Close
Close

Czy faktycznie „sztuczne cycki” to zło?

Skip to entry content

Jakoś tak się utarło, że operacja plastyczna powiększania piersi jest czynnością godną napiętnowania i żadna „porządna” kobieta nie powinna jej robić. A jak już zrobi, to nie powinna o niej mówić. Bo to przecież „sztuczne cycki”, a wszystko co nie jest „naturalne”, czyli nie ma swojego bezpośredniego źródła w łożysku matki natury, jest złe. Nie bez powodu jest tu tyle cudzysłowów, bo wszystkie te pojęcia są umowne, a ich wydźwięk i użytkowe znaczenie zależy od tego jak dane społeczeństwo się umówi. Nasze umówiło się, że ingerencja w biust jest beee i nie powinniśmy my tego robić. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że najbardziej nagłośnione przypadki tego zabiegu były najbardziej skandalizujące, nastawione na tanią sensację i zdobywanie popularności bazując na najniższych instynktach, przez co kolejne wciąż są postrzegane przez ich pryzmat. A mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby najbardziej medialnymi operacjami nie były te wykonywane ze względów estetycznych, ale w celu rekonstrukcji piersi po przebytych operacjach onkologicznych.

Wróćmy jednak do meritum, abstrahując od motywacji stojącej za zabiegiem: czemu „sztuczne cycki” to zło? By móc tak negatywnie ocenić piersi powiększone za pomocą implantów, musielibyśmy w żadnym stopniu nie ingerować w żaden inny aspekt naszego ciała. A czy faktycznie tak jest? Śmiem wątpić. A w zasadzie jestem pewien, że nie.

Zacznijmy od tak błahego przykładu jak zęby. Jest na sali ktoś, kto nigdy nie był u dentysty? Ktoś, kto nigdy nie miał plomby? Jedna osoba? Hmm, w takim razie gratuluję albo wybitnie dobrych genów, albo współczuję ortodoksyjnego podejścia i postępującej próchnicy. No chyba, że jesteś w podstawówce. Wtedy się nie liczy. Wszystkich pozostałych chciałbym uświadomić, że takie działania jak borowanie, a później wypełnianie ubytku amalgamatem, to nie jest coś co natura dała nam przy porodzie i jest genetycznie wpisane w nasz rozwój jak poranny wzwód. To ingerencja w nasze ciało. „Sztuczna” ingerencja. Wybielanie, czy w ogóle wstawianie zębów, również.

Przejdźmy do włosów. Wiecie, że jak Wasze kucyki naturalnie nie są grube, sprężyste i połyskujące, tylko kładziecie na nie odżywki, maseczki i łykacie suplementy diety, żeby takie były, to to jest nienaturalne? I że nikt się nie rodzi z ombre hair na głowie? Wiecie, co nie?

To teraz kolczyki. To już bezpośrednia, mechaniczna ingerencja w Wasze ciała. I o ile przy plombach w zębach i suplementach przy włosach można było użyć argumentu, że to dla zdrowia, tak biżuteria na uszach jest już tylko i wyłącznie dla ozdoby. Kumasz, robisz sobie dziurę w ciele, żeby ładniej wyglądać. Chore! No chyba, że wszyscy tak robią, wtedy kolczykowanie, tak popularne przy znakowaniu zwierząt, jest już normalne. Nawet jeśli dotyczy to małych dziewczynek, które nie zawsze same z siebie proszą o dodatkowy otwór w ciele.

Fitness! Mało, która operacja plastyczna tak zmodyfikuje Ci ciało jak odpowiednie ćwiczenia i odżywki. Z rozmiaru L schudłaś do XS, fałdy tłuszczu zamieniły się w umięśniony brzuch, a płaski tyłek wyewoluował w odwłok Nicki Minaj? Ktoś tu ma chyba konflikt z naturą! Mówisz, że to bez ingerencji skalpela? I co z tego, gdyby bóg chciał, żebyś była chuda, nigdy byś nie przytyła, nie powinnaś podważać jego decyzji.

Laserowa korekcja wzroku? Ohoho, kolego, nie trzeba być psychofanem „Star Treka”, żeby wiedzieć, że laser nie ma nic wspólnego z fauną i florą, nawet jeśli jego druga sylaba kojarzy się z twarogiem od polskiej krowy. Co Ty, mordo, chcesz mieć sztuczne oczy? Jak Ci tak przeszkadza krótkowzroczność, to se załóż pingle, a nie jakieś lasery. Gdzie tu natura? Mówisz, że przy Twojej wadzie grubość szkieł w okularach przekracza grubość denek w słoikach z przedwojennymi przetworami Twojej babci i wygląda to średnio atrakcyjnie? A co Ty, nie wiesz, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze? Poza tym, nie po to tyle książek przepisano alfabetem Braille’a, żeby teraz się kurzyły.

I wjeżdżamy z najgrubszym kalibrem – protezy. Cytując Wikipedię:

Proteza (pgr.[1] prósthesis – zamocowanie, przyłączenie, dodatek [2]) – w medycynie oznacza sztuczne uzupełnienie brakującej części ciała lub narządu[3].

