Close
Close

Skąd masz wiedzieć, że dziewczyna, z którą się spotykasz to ta właściwa?

Skip to entry content

W głowie każdego nastolatka przed 40-tką, który miał okazję już przekonać się, że język może się przydać do czegoś więcej, niż lizanie zamrażalnika od środka, a penis służy nie tylko do sikania, pojawia się pytanie. Pytanie, które brzmi: cholera, skąd mam wiedzieć, że dziewczyną, z którą się spotykam, to ta właściwa? I wypowiadając bezgłośnie „ta właściwa” ma na myśli „ta, dla której warto odinstalować Tindera, przestać sypiać ze swoją byłą, zamienić piątki z urwanym filmem, na piątki z Woodym Allenem i zacząć zbierać hajs na pierścionek”. Gdybym miał jakąś byłą, pewnie też bym się nad tym zastanawiał, mimo to, jednak wiem jak nakierować Cię na odpowiedź. Za pomocą pytań pomocniczych.

Oto krótki test, który pozwoli Ci ustalić, czy dziewczyna, z którą się spotykasz to coś poważnego, czy tylko wypełniacz czasu do kolejnej imprezy.

Czy myślisz tylko o tym, żeby się z nią przespać?

Zakładając oczywiście, że jeszcze nie miałeś okazji sprawdzić, czy ombre hair ma tylko na głowie. Jeśli zaprząta Twoje myśli również w innych pozycjach niż horyzontalna, to dobry znak. Jeśli nie, to cóż, Twoja mama będzie musiała jeszcze chwilę poczekać z pokazywaniem kompromitujących zdjęć z dzieciństwa.

Czy chce Ci się z nią w ogóle gadać?

Tu już zakładamy, że nie dość iż zdobyłeś wszystkie bazy, to zaliczyłeś home run. Czyli zaliczyłeś. Czy po ćwiczeniach z łóżkowego jiu-jitsu masz ochotę z nią rozmawiać o futuryzmie, podwodnych cywilizacjach, filozofii zen i o przewadze suszarek z dyfuzorem nad tymi bez? A nawet bardziej istotne, czy chce Ci się poruszać z nią te tematy, gdy jesteście ubrani i nie zapowiada się, żeby stan Waszego przyodziania miał się zmienić? Jeśli, któraś z odpowiedzi na te pytania jest negatywna, to raczej nie ma sensu, żebyście myśleli o szukaniu razem mieszkania.

Czy wstydzisz się jej przed znajomymi?

Robisz wszystko, żeby nie poznała Twojej ekipy? Ustawiasz się z ziomkami, tylko wtedy, gdy jest na transplantacji organów wewnętrznych, żeby mieć pewność, że nie będzie mogła przyjść? Przed urodzinami Twojego najlepszego przyjaciela rozpuszczasz jej w herbacie kontener Xanaxu i jak śniętą rybę zawijasz w kołdrę, modląc się, żeby nie obudziła się przed jutrem i nie narobiła Ci siary na imprezie? Hmm, to nie ta.

Czy ona chce Cię zmieniać?

Piłka jest krótka jak prącie noworodka, mianowicie albo bierze Cię takim jakim jesteś albo ciągle jej coś w Tobie nie pasuje i chce Cię poprawiać jakbyś był hipkiem w „The Sims”. Przy opcji numer dwa pożegnaj się z nią, wręczając jej tę grę.

Czy obracasz się za innymi laskami na ulicy?

Jeśli idziesz w zimowy ciepły dzień, typu środek sierpnia w Polsce, przez centrum swojego miasta i widząc nieprzyzwoicie długie nogi, zakończone zjawiskowo piękną buzią, niemal skręcasz sobie kark, żeby zobaczyć, czy między tymi dwoma punktami są skandalicznie krągłe pośladki, po czym odwracasz się i za kwadrans robisz to samo przy kolejnej miss deptaka, to oznacza tylko jedno. Twoja dziewczyna nie kręci Cię fizycznie tak, jakbyś tego chciał. I ciągle będziesz fantazjował o innych.

Czy spinasz się albo pajacujesz przy niej?

