Close
Close

Najlepsze uliczne historie: wakacje

Skip to entry content

„Koniec lipca, za chwilę już znów zima” rapował Taco Hemingway i widząc to, co działo się w połowie sierpnia, trudno było się nie zgodzić. Deszcz, ziąb i szarówa. Niekorzystne warunki pogodowe na szczęście nie miały wpływu na bekowe konwersacje zasłyszane w przestrzeni festiwalowo-przyrodniczo-miejskiej. Przez całe wakacje było ich pod dostatkiem.

#1 – Dostałem od mamy lawendę w doniczce („bo ci się przyda, a w Krakowie pewnie nie macie”), po czym nastał czas na poważne rozmowy:

– Synku, ale powiedz mi tak szczerze, ty się normalnie spotykasz z ludźmi, czy tylko przez ten internet?
– No normalnie mamo, po pracy wychodzę z domu i się spotykam ze znajomymi.
– Wiedziałam, że mi prawdy nie powiesz.

#2 – Rzecz się dzieje w burgerowni na Kazimierzu, podchodzi do kasy pani, pan siedzi na kanapie:

– Poproszę tego burgera z kiełbasą…
– Polish pride?
– Chyba tak. I tego z pieczarkami.
– Bossa?
– Yhy, i dwie porcje frytek.
– Domowych?
– Tak, z sosem majonezowym.
– To wszystko?
– A, i małą Colę Zero.

Dobrze, że Zero, bo normalna by ich przecież wykończyła kalorycznie.

#3 – Poszedłem do Żabki po wino na urodziny koleżanki, bo to taki wiek, że się wina w prezentach daje i gdy dochodzę do kasy i podaję butelkę, pani kasjerka nabija kod kreskowy, patrzy na mnie spode łba i rzuca przepiękne:

– A dowód można zobaczyć?

– Oczywiście!

Czy można usłyszeć większy komplement będąc przed 30-tką?

#4 – Na Thassos przyleciało sporo Polaków, część z nich niestety nie mogła uciec od dyskusji politycznych. Podsłuchane na plaży:

– Chciałabym, żeby naszym prezydentem był Biedroń. To taki polski Obama, tylko, że jeszcze gej.

#5 – Przygód z telemarketerami z firmy Milanocośtam sprzedającej garnki część druga:

– Halo?
– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
– W imieniu cośtamcośtamMialnocośtamcośtam dzwonię, żeby zaprosić pana na bardzo atrakcyjne spotkanie…
– Nie, dziękuję.
– Ale na spotkaniu będzie sam…
– Nie, dziękuję.
– Ale jak to, nie chce pan dostać…
– Nie, dziękuję.
– Rozumiem. Ale zgodzi się pan ze mną, że sól jest niezdrowa dla organizmu?
– Nie zgodzę się.
– Ale jak to, przecież lekarze twierdzą, że sól…
– Proszę panią, ludzie twierdzą różne rzeczy. Posłowie PiSu twierdzą, że człowiek nie pochodzi od małpy. Zgodzi się pani z nimi?
– Rozumiem. To dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję, do widzenia.

#6 – Wchodzę do Lidla i na samym wejściu wpadam na parę 50-latków:

– Jest nasza kawa w promocji!
– Jaka?
– No Belarom.
– Aha.
– Co ty, nie lubisz jej?
– Ja w ogóle nie lubię kawy.
– Ale przecież codziennie pijesz.
– Bo mi codziennie robisz, to co mam wylewać?

#7 – Para przy stoliku obok burzliwie dyskutuje nad wyborem pizzy:

– To może weźmiemy diavolę?
– Ale ona jest z czosnkiem!
– No.
– No.
– No to co?
– To albo chcesz się całować albo chcesz diavolę.
– Czyli bierzemy parmę.

#8 – Takie tam z Hip-Hop Kempu:

– Ej, ale nie otwieraj jeszcze rumu.
– Bo co?
– Stary, jeszcze nawet dziewiątej nie ma.
– A która jest?
– 8:53.
– Dobra, to zaczekam do pełnej.

