Close
Close

Najlepsze uliczne historie: czerwiec

Skip to entry content

Myślałem, że wyjazd do Albanii zaowocuje sałatką barwnych dialogów, ale najwięcej rozmów na Bałkanach odbyłem na migi. A te nieco trudno spisać w postaci wymiany zdań. Ale nie ma te tragedii, te które dane było mi usłyszeć, lub być współautorem, w najbardziej uduchowionym mieście w Polsce, też powinny Was rozgrzać nie mniej niż pogoda za oknem. No, może jeden Was nieco zmrozi.

 

#1 Mała dziewczynka podbiega do osiedlowego placu zabaw, na co mama:

– Kasiu, ale nie idziemy na huśtawki, tylko do domu.
– Mama, ale ja tam już byłam.
– To będziesz jeszcze raz, chodź.
– Ale ja wolę tu być.
– Ale to nie jest twój dom, chodź, idziemy.
– A jak mi tata tu zniesie łóżko, to będzie mój dom?
– Twój tata nie potrafi znieść nawet śmieci. Idziemy.

 

#2 Esencja patologii ulicznych rozmów. Dwudziestokilkuletnia dziewczyna do typa przed pięćdziesiątką w nocnym z Dworca Głównego:

– Wiesz co, ostatnio tak myślałam, że jesteśmy na takim etapie, że mógłbyś się rozwieść z żoną.
– Rozwiodę się jak skończysz studia, żebyś miała motywację.

 

#3 Słyszę dość intensywne pukanie, a niestety w tym mieszkaniu nie mam wizjera i możliwości zobaczenia kto stoi za drzwiami, więc po prostu je otwieram.

A tu dwóch policjantów. I pies. Myślę sobie: kurde, pewnie dowiedzieli się, że 12 lipca 2002 roku jechałem bez biletu linią 805 i teraz pójdę do więzienia. A może chodzi o ten odcinek „Klanu”, który musiałem ściągać z torrentów, bo przeoczyłem w telewizji? Nie, to chyba nie to. Chyba chodzi o coś znacznie gorszego. Chyba chodzi o ten straszny tekst, w którym napisałem, że jechałem na rowerze z prędkością światła, a przecież w terenie zabudowanym jest ograniczenie do 50km/h.

Trudno, niech się dzieje co chce, zasłużyłem. Zasłużyłem na więzienie. Trzeba być mężczyzną i przyjąć to na klatę.

– Dzień dobry.
– Dzień dobry, czy zamierza pan przyjmować pielgrzymów na Światowe Dni Młodzieży?

 

#4 Czekam na tramwaj przy Galerii Krakowskiej, podchodzi chłopak do dziewczyny i daje jej coś na kształt kwiatka. Szczelnie zapakowane w papier. Dziewczyna odbiera to od chłopaka, rzuca standardowe „nie trzeba było”, i uśmiechając się idzie z nim w stronę plant. Cały czas mając coś na kształt kwiatka szczelnie zapakowane w papier.

Bardzo, bardzo, ale to bardzo chciałbym zobaczyć jej minę, gdyby się okazało, że to jednak kiełbasa.

 

#5 Wracam z Małego Rynku chwilę po północy i taka piękna rozmowa mimochodem się trafia przy jednym ze stolików:

– No i co u ciebie przez te wszystkie lata, bo tyle się nie widzieliśmy?
– No wiesz, trochę podróżowałam, trochę nie podróżowałam, trochę się zmieniłam, trochę nie zmieniłam, trochę byłam z facetem, trochę nie byłam. Wiesz, jak to kobieta.
– Czyli nie masz nikogo?
– Trochę nie mam.
– Aha.

