Close
Close

Celebryta – osoba popularna, rozpoznawalna, często pojawiająca się w mediach, na bankietach i imprezach ze ściankami fotograficznymi. Znana najczęściej z tego, że jest znana.

Według Googli i Wikipedii, przed 2009 rokiem termin „celebryta” w Polsce nie istniał, a osoby rozpoznawalne zawdzięczały swoją sławę swoim działaniom – śpiewaniu, graniu, pisaniu, czy też innej formie szeroko pojętego tworzenia. Trudno sprecyzować co dokładnie stało się w tym 2009, że jednostki nieprzejawiające talentów artystycznych, politycznych bądź sportowych zaczęły brylować w mediach, powołując do życia wcześniej wspomniany termin. Nie dam sobie uciąć żadnej kończyny, ani nawet środkowego palca, ale wiązałbym to z galopującym rozwojem Pudelka, będącym pierwszym dużym portalem plotkarskim w naszym kraju, który interesowanie się cudzym życiem wyniósł do rangi sportu narodowego. A że wśród ówczesnych gwiazd nie panował tak wszechobecnych dziś trend dzielenia się każdym aspektem swojej prywatności, aby mieć o czym pisać musiał stworzyć nowe. Które stały się znane z tego… że są znane.

W Stanach najskuteczniejszym sposobem na zostanie celebrytą jest nagranie i upublicznienie sekstaśmy, co ultra skutecznie zastosowała Kim Kardashian i, ustępująca jej tylko pod kątem masy ciała, Paris Hilton. Polacy na szczęście/nieszczęście (wybierz właściwy wariant wedle upodobań) są zdecydowanie bardziej pruderyjni, przez co pierwsze wybicie się na amatorskim pornosie wciąż przed nami. Za to znakomicie radzimy sobie w zdobywaniu sławy przez występy w reality showach, bądź przez wchodzenie w związek z kimś, kto już sławny jest. W ostatnich dniach do cna przesiąkniętych mistrzostwami Europy w piłce nożnej, ogrom uwagi skupia się na piłkarzach i ich żonach. Żonach, które przez swoich znanych mężów bywają równie popularne co oni. Na tyle popularne, że doczekały się nawet swojego akronimu: WAGs.

WAGs – pojęcie stworzone przez angielskie tabloidy do określania partnerek tamtejszych piłkarzy. Pochodzi od „Wives And Girlsfriends” i znaczy, jak nie trudno się domyślić, „żony i dziewczyny”. Obecnie używane również poza granicami Wielkiej Brytanii.

Odkąd ruszyły pierwsze mecze i portale plotkarskie zaczęły prześcigać się w publikowaniu zdjęć partnerek sportowców w strojach kąpielowy, w komentarzach pod owymi, i w mediach społecznościowych, możemy przeczytać cały leksykon zarzutów i inwektyw pod ich adresem. Jakie „ale” mamy do WAGs będących rasowymi celebrytkami?

Za co nienawidzimy WAGs?

Gdyby nie mężowie, nikt by o nich nie słyszał – ja bym poszedł dalej, gdyby nie ich rodzice nikt by o nich nie słyszał, bo nawet by ich nie było. To kim jesteśmy i w jakim miejscu jesteśmy, jest w dużej mierze wypadkową ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze. Co miały zrobić? Nie brać ślubu, bo nie daj boże staną się popularne i komuś się to nie spodoba?

Są plastikowe i mają sztuczne cycki – wiadomo, ingerowanie w swoje ciało to zło. Dlatego nie powinno się uprawiać sportu, żeby zmienić sylwetkę, przebijać uszu, żeby je ozdobić, chodzić do fryzjera, żeby zmienić fryzurę, opalać się, żeby zbrązowić skórę, ani chodzić do dentysty, żeby wstawić zęby. Jeśli natura chciała, żebyśmy byli grubymi, długowłosymi albinosami bez jedynek, to powinniśmy to zaakceptować. Każdy bez wyjątku.

Pławią się w luksusach i mają wszystko nie robiąc nic – bo jak wiadomo, w życiu chodzi o nieposiadanie niczego robiąc wszystko i grzęźnięcie w ubóstwie. Dlatego celebrytki powinny odrzucić dobra materialne i żyć w ascezie jak Franciszek z Asyżu, czekając na kanonizację. Każda komentująca w ten sposób osoba, gdyby tylko miała okazję, z pewnością by tak zrobiła.

