Close
Close

Czemu publiczne karmienie piersią może przeszkadzać?

Skip to entry content

W 2014 roku pewien kelner w pewnej sopockiej knajpie poprosił pewną klientkę, która zaczęła rozpinać bluzkę, żeby nakarmić dziecko, aby nie robiła tego na stali przy stoliku. Tylko w ustronnym miejscu. Bo takie są zalecenia kierownictwa, które uważa, że gościom restauracji nie podoba się publiczne karmienie piersią. Owa klientka się zirytowała, opuściła lokal, a po powrocie wytoczyła jego właścicielowi proces sądowy o dyskryminację. Rozprawa odbyła się w zeszłą środę i od tego momentu w sieci toczyła się wojna o publiczne karmienie piersią, po czym po weekendzie – jak każda internetowa afera, która trafiła na nieprzyjazny piątek, sobotę i niedzielę – zdechła.

Wojna wyjątkowo jednostronna, dodajmy, bo zadeklarowanych przeciwników karmienia piersią, głośno wyrażających swój sprzeciw była raptem garstka. Góra 7. Mimo, że grupa ta była tak nieliczna, chciałbym poświęcić jej chwilę uwagi, bo chyba wiem o co tak naprawdę mogło im chodzić, a co nie do końca byli w stanie wyartykułować. Ale to za moment.

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem nagości w miejscach publicznych, które nie są plażami, basenami, miejscami rekreacyjno-sportowymi, ani klubami ze striptizem. Bardzo nie podoba mi się posunięty do granic absurdu trend na obnażanie się i wmawianie wszystkim wokół, że prawie gołe kobiety na miejskich deptakach są ubrane. To co dzisiejsze nastolatki nazywają letnimi szortami – pomijając, że jest krótsze niż majtki moich rówieśniczek w czasach, gdy sam byłem nastolatkiem – wulgarnie odsłania pośladki, czyniąc je niemal nagie, ale wszyscy udajemy, że tak nie jest. Podobnie jest z leginsami ukazującymi kształt warg sromowych właścicielki, czy dekoltami po pępek, które niedługo zostaną sprowadzone do formy nasutników, bo przecież dopóki nie widać sutka nic się nie dzieje i wszyscy są ubrani, prawda?

Uprzedzając kontrgłosy, nagie męskie torsy też mnie rażą poza plażą, sauną, basenem, czy siłownią. Zasadniczo, mierzi mnie szczucie nagością bez względu na płeć. Tyczy się to również internetu i wszechobecnej golizny wykorzystywanej na potrzeby marketingu. Od banerków hurtowni wędliniarskich, przez youtuberki udające, że prowadzą kanały edukacyjne, po reklamy kosmetyków. Rzygam tą ciągłą próbą sprzedawania WSZYSTKIEGO seksem i żebraniem o moją uwagę za pomocą sterczących cycków, czy prężących się odwłoków. Od jakiegoś czasu czuję się wręcz napastowany. I im dłużej mam kontakt z mediami, tym bardziej jestem zaszczuty erotyką i intymnością, które powinny mieć miejsce w sypialni, a nie być główną tubą reklamową.

I tak przechodzimy do meritum. Uważam, że piersi, tak jak pośladki i wzgórek łonowy, to intymna część ciała, dlatego nie chcę oglądać ich nagich w miejscach publicznych, ponieważ mnie to krępuje i zniesmacza. Tak, wiem, że główną funkcją piersi nie jest bycie obiektem seksualnym, a dostarczanie pożywienia potomkowi i do tego je stworzyła natura. Tyle, że to argument logiczny, a sam ich widok odwołuje się do sfery emocjonalnej, w której kulturowo mamy zakodowane co innego.

