Close
Close

Czy faktycznie „sztuczne cycki” to zło?

Skip to entry content

Jakoś tak się utarło, że operacja plastyczna powiększania piersi jest czynnością godną napiętnowania i żadna „porządna” kobieta nie powinna jej robić. A jak już zrobi, to nie powinna o niej mówić. Bo to przecież „sztuczne cycki”, a wszystko co nie jest „naturalne”, czyli nie ma swojego bezpośredniego źródła w łożysku matki natury, jest złe. Nie bez powodu jest tu tyle cudzysłowów, bo wszystkie te pojęcia są umowne, a ich wydźwięk i użytkowe znaczenie zależy od tego jak dane społeczeństwo się umówi. Nasze umówiło się, że ingerencja w biust jest beee i nie powinniśmy my tego robić. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że najbardziej nagłośnione przypadki tego zabiegu były najbardziej skandalizujące, nastawione na tanią sensację i zdobywanie popularności bazując na najniższych instynktach, przez co kolejne wciąż są postrzegane przez ich pryzmat. A mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby najbardziej medialnymi operacjami nie były te wykonywane ze względów estetycznych, ale w celu rekonstrukcji piersi po przebytych operacjach onkologicznych.

Wróćmy jednak do meritum, abstrahując od motywacji stojącej za zabiegiem: czemu „sztuczne cycki” to zło? By móc tak negatywnie ocenić piersi powiększone za pomocą implantów, musielibyśmy w żadnym stopniu nie ingerować w żaden inny aspekt naszego ciała. A czy faktycznie tak jest? Śmiem wątpić. A w zasadzie jestem pewien, że nie.

Zacznijmy od tak błahego przykładu jak zęby. Jest na sali ktoś, kto nigdy nie był u dentysty? Ktoś, kto nigdy nie miał plomby? Jedna osoba? Hmm, w takim razie gratuluję albo wybitnie dobrych genów, albo współczuję ortodoksyjnego podejścia i postępującej próchnicy. No chyba, że jesteś w podstawówce. Wtedy się nie liczy. Wszystkich pozostałych chciałbym uświadomić, że takie działania jak borowanie, a później wypełnianie ubytku amalgamatem, to nie jest coś co natura dała nam przy porodzie i jest genetycznie wpisane w nasz rozwój jak poranny wzwód. To ingerencja w nasze ciało. „Sztuczna” ingerencja. Wybielanie, czy w ogóle wstawianie zębów, również.

Przejdźmy do włosów. Wiecie, że jak Wasze kucyki naturalnie nie są grube, sprężyste i połyskujące, tylko kładziecie na nie odżywki, maseczki i łykacie suplementy diety, żeby takie były, to to jest nienaturalne? I że nikt się nie rodzi z ombre hair na głowie? Wiecie, co nie?

To teraz kolczyki. To już bezpośrednia, mechaniczna ingerencja w Wasze ciała. I o ile przy plombach w zębach i suplementach przy włosach można było użyć argumentu, że to dla zdrowia, tak biżuteria na uszach jest już tylko i wyłącznie dla ozdoby. Kumasz, robisz sobie dziurę w ciele, żeby ładniej wyglądać. Chore! No chyba, że wszyscy tak robią, wtedy kolczykowanie, tak popularne przy znakowaniu zwierząt, jest już normalne. Nawet jeśli dotyczy to małych dziewczynek, które nie zawsze same z siebie proszą o dodatkowy otwór w ciele.

Fitness! Mało, która operacja plastyczna tak zmodyfikuje Ci ciało jak odpowiednie ćwiczenia i odżywki. Z rozmiaru L schudłaś do XS, fałdy tłuszczu zamieniły się w umięśniony brzuch, a płaski tyłek wyewoluował w odwłok Nicki Minaj? Ktoś tu ma chyba konflikt z naturą! Mówisz, że to bez ingerencji skalpela? I co z tego, gdyby bóg chciał, żebyś była chuda, nigdy byś nie przytyła, nie powinnaś podważać jego decyzji.

