Close
Close

Czemu ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”?

Skip to entry content

Mijający tydzień upłynął pod hasłem „Pokemon GO” i wszystkiego co z tą grą związane, moja tablica na Facebooku była zalana Charizadrami, Bulbazaurami i Pikachu’ami (nie mam pojęcia jaka jest poprawna liczba mnoga od tego żółtego chomika). Informacje o zamachach we Francji i Turcji z ledwością zdołały się przebić przez artykuły o tym, że na autostradach w USA powstają karambole, bo ludzie w trakcie jazdy samochodem łapią wirtualne potworki, powodując wypadki. Artykuły fikcyjne, dodajmy. Właściciele lokali gastronomicznych zdążyli już wykorzystać potencjał nowej mody, umieszczając wabiki na Pokemony w swoich knajpach, ściągając tym samym graczy chcących je złapać. Wabiki wirtualne, przypomnijmy. Świat oszalał.

Mimo, że gra jest oficjalnie dostępna w Polsce dopiero od kilkudziesięciu godzin, a wcześniej żeby ją pobrać na swój telefon i odpalić, trzeba było sporo się napocić, ludzie zwariowali na punkcie „Pokemon GO”. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Odwołanie się do dzieciństwa

Jestem z rocznika ’88 i gdy byłem w podstawówce kreskówka o Pokemonach biła rekordy popularności. Jej fabuła już wtedy była dla mnie dość infantylna, co nie przeszkadzało mi jarać się walkami potworków, trenowaniem ich i ewoluowaniem na kolejny poziom. I wczuwać się, że to ja, a nie Ash Ketchum (główny bohater anime), mam kopiącego prądem gryzonia i łapię inne do pokeballi. Mając tak emocjonalnie naładowane tło historyczne za sobą, gra nie mogła nie odnieść sukcesu. Gdyby dzisiaj ktoś masowo wypuścił odświeżone klik-klaki albo jojo z aplikacją na smartfony, pozwalającą zapisywać wyniki i chwalić się nimi na Fejsie, też z miejsca by siadło.

Ludzie są zbieraczami

W podstawówce zbieraliśmy karteczki z „Króla Lwa” i tazo z „Gwiezdnych Wojen”. Na studiach wpisy w indeksie i butelki na wymianę. Teraz odznaki na Foursquarze, pary na Tinderze i lajki, gdzie tylko się da. Nic dziwnego, że jako gatunek uznaliśmy zbieranie wirtualnych zwierzątek za coś ekscytującego. W końcu to kolejna płaszczyzna, na której możemy mieć czegoś więcej niż inni.

To kolejna moda

Czemu coś jest modne? Bo ludzie to robią. Czemu ludzie to robią? Bo jest modne. Z „Pokemon GO” jest tak samo. Po prostu poleciała kula śnieżna, która zwiększa swoją masę, dopóki nie stopnieje. Świetny tego przykład mieliście w zeszłym tygodniu z „Prismą” – aplikacją do zdjęć. Poleciała fala profilówek przerobionych tym filtrem po mediach społecznościowych, po czym niemal całkowicie zniknęła. W ciągu kilku dni. Zresztą, jeśli ktoś był w stanie wmówić ludziom, że chodzenie w zniszczonych spodniach, wyglądających jak ściągnięte z bezdomnego, jest fajne i brać od nich za to gruby hajs, to nie wiem czemu jakakolwiek gra miałaby się nie przyjąć.

Poszerzona rzeczywistość

Poprzednie argumenty to były straszaki, teraz wjeżdża gruby kaliber. „Pokemon GO” jest pierwszą grą, która tak sensownie wykorzystuje „augmented reality”, czyli „poszerzoną rzeczywistość”.

Z Wikipedii: Rzeczywistość rozszerzona (ang. Augmented Reality) – system łączący świat rzeczywisty z generowanym komputerowo. Zazwyczaj wykorzystuje się obraz z kamery, na który nałożona jest, generowana w czasie rzeczywistym, grafika 3D. Istnieją także zastosowania wspomagające jedynie dźwięk (jak aplikacja RjDj na iPhone).

Na przykład, użytkownik AR może za pomocą półprzezroczystych okularów obserwować życie toczące się na ulicach miasta jak również elementy wytworzone przez komputer nałożone na rzeczywisty świat.