Nie mniej, absolutnie nic nie mam do karmienia piersią w miejscach publicznych. Rozumiem, że dziecko to nie dorosły człowiek, któremu można zaplanować śniadanie, obiad i kolację, a potem wymagać od niego przestrzegania godzin poszczególnych posiłków. Nie mam własnego ani nawet cudzego dzieciaka, ale łapię, że to tak nie działa. Tym bardziej nie uważam, że mamy, dopóki dziecko nie skończy liceum, powinny siedzieć w domach i być wyłączone z życia w społeczeństwie. Jestem jak najbardziej za tym, żeby były aktywne i robiły to, na co mają ochotę, nie dając się wtłoczyć w archaiczne ramy.

Jedyne, co może mnie razić, to ostentacyjne epatowanie nagością podczas publicznego karmienia.

Co zdarza się incydentalnie. W ciągu 28 lat zdarzyło mi się widzieć góra jakieś 4-5 razy, jak kobieta z zaspokajania głodu malucha robiła prawie że prowokacyjne przedstawienie, wystawiając nagą pierś i utrzymując ją w takim stanie w trakcie karmienia, więc zdecydowanie jest to marginalne zjawisko, z którego głupio nawet robić aferę. Bezapelacyjnie większość, czy niemal wszystkie kobiety karmiące dzieci własnym mlekiem, które dane było mi zaobserwować, robiły to w taki sposób, że musiałbym się mocno postarać, aby cokolwiek zobaczyć i gdyby nie zawiniątko na rękach, nawet nie miałbym pojęcia, że taka rzecz właśnie się dokonuje. Bo jestem prawie pewien, że dla drugiej strony, czyli matek, to też nie jest turbo komfortowa sytuacja, w której czują się gwiazdami estrady, chcącymi skupić na sobie spojrzenia wszystkich wokół. Piszę jednak o tym, bo w tych kilku przypadkach, gdy owa pierś była zupełnie naga, czułem się skrępowany i średnio komfortowo, ponieważ dla mnie to widok związany ze sferą intymną.

I wydaje mi się, że o to tak naprawdę może chodzić ludziom, którzy są przeciwni publicznemu karmieniu. O intymność.

W dyskusjach na ten temat, na które do tej pory się natknąłem, wiele osób często dość agresywnie broniło w pełni nagiego karmienia piersią, używając jednego z poniższych argumentów:

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to co z ciebie za facet?” – cóż, uważam, że o byciu prawdziwym, bądź nieprawdziwym facetem decyduje jednak coś innego, niż gotowość do oglądania piersi losowej przedstawicielki płci przeciwnej, niezależnie od sytuacji społecznej, a przede wszystkim niezależnie od tego, czy się na to ma ochotę, czy nie.

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to się nie patrz” – stwierdzenie w takiej sytuacji „to nie patrz” i oczekiwanie, że rozwiąże to sytuację i usunie dyskomfort, to tak samo jak powiedzenie „nie myśl teraz o różowym słoniu z kwiatami w trąbie”. Nie działa.

– „karmienie piersią to naturalna czynność” – człowiek w swoim życiu naturalnych czynności wykonuje całe spektrum, niektóre codziennie, bądź kilka razy dziennie, jednak sam fakt, że są one naturalne nie sprawia, że powinny być wykonywane publicznie, czy ostentacyjnie. Choćby takie całowanie. Gdy jesteś w restauracji, podejrzewam, że nie masz nic przeciwko temu, by dziewczyna siedząca stolik obok Ciebie okazała uczucia swojemu chłopakowi, dając mu buziaka. Jeśli jednak konsumujesz posiłek tuż przy parze, która za punktu honoru postanowiła pobić rekord w sprawdzaniu sobie nawzajem stanu migdałków językiem, to będzie Ci niekomfortowo jak cholera, bo nie przyszedłeś tam na spektakl intymności, a na obiad. Mimo, że to też naturalne. Z głośnym śmiechem, przesadną gestykulacją, czy każdym innym zachowaniem, które jest nachalne, będzie tak samo.