Protezy najczęściej kojarzą nam się z osobami po wypadkach lub kombatantami wojennymi, którzy w tragicznych okolicznościach stracili jakąś część ciała. Jest to zupełnie akceptowalne społecznie, że jeśli ktoś został pozbawiony ręki lub nogi, bądź urodził się bez takowej, nosi w jej miejsce protezę. Mimo, że byłby w stanie żyć bez którejś z kończyn, czy nawet wszystkich, to posiadanie protezy owe życie mu ułatwia i, co ważniejsze, często pozytywnie wpływa na jego samopoczucie. Bo może ubrać parę butów, a nie tylko jednego, długie spodnie i nikt nie patrzy na niego na ulicy jak na okaz w zoo, odzierając go z poczucia własnej wartości.

Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego ktoś chce się czuć dobrze zarówno sam ze sobą, jak i będąc wśród ludzi?

No chyba jednak trzeba, bo wiele osób wciąż postrzega powiększanie biustu jako przejaw tego, że światem zawładnął szatan. Posiadanie dużych, krągłych piersi z pragmatycznego punktu widzenia z pewnością nie jest tak istotne jak posiadanie ręki, ale z psychologicznego mogą być to równorzędne kwestie. Jedne kobiety rodzą się z miseczką E, a drugie z miseczką A i żadna z nich nie musi być tym zachwycona. Jeśli na czyjeś samopoczucie bardzo istotnie wpływa fakt, że natura poskąpiła mu centymetrów w klacie i zdecydowanie lepiej czuł, a w zasadzie czuła, by się, gdyby było ich więcej, to co, nie ma sobie pomóc medycyną estetyczną, bo to wbrew naturze? Karczowanie lasów i stawianie betonowych kloców, w których żyjemy jest wbrew naturze, a nie naprawianie w swoim ciele tego, czego natura nam nie dała.

Spytasz pewnie: a gdy ktoś w cale nie ma małych piersi, a chce mieć jeszcze większe?

To samo, co w momencie, gdy ktoś ma jeden kolczyk, a chce mieć drugi. Gdy ktoś nie ma problemów z nadwagą, a chce być szczuplejszy. Gdy nie ma żółtych zębów, a chce mieć bielsze. Ma protezę dłoni, na którą może nałożyć rękawiczkę, ale chce mieć bioniczną, żeby móc złapać się rurki w tramwaju.

Dopóki ingeruje w swoje ciało, a nie w Twoją przestrzeń, co Ci do tego?

autorem zdjęcia w nagłówku jest *TatianaB*

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Karol

    Eee tam, ja jadę sobie zrobić przeszczep włosów, nie każdemu facetowi pasuje bycie ogolonym ;)

  • problem polega na tym, że jest cienka granica, między zrobieniem sobie cycków, a zamienieniem się w Kobietę-Kota. Naprawdę? Fuck no! ta granica jest szeroka jak cholerna Amazkonka, upstrzona dodatkowo drutem kolczastym przy brzegach. Jeżeli ktoś popada w szał robienia sobie operacji plastycznych, to albo a) jest Michaelem Jacksonem b) jest to objaw poważniejszej choroby, którą należy leczyć, kładąc się na wygodnej kozetce, w specjalistycznym gabinecie. a nie na stole operacyjnym. Jeżeli ktoś chce sobie coś poprawić, jego sprawa. Jeżeli przez to poczuje się lepiej- super. śmieszne jest tylko to, że zamiast się przyznać, albo powiedzieć: nie Twój cholerny interes, to Ci, którzy sobie coś poprawili, uskuteczniają bajerę o ,,zmieniającej rysy twarzy diecie”, albo o ,,krzywych przegrodach nosowych”

  • A dotykałeś :)?

  • Dot

    „płaski tyłek wyewoluował w odwłok Nicki Minaj” xD

    „chcesz mieć sztuczne oczy? Jak Ci tak przeszkadza krótkowzroczność, to se załóż pingle, a nie jakieś lasery.” i „nie po to tyle książek przepisano alfabetem Braille’a, żeby teraz się kurzyły.” – Twoje rady są cudne! :)

    Dobry tekst :) Współczuję i jednym, i drugim – tym kobietom, które mają za małe ich zdaniem piersi i czują potrzebę ich powiększenia w celu lepszego samopoczucia jak i tym, które ich zdaniem mają zbyt duże piersi i chcą je zmniejszyć – dlatego że nie mogły wybrać rozmiaru piersi, natura zdecydowała za nie. A gdyby tak wszystkie kobiety miały rozmiary B-D, pewnie i tak znalazłyby się takie, które chciałyby mieć A i takie, które dążyłyby do F. Nijak nie dogodzisz.
    Dobrze, że obecnie jest tyle możliwości i można na różne sposoby poprawić własne ciało (oczywiście w granicach rozsądku, a nie jak w przypadku kobiety opisywanej przez Aleksandrę Muszyńską: „operacyjki mam co 6 miesięcy i obecnie stary nie poznaje mnie na zdjęciach ze studiów, które skończyłam 2 lata temu”). Naprawdę rozumiem i wiem, że zbyt mały lub zbyt duży rozmiar piersi potrafi być dołujący, dlatego nie dziwię się, że są kobiety, dla których tego rodzaju operacja jest bardzo istotna.

    • ka

      nie wiem, czy tekst jest dobry. jak dla mnie to może być jednym z flagowych, tak prześwietnie idzie jankowi z tymi wszystkimi metaforami, porównaniami i wszystkimi innymi zabiegami, przez które mogłabym tu czytać tekst nawet o niczym dla samego stylu! serio, janek, może być jeszcze lepiej?! :-)

  • Mańka

    Janku jest jednak duża różnica od „sztuczności” na którą decydujemy się w imię zdrowia lub normalnego funkcjonowania, a sztuczności dla urody, podniesienia swojej samooceny lub dążenia do nieosiągalnych ideałów. Wtedy „sztuczność” maskuje jedynie problemy leżące głębiej, na bardzo krótką metę, niestety. Nikt nie uzależni się od robienia plomb, a od operacji plastycznych – tak.

