Close
Close

Czemu publiczne karmienie piersią może przeszkadzać?

Skip to entry content

W 2014 roku pewien kelner w pewnej sopockiej knajpie poprosił pewną klientkę, która zaczęła rozpinać bluzkę, żeby nakarmić dziecko, aby nie robiła tego na stali przy stoliku. Tylko w ustronnym miejscu. Bo takie są zalecenia kierownictwa, które uważa, że gościom restauracji nie podoba się publiczne karmienie piersią. Owa klientka się zirytowała, opuściła lokal, a po powrocie wytoczyła jego właścicielowi proces sądowy o dyskryminację. Rozprawa odbyła się w zeszłą środę i od tego momentu w sieci toczyła się wojna o publiczne karmienie piersią, po czym po weekendzie – jak każda internetowa afera, która trafiła na nieprzyjazny piątek, sobotę i niedzielę – zdechła.

Wojna wyjątkowo jednostronna, dodajmy, bo zadeklarowanych przeciwników karmienia piersią, głośno wyrażających swój sprzeciw była raptem garstka. Góra 7. Mimo, że grupa ta była tak nieliczna, chciałbym poświęcić jej chwilę uwagi, bo chyba wiem o co tak naprawdę mogło im chodzić, a co nie do końca byli w stanie wyartykułować. Ale to za moment.

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem nagości w miejscach publicznych, które nie są plażami, basenami, miejscami rekreacyjno-sportowymi, ani klubami ze striptizem. Bardzo nie podoba mi się posunięty do granic absurdu trend na obnażanie się i wmawianie wszystkim wokół, że prawie gołe kobiety na miejskich deptakach są ubrane. To co dzisiejsze nastolatki nazywają letnimi szortami – pomijając, że jest krótsze niż majtki moich rówieśniczek w czasach, gdy sam byłem nastolatkiem – wulgarnie odsłania pośladki, czyniąc je niemal nagie, ale wszyscy udajemy, że tak nie jest. Podobnie jest z leginsami ukazującymi kształt warg sromowych właścicielki, czy dekoltami po pępek, które niedługo zostaną sprowadzone do formy nasutników, bo przecież dopóki nie widać sutka nic się nie dzieje i wszyscy są ubrani, prawda?

Uprzedzając kontrgłosy, nagie męskie torsy też mnie rażą poza plażą, sauną, basenem, czy siłownią. Zasadniczo, mierzi mnie szczucie nagością bez względu na płeć. Tyczy się to również internetu i wszechobecnej golizny wykorzystywanej na potrzeby marketingu. Od banerków hurtowni wędliniarskich, przez youtuberki udające, że prowadzą kanały edukacyjne, po reklamy kosmetyków. Rzygam tą ciągłą próbą sprzedawania WSZYSTKIEGO seksem i żebraniem o moją uwagę za pomocą sterczących cycków, czy prężących się odwłoków. Od jakiegoś czasu czuję się wręcz napastowany. I im dłużej mam kontakt z mediami, tym bardziej jestem zaszczuty erotyką i intymnością, które powinny mieć miejsce w sypialni, a nie być główną tubą reklamową.

I tak przechodzimy do meritum. Uważam, że piersi, tak jak pośladki i wzgórek łonowy, to intymna część ciała, dlatego nie chcę oglądać ich nagich w miejscach publicznych, ponieważ mnie to krępuje i zniesmacza. Tak, wiem, że główną funkcją piersi nie jest bycie obiektem seksualnym, a dostarczanie pożywienia potomkowi i do tego je stworzyła natura. Tyle, że to argument logiczny, a sam ich widok odwołuje się do sfery emocjonalnej, w której kulturowo mamy zakodowane co innego.

Nie mniej, absolutnie nic nie mam do karmienia piersią w miejscach publicznych. Rozumiem, że dziecko to nie dorosły człowiek, któremu można zaplanować śniadanie, obiad i kolację, a potem wymagać od niego przestrzegania godzin poszczególnych posiłków. Nie mam własnego ani nawet cudzego dzieciaka, ale łapię, że to tak nie działa. Tym bardziej nie uważam, że mamy, dopóki dziecko nie skończy liceum, powinny siedzieć w domach i być wyłączone z życia w społeczeństwie. Jestem jak najbardziej za tym, żeby były aktywne i robiły to, na co mają ochotę, nie dając się wtłoczyć w archaiczne ramy.

Jedyne, co może mnie razić, to ostentacyjne epatowanie nagością podczas publicznego karmienia.