Laserowa korekcja wzroku? Ohoho, kolego, nie trzeba być psychofanem „Star Treka”, żeby wiedzieć, że laser nie ma nic wspólnego z fauną i florą, nawet jeśli jego druga sylaba kojarzy się z twarogiem od polskiej krowy. Co Ty, mordo, chcesz mieć sztuczne oczy? Jak Ci tak przeszkadza krótkowzroczność, to se załóż pingle, a nie jakieś lasery. Gdzie tu natura? Mówisz, że przy Twojej wadzie grubość szkieł w okularach przekracza grubość denek w słoikach z przedwojennymi przetworami Twojej babci i wygląda to średnio atrakcyjnie? A co Ty, nie wiesz, że wygląd się nie liczy i najważniejsze jest wnętrze? Poza tym, nie po to tyle książek przepisano alfabetem Braille’a, żeby teraz się kurzyły.

I wjeżdżamy z najgrubszym kalibrem – protezy. Cytując Wikipedię:

Proteza (pgr.[1] prósthesis – zamocowanie, przyłączenie, dodatek [2]) – w medycynie oznacza sztuczne uzupełnienie brakującej części ciała lub narządu[3].

Protezy najczęściej kojarzą nam się z osobami po wypadkach lub kombatantami wojennymi, którzy w tragicznych okolicznościach stracili jakąś część ciała. Jest to zupełnie akceptowalne społecznie, że jeśli ktoś został pozbawiony ręki lub nogi, bądź urodził się bez takowej, nosi w jej miejsce protezę. Mimo, że byłby w stanie żyć bez którejś z kończyn, czy nawet wszystkich, to posiadanie protezy owe życie mu ułatwia i, co ważniejsze, często pozytywnie wpływa na jego samopoczucie. Bo może ubrać parę butów, a nie tylko jednego, długie spodnie i nikt nie patrzy na niego na ulicy jak na okaz w zoo, odzierając go z poczucia własnej wartości.

Chyba nie trzeba wyjaśniać dlaczego ktoś chce się czuć dobrze zarówno sam ze sobą, jak i będąc wśród ludzi?

No chyba jednak trzeba, bo wiele osób wciąż postrzega powiększanie biustu jako przejaw tego, że światem zawładnął szatan. Posiadanie dużych, krągłych piersi z pragmatycznego punktu widzenia z pewnością nie jest tak istotne jak posiadanie ręki, ale z psychologicznego mogą być to równorzędne kwestie. Jedne kobiety rodzą się z miseczką E, a drugie z miseczką A i żadna z nich nie musi być tym zachwycona. Jeśli na czyjeś samopoczucie bardzo istotnie wpływa fakt, że natura poskąpiła mu centymetrów w klacie i zdecydowanie lepiej czuł, a w zasadzie czuła, by się, gdyby było ich więcej, to co, nie ma sobie pomóc medycyną estetyczną, bo to wbrew naturze? Karczowanie lasów i stawianie betonowych kloców, w których żyjemy jest wbrew naturze, a nie naprawianie w swoim ciele tego, czego natura nam nie dała.

Spytasz pewnie: a gdy ktoś w cale nie ma małych piersi, a chce mieć jeszcze większe?

To samo, co w momencie, gdy ktoś ma jeden kolczyk, a chce mieć drugi. Gdy ktoś nie ma problemów z nadwagą, a chce być szczuplejszy. Gdy nie ma żółtych zębów, a chce mieć bielsze. Ma protezę dłoni, na którą może nałożyć rękawiczkę, ale chce mieć bioniczną, żeby móc złapać się rurki w tramwaju.

