Close
Close

Jak poprawnie wymawiać zagraniczne nazwy?

Skip to entry content

Pamiętam jak w pierwszej klasie gimnazjum, będąc już bardzo poważnym – a przede wszystkim poważnie przyodzianym – hip-hopowcem, przyszedłem do szkoły w czapce marki Smith’s, na co kumpel – równie wczuty w klimat – zareagował: „masz czapę ze Szmita, szacun!”. Mimo otrzymanego szacunu, czułem że jednak coś jest nie tak i że tę nazwę czyta się inaczej, jednak nietaktem byłoby kwestionować wypowiedź ziomka, który tak ciepło publicznie wyrażał się na mój temat. Więc oczywiście nie zwróciłem uwagi na niepoprawną wymowę i sam zacząłem mówić „Szmit”. Lata później, gdy do kin wszedł film z parą kolekcjonującą dzieci z całego świata – „Pan i Pani Smith” – dotarło do mnie, że to zagraniczne nazwisko czyta się „Smyf”. I że przez cały ten czas robiłem sobie siarę, źle wymawiając słowo, które miałem na czole.

Żebyście Wy nie narobili sobie tego zbędnego przypału, postanowiłem zebrać najpopularniejsze zagraniczne marki i nazwy własne, których wymowa nie jest oczywista i napisać, jak to powinno brzmieć poprawnie.

Viceroy – tanie, ale w miarę przyzwoite fajki, które – gdy je podpalałem mając naście lat i chowając się przed dorosłymi – kosztowały 3,85zł i zwane były Wicerojami. Właściwa wymowa, to „Wajsroj”.

Acer – producent monitorów, laptopów, tabletów i telefonów, często czytany, jakby był polską nazwą, w rzeczywistości jest tajwańską firmą, którą czyta się „Eiser”.

Hyundai – bardzo, bardzo, bardzo, ale to naprawdę bardzo długo byłem przekonany, że wymawiając to „Hjundaj” nie popełniam błędu. Aż nie znalazłem się na jakiejś konferencji, gdzie ktoś przeczytał to jako „Handej” i cały świat legł mi w gruzach.

Jalapeño – to akurat nie marka, a nazwa papryki – kurewsko ostrej, dodajmy – i gdy chcesz ją przekląć, powinieneś powiedzieć „cholerne halapenio!”.

Leroy Merlin – ta francuska sieć hipermarketów budowlanych nie ma nic wspólnego ani z naszym polskim Liroyem, ani z czarodziejskim Merlinem, bo pochodzi od nazwisk założycieli i brzmi „Lerła Merlę”.

Levi’s – nie „Lewis”, a „Liwajs”, choć nie znam ani jednej osoby, która tak by to czytała.

Ballantines – na równi z Jackiem Daniel’sem i Johnym Walkerem najpopularniejsza whisky w naszym kraju, co nie przeszkadza wielu osobom czytać wprost, tak jak się pisze, zamiast tak jak się powinno, czyli „Balantajns”.

Peugeot„peżo”. Bez „t” na końcu.

Mojito – jest ktoś kto nie zna hasła „dwa modżajto dla mojej świni”? Nie ma? A każdy wie, że to żart i tego drinka w rzeczywistości czyta się „mohito”? Nie? No, to teraz już wie.

Louboutin – w kółko powtarzałem „Lubotin, Lubotin” jak bym był na pierwszym dniu wyprzedaży poświątecznej w Londynie, a aż jedna znajoma szafiarka zwróciła mi uwagę, że te buty to „Lubutę”, odzierając mnie z resztek złudzeń, że mam jakiekolwiek pojęcie o modzie.

Quechua – logo, którym zalane są pola namiotowe na festiwalach i nie ma się co dziwić, bo namioty, które sygnuje rozkłada się ultra ławo. Składa też do przeżycia. Mimo, iż instynkt podpowiada, że to „Kaczucha”, poprawna wymowa, to „Keczła”.

Tumblr – kiedyś była mocna moda na wywalanie samogłosek z nazw własnych – „Reebok” był „Rbk”, „Misbehave” było „MSBHV” – i tak mniej więcej powstała nazwa platformy blogowej, sprowadzającej się głównie do kradzieży grafik, która brzmi „Tambler”. Tak jak „Flickr” brzmi „Fliker”.