W zasadzie to pytanie powinno brzmieć inaczej: czy zachowujesz się przy niej naturalnie? Jeśli ciągle jej nadskakujesz jakby była Królową Elżbietą w ciele Emily Ratajkowski albo nieustannie musisz się kontrolować, żeby nie zrobić z siebie pośmiewiska jak Kaczyński mówiący, że marihuana nie jest z konopi, to nie dobrze. Jeśli nie możesz być przy niej sobą, to albo dostaniesz rozdwojenia jaźni albo ona znajdzie sobie kogoś, kto może. W obu przypadkach Wasze drogi są rozłączne.

Czy czujesz, że mógłbyś mieć z nią dziecko albo chociaż psa?

Innymi słowy, czy widzisz Was razem na osi czasu trochę dalej, niż w okolicach przyszłego weekendu? Jeśli wizja wspólnego mieszkania, przebijania się przez gąszcz jej kosmetyków w poszukiwaniu Twojego dezodorantu, rezygnowania z epickich melanży na rzecz obiadków z jej rodzicami, a przede wszystkim scena podpisywania urzędowych dokumentów, na których macie to samo nazwisko, nie przeraża Cię, to jest w porządku. Trafiony zatopiony.

Jeśli jednak zajrzałeś tu z faktyczną potrzebą znalezienia odpowiedzi na pytanie z nagłówka, to mam dla Ciebie złą wiadomość.

Gdyby to była ta właściwa dziewczyna…

…nie zastanawiałbyś się, czy to ona. Po prostu byś to wiedział i byłbyś tego pewien jak faktu, że po wtorku jest środa. Jeśli pojawiają się wątpliwości na tyle silne, że szukasz na nie odpowiedzi w internecie, to znaczy, że to nie ta. Mam nadzieję, że pomogłem.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Michał

    Wszedłem z ciekawości, pewność, że to ta już mam. Ale nie zgodzę się z punktem o oglądaniu się za innymi, to że mam Ferrari nie oznacza że nie mam ochoty przyglądnąć się mijającemu mnie Porsche :D

  • Zawsze się zastanawiam, skąd bierze się tekst: albo mnie zaakceptujesz takim jakim jestem, albo… Choć prawda, muszę przyznać, że sam tak kiedyś myślałem. Bo jestem jaki jestem i nie mam zamiaru się dla nikogo zmieniam. I wiecie co, to bullshit. Prawda jest taka, że zarówno ona cię zmienia, jak i ty zmieniasz ją. Zmieniacie się wzajemnie i tworząc parę jesteście inni, niż byliście wcześniej. Jeżeli się z tym nie zgadzacie, to albo lubicie być na nie, albo mądrości o związkach czerpiecie z amerykańskiego filmu. Kiedy to w końcu zrozumiałem i przestałem z tym walczyć, mogłem pozwolić sobie na zmianę. Była to najlepsza zmiana w moim życiu, kiedy to ona uczyniła mnie lepszym. Może nawet znacie to uczucie, że w pewnym momencie, przychodzi stagnacja w rozwoju i potrzebujecie impulsu. Pstryk i pojawia się impuls i możecie alboś płynąć z falą, albo walczyć z tym i iść pod prąd. Ja wybrałem zmianę. Naprawdę świetny tekst, z puentą, przy której aż zazdrość zżera i w duchu sobie mówię: „szkoda, że ja tego nie napisałem” – a to chyba najlepszy komplement dla autora. Jeżeli spotkasz właściwą kobietę na swojej drodze, to będziesz wiedział, że to właśnie ta. Choćbyś nawet miał nie po kolei w głowie i chciał to zagłuszyć, będziesz wiedział, że to ona. A później, to już wszystko się ułoży…

  • miśka m

    Twoje homeryckie porównania nieustannie mnie bawią. Tym razem, nawet wyjątkowo ;)

  • Pytanie, które ciągle zadaje sobie Ted Mosby :)

  • Aleksandra Muszyńska

    Dokładnie tak jest <3.