 

#6 Jestem na Mostowej na winie i, chcąc nie chcąc, słucham, jak jedna trzydziecha drugiej żarliwie opowiada historię francuskiego buldoga:

– …i oni z tym buldogiem pojechali na wieś, do moich znajomych i ja tam byłam, co nie. A wiesz, a oni też tam mają psa, tylko takiego innego, wiesz, dużego. I wiesz, i nagle taki pisk straszny, jakby ktoś piszczał tak głośno bardzo, a ten koleś nic, to mu mówię: „ty, weź się zainteresuj, bo to twój pies tak piszczy, a ty nic”. Bo wiesz ten pies tak piszczał, a on nic. I wiesz, on wychodzi, a temu jemu psu, nie temu moich znajomych, tylko temu buldogowi francuskiemu, co nie, oko normalnie wypływa i tak piszczy, ale tak bardzo głośno, że normalnie masakra. I wiesz, próbują mu to oko włożyć, ale nic, no nie da się, próbują pół godziny i zero, to dzwonią do jakiegoś weterynarza, a to wiesz, 11 w nocy, ale w końcu jakiś się znajduje, jadą do tej kliniki i ten weterynarz tam wkłada mu to oko przez pół nocy i zakłada opaskę, taką żeby wiesz, nie wypadło znowu. I co się okazało? Była jakaś komplikacja, coś się temu psu uroiło i jak mu włożyli to oko, to przestał na drugie potem widzieć, czujesz? I pomyśl, że wydali 5 koła na ślepego psa. 5 koła, Gośka, czujesz?

– Bez sensu. To już mogli lepiej samochód kupić.
– No. Albo zmywarkę.

 

#7 Plusy poruszania się po mieście na rowerze: nie musisz czekać ani na nocy, ani na taksę, ani nie grzęzniesz w korkach, wsiadasz i jedziesz.

Minusy przemieszczania się po mieście na rowerze: jak wjedziesz w kałużę, to masz ją całą na sobie, a jak przy wsiadaniu za wysoko podniesiesz nogę, mogą popruć Ci się spodnie i masz dodatkowy wywietrznik w kroku.

Biorąc pod uwagę, że tego dnia w Krakowie nie padało, zgadnijcie, który z minusów odkryłem.

 

#8 Dotarliśmy do hotelu (gwiazdki w Albanii są jeszcze bardziej umowne, niż te w Egipcie), poszliśmy na plażę i wyszła grupka seniorów. Próbują zrobić sobie zdjęcie, proponuję, że ja im zrobię (lata trzaskania samojebek w końcu na coś się przydadzą). Seniorzy stoją w rządku, ale są jacyś niemrawi, więc mówię, żeby się uśmiechnęli, to fota lepiej wyjdzie, na co starsza pani: to na trzy, czte-ry, wszyscy mówimy SEEEX!

Czuję się jak emeryt, bo chciałem im powiedzieć, żeby powiedzieli „ser”.

 

#9 Myślałem, że zaszalałem na pierwszego czerwca, bo zjadłem dwie pizze, duże lody z malinami i pół opakowania śmietanki w proszku. Po czym minąłem starszego pana, który pod Sukiennicami tańczył twista do „Kolorowych snów” Just5 puszczonych z kasprzaka. Seniorzy to wiedzą, jak powinno się obchodzić dzień dziecka.

 

#10 Siedzę sobie na Plantach i kontempluję jak pot spływa mi po czole. Kilka metrów przed sobą widzę dwie dziewczyny z czego jedna nad wyraz często zezuje w moją stronę. W głębi ducha przekonuję się, że wcale nie chodzi tę kroplę na czole. Gdy są na wysokości mojej ławki macha mi i mówi „czeeeść!”, więc odpowiadam tym samym, bo obstawiam, że to na 90% ktoś kogo poznałem na jakiejś konferencji, tylko chwilowo nie mam zielonego pojęcia kto to.

Gdy już mnie mijają ta druga mówi do niej:

– Kto to jest?
– Stay Fly, taki znany krakowski bloger.
– Znany? Ja go wcale nie znam.
– Ale ty przecież w ogóle nie czytasz.
– Filmów też nie oglądam, a Celine Dion znam. Jakby był znany, to bym go znała.

Zderzenie z rzeczywistością jeszcze nigdy nie było tak bolesne.