Co zdarza się incydentalnie. W ciągu 28 lat zdarzyło mi się widzieć góra jakieś 4-5 razy, jak kobieta z zaspokajania głodu malucha robiła prawie że prowokacyjne przedstawienie, wystawiając nagą pierś i utrzymując ją w takim stanie w trakcie karmienia, więc zdecydowanie jest to marginalne zjawisko, z którego głupio nawet robić aferę. Bezapelacyjnie większość, czy niemal wszystkie kobiety karmiące dzieci własnym mlekiem, które dane było mi zaobserwować, robiły to w taki sposób, że musiałbym się mocno postarać, aby cokolwiek zobaczyć i gdyby nie zawiniątko na rękach, nawet nie miałbym pojęcia, że taka rzecz właśnie się dokonuje. Bo jestem prawie pewien, że dla drugiej strony, czyli matek, to też nie jest turbo komfortowa sytuacja, w której czują się gwiazdami estrady, chcącymi skupić na sobie spojrzenia wszystkich wokół. Piszę jednak o tym, bo w tych kilku przypadkach, gdy owa pierś była zupełnie naga, czułem się skrępowany i średnio komfortowo, ponieważ dla mnie to widok związany ze sferą intymną.

I wydaje mi się, że o to tak naprawdę może chodzić ludziom, którzy są przeciwni publicznemu karmieniu. O intymność.

W dyskusjach na ten temat, na które do tej pory się natknąłem, wiele osób często dość agresywnie broniło w pełni nagiego karmienia piersią, używając jednego z poniższych argumentów:

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to co z ciebie za facet?” – cóż, uważam, że o byciu prawdziwym, bądź nieprawdziwym facetem decyduje jednak coś innego, niż gotowość do oglądania piersi losowej przedstawicielki płci przeciwnej, niezależnie od sytuacji społecznej, a przede wszystkim niezależnie od tego, czy się na to ma ochotę, czy nie.

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to się nie patrz” – stwierdzenie w takiej sytuacji „to nie patrz” i oczekiwanie, że rozwiąże to sytuację i usunie dyskomfort, to tak samo jak powiedzenie „nie myśl teraz o różowym słoniu z kwiatami w trąbie”. Nie działa.

– „karmienie piersią to naturalna czynność” – człowiek w swoim życiu naturalnych czynności wykonuje całe spektrum, niektóre codziennie, bądź kilka razy dziennie, jednak sam fakt, że są one naturalne nie sprawia, że powinny być wykonywane publicznie, czy ostentacyjnie. Choćby takie całowanie. Gdy jesteś w restauracji, podejrzewam, że nie masz nic przeciwko temu, by dziewczyna siedząca stolik obok Ciebie okazała uczucia swojemu chłopakowi, dając mu buziaka. Jeśli jednak konsumujesz posiłek tuż przy parze, która za punktu honoru postanowiła pobić rekord w sprawdzaniu sobie nawzajem stanu migdałków językiem, to będzie Ci niekomfortowo jak cholera, bo nie przyszedłeś tam na spektakl intymności, a na obiad. Mimo, że to też naturalne. Z głośnym śmiechem, przesadną gestykulacją, czy każdym innym zachowaniem, które jest nachalne, będzie tak samo.

Podsumowując, w sporze o publiczne karmienie piersią, wydaje mi się, że garstce przeciwników jedyne co może przeszkadzać, to karmienie nagą piersią. Które w rzeczywistości występuje mega sporadycznie, pokazując, że cały konflikt jest w dużej mierze wydumany.

(niżej jest kolejny tekst)

33
Dodaj komentarz

avatar
19 Comment threads
14 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
24 Comment authors
escaOlga KomorowskaWarte uwagi – sierpień 2016 | pazurempisanybasia | tumnieboliS. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ewa Kędziora
Gość
Ewa Kędziora

To trochę jak z tą głośną sprawą przewijania dziecka w zatłoczonym tramwaju, gdzie temperatura wewnątrz sięgała tej w saunie. Generalnie dla mnie sprawa była jasna – umówiliśmy się gdzieś, kiedyś na etapie budowania cywilizacji, że pewne rzeczy załatwiamy w intymności i nie zmuszamy innych do bycia świadkami. Udało nam się nawet stworzyć toalety. A jednak, okazało się, że było mnóstwo ludzi, którzy uznali, że rozwijanie pieluchy z odchodami i zabijanie innych w środku lata tym smrodem było normalne, a reakcja motorniczego barbarzyńska i prostacka. Być może dlatego, że nie musieli wtedy jechać tym tramwajem, z którego ludzie zaczęli masowo wysiadać.… Czytaj więcej »

