Close
Close

Gdzie zjeść burgera w Krakowie? 5 najlepszych miejsc

Skip to entry content
Kolejny wpis przewodnikowy dla osób wpadających do byłej stolicy na weekend i nowozamieszkałych, stawiających w mieście pierwsze kroki. Po tekście o tym, gdzie zjeść w Krakowie i gdzie pójść na piwo w Krakowie, pora na zestawienie najlepszych burgerowni w Grodzie Króla Kraka, które testowałem zamawiając w nich cheeseburgery. Jeśli kochasz wołowinę na równi z własną matką, a dzień bez mięsa jest dla Ciebie dniem straconym, to ten mini-ranking jest właśnie dla Ciebie.

 

Z góry uprzedzam, w związku z tym, że teraz niemal w KAŻDYM lokalu gastronomicznym w Krakowie – od budek z kebabami, przez eleganckie restauracje, po obiady domowe – można dostać burgery, pod uwagę brałem tylko miejsca specjalizujące się w tym. I druga uwaga, również nie zapuszczałem się w takie rejony jak Kurdwanów, czy Nowy Bieżanów, tylko skupiłem się na centrum. Czyli miejscach, gdzie bywam częściej niż raz na kwartał.

 

Dobra, to jak formalności mamy za sobą, to przejdźmy do meritum: gdzie zjeść burgera w Krakowie?

 

5. Boogie Truck – Skwer Judah

boogie truck

boogie truck (3)

boogie truck (2)

Przyczepa Boogie Truck, zlokalizowana na skwerku przy ulicy Świętego Wawrzyńca, to opcja na nieco mniejszy głód, bo ich cheeseburger (zresztą każdy inny też) nie ma 200 gramów wołowiny jak wszędzie, tylko 180 i ogólnie porcja jest ciut skromniejsza, niż jestem do tego przyzwyczajony. Idzie za tym również cena, bo kosztuje tylko 15 złotych.

Co do walorów smakowych, to żadne składnik nie dominuje smaku i nie jest tak, że czuć tylko cebulę, czy tylko ogórka. Wszystko dobrze się ze sobą komponuje, bułka jest właściwie miękka, a po wzięciu gryza w ustach zostaje przyjemny posmak solidnie przyprawionego mięsa. Ogólnie bardzo poprawnie i nie ma za bardzo się do czego przypieprzyć w tym aspekcie. Uwagę za to można mieć do formy wołowego krążka, a konkretnie do jego grubości, bo zdecydowanie lepiej by się jadło, gdyby mięso było cieńsze. Tak, po pierwszym ugryzieniu całość zaczyna się rozlatywać. Z minusów to Skwer Judah nie należy do najcichszych i jeśli chcecie się podelektować jedzeniem w  spokoju, to nie ma na to szans, ale na to właściciele przyczepy już nie mają wpływu.

Podsumowując: jeśli imprezujecie nocą na Kazimierzu lub jesteście w pobliżu i chcecie wrzucić coś na ząb, jak najbardziej spoko, ale jak macie jechać tu aż z Ruczaju na poważny obiad, to przejdźcie do kolejnych pozycji.

4. Streat Slow Food – ul. Kupa 10

streat slow fodd

streat slow fodd 3

streat slow fodd 2

 

Przyczepa Streat Slow Food doczekała się już swoich wyznawców, którzy przyszliby z pochodniami pod moje mieszkanie, gdyby nie znalazła się w tym zestawieniu, ale nie tylko dlatego o niej piszę. Ten foodtruck to naprawdę solidna i bardzo przystępna cenowo pozycja, w dodatku w miłym miejscu.

 

Za 16zł dostajemy, dużą, sycącą porcję smażonej, ale nie przesmażonej, wołowiny, pikli, sałaty, pomidora i sera w autorskiej bułce. Nie rozlatującej się, ale też nie twardej. Nie chcę powtarzać tego, co przy miejscu numer 5, bo jest poprawnie z plusem, więc napiszę, że w Streat Slow Food jest więcej i lepiej, a w dodatku w bardzo miłej atmosferze na leżaczku, bez tłoku i pośpiechu. Jedyny minus, który zaobserwowałem przy tej burgerowni, to mało wyczuwalny ser. Ale od tego się nie umiera.

 

Podsumowując: świeże powietrze, świeże jedzenie, świeża cena.

