Close
Close

Sytuacje, w których warto mówić wprost

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką tołpa

Wiele osób, nawet poproszonych o wyrażenie swojej subiektywnej opinii, ma problem z mówieniem wprost, postrzegając to jako sposób na sprawienie komuś przykrości. Jakoś tak się przyjęło, że bezpośrednie odmawianie komuś, przekazywanie jednoznacznie krytycznych uwag, bądź wypowiadanie się w niezawoalowany sposób nie po myśli drugiej strony, to coś złego. Oczywiście osobiście, w kontakcie jeden na jeden. Bo w internecie, w komunikacji jeden do wielu, sprawa wygląda już nieco inaczej.

Czy faktycznie mówienie wprost, to działanie, którym można zrobić komuś krzywdę? Uważam, że wręcz przeciwnie, a oto kilka sytuacji, które to potwierdzają.

Praca

Z pracy zostałem zwolniony jeden jedyny raz w życiu. Dokładnie 8 lat temu, na samym początku życia w Krakowie, gdy łapałem się każdego zajęcia, byleby tylko zdobyć pieniądze na opłacenie połowy pokoju w obskurnej kamienicy. Zawód, który wówczas wykonywałem, był połączeniem akrobatyki z księgowością i elementami aktorstwa. Chodzi oczywiście o bycie kelnerem. Biorąc pod uwagę, że moje miejsce pracy nie było ani Wierzynkiem, ani restauracją w Hotelu Starym, tylko sieciową pizzerią w Galerii Krakowskiej, wydawało mi się, że moje umiejętności są wystarczające, aby zapisać na kartce zamówienie, a później przynieść talerz. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że nie i po tygodniu zostałem zwolniony.

Zastanawiacie się dlaczego? Ja też, jednak po usilnych prośbach o podanie powodu, usłyszałem, że „nie pasuję do zespołu”.

Z takim argumentem trudno polemizować, a jeszcze trudniej wyciągnąć z niego jakąś lekcję. Wydawało mi się, że współpracownicy mnie lubią, nikt nigdy nie zrobił mi kocówy w szatni i też nie byliśmy grupą naukowców wysłaną w kosmos w celu kolonizacji nowych planet, tylko osobami podającymi pizzę, więc kompletnie nie wiedziałem, o co tak naprawdę mogło chodzić. Gdybym usłyszał, że powodem było notoryczne mylenie zamówień, nieposkromiona niezdarność, przejawiający się wystającą słomą z butów totalny brak kultury, albo chociaż seks na zapleczu z narzeczoną menadżera w trakcie godzin pracy, mógłbym to poprawić. Albo chociaż wyciągnąć z tego naukę na przyszłość. Gdy jednak zostałem zbyty mało wyrafinowaną ściemą, nie przyniosło to pożytku żadnej ze stron.

W późniejszej pracy – czy to w biurze nieruchomości, czy w portalu internetowym, czy w agencji reklamowej – gdy słyszałem zachowawcze i nieinwazyjne „wiesz, ten tekst, który mi podesłałeś mógłby być lepszy”, zawsze prosiłem o krytykę wprost, co konkretnie jest źle lub czy może całość jest beznadziejna, a jeśli tak to dlaczego. Tylko w taki sposób mogłem faktycznie poprawić to, nad czym pracowałem, a druga osoba być z tego zadowolona. Inaczej błądziłbym po omacku i oboje tracilibyśmy czas.

Związek

– Jesteś zła?
– Nie.
– O co ci chodzi?
– O nic.
– To czemu zachowujesz się jakbyś była obrażona?
– Domyśl się.

