Close
Close

Gdzie zjeść burgera w Krakowie? 5 najlepszych miejsc

Skip to entry content
Kolejny wpis przewodnikowy dla osób wpadających do byłej stolicy na weekend i nowozamieszkałych, stawiających w mieście pierwsze kroki. Po tekście o tym, gdzie zjeść w Krakowie i gdzie pójść na piwo w Krakowie, pora na zestawienie najlepszych burgerowni w Grodzie Króla Kraka, które testowałem zamawiając w nich cheeseburgery. Jeśli kochasz wołowinę na równi z własną matką, a dzień bez mięsa jest dla Ciebie dniem straconym, to ten mini-ranking jest właśnie dla Ciebie.

 

Z góry uprzedzam, w związku z tym, że teraz niemal w KAŻDYM lokalu gastronomicznym w Krakowie – od budek z kebabami, przez eleganckie restauracje, po obiady domowe – można dostać burgery, pod uwagę brałem tylko miejsca specjalizujące się w tym. I druga uwaga, również nie zapuszczałem się w takie rejony jak Kurdwanów, czy Nowy Bieżanów, tylko skupiłem się na centrum. Czyli miejscach, gdzie bywam częściej niż raz na kwartał.

 

Dobra, to jak formalności mamy za sobą, to przejdźmy do meritum: gdzie zjeść burgera w Krakowie?

 

5. Boogie Truck – Skwer Judah

boogie truck

boogie truck (3)

boogie truck (2)

Przyczepa Boogie Truck, zlokalizowana na skwerku przy ulicy Świętego Wawrzyńca, to opcja na nieco mniejszy głód, bo ich cheeseburger (zresztą każdy inny też) nie ma 200 gramów wołowiny jak wszędzie, tylko 180 i ogólnie porcja jest ciut skromniejsza, niż jestem do tego przyzwyczajony. Idzie za tym również cena, bo kosztuje tylko 15 złotych.

Co do walorów smakowych, to żadne składnik nie dominuje smaku i nie jest tak, że czuć tylko cebulę, czy tylko ogórka. Wszystko dobrze się ze sobą komponuje, bułka jest właściwie miękka, a po wzięciu gryza w ustach zostaje przyjemny posmak solidnie przyprawionego mięsa. Ogólnie bardzo poprawnie i nie ma za bardzo się do czego przypieprzyć w tym aspekcie. Uwagę za to można mieć do formy wołowego krążka, a konkretnie do jego grubości, bo zdecydowanie lepiej by się jadło, gdyby mięso było cieńsze. Tak, po pierwszym ugryzieniu całość zaczyna się rozlatywać. Z minusów to Skwer Judah nie należy do najcichszych i jeśli chcecie się podelektować jedzeniem w  spokoju, to nie ma na to szans, ale na to właściciele przyczepy już nie mają wpływu.

Podsumowując: jeśli imprezujecie nocą na Kazimierzu lub jesteście w pobliżu i chcecie wrzucić coś na ząb, jak najbardziej spoko, ale jak macie jechać tu aż z Ruczaju na poważny obiad, to przejdźcie do kolejnych pozycji.

4. Streat Slow Food – ul. Kupa 10

streat slow fodd

streat slow fodd 3

streat slow fodd 2

 

Przyczepa Streat Slow Food doczekała się już swoich wyznawców, którzy przyszliby z pochodniami pod moje mieszkanie, gdyby nie znalazła się w tym zestawieniu, ale nie tylko dlatego o niej piszę. Ten foodtruck to naprawdę solidna i bardzo przystępna cenowo pozycja, w dodatku w miłym miejscu.