Wszystkie wyglądają tak samo, jakby je zdjęli z taśmy produkcyjnej – jak to dobrze, że komentujący nigdy nie chcą się do nikogo upodobnić, nie kupują w sieciówkach, nie podążają za modą i wyglądają jak wyciągnięci z maszyny losującej cechy fizyczne.

Niepotrzebnie się o nich mówi, jest wiele innych utalentowanych osób, które zasługują na uwagę – hmm, to może po prostu o nich nie mów? Bo nie wiem, czy zauważyłeś, ale właśnie to robisz. A jeśli faktycznie tak Cię boli, że ktoś, kto – Twoim zdaniem – powinien być w świetle jupiterów jest niezauważony przez media, to miej pretensje do tych mediów. Ewentualnie przestań marudzić i zrób coś, żeby zmienić ten stan rzeczy, bo wiesz, że media społecznościowe, to też media i możesz w nich promować kogo chcesz?

Zwykłe kurwy, prostytuują się za biżuterię i wycieczki – zawsze zastanawia mnie na podstawie czego stawiane są tak śmiałe tezy, stwierdzające, że partnerki znanych osób są z nimi dla dóbr materialnych. Czy to wynik osobistych doświadczeń osoby wypowiadającej się w ten sposób? Czy głębokie przekonanie, że wszystkie atrakcyjne kobiety się prostytuują? Czy raczej bezbolesna próba odpowiedzenia sobie na pytanie „czemu to ona, a nie ja jest z tym księciem z bajki?”.

Nic nie potrafią, tylko pozują do zdjęć – kto kiedykolwiek miał okazję pozować do czegokolwiek, wie, że zdecydowanie nie jest to nic, a raczej szereg umiejętności, które trzeba zdobyć i wyćwiczyć. Jeśli nie wierzysz, to otwórz portfel, wyciągnij dowód i z tętnem podłączonym do wykrywacza kłamstwa powiedz, że zdjęcie, które tam masz, nadaje się choćby na rozkładówkę „Pani Domu”.

Pustaki z twarzą nieskalaną myślą – bo w końcu prawdziwego intelektualistę poznaje się po mimice. Na przykład taki Stephen Hawking, po inteligentnym wyrazie twarzy od razu widać, że przyszły noblista.

Nie wiedzą co to jest ciężka praca i prawdziwe życie, poszłyby do fabryki, to by się wyprostowały – kto nie orze w polu za minimalną krajową powinien zostać publicznie rozstrzelany, a przynajmniej wejść w psią kupę. W życiu nie chodzi o to, żeby je sobie ułatwiać i dążyć do tego, żeby było miłe i przyjemne. Nie. W życiu chodzi o to, żeby było rodzajem kary do odbycia, którą przeklina się każdego ranka. Żeby było tak ciężkie, by mieć go dość. Kto ma lekko, powinien błagać o wybaczenie idąc na klęczkach w worze po kartoflach na Jasną Górę. To chyba jasne, co?

Jak już odbiliśmy wszystkie pseudo-zarzuty świadczące tylko o naszej zazdrości, to przejdźmy do sedna.

Za co naprawdę nienawidzimy celebrytów?

Za sławę, wygląd, znajomości i często pieniądze. Za wszystko to, czego nie mamy, a chcielibyśmy mieć.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lil’_wiz
(niżej jest kolejny tekst)

32
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
19 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
20 Comment authors
Maya RybaOlga KomorowskaAleksandra MuszyńskadzikikucykSarna Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
MeWho
Gość
MeWho

Choć prawdą jest, ze np. Taka żona Boruca wylansowana przez swoich rodziców nie osiągnęła nic. Null. A i wyszła za debila. Choć np. Taka Lewandowska – szacuneczek pełen, bo dziewczyna była juz znana w swoim środowisku przed poznaniem lewego – generalnie jest to bardzo fajna para, bez zbędnego lansu i opowiadania, ze 1000 zł na zakupy to jest mało.

Ola
Gość
Ola

A ja akurat lubię żony piłkarzy. Szczególną sympatią darzę żonę Błaszczykowskiego. Trochę mnie zastanawia, dlaczego (poza nielicznymi wyjątkami) wyglądają jak armia klonów, ale widocznie panowie po prostu dzielą podobny gust.