  • Dominika

    Według mnie, fakt że ktoś ma wątpliwości, co do tego, czy osoba z którą jest w związku, jest tą właściwa, nie od razu musi oznaczać, że powinien się z nią rozstać. Sama miałam takie wątpliwości na początku mojego aktualnego związku. Okazało się, że potrzebuję czasu, by zrozumieć, że jest między nami chemia. Ktoś może mieć wystarczająco kiepskie wspomnienia, albo tak niesprecyzowane wymagania, że sam nie wie czego chce. A że się zastanawiamy nad sensowanością bycia z kimś to ludzka rzecz. Nawet Whitney Houston o tym śpiewała ;) how will i know if he really loves me, na na na ;)

  • Dominika

    Mimo ze nie poszukuję odpowiedzi na pytanie z tytułu, wtargnęłam tutaj i nie żałuję! I uświadomiłam sobie jedno: muszę ogarnąć temat suszarek z dyfuzorem

    • Hahahahaha :D

      • Dominika

        Zwykle to Ty mnie rozśmieszasz swoimi tekstami ( w pozytywny sposób) a teraz udało mi się odwdzięczyć :o
        Chyba że odpisujesz „hahahaha :D” tak po prostu, żeby cokolwiek odpisać, by mi nie było głupio ;)

    • Dokładnie, wartość dodana u Janka. Wchodzę sobie przeczytać o ciekawych rzeczach w Albanii (chociaż spędziłam w niej kilka miesięcy i cośtam już chyba o niej wiem), burgerach w Krakowie (chociaż mieszkam we Wrocławiu) czy o tym, kiedy mam skasować komentarz (chociaż nie mam bloga), a tu zawsze jakaś edukacja na boku. Żyć nie umierać. Po co mi były studia, skoro mogłam czytać od początku!

      • To ja dodam jeszcze od siebie zasługi Flaya.
        Na rozmowie rekrutacyjnej today:

        – A jakie logi pani czyta?
        – Zaczęłam od StayFly i to w sumie od niego wszystko się zaczęło.
        – Chłopak świetnie pisze, potwierdzam.

        #takastuacja ;)

        • Łouł, co za sytuacja, no pięknie! Możesz zdradzić, co to za firma?

          • Sporo chętnych to ciekawa robota- kontakt z blogerami ,różne inicjatywy i propozycje marketingowe. Także szanse mam niewieli eo odzew spory, ale rozmowy zawsze czegoś nas uczą imo.
            ps. A firma to synertime :)

  • Edzia

    Wręczanie dziewczynie „Simsów” przy rozstaniu to bardzo spoko opcja. Nie dość, że będzie mogła zmieniać ich ile wlezie, to jeszcze zajmie jej to czas i nie będzie już nawet miała ochoty na wrzucanie smutnych statusów na fejsa. Czytaj: sam profit! :)

    • Producenci gry powinni pomyśleć o jakiejś zniżce dla rozstających się par!

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Gdzie zjeść burgera w Krakowie? 5 najlepszych miejsc

Skip to entry content
Kolejny wpis przewodnikowy dla osób wpadających do byłej stolicy na weekend i nowozamieszkałych, stawiających w mieście pierwsze kroki. Po tekście o tym, gdzie zjeść w Krakowie i gdzie pójść na piwo w Krakowie, pora na zestawienie najlepszych burgerowni w Grodzie Króla Kraka, które testowałem zamawiając w nich cheeseburgery. Jeśli kochasz wołowinę na równi z własną matką, a dzień bez mięsa jest dla Ciebie dniem straconym, to ten mini-ranking jest właśnie dla Ciebie.

 

Z góry uprzedzam, w związku z tym, że teraz niemal w KAŻDYM lokalu gastronomicznym w Krakowie – od budek z kebabami, przez eleganckie restauracje, po obiady domowe – można dostać burgery, pod uwagę brałem tylko miejsca specjalizujące się w tym. I druga uwaga, również nie zapuszczałem się w takie rejony jak Kurdwanów, czy Nowy Bieżanów, tylko skupiłem się na centrum. Czyli miejscach, gdzie bywam częściej niż raz na kwartał.

 

Dobra, to jak formalności mamy za sobą, to przejdźmy do meritum: gdzie zjeść burgera w Krakowie?

 

5. Boogie Truck – Skwer Judah

boogie truck

boogie truck (3)

boogie truck (2)

Przyczepa Boogie Truck, zlokalizowana na skwerku przy ulicy Świętego Wawrzyńca, to opcja na nieco mniejszy głód, bo ich cheeseburger (zresztą każdy inny też) nie ma 200 gramów wołowiny jak wszędzie, tylko 180 i ogólnie porcja jest ciut skromniejsza, niż jestem do tego przyzwyczajony. Idzie za tym również cena, bo kosztuje tylko 15 złotych.