Dopóki ingeruje w swoje ciało, a nie w Twoją przestrzeń, co Ci do tego?

autorem zdjęcia w nagłówku jest *TatianaB*

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty

Skip to entry content

YouTube, jak i cały internet, z roku na rok ewoluuje i to co na TwojejTubie można było znaleźć w 2005, w chwili powstawania portalu, a to, co jest tam dzisiaj, to niemal dwa różne światy. Mimo, że to już nie tylko stronka z śmiesznymi filmikami ze zwierzętami, a prawdziwa internetowa telewizja we współczesnym rozumieniu tego słowa, to wiele osób zatrzymało się te 11 lat temu i postrzega portal z tamtej perspektywy. Lub przez pryzmat zagrajmerów przyrośniętych do „Minecrafta”. A YouTube to tak że wiele inspirujących, edukacyjnych kanałów, otwierających oczy na świat, kulturę i nieoczywiste aspekty życia.

I to dziś chciałbym Ci pokazać, przed Tobą 8 YouTuberów, którzy poszerzą Twoje horyzonty!

Anna Szlęzak – spec od relacji damsko-męskich

Większość treści poradnikowych dotyczących związków na jakie się natknąłem w sieci, była autorstwa mężczyzn, a kwestia praktycznych porad związanych z uwodzeniem już w ogóle została niemal w 100% zdominowana przez samców. Dlatego bardzo cieszy mnie, że pojawił się ktoś taki jak Ania, kto merytorycznie i fachowo mówi o podrywaniu z perspektywy kobiety, dając innym dziewczynom rzeczowe rady odnośnie relacji damsko-męskich. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak poznać faceta, jakie są sposoby na udaną randkę, jakie są zasady atrakcyjności lub po prostu, posłuchać jak ktoś o bardzo miłej aparycji rzeczowo gada, to sprawdźcie jej kanał.

To już jutro – oswajanie przyszłości

Wiele osób zapewne kojarzy Rafała Masnego, widząc w nim śmieszka przebierającego się za kobiety z Abstrachujów, nie wiedząc, że ma też dużo poważniejsze oblicze. Które pokazuje na swoim solowym kanale „To już jutro”. Kanale o rozwoju sztucznej inteligencji, transgenetyce, nowych technologiach, projektowaniu dzieci i bocie, który został nazistą. Bardzo przystępnie podane futurystyczne wizje świata, które niebawem staną się faktem dokonanym. Obejrzyj, jeśli chcesz wiedzieć w jakiej rzeczywistości możesz się obudzić już następnego dnia.

Krzysztof Gonciarz – życie w Japonii i podróże

O Krzyśku ostatnio było tak głośno, że pisząc o nim czuję się jakbym informował o tym, który mamy aktualnie rok, ale mimo, że jego vlogi to oczywista oczywistość w kontekście YouTube, to źle bym się czuł, gdyby o tym nie wspomniał, bo oglądam je co drugi dzień do śniadania. Jeśli potrzebujesz ogólnożyciowej inspiracji, a przy okazji chcesz zobaczyć jak wygląda bardzo odległa część naszego globu, to zajrzyj do Krzycha.

Pink Candy – seks bez kontrowersji

Czy da się mówić o przedwczesnym wytrysku, seksie oralnym i spermie bez bazowania na taniej sensacji? Czy da się przeprowadzić test przyrządów pozwalającym kobietom sikać na stojąco nie wywołując u widza zażenowania? Czy można nagrać instruktaż zakładania prezerwatywy, który nie będzie pożywką dla koniobijców? Natalia Trybus z kanału Pink Candy udowadnia, że tak. Bardzo cenię jej filmy za nie uciekanie się do chwytów poniżej pasa, mówiąc dosłownie, i epatowanie golizną, byleby tylko nabić wyświetlenia. Zależy Ci na edukacji seksualnej i merytorycznych wypowiedziach? Tutaj to znajdziesz.