 

Za 16zł dostajemy, dużą, sycącą porcję smażonej, ale nie przesmażonej, wołowiny, pikli, sałaty, pomidora i sera w autorskiej bułce. Nie rozlatującej się, ale też nie twardej. Nie chcę powtarzać tego, co przy miejscu numer 5, bo jest poprawnie z plusem, więc napiszę, że w Streat Slow Food jest więcej i lepiej, a w dodatku w bardzo miłej atmosferze na leżaczku, bez tłoku i pośpiechu. Jedyny minus, który zaobserwowałem przy tej burgerowni, to mało wyczuwalny ser. Ale od tego się nie umiera.

 

Podsumowując: świeże powietrze, świeże jedzenie, świeża cena.

 

3. Corner burger – ul. Dajwór 25

corner burger

corner burger (3)

corner burger (2)

 

Corner Burger to miejsce, które darzę szczególnym sentymentem, bo przez długi czas pracowałem w biurze nieopodal i moim piątkowym rytuałem było wstąpieniem tam na Bossa – burgera z bekonem i pieczarkami. Który wciąż jest moim ulubionym i ślinianki na języku zaczynają szybciej pracować, gdy o nim myślę. We wszystkich lokalach, które testowałem na potrzeby tego zestawienia, również w tych, które się do niego nie załapały, zamawiałem cheeseburgery, żeby sensownie móc je porównać. W Cornerze co prawda nie ma takiej pozycji w menu, ale do classica można dołożyć ser, co w sumie wychodzi 19 zł. Za zdecydowanie niegłodową porcję.
Co do wrażeń organoleptycznych, to, jak wcześniej, ani bułka nie dominuje smaku, ani żaden inny składnik, a wszystko w burgerze harmonijnie ze sobą współgra, łechcąc podniebienie. Smak jest wyrazisty i trudno go pomylić z jakimś innym, za co uznania dla sosu, który nie jest w burgerze tylko po to, żeby być, ale dobrze podkreśla mięso. Przyczepić się mogę tylko do bułki, która jest odrobinę za bardzo napompowana, co w połączeniu z nieoklapłą sałata powoduje, że całość jest dość gruba i trudno ją zmieścić w ustach. To jednak marginalna kwestia.

 

Na pozytywną uwagę z kolei zasługuje wnętrze ozdobione wizerunkami Vincenta Vegi i Julesa Winnfielda z “Pulp Fiction”. Jeśli miałbym się zastanowić no kogo chciałbym patrzeć jedząc burgera, to właśnie na nich. Również jedzących burgery.

 

Podsumowując: naprawdę dobry burger, całkiem spoko lokal.

 

[emaillocker]

2. Antler Poutin&Burger – ul. Gołębia 10

antler putin burger (3)

antler putin burger (1)

antler putin burger (2)

 

Zlokalizowane w samym centrum Krakowa, bo na ulicy Gołębiej, na której “twój płaszcz zaczepił mnie”, jak śpiewał Artur Rojek, bardzo niepozorne miejsce. Antler Poutin&Burger ani nie jest duże, ani popularne, a burgery robią bardzo pierwsza klasa w bardzo przyzwoitej cenie. Za niemałego cziza w lokalu między plantami, a Sukiennicami zapłacimy 17 zeta.

 

Pierwsze co wyróżnia to miejsce, to że naprawdę nie czeka się długo na jedzenie. Drugie, że mają wyjątkowo miękką bułkę, która się nie rozpada, a trzecie, że dają idealną ilość składników. W Antlerze jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby jakiś ogórek albo pomidor gdzieś wyleciał albo żeby coś zaczęło się rozlatywać i byłbym zmuszony do uprawiania dłońmi i jamą ustną ekwilibrystki modląc się, aby burger trafił do mojej buzi, a nie na spodnie i koszulkę. A poza tym, kompozycja burgera na poziomie dobrej opery i bardzo dobrze doprawione, bez wysiłku wyczuwalne i nie przesmażone mięso. Pycha!

 

Podsumowując: bardzo pierwsza klasa z małym minusem za lokal.