Co to oznacza? Że gra nie jest w komputerze, czy telefonie, a Ty z zewnątrz oglądasz ją na monitorze, czy wyświetlaczu. Gra jest na całej powierzchni świata rzeczywistego – na Twoim osiedlu, pod Twoim blokiem, w Twoim spożywczaku i w stołówce Twojego miejsca pracy. Wszędzie! Obszar gry to wszystko co widzisz na około siebie swoim własnymi oczami, a Ty jesteś w samym środku rozgrywki!

Idziesz na autobus, patrzysz na drogę przez kamerę w swoim telefonie i widzisz, że za przystankiem jest rzadki Pokemon trawiasty, którego możesz złapać, jeśli jeszcze trochę się do niego zbliżysz. Przechodzisz obok piekarni i dostajesz powiadomienie, że w pobliżu jest inny zwierzak, którego chcesz złapać, okazuje się, że siedzi w środku, przy ladzie. Idziesz na spacer wokół ulubionego stawu, a tu na molo podobna sytuacja. To nie Ty wchodzisz do gry, to gra weszła do Twojego świata i wypełniła go, dokonując symbiozy tego co wirtualne i rzeczywiste. No powiedz, że to nie jest zajebiste? Dla mnie totalny odlot! Przyszłość, to dziś!

To nie pierwsza gra, która wykorzystuje „augmented reality”, bo dużo wcześniej pojawiały się apki bazujące na tym systemie, ale „Pokemon GO” jako pierwszy robi to tak angażująco. Dlatego ludzie zwariowali na jego punkcie.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Moje dzieciństwo również opierało się na zbieraniu karteczek, kart z potworami (niestety nie pamiętam skąd były ani jak się nazywały, pamiętam tylko że miałam pokaźną kolekcję i je uwielbiałam), tazosów z pokemonów no i oczywiście na samym anime „pokemony” , potem też na zbieraniu bakuganów, ale to już późniejsze nieco czasy. Pokemon Go jest naprawdę świetną aplikacją, spodobało mi się że w dobie komputerów i siedzeniu dzieciaków (i nie tylko) 24/7 pprzed ekranem monitora ktoś w końcu wymyślił coś co może skutecznie ich wyciągnąć z domów. Co prawda wciąż gdzieś tam gapią się w ten ekranik telefonu ale nie cały czas i mogą umówić się na takie łapanie ze swoją grupką a nie sami. No i jak sam wspomniałeś powrót do dzieciństwa! O matko kto by nie chciał znów być dzieckiem chociaż przez moment. Tak jak zawsze nie cierpiałam gier na telefony, uważałam je za stratę czasu, pamięci, baterii a niekiedy i pieniędzy tak Pokemon Go owładnął również mną. A dzięki mnie zawładnął też moim przyjacielem i teraz wychodzimy razem zbierać pokemony.

  • ta gra w pewnym stopniu bardzo mnie kręci – powrót do dzieciństwa, polowanie w mieście, coś ciekawszego niż siedzenie przed kompem. z drugiej strony – mogę PO PROSTU, bez pretekstu w postaci łapania pikaczu wyjść z domu. tak więc robię. nie zamierzam pobierać tej gry. przynajmniej na razie.

  • Aleksandra Muszyńska

    Gry ze zwierzątkami jakoś straciły u mnie rację bytu od momentu, gdy moje tamagoczi obesrało się po pachy i umarło z głodu (naraz). Nieraz śni mi się też, że mam małego kotka i zapominam go karmić…
    Jeśli moje dziecko przeżyje pierwszy rok życia to już będzie mieć z górki :)).
    Co do gry-ponoć na Okęciu wiszą pouczenia, żeby jednak nie wpierdalać się na płytę lotniska pod koła samolotu, bo Pikaczu pomachał z tamtych rejonów.

  • Dot

    „Pikachu’ami (nie mam pojęcia jaka jest poprawna liczba mnoga od tego żółtego chomika)” ja bym powiedziała Pikachu – chyba jest nieodmienne ;)

    Jestem w stanie zrozumieć kolejny szał wokół czegoś i przyznaję, że kiedyś Pokemony robiły furorę. A skoro teraz pojawiło się coś nowego związanego z tymi zwierzakami, ludzie się tym zafascynowali. Nie grałam i chyba nie zagram. Choć swego czasu 2 filmy o Pokemonach oglądałam z zaciekawieniem po kilka razy.