 

To teraz piłeczka po Waszej stronie – słyszeliście w ostatnim miesiącu jakiś dialog, który zapadł Wam w pamięć albo chociaż zmarszczył Wam czoło? Monologi też się liczą.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Bruja Del Bosque

    Chrzanów, rodzinny spacer Tatusia i dwóch synków (lat ok 10-12).
    Tatusiowi spada dwugroszówka na chodnik, jeden z synków komentuje:
    – Tato pieniądze Ci lecą i nie widzisz. Teraz już rozumiem, dlaczego ciągle mówisz Mamie, że nie mamy pieniędzy…
    <3

  • Rozwaliło mnie to,z żoną.Genialny pocisk i w sumie trafny. Po przeczytaniu tego posta, poprawił mi się humor,dziękuje :)
    https://strong-power.blogspot.com/

  • Aleksandra Chołuj

    Dziewczynka, 2 latka. Nie gada jeszcze dużo, ale nauczyła się słowa „daj!” kiedy rzeczywiście coś chce.
    Chce jabłko, wyrywa Ci z ręki i mówi „daj!”.
    Chce zabawkę, sięga rączką i mówi „daj!”.
    Chce wiaderko w piaskownicy od innego dziecka, mówi „daj!”

    Mama wraz z córeczką pojechały do Anglii do koleżanki. Mama siedzi na ławce i patrzy, jak jej córeczka bawi się z innymi dziećmi w piaskownicy. Nie zauważyła, że dzieci lekko boją się jej córki i oddają jej wszystkie zabawki: wiaderka, grabki, samochodziki i wszystko co tam miały, bo dziewczynka zwyczajnie o nie prosiła ulubionym słowem: „daj!”.
    W końcu podchodzi do mamy Angielka i mówi z pięknym angielskim akcentem:
    – [przetłumaczone] Dlaczego Pani córka życzy wszystkim dzieciom śmierci?

  • Rozmawiają dwie starsze osoby:
    ​— W tym tygodniu jedziesz na działkę ?
    — Jadę
    — Kiedy ?
    — W tym tygodniu

  • do windy wsiada murzynka, patrze na nią i

    -Wiesz, ze jesteś strasznie podobna do takiej Osi z topszadyl,
    -No tak się składa że to jestem ja.

    kurtyna

  • Pociąg Kolei Śląskich, siedzi troszkę patologiczna para. On prosi ją:
    -Masz 48 zł, weź mi kup kebaba.
    -Ale ja chcę żeby było tak romantycznie. Chodźmy do KFC.

  • Ola

    Rozmowa kwalifikacyjna; stanowisko, na które język francuski jest wymagany. Dziewczę mówi, że fascynuje się francuską muzyką. Team Leader pyta jaką francuską piosenkarkę lub piosenkarza lubi najbardziej. Dziewczę bez zastanowienia odpowiada „Whitney Houston”. True story.

    • Aleksandra Muszyńska

      Kiedyś pani prowadząca jakąś imprezę muzyczną (Opole? Sopot? Nie pamiętam) powiedziała o Janis Joplin per Żenis Żoplę, także tego, może być i Łytni Ustą.

      • To była pani w wiadomościach :D Nawet gorzej.

        • Aleksandra Muszyńska

          O Boże :<. Żenis Żoplę, Żimi Ądriks, Bą Żowi…

  • Paulina

    Sytuacja liryczna dzieci bawiące się na skarpie w centrum miasta, dwóch chłopców turla się po niej, nieco z boku siedzi dziewczynka i usiłuje spleść wianek. Wtem jeden z nich woła: Marysiu, popatrz jak się stoczyliśmy!