 

3. Corner burger – ul. Dajwór 25

corner burger

corner burger (3)

corner burger (2)

 

Corner Burger to miejsce, które darzę szczególnym sentymentem, bo przez długi czas pracowałem w biurze nieopodal i moim piątkowym rytuałem było wstąpieniem tam na Bossa – burgera z bekonem i pieczarkami. Który wciąż jest moim ulubionym i ślinianki na języku zaczynają szybciej pracować, gdy o nim myślę. We wszystkich lokalach, które testowałem na potrzeby tego zestawienia, również w tych, które się do niego nie załapały, zamawiałem cheeseburgery, żeby sensownie móc je porównać. W Cornerze co prawda nie ma takiej pozycji w menu, ale do classica można dołożyć ser, co w sumie wychodzi 19 zł. Za zdecydowanie niegłodową porcję.
Co do wrażeń organoleptycznych, to, jak wcześniej, ani bułka nie dominuje smaku, ani żaden inny składnik, a wszystko w burgerze harmonijnie ze sobą współgra, łechcąc podniebienie. Smak jest wyrazisty i trudno go pomylić z jakimś innym, za co uznania dla sosu, który nie jest w burgerze tylko po to, żeby być, ale dobrze podkreśla mięso. Przyczepić się mogę tylko do bułki, która jest odrobinę za bardzo napompowana, co w połączeniu z nieoklapłą sałata powoduje, że całość jest dość gruba i trudno ją zmieścić w ustach. To jednak marginalna kwestia.

 

Na pozytywną uwagę z kolei zasługuje wnętrze ozdobione wizerunkami Vincenta Vegi i Julesa Winnfielda z „Pulp Fiction”. Jeśli miałbym się zastanowić no kogo chciałbym patrzeć jedząc burgera, to właśnie na nich. Również jedzących burgery.

 

Podsumowując: naprawdę dobry burger, całkiem spoko lokal.

 

[sociallocker id=”17312″]

2. Antler Poutin&Burger – ul. Gołębia 10

antler putin burger (3)

antler putin burger (1)

antler putin burger (2)

 

Zlokalizowane w samym centrum Krakowa, bo na ulicy Gołębiej, na której „twój płaszcz zaczepił mnie”, jak śpiewał Artur Rojek, bardzo niepozorne miejsce. Antler Poutin&Burger ani nie jest duże, ani popularne, a burgery robią bardzo pierwsza klasa w bardzo przyzwoitej cenie. Za niemałego cziza w lokalu między plantami, a Sukiennicami zapłacimy 17 zeta.

 

Pierwsze co wyróżnia to miejsce, to że naprawdę nie czeka się długo na jedzenie. Drugie, że mają wyjątkowo miękką bułkę, która się nie rozpada, a trzecie, że dają idealną ilość składników. W Antlerze jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby jakiś ogórek albo pomidor gdzieś wyleciał albo żeby coś zaczęło się rozlatywać i byłbym zmuszony do uprawiania dłońmi i jamą ustną ekwilibrystki modląc się, aby burger trafił do mojej buzi, a nie na spodnie i koszulkę. A poza tym, kompozycja burgera na poziomie dobrej opery i bardzo dobrze doprawione, bez wysiłku wyczuwalne i nie przesmażone mięso. Pycha!

 

Podsumowując: bardzo pierwsza klasa z małym minusem za lokal.

 

1. Moo Moo Steak & Burger Club – ul. Świętego Krzyża 15

moo moo burger

moo moo burger (2)

 

moo moo burger 3
Czas na wielki finał! Gdy ktoś pyta mnie, gdzie zjeść naprawdę, ale to naprawdę dobrego burgera w Krakowie, odpowiadam mu: w Moo Moo! I tytułowa pozycja, czyli Moo Moo Burger z gruszką, camembertem i karmelizowaną cebula, to nie w przenosi, a dosłownie orgazm dla podniebienia!

 

Nie wiem od czego zacząć opisując szamę w tym miejscu, bo każdy jej aspekt jest palce lizać, ale zacznijmy od mięsa, bo w końcu to ono jest najważniejsze. Krówka w Moo Moo jest wyjątkowo dobrej jakości i jest idealnie wysmażona – po wzięciu gryza śordek nie jest cały brązowy, tylko widać czerwień. Wiem, że jest wiele osób, które lubią wołowinę zesmażoną na wiór, ale ja jestem po drugiej stronie barykady i uwielbiam gdy jest soczysta. A tu właśnie taka jest – w pełni czuć jej smak.

 

Co do dodatków, to (pomijając oczywiście, że są świeże) jest ich w sam raz, pomidor, czy stała nie wylatują w trakcie jedzenia, ser jest właściwie wyczuwalny, a sos nie przesłania smaku mięsa, tylko go dopełnia. Podobnie z bułką. Oprócz tego jest krucha, ale nie rozlatująca się. Zasadniczo, po połknięciu każdego kęsa nie dość, że macie łechący kubki smakowe smak całego burgera, a nie jednego składnika, to jeszcze nie jesteście brudni. Dodajcie do tego ładną formę podania jedzenia i macie najlepszą burgerownię w Krakowie, gdzie cheeseburger kosztuje 19 zeta. Jedyne do czego można mieć zastrzeżenia to mało „burgerowy klimat” wewnątrz, bo to miejsce bardziej na randkę, niż szybką szamę z kolegami, ale jestem w stanie im to wybaczyć.