    PS. Nie mam nic przeciwko, jak będę miała kasę to po wykarmieniu dzieciaków też sobie może zrobię, teraz nie potrzebuję :)

  • Karola

    (A ja bym się chciała dowiedzieć, czy istniałaby taka możliwość, żeby do bloga dodać przcisk „Lubię to”? Niekoniecznie mam ochotę komentować, ale byłoby super, gdyby można było w inny sposób wyrazić pozytywne odczucia dotyczące wpisu). A wpis fajny.

  • Sztuczne cycki są spoko. Naturalne cycki są spoko.
    Cycki. Cycki są spoko.

  • Nic mi do tego, chyba, że się ze mną umawia ;) Nie wstawiałem sobie sztucznych mięśni. Chociaż zęby powinienem wybielić

    • Ale używasz sztucznego dezodorantu (mam nadzieję), szach mat.

  • S.

    Btw ostatnio popularna jest metoda powiększania biustu tłuszczem. Widziałem w telewizji :D strzykawką pobierają habas z brzucha albo tyłka wkładają do wirówki by oddzielić krew od tłuszczu a potem wstrzykują w cycki. Efekt całkiem spoko :D

    • Aleksandra Muszyńska

      Ale ponoć krótkotrwały. Sadłem wypełniają też zmarchy i pompują policzki. Wash and go :).

      • S.

        A to tego nie wiedziałem ;)

  • Adam Jarosz

    Zgadzam się z tezą jako taką, ale mam wrażenie że tym razem argumentacja nieco na siłę. Weźmy taki fitness. To nie aktywność ruchowa utrzymująca nas w sprawności jest sprzeczna z naturą. To siedzący (przed komputerem z hotdogiem w ręku)) tryb życia jest z nią sprzeczny. Albo plomby w zębach – to zwykłe leczenie choroby, jak branie pigułek na anginę. Kolczyki też w sumie – to biżuteria, która nigdy nie była sprzeczna z naturą – patrz niektóre ludy, robiące sobie dziurki w przeróżnych miejscach celem umieszczenia w nich ozdób.
    Ale tak poza tym jestem za :)

    • aaaaanaaa

      Właśnie..”naprawa”ubytków w zębach to ich leczenie, a nie widzimisię. Próchnica często jest przyczyną innych chorób. Co do zabiegów poprawiających wygląd jestem za, bo wyznaję zasadę: nie moje ciało, więc nie mój interes, ale mimo wszystko pojawiają się myśli, czy to na pewno zmierza w dovrym kierunku? Coraz częściej można obserwować kolejne klony wśród celebrytek – biust, usta, naciąganie twarzy. Zestarzeć się to teraz jakiś wstyd – tak jakby to nie była już kolej rzeczy..Ludzie popadają w obłęd kultu ciała, kobiety są bombardowane tym jak powinny wyglądać, a ten biust za wszelką cenę ma być „słusznych” rozmiarów. To staje się kompleksem przez otoczenie właśnie. Coraz młodsze dziewczyny zaczynają kombinować z twarzą, co w przyszłości odbije się na ich wyglądzie, ale o tym cisza.

    • „Kolczyki też w sumie – to biżuteria, która nigdy nie była sprzeczna z naturą – patrz niektóre ludy, robiące sobie dziurki w przeróżnych miejscach celem umieszczenia w nich ozdób. ” – Adam w jaki sposób to dowodzi, że kolczykowanie ciała nie jest sprzeczne z naturą, bo chyba nie zrozumiałem? :D

      • Adam Jarosz

        Kolczyk jako ozdoba nie jest sprzeczny z naturą tak jak naszyjnik, obrączka czy piórko we włosach. Inzczej wszystko, wyjąwszy czynności fizjologiczne, należałoby uznać za sprzeczne z naturą.

  • Aleksandra Muszyńska

    Żyj i pozwól żyć innym, ot co. Czy te cycki są komuś wstawiane za moje pieniądze? Czy ich wstawienie ingeruje w moją wolność? Czy burzy mój porządek życiowy? Mamy trzy razy nie, które będzie się powtarzać analogicznie przy tych samych pytaniach o czyjąś operację nosa, powiek czy brzucha.
    Ma kompleks? Lepiej jej będzie ze stanikiem w rozmiarze „kubełki z KFC”? To niech idzie i robi! Byle jej dobrze zrobili, a nie jak u Natalki Siwiec (która tak zwany zez rozbieżny tudzież diastemę w cycach). Tylko pozazdrościć, że ma możliwość trochę oszukać system. Zresztą porządnie zrobione implanty już nie wskazują północy cały czas, tylko wyglądają całkiem naturalnie.
    Problemy zaczynają się przy popadaniu w pewne absurdy i delikatną przesady pod tytu łem „operacyjki mam co 6 miesięcy i obecnie stary nie poznaje mnie na zdjęciach ze studiów, które skończyłam 2 lata temu”.Wtedy to już pewnie robota dla jakiegoś psychologa.

    • S.