Co do walorów smakowych, to żadne składnik nie dominuje smaku i nie jest tak, że czuć tylko cebulę, czy tylko ogórka. Wszystko dobrze się ze sobą komponuje, bułka jest właściwie miękka, a po wzięciu gryza w ustach zostaje przyjemny posmak solidnie przyprawionego mięsa. Ogólnie bardzo poprawnie i nie ma za bardzo się do czego przypieprzyć w tym aspekcie. Uwagę za to można mieć do formy wołowego krążka, a konkretnie do jego grubości, bo zdecydowanie lepiej by się jadło, gdyby mięso było cieńsze. Tak, po pierwszym ugryzieniu całość zaczyna się rozlatywać. Z minusów to Skwer Judah nie należy do najcichszych i jeśli chcecie się podelektować jedzeniem w  spokoju, to nie ma na to szans, ale na to właściciele przyczepy już nie mają wpływu.

Podsumowując: jeśli imprezujecie nocą na Kazimierzu lub jesteście w pobliżu i chcecie wrzucić coś na ząb, jak najbardziej spoko, ale jak macie jechać tu aż z Ruczaju na poważny obiad, to przejdźcie do kolejnych pozycji.

4. Streat Slow Food – ul. Kupa 10

streat slow fodd

streat slow fodd 3

streat slow fodd 2

 

Przyczepa Streat Slow Food doczekała się już swoich wyznawców, którzy przyszliby z pochodniami pod moje mieszkanie, gdyby nie znalazła się w tym zestawieniu, ale nie tylko dlatego o niej piszę. Ten foodtruck to naprawdę solidna i bardzo przystępna cenowo pozycja, w dodatku w miłym miejscu.

 

Za 16zł dostajemy, dużą, sycącą porcję smażonej, ale nie przesmażonej, wołowiny, pikli, sałaty, pomidora i sera w autorskiej bułce. Nie rozlatującej się, ale też nie twardej. Nie chcę powtarzać tego, co przy miejscu numer 5, bo jest poprawnie z plusem, więc napiszę, że w Streat Slow Food jest więcej i lepiej, a w dodatku w bardzo miłej atmosferze na leżaczku, bez tłoku i pośpiechu. Jedyny minus, który zaobserwowałem przy tej burgerowni, to mało wyczuwalny ser. Ale od tego się nie umiera.

 

Podsumowując: świeże powietrze, świeże jedzenie, świeża cena.

 

3. Corner burger – ul. Dajwór 25

corner burger

corner burger (3)

corner burger (2)

 

Corner Burger to miejsce, które darzę szczególnym sentymentem, bo przez długi czas pracowałem w biurze nieopodal i moim piątkowym rytuałem było wstąpieniem tam na Bossa – burgera z bekonem i pieczarkami. Który wciąż jest moim ulubionym i ślinianki na języku zaczynają szybciej pracować, gdy o nim myślę. We wszystkich lokalach, które testowałem na potrzeby tego zestawienia, również w tych, które się do niego nie załapały, zamawiałem cheeseburgery, żeby sensownie móc je porównać. W Cornerze co prawda nie ma takiej pozycji w menu, ale do classica można dołożyć ser, co w sumie wychodzi 19 zł. Za zdecydowanie niegłodową porcję.
Co do wrażeń organoleptycznych, to, jak wcześniej, ani bułka nie dominuje smaku, ani żaden inny składnik, a wszystko w burgerze harmonijnie ze sobą współgra, łechcąc podniebienie. Smak jest wyrazisty i trudno go pomylić z jakimś innym, za co uznania dla sosu, który nie jest w burgerze tylko po to, żeby być, ale dobrze podkreśla mięso. Przyczepić się mogę tylko do bułki, która jest odrobinę za bardzo napompowana, co w połączeniu z nieoklapłą sałata powoduje, że całość jest dość gruba i trudno ją zmieścić w ustach. To jednak marginalna kwestia.

 

Na pozytywną uwagę z kolei zasługuje wnętrze ozdobione wizerunkami Vincenta Vegi i Julesa Winnfielda z „Pulp Fiction”. Jeśli miałbym się zastanowić no kogo chciałbym patrzeć jedząc burgera, to właśnie na nich. Również jedzących burgery.