 

Podsumowując: musisz tam zjeść!

 

Uwaga na Burgerplatz na Placu Nowym!

burgerplatz

burgerplatz 3

 

burgerplatz 2

 

W trakcie szukania lokali, w których faktycznie warto zjeść burgera w Krakowie, trafiłem również na takie, gdzie zdecydowanie lepiej tego nie robić. I o ile stwierdziłem, że nie będę wypisywał miejsc, gdzie bułka była twarda jak kamień albo jedyną wyczuwalną nutą była cebula, o tyle uznałem, że o tym „czymś” muszę napisać, bo w życiu nie jadłem tak strasznego gówna.

 

Jeśli znajdziecie się kiedyś w pobliżu okrąglaka z zapiekankami na Placu Nowym, to jak rzeżączki unikajcie okna z napisem „Burgerplatz”. Pomijając, że syf, który tam podają wygląda jak z budy na dworcu z przemielonymi szczurami, tylko, że kosztuje dwa raz tyle, to po jego konsumpcji miałem ostrą niestrawność w środku nocy i problem z żołądkiem przez całą następną dobę. Momentalnie rozlatująca się, udająca pieczywo, wielka buła z marketu, tragiczne jakościowo dodatki i coś przypominające mięso zalane keczupem. Ohyda!

 

Podsumowując: uciekaj stamtąd!

 

***

 

To tyle w kwestii przysmaku Amerykanów, a już w następnym przewodnikowym wpisie najlepsze krakowskie lodziarnie!

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • majka

    Najlepszego Burgera jak dotąd udało mi się zjeść w Quick House. Niewielki lokal na zwierzynickiej niedaleko Wawelu. Dużo dobrego słyszałam o tym miejscu, a że lubię eksperymenty i uwielbiam próbować jedzenia w różnych miejscach przywiało mnie również tam. Z krótkiego wywiadu jaki udało mi się przeprowadzić lokal prowadzony jest przez Tunezyjczyka i Polkę, oprócz burgerów maja również tortille, kebeby i inne fastfoodowe jedzenie. Nie wiedziałm co wybrać więc zapytałam i kucharz poleciła mi Burgera z jagnięciną z frytkami. Chwile czekałam i wreszcie. Ładnie podany a smak, szok, serio byłam w szoku. Mięso rewelacja świetnie doprawione świeże fajne dodatki, dobrze skomponowane smaki. Frytki też ok a’ la belgijskie. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona i wracam tam często, polecam również ich wrapy i kebaby. Ostatnio jadłam Wrapa miesiąca z jagnięcina, truskawkami, papardellami – dużo dosatków, ale smak rewelacja. Taki wrap fusion :) Szczerze rekomenduje :)

  • Aleksandra Bukowska

    Piwne burgery – słyszeliście może o czymś takim?…. :) House of Burger na ul. Szpitalnej 5 w Krakowie. Pierwszy lokal w Polsce, który robi burgery na piwie a bułki na słodzie jęczmiennym. Burgery można popić pysznymi piwami polskimi i belgijskimi. Lokal skryty ( trzeba wejść do kamienicy) ale po chwili można zobaczyć zadaszony ogródek z kanapami, gdzie można usiąść niezależnie od pogody. W lokalu jest ogromny wybór piw. Miejsce godne polecenia :)

  • Marian

    Ja Wam powiem, że jak szukacie absolutnie najlepszego burgera to polecam Street Szef – http://streetszef.pl/ Spróbujcie u nich burgera BLU. Nie wiem czy mają u Was filie, ale na pewno czasem są na zlotach!

  • Pingback: Krowarzywa – wegańskie burgery | BLACK DRESSES – blog lifestylowy()

  • Pingback: Gdzie zjeść ramen w Krakowie? 3 najlepsze miejsca()

  • W Antlerze warto zaopatrzyć się w występujące już w nazwie Poutine! To chyba jedyne miejsce w Krakowie, które serwuje ten specjał. A co do Moa, zgadzamy się – również naszym zdaniem są lepsze miejsca, gdzie można się posilić. Także na Starym Mieście ;)

  • Tomasz Chomów

    chmmm…. z tego co jadłem a jadam już od dłuższego czasu najbardziej smakuje mi beef burger na kazimierzu oraz trochę dalej ale i trochę bardziej 2tulu burger na ruczaju z tego co mi wiadomo 2tulu jako jedyny w Krakowie smaży mięso dojrzewające i nie powiem smakowe na 5+ fakt ze trochę daleko ale przyznam ze czasem warto ruszyć się troszkę dalej :)co do street foodu początek był przepyszny teraz niestety nic nie napisze bo nie lubię się wypowiadać negatywnie no cóż masówka zawsze działą na nie korzyśc…

  • Jan Gebauer

    Wasze top 1 czyli Moo Moo u mnie jest dopiero 4. – choć wciąż jest to świetny burger.
    Wyprzedza je Moa (przez Was pominięte), a u mnie top 3.
    Na miejscu drugim zgoda – Antler miażdży konkurencję Starego Miasta. Dzięki za polecenie.
    Top1 to Gruba Buła i jestem bardzo zdziwiony jej brakiem w zestawieniu. Dla mnie to mistrzostwo ŚWIATA a nie tylko Krakowa.