Podsumowując, w sporze o publiczne karmienie piersią, wydaje mi się, że garstce przeciwników jedyne co może przeszkadzać, to karmienie nagą piersią. Które w rzeczywistości występuje mega sporadycznie, pokazując, że cały konflikt jest w dużej mierze wydumany.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Sytuacje, w których warto mówić wprost

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką tołpa

Wiele osób, nawet poproszonych o wyrażenie swojej subiektywnej opinii, ma problem z mówieniem wprost, postrzegając to jako sposób na sprawienie komuś przykrości. Jakoś tak się przyjęło, że bezpośrednie odmawianie komuś, przekazywanie jednoznacznie krytycznych uwag, bądź wypowiadanie się w niezawoalowany sposób nie po myśli drugiej strony, to coś złego. Oczywiście osobiście, w kontakcie jeden na jeden. Bo w internecie, w komunikacji jeden do wielu, sprawa wygląda już nieco inaczej.

Czy faktycznie mówienie wprost, to działanie, którym można zrobić komuś krzywdę? Uważam, że wręcz przeciwnie, a oto kilka sytuacji, które to potwierdzają.

Praca

Z pracy zostałem zwolniony jeden jedyny raz w życiu. Dokładnie 8 lat temu, na samym początku życia w Krakowie, gdy łapałem się każdego zajęcia, byleby tylko zdobyć pieniądze na opłacenie połowy pokoju w obskurnej kamienicy. Zawód, który wówczas wykonywałem, był połączeniem akrobatyki z księgowością i elementami aktorstwa. Chodzi oczywiście o bycie kelnerem. Biorąc pod uwagę, że moje miejsce pracy nie było ani Wierzynkiem, ani restauracją w Hotelu Starym, tylko sieciową pizzerią w Galerii Krakowskiej, wydawało mi się, że moje umiejętności są wystarczające, aby zapisać na kartce zamówienie, a później przynieść talerz. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że nie i po tygodniu zostałem zwolniony.

Zastanawiacie się dlaczego? Ja też, jednak po usilnych prośbach o podanie powodu, usłyszałem, że „nie pasuję do zespołu”.

Z takim argumentem trudno polemizować, a jeszcze trudniej wyciągnąć z niego jakąś lekcję. Wydawało mi się, że współpracownicy mnie lubią, nikt nigdy nie zrobił mi kocówy w szatni i też nie byliśmy grupą naukowców wysłaną w kosmos w celu kolonizacji nowych planet, tylko osobami podającymi pizzę, więc kompletnie nie wiedziałem, o co tak naprawdę mogło chodzić. Gdybym usłyszał, że powodem było notoryczne mylenie zamówień, nieposkromiona niezdarność, przejawiający się wystającą słomą z butów totalny brak kultury, albo chociaż seks na zapleczu z narzeczoną menadżera w trakcie godzin pracy, mógłbym to poprawić. Albo chociaż wyciągnąć z tego naukę na przyszłość. Gdy jednak zostałem zbyty mało wyrafinowaną ściemą, nie przyniosło to pożytku żadnej ze stron.

W późniejszej pracy – czy to w biurze nieruchomości, czy w portalu internetowym, czy w agencji reklamowej – gdy słyszałem zachowawcze i nieinwazyjne „wiesz, ten tekst, który mi podesłałeś mógłby być lepszy”, zawsze prosiłem o krytykę wprost, co konkretnie jest źle lub czy może całość jest beznadziejna, a jeśli tak to dlaczego. Tylko w taki sposób mogłem faktycznie poprawić to, nad czym pracowałem, a druga osoba być z tego zadowolona. Inaczej błądziłbym po omacku i oboje tracilibyśmy czas.

Związek

– Jesteś zła?
– Nie.
– O co ci chodzi?
– O nic.
– To czemu zachowujesz się jakbyś była obrażona?
– Domyśl się.