Nie lubię tylko żon Boruca, Szczęsnego i Lewandowskiego – za noszenie naturalnych futer.

Jan Favre
Gość

Co masz na myśli pisząc „wyglądają jak armia klonów” – w sensie, że każda z nich jest szczupła i zadbana?

Ola
Gość
Ola

Niekoniecznie, są modelkami/blogerkami modowymi/piosenkarkami więc to raczej rozumie się samo przez się, że są szczupłe i zadbane. Ale fryzura, kolor oczu i włosów, rysy twarzy, także figura – wszystko jest u nich bardzo podobne. Nie piszę tego z niechęcią do tych pań, to po prostu dość ciekawe, że wyglądają prawie tak samo.

Ada
Gość

Nie no, zgadzam się, mają pewne cechy wspólne, większość ma ciemne oczy i długie ciemne proste włosy, podobne rysy twarzy.

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

To sie nazywa moda :D Dlatego tez tego lata wszystkie nosimy koronki ;-)

Konrad Norowski
Gość
Konrad Norowski

Tylko ten zna życie który z ryjem przy ziemi brodzi po pas w gównie.
Jak to w ogóle jest że istnieje tylko jedyne słuszne życie wypełnione trudem i biedą, które jest punktem odniesienia do oceniania innych postaw życiowych?

Jan Favre
Gość

To coś w stylu: jeśli ja mam źle, a ktoś ma dobrze, to na pewno na to nie zasługuje, bo to ja zasługuję najbardziej na wszystko, dlatego poprawię sobie samopoczucie dewaluując go w tym zakresie, w jakim jestem w stanie.

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

”Jeśli natura chciała, żebyśmy byli grubymi, długowłosymi albinosami bez jedynek, to powinniśmy to zaakceptować. Każdy bez wyjątku.” buahahahahaha. Boskie! Drukuje i wieszam na lodowce :D

Czautari
Gość
Czautari

Niechęć do celebrytów, to nic innego jak niechęć do tych, którym się chciało i udało osiągnąć swój cel, zrealizować plany, bo czy Ty sam Janku nie bywasz obiektem niechęci jak celebryta: bo przecież nic nie robisz, jakieś tam teksty piszesz, a sobie tak podróżujesz nie wiadomo za co, a może jesteś czyimś utrzymankiem; i na dodatek masz czelność mówić, że dobrze Ci się żyje …? No jedynie brak Ci tych powabnych kształtów jak WAG.
Ot zazdrość i frustracja, jak słusznie napisałeś Panie Dobrodzieju!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii

Skip to entry content

Od zeszłego roku mam postanowienie, że przynajmniej raz na 2 miesiące wyruszę gdzieś za granicę, bo wiadomo, że nic tak nie kształci jak podróże. I Wikipedia. Wynika to z tego, że przez większość życia najdalszym miastem, do którego miałem okazję podróżować były Katowice i teraz chcę nadrobić ten czas, gdy byłem zbyt biedny, by poznawać świat. Albo chociażby Europę. W tym roku w lutym byłem we Włoszech, w kwietniu w Hiszpanii, po czym zorientowałem się, że zbliża się połowa czerwca, a ja dalej kiszę w Krakowie i nawet wstępnie nie zacząłem się zastanawiać nad kolejną podróżą, co sprowadza się do tego, że mój krajoznawczy plan wyląduje tam, gdzie Hose Arcadio Morales na początku „Killerów dwóch”.

Bardzo tego nie chciałem, bo nie po to sobie coś postanawiam, żeby później to olewać. Dlatego nie zastanawiając się dłużej niż trwa zielone światło dla pieszych przy przejściu przez aleje przy Cracovii, zacząłem przeglądać oferty last minute i wybrałem Albanię. Bo brzmiała egzotycznie i nic o niej nie wiedziałem. Sensowne kryterium, co? Dwa dni później wylądowałem w Durres i zacząłem oswajać ten kraj pełen kontrastów. Kontrastów, słońca, niedorzeczności i serdeczności.

Oto 19 rzeczy, które warto zobaczyć w Albanii.

#1 – Bunkry

bunkry (1)

bunkry (2)

Parafrazując Laskę z „Chłopaki nie płaczą”: są bunkry i jest zajebiście. Jeden z byłych premierów Albanii – Mehmet Shehu – wpadł na pomysł, żeby wybudować kilkaset tysięcy schronów na terenie kraju. Tak na wszelki wypadek. I tak porozrzucane po miastach i wsiach, jedne stają się kawiarniami, czy sklepikami z pamiątkami, a drugie tymczasowymi melinami dla bezdomnych.