Gdyby faceci dostawali dychę za każdym razem kiedy słyszą od kobiet „nic” lub „domyśl” się, mogliby przestać chodzić do pracy. Z kolei, gdyby kobiety dostawały stówę za każdym razem, gdy faceci naburmuszają się i gapią w ekran, zamiast jakkolwiek zwerbalizować to, co siedzi im w głowie, w ogóle nie musiałyby rozpoczynać kariery zawodowej. Umiejętność mówienia wprost o swoich emocjach i potrzebach to podstawa zdrowego związku, mimo to wiele osób jej nie posiada lub nie chce używać, wymagając od partnera aby był jasnowidzem. Nie chcę nikogo martwić, ale do Wyroczni Delfickiej jest jednak kawałek, Maciej Wróżbita też jest tylko jeden, a wróżenie z fusów też jest mocno zawodne, więc postawiłbym jednak na rozmowę. Otwartą rozmowę. Czyli bez zdań w postaci monosylab.

W końcu jak macie być szczęśliwi, skoro nie powiecie sobie wprost, czego Wam do tego szczęścia potrzeba?

Sprawy domowe

Kto kiedykolwiek mieszkał ze współlokatorami, ten wie jak irytuje zlew zawalony brudnymi naczyniami, worki ze śmieciami piętrzące się pod drzwiami, czy włosy zapychające odpływ pod prysznicem. Z kolei osoby, które doprowadzają do takich sytuacji często kompletnie nie zdają sobie z tego sprawy, dopóki im się o tym nie powie. I to nie za pomocą aluzji godnych asów dyplomacji, czy metafor na miarę mistrzów retoryki, bo te, w takich przypadkach, niestety nie działają. Jeśli zachowanie osoby, z którą mieszkasz doprowadza Cię do szału, niezależnie, czy to kwestia sprzątania, niegaszenia światła, czy stosunków płciowych o natężeniu dźwięku przekraczającym Twoją granicę komfortu, to najprościej będzie jej powiedzieć o tym.

Komunikowanie się z drugim człowiekiem w sytuacji konfliktowej zawsze jest lepsze, niż jego brak, a w 95% tego typu przypadków, samo poinformowanie o problemie wystarcza aby go rozwiązać.

Seks

Jedyny szczyt jaki jesteś w stanie osiągnąć ze swoim partnerem to Giewont? Z uniesień zostało Ci już tylko uniesienie brwi? Łóżko kojarzy Ci się jedynie ze snem, bo to, co tam robicie bardziej Cię usypia niż podnieca? Zamiast gry wstępnej wolałbyś już pograć w Pokemony? Pod kołdrą jesteście jak dwie równoległe, które nigdy się nie przetną? Nie wiesz po cholerę Wam ta kołdra? Warto o tym porozmawiać nazywając rzeczy po imieniu, bo ze zmowy milczenia jeszcze żaden seks dekady nie wyszedł.

Twórczość

Kiedy zaczynałem zabawę słowem, pierwsze teksty dawałem do oceny przyjaciołom i zaufanym znajomym, żeby powiedzieli mi, co o tym myślą. Wolałem od nich usłyszeć, czy da się to czytać, czy raczej oczy krwawią od gwałtu na języku polskim, niż bez takiego sygnału ostrzegawczego wystawić się na publiczną ocenę i spalić w ogniu krytyki obcych osób. Jeśli byłbym przekonany, że jestem reinkarnacją Barry’ego White, a w rzeczywistości wyłbym jak Enrique Iglesias bez playbacku, to oczekiwałbym, że przyjaciele powiedzą mi o tym, a nie będą udawać, że mam złoty głos, byleby tylko mnie nie urazić, wprowadzając tym samym w błąd. I ładując na minę.

Marki

Od dawna mamy na rynku więcej produktów niż potrzebujemy, dlatego od jakiegoś czasu nie kupujemy butów, telefonu, czy kawy samej w sobie, tylko emocje jakie wzbudza w nas dana rzecz. A raczej jej logo. Ucieczka od tego jest raczej niemożliwa i też nie wiem, czy konieczna, bo cały sęk w tym, by robić to świadomie. Świadomie wybierać produkty i dokonywać zakupów. Trudno jednak to zrobić w momencie, gdy nie wiemy do czego dana rzecz tak naprawdę jest i po co, z użytecznego punktu widzenia, mielibyśmy ją w ogóle kupować.