#9 – Męskie pogaduchy przy Plantach:

– I jak z tą Gośką?
– Nijak.
– Myślałem, że coś z tego będzie?
– Co ty człowieku, męcząca baba, ciągle chciała, żebym opowiadał jej co u mnie.
– To lipa.
– No. Ale przynajmniej przekonała mnie do jajecznicy z papryką.

#10 – Klasyk, po prostu klasyk! Wracam do Krakowa pociągiem i chcę wykorzystać te 3 godziny podróży, żeby popracować. Albo chociaż pospać. Ledwo siadam, dziewczynie za mną dzwoni telefon:

– Halo?
– …
– No hej, hej.
– …
– Tak, pewnie, że mogę rozmawiać. Jadę akurat pociągiem, to możemy poplotkować, mów co u ciebie.

I tak gdzieś już godzinę słucham, kto z kim się przelizał, kto z kim przespał, kto rozstał, i kto co miał na obiad przez ostatni kwartał. Dzięki.

 ***

Na takie śmichy-chichy dane mi było trafić w lipcu i sierpniu, jak macie swoje dialogowe heheszkowe wspomnienia lata, to dawajcie do komentarzy.

(niżej jest kolejny tekst)

27
Dodaj komentarz

avatar
22 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
22 Comment authors
Résumé .#20 – przegląd sierpniaOla GościniakMartaRafał JackowskiOlka K. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Goddammit
Gość

Dialog z siostrą o poranku:

Kasia: Atrybut Erato?
Ja: *szybkie sprawdzanie wikipedii* Kitara, albo cytra.
K.: To cytra, bo kitara się nie zmieści. A nie, cytra też się nie zmieści.
Ja: No to chuj.
K.: O, chuj się zmieści. <3

Chodziło o lirę.

Berenika
Gość

[takie tam, w pracy]

Podchodzę do Punktu Obsługi, gdzie za biurkiem siedzi kolega. Patrzy tak na mnie jakby coś chciał. Więc pytam czego potrzebuje. A on myśli tak chwilę, myśli i wreszcie mówi:
– Miłości. – a po chwili jeszcze dodaje – I szklanki wódki.
<3

Jan Favre
Gość

Może u niego pierwsze pojawia się po spożyciu drugiego.

Klaudia
Gość
Klaudia

Zasłyszane w piekarni :
-A co tam u pani,pani Jadziu?
Jadzia: A wracam właśnie z roboty.
– Pani chodzi do roboty a my do pracy.
J: A czym to się niby różni?
– No wie pani.. W pracy ściąga się marynarkę a w robocie spodnie.

Pierwsza Dama
Gość

Był czas, że mnie również bawiło, że ludzie do bardzo kalorycznego posiłku wybierają dietetyczny napój. Przestałam, kiedy sama pierwszy raz napiłam się Coli Zero czy innej Diet – kurczę, posmakowała mi znacznie bardziej niż klasyczna! Nie piję jej zbyt często, bo wolę Fantę, a od nich dwóch z kolei wolę napoje niegazowane, ale nadal – po dietetyczną kolę sięgam znacznie częściej niż po zwykłą. Kalorycznych potraw sobie nie odmawiam, co po mnie widać, więc ze mnie pewnie też ludzie cisną bekę, że kupuję Colę Zero do obiadu składającego się z miliona kalorii. A mnie po prostu taka bardziej smakuje.

Jan Favre
Gość

Tak, tak, na Fejsie była już rozkmina na temat smaku, nie mniej, na żywo ta sytuacja wyglądała wyjątkowo zabawnie.

kcurlykiller
Gość
kcurlykiller

Urząd Rejestracji Pojazdów.
Urzędnicy krzątają się przy swoich biurkach, cisza.
Wchodzi mężczyzna.
I pyta:
-Są dowody rejestracyjne?
-Są.
-To poproszę jeden.

Jan Favre
Gość

Zdecydowany klient, skarb!

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Skąd masz wiedzieć, że dziewczyna, z którą się spotykasz to ta właściwa?