Croissant – dla beki czasem mówię „kurosant”, ale poprawnie ten francuski rogalik to „krłasą”.

Auchan – był pierwszym hipermarketem z prawdziwego zdarzenia, który powstał w moim mieście, ale jego zapis był tak abstrakcyjny, że żeby nie połamać sobie języka, pieszczotliwie nazwaliśmy go „Oszołomem”. Zupełnie ignorując, że to „Oszą”.

Huawei – to chyba najtrudniejsza w wymowie marka technologiczna, co do której nikt nie ma pewności, jak to tak w zasadzie powinno brzmieć. Od osób pracujących w firmie słyszałem, że „Łałej”, od jej ambasadorów, że „Hłałej”. Jeśli czyta mnie właściciel-założyciel, to proszę o kontakt, bo nie wiem, czy nie mam piwa do odbioru w wygranym zakładzie.

Gnocchi„niokki”. Przypomina trochę gaworzenie do małego dziecka.

Stay Fly – mój blog był już i czytany dosłownie po polsku z przeciągniętym „y” na końcach członów, i pojawiał się w radiu jako „Sty Flay”. i Pudelek przemianował go na „Star Fly”, i znajomi kręcili bekę, że to kiełki „Stir Fry”. A to po prostu „Stej Flaj”, jak w refrenie kawałka Three 6 Mafia. Bo dokładnie stamtąd pochodzi jego nazwa.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog

 

(niżej jest kolejny tekst)

74
Dodaj komentarz

avatar
41 Comment threads
33 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
47 Comment authors
EdekrascalSławek AmieluchaLoQAnia | Primo Cappuccino Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karola Franieczek | Życie Me
Gość

Hyundai – „Handej” No na to bym nie wpadła. Moje życie już nie będzie takie samo. :D

Jan Favre
Gość

Witaj w klubie!

Kasia Gorbaczow
Gość
Kasia Gorbaczow

A nawet mieli reklamę „edukacyjną” „Handej lajk sandej” ;) https://youtu.be/vY-5dn3t4xM

Nika Kowalska
Gość
Nika Kowalska

Niby tak, ale we wszystkich nowszych reklamach jest „hjundaj” albo „hjundej”. Chyba podobnie jak Douglas (którego nazwę powinno się podobno czytać „duglas”) poddali się w walce o poprawną wymowę :D

Kasia Gorbaczow
Gość
Kasia Gorbaczow

Nauka poszła w las, przyzwyczajenia są trudne do zmiany. ;) A co do sprawy z D. – pracuję w firmie kosmetycznej i na początku byłam w wielkim szoku, że tu wszyscy mówią o kliencie „Duglas”, zamiast o znanym mi „Daglasie”. Nawet mnie korciło, żeby ich poprawiać, ale byli w przewadze. :D

Weronika Truszczyńska
Gość

Jakbyście słuchali k-popu to byście wiedzieli! Pseudonim wokalistki 4minute – Hyuna, czyta się właśnie Hana :D

Pionierka
Gość
Pionierka

Pfff, żadna siara nie znać wszystkich języków świata. Wystarczy posłuchać, jak zagraniczni komentatorzy wymawiają nazwiska polskich piłkarzy i człowiek przestaje się silić na poliglotę.

Patrycja Sz
Gość

Ale jak powiem, że jeżdżę Handejem to ktoś gotów pomyśleć, że to jakaś chińska podróbka.