    PS Wkradły się literówki „wykorzystuje „agumented [AUGMENTED] reality”, czyli „poszerzoną rzeczywistość”.”, „To nie pierwsza gra, która wykorzystuje „agumented reality”” – „u” zamieniło się miejscem z „g” ;)

    • O, faktycznie, dzięki przeoczyłem to :)

      • Dot

        Nie ma sprawy :)

  • to też nie do końca tak że to pierwsz tak angażująca. Niedawno pisałem u siebie o Ingress- ten sam deweloper identyczna mechanika gry, i nadal tysiące wkręconych grających ludzi.

    • Konrad Norowski

      Mimo wszystko chyba nie ta skala. Tutaj serwery nie wyrabiają przez większość czasu.

      • Na początku w ingress też tak było. Zresztą- ej nikt nie spodziewał się takiej popularności

  • Ja już wyrosłam z Pokemonów, pfy! I moje stanowisko nie ma nic wspólnego z tym, że mam blackberry…

  • Anna

    Stej Flaj, kocham Cię

  • Ula

    Podoba mi się. Pomysł, realizacja, technika, przyszłość po prostu:) Sama mam to na telefonie i przyjemnie się bawię. Nie rozumiem tylko jak to możliwe, że ludzie wychodzą w środku nocy, żeby poszukać Pokemonów na osiedlu. Nie potrafią pójść do knajpy nie sprawdzając przy okazji, czy aby na pewno nie ma tam nowych Pokemonów. Albo idą do pracy, czy sklepu, ciągle wpatrując się w ekran. Mam nadzieję, że nie będzie to nowe uzależnienie – tylko tak jak napisałeś – moda (która po jakimś czasie przeminie;)

    • S.

      Wolę tetris ;)

      • No i milo z Twojej strony, mniejsze obciążenie na serwerach :)

        • S.

          No jestem oldschoolowy :)

  • Pytlik

    powiem tak: jak miałam 11 lat marzyłam, żeby łapanie pokemonów było możliwe w jakiejś takiej bardziej dosłownej formie. Najboleśniej odczuł to mój kot, który w zabawach musiał odgrywać rolę pikachu, zakładałam mu szelki na na moich ramionach albo rękach przemierzał ze mną ścieżki niedaleko domu. Jechałam ostatnio pociągiem i z przypadkowymi pasażerami wywiązała się dyskusja na temat pokemon go. Oni że głupota i marnowanie czasu, więc mówię, że z różnych punktów widzenia każdą czynność można klasyfikować jako marnowanie czasu. Nawet pracę i naukę, bo wszyscy umrzemy. Ripostowanie w taki sposób prowadzi do ciszy pełnej napięcia. A tekst bardzo konkretny jest i dobrze przedstawia temat(:

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

Czy faktycznie „sztuczne cycki” to zło?

Skip to entry content

Jakoś tak się utarło, że operacja plastyczna powiększania piersi jest czynnością godną napiętnowania i żadna „porządna” kobieta nie powinna jej robić. A jak już zrobi, to nie powinna o niej mówić. Bo to przecież „sztuczne cycki”, a wszystko co nie jest „naturalne”, czyli nie ma swojego bezpośredniego źródła w łożysku matki natury, jest złe. Nie bez powodu jest tu tyle cudzysłowów, bo wszystkie te pojęcia są umowne, a ich wydźwięk i użytkowe znaczenie zależy od tego jak dane społeczeństwo się umówi. Nasze umówiło się, że ingerencja w biust jest beee i nie powinniśmy my tego robić. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że najbardziej nagłośnione przypadki tego zabiegu były najbardziej skandalizujące, nastawione na tanią sensację i zdobywanie popularności bazując na najniższych instynktach, przez co kolejne wciąż są postrzegane przez ich pryzmat. A mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby najbardziej medialnymi operacjami nie były te wykonywane ze względów estetycznych, ale w celu rekonstrukcji piersi po przebytych operacjach onkologicznych.

Wróćmy jednak do meritum, abstrahując od motywacji stojącej za zabiegiem: czemu „sztuczne cycki” to zło? By móc tak negatywnie ocenić piersi powiększone za pomocą implantów, musielibyśmy w żadnym stopniu nie ingerować w żaden inny aspekt naszego ciała. A czy faktycznie tak jest? Śmiem wątpić. A w zasadzie jestem pewien, że nie.