Skip to entry content

W głowie każdego nastolatka przed 40-tką, który miał okazję już przekonać się, że język może się przydać do czegoś więcej, niż lizanie zamrażalnika od środka, a penis służy nie tylko do sikania, pojawia się pytanie. Pytanie, które brzmi: cholera, skąd mam wiedzieć, że dziewczyną, z którą się spotykam, to ta właściwa? I wypowiadając bezgłośnie „ta właściwa” ma na myśli „ta, dla której warto odinstalować Tindera, przestać sypiać ze swoją byłą, zamienić piątki z urwanym filmem, na piątki z Woodym Allenem i zacząć zbierać hajs na pierścionek”. Gdybym miał jakąś byłą, pewnie też bym się nad tym zastanawiał, mimo to, jednak wiem jak nakierować Cię na odpowiedź. Za pomocą pytań pomocniczych.

Oto krótki test, który pozwoli Ci ustalić, czy dziewczyna, z którą się spotykasz to coś poważnego, czy tylko wypełniacz czasu do kolejnej imprezy.

Czy myślisz tylko o tym, żeby się z nią przespać?

Zakładając oczywiście, że jeszcze nie miałeś okazji sprawdzić, czy ombre hair ma tylko na głowie. Jeśli zaprząta Twoje myśli również w innych pozycjach niż horyzontalna, to dobry znak. Jeśli nie, to cóż, Twoja mama będzie musiała jeszcze chwilę poczekać z pokazywaniem kompromitujących zdjęć z dzieciństwa.

Czy chce Ci się z nią w ogóle gadać?

Tu już zakładamy, że nie dość iż zdobyłeś wszystkie bazy, to zaliczyłeś home run. Czyli zaliczyłeś. Czy po ćwiczeniach z łóżkowego jiu-jitsu masz ochotę z nią rozmawiać o futuryzmie, podwodnych cywilizacjach, filozofii zen i o przewadze suszarek z dyfuzorem nad tymi bez? A nawet bardziej istotne, czy chce Ci się poruszać z nią te tematy, gdy jesteście ubrani i nie zapowiada się, żeby stan Waszego przyodziania miał się zmienić? Jeśli, któraś z odpowiedzi na te pytania jest negatywna, to raczej nie ma sensu, żebyście myśleli o szukaniu razem mieszkania.

Czy wstydzisz się jej przed znajomymi?

Robisz wszystko, żeby nie poznała Twojej ekipy? Ustawiasz się z ziomkami, tylko wtedy, gdy jest na transplantacji organów wewnętrznych, żeby mieć pewność, że nie będzie mogła przyjść? Przed urodzinami Twojego najlepszego przyjaciela rozpuszczasz jej w herbacie kontener Xanaxu i jak śniętą rybę zawijasz w kołdrę, modląc się, żeby nie obudziła się przed jutrem i nie narobiła Ci siary na imprezie? Hmm, to nie ta.

Czy ona chce Cię zmieniać?

Piłka jest krótka jak prącie noworodka, mianowicie albo bierze Cię takim jakim jesteś albo ciągle jej coś w Tobie nie pasuje i chce Cię poprawiać jakbyś był hipkiem w „The Sims”. Przy opcji numer dwa pożegnaj się z nią, wręczając jej tę grę.

Czy obracasz się za innymi laskami na ulicy?

Jeśli idziesz w zimowy ciepły dzień, typu środek sierpnia w Polsce, przez centrum swojego miasta i widząc nieprzyzwoicie długie nogi, zakończone zjawiskowo piękną buzią, niemal skręcasz sobie kark, żeby zobaczyć, czy między tymi dwoma punktami są skandalicznie krągłe pośladki, po czym odwracasz się i za kwadrans robisz to samo przy kolejnej miss deptaka, to oznacza tylko jedno. Twoja dziewczyna nie kręci Cię fizycznie tak, jakbyś tego chciał. I ciągle będziesz fantazjował o innych.

Czy spinasz się albo pajacujesz przy niej?

W zasadzie to pytanie powinno brzmieć inaczej: czy zachowujesz się przy niej naturalnie? Jeśli ciągle jej nadskakujesz jakby była Królową Elżbietą w ciele Emily Ratajkowski albo nieustannie musisz się kontrolować, żeby nie zrobić z siebie pośmiewiska jak Kaczyński mówiący, że marihuana nie jest z konopi, to nie dobrze. Jeśli nie możesz być przy niej sobą, to albo dostaniesz rozdwojenia jaźni albo ona znajdzie sobie kogoś, kto może. W obu przypadkach Wasze drogi są rozłączne.