Jan Favre
Gość

Hahahahaha :D

Marcin Kuc
Gość

Handej – lajk sandej

Domi
Gość
Domi

W angielskich reklamach wymawiają „Handej”, i to bardzo wyraźnie. Bardzo dobrze to słuchać w reklamie Hyundaia, jaką wyświetlili podczas Super Bowl. Swoją drogą – reklama jest super :)
https://m.youtube.com/watch?v=-R_483zeVF8

Karolina Gie
Gość

Nie znam nikogo kto pierwszą nazwę wymawia poprawnie… a trochę w sklepie popracowałam :)
Przydałyby się co niektórym korepetycje u Ciebie :)

Magdalena Śpiewak
Gość

Jabym w sklepie poprosiła o wajsroj’e to, by Pani w sklepie nie miała pojęcia o co mi chodzi.

motocyklistka.eu
Gość

Też tylko Hyundai – „Handej” jest dla mnie nowością. Najlepszy szok przeżyłam jednak gdy okazało się, że Mitsubishi Pajero można* czytać jako Pahero które to z kolei w języku hiszpańskim jest słowem niecenzuralnym oznaczającym osobę masturbującą się ;)

*szczerze mówiąc nie mogę dojść do tego, które wymowa jest poprawna ale chyba obie

rascal
Gość

Warto wspomnieć też o tym, że samo Mitsubishi poprawnie czyta się Micubisi (si jak w sikać). podobnie jak Suzuki czyta się Sudzuki, Kawasaki – Kałasaki,

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta

Skip to entry content

Anita zawsze chciała mieć słonia. Czemu akurat słonia? A czemu akurat, nie? Co to w ogóle za pytanie? Masz coś do słoni, zwierzęca rasistko? Gdyby chciała mieć kanarka też zadałabyś takie pytanie? No, to jak już kwestię uprzedzeń mamy za sobą, to wróćmy do tematu.

Anita zawsze chciała mieć słonia. Gdy rodzice w wieku 5 lat zabrali ją do cyrku i zobaczyła z jaką siłą, z jaką pewnością siebie, z jaką mocą porusza się nieco starszy brat Dumbo, wiedziała, że to zwierzę dla niej. A z wiekiem ta pewność tylko się pogłębiała. Widząc na imprezach u znajomych roszczeniowe, do niczego nie nadające się, rozłożone na kanapach – jakby ich ciało miało dosłownie zacząć się rozkładać – koty, dostawała migreny, na którą był tylko jeden skuteczny sposób – ćwiartka wódki. Z kolei ciągle śliniące się i wiecznie brudne, łaszczące się o choćby plasterek szynki, psy, przyprawiały ją o niestrawność i na samą myśl o tym, że miałaby skończyć z podobnym we własnym mieszkaniu, zatykała usta ręką, żeby nie pobrudzić prawie oryginalnych Louboutinów z OLX. Nie mówiąc już o zjadających własne odchody chomikach, czy będących tylko na pokaz rybkach. Po co komu zwierzę, którego nawet nie można pogłaskać? Nigdy nie mogła tego zrozumieć. Podobnie jak wzoru skróconego mnożenia.

Za to słoń! Słoń to jest coś! Wielokrotnie fantazjowała, że ujeżdża go w diamentowym diademie królowej betonowej dżungli, a wszyscy ludzie bez wyjątku – od korpoludzi, przez rycerzy ortalionu, po hipsterów – kłaniają się przed nią, widząc jak majestatycznie wygląda dosiadając największego ze ssaków. Setki razy wizualizowała jak sunie na nim przez miasto, ten wydaje z siebie ryk tłukący szyby w oknach, a wszystkie wytapirowane cizie w Matizach usuwają jej się z drogi, truchlejąc przed potęgą jej słonia. Albo jak bierze go na Mazury i przy zejściu do Śniardwego oblewa ją wodą ze swojej gigantycznej trąby, a ona błyszczy w słońcu odbijającym się od kropel spływających po jej idealnie opalonej, jasno-mahoniowej skórze, w trakcie tego, jak zarzuca włosami na prawo i lewo naśladując dziewczyny surferów z 90210. Albo po prostu, że spoko byłoby mieć słonia, bo lubi duże zwierzęta.

Rzeczywistość jednak podeptała wyobraźnię Anity, jak wujek Zdzisiek jej palce u stóp na ostatnim weselu. A w zasadzie nie rzeczywistość, tylko konformizm. Jej konformizm. I wygodnictwo.