Paulina
Gość
Paulina

Całkowicie się zgadzam! :)

Ania | Primo Cappuccino
Gość

Mam za sobą wątpliwą przyjemność przewijania pieluch (jak również przed sobą, bo potomstwo w drodze) i w życiu nie przyszłoby mi do głowy, robić TO w tramwaju, gdzie ledwo sama stoję, cudem trzymam wózek (jeśli takowego używam) i modlę się, żeby czym prędzej dojechać i wysiąść. Pomijając oczywiste względy estetyczne – jeśli ktokolwiek potrafi przewijać w tym czasie cokolwiek i komukolwiek, podziwiam za wyczynowość ;)

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

No widzisz, bo niektórzy znają granice, a inni w myśl tego owczego pędu ku promowaniu naturalności nie potrafią powstrzymać sie od epatowania nagością. Ciekawa jestem ile z takich osób zastanowi sie choc przez chwile czy w pobliżu nie ma np. pedofila?

Ewa Kędziora
Gość
Ewa Kędziora

Swoją drogą, to naprawdę zabawne, że ludzie uważają publiczne karmienie piersią za super naturalne, cudowne i radosne, ale wciąż musimy pokazywać w reklamach podpasek elfią krew koloru niebieskiego, żeby nikomu nie zaburzyć estetyki podczas obiadu.

Ania | Primo Cappuccino
Gość

Jednak jemy przy stole, załatwiamy się na osobnosci, taki rozdział służy społeczeństwu. Nie rozumiem ani karmienia piersią przy stole (nigdy tego nie robiłam, dla własnego komfortu) ani w toalecie – bo to niegodne jeść w takich warunkach, a mały to człowiek pełną parą. To zwyczajnie kwestia przewidywania, przecież małe dziecko nie je non stop, można nakarmić przed albo po posiłku, to da się załatwić :)

Agnieszka S.
Gość
Agnieszka S.

Co do zmiany pieluch w miejscu publicznym, to gdy pracowałam w sklepie ( duże centrum hadlowe w Warszawie) miałam taka sytuację, że jedna z matek postanowiła przesunąć ubrania, które leżały na stole i zmienić pieluchę na nim. Po czym zostawiła brudnego pampersa przy manekinie, który stał nieopodal. Duże CH, które jest wyposażone w łazienki z przewijakami, ale po co wychodzić ze sklepu do łazienki, skoro można to zrobić na miejscu?

Agata Muszyńska
Gość

Ja się zastanawiam, o co ten cały spór i krzyk i czy może żyję w jakimś innym świecie…? Bo chyba nigdy nie spotkałam na swojej drodze mamy, która z karmienia dziecka robiłaby wielkie przedstawienie. Widuję je raczej w zacisznych miejscach w parkach, ewentualnie w galeriach handlowych, a piersi podczas karmienia mają zazwyczaj zakryte. Tak jak piszesz, Janku, epatowanie nagością to incydentalne przypadki. Zwykle taki widok nie zniesmacza, wręcz przeciwnie – u mnie powoduje uśmiech na twarzy i to raczej nie z powodu niezaspokojonego instynktu macierzyńskiego. Po prostu widzę miłość. :)

Magdalena Śpiewak
Gość

Napisałam dokładnie to samo u siebie. Nie razi mnie karmienie piersią, a robienie striptizu w miejscu publicznym (tak, za krótkich spódniczek i nagich torsów też to się tyczy). Konrad Kruczkowski bardzo ładnie w dyskusji na ten temat u siebie napisał, że rozmawiać nie powinniśmy o tym czy wolno karmić piersią w miejscu publicznym, ale o tym jak to robić kulturalnie, tak, by nie naruszać strefy komfortu otoczenia, a także samej matki i dziecka.