#2 – Tirana

Tirana (2)

Tirana (1)

Tirana to stolica Albanii i mieszka w niej 700 000 ludzi. Nie byłoby to niczym zaskakującym, gdyby nie fakt, że cały kraj liczy 2 900 000 osób, co znaczy że stolica gromadzi ¼ jego ludności. Oprócz tego jest najbardziej europejskim i cywilizowanym miastem w cały kraju i można je porównać do zachodnich stolic. Co nie znaczy, że jego mieszkańcy mówią po angielsku.

#3 – Kebab z frytkami

kebab z frytkami

Uważasz, że powinien być podawany osobno? Podobnie jak w Bułgarii, tutejsze asy gastronomii się z Tobą nie zgodzą i podadzą Ci to razem zawinięte w ciasto. Ale nie myśl, że to źle. Wręcz przeciwnie, smakuje bardzo spoko.

#4 – Woda w morzu

Albania Durres

Jest słona jak cholera i mętna jeszcze bardziej.

#5 – Kraj się buduje

buduje - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jak jeden wielki plac budowy. Gdy wieczorem szedłem do monopolowego po rakiję, przed sklepem nie było jeszcze schodów. Gdy na drugim dzień szedłem do piekarni obok po byrka, były już i schody, i wylany przed nimi chodnik.

#6 – Kraj się burzy

niszczy - Albania Durres

Większość czasu spędziłem w Durres – drugim po Tiranie, największym mieście w Albanii – które wyglądało jakby niedawno było zbombardowane albo przynajmniej przeszedł przez nie huragan. Patrząc na to jak wyglądają ulice i budynki przy nich, nie wiesz, czy dopiero powstają i nie zostały jeszcze skończone, czy raczej już podupadają i są tak zniszczone. Brak kratek kanalizacyjnych na chodnikach wskazuje na to drugie.

#7 – Peja

Nie wiem, czy Rychu Peja ze Slums Attack zdaje sobie z tego sprawę, ale jedno z popularniejszych albańskich piw nazywa się tak jak on. I nawet można je lać w ryj. W sensie, da się wypić.

#8 – Dziwne instalacje artystyczne

dziwne instalacje artystyczne Tirana

Ale za to pozytywne. W końcu każdy z nas czasem chciałby przytulić się do drzewa.

#9 – Plastikowe ławki

platikowe ławki Durres

„Ławki” to w tym przypadku określenie umowne, bo bardziej wyglądają jak kilkudziesięciokrotnie powiększone klocki Duplo, ale, fakt, służą do siedzenia. U nas pewnie po pierwszym lepszym przegranym przez kogokolwiek meczu poszłyby z dymem, a tu się elegancko trzymają. Może Albańczycy nie znają ognia.

#10 – Pączki z parmezanem

pączki (1)

pączki (2)

Tak, dobrze przeczytałeś – z parmezanem. I wiesz co? Nie podejrzewałbym ich o to, ale to połączenie jest naprawdę dobre.

#11 – Wyławianie motorówek koparkami

wyławianie motorówek koparkami

To chyba tutaj taki narodowy sport, bo widziałem taką akcję dwukrotnie. Aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy tubylcy nie robią tego specjalnie, żeby wzbudzić zaciekawienie turystów i nakręcić ludzi do wrzucania fot na Fejsa i relacjonowania na Snapie tego osobliwego wydarzenia.

#12 – Jeżdżenie na wszystkim

Jeżdżenie na wszystkim

Na ulicach i wzdłuż wybrzeża widziałem takie środki komunikacyjne, o których się Henry’emu Fordowi nie śniło. Jeśli do czegoś da się tylko doczepić koła i silnik, to Albańczycy na tym pojadą. A jeśli nie da się doczepić silnika, to zaprzęgną do tego konia. W trakcie wycieczki do Beratu, widziałem zarówno jak nastolatek powoził koniem siedząc w samochodowej przyczepie, jak i kobietę jadącą na większej taczce przyspawanej do motoroweru. Przodu motoroweru. „Top Gear” może się schować.