Wiesz ile wymagań trzeba spełnić, żeby legalnie móc posiadać słonia w Polsce? Nie wiesz? Spoko, Anita też nie wie, bo zanim doszła do kwestii formalnych, przerosły ją kwestie techniczne. A mianowicie brak własnego domu z hektarem ziemi, żeby mogła tam trzymać swojego Trąbalskiego. Nie, że temat nie do ogarnięcia, czy coś, bo mogłaby po prostu to M2, a w zasadzie to kawalerkę z osobną sypialnią, co dostała od starych po obronie sprzedać i kupić na obrzeżach miasta coś z ogródkiem. No, ale trochę zachodu by było.

Co więc zrobiła nasza pasjonatka egzotycznych stworzeń z leniwcem na ramieniu, szepcącym jej do obu uszu? Wzięła kota.

Po pierwsze, kota nie trzeba było sprowadzać z Afryki. Po drugie, żeby mieć kota, nie musiała sprzedawać mieszkania w śródmieściu. Po trzecie, kot był tańszy w utrzymaniu. Po czwarte, robił mniejsze zniszczenia w trakcie rui. Po czwarte, jej najlepsza przyjaciółka była uczulona na słonie. Po piąte, co by powiedziała rodzina? Po szóste, o kota nie musiała się starać, bo sam przyszedł pewnego letniego popołudnia wskakując przez balkon do jej M2 na parterze. To znaczy do kawalerki z osobną sypialnią. I było jeszcze 1745 wymówek, dla których Anita wybrała mniej angażującą na starcie opcję, mimo, że nie do końca zaspokajała jej potrzeby i nie była tym, czego faktycznie chciała. Poza tym, przecież tyle jej koleżanek miało koty, czyżby wszystkie były nieszczęśliwe? Czyżby wszystkie się myliły? Niemożliwe. To pewnie tylko kwestia czasu, aż i ona się przekona, przejrzy na oczy i zobaczy, jakie koty są zajebiste.

Ale czas mijał, a jej podejście się nie zmieniało.

Już od pierwszego dnia z futrzakiem, mimo, że mięciutki, i słodziutki, i na samojebkach dobrze wychodzi, myślała o trębaczu. Jednak wmawiała sobie, że na radykalną zmianę jest już za późno, więc próbowała półśrodków. Zaczęła od rozmów z kotem na temat jego nawyków i zachowań, sugerując, że zamiast skradać się na palcach jak wystraszone dziecko, mógłby dostojnie stąpać jak drwal. Na przykład Tomasz Drwal. Albo zamiast piszczeć jak ciota, gdy coś mu się dzieje,  wziąłby się zebrał w sobie i ryknął. Albo nie lizał sobie jajek przy gościach, tylko polał się wodą jak już tak bardzo chce dbać o higienę. Ale kot był głuchy na jej sugestie, a gdy podnosiła głos, za cholerę nie wiedział, czego ta popieprzona baba od niego chce. W końcu był kotem i miał cały świat tam, gdzie wczorajszy Whiskas.

Nasza bohaterka nie poddawała się i cały czas szukała jakiegoś sposobu, żeby usłonić sierściucha. Zaczęła od mało inwazyjnych rzeczy, typu zwracanie się do niego per „słoniu” i szeptanie mu w trakcie snu jak duży i silny jest, i jak długą ma trąbę, licząc, że przez parahipnozę połączoną z programowaniem neurolingwistycznym, udaj jej się jakoś wpłynąć na jego podświadomość, tak by mentalnie zmienił gatunek. Później wjechała już z grubszym kalibrem, farbując mruczkowi sierść na szaro, doklejając mu do pyszczka słonie uszy i trąbę i próbując go ujeżdżać. Jednak kot niezłomnie szedł w zaparte i nie chciał się ugiąć, dewastując słoniową doklejkę pazurami i chowając się pod meblami przy próbie jazdy na jego grzbiecie. Pozytywna strona tej sytuacji był taka, że Anita mogła odpuścić odkurzanie na jakiś czas.

Po 6 miesiącach życia w ciągłym braku akceptacji, kot w końcu się wkurwił i uciekł.