Gdyby faceci dostawali dychę za każdym razem kiedy słyszą od kobiet „nic” lub „domyśl” się, mogliby przestać chodzić do pracy. Z kolei, gdyby kobiety dostawały stówę za każdym razem, gdy faceci naburmuszają się i gapią w ekran, zamiast jakkolwiek zwerbalizować to, co siedzi im w głowie, w ogóle nie musiałyby rozpoczynać kariery zawodowej. Umiejętność mówienia wprost o swoich emocjach i potrzebach to podstawa zdrowego związku, mimo to wiele osób jej nie posiada lub nie chce używać, wymagając od partnera aby był jasnowidzem. Nie chcę nikogo martwić, ale do Wyroczni Delfickiej jest jednak kawałek, Maciej Wróżbita też jest tylko jeden, a wróżenie z fusów też jest mocno zawodne, więc postawiłbym jednak na rozmowę. Otwartą rozmowę. Czyli bez zdań w postaci monosylab.

W końcu jak macie być szczęśliwi, skoro nie powiecie sobie wprost, czego Wam do tego szczęścia potrzeba?

Sprawy domowe

Kto kiedykolwiek mieszkał ze współlokatorami, ten wie jak irytuje zlew zawalony brudnymi naczyniami, worki ze śmieciami piętrzące się pod drzwiami, czy włosy zapychające odpływ pod prysznicem. Z kolei osoby, które doprowadzają do takich sytuacji często kompletnie nie zdają sobie z tego sprawy, dopóki im się o tym nie powie. I to nie za pomocą aluzji godnych asów dyplomacji, czy metafor na miarę mistrzów retoryki, bo te, w takich przypadkach, niestety nie działają. Jeśli zachowanie osoby, z którą mieszkasz doprowadza Cię do szału, niezależnie, czy to kwestia sprzątania, niegaszenia światła, czy stosunków płciowych o natężeniu dźwięku przekraczającym Twoją granicę komfortu, to najprościej będzie jej powiedzieć o tym.

Komunikowanie się z drugim człowiekiem w sytuacji konfliktowej zawsze jest lepsze, niż jego brak, a w 95% tego typu przypadków, samo poinformowanie o problemie wystarcza aby go rozwiązać.

Seks

Jedyny szczyt jaki jesteś w stanie osiągnąć ze swoim partnerem to Giewont? Z uniesień zostało Ci już tylko uniesienie brwi? Łóżko kojarzy Ci się jedynie ze snem, bo to, co tam robicie bardziej Cię usypia niż podnieca? Zamiast gry wstępnej wolałbyś już pograć w Pokemony? Pod kołdrą jesteście jak dwie równoległe, które nigdy się nie przetną? Nie wiesz po cholerę Wam ta kołdra? Warto o tym porozmawiać nazywając rzeczy po imieniu, bo ze zmowy milczenia jeszcze żaden seks dekady nie wyszedł.

Twórczość

Kiedy zaczynałem zabawę słowem, pierwsze teksty dawałem do oceny przyjaciołom i zaufanym znajomym, żeby powiedzieli mi, co o tym myślą. Wolałem od nich usłyszeć, czy da się to czytać, czy raczej oczy krwawią od gwałtu na języku polskim, niż bez takiego sygnału ostrzegawczego wystawić się na publiczną ocenę i spalić w ogniu krytyki obcych osób. Jeśli byłbym przekonany, że jestem reinkarnacją Barry’ego White, a w rzeczywistości wyłbym jak Enrique Iglesias bez playbacku, to oczekiwałbym, że przyjaciele powiedzą mi o tym, a nie będą udawać, że mam złoty głos, byleby tylko mnie nie urazić, wprowadzając tym samym w błąd. I ładując na minę.

Marki

Od dawna mamy na rynku więcej produktów niż potrzebujemy, dlatego od jakiegoś czasu nie kupujemy butów, telefonu, czy kawy samej w sobie, tylko emocje jakie wzbudza w nas dana rzecz. A raczej jej logo. Ucieczka od tego jest raczej niemożliwa i też nie wiem, czy konieczna, bo cały sęk w tym, by robić to świadomie. Świadomie wybierać produkty i dokonywać zakupów. Trudno jednak to zrobić w momencie, gdy nie wiemy do czego dana rzecz tak naprawdę jest i po co, z użytecznego punktu widzenia, mielibyśmy ją w ogóle kupować.