 

1. Moo Moo Steak & Burger Club – ul. Świętego Krzyża 15

moo moo burger

moo moo burger (2)

 

moo moo burger 3
Czas na wielki finał! Gdy ktoś pyta mnie, gdzie zjeść naprawdę, ale to naprawdę dobrego burgera w Krakowie, odpowiadam mu: w Moo Moo! I tytułowa pozycja, czyli Moo Moo Burger z gruszką, camembertem i karmelizowaną cebula, to nie w przenosi, a dosłownie orgazm dla podniebienia!

 

Nie wiem od czego zacząć opisując szamę w tym miejscu, bo każdy jej aspekt jest palce lizać, ale zacznijmy od mięsa, bo w końcu to ono jest najważniejsze. Krówka w Moo Moo jest wyjątkowo dobrej jakości i jest idealnie wysmażona – po wzięciu gryza śordek nie jest cały brązowy, tylko widać czerwień. Wiem, że jest wiele osób, które lubią wołowinę zesmażoną na wiór, ale ja jestem po drugiej stronie barykady i uwielbiam gdy jest soczysta. A tu właśnie taka jest – w pełni czuć jej smak.

 

Co do dodatków, to (pomijając oczywiście, że są świeże) jest ich w sam raz, pomidor, czy stała nie wylatują w trakcie jedzenia, ser jest właściwie wyczuwalny, a sos nie przesłania smaku mięsa, tylko go dopełnia. Podobnie z bułką. Oprócz tego jest krucha, ale nie rozlatująca się. Zasadniczo, po połknięciu każdego kęsa nie dość, że macie łechący kubki smakowe smak całego burgera, a nie jednego składnika, to jeszcze nie jesteście brudni. Dodajcie do tego ładną formę podania jedzenia i macie najlepszą burgerownię w Krakowie, gdzie cheeseburger kosztuje 19 zeta. Jedyne do czego można mieć zastrzeżenia to mało “burgerowy klimat” wewnątrz, bo to miejsce bardziej na randkę, niż szybką szamę z kolegami, ale jestem w stanie im to wybaczyć.

 

Podsumowując: musisz tam zjeść!

 

Uwaga na Burgerplatz na Placu Nowym!

burgerplatz

burgerplatz 3

 

burgerplatz 2

 

W trakcie szukania lokali, w których faktycznie warto zjeść burgera w Krakowie, trafiłem również na takie, gdzie zdecydowanie lepiej tego nie robić. I o ile stwierdziłem, że nie będę wypisywał miejsc, gdzie bułka była twarda jak kamień albo jedyną wyczuwalną nutą była cebula, o tyle uznałem, że o tym “czymś” muszę napisać, bo w życiu nie jadłem tak strasznego gówna.

 

Jeśli znajdziecie się kiedyś w pobliżu okrąglaka z zapiekankami na Placu Nowym, to jak rzeżączki unikajcie okna z napisem “Burgerplatz”. Pomijając, że syf, który tam podają wygląda jak z budy na dworcu z przemielonymi szczurami, tylko, że kosztuje dwa raz tyle, to po jego konsumpcji miałem ostrą niestrawność w środku nocy i problem z żołądkiem przez całą następną dobę. Momentalnie rozlatująca się, udająca pieczywo, wielka buła z marketu, tragiczne jakościowo dodatki i coś przypominające mięso zalane keczupem. Ohyda!

 

Podsumowując: uciekaj stamtąd!

 

***

 

To tyle w kwestii przysmaku Amerykanów, a już w następnym przewodnikowym wpisie najlepsze krakowskie lodziarnie!