Bo kot to kot, a słoń to słoń i jakich zaklęć byś nie użyła, to jeden nie przemorfuje w drugiego. Podobnie jest z facetami. Albo nie chcesz się wysilać przy poszukiwaniu partnera i bierzesz kanapowego leniwca wraz z wszystkimi jego przywarami, albo wiesz, że nie wytrzymasz codziennego patrzenia jak rośnie mu mięsień piwny i angażujesz czas i energię, rozglądając się za kimś, kto spełnia Twoje potrzeby, a nie tylko jest. Tak samo w drugą stronę, jeśli wzięłaś sobie imprezowego lwa, dla którego weekend bez urwanego filmu jest bardziej bolesny, niż polskie komedie romantyczne, to nie rób scen, że powinien siedzieć z Tobą w domu i oglądać „Plebanię”, bo widziały gały co brały.

Wielu laskom wydaje się, że wezmą sobie kolesia, który akurat się nadarzył i w miarę da się na niego patrzeć, a potem wymodelują sobie z niego mężczyznę swoich marzeń, jakby był jakąś paczką plasteliny. Nie. To tak nie działa.

Nie wkręcaj sobie, że przy Tobie się zmieni, nie łudź się, że masz taką moc sprawczą, by przebudować fundamenty jego osobowości, nie zakochuj się w jego potencjale. I przede wszystkim, nie oszukuj się, że łatwiej na mężczyźnie trwale wymusić pożądane zachowania i reakcje, niż znaleźć takiego, który po prostu je przejawia sam z siebie. Mimo, że dotarcie do takiego może kosztować Cię sporo wysiłku, to porównując to z ciągłą irytacją i niezadowoleniem w życiu codziennym, i tak wychodzi na OGROMNY plus. Zdecydowanie prościej jest stworzyć warunki do hodowania słonia, niż wymusić na kocie, by nagle słoniem się stał.

Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta. Na innego.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Tinker*Tailor loves Lalka

Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu

Skip to entry content

Słyszałeś to całe motywacyjne pieprzenie o wychodzeniu ze strefy komfortu? O tym, że gdy nie przekraczasz swoich granic, nie rozwijasz się? Że robiąc tylko to, co już znasz i umiesz, nie wydostając się poza obszar emocjonalnego bezpieczeństwa, skazujesz się na monotonię i nudę? A magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu? Słyszałeś, co? Ja też i z miejsca chciałem podpisać się pod petycją o zdelegalizowanie coachingu i rozwoju osobistego. Ale zacznijmy od początku.

Pamiętam jak w piątej klasie podstawówki miałem grać drzewo w szkolnym przedstawieniu. Tak, drzewo. Niezbyt wymagająca rola, co? Ja to jednak widziałem zdecydowanie inaczej. Widziałem CAŁĄ SZKOŁĘ, przed którą miałem wystąpić i wiedziałem, że CAŁA SZKOŁA będzie mnie oceniać. Czy mam dość przekonujący strój, czy trzymam właściwą pozę i ogólnie, czy nie robię z siebie debila, co w tamtych czasach było istotniejsze, niż w dzisiejszych zastanawianie się, czy będę miał jak zapłacić za mieszkanie. Trzy tygodnie przed występem stała się tragedia. Nauczycielka organizująca teatrzyk stwierdziła, że będę mówił czterowersową kwestię. Czujecie? Miałem wyjść przed ten szwadron dzieciaków gotowych mnie rozszarpać i wypominać do końca życia najdrobniejsze potknięcie, i wyrecytować im aż cztery wersy! Niewykonalne!

Gdyby kłębki były wrzącym kwasem gotującym się w garnku, który zaraz ulegnie rozkładowi i doprowadzi do tego, że kuchenka wraz z całą instalacją gazową eksploduje, wysadzając przy tym połowę dzielnicy, mógłbym powiedzieć, że w tamtym okresie byłem kłębkiem nerwów.

Nie wiem, czy to kwestia zaniżonej samooceny, problemów z poczuciem własnej wartości, gargantuicznej nieśmiałości, czy po prostu tego, że byłem dzieckiem, ale czułem się tak bardzo niegotowy, jak tylko to możliwe, do występowania przed kimkolwiek oprócz mojej mamy. Tydzień przed przedstawieniem zacząłem mieć problemy ze snem, a dzień przed zacząłem modlić się o tak szumnie zapowiadany koniec świata, który miał przyjść w 2000 roku i trochę się spóźniał. Mimo mojej ówczesnej głębokiej wiary w moc sprawczą modlitwy, nic takiego się nie stało.