  • Michal

    Co do Antler Poutin&Burger – osobiście za każdym razem jak tam jadłem to własnie mi się wszystko rozsypywało ( ale może to kwestia ciemnej bułki). Kompozycja całości może być, ale jeśli chodzi o samo mięso to SSF zdecydowanie lepsze.

  • Emm

    StayFlayu, „200 gramów” w 5. pozycji :)

  • Emm

    5 miejsce, 2. linijka: „gramów”-proszę, odmieniajmy wyrazy :)

  • Paweł Szostak

    Streat Slow Food – polecam spróbować Złego Porucznika. Wyciska łzy bardziej niż filmy z psami witającymi żołnierzy wracających z wojny. Z kolei brakuje mi tutaj „Grubej Buły” na Starowiślnej – jak dla mnie najlepszy burger jaki dotychczas jadłem w Krakowie – ale nie byłem np. w Cornerze czy Moo Moo.

  • Rafał Jackowski

    W małych miastach czasami można trafić na fajny lokal:P

    https://www.youtube.com/watch?v=auMUIlNmRY8

  • Moo Moo! Kocham i uwielbiam, nawet wczoraj byłam. Obie wersje są przepyszne – zarówno ta wołowa jak i ta z kurczakiem. :D

  • Mati Stankiewicz

    Bobby burger

  • Myślałam, że znam wszystkie najlepsze burgerownie w Krakowie, a z Twojego zestawienia znam tylko Moo Moo i Street Slow Food i w sumie oba miejsca mają dla mnie fajne, dobre jedzenie. Ostatnio spróbowałam tez wegańskich burgerow w Krowarzywa i chociaż do weganki mi daleko to uważam, że to świetna odskocznia od tradycyjnego burgera wypchnietego po brzegi mięsem :) a burger w Burgerplatz rozwalił mnie:D wygląda jakby ktoś po nim przejechał samochodem:)

  • Justyna Młynarczyk

    BURGERPLATZ – jestem zdziwiona tak kiepską opinią, sama wielokrotnie jadłam tam burgera i były naprawdę ok. Dobra raz pływał w ketchupie, ale to chyba kwestia innej osoby w okienku. Poza tym nigdy nie miałam żołądkowych nieprzyjemności, a nawet wracałam w to miejsce.

  • Kosiuuu99

    Ja sobie pozwolę napisać coś od strony malkontenckiej, w Krakowie ogólnie nie polecam nikomu bistro rondo na grzegórzeckiej, mięso było stare i śmierdzące bułka najpierw miękka potem strasznie wysuszona, nawalone sosu że hej! Do tego sałatka coleslaw dołączona do zestawu śmierdziała starym majonezem fuuuuuu :(

  • Piotr Czarnota

    Nie ma Moaburgera, ta lista jest niewiarygodna.

  • Zaburczało mi w brzuszku na wspomnienie karmelizowanej gruszki z Moo Moo <3

  • Dominik

    Uważam, że najlepszym miejscem w chwili obecnej gdzie serwowane są burgery, to Gruba Buła. Powinna się znaleźć w zestawieniu.

  • Nuno

    Streat slow food #1

  • szoferkrk

    beefburgerbar nie posmarował? poziom streatslowfood, wiem bo jadam w jednym i drugim na przemian

    • Zupełnie, a po ostatnim razie, kiedy wziąłem tam jakiegoś z bekonem i sosem bbq, wiem, że już nigdy tam nie wrócę.

  • Aleksandra Muszyńska

    A w Gorzowie TAAAAAAKA lipa z hamburgerowniami…
    Dobrze rokowała jedna, powstała ok. półtora roku temu – Dream Burger. Ale niestety złapali dwie poważne wtopy. Pierwsza – w porcji zachwalanych jako domowe frytek odkryliśmy z chłopakiem dwie chamskie, karbowane fryty z paczki, co automatycznie poddało w pewną wątpliwość autentyczność i „domowość” reszty.
    Druga – zamówiłam burgera z cheddarem. Dostałam burgera z serkiem typu Hochland w plasterku. Poszłam do kasy i wyznałam, że przez „cheddara” rozumiałam coś innego niż jakieś ścierwo w papierku i co to w ogóle za szajs, pytam. Na co pani odpowiedziała mi (uprzejmie zresztą), że to jest właśnie ten cheddar. Ser topiony typu cheddar. Bo „oni tak podają”. Nie powiem, poczułam się dość poważnie wprowadzona w błąd. Na pytanie, czy nie może mi położyć na burgera chociaż plasterka jakiejś zwykłej goudy, żeby był jakikolwiek SER,a nie koszmar mleczarza, powiedziała, że nie mają. NIE MAJĄ. W całej cholernej knajpie, która podaje również pizzę, nie było plasterka sera, tylko wiórkowany szit z plastikowego opakowania!
    Moja noga nie postanie tam jeszcze bardzo długo.