Czy czujesz, że mógłbyś mieć z nią dziecko albo chociaż psa?

Innymi słowy, czy widzisz Was razem na osi czasu trochę dalej, niż w okolicach przyszłego weekendu? Jeśli wizja wspólnego mieszkania, przebijania się przez gąszcz jej kosmetyków w poszukiwaniu Twojego dezodorantu, rezygnowania z epickich melanży na rzecz obiadków z jej rodzicami, a przede wszystkim scena podpisywania urzędowych dokumentów, na których macie to samo nazwisko, nie przeraża Cię, to jest w porządku. Trafiony zatopiony.

Jeśli jednak zajrzałeś tu z faktyczną potrzebą znalezienia odpowiedzi na pytanie z nagłówka, to mam dla Ciebie złą wiadomość.

Gdyby to była ta właściwa dziewczyna…

…nie zastanawiałbyś się, czy to ona. Po prostu byś to wiedział i byłbyś tego pewien jak faktu, że po wtorku jest środa. Jeśli pojawiają się wątpliwości na tyle silne, że szukasz na nie odpowiedzi w internecie, to znaczy, że to nie ta. Mam nadzieję, że pomogłem.

Gdzie zjeść burgera w Krakowie? 5 najlepszych miejsc

Skip to entry content
Kolejny wpis przewodnikowy dla osób wpadających do byłej stolicy na weekend i nowozamieszkałych, stawiających w mieście pierwsze kroki. Po tekście o tym, gdzie zjeść w Krakowie i gdzie pójść na piwo w Krakowie, pora na zestawienie najlepszych burgerowni w Grodzie Króla Kraka, które testowałem zamawiając w nich cheeseburgery. Jeśli kochasz wołowinę na równi z własną matką, a dzień bez mięsa jest dla Ciebie dniem straconym, to ten mini-ranking jest właśnie dla Ciebie.

 

Z góry uprzedzam, w związku z tym, że teraz niemal w KAŻDYM lokalu gastronomicznym w Krakowie – od budek z kebabami, przez eleganckie restauracje, po obiady domowe – można dostać burgery, pod uwagę brałem tylko miejsca specjalizujące się w tym. I druga uwaga, również nie zapuszczałem się w takie rejony jak Kurdwanów, czy Nowy Bieżanów, tylko skupiłem się na centrum. Czyli miejscach, gdzie bywam częściej niż raz na kwartał.

 

Dobra, to jak formalności mamy za sobą, to przejdźmy do meritum: gdzie zjeść burgera w Krakowie?

 

5. Boogie Truck – Skwer Judah

boogie truck

boogie truck (3)

boogie truck (2)

Przyczepa Boogie Truck, zlokalizowana na skwerku przy ulicy Świętego Wawrzyńca, to opcja na nieco mniejszy głód, bo ich cheeseburger (zresztą każdy inny też) nie ma 200 gramów wołowiny jak wszędzie, tylko 180 i ogólnie porcja jest ciut skromniejsza, niż jestem do tego przyzwyczajony. Idzie za tym również cena, bo kosztuje tylko 15 złotych.

Co do walorów smakowych, to żadne składnik nie dominuje smaku i nie jest tak, że czuć tylko cebulę, czy tylko ogórka. Wszystko dobrze się ze sobą komponuje, bułka jest właściwie miękka, a po wzięciu gryza w ustach zostaje przyjemny posmak solidnie przyprawionego mięsa. Ogólnie bardzo poprawnie i nie ma za bardzo się do czego przypieprzyć w tym aspekcie. Uwagę za to można mieć do formy wołowego krążka, a konkretnie do jego grubości, bo zdecydowanie lepiej by się jadło, gdyby mięso było cieńsze. Tak, po pierwszym ugryzieniu całość zaczyna się rozlatywać. Z minusów to Skwer Judah nie należy do najcichszych i jeśli chcecie się podelektować jedzeniem w  spokoju, to nie ma na to szans, ale na to właściciele przyczepy już nie mają wpływu.