Nie miałem wyboru, musiałem pójść do tej cholernej szkoły, przebrać się za to pieprzone drzewo i wydusić z siebie te cztery wersy na oczach wszystkich. Kwadrans przed wygłoszeniem swojej kwestii zemdlałem.

Tracenie przytomności jest mało przyjemnym uczuciem, zwłaszcza, gdy masz 11 lat i kompletnie nie wiesz, co się dzieje z Twoim ciałem i świadomością. Stoisz pośród ludzi, tak jak stałeś wcześniej i nagle obraz zaczyna się ściemniać, ale nie że na sali robi się ciemniej, tylko tak jakby kineskop w przedpotopowym telewizorze zaczął się wyłączać – w ultra zwolnionym tempie, to na co patrzysz zaczyna pokrywać czerń. To samo dzieje się ze słuchem. Głos człowieka, który stoi tak blisko, że stykasz się z nim ramieniem zaczyna się oddalać, od-da-lać, oood-daaa-laaać, maaasz wraaa-żeee-nieee, żeee kaaaż-dyyy dźwięęęk jeeest cooo-raaaz daaa-leeej oood Cieee-bieee iii zwaaa-lniaaa. Aaaż zniii-kaaa zuuu-peeeł-nieee. I przestajesz słyszeć cokolwiek.

Gdyby problem z odbieraniem bodźców ze świata nie był wystarczająco przerażający, to dochodzi do niego zanik możliwości poruszania swoim ciałem. Chcesz podnieść rękę, żeby przetrzeć oczy i naprawić szwankujący wzrok, ale masz wrażenie, że odinstalował Ci się sterownik albo przynajmniej zdeaktualizował, bo kończyna unosi się jak w zatartym przez piach, nienaoliwionym robocie. Z nogami to samo. Chcesz nimi poruszyć, żeby wydostać się z tego pomieszczenia i odzyskać kontakt ze światem na otwartej przestrzeni, ale stoją w miejscu. A w zasadzie to przestają trzymać pion, jakby ktoś zaczął z nich spuszczać powietrze i teraz całą energię i procesy życiowe skupiasz na tym, żeby nie wyłączyło im się zasilanie i żebyś nie wylądował z twarzą na posadzce.

Bardzo, bardzo nieprzyjemne. Mniej więcej tak nieprzyjemne, jak gdy ktoś powala Cię na ziemię uderzeniem w tył głowy, trzy osoby Cię kopią po żebrach, a jedna okłada metalową rurką. Też nie wiesz, co się dzieje i czy dotrwasz, aż się skończy.

Po tym incydencie już nigdy nie chciałem publicznie występować przed nikim. W żadnych pieprzonych spektaklach, na żadnych cholernych jasełka, ani na żadnych posranych olimpiadach, czy – nie daj boże, w którego właśnie przestałem wierzyć – konkursach recytatorskich. W gimnazjum nie było z tym problemów, bo mieliśmy aspołeczną wychowawczynię, która absolutnie nie była gotowa do pracy z młodzieżą, więc kontakt z nami ograniczała do niezbędnego minimum i żeby nie brać odpowiedzialności za jakiekolwiek nasze działania, wymiksowywała udział naszej klasy z wszelkich nadprogramowych czynności. Co odbiło się również tym, że w ciągu 3 lat nie byliśmy na ani jednej wycieczce. Ale nie miałem z tym problemu. Cieszyłem się całym sobą, że ominął mnie koszmar publicznych wystąpień.

W liceum, dzięki wybraniu zdecydowanie nieekstrawertycznej klasy matematycznej,  trauma udziału w szkolnych przedstawieniach również mnie ominęła, jednak sytuacja zmieniła się na studiach. Raz, że od przygotowywania prezentacji na zaliczenie nie dało się już uciec i kilka razy w semestrze trzeba było przed tych 30-40, a czasem nawet i 70 ludzi wyjść i świecić oczami, a dwa, że po wyprowadzce z domu musiałem mieć z czego żyć. Więc musiałem zacząć zarabiać. Więc musiałem znaleźć pracę. Więc musiałem zacząć chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. A to kurewsko stresowało.