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Moje pierwsze 7 prac – #myfirst7jobs

Skip to entry content

W tym tygodniu w mediach społecznościowych trenduje hasztag #myfirst7jobs, pod którym ludzie opisują pierwsze zajęcia wykonywane w celu przytulenia trochę grosza. Dzięki czemu możemy poznać początki i drogę jaką przeszły osoby obecnie popularne w internecie bądź z sukcesami tworzące biznes. I tak, dowiedziałem się, że Tomasz Brzostowski, założyciel Browaru Brodacz, zaczynał od pracy na budowie wieku 13 lat, Agnieszka Oleszczuk-Widawska, polska startupowa królowa, pierwsze pieniądze zarabiała jako hostessa przy stoisku z mrożonkami, a Łukasz Kielban z Czasu Gentelmenów mył okna w sklepie.

Jak zazwyczaj jestem dystansowany do wszelkich mód i ewentualnie przekonuję się do nich po czasie, tak ta moda na pokazywanie swoich finansowo-zawodowych początków z miejsca do mnie trafiła i od razu uznałem ją za świetny pomysł. Dlatego, postanowiłem podzielić się z Wami moimi pierwszymi zarobkowymi zajęciami, wraz z nieco szerszym opisem, jak to wyglądało i co tam się działo.

Oto moje pierwsze 7 prac.

1. Zbieranie złomu

Może nazwanie pracą monitorowania lokalnych śmietników w poszukiwaniu porzuconych pralek czy lodówek, to określenie mocno na wyrost, nie mniej, jako nastolatek tak właśnie robiłem z kolegami. Żeby mieć na zachcianki typu kino, kebab na mieście, czy nowa płyta muzyczna, często musieliśmy sami organizować pieniądze, a że na legalną pracę byliśmy za młodzi i i tak nie mielibyśmy jej jak podjąć, bo chodziliśmy do szkoły, szukaliśmy innych sposobów. I czatowaliśmy, aż ktoś wyrzuci jakiś sprzęt AGD, który będzie można sprzedać na skupie złomu.

2. Roznoszenie ulotek po blokach

To też okolice końca gimnazjum. W tamtych czasach chyba nie było chłopaka, który nie zahaczyłby się o ten typ zajęcia, taki osiedlowy standard. Cały karton ulotek był ciężki jak cholera, wchodzenie na ostatnie piętro w klatkach, w których nie było windy męczyło jeszcze bardziej, ludzie, całkiem słusznie, mieli do Ciebie wonty, że robisz syf, a pieniądze były z tego prawie żadne. Ale jakieś tam były, a w 2004 trudno było zostać zasięgowym youtuberem, bo portal ten jeszcze nawet nie istniał.

3. Bycie chłopcem na posyłki w fabryce

Mama załatwiła mi pracę na hali produkcyjnej, w zakładzie pracy, w którym sama pracowała, co z jednej strony było spoko, bo mogliśmy razem dojeżdżać i wracać, ale z drugiej czułem się bardziej spięty, bo wiedziałem, że jeśli dam ciała, a nie daj boże dam ciała spektakularnie, to odbije się to na niej. Na szczęście z bieganiem po hali ze skrzynką na narzędzia i szmatami do wycierania smaru z maszyn, radziłem sobie całkiem nieźle, więc miesięczna misja zakończyła się sukcesem. A za zarobione 700 złotych, co w tedy wydawało mi się kwotą nie do rozpuszczenia, mogłem kupić sobie wymarzone szerokie spodnie marki Moro, „Muzykę Poważną” Pezeta i pojechać na wakacje do Wisły ze znajomymi.

4. Sklejanie pojemników na lampy

Przez kolejne 2 lata w wakacje również pracowałem w tej samej fabryce, co moja mama, tyle, że już nie na hali, a w warsztacie. Przy sklejaniu plastikowych pojemników na lampy produkowane w tym zakładzie. Nie było w tym jakiejś wyjątkowej filozofii, po prostu łatałem dziury powstałe w wyniku eksploatacji w kontenerach. Prosta, monotonna jak cholera, powtarzalna czynność, wykonywana w akompaniamencie „kurew” rzucanych przez współpracowników. Mimo to, jednak bardzo motywująca. Po spędzeniu kilku miesięcy w otoczeniu ludzi, którzy nie lubili swojej pracy, a każdy dzień niebędący weekendem traktowali jak karę, wiedziałem, że szybko muszę zrobić coś ze swoim życiem, by nie skończyć w takim miejscu będąc dorosłym.