Podsumowując: jeśli imprezujecie nocą na Kazimierzu lub jesteście w pobliżu i chcecie wrzucić coś na ząb, jak najbardziej spoko, ale jak macie jechać tu aż z Ruczaju na poważny obiad, to przejdźcie do kolejnych pozycji.

4. Streat Slow Food – ul. Kupa 10

streat slow fodd

streat slow fodd 3

streat slow fodd 2

 

Przyczepa Streat Slow Food doczekała się już swoich wyznawców, którzy przyszliby z pochodniami pod moje mieszkanie, gdyby nie znalazła się w tym zestawieniu, ale nie tylko dlatego o niej piszę. Ten foodtruck to naprawdę solidna i bardzo przystępna cenowo pozycja, w dodatku w miłym miejscu.

 

Za 16zł dostajemy, dużą, sycącą porcję smażonej, ale nie przesmażonej, wołowiny, pikli, sałaty, pomidora i sera w autorskiej bułce. Nie rozlatującej się, ale też nie twardej. Nie chcę powtarzać tego, co przy miejscu numer 5, bo jest poprawnie z plusem, więc napiszę, że w Streat Slow Food jest więcej i lepiej, a w dodatku w bardzo miłej atmosferze na leżaczku, bez tłoku i pośpiechu. Jedyny minus, który zaobserwowałem przy tej burgerowni, to mało wyczuwalny ser. Ale od tego się nie umiera.

 

Podsumowując: świeże powietrze, świeże jedzenie, świeża cena.

 

3. Corner burger – ul. Dajwór 25

corner burger

corner burger (3)

corner burger (2)

 

Corner Burger to miejsce, które darzę szczególnym sentymentem, bo przez długi czas pracowałem w biurze nieopodal i moim piątkowym rytuałem było wstąpieniem tam na Bossa – burgera z bekonem i pieczarkami. Który wciąż jest moim ulubionym i ślinianki na języku zaczynają szybciej pracować, gdy o nim myślę. We wszystkich lokalach, które testowałem na potrzeby tego zestawienia, również w tych, które się do niego nie załapały, zamawiałem cheeseburgery, żeby sensownie móc je porównać. W Cornerze co prawda nie ma takiej pozycji w menu, ale do classica można dołożyć ser, co w sumie wychodzi 19 zł. Za zdecydowanie niegłodową porcję.
Co do wrażeń organoleptycznych, to, jak wcześniej, ani bułka nie dominuje smaku, ani żaden inny składnik, a wszystko w burgerze harmonijnie ze sobą współgra, łechcąc podniebienie. Smak jest wyrazisty i trudno go pomylić z jakimś innym, za co uznania dla sosu, który nie jest w burgerze tylko po to, żeby być, ale dobrze podkreśla mięso. Przyczepić się mogę tylko do bułki, która jest odrobinę za bardzo napompowana, co w połączeniu z nieoklapłą sałata powoduje, że całość jest dość gruba i trudno ją zmieścić w ustach. To jednak marginalna kwestia.

 

Na pozytywną uwagę z kolei zasługuje wnętrze ozdobione wizerunkami Vincenta Vegi i Julesa Winnfielda z „Pulp Fiction”. Jeśli miałbym się zastanowić no kogo chciałbym patrzeć jedząc burgera, to właśnie na nich. Również jedzących burgery.

 

Podsumowując: naprawdę dobry burger, całkiem spoko lokal.

 

[emaillocker]

2. Antler Poutin&Burger – ul. Gołębia 10

antler putin burger (3)

antler putin burger (1)

antler putin burger (2)

 

Zlokalizowane w samym centrum Krakowa, bo na ulicy Gołębiej, na której „twój płaszcz zaczepił mnie”, jak śpiewał Artur Rojek, bardzo niepozorne miejsce. Antler Poutin&Burger ani nie jest duże, ani popularne, a burgery robią bardzo pierwsza klasa w bardzo przyzwoitej cenie. Za niemałego cziza w lokalu między plantami, a Sukiennicami zapłacimy 17 zeta.