Zacznijmy od tak błahego przykładu jak zęby. Jest na sali ktoś, kto nigdy nie był u dentysty? Ktoś, kto nigdy nie miał plomby? Jedna osoba? Hmm, w takim razie gratuluję albo wybitnie dobrych genów, albo współczuję ortodoksyjnego podejścia i postępującej próchnicy. No chyba, że jesteś w podstawówce. Wtedy się nie liczy. Wszystkich pozostałych chciałbym uświadomić, że takie działania jak borowanie, a później wypełnianie ubytku amalgamatem, to nie jest coś co natura dała nam przy porodzie i jest genetycznie wpisane w nasz rozwój jak poranny wzwód. To ingerencja w nasze ciało. „Sztuczna” ingerencja. Wybielanie, czy w ogóle wstawianie zębów, również.

Przejdźmy do włosów. Wiecie, że jak Wasze kucyki naturalnie nie są grube, sprężyste i połyskujące, tylko kładziecie na nie odżywki, maseczki i łykacie suplementy diety, żeby takie były, to to jest nienaturalne? I że nikt się nie rodzi z ombre hair na głowie? Wiecie, co nie?

To teraz kolczyki. To już bezpośrednia, mechaniczna ingerencja w Wasze ciała. I o ile przy plombach w zębach i suplementach przy włosach można było użyć argumentu, że to dla zdrowia, tak biżuteria na uszach jest już tylko i wyłącznie dla ozdoby. Kumasz, robisz sobie dziurę w ciele, żeby ładniej wyglądać. Chore! No chyba, że wszyscy tak robią, wtedy kolczykowanie, tak popularne przy znakowaniu zwierząt, jest już normalne. Nawet jeśli dotyczy to małych dziewczynek, które nie zawsze same z siebie proszą o dodatkowy otwór w ciele.

Fitness! Mało, która operacja plastyczna tak zmodyfikuje Ci ciało jak odpowiednie ćwiczenia i odżywki. Z rozmiaru L schudłaś do XS, fałdy tłuszczu zamieniły się w umięśniony brzuch, a płaski tyłek wyewoluował w odwłok Nicki Minaj? Ktoś tu ma chyba konflikt z naturą! Mówisz, że to bez ingerencji skalpela? I co z tego, gdyby bóg chciał, żebyś była chuda, nigdy byś nie przytyła, nie powinnaś podważać jego decyzji.

Laserowa korekcja wzroku? Ohoho, kolego, nie trzeba być psychofanem „Star Treka”, żeby wiedzieć, że laser nie ma nic wspólnego z fauną i florą, nawet jeśli jego druga sylaba kojarzy się z twarogiem od polskiej krowy. Co Ty, mordo, chcesz mieć sztuczne oczy? Jak Ci tak przeszkadza krótkowzroczność, to se załóż pingle, a nie jakieś lasery. Gdzie tu natura? Mówisz, że przy Twojej wadzie grubość szkieł w okularach przekracza grubość denek w słoikach z przedwojennymi przetworami Twojej babci i wygląda to średnio atrakcyjnie? A co Ty, nie wiesz, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze? Poza tym, nie po to tyle książek przepisano alfabetem Braille’a, żeby teraz się kurzyły.

I wjeżdżamy z najgrubszym kalibrem – protezy. Cytując Wikipedię:

Proteza (pgr.[1] prósthesis – zamocowanie, przyłączenie, dodatek [2]) – w medycynie oznacza sztuczne uzupełnienie brakującej części ciała lub narządu[3].

Protezy najczęściej kojarzą nam się z osobami po wypadkach lub kombatantami wojennymi, którzy w tragicznych okolicznościach stracili jakąś część ciała. Jest to zupełnie akceptowalne społecznie, że jeśli ktoś został pozbawiony ręki lub nogi, bądź urodził się bez takowej, nosi w jej miejsce protezę. Mimo, że byłby w stanie żyć bez którejś z kończyn, czy nawet wszystkich, to posiadanie protezy owe życie mu ułatwia i, co ważniejsze, często pozytywnie wpływa na jego samopoczucie. Bo może ubrać parę butów, a nie tylko jednego, długie spodnie i nikt nie patrzy na niego na ulicy jak na okaz w zoo, odzierając go z poczucia własnej wartości.

Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego ktoś chce się czuć dobrze zarówno sam ze sobą, jak i będąc wśród ludzi?