5. Pracownik fizyczny w Castoramie

Byliśmy po maturze i żeby mieć za co imprezować przez 4 miesiące, aż do startu studiów, kolejny raz zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek pracy. Trafiło na nocki w Castoramie, w trakcie których wykonywaliśmy zadania z zakresu szumnie zatytułowanego visual merchandisingu, czyli po prostu rozkładaliśmy produkty po sklepie, tak, by ładnie się prezentowały. Kasa, jak na warunki i godziny pracy, była gówniana – 4,5zł na godzinę – a przez to, że agencja pośrednicząca kręciła ostre wałki, dostaliśmy ją dopiero we wrześniu.

6. Sprzedawanie gazet nad morzem

W związku z tym, że w trakcie tych najdłuższych wakacji w życiu chciałem choć na chwilę gdzieś wyjechać, a nie było za co przez niesportową zagrywkę z poprzedniego akapitu, zacząłem kombinować jak to zrobić bez angażowania gotówki. I w międzyczasie moja mama w Wyborczej znalazła ofertę sprzedawania gazet na plaży w Niechorzu. Brzmiało jak idealna fucha na sierpień, więc długo się nie zastanawiając, podpisałem co trzeba, wsiadłem w pociąg i pojechałem. Na miejscu zastałem mikro-kemping o powierzchni 20m2, w którym mieszkaliśmy w trójkę, i pracę 6 dni w tygodniu polegającą na zasuwaniu po piachu w pełnym skwarze z plecakiem wypchanym po brzegi gazetami, ale wtedy dla mnie była to praca marzeń. Morze, ludzie, przygody, idealny pretekst by zagadać do każdej dziewczyny i hajs na zabawę.

Do dziś wspominam ten okres z wypiekami na twarzy, radością w oczach i szybszym biciem serca, o czym szerzej pisałem w tekście „Życie jest spoko”.

7. Akwizytor

Pukając do drzwi przypadkowych ludzi i proponując im przeniesienie abonamentu z TPSA do Dialogu, oczywiście uważałem się za przedstawiciela handlowego tej drugiej firmy, ale dziś tego zajęcia tak nie nazwę, by nie obrazić wszystkich osób, które faktycznie są przedstawicielami handlowym z prawdziwego zdarzenia. Bycie teledomokrążcą było moją pierwszą pracą w Krakowie, którą dostałem nawet bez składania CV i zacząłem wykonywać na drugi dzień po przyjeździe, więc możecie sobie wyobrazić jak poważna była to posada. Nie mniej, dzięki niej na samym starcie całkiem nieźle poznałem miasto, jego rytm i sposób poruszania się po nim, bo akwizycję prowadziliśmy w większości dzielnic.

***

Tak wyglądało moje pierwsze 7 prac. Każda z nich coś wniosła do mojego życia i nawet jeśli był to przykry i bolesny wkład, to w jakimś stopniu mnie ukształtował, dając temat do przemyśleń i pokazując jak nie chciałbym, żeby moje życie wyglądało. Chętnie dowiem się jak początek zarabiania pieniędzy wyglądał u Was, więc jeśli macie ochotę podzielić się swoimi #myfisrt7jobs, to dawajcie do komentarzy. A jeśli zastanawiacie się nad założeniem firmy, to tu znajdziecie trochę na ten temat.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Philippe_

Czemu publiczne karmienie piersią może przeszkadzać?