 

Podsumowując: naprawdę dobry burger, całkiem spoko lokal.

 

2. Antler Poutin&Burger – ul. Gołębia 10

antler putin burger (3)

antler putin burger (1)

antler putin burger (2)

 

Zlokalizowane w samym centrum Krakowa, bo na ulicy Gołębiej, na której „twój płaszcz zaczepił mnie”, jak śpiewał Artur Rojek, bardzo niepozorne miejsce. Antler Poutin&Burger ani nie jest duże, ani popularne, a burgery robią bardzo pierwsza klasa w bardzo przyzwoitej cenie. Za niemałego cziza w lokalu między plantami, a Sukiennicami zapłacimy 17 zeta.

 

Pierwsze co wyróżnia to miejsce, to że naprawdę nie czeka się długo na jedzenie. Drugie, że mają wyjątkowo miękką bułkę, która się nie rozpada, a trzecie, że dają idealną ilość składników. W Antlerze jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby jakiś ogórek albo pomidor gdzieś wyleciał albo żeby coś zaczęło się rozlatywać i byłbym zmuszony do uprawiania dłońmi i jamą ustną ekwilibrystki modląc się, aby burger trafił do mojej buzi, a nie na spodnie i koszulkę. A poza tym, kompozycja burgera na poziomie dobrej opery i bardzo dobrze doprawione, bez wysiłku wyczuwalne i nie przesmażone mięso. Pycha!

 

Podsumowując: bardzo pierwsza klasa z małym minusem za lokal.

 

1. Moo Moo Steak & Burger Club – ul. Świętego Krzyża 15

moo moo burger

moo moo burger (2)

 

moo moo burger 3
Czas na wielki finał! Gdy ktoś pyta mnie, gdzie zjeść naprawdę, ale to naprawdę dobrego burgera w Krakowie, odpowiadam mu: w Moo Moo! I tytułowa pozycja, czyli Moo Moo Burger z gruszką, camembertem i karmelizowaną cebula, to nie w przenosi, a dosłownie orgazm dla podniebienia!

 

Nie wiem od czego zacząć opisując szamę w tym miejscu, bo każdy jej aspekt jest palce lizać, ale zacznijmy od mięsa, bo w końcu to ono jest najważniejsze. Krówka w Moo Moo jest wyjątkowo dobrej jakości i jest idealnie wysmażona – po wzięciu gryza śordek nie jest cały brązowy, tylko widać czerwień. Wiem, że jest wiele osób, które lubią wołowinę zesmażoną na wiór, ale ja jestem po drugiej stronie barykady i uwielbiam gdy jest soczysta. A tu właśnie taka jest – w pełni czuć jej smak.

 

Co do dodatków, to (pomijając oczywiście, że są świeże) jest ich w sam raz, pomidor, czy stała nie wylatują w trakcie jedzenia, ser jest właściwie wyczuwalny, a sos nie przesłania smaku mięsa, tylko go dopełnia. Podobnie z bułką. Oprócz tego jest krucha, ale nie rozlatująca się. Zasadniczo, po połknięciu każdego kęsa nie dość, że macie łechący kubki smakowe smak całego burgera, a nie jednego składnika, to jeszcze nie jesteście brudni. Dodajcie do tego ładną formę podania jedzenia i macie najlepszą burgerownię w Krakowie, gdzie cheeseburger kosztuje 19 zeta. Jedyne do czego można mieć zastrzeżenia to mało „burgerowy klimat” wewnątrz, bo to miejsce bardziej na randkę, niż szybką szamę z kolegami, ale jestem w stanie im to wybaczyć.

 

Podsumowując: musisz tam zjeść!

 

Uwaga na Burgerplatz na Placu Nowym!

burgerplatz

burgerplatz 3

 

burgerplatz 2

 

W trakcie szukania lokali, w których faktycznie warto zjeść burgera w Krakowie, trafiłem również na takie, gdzie zdecydowanie lepiej tego nie robić. I o ile stwierdziłem, że nie będę wypisywał miejsc, gdzie bułka była twarda jak kamień albo jedyną wyczuwalną nutą była cebula, o tyle uznałem, że o tym „czymś” muszę napisać, bo w życiu nie jadłem tak strasznego gówna.