„Po co?”, „o co cho?” i „dlaczego?” pytam się sam siebie, widząc większość męskich kosmetyków, a czytając ich opisy, czuję się jak stereotypowa kobieta w jeszcze bardziej stereotypowej komedii, gdy mąż robi do niej podchody w nadziei na kopulację. Dostaję migreny. Dlatego autentycznie cieszę się, że jest taka marka jak tołpa, która stoi po drugiej stronie barykady, wprost informując na co i dla kogo jest dany krem, bez specjalnego owijania w bawełnę. Ich produkty mają prosty, czytelny dizajn, jasne, przejrzyste etykiety i jednoznaczne, niewymagające doktoratu z zakresu dermatologii, opisy. I to naprawdę zajebiście ułatwia sprawę.

…nasze kosmetyki i ich opisy są dla mężczyzn. A nie odwrotnie. Dla mężczyzn, którzy używają słowa „metro”, gdy mają na myśli środek komunikacji w dużym mieście. I tyle. Którzy chcą myśleć o sobie jako „nowoczesnych, dobrze wyglądających facetach”. I myślą.

To fragment z oficjalnej strony z zakładki mówiącej „dla kogo jesteśmy?”. Chciałbym, żeby każda marka była w stanie tak bezpośrednio odpowiedzieć na to pytanie.

Konkurs – 30 zestawów kosmetyków!

…ktoś mógłby powiedzieć, że wygląd zewnętrzny nie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Ale my uważamy, że to, jak czujemy się każdego dnia, wpływa na całe nasze życie. Zadowolenie to suma drobnych, ale przemyślanych decyzji.

my to nazywamy małą wielką pielęgnacją.

To z kolei fragment manifestu tołpy, pod którym mógłbym się podpisać obiema rękami, gdybym tylko posiadał taką moc w lewej dłoni. Jeśli również zgadzacie się z tym mottem, to jest opcja, że zgodzicie się jeszcze mocniej, jeśli przekonacie się czym jest „mała wielka pielęgnacja” na własnej skórze. Mówiąc dosłownie. tołpa ma dla Was 30 zestawów swoich kosmetyków z linii green, każdy o wartości 120zł, które możecie zgarnąć w konkursie. Co trzeba zrobić?

green nawilzanie oczyszczanie men

Zadanie jest banalnie proste, wystarczy, że podacie swój przykład życiowej sytuacji, w której warto mówić wprost, wraz z krótkim uzasadnieniem, dlaczego.

Swoje odpowiedzi możecie zamieszczać w komentarzach pod tym tekstem albo w komentarzach na Fejsie, gdzie Wam wygodniej. Czas na wpisanie komentarza ze swoją propozycją (co jest równoznaczne z akceptacją regulaminu) i zgarnięcie zestawu macie do 11.08. do godziny 23:59. Następnego dnia, w tym tekście, pojawią się wyniki zabawy, a zwycięzców wybiorę oczywiście na podstawie swojego widzimisię, aczkolwiek jak zwykle najwyżej punktowana będzie kreatywność i humor. W międzyczasie możecie zajrzeć na stronę tołpa:off, gdzie znajdziecie sporo inspiracji odnośnie wyłączania się z dzikiego pędu i wrzucania na luz.

To jak, w jakich jeszcze sytuacjach warto mówić wprost?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Toms Baugis

---> SKOMENTUJ

Jak naprawdę było na Światowych Dniach Młodzieży?

Skip to entry content

Powiedzieć, że jestem zdystansowany do religii, to jak II wojnę światową nazwać nieporozumieniem kilku narodów. Równie ciepłe uczucia żywię do większości polskich księży, nie wzdrygając się, gdy słyszę określenie „czarna mafia”. Biorąc pod uwagę powyższe i nagonkę jaką media zrobiły zapowiadając Światowe Dni Młodzieży, szerząc tym samym popłoch, byłem bardzo negatywnie nastawiony do tego wydarzenia i (tak jak większość mieszkańców Krakowa) przymierzałem się od ucieczki na czas trwania kościelnego spędu. Summa summarum na wakacje poleciałem jednak tydzień wcześniej i okazało się, że będę na miejscu przez cały okres trwania imprezy, więc stwierdziłem, że schowam instynkt samozachowawczy do kieszeni i zrelacjonuję Wam tę szumnie zapowiadaną apokalipsę wchodząc w sam jej środek.