    • „Druga – zamówiłam burgera z cheddarem. Dostałam burgera z serkiem typu Hochland w plasterku. ” – sorry, ale HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA :D

      • Aleksandra Muszyńska

        Ja się nie śmiałam. Ja szarżowałam jak rozjuszona locha.

        • Buehehe! Dziewczyno, Ty bierz się za recki! To będzie hicior :D

          • aaaaanaaa

            Oj tak, czytałabym <3

          • Ja też i myślę że chętnych byłoby naprawdę sporo :D

  • Uwielbiam burgery , teraz już będę wiedziała gdzie się kierować.

  • Antler pierwsza klasa, uwielbiam ❤️

  • Bardzo przydatne zestawienie dla przyszłej mieszkanki Krakowa (to już we wrześniu – aaa! Boję się!), pewnie przez kilka pierwszych dni będę się żywić w Moo Moo (o ile ogarnę jak tam dotrzeć i się nie zgubić w Krakowie ;)).

  • Ostatnio mam mega fazę na burgery więc przyda mi się po powrocie do Krakowa we wrześniu. Coś czuję, że z takimi burgerami sesja będzie znośniejsza.

  • O Paaaanie te burgery w tym BPlatzu to nawet jak burgery nie wyglądają…
    Polecam jeszcze Grubą Bułę na Starowiślnej, bardzo mi posmakowały :)

    • Ani nie wyglądają, ani nie smakują, ale zdecydowanie doradzam sprawdzanie tego osobiście.

      • Nie dzięki, chyba wolę zainwestować te pieniądze w lepszą szamkę ;)

  • Janek, zlituj się, kobiecie w ciąży takie rzeczy pokazywać…to jest właśnie przyczyna ciążowych zachcianek! Na domiar złego w ciąży należy unikać sera cammembert…:/ Wstyd przyznać, ale do niedawna burgery kojarzyły mi się tylko z tymi z McD i nie miałam pojęcia że istnieją naprawdę dobre, porządne burgery. W Krakowie na Kazimierzu uwielbiam burgery z Beef Burger Bar, jeśli jeszcze nie próbowałeś to polecam :)

  • Wojciech

    love krove [*]

    • Burger Jacques i koktajl Bananamama z początku ich działalności cały czas śni mi się po nocach!

      • Wojciech

        To były czasy <3

        inb4 teraz nie ma czasów ;)

  • Grechuta

    „Przyczepa Streat Slow Food doczekała się już swoich wyznawców, którzy przyszliby z pochodniami pod moje mieszkanie, gdyby nie znalazła się w tym zestawieniu” tak :D ale Moo Moo tez uwielbiam <3

  • Krzysiek

    Brakuje trochę Moa Burger…

    • asdfg

      Moa przereklamowane i to baaaardzo!

      • Jaaak, panie kochany, przecież Moa jest genialne! Jadłem tam najlepszego burgera w życiu, a konkretnie wersję z krewetkami, co jako miłośnikowi zarówno hamburgerów, jak i krewetek nadało nowy sens życia :)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Moje pierwsze 7 prac – #myfirst7jobs

Skip to entry content

W tym tygodniu w mediach społecznościowych trenduje hasztag #myfirst7jobs, pod którym ludzie opisują pierwsze zajęcia wykonywane w celu przytulenia trochę grosza. Dzięki czemu możemy poznać początki i drogę jaką przeszły osoby obecnie popularne w internecie bądź z sukcesami tworzące biznes. I tak, dowiedziałem się, że Tomasz Brzostowski, założyciel Browaru Brodacz, zaczynał od pracy na budowie wieku 13 lat, Agnieszka Oleszczuk-Widawska, polska startupowa królowa, pierwsze pieniądze zarabiała jako hostessa przy stoisku z mrożonkami, a Łukasz Kielban z Czasu Gentelmenów mył okna w sklepie.

Jak zazwyczaj jestem dystansowany do wszelkich mód i ewentualnie przekonuję się do nich po czasie, tak ta moda na pokazywanie swoich finansowo-zawodowych początków z miejsca do mnie trafiła i od razu uznałem ją za świetny pomysł. Dlatego, postanowiłem podzielić się z Wami moimi pierwszymi zarobkowymi zajęciami, wraz z nieco szerszym opisem, jak to wyglądało i co tam się działo.

Oto moje pierwsze 7 prac.