Arlena Witt – Twoja ulubiona nauczycielka angielskiego

Żałuję, że na którymkolwiek etapie edukacji nie trafiłem na nauczyciela, który uczyłby angielskiego na przykładach z „Przyjaciół”. Albo już nawet nie na serialach, ale z takim zaangażowaniem jak Arlena w programie „Po Cudzemu”. Może wcześniej, niż w wieku 28 lat dowiedziałbym się jak prawidłowo czytać nazwę swoje kraju w języku Szekspira.

Ichabod – przewodnik po świecie superbohaterów

Lubisz solidne, głębokie analizy filmowe, w trakcie których autor filetuje tytuł wyciągając z niego wszystkie bebechy, nie bojąc się przy tym rzucić przerywnikiem, który byłby wypikany w radiu, a w dodatku kręcą Cię komiksy? W takim razie Ichabod to kanał stworzony dla Ciebie. Łukasz Stelmach potrafi i konkretnie, i z humorem wytłumaczyć dlaczego „Batman v Superman” jest kupą, a „Avengers: Civil War” przyzwoitą rozrywką, wyłapując przy tym dziesiątki nawiązań i tłumacząc wszystkie odniesienia. A i żeby nie było, że gada tylko o kolesiach z majtkami na spodniach, to po innych zakątkach popkultury przewodzi również całkiem sprawnie.

SciFun – Twój ulubiony nauczyciel fizyki

No dobra, nie tylko fizyki, bo jego najlepszy film – w moim mniemaniu rzecz jasna – dotyczy analizowania informacji, którymi jesteśmy bombardowani każdego dnia, błędów poznawczych i odróżniania faktów od mitów. Materiał trwa ponad półtorej godziny, co na YouTube’owe standardy jest rokiem świetlnym, jednak jest tak wartościowy i pożyteczny, że gorąco zachęcam absolutnie każdego do obejrzenia go i nie przesadzę, jeśli powiem, że naprawdę może zmienić Twój sposób patrzenia na świat. A jeśli weryfikowanie informacji podawanych przez media Cię nie interesuje, to zawsze możesz popatrzeć na wybuchające butelki Coli po wrzuceniu do nich Mentosów, słuchając naukowego wytłumaczenia, czemu tak się dzieje.

Weronika Truszczyńska – codzienne życie w Chinach

Na ten kanał trafiłem dość nie typową drogą, bo… z komentarzy Weroniki na swoim blogu. Ale nie z komentarzy typu „Fajny pościk, zajrzyj do mnie”, „Świetna stylizacja! Pozdrawiam www.youtube/nazwakanału”, czy „Nie zgadzam się z tym co napisałeś, ale zapraszam do siebie [KLIK-KLIK]”. Weronika po prostu, gdy faktycznie miała coś do powiedzenia na dany temat, komentowała moje teksty i z ciekawości postanowiłem sprawdzić kim jest. I okazało się, że jest 22-latką, która od jakiegoś czasu mieszka w Szanghaju i nagrywa o tym vlogi. Vlogi, na których pokazuje chińskie jedzenie, w tym regionalnego zielonego burgera w McDonald’s, mówi o chińskich zwyczajach i tłumaczy, jak poprawnie wymawiać chińskie nazwy, na przykład „feng shui”. I do tego ma wściekle różowe włosy i lekkie ADHD. Mnie przekonało.

To z pewnością nie wszyscy YouTuberzy, którzy poszerzają horyzonty swoimi materiałami, edukują, czy inspirują, bo pisałem tylko o swoich ulubionych twórcach, których śledzę na bieżąco, więc jeśli chcecie kogoś dopisać w komentarzach, to śmiało.