Skip to entry content

W 2014 roku pewien kelner w pewnej sopockiej knajpie poprosił pewną klientkę, która zaczęła rozpinać bluzkę, żeby nakarmić dziecko, aby nie robiła tego na stali przy stoliku. Tylko w ustronnym miejscu. Bo takie są zalecenia kierownictwa, które uważa, że gościom restauracji nie podoba się publiczne karmienie piersią. Owa klientka się zirytowała, opuściła lokal, a po powrocie wytoczyła jego właścicielowi proces sądowy o dyskryminację. Rozprawa odbyła się w zeszłą środę i od tego momentu w sieci toczyła się wojna o publiczne karmienie piersią, po czym po weekendzie – jak każda internetowa afera, która trafiła na nieprzyjazny piątek, sobotę i niedzielę – zdechła.

Wojna wyjątkowo jednostronna, dodajmy, bo zadeklarowanych przeciwników karmienia piersią, głośno wyrażających swój sprzeciw była raptem garstka. Góra 7. Mimo, że grupa ta była tak nieliczna, chciałbym poświęcić jej chwilę uwagi, bo chyba wiem o co tak naprawdę mogło im chodzić, a co nie do końca byli w stanie wyartykułować. Ale to za moment.

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem nagości w miejscach publicznych, które nie są plażami, basenami, miejscami rekreacyjno-sportowymi, ani klubami ze striptizem. Bardzo nie podoba mi się posunięty do granic absurdu trend na obnażanie się i wmawianie wszystkim wokół, że prawie gołe kobiety na miejskich deptakach są ubrane. To co dzisiejsze nastolatki nazywają letnimi szortami – pomijając, że jest krótsze niż majtki moich rówieśniczek w czasach, gdy sam byłem nastolatkiem – wulgarnie odsłania pośladki, czyniąc je niemal nagie, ale wszyscy udajemy, że tak nie jest. Podobnie jest z leginsami ukazującymi kształt warg sromowych właścicielki, czy dekoltami po pępek, które niedługo zostaną sprowadzone do formy nasutników, bo przecież dopóki nie widać sutka nic się nie dzieje i wszyscy są ubrani, prawda?

Uprzedzając kontrgłosy, nagie męskie torsy też mnie rażą poza plażą, sauną, basenem, czy siłownią. Zasadniczo, mierzi mnie szczucie nagością bez względu na płeć. Tyczy się to również internetu i wszechobecnej golizny wykorzystywanej na potrzeby marketingu. Od banerków hurtowni wędliniarskich, przez youtuberki udające, że prowadzą kanały edukacyjne, po reklamy kosmetyków. Rzygam tą ciągłą próbą sprzedawania WSZYSTKIEGO seksem i żebraniem o moją uwagę za pomocą sterczących cycków, czy prężących się odwłoków. Od jakiegoś czasu czuję się wręcz napastowany. I im dłużej mam kontakt z mediami, tym bardziej jestem zaszczuty erotyką i intymnością, które powinny mieć miejsce w sypialni, a nie być główną tubą reklamową.

I tak przechodzimy do meritum. Uważam, że piersi, tak jak pośladki i wzgórek łonowy, to intymna część ciała, dlatego nie chcę oglądać ich nagich w miejscach publicznych, ponieważ mnie to krępuje i zniesmacza. Tak, wiem, że główną funkcją piersi nie jest bycie obiektem seksualnym, a dostarczanie pożywienia potomkowi i do tego je stworzyła natura. Tyle, że to argument logiczny, a sam ich widok odwołuje się do sfery emocjonalnej, w której kulturowo mamy zakodowane co innego.

Nie mniej, absolutnie nic nie mam do karmienia piersią w miejscach publicznych. Rozumiem, że dziecko to nie dorosły człowiek, któremu można zaplanować śniadanie, obiad i kolację, a potem wymagać od niego przestrzegania godzin poszczególnych posiłków. Nie mam własnego ani nawet cudzego dzieciaka, ale łapię, że to tak nie działa. Tym bardziej nie uważam, że mamy, dopóki dziecko nie skończy liceum, powinny siedzieć w domach i być wyłączone z życia w społeczeństwie. Jestem jak najbardziej za tym, żeby były aktywne i robiły to, na co mają ochotę, nie dając się wtłoczyć w archaiczne ramy.