Potrzebowałem kasy na mieszkanie i jedzenie, i to potrzebowałem jej bardzo, bo mimo, że jestem mistrzem sztuki przetrwania, to wciąż daleko mi do Beara Gryllsa, a tym bardziej do Jezusa, żeby wytrzymać miesiąc bez szamy. Jaki skutek uboczny dawała ta paląca potrzeba? Stres. A w zasadzie to cały kokon ze stresu, który szczelnie mnie owijał tuż przed spotkaniem rekrutacyjnym. Często, a raczej niemal zawsze, wypadałem na rozmowach dużo poniżej swoich możliwości i nie byłem w stanie zaprezentować w pełni swoich umiejętności i wiedzy, bo nerwy zżerały mnie jak hiena świeże truchło, tuż po jego znalezieniu. Nienawidziłem tego i, na tyle na ile to możliwe, robiłem wszystko, by od tego uciec.

Może to zabrzmieć absurdalnie, ale sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy postanowiłem zająć się blogowaniem.

Pewnie zastanawiasz się, co ma pisanie internetowego pamiętnika w zaciszu uwitego z fotela, poduszki i koca gniazdka, do przemawiania ze sceny i wystawiania się na ocenę publiczności? Ano to, że najlepsi blogerzy występują jako prelegenci na kilkuset osobowych konferencjach. A ja nigdy nie chciałem być któryś z kolei, niezależnie czym się zajmowałem, jeśli było to moją pasją i robiłem to z autentycznej zajawki, zawsze chciałem być pierwszy. Jeśli czymś faktycznie się jarasz, nie chcesz być w tym przeciętny, skupiasz się na tym, żeby być najlepszy. Dążysz do doskonałości. Miałem więc prosty wybór, albo odpuścić blogowanie, albo przełamać swój paraliżujący strach przed publicznymi wystąpieniami.

Biorąc pod uwagę, że wciąż piszę, a Ty czytasz te słowa, chyba wiesz jaką decyzję podjąłem?

Pamiętam jak w 2012 roku pojechałem pierwszy raz na Blog Forum Gdańsk, nikogo nie znałem, wszystkiego się bałem, a gdy niespodziewanie zobaczyłem Andrzeja Tucholskiego potrzebowałem 20 minut, żeby zebrać się w sobie i powiedzieć „cześć, jestem Janek i cię czytam”. Od pierwszej prezentacji, którą zobaczyłem na tej imprezie, wiedziałem, że któregoś dnia to ja będę przemawiał do tego tłumu ludzi i tłumaczył niejasne zagadnienia z pozycji eksperta. No dobra, nie wiedziałem, ale bardzo chciałem. Chciałem być asem, a nie jopkiem w tej grze. Perspektywa bycia jednym z najlepszych łechtała moje ego i nakręcała, ale wizja skupienia na sobie spojrzenia setek oczu przerażała do szpiku kości, przyprawiając o przyspieszoną akcję serca, mokre dłonie i gęsią skórkę.

Śledzenie każdego ruchu, każdego słowa, każdej mikroekspresji mimicznej, wyczulenie na każdą zmianę tonu głosu przez tylu ludzi, przerażało mnie, tak jak przeraża spotkanie samotnego małego dziecka po zmroku na cmentarzu. Wielu rzeczy w życiu się bałem, ale to było dla mnie jak zrobienie krzyżowych nacięć na całym ciele i wrzucenie do akwarium z piraniami. Czułem, że gdybym był na miejscu osób, które podziwiałem siedząc na widowni, z miejsca dostałbym zawału.

Dałem sobie 2 lata, żeby przełamać ten strach.

