

#18 – Niecodzienne widoki

Niecodzienne widok (2)

Niecodzienne widok (1)

Z jednej strony góry, z drugiej morze, z trzeciej wyschnięte rzeki, z czwartej piętrzące się domki, z piątej dzika roślinność. W momencie kiedy wyjedzie się poza miasto (jedno z dwóch w całym kraju), widoki zza szyby zachwycają i dają poczucie, że jest się w wyjątkowym miejscu.

#19 – Serdeczni ludzie

Processed with VSCO with f2 preset

Nie przesadzę, jeśli powiem, że tutaj prawie nikt nie zna angielskiego. W Albanii nawet obsługa hotelowa nastawiona na zajmowanie się zagranicznymi gośćmi ma duży problem z posługiwaniem się tym językiem. Nie przeszkadza to jednak ludziom być serdecznym, otwartym i nastawionym na bezinteresowną pomoc. Nikt nie ma z tym problemu, że nie mówisz po ichniemu, a oni nie mówią po Twojemu. Będą gestykulować, pokazywać na migi albo rysować na kartce, byleby się z Tobą porozumieć, a wszystko to z szczerym, szerokim uśmiechem.

Choćby dla tego pozytywnego podejścia do życia warto odwiedzić Albanię. A nuż się udzieli.