Jedyne, co może mnie razić, to ostentacyjne epatowanie nagością podczas publicznego karmienia.

Co zdarza się incydentalnie. W ciągu 28 lat zdarzyło mi się widzieć góra jakieś 4-5 razy, jak kobieta z zaspokajania głodu malucha robiła prawie że prowokacyjne przedstawienie, wystawiając nagą pierś i utrzymując ją w takim stanie w trakcie karmienia, więc zdecydowanie jest to marginalne zjawisko, z którego głupio nawet robić aferę. Bezapelacyjnie większość, czy niemal wszystkie kobiety karmiące dzieci własnym mlekiem, które dane było mi zaobserwować, robiły to w taki sposób, że musiałbym się mocno postarać, aby cokolwiek zobaczyć i gdyby nie zawiniątko na rękach, nawet nie miałbym pojęcia, że taka rzecz właśnie się dokonuje. Bo jestem prawie pewien, że dla drugiej strony, czyli matek, to też nie jest turbo komfortowa sytuacja, w której czują się gwiazdami estrady, chcącymi skupić na sobie spojrzenia wszystkich wokół. Piszę jednak o tym, bo w tych kilku przypadkach, gdy owa pierś była zupełnie naga, czułem się skrępowany i średnio komfortowo, ponieważ dla mnie to widok związany ze sferą intymną.

I wydaje mi się, że o to tak naprawdę może chodzić ludziom, którzy są przeciwni publicznemu karmieniu. O intymność.

W dyskusjach na ten temat, na które do tej pory się natknąłem, wiele osób często dość agresywnie broniło w pełni nagiego karmienia piersią, używając jednego z poniższych argumentów:

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to co z ciebie za facet?” – cóż, uważam, że o byciu prawdziwym, bądź nieprawdziwym facetem decyduje jednak coś innego, niż gotowość do oglądania piersi losowej przedstawicielki płci przeciwnej, niezależnie od sytuacji społecznej, a przede wszystkim niezależnie od tego, czy się na to ma ochotę, czy nie.

– „jak ci przeszkadzają gołe piersi, to się nie patrz” – stwierdzenie w takiej sytuacji „to nie patrz” i oczekiwanie, że rozwiąże to sytuację i usunie dyskomfort, to tak samo jak powiedzenie „nie myśl teraz o różowym słoniu z kwiatami w trąbie”. Nie działa.

– „karmienie piersią to naturalna czynność” – człowiek w swoim życiu naturalnych czynności wykonuje całe spektrum, niektóre codziennie, bądź kilka razy dziennie, jednak sam fakt, że są one naturalne nie sprawia, że powinny być wykonywane publicznie, czy ostentacyjnie. Choćby takie całowanie. Gdy jesteś w restauracji, podejrzewam, że nie masz nic przeciwko temu, by dziewczyna siedząca stolik obok Ciebie okazała uczucia swojemu chłopakowi, dając mu buziaka. Jeśli jednak konsumujesz posiłek tuż przy parze, która za punktu honoru postanowiła pobić rekord w sprawdzaniu sobie nawzajem stanu migdałków językiem, to będzie Ci niekomfortowo jak cholera, bo nie przyszedłeś tam na spektakl intymności, a na obiad. Mimo, że to też naturalne. Z głośnym śmiechem, przesadną gestykulacją, czy każdym innym zachowaniem, które jest nachalne, będzie tak samo.

Podsumowując, w sporze o publiczne karmienie piersią, wydaje mi się, że garstce przeciwników jedyne co może przeszkadzać, to karmienie nagą piersią. Które w rzeczywistości występuje mega sporadycznie, pokazując, że cały konflikt jest w dużej mierze wydumany.