 

Pierwsze co wyróżnia to miejsce, to że naprawdę nie czeka się długo na jedzenie. Drugie, że mają wyjątkowo miękką bułkę, która się nie rozpada, a trzecie, że dają idealną ilość składników. W Antlerze jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby jakiś ogórek albo pomidor gdzieś wyleciał albo żeby coś zaczęło się rozlatywać i byłbym zmuszony do uprawiania dłońmi i jamą ustną ekwilibrystki modląc się, aby burger trafił do mojej buzi, a nie na spodnie i koszulkę. A poza tym, kompozycja burgera na poziomie dobrej opery i bardzo dobrze doprawione, bez wysiłku wyczuwalne i nie przesmażone mięso. Pycha!

 

Podsumowując: bardzo pierwsza klasa z małym minusem za lokal.

 

1. Moo Moo Steak & Burger Club – ul. Świętego Krzyża 15

moo moo burger

moo moo burger (2)

 

moo moo burger 3
Czas na wielki finał! Gdy ktoś pyta mnie, gdzie zjeść naprawdę, ale to naprawdę dobrego burgera w Krakowie, odpowiadam mu: w Moo Moo! I tytułowa pozycja, czyli Moo Moo Burger z gruszką, camembertem i karmelizowaną cebula, to nie w przenosi, a dosłownie orgazm dla podniebienia!

 

Nie wiem od czego zacząć opisując szamę w tym miejscu, bo każdy jej aspekt jest palce lizać, ale zacznijmy od mięsa, bo w końcu to ono jest najważniejsze. Krówka w Moo Moo jest wyjątkowo dobrej jakości i jest idealnie wysmażona – po wzięciu gryza śordek nie jest cały brązowy, tylko widać czerwień. Wiem, że jest wiele osób, które lubią wołowinę zesmażoną na wiór, ale ja jestem po drugiej stronie barykady i uwielbiam gdy jest soczysta. A tu właśnie taka jest – w pełni czuć jej smak.

 

Co do dodatków, to (pomijając oczywiście, że są świeże) jest ich w sam raz, pomidor, czy stała nie wylatują w trakcie jedzenia, ser jest właściwie wyczuwalny, a sos nie przesłania smaku mięsa, tylko go dopełnia. Podobnie z bułką. Oprócz tego jest krucha, ale nie rozlatująca się. Zasadniczo, po połknięciu każdego kęsa nie dość, że macie łechący kubki smakowe smak całego burgera, a nie jednego składnika, to jeszcze nie jesteście brudni. Dodajcie do tego ładną formę podania jedzenia i macie najlepszą burgerownię w Krakowie, gdzie cheeseburger kosztuje 19 zeta. Jedyne do czego można mieć zastrzeżenia to mało „burgerowy klimat” wewnątrz, bo to miejsce bardziej na randkę, niż szybką szamę z kolegami, ale jestem w stanie im to wybaczyć.

 

Podsumowując: musisz tam zjeść!

 

Uwaga na Burgerplatz na Placu Nowym!

burgerplatz

burgerplatz 3

 

burgerplatz 2

 

W trakcie szukania lokali, w których faktycznie warto zjeść burgera w Krakowie, trafiłem również na takie, gdzie zdecydowanie lepiej tego nie robić. I o ile stwierdziłem, że nie będę wypisywał miejsc, gdzie bułka była twarda jak kamień albo jedyną wyczuwalną nutą była cebula, o tyle uznałem, że o tym „czymś” muszę napisać, bo w życiu nie jadłem tak strasznego gówna.

 

Jeśli znajdziecie się kiedyś w pobliżu okrąglaka z zapiekankami na Placu Nowym, to jak rzeżączki unikajcie okna z napisem „Burgerplatz”. Pomijając, że syf, który tam podają wygląda jak z budy na dworcu z przemielonymi szczurami, tylko, że kosztuje dwa raz tyle, to po jego konsumpcji miałem ostrą niestrawność w środku nocy i problem z żołądkiem przez całą następną dobę. Momentalnie rozlatująca się, udająca pieczywo, wielka buła z marketu, tragiczne jakościowo dodatki i coś przypominające mięso zalane keczupem. Ohyda!

 

Podsumowując: uciekaj stamtąd!

 

***

 

To tyle w kwestii przysmaku Amerykanów, a już w następnym przewodnikowym wpisie najlepsze krakowskie lodziarnie!

[/emaillocker]