  • jsk

    Dwie koleżanki, pogawędka o historii.
    – Ty, wiesz, Niemcy to tylko Żydów niefajnie traktowali, bo Polaków to wiesz, tak normalnie.
    – He?
    – No wiesz, np Westerplatte, jak się wojna zaczęła.. Nadpłynęli, my się broniliśmy. Wiesz, ale tak dobrze się broniliśmy, tak wiesz, na poziomie.
    – No?
    – No i tak broniliśmy się, to Piłsudski dowodził… Taki generał marszałek, wiesz, kiedyś to generał marszałek był najważniejszy…
    – No….
    – No i wiesz. On tak dobrze bronił, że jak nie obronił i Niemcy zdobyli to Westerplatte to mu dali szablę i Mercedesa…
    – Aaaahaaa…
    – Więc wiesz, Ci Niemcy to spoko nawet byli nie?
    – Yhy…

    • Mia Mamba

      @_@ Co ja przeczytałam…

  • Normalnie aż mi smutno, że mi wszystkie takie zasłyszane dialogi ulatują z pamięci zanim zdążę pomyśleć, że fajnie by je było spisać. Chyba zacznę nosić włączony dyktafon. :D

    Swoją drogą ciekawe, czy przyjmujący gości na ŚDM mają otrzymać jakąś obstawę policyjną. :)

  • Dot

    Brakowało mi już tych zasłyszanych dialogów :)
    Historia z „trochę” chyba najlepsza.

  • Aleksandra Muszyńska

    Tradycyjnie najśmieszniejsze przypadki wynoszę z sądu.
    Sprawa poważna, poważny zarzut, podczas rozprawy sąd odbiera dane od świadka. Świadkiem jest jakaś pani, która przyszła do sądu z synem (tez świadkiem).I nagle pani świadek, niepytana przez nikogo, z pasją wyznaje sądowi:
    -Wysoki sądzie, ja mam inne nazwisko niż syn, bo ja żyłam w KOMBINACIE!
    Edit: co do #1, to biłabym mamusię metalowym prętem za takie nieeleganckie objeżdżanie ojca przy dziecku.

    • Hahahaha, tradycyjnie zachęcam Cię do założenia funpaga z tymi historiami :)

    • Dot

      „kombinat” :D

    • Karolina Sachaj

      U mnie też sądowo, witam koleżankę po fachu :)
      Moja znajoma z pracy protokołowała na rozprawie. Coś tam sędzia jej powiedział, ona wstała i poszła włączyć światło…
      Wróciła na miejsce i czeka na dalsze dyspozycje… A tu cisza, wszyscy na nią patrzą, sędzia, pełnomocnicy, strony… Na co sędzia tym razem głośniej i wyraźniej „pani Marto, proszę wezwać świadków”… Wezwać świadków, a włączyć światło – żadna różnica :D Ta sama znajoma razu któregoś w sklepiku poprosiła o pepsi… gazowaną :D <3

    • Karolina

      To tak w klimacie przejęzyczeń wprost „uwielbiam”, jak dłużnicy piszą „niech komornik przestanie mi obciągać z kąta!”, albo „odblokuje kąto” ;>.

      • Aleksandra Muszyńska

        „Obciąganie z kąta” – jest to najlepszą rzeczą jaką usłyszałam w tym kwartale :D.

  • Daria

    Ja do koleżanki podczas meczu Polska-Portugalia: jak nasi dzisiaj wygrają, to ja wstaję z wózka i przyznaję, że całe życie żartowałam.
    #janiewierna #przepraszam #wywołałamwilkazlasu

  • Siedzę ostatnio na palcu zabaw. Moi synowie się bawią, do mnie podbiega na oko 2 letnia dziewczynka. Zaraz za dziewczynką sprintem biegnie babcia i krzyczy na cały plac zabaw – Nie! Tylko nie do tej pani! Po czym zabrała wnuczkę sprzed mojego oblicza.

    • Łooojezu, naraziłaś się czymś na osiedlu, czy po prostu chodzi o tatuaże?

    • Dot

      O matko, co za kobieta. Wyobraziłam sobie jak biegnie z przerażeniem w oczach.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Pieprzenie o tym, jak to jest źle w „dzisiejszych czasach”

Skip to entry content

Lubię te dni, kiedy muszę przemieszczać się po mieście komunikacją miejską. Nie żebym był jakimś wielkim miłośnikiem tramwajów, ale to co w nich widzę często daje mi do myślenia i jest pretekstem do nowych wpisów na blogu. I nie inaczej było w zeszłym tygodniu, jadąc 4-ką na Rynek mimowolnie byłem świadkiem rozmowy dwóch gości wyglądających na rok po magisterce. Obgadywali kumpla. Czyli robili to, co tygryski lubią najbardziej.