Jak naprawdę wyglądały Światowe Dni Młodzieży? Czy faktycznie był to koniec świata? Czy Kraków został zdewastowany jak Warszawa w trakcie wojny? I najważniejsze, czy pomnik Adama Mickiewicza na płycie Rynku Głównego został zastąpiony pomnikiem Stanisława Dziwisza? Zapraszam do lektury.

Czy miasto było totalnie sparaliżowane?

Światowe Dni Młodzieży

Wszyscy spodziewali się kompletnej blokady ulic i uniemożliwienia poruszania się komunikacją miejską, przez co wracając do Krakowa z lotniska w Pyrzowicach myślałem, że nie będę w stanie nawet wjechać do miasta. W rzeczywistości wjazd i wyjazd z Krakowa odbywał się nie tyle bez większych, co w ogóle bez, problemów, a jedyne faktyczne utrudnienia w ruchu drogowym były w okolicach Błoń, gdzie miała miejsce główna część imprezy i na starym mieście, gdzie były koncerty. Dla osób, które jadąc do pracy musiały przebić się przez Aleje Trzech Wieszczy, Straszewskiego, Zwierzyniecką, Focha, czy Kościuszki, było to z pewnością irytujące (no chyba, że jechały na rowerze, to zero zmartwień), jednak w pozostałych częściach miasta na ulicach był totalny luz i poruszano się po nich sprawniej, niż w „normalne” dni.

Tak było poza niedzielą. W niedzielę ulewa, wybrzuszenie się szyny na Basztowej i dzika ilość pielgrzymów chcąca wydostać się z Krakowa rzeczywiście niemal sparaliżowała miasto. Choć i tak nie było takiej tragedii jak w Kostrzynie nad Odrą w ostatni dzień Woodstocku.

Zero spokoju, ciągła wrzawa?

Światowe Dni Młodzieży 1

Jeśli ktoś mieszka w okolicach Rynku Głównego, czy Błoń, to hałas związany z modłami uczestników mógł go wkurzać. Tyle, że jeśli ktoś mieszka w okolicach Rynku Głównego, czy Błoń, nie powinien wyjątkowo oburzać się na Światowe Dni Młodzieży, bo w tych rejonach zawsze się coś dzieje. Takie uroki posiada lokum w środku turystyczno-imprezowego miasta. Poza ścisłym centrum jedyne nietypowe dźwięki jakie dało się zaobserwować, to śmigła helikopterów i sygnały karetek, w częstotliwości średnio raz na godzinę, ale głównie w ciągu dnia. Nic co by było w stanie realnie utrudniać „normalne” funkcjonowanie.

Czy Toitoie zniszczyły wizerunek miasta?

Światowe Dni Młodzieży 2

Biorąc pod uwagę, że są rozmieszczone średnio co kilometr i wyglądają tak jak wyglądają, to nie wpływają wyjątkowo pozytywnie na estetykę miasta, ale nie jest też tak, że go doszczętnie szpecą. Przypał na poziomie plakatów wyborczych, a przynajmniej można się wysikać.

Czy Kraków zamienił się w miasto policyjne?

Światowe Dni Młodzieży 3

Służb porządkowych na ulicach było całkiem sporo i to nie tylko policjantów i strażaków miejskich, ale i żołnierzy. Mimo wszystko nie dawali się we znaki bardziej niż zwykle i skupiali się na tym co potrafią najlepiej, czyli na sprawianiu wrażenia, że panują nad sytuacją.

Czy Kraków zamienił się w miasto kościelne?