---> SKOMENTUJ

Beka ze spotów promujących program 500+

Skip to entry content

Na tyle, na ile to możliwe staram się nie poruszać tematów politycznych na blogu, bo raz, że nurkowanie w szambie nie należy do rzeczy przyjemnych, a dwa, że smród zawsze przyciąga rój much, od których potem trudno się odgonić. Ale są takie tematy obok których trudno przejść obojętnie, licząc, że piekło zamarznie, kiedy się zamknie oczy. Jednym z nich jest właśnie wyjątkowo populistyczny i w dużej mierze demagogiczny program społeczny 500+. Program, który ma zachęcić Polaków do… no właśnie, miał zachęcać do zakładania rodziny i pomagać dzieciom z rodzin w potrzebie, a sprowadza się do tego, że zachęca do rozmnażania się, oferując 500zł za spłodzenie drugiego i kolejnego dziecka.

Złote rozdanie trwa już kilka miesięcy, więc obecny rząd postanowił się pochwalić sukcesami w wyciąganiu hajsu z bezdennej torby Świętego Mikołaja i Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zrealizowało spoty promujące 500+. Spoty niezamierzenie bekowe.

„Dzięki programowi 500+ nasze życie się zmieniło, przestaliśmy kupować na zeszyt, na wszystko nas stać: na jedzenie, na ubrania, na bieżące wydatki” – mówi zadowolony, wyglądający na całkiem sprawnego, mężczyzna, członek – łącznie z nim – pięcioosobowej rodziny. To gratuluję podjęcia się spłodzenia trójki dzieci, nie mając środków, aby móc zapewnić im jedzenie i podstawowe aspekty życia. Bardzo odpowiedzialnie. Teraz przy czwartym, już nawet przez myśl mu nie przejdzie, czy będą mieli za co się utrzymać, bo przecież po co zdroworozsądkowo pochodzić do kwestii zapewnienia sobie bytu, skoro państwo da?

„Po raz pierwszy wybierzemy się na wakacje, pojedziemy wszyscy razem nad morze” – wakacje? Super! Pomijam kwestię, że ta kasa miała być na podstawowe potrzeby dzieci, ale biorąc pod uwagę, że rodzina z filmu od rządu dostaje 1000zł, to bardzo chciałbym się dowiedzieć, gdzie jest takie morze nad które można dojechać i spędzić nad nim wakacje w 5 osób za tysiaka. Ktoś, coś?

„Nigdy się nie spodziewaliśmy, że co miesiąc będziemy otrzymywać pieniądze” – hmm, warto by spróbować pracy, podobno tam to tak działa. No chyba, że gość był wcześniej w Anglii i dostawał tygodniówki, i stąd to zaskoczenie, że pieniądze mogą być co miesiąc.

„Z programu 500+ zakupiłam dzieciom swoim roczne bilety do zoo” – może wyjdę na czepialskiego, ale ROCZNE BILETY DO ZOO? Nie zagłębiając się już w kwestię, czy bilety do zoo to podstawowy wydatek, czy nie, to nie wiem jak wystrzelony w kosmos musi być to ogród zoologiczny, żeby ktokolwiek chciał tam chodzić regularnie co miesiąc przez rok.

„Nie musimy już zastanawiać się, czy zapłacić rachunki, czy też kupić dzieciom jakieś nowe potrzebne rzeczy” – zasadniczo, to odkąd rząd przejął odpowiedzialność za podejmowane przez nas decyzje, nie musimy już zastanawiać się nad niczym.

„To naprawdę bardzo ciekawy program, który pomoże realizować marzenia dzieci” – ucząc je, że pieniądze spadają z nieba i gdy mają ochotę kupić sobie roczny bilet do zoo, to nie muszą się zastanawiać, czy to rozsądny wybór. W końcu nie oni za to płacą, tylko Święty Mikołaj.

„Dzięki programowi 500+ dużo spokojniej patrzę w przyszłość mojej rodziny” – bo dzięki darmowemu tysiaczkowi co miesiąc, jestem ustawiony do końca życia. To zaskakujące, że ludzie nie planują przyszłości w oparciu o swoje umiejętności, aktualną sytuację zawodową i predyspozycje, tylko bazując na programie rządowym, który za 3 lata może się skończyć. Czy my zrobiliśmy już powrót do komuny i jednostka jest w pełni zależna od państwa?