– Ty, a słyszałeś, że Grzesiek poszedł na kurs uwodzenia? – niższy w koszuli z krótkim rękawem zagaił rezolutnie.

– Na, kurwa, co? – odpowiedział pytaniem na pytanie wyższy w koszuli z rękawem fabrycznie podwiniętym.

– Na kurs uwodzenia, hehe, podobno uczyli go jak kręcić bajerę do lasek, bo mu nie idzie, hehe – rozpromienił się uśmiechem księdza Paetza niższy.

– Ech, w dzisiejszych czasach, to już nawet ludzie się poznawać nie umią – błyskotliwie odmienił czasownik wyższy.

– No, masakra w chuj, dokąd ten świat zmierza? – zadał zgrabne pytanie retoryczne niższy.

– Aj dont łont liw on dis planet enimor – z angielska finezyjnie podsumował wyższy.

Kiedy starsze osoby są przeciwne zmianom, które zachodzą w otaczającej je rzeczywistości, jestem to w stanie zrozumieć, ale gdy ktoś w moim wieku wzdycha na temat tego jak to jest źle w „dzisiejszych czasach”, to – jak w młodym Anakinie Skywalkerze tuż po tym, gdy dowiedział się, że ludzie pustyni zabili jego matkę – złość się we mnie gotuje.

W dzisiejszych czasach:

– możemy wyleczyć większość chorób i nie umieramy od zapalenia ucha w wieku 17 lat

– możesz polecieć do Paryża i wrócić. W jeden dzień. Bez paszportu. Bez proszenia o pozwolenie żadnego urzędnika państwowego. I to za stówę

– mamy nieograniczony dostęp do wiedzy, wystarczy wpisać „fizyka kwantowa” w Google i encyklopedia staje przed nami otworem

– możesz wykonać niegdysiejszą pracę całego studia fotograficznego telefonem

– masz telefon, a kolejny możesz mieć ot tak, bez czekania kilka lat na przydział numeru z centrali

– możesz zadzwonić do kogoś na drugiej półkuli nie mając nawet jego numeru telefonu. I to za darmo

– możesz zamówić taksówkę w obcym kraju, nie znając ani słowa w lokalnym języku i nie mając nawet przy sobie pieniędzy

– możesz zdalnie zamówić zakupy z wniesieniem do domu

– masz w ogóle możliwość robienia zakupów, bez koczowania nocami pod sklepem, aż cokolwiek się w nim pojawi

– możemy uprawiać seks dla przyjemności, a nie tylko prokreacji i to będąc niemal w 100% pewnym, że nie skończy się to chorobą weneryczną

– możesz pracować umysłowo będąc ćwierćinteligentem

– możesz mieć swoje zdanie, odmienne od lansowanego przez prasę, czy telewizję

– a w dodatku możesz je wyrazić na tryliard sposobów – od manifestacji w środku miasta, po statusy w mediach społecznościowych

– i jeśli nie radzisz sobie z dynamiką towarzyską i masz problem z nawiązywaniem relacji damsko-męskich, nie jesteś skazany na wieczne kawalerstwo i wycofanie swoich genów z puli, możesz pójść na kurs, na którym ktoś z doświadczeniem pomoże Ci to zmienić. I że to możesz zrobić jest super, ale jeszcze lepszy jest fakt, że ludzie faktycznie to robią, a nie tylko biernie narzekają na swój los.