Lorka
Gość

wykarmilam 3 dziewczyny( najmlodszą jeszcze karmię) i nigdy , ale to nigdy nie spotkałam się z agresją i niechęcią, wręcz przeciwnie, gdy ktoś zauważył,że karmię, to się sympatycznie usmiechnął i szedł dalej, tudzieź zajmował własnymi sprawami. raz w parku jakiś staruszek skomentował bardzo przychylnie.. ( karmiłam nawet w sushi barze). Jesli kobieta robi to ostentacyjnie tzn,że chce szokować, ja takich nie spotkałam.. tak samo jak nieuprzejmych urzędniczek. chyba żyję w innym matrixie

Freewolna
Gość

Możliwe, że byłabym wrogiem nr 1 każdej matki. Sama jestem kobietą i choć nie mam dzieci, rozumiem trochę ich punkt widzenia. Ale tylko trochę. Prawdę mówiąc nie chciałabym jeść obiadu z przyjaciółmi, ukochanym czy rodziną, kiedy przy stoliku obok jest karmione piersią dziecko. Naprawdę rozumiem, że teraz ze wszystkim można iść do sądu, a SM uginają się od afer tego typu, ale kurczę, nie narzucajmy innym widoków, które nie są normalne przy jedzeniu. Ok, może w domu pani karmi dziecko i je z rodziną jednocześnie, ale warto też zastanowić się nad innymi przebywającymi w lokalu. Kelner zrobił to, o co… Czytaj więcej »

Agata - Ruby Times
Gość

Jasne, z tym, że kelner zaproponował tej pani kibel, więc o jakim szacunku mowa. Niestety jest to dość częste zjawisko,że matkom karmiącym proponuje się toaletę. Myślę, że dyskretna, zasłonięta chustą pierś przy stoliku nie zmniejszyłaby komfortu jedzenia postronnych. Siedzenie na sedesie podczas posiłku dziecka (bo wiele osób zapomina, że chodzi właśnie o to – o posiłek małego człowieka) zdecydowanie zmniejsza jego komfort jedzenia. Karmię już trzecie dziecko, publicznie robię to tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne i wierz mi, że jest to dla mnie absolutnie niekomfortowa sytuacja, staram się szukać miejsc ustronnych, z tym, że niestety nie zawsze w danej… Czytaj więcej »

Freewolna
Gość

Może to właśnie natura ludzka, która sprawia, że nie każdemu pasuje to samo i nasze prawo do wypowiadania swoich opinii bez konieczności ich zmieniania. Ok, może gdyby pojawiła się jakaś chusta czy cokolwiek, to by było w porządku. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia :( Ludzie szczują nie tylko matki karmiące, ale też dzieci biegające po knajpach bez opieki. Ale szczują też zwolenników PiS czy osoby chodzące w dresach. Z niczym nie wygrasz, bo ile ludzi, tyle poglądów, a każdy chce być najmądrzejszy :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Sytuacje, w których warto mówić wprost

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką tołpa

Wiele osób, nawet poproszonych o wyrażenie swojej subiektywnej opinii, ma problem z mówieniem wprost, postrzegając to jako sposób na sprawienie komuś przykrości. Jakoś tak się przyjęło, że bezpośrednie odmawianie komuś, przekazywanie jednoznacznie krytycznych uwag, bądź wypowiadanie się w niezawoalowany sposób nie po myśli drugiej strony, to coś złego. Oczywiście osobiście, w kontakcie jeden na jeden. Bo w internecie, w komunikacji jeden do wielu, sprawa wygląda już nieco inaczej.

Czy faktycznie mówienie wprost, to działanie, którym można zrobić komuś krzywdę? Uważam, że wręcz przeciwnie, a oto kilka sytuacji, które to potwierdzają.

Praca

Z pracy zostałem zwolniony jeden jedyny raz w życiu. Dokładnie 8 lat temu, na samym początku życia w Krakowie, gdy łapałem się każdego zajęcia, byleby tylko zdobyć pieniądze na opłacenie połowy pokoju w obskurnej kamienicy. Zawód, który wówczas wykonywałem, był połączeniem akrobatyki z księgowością i elementami aktorstwa. Chodzi oczywiście o bycie kelnerem. Biorąc pod uwagę, że moje miejsce pracy nie było ani Wierzynkiem, ani restauracją w Hotelu Starym, tylko sieciową pizzerią w Galerii Krakowskiej, wydawało mi się, że moje umiejętności są wystarczające, aby zapisać na kartce zamówienie, a później przynieść talerz. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że nie i po tygodniu zostałem zwolniony.

Zastanawiacie się dlaczego? Ja też, jednak po usilnych prośbach o podanie powodu, usłyszałem, że „nie pasuję do zespołu”.