 

Jeśli znajdziecie się kiedyś w pobliżu okrąglaka z zapiekankami na Placu Nowym, to jak rzeżączki unikajcie okna z napisem „Burgerplatz”. Pomijając, że syf, który tam podają wygląda jak z budy na dworcu z przemielonymi szczurami, tylko, że kosztuje dwa raz tyle, to po jego konsumpcji miałem ostrą niestrawność w środku nocy i problem z żołądkiem przez całą następną dobę. Momentalnie rozlatująca się, udająca pieczywo, wielka buła z marketu, tragiczne jakościowo dodatki i coś przypominające mięso zalane keczupem. Ohyda!

 

Podsumowując: uciekaj stamtąd!

 

***

 

To tyle w kwestii przysmaku Amerykanów, a już w następnym przewodnikowym wpisie najlepsze krakowskie lodziarnie!
---> SKOMENTUJ

Moje pierwsze 7 prac – #myfirst7jobs

Skip to entry content

W tym tygodniu w mediach społecznościowych trenduje hasztag #myfirst7jobs, pod którym ludzie opisują pierwsze zajęcia wykonywane w celu przytulenia trochę grosza. Dzięki czemu możemy poznać początki i drogę jaką przeszły osoby obecnie popularne w internecie bądź z sukcesami tworzące biznes. I tak, dowiedziałem się, że Tomasz Brzostowski, założyciel Browaru Brodacz, zaczynał od pracy na budowie wieku 13 lat, Agnieszka Oleszczuk-Widawska, polska startupowa królowa, pierwsze pieniądze zarabiała jako hostessa przy stoisku z mrożonkami, a Łukasz Kielban z Czasu Gentelmenów mył okna w sklepie.

Jak zazwyczaj jestem dystansowany do wszelkich mód i ewentualnie przekonuję się do nich po czasie, tak ta moda na pokazywanie swoich finansowo-zawodowych początków z miejsca do mnie trafiła i od razu uznałem ją za świetny pomysł. Dlatego, postanowiłem podzielić się z Wami moimi pierwszymi zarobkowymi zajęciami, wraz z nieco szerszym opisem, jak to wyglądało i co tam się działo.

Oto moje pierwsze 7 prac.

1. Zbieranie złomu

Może nazwanie pracą monitorowania lokalnych śmietników w poszukiwaniu porzuconych pralek czy lodówek, to określenie mocno na wyrost, nie mniej, jako nastolatek tak właśnie robiłem z kolegami. Żeby mieć na zachcianki typu kino, kebab na mieście, czy nowa płyta muzyczna, często musieliśmy sami organizować pieniądze, a że na legalną pracę byliśmy za młodzi i i tak nie mielibyśmy jej jak podjąć, bo chodziliśmy do szkoły, szukaliśmy innych sposobów. I czatowaliśmy, aż ktoś wyrzuci jakiś sprzęt AGD, który będzie można sprzedać na skupie złomu.

2. Roznoszenie ulotek po blokach

To też okolice końca gimnazjum. W tamtych czasach chyba nie było chłopaka, który nie zahaczyłby się o ten typ zajęcia, taki osiedlowy standard. Cały karton ulotek był ciężki jak cholera, wchodzenie na ostatnie piętro w klatkach, w których nie było windy męczyło jeszcze bardziej, ludzie, całkiem słusznie, mieli do Ciebie wonty, że robisz syf, a pieniądze były z tego prawie żadne. Ale jakieś tam były, a w 2004 trudno było zostać zasięgowym youtuberem, bo portal ten jeszcze nawet nie istniał.

3. Bycie chłopcem na posyłki w fabryce

Mama załatwiła mi pracę na hali produkcyjnej, w zakładzie pracy, w którym sama pracowała, co z jednej strony było spoko, bo mogliśmy razem dojeżdżać i wracać, ale z drugiej czułem się bardziej spięty, bo wiedziałem, że jeśli dam ciała, a nie daj boże dam ciała spektakularnie, to odbije się to na niej. Na szczęście z bieganiem po hali ze skrzynką na narzędzia i szmatami do wycierania smaru z maszyn, radziłem sobie całkiem nieźle, więc miesięczna misja zakończyła się sukcesem. A za zarobione 700 złotych, co w tedy wydawało mi się kwotą nie do rozpuszczenia, mogłem kupić sobie wymarzone szerokie spodnie marki Moro, „Muzykę Poważną” Pezeta i pojechać na wakacje do Wisły ze znajomymi.