No chyba jednak trzeba, bo wiele osób wciąż postrzega powiększanie biustu jako przejaw tego, że światem zawładnął szatan. Posiadanie dużych, krągłych piersi z pragmatycznego punktu widzenia z pewnością nie jest tak istotne jak posiadanie ręki, ale z psychologicznego mogą być to równorzędne kwestie. Jedne kobiety rodzą się z miseczką E, a drugie z miseczką A i żadna z nich nie musi być tym zachwycona. Jeśli na czyjeś samopoczucie bardzo istotnie wpływa fakt, że natura poskąpiła mu centymetrów w klacie i zdecydowanie lepiej czuł, a w zasadzie czuła, by się, gdyby było ich więcej, to co, nie ma sobie pomóc medycyną estetyczną, bo to wbrew naturze? Karczowanie lasów i stawianie betonowych kloców, w których żyjemy jest wbrew naturze, a nie naprawianie w swoim ciele tego, czego natura nam nie dała.

Spytasz pewnie: a gdy ktoś w cale nie ma małych piersi, a chce mieć jeszcze większe?

To samo, co w momencie, gdy ktoś ma jeden kolczyk, a chce mieć drugi. Gdy ktoś nie ma problemów z nadwagą, a chce być szczuplejszy. Gdy nie ma żółtych zębów, a chce mieć bielsze. Ma protezę dłoni, na którą może nałożyć rękawiczkę, ale chce mieć bioniczną, żeby móc złapać się rurki w tramwaju.

Dopóki ingeruje w swoje ciało, a nie w Twoją przestrzeń, co Ci do tego?

autorem zdjęcia w nagłówku jest *TatianaB*

---> SKOMENTUJ

8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty

Skip to entry content

YouTube, jak i cały internet, z roku na rok ewoluuje i to co na TwojejTubie można było znaleźć w 2005, w chwili powstawania portalu, a to, co jest tam dzisiaj, to niemal dwa różne światy. Mimo, że to już nie tylko stronka z śmiesznymi filmikami ze zwierzętami, a prawdziwa internetowa telewizja we współczesnym rozumieniu tego słowa, to wiele osób zatrzymało się te 11 lat temu i postrzega portal z tamtej perspektywy. Lub przez pryzmat zagrajmerów przyrośniętych do „Minecrafta”. A YouTube to tak że wiele inspirujących, edukacyjnych kanałów, otwierających oczy na świat, kulturę i nieoczywiste aspekty życia.

I to dziś chciałbym Ci pokazać, przed Tobą 8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty!

Anna Szlęzak – spec od relacji damsko-męskich

Większość treści poradnikowych dotyczących związków na jakie się natknąłem w sieci, była autorstwa mężczyzn, a kwestia praktycznych porad związanych z uwodzeniem już w ogóle została niemal w 100% zdominowana przez samców. Dlatego bardzo cieszy mnie, że pojawił się ktoś taki jak Ania, kto merytorycznie i fachowo mówi o podrywaniu z perspektywy kobiety, dając innym dziewczynom rzeczowe rady odnośnie relacji damsko-męskich. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak poznać faceta, jakie są sposoby na udaną randkę, jakie są zasady atrakcyjności lub po prostu, posłuchać jak ktoś o bardzo miłej aparycji rzeczowo gada, to sprawdźcie jej kanał.

To już jutro – oswajanie przyszłości

Wiele osób zapewne kojarzy Rafała Masnego, widząc w nim śmieszka przebierającego się za kobiety z Abstrachujów, nie wiedząc, że ma też dużo poważniejsze oblicze. Które pokazuje na swoim solowym kanale „To już jutro”. Kanale o rozwoju sztucznej inteligencji, transgenetyce, nowych technologiach, projektowaniu dzieci i bocie, który został nazistą. Bardzo przystępnie podane futurystyczne wizje świata, które niebawem staną się faktem dokonanym. Obejrzyj, jeśli chcesz wiedzieć w jakiej rzeczywistości możesz się obudzić już następnego dnia.

Krzysztof Gonciarz – życie w Japonii i podróże

O Krzyśku ostatnio było tak głośno, że pisząc o nim czuję się jakbym informował o tym, który mamy aktualnie rok, ale mimo, że jego vlogi to oczywista oczywistość w kontekście YouTube, to źle bym się czuł, gdyby o tym nie wspomniał, bo oglądam je co drugi dzień do śniadania. Jeśli potrzebujesz ogólnożyciowej inspiracji, a przy okazji chcesz zobaczyć jak wygląda bardzo odległa część naszego globu, to zajrzyj do Krzycha.