Z takim argumentem trudno polemizować, a jeszcze trudniej wyciągnąć z niego jakąś lekcję. Wydawało mi się, że współpracownicy mnie lubią, nikt nigdy nie zrobił mi kocówy w szatni i też nie byliśmy grupą naukowców wysłaną w kosmos w celu kolonizacji nowych planet, tylko osobami podającymi pizzę, więc kompletnie nie wiedziałem, o co tak naprawdę mogło chodzić. Gdybym usłyszał, że powodem było notoryczne mylenie zamówień, nieposkromiona niezdarność, przejawiający się wystającą słomą z butów totalny brak kultury, albo chociaż seks na zapleczu z narzeczoną menadżera w trakcie godzin pracy, mógłbym to poprawić. Albo chociaż wyciągnąć z tego naukę na przyszłość. Gdy jednak zostałem zbyty mało wyrafinowaną ściemą, nie przyniosło to pożytku żadnej ze stron.

W późniejszej pracy – czy to w biurze nieruchomości, czy w portalu internetowym, czy w agencji reklamowej – gdy słyszałem zachowawcze i nieinwazyjne „wiesz, ten tekst, który mi podesłałeś mógłby być lepszy”, zawsze prosiłem o krytykę wprost, co konkretnie jest źle lub czy może całość jest beznadziejna, a jeśli tak to dlaczego. Tylko w taki sposób mogłem faktycznie poprawić to, nad czym pracowałem, a druga osoba być z tego zadowolona. Inaczej błądziłbym po omacku i oboje tracilibyśmy czas.

Związek

– Jesteś zła?
– Nie.
– O co ci chodzi?
– O nic.
– To czemu zachowujesz się jakbyś była obrażona?
– Domyśl się.

Gdyby faceci dostawali dychę za każdym razem kiedy słyszą od kobiet „nic” lub „domyśl” się, mogliby przestać chodzić do pracy. Z kolei, gdyby kobiety dostawały stówę za każdym razem, gdy faceci naburmuszają się i gapią w ekran, zamiast jakkolwiek zwerbalizować to, co siedzi im w głowie, w ogóle nie musiałyby rozpoczynać kariery zawodowej. Umiejętność mówienia wprost o swoich emocjach i potrzebach to podstawa zdrowego związku, mimo to wiele osób jej nie posiada lub nie chce używać, wymagając od partnera aby był jasnowidzem. Nie chcę nikogo martwić, ale do Wyroczni Delfickiej jest jednak kawałek, Maciej Wróżbita też jest tylko jeden, a wróżenie z fusów też jest mocno zawodne, więc postawiłbym jednak na rozmowę. Otwartą rozmowę. Czyli bez zdań w postaci monosylab.

W końcu jak macie być szczęśliwi, skoro nie powiecie sobie wprost, czego Wam do tego szczęścia potrzeba?

Sprawy domowe

Kto kiedykolwiek mieszkał ze współlokatorami, ten wie jak irytuje zlew zawalony brudnymi naczyniami, worki ze śmieciami piętrzące się pod drzwiami, czy włosy zapychające odpływ pod prysznicem. Z kolei osoby, które doprowadzają do takich sytuacji często kompletnie nie zdają sobie z tego sprawy, dopóki im się o tym nie powie. I to nie za pomocą aluzji godnych asów dyplomacji, czy metafor na miarę mistrzów retoryki, bo te, w takich przypadkach, niestety nie działają. Jeśli zachowanie osoby, z którą mieszkasz doprowadza Cię do szału, niezależnie, czy to kwestia sprzątania, niegaszenia światła, czy stosunków płciowych o natężeniu dźwięku przekraczającym Twoją granicę komfortu, to najprościej będzie jej powiedzieć o tym.

Komunikowanie się z drugim człowiekiem w sytuacji konfliktowej zawsze jest lepsze, niż jego brak, a w 95% tego typu przypadków, samo poinformowanie o problemie wystarcza aby go rozwiązać.

Seks

Jedyny szczyt jaki jesteś w stanie osiągnąć ze swoim partnerem to Giewont? Z uniesień zostało Ci już tylko uniesienie brwi? Łóżko kojarzy Ci się jedynie ze snem, bo to, co tam robicie bardziej Cię usypia niż podnieca? Zamiast gry wstępnej wolałbyś już pograć w Pokemony? Pod kołdrą jesteście jak dwie równoległe, które nigdy się nie przetną? Nie wiesz po cholerę Wam ta kołdra? Warto o tym porozmawiać nazywając rzeczy po imieniu, bo ze zmowy milczenia jeszcze żaden seks dekady nie wyszedł.