      Albo żyj i pozwól umrzeć ;)

    • Karola

      Tak mi przyszło do głowy, a propos Twojego komentarza, że to powinno iść w dwie strony. To znaczy, jeśli ktoś nie chce niczego poprawiać, nie przeszkadzają mu zmarszczki czy srebro we włosach, to też nie powinno się tego negatywnie komentować. A mam takie wrażenie (od obserwacji prasy począwszy), że również „natura” nikoniecznie musi być akceptowana w różnych środowiskach (chociażby przykład fryzur Afroamerykanek opisany przez Zwierza, żeby nie odnosić się do obserwacji „ulicznych”).

      • Aleksandra Muszyńska

        Przeczytałam artykuł o włosach – nie wiedziałam, że jest na ten temat AŻ TAK gruba rozkmina na Zachodzie, szczerze powiem.
        Ogólnie w zakresie czyjegoś wyglądu ja raczej przyjmuję pozycję ZEN i wychodzę z założenia, że to, jak kto wygląda i co nosi wisi mi jak kilo kitu na agrafce. Parafrazując słowa Iris Apfel – lepiej źle wyglądać niż być nieszczęśliwym.
        „Ruszają mnie” w zasadzie tylko dwie rzeczy. Po pierwsze – porywający smród. Nie ten emitowany przez Panów Żulianów, tylko przez zwykłych obywateli. Nie rozumiem, jak to jest możliwe, żeby w XXI wieku myć się tylko przed mszą świętą w niedzielę- a na taką częstotliwość wskazują wyziewy z orbity niektórych ludzi.
        Po drugie – otyłość. Ja wiem, że to też problem siedzący w głowie, olaboga, grube kości, niedoczynność tarczycy i słaba przemiana materii. Ale rujnowanie sobie zdrowia kosztem żarcia naprawdę mnie mocno zastanawia. Tym bardziej, że sama byłam pulpetem i wiem, że można się z tego wyciągnąć – i to skutecznie.

      • Ula

        Bardzo się zgadzam. Akceptacja środowiska powinna obejmować zarówno sztuczne, jak i naturalne (subiektywnie z mojej strony – to właśnie przede wszystkim te naturalne). Dlaczego nie docenia się różnorodności – w naturze nie ma nigdy takich samych ukształtowań. Każdy rozmiar, kolor, kształt – ale by było fajnie :)

    • Oczywiście jak najbardziej należy zachować zdrowy rozsądek i wyczuć granicę na ile jest to kwestia nadrobienia jakiegoś braku fizycznego, a na ile brak akceptacji własnego ciała, będący objawem poważnych problemów emocjonalnych. Dlatego uważam, że przed każdą taką operacją obowiązkowa powinna być rozmowa z psychologiem.

      • Świetny komentarz… Sam miałem swego rodzaju problem z akceptacją siebie, pamiętam ten okres , oczywiście była to szkoła średnia i booomm hormonów… do tej pory wydaje mi się, że w szkołach nie ma czegoś takiego jak psycholog… BTW. najważniejsza jest psychika i tym samym akceptacja siebie. Jak to jest życie wydaję się o wiele łatwiejsze.

  • Ja chętnie oddam trochę cycków :)

  • Zgadzam się z Tobą w 100%. Nigdy nie piętnowałem u żadnej kobiety pomysłu powiększania piersi, bo jakoś mi to nie przeszkadza. Każdy robi to co uważa za słuszne, ale Twoje porównania, do dentysty, fitnessu czy protez są mega trafne.

  • Umówiłam się na kwalifikację do wszczepienia implantu ślimakowego między innymi po to, by Cię lepiej słyszeć przy następnym spotkaniu. tez sztuczne, też implant, też ingerencja we własne ciało, też po to bym sie lepiej czuła.Wszyscy gratulują, nikt nie piętnuje. Gdyby powiedziała, ze chcę sobie powiększyć cycki (chętnie) to, by było, że zgłupiałam.

  • Urszula Jędrychowska

    Każdy robi co chce, wiadomo. Nie mam nic przeciwko, ingerencja we własne ciało jest sprawą indywidualną i fajnie,że są osoby,które są na tyle odważne, że podchodzą do tematu na luzie. Przeciwna jestem natomiast temu, że kreuje się poglądy, że kobieta z małym biustem czuje się,jakby jej czegoś brakowało. Dlaczego kobietom psychologicznie siada to na głowę i decydują się na operację, aby poczuć się lepiej? Nogę też chcą wymienić? Albo zbyt krótkie palce u dłoni? No właśnie niezbyt…

    • No kiedyś oglądałam program o dziewczynie, krtóra wydłużała sobie nogi. W tym celu najpierw połamali jej jedną nogę i wstawili jakieś blaszki i inne cuda. Kilka meisięcy chodziła o kulach z wielkim bólem, po czym połamali jej drugą nogę, znów blaskzi, ból, kule.

      • aaaaanaaa

        I tu pojawia się pytanie czy taka osoba nie powinna zamiast do chirurgów udać się do psychologów…bo owszem, to jej ciało, ale ciało anorektyczki to też jej ciało, a jednak anorektyczkę próbuje się wysłać na leczenie. Oczywiście, powiększenie biustu jest w innej kategorii, bo nie wyrządza krzywdy, ale to też pewien problem z akceptacją siebie…

        • Ala

          No nie wiem, operacja biustu może nie należy do najbardziej ryzykownych zabiegów na świecie, ale jednak pewne ryzyko za sobą niesie. Choćby w postaci narkozy, z której można się nie wybudzić. Nie mówiąc już o podobno potwornym bólu, który wyłącza te kobiety z normalnego życia na kilka dni (poczytajcie sobie na forach, jest tego dość sporo). Jeśli ktoś jest gotów na coś takiego wyłącznie z powodu kompleksów dotyczących wyglądu, to moim zdaniem kwalifikuje się na terapię. Podobnie jak właśnie anorektyczki czy osoby uzależnione od sterydów i ćwiczeń fizycznych.