Pink Candy – seks bez kontrowersji

Czy da się mówić o przedwczesnym wytrysku, seksie oralnym i spermie bez bazowania na taniej sensacji? Czy da się przeprowadzić test przyrządów pozwalającym kobietom sikać na stojąco nie wywołując u widza zażenowania? Czy można nagrać instruktaż zakładania prezerwatywy, który nie będzie pożywką dla koniobijców? Natalia Trybus z kanału Pink Candy udowadnia, że tak. Bardzo cenię jej filmy za nie uciekanie się do chwytów poniżej pasa, mówiąc dosłownie, i epatowanie golizną, byleby tylko nabić wyświetlenia. Zależy Ci na edukacji seksualnej i merytorycznych wypowiedziach? Tutaj to znajdziesz.

Arlena Witt – Twoja ulubiona nauczycielka angielskiego

Żałuję, że na którymkolwiek etapie edukacji nie trafiłem na nauczyciela, który uczyłby angielskiego na przykładach z „Przyjaciół”. Albo już nawet nie na serialach, ale z takim zaangażowaniem jak Arlena w programie „Po Cudzemu”. Może wcześniej, niż w wieku 28 lat dowiedziałbym się jak prawidłowo czytać nazwę swoje kraju w języku Szekspira.

Ichabod – przewodnik po świecie superbohaterów

Lubisz solidne, głębokie analizy filmowe, w trakcie których autor filetuje tytuł wyciągając z niego wszystkie bebechy, nie bojąc się przy tym rzucić przerywnikiem, który byłby wypikany w radiu, a w dodatku kręcą Cię komiksy? W takim razie Ichabod to kanał stworzony dla Ciebie. Łukasz Stelmach potrafi i konkretnie, i z humorem wytłumaczyć dlaczego „Batman v Superman” jest kupą, a „Avengers: Civil War” przyzwoitą rozrywką, wyłapując przy tym dziesiątki nawiązań i tłumacząc wszystkie odniesienia. A i żeby nie było, że gada tylko o kolesiach z majtkami na spodniach, to po innych zakątkach popkultury przewodzi również całkiem sprawnie.

SciFun – Twój ulubiony nauczyciel fizyki

No dobra, nie tylko fizyki, bo jego najlepszy film – w moim mniemaniu rzecz jasna – dotyczy analizowania informacji, którymi jesteśmy bombardowani każdego dnia, błędów poznawczych i odróżniania faktów od mitów. Materiał trwa ponad półtorej godziny, co na YouTube’owe standardy jest rokiem świetlnym, jednak jest tak wartościowy i pożyteczny, że gorąco zachęcam absolutnie każdego do obejrzenia go i nie przesadzę, jeśli powiem, że naprawdę może zmienić Twój sposób patrzenia na świat. A jeśli weryfikowanie informacji podawanych przez media Cię nie interesuje, to zawsze możesz popatrzeć na wybuchające butelki Coli po wrzuceniu do nich Mentosów, słuchając naukowego wytłumaczenia, czemu tak się dzieje.

Weronika Truszczyńska – codzienne życie w Chinach

Na ten kanał trafiłem dość nie typową drogą, bo… z komentarzy Weroniki na swoim blogu. Ale nie z komentarzy typu „Fajny pościk, zajrzyj do mnie”, „Świetna stylizacja! Pozdrawiam www.youtube/nazwakanału”, czy „Nie zgadzam się z tym co napisałeś, ale zapraszam do siebie [KLIK-KLIK]”. Weronika po prostu, gdy faktycznie miała coś do powiedzenia na dany temat, komentowała moje teksty i z ciekawości postanowiłem sprawdzić kim jest. I okazało się, że jest 22-latką, która od jakiegoś czasu mieszka w Szanghaju i nagrywa o tym vlogi. Vlogi, na których pokazuje chińskie jedzenie, w tym regionalnego zielonego burgera w McDonald’s, mówi o chińskich zwyczajach i tłumaczy, jak poprawnie wymawiać chińskie nazwy, na przykład „feng shui”. I do tego ma wściekle różowe włosy i lekkie ADHD. Mnie przekonało.

To z pewnością nie wszyscy YouTuberzy, którzy poszerzają horyzonty swoimi materiałami, edukują, czy inspirują, bo pisałem tylko o swoich ulubionych twórcach, których śledzę na bieżąco, więc jeśli chcecie kogoś dopisać w komentarzach, to śmiało.

---> SKOMENTUJ