„Będę mógł spokojnie zaplanować wakacje dla mojej rodziny” – cały czas czekam na info, gdzie za 1000zł da się pojechać w 5 osób, bo nawet ITAKA nie ma tak wyżyłowanych last minute.

„Będę mógł kupić instrument mojemu synowi, żeby mógł dalej się uczyć gry w szkole muzycznej” – wszelkie działania mające na celu rozwijanie pasji i talentów są jak najbardziej godne pochwały. Szkoda tylko, że ojciec jest tak zaangażowany w rozwój muzyczny syna, że nie jest w stanie nawet powiedzieć na jakim instrumencie gra.

„Nie będę musiał zostawać dłużej w pracy i dorabiać” po czym pada „i rachunki mamy wszystkie zapłacone” – czy tylko mnie to brzmi jakby znaleźli nowy model finansowania swoich wydatków? Przypominam, że 500+ miało być dla dzieci na podstawowe potrzeby i rozwój, a nie dla rodziców, żeby nie musieli chodzić do pracy. Ale może coś źle zrozumiałem albo mam za mało pasożytniczych skłonności.

Nie wiem za bardzo w jakim celu powstały te spoty. Żeby pokazać samotnym matkom z jednym dzieckiem jak pełne rodziny z trójką dzieci cieszą się z wakacji? Żeby pokazać pracującym, jak niepracujący bawią się za hajs z ich podatków? Żeby pokazać wszystkim zastanawiającym się nad założeniem rodziny, że reprodukcja jest najlepszą drogą do dochodu pasywnego? Żeby pokazać na żywy przykładzie jak zadłuża się kraj?

To nie jest tak, że jestem ultra korwinistą modlącym się przed snem do niewidzialnej ręki wolnego rynku, ale chyba nikt z dorosłych osób nie myśli, że te 500 złotych na sfinansowanie rocznych karnetów do zoo spada z nieba. Albo, że Szydło idzie do mennicy i dodrukowuje stuzłotówki, żeby móc rzucać tymi banknotami jak Lil Wayne na klipie do „Make it rain”. W tym momencie dług publiczny Polski wynosi 900 miliardów złotych, to jest tak duża liczba, że trudno mi ją objąć wzrokiem, więc żeby było łatwiej, powiem, że każdy z nas – Ty, ten za Tobą, ten po prawej, ten po lewej i każdy w zasięgu Twojego wzroku – jest zadłużony przez państwo na 25 953 złotych. Sporo, co? To pomyśl, co będzie po roku finansowania 500+.

To nie jest tak, że jestem przeciwny pomocy potrzebującym. Jestem jak najbardziej za pomaganiem, ale robieniem to w sposób mądry. Znasz to powiedzenie, żeby nie dawać biedakowi ryby, tylko wędkę i nauczyć go łowić? To super, szkoda, że rządzący politycy nie znają. Rodzinom, które mają krucho z kasą przede wszystkim przydałaby się edukacja seksualna, bo dziwnym trafem te żyjące na skraju ubóstwa to w największej mierze te wielodzietne, i edukacja finansowa, żeby wiedzieli jak gospodarować pieniędzmi, bo zupełnie tego nie potrafią. Takie działania byłyby z długotrwałą korzyścią dla wszystkich, a w tym momencie tylko robi się im krzywdę, łudząc ich, że nie muszą rozwiązywać swoich problemów, bo przyjdzie dobry wujek w postaci państwa i wyjmie parę baniek z portfela zawsze gdy będzie potrzeba.

Uczenie  dorosłych ludzi, że nie muszą się martwić o swoje życie, bo ktoś to zrobi za nich jest skrajnie złe. A właśnie do tego sprowadzają się spoty promujące 500+.

 

---> SKOMENTUJ