          • Aleksandra Muszyńska

            Boże, ale czemu zaraz na terapię? Czy nie można po prostu chieć mieć dużych cycków, bo się duże cycki lubi? Bo się komuś podobają, bo mają fajny kształt, bo będą proporcjonalnie wyglądać i po prostu są fajne?
            Czy każdy, kto bierze kredyt na samochód powinien pogadać z psychiatrą? Przecież kredyt oznacza cięższą pracę na splatę rat, czyli stres i rujnowanie zdrowia; obcinanie innych wydatków na rzecz spłaty zobowiązania wobec banku. Czy ktoś, kto jest gotów na coś takiego wyłącznie z powodu tego, że chce sobie pojeździć samochodem (bo przecież sa autobusy, rowery, zdrowe nogi) kwalifikuje się na terapię?

          • Ala

            Kredyt to nie to samo, co narażanie zdrowia. Prędzej mi tu pasuje przykład ze sprzedaniem nerki, żeby mieć na jakiś fajny przedmiot ;)

            Może to zboczenie zawodowe (jestem psychologiem), ale pachnie mi to samouprzedmiotowieniem (http://vers-24.pl/samouprzedmiotowienie-konsekwencja-nadmiernego-skupiania-sie-na-urodzie/) – skupianie się na wyglądzie jest jak najbardziej spoko, ale jeśli staje się on ważniejszy od zdrowia, sprawności i samopoczucia… No cóż, pachnie mi to obwiązywaniem stóp w Chinach – co z tego, że bolą, skoro są dzięki temu malutkie?.

          • W całych Chinach zostało już tylko kilka starych kobiet, które mają takie stopy bo od bardzo dawna się tego nie robi. W zasadzie podobną rolę pełniły w Europie gorsety, które potrafią przemieszczać narządy wewnętrzne ale talia osy taka seksowna.

          • Ala

            Wiem, zresztą przykład gorsetów też przyszedł mi do głowy :) Cóż, niewykluczone, że za ileś lat ludzie będą zszokowani, gdy przeczytają, że w naszych czasach kobiety wstawiały sobie pod mięśnie ciała obce, żeby mieć większe piersi. Swoją drogą, istnieją kraje, w których operacja powiększania biustu jest bardzo popularnym prezentem na 18-te urodziny – bez komentarza…

          • Aleksandra Muszyńska

            Oczywiście- w popieprzonych Stanach, w połowie krajów Ameryki Północnej i w Anglii. Ale -operacje uszu (odstających) bywają ofiarowywane i wcześniej, czasami i poniżej 10. roku życia.

          • Slyszalas o popularnosci operacji plastycznych w Korei Poludniowej? Operację wykonania malego nacięcia na powiece, aby stworzyć porządane „double eyelids” robi się juz niemowlakom. Ale warto wiedzieć ze w kulturze koreanskiej chirurgia plastyczna jest tak naturalna jak u nas farbowanie wlosów czy robienie makijazu.

      • Aleksandra Muszyńska

        Podobno szalenie to popularna sprawa w Azji.

        • A mimo wszystko nielegalna. Działa mniej więcej tak że na nogi zakłada się takie jakby metalowe rozciągacze. Rozkręca się je, przez co kości się wyciągają ale zostają przez to w nich takie mikroszczelinki, przez co trzeba czekać 2-3 dni aż kości trochę się zregenerują i rozkręca się dalej i dalej aż do uzyskania pożądanego efektu.

          • Aleksandra Muszyńska

            Dobry Jezu, średniowieczne tortury.

          • Dot

            To samo robi się na szyi – nakłada się kilkanaście obręczy i co jakiś czas dokłada kolejne. Podobno później kobieta nie może żyć już bez obręczy, bo inaczej szyja by jej się złamała. I po co to? Wszystko z powodu tradycji.

    • Również jestem przeciwny prani mózgu, które na bieżąco robią nam media i popkultura, niestety, nie dotyczy to tylko i wyłącznie kobiecych piersi, ale wszystkich aspektów życia. A małe jest piękne. Powtarzam to sobie codziennie pod prysznicem.

  • 100% racji. Też mnie zastanawia, czemu tatuaże są ok, kolczyki też, a jak dziewczyna chce się poczuć lepiej i robi sobie zabieg to jest już pustą lalą no i na pewno robi to dla faceta, bo przecież nie dla siebie. Każdy zawsze wie lepiej, wiadomo.

    • aaaaanaaa

      Robi to dla podniesienia swojej atrakcyjności, w większości po to, żeby podobać się facetom właśnie, chyba, że jest lesbijką. Tu nie ma co zaprzeczać. Ludzie chcą być atrakcyjni w celu znalezienia potencjalnego partnera, nawet jak się o tym nie myśli na codzień to po prostu w nas siedzi. Natura ;)

      • Aleksandra Muszyńska

        Eeeee tam. Czasami kompleks jest na tyle wryty w mózg, że nawet mając bardzo kochającego partnera oraz generalne powodzenie – nie można się wyzbyć ryjącego w banię poczucia, że mniejszy nos/gęstsze włosy/większe piersi rozjaśniłyby cały świat, a z nieba spłynęłyby złociste aniołki grające na trąbach. Uwierz mi- tylko dla siebie też można.