Wszystkiego tego nie było we wczorajszych czasach. Ten świat zmierza w stronę rozwoju, jeśli Ci się to nie podoba, to wyemigruj do Ugandy i zbieraj bawełnę z pola za każdym razem, gdy będziesz chciał ubrać nową koszulkę, w międzyczasie mieszkając w szałasie, ale skończ pieprzyć, że w „dzisiejszych czasach” jest tak źle.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Cam Evans

---> SKOMENTUJ

Gdzie warto pójść na piwo w Krakowie? 5 dobrych miejsc

Skip to entry content

Często dostaję od Was maile w stylu:

Drogi StejFlaju,

Kocham Cię jak Krystyna Pawłowicz interpunkcję, a Twojego bloga czytam od chrztu Polski i mam prośbę, wpadam na weekend do Krakowa i chcę się pobawić jak Bradley Cooper w filmie o wieczorze kawalerskim, doradź: co zobaczyć, gdzie zjeść, gdzie się na pić?

Ps. Najbardziej zależy mi na tym ostatnim, tak że tego… gdzie warto pójść na piwo w Krakowie?

Całuję i czekam na odpowiedź do 15 minut albo cofam lajka!

Twoja wierna fanka Irena

Gdzie zjeść w Krakowie pisałem już jakiś czasem temu, więc dzisiaj zajmiemy się tym, żeby Wam za bardzo nie zaschło w gardle jak już wrzucić coś na ząb. Nie doradzę Wam w kwestii stricte klubowo-dyskotekowej, bo moje ulubione lokale taneczne pozamykali jak jeszcze studiowałem (w tym momencie wszyscy stawiamy znicze za Łódź Kaliską) i szczerze mówiąc, nie znam żadnego wartego uwagi miejsca poza Prozakiem 2.0. Ale jeśli od ocierania się o spoconych ludzi w rytm łupanki niszczącej bębenki słuchowe bardziej interesuje Was po prostu napicie się alkoholu, to z chęcią podzielę się wskazówkami, gdzie warto pójść na piwo w Krakowie.

Z góry uprzedzam, nie jest żadnym piwoszem i to nie jest przewodnik po najlepszych multi-tapach w Grodzie Króla Kraka. To po prostu subiektywny przegląd miejscówek, gdzie dobrze się pije ze względu na klimat.

 

Do wyluzowania – Forum Przestrzenie

forum przestrzenie

W Warszawie knajpy nad Wisłą wyrastają jak blogi modowe po sukcesie Maffashion i po obu brzegach barów z leżaczkami jest od cholery. W Krakowie jest zamykana właśnie snobistyczna i droga (12 zeta za lany browar) Plaża Kraków, co sprowadza się do tego, że jedyne miejsce do relaksowania się nieopodal rzeki, to Forum Przestrzenie. Na szczęście Forum jest zajebiste i ma świetną atmosferę. Bierzesz Fortunę w butelce (czarna najlepsza!) albo Miłosława za 9 zeta, rozkładasz jeden z nigdy nie kończących się leżaków, wystawiasz buźkę do słońca i odpoczywasz. Albo gawędzisz ze znajomymi, albo bawisz się z psem, albo czytasz książkę, albo zakładasz słuchawki i puszczasz sobie Xxanaxx. Idealna miejscówka na niedzielnego kaca. Oczywiście w miesiącach wiosenno-letnich.

forum przestrzenie 2

 

Do upijania – BaniaLuka

Od jakiegoś czasu w coraz większej liczbie miast pojawiają się lokale z alkoholami za 4zł i jedzeniem za 8zł. W Krakowie mamy Ambasadę Śledzia, Pijalnię Wódki i Piwa, Huki Muki, Dżumandżi, U Jożina, Vistulę i właśnie BaniaLukę, występujące i w okolicach Rynku Głównego i na Kazimierzu, ale to właśnie BaniaLuka na Placu Szczepańskim znalazła specjalne miejsce w moim alko-serduszku. To nie jest miejsce, gdzie idziesz rozkoszować się smakiem piwa i to zdecydowanie nie jest miejsce, gdzie idziesz na randkę, ale to bez apelacyjnie jest miejsce, w którym zaczynasz i kończysz imprezę. Każdy dobry całonocny melanż startuje od jednego małego w BaniaLuce, gdy zaczyna się ściemniać i kończy się na bani wiśniówki, gdy zaczyna świtać. Jeśli lubisz klimat zatłoczonego londyńskiego pubu, w którym spotkasz zarówno znajomych z podstawówki, księdza, który udzielał Ci pierwszej komunii, ludzi z pracy, gościa, który właśnie zszedł z ośmiotysięcznika przyjeżdżając tu na stopa i przy okazji swoją byłą, na drugi dzień pamiętając piąte przez dziesiąte, to miejsce dla Ciebie.