1. Zbieranie złomu

Może nazwanie pracą monitorowania lokalnych śmietników w poszukiwaniu porzuconych pralek czy lodówek, to określenie mocno na wyrost, nie mniej, jako nastolatek tak właśnie robiłem z kolegami. Żeby mieć na zachcianki typu kino, kebab na mieście, czy nowa płyta muzyczna, często musieliśmy sami organizować pieniądze, a że na legalną pracę byliśmy za młodzi i i tak nie mielibyśmy jej jak podjąć, bo chodziliśmy do szkoły, szukaliśmy innych sposobów. I czatowaliśmy, aż ktoś wyrzuci jakiś sprzęt AGD, który będzie można sprzedać na skupie złomu.

2. Roznoszenie ulotek po blokach

To też okolice końca gimnazjum. W tamtych czasach chyba nie było chłopaka, który nie zahaczyłby się o ten typ zajęcia, taki osiedlowy standard. Cały karton ulotek był ciężki jak cholera, wchodzenie na ostatnie piętro w klatkach, w których nie było windy męczyło jeszcze bardziej, ludzie, całkiem słusznie, mieli do Ciebie wonty, że robisz syf, a pieniądze były z tego prawie żadne. Ale jakieś tam były, a w 2004 trudno było zostać zasięgowym youtuberem, bo portal ten jeszcze nawet nie istniał.

3. Bycie chłopcem na posyłki w fabryce

Mama załatwiła mi pracę na hali produkcyjnej, w zakładzie pracy, w którym sama pracowała, co z jednej strony było spoko, bo mogliśmy razem dojeżdżać i wracać, ale z drugiej czułem się bardziej spięty, bo wiedziałem, że jeśli dam ciała, a nie daj boże dam ciała spektakularnie, to odbije się to na niej. Na szczęście z bieganiem po hali ze skrzynką na narzędzia i szmatami do wycierania smaru z maszyn, radziłem sobie całkiem nieźle, więc miesięczna misja zakończyła się sukcesem. A za zarobione 700 złotych, co w tedy wydawało mi się kwotą nie do rozpuszczenia, mogłem kupić sobie wymarzone szerokie spodnie marki Moro, „Muzykę Poważną” Pezeta i pojechać na wakacje do Wisły ze znajomymi.

4. Sklejanie pojemników na lampy

Przez kolejne 2 lata w wakacje również pracowałem w tej samej fabryce, co moja mama, tyle, że już nie na hali, a w warsztacie. Przy sklejaniu plastikowych pojemników na lampy produkowane w tym zakładzie. Nie było w tym jakiejś wyjątkowej filozofii, po prostu łatałem dziury powstałe w wyniku eksploatacji w kontenerach. Prosta, monotonna jak cholera, powtarzalna czynność, wykonywana w akompaniamencie „kurew” rzucanych przez współpracowników. Mimo to, jednak bardzo motywująca. Po spędzeniu kilku miesięcy w otoczeniu ludzi, którzy nie lubili swojej pracy, a każdy dzień niebędący weekendem traktowali jak karę, wiedziałem, że szybko muszę zrobić coś ze swoim życiem, by nie skończyć w takim miejscu będąc dorosłym.

5. Pracownik fizyczny w Castoramie

Byliśmy po maturze i żeby mieć za co imprezować przez 4 miesiące, aż do startu studiów, kolejny raz zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek pracy. Trafiło na nocki w Castoramie, w trakcie których wykonywaliśmy zadania z zakresu szumnie zatytułowanego visual merchandisingu, czyli po prostu rozkładaliśmy produkty po sklepie, tak, by ładnie się prezentowały. Kasa, jak na warunki i godziny pracy, była gówniana – 4,5zł na godzinę – a przez to, że agencja pośrednicząca kręciła ostre wałki, dostaliśmy ją dopiero we wrześniu.

6. Sprzedawanie gazet nad morzem

W związku z tym, że w trakcie tych najdłuższych wakacji w życiu chciałem choć na chwilę gdzieś wyjechać, a nie było za co przez niesportową zagrywkę z poprzedniego akapitu, zacząłem kombinować jak to zrobić bez angażowania gotówki. I w międzyczasie moja mama w Wyborczej znalazła ofertę sprzedawania gazet na plaży w Niechorzu. Brzmiało jak idealna fucha na sierpień, więc długo się nie zastanawiając, podpisałem co trzeba, wsiadłem w pociąg i pojechałem. Na miejscu zastałem mikro-kemping o powierzchni 20m2, w którym mieszkaliśmy w trójkę, i pracę 6 dni w tygodniu polegającą na zasuwaniu po piachu w pełnym skwarze z plecakiem wypchanym po brzegi gazetami, ale wtedy dla mnie była to praca marzeń. Morze, ludzie, przygody, idealny pretekst by zagadać do każdej dziewczyny i hajs na zabawę.