        • aaaaanaaa

          Uwierzyłam ;) racja, są przecież przypadki, o których piszesz.

          • Aleksandra Muszyńska

            No i fajnie, że mamy porozumienie :).

        • To mi przypomnialo ze kiedys w jakichs „Sekretach Chirurgii” czy czyms takim byla kobieta ze znikomym biustem. Mówila ze przez to rozpada się jej malzenstwo bo ona tak bardzo wstydzi się swojego ciala ze w ogóle nie dopuszcza męza do siebie, ich kontakty tak bardzo się popsuly ze zaczęli sypiać osobno. A mąz mówil ze maly biust mu nie przeszkadza. Wszystko siedzialo w glowie tej pani.

          • Aleksandra Muszyńska

            Dokładnie o czymś takim mówię. Nie podoba mi się – i co mi pan zrobisz? Naprawdę wtedy dla wszystkich lepiej będzie, jak sobie baba te cycki po prostu wstawi i już.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty

Skip to entry content

YouTube, jak i cały internet, z roku na rok ewoluuje i to co na TwojejTubie można było znaleźć w 2005, w chwili powstawania portalu, a to, co jest tam dzisiaj, to niemal dwa różne światy. Mimo, że to już nie tylko stronka z śmiesznymi filmikami ze zwierzętami, a prawdziwa internetowa telewizja we współczesnym rozumieniu tego słowa, to wiele osób zatrzymało się te 11 lat temu i postrzega portal z tamtej perspektywy. Lub przez pryzmat zagrajmerów przyrośniętych do „Minecrafta”. A YouTube to tak że wiele inspirujących, edukacyjnych kanałów, otwierających oczy na świat, kulturę i nieoczywiste aspekty życia.

I to dziś chciałbym Ci pokazać, przed Tobą 8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty!

Anna Szlęzak – spec od relacji damsko-męskich

Większość treści poradnikowych dotyczących związków na jakie się natknąłem w sieci, była autorstwa mężczyzn, a kwestia praktycznych porad związanych z uwodzeniem już w ogóle została niemal w 100% zdominowana przez samców. Dlatego bardzo cieszy mnie, że pojawił się ktoś taki jak Ania, kto merytorycznie i fachowo mówi o podrywaniu z perspektywy kobiety, dając innym dziewczynom rzeczowe rady odnośnie relacji damsko-męskich. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak poznać faceta, jakie są sposoby na udaną randkę, jakie są zasady atrakcyjności lub po prostu, posłuchać jak ktoś o bardzo miłej aparycji rzeczowo gada, to sprawdźcie jej kanał.

To już jutro – oswajanie przyszłości

Wiele osób zapewne kojarzy Rafała Masnego, widząc w nim śmieszka przebierającego się za kobiety z Abstrachujów, nie wiedząc, że ma też dużo poważniejsze oblicze. Które pokazuje na swoim solowym kanale „To już jutro”. Kanale o rozwoju sztucznej inteligencji, transgenetyce, nowych technologiach, projektowaniu dzieci i bocie, który został nazistą. Bardzo przystępnie podane futurystyczne wizje świata, które niebawem staną się faktem dokonanym. Obejrzyj, jeśli chcesz wiedzieć w jakiej rzeczywistości możesz się obudzić już następnego dnia.

Krzysztof Gonciarz – życie w Japonii i podróże

O Krzyśku ostatnio było tak głośno, że pisząc o nim czuję się jakbym informował o tym, który mamy aktualnie rok, ale mimo, że jego vlogi to oczywista oczywistość w kontekście YouTube, to źle bym się czuł, gdyby o tym nie wspomniał, bo oglądam je co drugi dzień do śniadania. Jeśli potrzebujesz ogólnożyciowej inspiracji, a przy okazji chcesz zobaczyć jak wygląda bardzo odległa część naszego globu, to zajrzyj do Krzycha.

Pink Candy – seks bez kontrowersji

Czy da się mówić o przedwczesnym wytrysku, seksie oralnym i spermie bez bazowania na taniej sensacji? Czy da się przeprowadzić test przyrządów pozwalającym kobietom sikać na stojąco nie wywołując u widza zażenowania? Czy można nagrać instruktaż zakładania prezerwatywy, który nie będzie pożywką dla koniobijców? Natalia Trybus z kanału Pink Candy udowadnia, że tak. Bardzo cenię jej filmy za nie uciekanie się do chwytów poniżej pasa, mówiąc dosłownie, i epatowanie golizną, byleby tylko nabić wyświetlenia. Zależy Ci na edukacji seksualnej i merytorycznych wypowiedziach? Tutaj to znajdziesz.

Arlena Witt – Twoja ulubiona nauczycielka angielskiego

Żałuję, że na którymkolwiek etapie edukacji nie trafiłem na nauczyciela, który uczyłby angielskiego na przykładach z „Przyjaciół”. Albo już nawet nie na serialach, ale z takim zaangażowaniem jak Arlena w programie „Po Cudzemu”. Może wcześniej, niż w wieku 28 lat dowiedziałbym się jak prawidłowo czytać nazwę swoje kraju w języku Szekspira.