#13 – Mikroherbaty

mikroherbata

Nie wiem, czy Albańczycy nie lubią herbaty, czy co, ale zauważyłem, że mają tendencję do podawania jej w nieco większych filiżankach do espresso. I to wypełnionych do 2/3. Jeden większy łyk i cała znika.

#14 – Spacery z niedźwiedziem

Spacery z niedźwiedziem (2)

Spacery z niedźwiedziem (1)

Widząc tubylca prowadzącego nieco jaśniejszego Misia Yogi, zacząłem się zastanawiać, czy nie pomyliłem samolotów i przypadkiem nie doleciałem do jakiegoś nowo otwartego lotniska w Zakopanem albo od razu do Parku Yellowstone. Ale nie. Okazuje się, że to taka lokalna atrakcja i tak jak nad polskim morzem można sobie zrobić zdjęcie z niczym, tak nad albańskim można cyknąć foto z niedźwiedziem.

#15 – Owoce morza

owoce morza

Zdziwiłem się i to srogo, ale podali je nawet w naszej, niestety, podłej stołówce hotelowej i nie dość, że w formie szwedzkiego stołu, to jeszcze bardzo przyzwoicie przyrządzone. Mniam!

#16 – Rowerki wodne porzucone między blokami

rowerki wodne

Próbowałem popłynąć po trawie, ale nie dało rady.

#17 – Rakija

rakija

Być w Albanii i nie napić się rakii, to jak być w Polsce i nie napić się wódki. Można, ale po przyjeździe i tak wszyscy będą Cię pytać głównie o to. W zależności, czy pijesz sklepową, czy pędzony bimber w przydrożnej knajpie, może mieć od 40% do nieskończoności, ale jest całkiem smaczna i małymi łykami wchodzi bez przepity.

#18 – Niecodzienne widoki

Niecodzienne widok (2)

Niecodzienne widok (1)

Z jednej strony góry, z drugiej morze, z trzeciej wyschnięte rzeki, z czwartej piętrzące się domki, z piątej dzika roślinność. W momencie kiedy wyjedzie się poza miasto (jedno z dwóch w całym kraju), widoki zza szyby zachwycają i dają poczucie, że jest się w wyjątkowym miejscu.

#19 – Serdeczni ludzie

Processed with VSCO with f2 preset

Nie przesadzę, jeśli powiem, że tutaj prawie nikt nie zna angielskiego. W Albanii nawet obsługa hotelowa nastawiona na zajmowanie się zagranicznymi gośćmi ma duży problem z posługiwaniem się tym językiem. Nie przeszkadza to jednak ludziom być serdecznym, otwartym i nastawionym na bezinteresowną pomoc. Nikt nie ma z tym problemu, że nie mówisz po ichniemu, a oni nie mówią po Twojemu. Będą gestykulować, pokazywać na migi albo rysować na kartce, byleby się z Tobą porozumieć, a wszystko to z szczerym, szerokim uśmiechem.

Choćby dla tego pozytywnego podejścia do życia warto odwiedzić Albanię. A nuż się udzieli.

Jak poprawnie wymawiać zagraniczne nazwy?

Skip to entry content

Pamiętam jak w pierwszej klasie gimnazjum, będąc już bardzo poważnym – a przede wszystkim poważnie przyodzianym – hip-hopowcem, przyszedłem do szkoły w czapce marki Smith’s, na co kumpel – równie wczuty w klimat – zareagował: „masz czapę ze Szmita, szacun!”. Mimo otrzymanego szacunu, czułem że jednak coś jest nie tak i że tę nazwę czyta się inaczej, jednak nietaktem byłoby kwestionować wypowiedź ziomka, który tak ciepło publicznie wyrażał się na mój temat. Więc oczywiście nie zwróciłem uwagi na niepoprawną wymowę i sam zacząłem mówić „Szmit”. Lata później, gdy do kin wszedł film z parą kolekcjonującą dzieci z całego świata – „Pan i Pani Smith” – dotarło do mnie, że to zagraniczne nazwisko czyta się „Smyf”. I że przez cały ten czas robiłem sobie siarę, źle wymawiając słowo, które miałem na czole.

Żebyście Wy nie narobili sobie tego zbędnego przypału, postanowiłem zebrać najpopularniejsze zagraniczne marki i nazwy własne, których wymowa nie jest oczywista i napisać, jak to powinno brzmieć poprawnie.