4. Sklejanie pojemników na lampy

Przez kolejne 2 lata w wakacje również pracowałem w tej samej fabryce, co moja mama, tyle, że już nie na hali, a w warsztacie. Przy sklejaniu plastikowych pojemników na lampy produkowane w tym zakładzie. Nie było w tym jakiejś wyjątkowej filozofii, po prostu łatałem dziury powstałe w wyniku eksploatacji w kontenerach. Prosta, monotonna jak cholera, powtarzalna czynność, wykonywana w akompaniamencie „kurew” rzucanych przez współpracowników. Mimo to, jednak bardzo motywująca. Po spędzeniu kilku miesięcy w otoczeniu ludzi, którzy nie lubili swojej pracy, a każdy dzień niebędący weekendem traktowali jak karę, wiedziałem, że szybko muszę zrobić coś ze swoim życiem, by nie skończyć w takim miejscu będąc dorosłym.

5. Pracownik fizyczny w Castoramie

Byliśmy po maturze i żeby mieć za co imprezować przez 4 miesiące, aż do startu studiów, kolejny raz zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek pracy. Trafiło na nocki w Castoramie, w trakcie których wykonywaliśmy zadania z zakresu szumnie zatytułowanego visual merchandisingu, czyli po prostu rozkładaliśmy produkty po sklepie, tak, by ładnie się prezentowały. Kasa, jak na warunki i godziny pracy, była gówniana – 4,5zł na godzinę – a przez to, że agencja pośrednicząca kręciła ostre wałki, dostaliśmy ją dopiero we wrześniu.

6. Sprzedawanie gazet nad morzem

W związku z tym, że w trakcie tych najdłuższych wakacji w życiu chciałem choć na chwilę gdzieś wyjechać, a nie było za co przez niesportową zagrywkę z poprzedniego akapitu, zacząłem kombinować jak to zrobić bez angażowania gotówki. I w międzyczasie moja mama w Wyborczej znalazła ofertę sprzedawania gazet na plaży w Niechorzu. Brzmiało jak idealna fucha na sierpień, więc długo się nie zastanawiając, podpisałem co trzeba, wsiadłem w pociąg i pojechałem. Na miejscu zastałem mikro-kemping o powierzchni 20m2, w którym mieszkaliśmy w trójkę, i pracę 6 dni w tygodniu polegającą na zasuwaniu po piachu w pełnym skwarze z plecakiem wypchanym po brzegi gazetami, ale wtedy dla mnie była to praca marzeń. Morze, ludzie, przygody, idealny pretekst by zagadać do każdej dziewczyny i hajs na zabawę.

Do dziś wspominam ten okres z wypiekami na twarzy, radością w oczach i szybszym biciem serca, o czym szerzej pisałem w tekście „Życie jest spoko”.

7. Akwizytor

Pukając do drzwi przypadkowych ludzi i proponując im przeniesienie abonamentu z TPSA do Dialogu, oczywiście uważałem się za przedstawiciela handlowego tej drugiej firmy, ale dziś tego zajęcia tak nie nazwę, by nie obrazić wszystkich osób, które faktycznie są przedstawicielami handlowym z prawdziwego zdarzenia. Bycie teledomokrążcą było moją pierwszą pracą w Krakowie, którą dostałem nawet bez składania CV i zacząłem wykonywać na drugi dzień po przyjeździe, więc możecie sobie wyobrazić jak poważna była to posada. Nie mniej, dzięki niej na samym starcie całkiem nieźle poznałem miasto, jego rytm i sposób poruszania się po nim, bo akwizycję prowadziliśmy w większości dzielnic.

***

Tak wyglądało moje pierwsze 7 prac. Każda z nich coś wniosła do mojego życia i nawet jeśli był to przykry i bolesny wkład, to w jakimś stopniu mnie ukształtował, dając temat do przemyśleń i pokazując jak nie chciałbym, żeby moje życie wyglądało. Chętnie dowiem się jak początek zarabiania pieniędzy wyglądał u Was, więc jeśli macie ochotę podzielić się swoimi #myfisrt7jobs, to dawajcie do komentarzy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Philippe_
---> SKOMENTUJ