Ichabod – przewodnik po świecie superbohaterów

Lubisz solidne, głębokie analizy filmowe, w trakcie których autor filetuje tytuł wyciągając z niego wszystkie bebechy, nie bojąc się przy tym rzucić przerywnikiem, który byłby wypikany w radiu, a w dodatku kręcą Cię komiksy? W takim razie Ichabod to kanał stworzony dla Ciebie. Łukasz Stelmach potrafi i konkretnie, i z humorem wytłumaczyć dlaczego „Batman v Superman” jest kupą, a „Avengers: Civil War” przyzwoitą rozrywką, wyłapując przy tym dziesiątki nawiązań i tłumacząc wszystkie odniesienia. A i żeby nie było, że gada tylko o kolesiach z majtkami na spodniach, to po innych zakątkach popkultury przewodzi również całkiem sprawnie.

SciFun – Twój ulubiony nauczyciel fizyki

No dobra, nie tylko fizyki, bo jego najlepszy film – w moim mniemaniu rzecz jasna – dotyczy analizowania informacji, którymi jesteśmy bombardowani każdego dnia, błędów poznawczych i odróżniania faktów od mitów. Materiał trwa ponad półtorej godziny, co na YouTube’owe standardy jest rokiem świetlnym, jednak jest tak wartościowy i pożyteczny, że gorąco zachęcam absolutnie każdego do obejrzenia go i nie przesadzę, jeśli powiem, że naprawdę może zmienić Twój sposób patrzenia na świat. A jeśli weryfikowanie informacji podawanych przez media Cię nie interesuje, to zawsze możesz popatrzeć na wybuchające butelki Coli po wrzuceniu do nich Mentosów, słuchając naukowego wytłumaczenia, czemu tak się dzieje.

Weronika Truszczyńska – codzienne życie w Chinach

Na ten kanał trafiłem dość nie typową drogą, bo… z komentarzy Weroniki na swoim blogu. Ale nie z komentarzy typu „Fajny pościk, zajrzyj do mnie”, „Świetna stylizacja! Pozdrawiam www.youtube/nazwakanału”, czy „Nie zgadzam się z tym co napisałeś, ale zapraszam do siebie [KLIK-KLIK]”. Weronika po prostu, gdy faktycznie miała coś do powiedzenia na dany temat, komentowała moje teksty i z ciekawości postanowiłem sprawdzić kim jest. I okazało się, że jest 22-latką, która od jakiegoś czasu mieszka w Szanghaju i nagrywa o tym vlogi. Vlogi, na których pokazuje chińskie jedzenie, w tym regionalnego zielonego burgera w McDonald’s, mówi o chińskich zwyczajach i tłumaczy, jak poprawnie wymawiać chińskie nazwy, na przykład „feng shui”. I do tego ma wściekle różowe włosy i lekkie ADHD. Mnie przekonało.

To z pewnością nie wszyscy YouTuberzy, którzy poszerzają horyzonty swoimi materiałami, edukują, czy inspirują, bo pisałem tylko o swoich ulubionych twórcach, których śledzę na bieżąco, więc jeśli chcecie kogoś dopisać w komentarzach, to śmiało.

---> SKOMENTUJ

Beka ze spotów promujących program 500+

Skip to entry content

Na tyle, na ile to możliwe staram się nie poruszać tematów politycznych na blogu, bo raz, że nurkowanie w szambie nie należy do rzeczy przyjemnych, a dwa, że smród zawsze przyciąga rój much, od których potem trudno się odgonić. Ale są takie tematy obok których trudno przejść obojętnie, licząc, że piekło zamarznie, kiedy się zamknie oczy. Jednym z nich jest właśnie wyjątkowo populistyczny i w dużej mierze demagogiczny program społeczny 500+. Program, który ma zachęcić Polaków do… no właśnie, miał zachęcać do zakładania rodziny i pomagać dzieciom z rodzin w potrzebie, a sprowadza się do tego, że zachęca do rozmnażania się, oferując 500zł za spłodzenie drugiego i kolejnego dziecka.

Złote rozdanie trwa już kilka miesięcy, więc obecny rząd postanowił się pochwalić sukcesami w wyciąganiu hajsu z bezdennej torby Świętego Mikołaja i Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zrealizowało spoty promujące 500+. Spoty niezamierzenie bekowe.

„Dzięki programowi 500+ nasze życie się zmieniło, przestaliśmy kupować na zeszyt, na wszystko nas stać: na jedzenie, na ubrania, na bieżące wydatki” – mówi zadowolony, wyglądający na całkiem sprawnego, mężczyzna, członek – łącznie z nim – pięcioosobowej rodziny. To gratuluję podjęcia się spłodzenia trójki dzieci, nie mając środków, aby móc zapewnić im jedzenie i podstawowe aspekty życia. Bardzo odpowiedzialnie. Teraz przy czwartym, już nawet przez myśl mu nie przejdzie, czy będą mieli za co się utrzymać, bo przecież po co zdroworozsądkowo pochodzić do kwestii zapewnienia sobie bytu, skoro państwo da?

„Po raz pierwszy wybierzemy się na wakacje, pojedziemy wszyscy razem nad morze” – wakacje? Super! Pomijam kwestię, że ta kasa miała być na podstawowe potrzeby dzieci, ale biorąc pod uwagę, że rodzina z filmu od rządu dostaje 1000zł, to bardzo chciałbym się dowiedzieć, gdzie jest takie morze nad które można dojechać i spędzić nad nim wakacje w 5 osób za tysiaka. Ktoś, coś?

„Nigdy się nie spodziewaliśmy, że co miesiąc będziemy otrzymywać pieniądze” – hmm, warto by spróbować pracy, podobno tam to tak działa. No chyba, że gość był wcześniej w Anglii i dostawał tygodniówki, i stąd to zaskoczenie, że pieniądze mogą być co miesiąc.