Twórczość

Kiedy zaczynałem zabawę słowem, pierwsze teksty dawałem do oceny przyjaciołom i zaufanym znajomym, żeby powiedzieli mi, co o tym myślą. Wolałem od nich usłyszeć, czy da się to czytać, czy raczej oczy krwawią od gwałtu na języku polskim, niż bez takiego sygnału ostrzegawczego wystawić się na publiczną ocenę i spalić w ogniu krytyki obcych osób. Jeśli byłbym przekonany, że jestem reinkarnacją Barry’ego White, a w rzeczywistości wyłbym jak Enrique Iglesias bez playbacku, to oczekiwałbym, że przyjaciele powiedzą mi o tym, a nie będą udawać, że mam złoty głos, byleby tylko mnie nie urazić, wprowadzając tym samym w błąd. I ładując na minę.

Marki

Od dawna mamy na rynku więcej produktów niż potrzebujemy, dlatego od jakiegoś czasu nie kupujemy butów, telefonu, czy kawy samej w sobie, tylko emocje jakie wzbudza w nas dana rzecz. A raczej jej logo. Ucieczka od tego jest raczej niemożliwa i też nie wiem, czy konieczna, bo cały sęk w tym, by robić to świadomie. Świadomie wybierać produkty i dokonywać zakupów. Trudno jednak to zrobić w momencie, gdy nie wiemy do czego dana rzecz tak naprawdę jest i po co, z użytecznego punktu widzenia, mielibyśmy ją w ogóle kupować.

„Po co?”, „o co cho?” i „dlaczego?” pytam się sam siebie, widząc większość męskich kosmetyków, a czytając ich opisy, czuję się jak stereotypowa kobieta w jeszcze bardziej stereotypowej komedii, gdy mąż robi do niej podchody w nadziei na kopulację. Dostaję migreny. Dlatego autentycznie cieszę się, że jest taka marka jak tołpa, która stoi po drugiej stronie barykady, wprost informując na co i dla kogo jest dany krem, bez specjalnego owijania w bawełnę. Ich produkty mają prosty, czytelny dizajn, jasne, przejrzyste etykiety i jednoznaczne, niewymagające doktoratu z zakresu dermatologii, opisy. I to naprawdę zajebiście ułatwia sprawę.

…nasze kosmetyki i ich opisy są dla mężczyzn. A nie odwrotnie. Dla mężczyzn, którzy używają słowa „metro”, gdy mają na myśli środek komunikacji w dużym mieście. I tyle. Którzy chcą myśleć o sobie jako „nowoczesnych, dobrze wyglądających facetach”. I myślą.

To fragment z oficjalnej strony z zakładki mówiącej „dla kogo jesteśmy?”. Chciałbym, żeby każda marka była w stanie tak bezpośrednio odpowiedzieć na to pytanie.

Konkurs – 30 zestawów kosmetyków!

…ktoś mógłby powiedzieć, że wygląd zewnętrzny nie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Ale my uważamy, że to, jak czujemy się każdego dnia, wpływa na całe nasze życie. Zadowolenie to suma drobnych, ale przemyślanych decyzji.

my to nazywamy małą wielką pielęgnacją.

To z kolei fragment manifestu tołpy, pod którym mógłbym się podpisać obiema rękami, gdybym tylko posiadał taką moc w lewej dłoni. Jeśli również zgadzacie się z tym mottem, to jest opcja, że zgodzicie się jeszcze mocniej, jeśli przekonacie się czym jest „mała wielka pielęgnacja” na własnej skórze. Mówiąc dosłownie. tołpa ma dla Was 30 zestawów swoich kosmetyków z linii green, każdy o wartości 120zł, które możecie zgarnąć w konkursie. Co trzeba zrobić?

green nawilzanie oczyszczanie men

Zadanie jest banalnie proste, wystarczy, że podacie swój przykład życiowej sytuacji, w której warto mówić wprost, wraz z krótkim uzasadnieniem, dlaczego.

Swoje odpowiedzi możecie zamieszczać w komentarzach pod tym tekstem albo w komentarzach na Fejsie, gdzie Wam wygodniej. Czas na wpisanie komentarza ze swoją propozycją (co jest równoznaczne z akceptacją regulaminu) i zgarnięcie zestawu macie do 11.08. do godziny 23:59. Następnego dnia, w tym tekście, pojawią się wyniki zabawy, a zwycięzców wybiorę oczywiście na podstawie swojego widzimisię, aczkolwiek jak zwykle najwyżej punktowana będzie kreatywność i humor. W międzyczasie możecie zajrzeć na stronę tołpa:off, gdzie znajdziecie sporo inspiracji odnośnie wyłączania się z dzikiego pędu i wrzucania na luz.