Do dziś wspominam ten okres z wypiekami na twarzy, radością w oczach i szybszym biciem serca, o czym szerzej pisałem w tekście „Życie jest spoko”.

7. Akwizytor

Pukając do drzwi przypadkowych ludzi i proponując im przeniesienie abonamentu z TPSA do Dialogu, oczywiście uważałem się za przedstawiciela handlowego tej drugiej firmy, ale dziś tego zajęcia tak nie nazwę, by nie obrazić wszystkich osób, które faktycznie są przedstawicielami handlowym z prawdziwego zdarzenia. Bycie teledomokrążcą było moją pierwszą pracą w Krakowie, którą dostałem nawet bez składania CV i zacząłem wykonywać na drugi dzień po przyjeździe, więc możecie sobie wyobrazić jak poważna była to posada. Nie mniej, dzięki niej na samym starcie całkiem nieźle poznałem miasto, jego rytm i sposób poruszania się po nim, bo akwizycję prowadziliśmy w większości dzielnic.

***

Tak wyglądało moje pierwsze 7 prac. Każda z nich coś wniosła do mojego życia i nawet jeśli był to przykry i bolesny wkład, to w jakimś stopniu mnie ukształtował, dając temat do przemyśleń i pokazując jak nie chciałbym, żeby moje życie wyglądało. Chętnie dowiem się jak początek zarabiania pieniędzy wyglądał u Was, więc jeśli macie ochotę podzielić się swoimi #myfisrt7jobs, to dawajcie do komentarzy. A jeśli zastanawiacie się nad założeniem firmy, to tu znajdziecie trochę na ten temat.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Philippe_

---> SKOMENTUJ

Czemu publiczne karmienie piersią może przeszkadzać?

Skip to entry content

W 2014 roku pewien kelner w pewnej sopockiej knajpie poprosił pewną klientkę, która zaczęła rozpinać bluzkę, żeby nakarmić dziecko, aby nie robiła tego na stali przy stoliku. Tylko w ustronnym miejscu. Bo takie są zalecenia kierownictwa, które uważa, że gościom restauracji nie podoba się publiczne karmienie piersią. Owa klientka się zirytowała, opuściła lokal, a po powrocie wytoczyła jego właścicielowi proces sądowy o dyskryminację. Rozprawa odbyła się w zeszłą środę i od tego momentu w sieci toczyła się wojna o publiczne karmienie piersią, po czym po weekendzie – jak każda internetowa afera, która trafiła na nieprzyjazny piątek, sobotę i niedzielę – zdechła.

Wojna wyjątkowo jednostronna, dodajmy, bo zadeklarowanych przeciwników karmienia piersią, głośno wyrażających swój sprzeciw była raptem garstka. Góra 7. Mimo, że grupa ta była tak nieliczna, chciałbym poświęcić jej chwilę uwagi, bo chyba wiem o co tak naprawdę mogło im chodzić, a co nie do końca byli w stanie wyartykułować. Ale to za moment.

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem nagości w miejscach publicznych, które nie są plażami, basenami, miejscami rekreacyjno-sportowymi, ani klubami ze striptizem. Bardzo nie podoba mi się posunięty do granic absurdu trend na obnażanie się i wmawianie wszystkim wokół, że prawie gołe kobiety na miejskich deptakach są ubrane. To co dzisiejsze nastolatki nazywają letnimi szortami – pomijając, że jest krótsze niż majtki moich rówieśniczek w czasach, gdy sam byłem nastolatkiem – wulgarnie odsłania pośladki, czyniąc je niemal nagie, ale wszyscy udajemy, że tak nie jest. Podobnie jest z leginsami ukazującymi kształt warg sromowych właścicielki, czy dekoltami po pępek, które niedługo zostaną sprowadzone do formy nasutników, bo przecież dopóki nie widać sutka nic się nie dzieje i wszyscy są ubrani, prawda?

Uprzedzając kontrgłosy, nagie męskie torsy też mnie rażą poza plażą, sauną, basenem, czy siłownią. Zasadniczo, mierzi mnie szczucie nagością bez względu na płeć. Tyczy się to również internetu i wszechobecnej golizny wykorzystywanej na potrzeby marketingu. Od banerków hurtowni wędliniarskich, przez youtuberki udające, że prowadzą kanały edukacyjne, po reklamy kosmetyków. Rzygam tą ciągłą próbą sprzedawania WSZYSTKIEGO seksem i żebraniem o moją uwagę za pomocą sterczących cycków, czy prężących się odwłoków. Od jakiegoś czasu czuję się wręcz napastowany. I im dłużej mam kontakt z mediami, tym bardziej jestem zaszczuty erotyką i intymnością, które powinny mieć miejsce w sypialni, a nie być główną tubą reklamową.