„Z programu 500+ zakupiłam dzieciom swoim roczne bilety do zoo” – może wyjdę na czepialskiego, ale ROCZNE BILETY DO ZOO? Nie zagłębiając się już w kwestię, czy bilety do zoo to podstawowy wydatek, czy nie, to nie wiem jak wystrzelony w kosmos musi być to ogród zoologiczny, żeby ktokolwiek chciał tam chodzić regularnie co miesiąc przez rok.

„Nie musimy już zastanawiać się, czy zapłacić rachunki, czy też kupić dzieciom jakieś nowe potrzebne rzeczy” – zasadniczo, to odkąd rząd przejął odpowiedzialność za podejmowane przez nas decyzje, nie musimy już zastanawiać się nad niczym.

„To naprawdę bardzo ciekawy program, który pomoże realizować marzenia dzieci” – ucząc je, że pieniądze spadają z nieba i gdy mają ochotę kupić sobie roczny bilet do zoo, to nie muszą się zastanawiać, czy to rozsądny wybór. W końcu nie oni za to płacą, tylko Święty Mikołaj.

„Dzięki programowi 500+ dużo spokojniej patrzę w przyszłość mojej rodziny” – bo dzięki darmowemu tysiaczkowi co miesiąc, jestem ustawiony do końca życia. To zaskakujące, że ludzie nie planują przyszłości w oparciu o swoje umiejętności, aktualną sytuację zawodową i predyspozycje, tylko bazując na programie rządowym, który za 3 lata może się skończyć. Czy my zrobiliśmy już powrót do komuny i jednostka jest w pełni zależna od państwa?

„Będę mógł spokojnie zaplanować wakacje dla mojej rodziny” – cały czas czekam na info, gdzie za 1000zł da się pojechać w 5 osób, bo nawet ITAKA nie ma tak wyżyłowanych last minute.

„Będę mógł kupić instrument mojemu synowi, żeby mógł dalej się uczyć gry w szkole muzycznej” – wszelkie działania mające na celu rozwijanie pasji i talentów są jak najbardziej godne pochwały. Szkoda tylko, że ojciec jest tak zaangażowany w rozwój muzyczny syna, że nie jest w stanie nawet powiedzieć na jakim instrumencie gra.

„Nie będę musiał zostawać dłużej w pracy i dorabiać” po czym pada „i rachunki mamy wszystkie zapłacone” – czy tylko mnie to brzmi jakby znaleźli nowy model finansowania swoich wydatków? Przypominam, że 500+ miało być dla dzieci na podstawowe potrzeby i rozwój, a nie dla rodziców, żeby nie musieli chodzić do pracy. Ale może coś źle zrozumiałem albo mam za mało pasożytniczych skłonności.

Nie wiem za bardzo w jakim celu powstały te spoty. Żeby pokazać samotnym matkom z jednym dzieckiem jak pełne rodziny z trójką dzieci cieszą się z wakacji? Żeby pokazać pracującym, jak niepracujący bawią się za hajs z ich podatków? Żeby pokazać wszystkim zastanawiającym się nad założeniem rodziny, że reprodukcja jest najlepszą drogą do dochodu pasywnego? Żeby pokazać na żywy przykładzie jak zadłuża się kraj?

To nie jest tak, że jestem ultra korwinistą modlącym się przed snem do niewidzialnej ręki wolnego rynku, ale chyba nikt z dorosłych osób nie myśli, że te 500 złotych na sfinansowanie rocznych karnetów do zoo spada z nieba. Albo, że Szydło idzie do mennicy i dodrukowuje stuzłotówki, żeby móc rzucać tymi banknotami jak Lil Wayne na klipie do „Make it rain”. W tym momencie dług publiczny Polski wynosi 900 miliardów złotych, to jest tak duża liczba, że trudno mi ją objąć wzrokiem, więc żeby było łatwiej, powiem, że każdy z nas – Ty, ten za Tobą, ten po prawej, ten po lewej i każdy w zasięgu Twojego wzroku – jest zadłużony przez państwo na 25 953 złotych. Sporo, co? To pomyśl, co będzie po roku finansowania 500+.

To nie jest tak, że jestem przeciwny pomocy potrzebującym. Jestem jak najbardziej za pomaganiem, ale robieniem to w sposób mądry. Znasz to powiedzenie, żeby nie dawać biedakowi ryby, tylko wędkę i nauczyć go łowić? To super, szkoda, że rządzący politycy nie znają. Rodzinom, które mają krucho z kasą przede wszystkim przydałaby się edukacja seksualna, bo dziwnym trafem te żyjące na skraju ubóstwa to w największej mierze te wielodzietne, i edukacja finansowa, żeby wiedzieli jak gospodarować pieniędzmi, bo zupełnie tego nie potrafią. Takie działania byłyby z długotrwałą korzyścią dla wszystkich, a w tym momencie tylko robi się im krzywdę, łudząc ich, że nie muszą rozwiązywać swoich problemów, bo przyjdzie dobry wujek w postaci państwa i wyjmie parę baniek z portfela zawsze gdy będzie potrzeba.

Uczenie  dorosłych ludzi, że nie muszą się martwić o swoje życie, bo ktoś to zrobi za nich jest skrajnie złe. A właśnie do tego sprowadzają się spoty promujące 500+.

 

---> SKOMENTUJ