Zajęło mi to jednak trochę dłużej. Po 3 latach wystąpiłem jako jeden z panelistów na Blog Forum Gdańsk, co było tylko połowicznym wykonaniem postawionego sobie celu, bo w trakcie panelu dyskusyjnego uwaga rozkłada się na wszystkich uczestników i również dobrze mógłbym w ogóle się nie odzywać, a pewnie i tak mało kto by to odnotował. Misja w pełni wykonana została dopiero po 3,5 roku. W zeszłą sobotę byłem prelegentem na Blog Conference Poznań i po otwarciu wydarzenia prowadziłem prelekcję dla jakichś 300 osób.

Ja, niegdyś dzieciak, który w podstawówce zemdlał, gdy miał przebrany za drzewo wyjść do równieśników i powiedzieć durny czterowersowy wierszyk, teraz przez pół godziny występowałem przed pełną salą w zupełnie obcym mieście, dzieląc się wiedzą. Łouł!

To nie przyszło samo, to nie przyszło znikąd. Oswajanie się ze stresem kosztowało mnie morze czasu i ocean energii. Pokonywanie ciągle wizualizującej się sceny jak tracę przytomność w trakcie prezentacji, albo jak w podczas wypowiedzi nagle zapominam kolejnej kwestii, zacinam się i nie mogę odblokować, a cała sala ryczy ze śmiechu, było dla mnie kolosalnym wysiłkiem. Wysiłkiem, którego przecież nie musiałem podejmować. Mogłem stwierdzić, że występy publiczne nie są mi pisane, pogodzić się z tym i poświęcić ten czas na przeglądanie Kwejka i oglądanie po raz 16-ty wszystkich sezonów „Dr House’a”. Zdecydowanie przyjemniej byłoby siedzieć w tym czasie w swoim bezpiecznym gniazdku i gapić się w monitor, niż narażać się na krytykę, kpiny i negatywną ocenę, występując na uczelniach, próbując swoich sił na Slamach Poetyckich, i sprawdzając się na lokalnych, mniejszych konferencjach, przed każdą z nich walcząc na śmierć i życie ze zdenerwowaniem, niepewnością i brakiem wiary we własne siły.

Czy w takim razie było warto? Biorąc pod uwagę, że każdy z tych kroków przybliżał mnie do upragnionego celu, który w końcu osiągnąłem, to…

TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK!

Wiesz, co było najlepsze w przełamaniu się na tak dużą skalę? Nie to, że gdy skończyłem mówić dostałem brawa. Nie to, że po prelekcji kilku uczestników powiedziało, że otworzyłem im oczy lub zmieniłem spojrzenie na jakąś kwestię. Nie to, że od osób, z których opinią się liczę usłyszałem, że poszło mi świetnie. Nawet nie to, że moi bliscy byli ze mnie dumni. To wszystko oczywiście było super i podbijało moje samozadowolenie pozwalając unieść się na wysokość trzeciego piętra, ale coś innego było dużo istotniejsze.

Efektem nie do przecenienia była świadomość, że mogę pokonać samego siebie!

Wiedza, że nie muszę godzić się ze stanem zastanym, że niedziałający element w sobie mogę zmienić, że to nie jest tak, że jestem uszkodzony i nic się nie da zrobić, dała mi skrzydła, na których wzleciałem na wysokość wieżowca. Nie mam zapędów, żeby zostać teraz zawodowym mówcą, czy w ogóle wodzirejem, bo zdecydowanie wolę pisać, ale świadomość tego, że gdybym chciał, byłbym w stanie to zrobić, jest jak zobaczenie swojego miasta z lotu ptaka, będąc wcześniej tylko naziemnym obserwatorem jednej ulicy. Wywraca perspektywę, jak przejście z geo do heliocentrycznego układu planet. Udowodnienie sobie samemu, że rzecz, która wcześniej wydawała Ci się kategorycznie niemożliwa, jednak jest to zrobienia, bo właśnie jej dokonałeś, jest jak zdobycie klucza, który otwiera wszystkie drzwi. To hipereuforia, to ucementowanie poczucia własnej wartości, to empiryczne przekonanie się o posiadaniu mocy sprawczej. Trudno opisać to uczucie słowami, żeby to w pełni zrozumieć, trzeba go doświadczyć.

Magia i prawdziwe cuda dzieją się poza strefą komfortu. Długo myślałem, że to pieprzenie. Teraz wiem, że to prawda.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!