I tak przechodzimy do meritum. Uważam, że piersi, tak jak pośladki i wzgórek łonowy, to intymna część ciała, dlatego nie chcę oglądać ich nagich w miejscach publicznych, ponieważ mnie to krępuje i zniesmacza. Tak, wiem, że główną funkcją piersi nie jest bycie obiektem seksualnym, a dostarczanie pożywienia potomkowi i do tego je stworzyła natura. Tyle, że to argument logiczny, a sam ich widok odwołuje się do sfery emocjonalnej, w której kulturowo mamy zakodowane co innego.

Nie mniej, absolutnie nic nie mam do karmienia piersią w miejscach publicznych. Rozumiem, że dziecko to nie dorosły człowiek, któremu można zaplanować śniadanie, obiad i kolację, a potem wymagać od niego przestrzegania godzin poszczególnych posiłków. Nie mam własnego ani nawet cudzego dzieciaka, ale łapię, że to tak nie działa. Tym bardziej nie uważam, że mamy, dopóki dziecko nie skończy liceum, powinny siedzieć w domach i być wyłączone z życia w społeczeństwie. Jestem jak najbardziej za tym, żeby były aktywne i robiły to, na co mają ochotę, nie dając się wtłoczyć w archaiczne ramy.

Jedyne, co może mnie razić, to ostentacyjne epatowanie nagością podczas publicznego karmienia.

Co zdarza się incydentalnie. W ciągu 28 lat zdarzyło mi się widzieć góra jakieś 4-5 razy, jak kobieta z zaspokajania głodu malucha robiła prawie że prowokacyjne przedstawienie, wystawiając nagą pierś i utrzymując ją w takim stanie w trakcie karmienia, więc zdecydowanie jest to marginalne zjawisko, z którego głupio nawet robić aferę. Bezapelacyjnie większość, czy niemal wszystkie kobiety karmiące dzieci własnym mlekiem, które dane było mi zaobserwować, robiły to w taki sposób, że musiałbym się mocno postarać, aby cokolwiek zobaczyć i gdyby nie zawiniątko na rękach, nawet nie miałbym pojęcia, że taka rzecz właśnie się dokonuje. Bo jestem prawie pewien, że dla drugiej strony, czyli matek, to też nie jest turbo komfortowa sytuacja, w której czują się gwiazdami estrady, chcącymi skupić na sobie spojrzenia wszystkich wokół. Piszę jednak o tym, bo w tych kilku przypadkach, gdy owa pierś była zupełnie naga, czułem się skrępowany i średnio komfortowo, ponieważ dla mnie to widok związany ze sferą intymną.

I wydaje mi się, że o to tak naprawdę może chodzić ludziom, którzy są przeciwni publicznemu karmieniu. O intymność.

W dyskusjach na ten temat, na które do tej pory się natknąłem, wiele osób często dość agresywnie broniło w pełni nagiego karmienia piersią, używając jednego z poniższych argumentów:

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to co z ciebie za facet?” – cóż, uważam, że o byciu prawdziwym, bądź nieprawdziwym facetem decyduje jednak coś innego, niż gotowość do oglądania piersi losowej przedstawicielki płci przeciwnej, niezależnie od sytuacji społecznej, a przede wszystkim niezależnie od tego, czy się na to ma ochotę, czy nie.

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to się nie patrz” – stwierdzenie w takiej sytuacji „to nie patrz” i oczekiwanie, że rozwiąże to sytuację i usunie dyskomfort, to tak samo jak powiedzenie „nie myśl teraz o różowym słoniu z kwiatami w trąbie”. Nie działa.

– „karmienie piersią to naturalna czynność” – człowiek w swoim życiu naturalnych czynności wykonuje całe spektrum, niektóre codziennie, bądź kilka razy dziennie, jednak sam fakt, że są one naturalne nie sprawia, że powinny być wykonywane publicznie, czy ostentacyjnie. Choćby takie całowanie. Gdy jesteś w restauracji, podejrzewam, że nie masz nic przeciwko temu, by dziewczyna siedząca stolik obok Ciebie okazała uczucia swojemu chłopakowi, dając mu buziaka. Jeśli jednak konsumujesz posiłek tuż przy parze, która za punktu honoru postanowiła pobić rekord w sprawdzaniu sobie nawzajem stanu migdałków językiem, to będzie Ci niekomfortowo jak cholera, bo nie przyszedłeś tam na spektakl intymności, a na obiad. Mimo, że to też naturalne. Z głośnym śmiechem, przesadną gestykulacją, czy każdym innym zachowaniem, które jest nachalne, będzie tak samo.

Podsumowując, w sporze o publiczne karmienie piersią, wydaje mi się, że garstce przeciwników jedyne co może przeszkadzać, to karmienie nagą piersią. Które w rzeczywistości występuje mega sporadycznie, pokazując, że cały konflikt jest w dużej mierze wydumany.

---> SKOMENTUJ