[sociallocker id=”17312″]

Do smakowania – House of Beer

house of beer 2

Jedyne miejsce w zestawieniu skupiające się strcite na piwie, ale za to najlepsze. Po pierwsze, mają tu więcej rodzajów piw, niż jestem w stanie policzyć bez kalkulatora  (220 piw butelkowych, 12 kranów na parterze i 8 w piwnicy), po drugie, mają tu lepszą obsługę niż na spotach reklamowych banków, która doradzi, pomoże i dobierze Ci taki smak, o którym nie śniło się fizjologom, po trzecie, jest naprawdę sporo miejsca (sporo w stosunku do innych tap barów). Rozstrzał cen, to od 5zł za piwo dnia (codziennie inne) do 70zł za turbo rarytas. Jeśli jesteś fanem tego gatunku alkoholu, to nie możesz opuścić byłej stolicy, bez wizyty na Świętego Tomasza 35. Nazwa nie jest przesadzona – House Of Beer, to naprawdę dom piwa.

house of beer 3

 

Do osiedlowania – Miasteczko Studenckie AGH

Jestem tym typem człowieka, który lubi wbić się w miękki fotel w kawiarni, czy zapaść w skórzanej kanapie w barze, ale równie dobrze czuje się z butelką w jednej dłoni i fajką w drugiej, siedząc na ławce. Jestem patriotą i kocham nasz kraj, jednak jeśli miałbym wyemigrować za granicę, to właśnie ze względu na możliwość legalnego picia w miejscach publicznych. Doprowadza mnie do szału, że nie mogę normalnie wyjść z kolegą przed blok i napić się jednego, tylko muszę się chować z piwem przed służbami porządkowymi, jakbym miał krew na rękach. Na szczęście w Krakowie jest takie miejsce jak Miasteczko Studenckie AGH, gdzie w osiedlowym klimacie bez przypału można coś wychylić. Piwerko, ewentualnie kratę. Mimo, że czasy biegania z indeksem za wpisami mam już dawno za sobą, to lubię tam wpaść od czasu do czasu i poczuć się trochę jak w alternatywnej rzeczywistości, gdzie powszechnie przyjęte obostrzenia i regulacje prawne nie obowiązują.

 

Do zwariowania – Piękny Pies

Lokal legenda. Mimo, że Bożego Ciała 9, to już jego trzecia lokalizacja, to duch sytuacji z poprzednich adresów cały czas się w nim unosi. Miejsce spotkań krakowskiej bohemy. Gościł takie postacie jak Zbigniew Hołdys, Maciej Maleńczuk, Marcin Świetlicki i dziesiątki innych malarzy, pisarzy, piosenkarzy i wszelkiej maści bezimiennych artystów, którym zdarzało się tu robić większe bydło, niż w niejednym gospodarstwie rolnym. Poza szalonymi gejowskimi klubami, to jeden z najbardziej barwnych punktów na towarzyskiej mapie Krakowa. Jest nieporównywalnie większe prawdopodobieństwo, że spotkasz tu własną babcię twerkującą do „Sweet dreams” Eurythmics, czy dziadka rzucającego kuflami przez bar, niż nieopierzonego studenciaka w podróbkach Rosherunów z fryzem na hilterjugend. I chwała Pięknemu Psu za to! I za wszystkie niedorzeczne sytuacje, których byłem w nim świadkiem.

piękny pies

 

To tyle z najcharakterystyczniejszych miejsc, do których moim zdaniem warto pójść na piwo w Krakowie. Jeśli chcecie coś dodać do tej listy, to śmiało dzielcie się swoimi typami w komentarzach. A niebawem kolejny wpis przewodnikowy, tym razem z bugerowniami.

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