To jak, w jakich jeszcze sytuacjach warto mówić wprost?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Toms Baugis

Jak naprawdę było na Światowych Dniach Młodzieży?

Skip to entry content

Powiedzieć, że jestem zdystansowany do religii, to jak II wojnę światową nazwać nieporozumieniem kilku narodów. Równie ciepłe uczucia żywię do większości polskich księży, nie wzdrygając się, gdy słyszę określenie „czarna mafia”. Biorąc pod uwagę powyższe i nagonkę jaką media zrobiły zapowiadając Światowe Dni Młodzieży, szerząc tym samym popłoch, byłem bardzo negatywnie nastawiony do tego wydarzenia i (tak jak większość mieszkańców Krakowa) przymierzałem się od ucieczki na czas trwania kościelnego spędu. Summa summarum na wakacje poleciałem jednak tydzień wcześniej i okazało się, że będę na miejscu przez cały okres trwania imprezy, więc stwierdziłem, że schowam instynkt samozachowawczy do kieszeni i zrelacjonuję Wam tę szumnie zapowiadaną apokalipsę wchodząc w sam jej środek.

Jak naprawdę wyglądały Światowe Dni Młodzieży? Czy faktycznie był to koniec świata? Czy Kraków został zdewastowany jak Warszawa w trakcie wojny? I najważniejsze, czy pomnik Adama Mickiewicza na płycie Rynku Głównego został zastąpiony pomnikiem Stanisława Dziwisza? Zapraszam do lektury.

Czy miasto było totalnie sparaliżowane?

Światowe Dni Młodzieży

Wszyscy spodziewali się kompletnej blokady ulic i uniemożliwienia poruszania się komunikacją miejską, przez co wracając do Krakowa z lotniska w Pyrzowicach myślałem, że nie będę w stanie nawet wjechać do miasta. W rzeczywistości wjazd i wyjazd z Krakowa odbywał się nie tyle bez większych, co w ogóle bez, problemów, a jedyne faktyczne utrudnienia w ruchu drogowym były w okolicach Błoń, gdzie miała miejsce główna część imprezy i na starym mieście, gdzie były koncerty. Dla osób, które jadąc do pracy musiały przebić się przez Aleje Trzech Wieszczy, Straszewskiego, Zwierzyniecką, Focha, czy Kościuszki, było to z pewnością irytujące (no chyba, że jechały na rowerze, to zero zmartwień), jednak w pozostałych częściach miasta na ulicach był totalny luz i poruszano się po nich sprawniej, niż w „normalne” dni.

Tak było poza niedzielą. W niedzielę ulewa, wybrzuszenie się szyny na Basztowej i dzika ilość pielgrzymów chcąca wydostać się z Krakowa rzeczywiście niemal sparaliżowała miasto. Choć i tak nie było takiej tragedii jak w Kostrzynie nad Odrą w ostatni dzień Woodstocku.

Zero spokoju, ciągła wrzawa?

Światowe Dni Młodzieży 1

Jeśli ktoś mieszka w okolicach Rynku Głównego, czy Błoń, to hałas związany z modłami uczestników mógł go wkurzać. Tyle, że jeśli ktoś mieszka w okolicach Rynku Głównego, czy Błoń, nie powinien wyjątkowo oburzać się na Światowe Dni Młodzieży, bo w tych rejonach zawsze się coś dzieje. Takie uroki posiada lokum w środku turystyczno-imprezowego miasta. Poza ścisłym centrum jedyne nietypowe dźwięki jakie dało się zaobserwować, to śmigła helikopterów i sygnały karetek, w częstotliwości średnio raz na godzinę, ale głównie w ciągu dnia. Nic co by było w stanie realnie utrudniać „normalne” funkcjonowanie.

Czy Toitoie zniszczyły wizerunek miasta?

Światowe Dni Młodzieży 2

Biorąc pod uwagę, że są rozmieszczone średnio co kilometr i wyglądają tak jak wyglądają, to nie wpływają wyjątkowo pozytywnie na estetykę miasta, ale nie jest też tak, że go doszczętnie szpecą. Przypał na poziomie plakatów wyborczych, a przynajmniej można się wysikać.

Czy Kraków zamienił się w miasto policyjne?