Viceroy – tanie, ale w miarę przyzwoite fajki, które – gdy je podpalałem mając naście lat i chowając się przed dorosłymi – kosztowały 3,85zł i zwane były Wicerojami. Właściwa wymowa, to „Wajsroj”.

Acer – producent monitorów, laptopów, tabletów i telefonów, często czytany, jakby był polską nazwą, w rzeczywistości jest tajwańską firmą, którą czyta się „Eiser”.

Hyundai – bardzo, bardzo, bardzo, ale to naprawdę bardzo długo byłem przekonany, że wymawiając to „Hjundaj” nie popełniam błędu. Aż nie znalazłem się na jakiejś konferencji, gdzie ktoś przeczytał to jako „Handej” i cały świat legł mi w gruzach.

Jalapeño – to akurat nie marka, a nazwa papryki – kurewsko ostrej, dodajmy – i gdy chcesz ją przekląć, powinieneś powiedzieć „cholerne halapenio!”.

Leroy Merlin – ta francuska sieć hipermarketów budowlanych nie ma nic wspólnego ani z naszym polskim Liroyem, ani z czarodziejskim Merlinem, bo pochodzi od nazwisk założycieli i brzmi „Lerła Merlę”.

Levi’s – nie „Lewis”, a „Liwajs”, choć nie znam ani jednej osoby, która tak by to czytała.

Ballantines – na równi z Jackiem Daniel’sem i Johnym Walkerem najpopularniejsza whisky w naszym kraju, co nie przeszkadza wielu osobom czytać wprost, tak jak się pisze, zamiast tak jak się powinno, czyli „Balantajns”.

Peugeot„peżo”. Bez „t” na końcu.

Mojito – jest ktoś kto nie zna hasła „dwa modżajto dla mojej świni”? Nie ma? A każdy wie, że to żart i tego drinka w rzeczywistości czyta się „mohito”? Nie? No, to teraz już wie.

Louboutin – w kółko powtarzałem „Lubotin, Lubotin” jak bym był na pierwszym dniu wyprzedaży poświątecznej w Londynie, a aż jedna znajoma szafiarka zwróciła mi uwagę, że te buty to „Lubutę”, odzierając mnie z resztek złudzeń, że mam jakiekolwiek pojęcie o modzie.

Quechua – logo, którym zalane są pola namiotowe na festiwalach i nie ma się co dziwić, bo namioty, które sygnuje rozkłada się ultra ławo. Składa też do przeżycia. Mimo, iż instynkt podpowiada, że to „Kaczucha”, poprawna wymowa, to „Keczła”.

Tumblr – kiedyś była mocna moda na wywalanie samogłosek z nazw własnych – „Reebok” był „Rbk”, „Misbehave” było „MSBHV” – i tak mniej więcej powstała nazwa platformy blogowej, sprowadzającej się głównie do kradzieży grafik, która brzmi „Tambler”. Tak jak „Flickr” brzmi „Fliker”.

Croissant – dla beki czasem mówię „kurosant”, ale poprawnie ten francuski rogalik to „krłasą”.

Auchan – był pierwszym hipermarketem z prawdziwego zdarzenia, który powstał w moim mieście, ale jego zapis był tak abstrakcyjny, że żeby nie połamać sobie języka, pieszczotliwie nazwaliśmy go „Oszołomem”. Zupełnie ignorując, że to „Oszą”.

Huawei – to chyba najtrudniejsza w wymowie marka technologiczna, co do której nikt nie ma pewności, jak to tak w zasadzie powinno brzmieć. Od osób pracujących w firmie słyszałem, że „Łałej”, od jej ambasadorów, że „Hłałej”. Jeśli czyta mnie właściciel-założyciel, to proszę o kontakt, bo nie wiem, czy nie mam piwa do odbioru w wygranym zakładzie.

Gnocchi„niokki”. Przypomina trochę gaworzenie do małego dziecka.

Stay Fly – mój blog był już i czytany dosłownie po polsku z przeciągniętym „y” na końcach członów, i pojawiał się w radiu jako „Sty Flay”. i Pudelek przemianował go na „Star Fly”, i znajomi kręcili bekę, że to kiełki „Stir Fry”. A to po prostu „Stej Flaj”, jak w refrenie kawałka Three 6 Mafia. Bo dokładnie stamtąd pochodzi jego nazwa.

autorem zdjęcia w nagłówku jest lookcatalog