Światowe Dni Młodzieży 4

Biorąc pod uwagę ile w byłej stolicy przypada kościołów na metr kwadratowy, to nie wiem, czy mogłaby być jeszcze bardziej kościelna niż jest na co dzień. Jeśli jednak chodzi o obowiązek żegnania się przed przejściem przez ulicę, czy odmawianie zdrowaśki po każdej bani, to nic takiego nie miało miejsca. W mieście nie została wprowadzona prohibicja, a strony startowe w przeglądarkach nie pozmieniały się automatycznie ani na Deon, ani na Opokę, a tym bardziej na Frondę. Ba, nawet za współżycie przedmałżeńskie nie zaczęto zamykać ludzi w więzieniach.

Czy pielgrzymi przyjechali tylko się nachlać?

Światowe Dni Młodzieży 5

Po opowieściach na temat tego, co się dzieje na pielgrzymkach do Częstochowy, dopuszczałem możliwość, że ci wszyscy ludzie pod przykrywką modłów zebrali się tylko po to, żeby walić dynks i wstrzykiwać marihunaen dla niepoznaki zwane Marią. Niestety, pielgrzymi rozczarowali mnie jak długo wyczekiwany pierwszy stosunek płciowy i ani razu nie widziałem, żeby przeprowadzali jakąś libację alkoholową, czy spali w rowie. Albo zażywali jakiś mocniejszy narkotyk, niż ciało Chrystusa. Nawet na koncertach bawili się bez używek. Nie wiem, czy krakowski smog ich tak porobił, ale wszystko wskazuje na to, że te kilkaset tysięcy ludzi z najdalszych zakątków globu naprawdę przyjechało w związku z wiarą, a nie okazją do melanżu po bandzie.

Imponujące.

To jak było naprawdę?

Światowe Dni Młodzieży 6

Tak naprawdę, to było zajebiście! Serio!

Kraków na co dzień zdecydowanie nie jest wymarłą noclegownią, ale przez ten tydzień jeszcze bardziej tętnił życiem i pozytywną energią, wszędzie było widać uśmiechniętych ludzi każdej rasy, wieku i wzrostu w kolorowych pelerynach i ten nastrój udzielał się innym. Podchodziłem do Światowych Dni Młodzieży spodziewając się najgorszego, wizualizując bombardowanie, zamach albo przynajmniej wzajemne zadeptywanie się przez wybuch paniki w tłumie, ale żadna z tych rzeczy na szczęście nie miała miejsca. Nawet tak ostentacyjne manifestowanie katolicyzmu, do którego jestem tak negatywnie nastawiony, nie wyprowadzało mnie z równowagi.

Powiem więcej, widząc rozśpiewanych, wesołych, serdecznych pielgrzymów, sam czułem się lepiej i miałem więcej siły do działania. A zdając sobie sprawę z tego, że część z nich przyleciała tu z takich końców świata jak choćby Wybrzeże Kości Słoniowej, czy z terenów opanowanych przez wojnę, czułem się mocno zmotywowany do nieopieprzania się przy realizacji swoich celów.

Żeby nie było, że to jakiś palec boży mnie dotknął, czy coś. Po prostu, mając dookoła siebie rozentuzjazmowanych, szczęśliwych ludzi, sam zaczynasz się tak czuć.

Druga sprawa, że papież Franciszek jest bardzo w porządku gościem i z wieloma rzeczami, o których mówił w swoich wystąpieniach w pełni mogę się zgodzić. Na przykład z tym, że młodzi ludzie zachowują się jak emeryci i zamiast żyć życiem są wycofani i zblokowani, a jedyny moment, gdy doświadczają czegoś więcej, to chwila, gdy biorą używki. Poza tym, trudno nie lubić gościa, który na swój występ przed ponad półmilionowym tłumem wjeżdża tramwajem.

Przez ten tydzień czułem się jak na festiwalu muzycznym, tylko bez spożywania alkoholu i spania w namiocie. Było bardzo pierwsza klasa i nie miałbym nic przeciwko, gdyby takie Światowe Dni Młodzieży odbywały się w Krakowie co rok.

---> SKOMENTUJ