Światowe Dni Młodzieży 3

Służb porządkowych na ulicach było całkiem sporo i to nie tylko policjantów i strażaków miejskich, ale i żołnierzy. Mimo wszystko nie dawali się we znaki bardziej niż zwykle i skupiali się na tym co potrafią najlepiej, czyli na sprawianiu wrażenia, że panują nad sytuacją.

Czy Kraków zamienił się w miasto kościelne?

Światowe Dni Młodzieży 4

Biorąc pod uwagę ile w byłej stolicy przypada kościołów na metr kwadratowy, to nie wiem, czy mogłaby być jeszcze bardziej kościelna niż jest na co dzień. Jeśli jednak chodzi o obowiązek żegnania się przed przejściem przez ulicę, czy odmawianie zdrowaśki po każdej bani, to nic takiego nie miało miejsca. W mieście nie została wprowadzona prohibicja, a strony startowe w przeglądarkach nie pozmieniały się automatycznie ani na Deon, ani na Opokę, a tym bardziej na Frondę. Ba, nawet za współżycie przedmałżeńskie nie zaczęto zamykać ludzi w więzieniach.

Czy pielgrzymi przyjechali tylko się nachlać?

Światowe Dni Młodzieży 5

Po opowieściach na temat tego, co się dzieje na pielgrzymkach do Częstochowy, dopuszczałem możliwość, że ci wszyscy ludzie pod przykrywką modłów zebrali się tylko po to, żeby walić dynks i wstrzykiwać marihunaen dla niepoznaki zwane Marią. Niestety, pielgrzymi rozczarowali mnie jak długo wyczekiwany pierwszy stosunek płciowy i ani razu nie widziałem, żeby przeprowadzali jakąś libację alkoholową, czy spali w rowie. Albo zażywali jakiś mocniejszy narkotyk, niż ciało Chrystusa. Nawet na koncertach bawili się bez używek. Nie wiem, czy krakowski smog ich tak porobił, ale wszystko wskazuje na to, że te kilkaset tysięcy ludzi z najdalszych zakątków globu naprawdę przyjechało w związku z wiarą, a nie okazją do melanżu po bandzie.

Imponujące.

To jak było naprawdę?

Światowe Dni Młodzieży 6

Tak naprawdę, to było zajebiście! Serio!

Kraków na co dzień zdecydowanie nie jest wymarłą noclegownią, ale przez ten tydzień jeszcze bardziej tętnił życiem i pozytywną energią, wszędzie było widać uśmiechniętych ludzi każdej rasy, wieku i wzrostu w kolorowych pelerynach i ten nastrój udzielał się innym. Podchodziłem do Światowych Dni Młodzieży spodziewając się najgorszego, wizualizując bombardowanie, zamach albo przynajmniej wzajemne zadeptywanie się przez wybuch paniki w tłumie, ale żadna z tych rzeczy na szczęście nie miała miejsca. Nawet tak ostentacyjne manifestowanie katolicyzmu, do którego jestem tak negatywnie nastawiony, nie wyprowadzało mnie z równowagi.

Powiem więcej, widząc rozśpiewanych, wesołych, serdecznych pielgrzymów, sam czułem się lepiej i miałem więcej siły do działania. A zdając sobie sprawę z tego, że część z nich przyleciała tu z takich końców świata jak choćby Wybrzeże Kości Słoniowej, czy z terenów opanowanych przez wojnę, czułem się mocno zmotywowany do nieopieprzania się przy realizacji swoich celów.

Żeby nie było, że to jakiś palec boży mnie dotknął, czy coś. Po prostu, mając dookoła siebie rozentuzjazmowanych, szczęśliwych ludzi, sam zaczynasz się tak czuć.

Druga sprawa, że papież Franciszek jest bardzo w porządku gościem i z wieloma rzeczami, o których mówił w swoich wystąpieniach w pełni mogę się zgodzić. Na przykład z tym, że młodzi ludzie zachowują się jak emeryci i zamiast żyć życiem są wycofani i zblokowani, a jedyny moment, gdy doświadczają czegoś więcej, to chwila, gdy biorą używki. Poza tym, trudno nie lubić gościa, który na swój występ przed ponad półmilionowym tłumem wjeżdża tramwajem.

Przez ten tydzień czułem się jak na festiwalu muzycznym, tylko bez spożywania alkoholu i spania w namiocie. Było bardzo pierwsza klasa i nie miałbym nic przeciwko, gdyby takie Światowe Dni Młodzieży odbywały się w Krakowie co rok.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!