„Po co?”, „o co cho?” i „dlaczego?” pytam się sam siebie, widząc większość męskich kosmetyków, a czytając ich opisy, czuję się jak stereotypowa kobieta w jeszcze bardziej stereotypowej komedii, gdy mąż robi do niej podchody w nadziei na kopulację. Dostaję migreny. Dlatego autentycznie cieszę się, że jest taka marka jak tołpa, która stoi po drugiej stronie barykady, wprost informując na co i dla kogo jest dany krem, bez specjalnego owijania w bawełnę. Ich produkty mają prosty, czytelny dizajn, jasne, przejrzyste etykiety i jednoznaczne, niewymagające doktoratu z zakresu dermatologii, opisy. I to naprawdę zajebiście ułatwia sprawę.

…nasze kosmetyki i ich opisy są dla mężczyzn. A nie odwrotnie. Dla mężczyzn, którzy używają słowa „metro”, gdy mają na myśli środek komunikacji w dużym mieście. I tyle. Którzy chcą myśleć o sobie jako „nowoczesnych, dobrze wyglądających facetach”. I myślą.

To fragment z oficjalnej strony z zakładki mówiącej „dla kogo jesteśmy?”. Chciałbym, żeby każda marka była w stanie tak bezpośrednio odpowiedzieć na to pytanie.

Konkurs – 30 zestawów kosmetyków!

…ktoś mógłby powiedzieć, że wygląd zewnętrzny nie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Ale my uważamy, że to, jak czujemy się każdego dnia, wpływa na całe nasze życie. Zadowolenie to suma drobnych, ale przemyślanych decyzji.

my to nazywamy małą wielką pielęgnacją.

To z kolei fragment manifestu tołpy, pod którym mógłbym się podpisać obiema rękami, gdybym tylko posiadał taką moc w lewej dłoni. Jeśli również zgadzacie się z tym mottem, to jest opcja, że zgodzicie się jeszcze mocniej, jeśli przekonacie się czym jest „mała wielka pielęgnacja” na własnej skórze. Mówiąc dosłownie. tołpa ma dla Was 30 zestawów swoich kosmetyków z linii green, każdy o wartości 120zł, które możecie zgarnąć w konkursie. Co trzeba zrobić?

green nawilzanie oczyszczanie men

Zadanie jest banalnie proste, wystarczy, że podacie swój przykład życiowej sytuacji, w której warto mówić wprost, wraz z krótkim uzasadnieniem, dlaczego.

Swoje odpowiedzi możecie zamieszczać w komentarzach pod tym tekstem albo w komentarzach na Fejsie, gdzie Wam wygodniej. Czas na wpisanie komentarza ze swoją propozycją (co jest równoznaczne z akceptacją regulaminu) i zgarnięcie zestawu macie do 11.08. do godziny 23:59. Następnego dnia, w tym tekście, pojawią się wyniki zabawy, a zwycięzców wybiorę oczywiście na podstawie swojego widzimisię, aczkolwiek jak zwykle najwyżej punktowana będzie kreatywność i humor. W międzyczasie możecie zajrzeć na stronę tołpa:off, gdzie znajdziecie sporo inspiracji odnośnie wyłączania się z dzikiego pędu i wrzucania na luz.

To jak, w jakich jeszcze sytuacjach warto mówić wprost?

autorem zdjęcia w nagłówku jest Toms Baugis
(niżej jest kolejny tekst)

99
Dodaj komentarz

avatar
84 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
88 Comment authors
Jan FavreAleksandraAnna BialekDariaAdrian Wrona Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Konrad
Gość

We wszystkich sytuacjach. Poza tymi, w których nie warto, oczywiście.

Paweł Szostak
Gość
Paweł Szostak

Ned Stark mówił wprost. We wszystkich sytuacjach. Nie muszę chyba mówić jak skończył Ned Stark?

Anna
Gość
Anna

W sprawach jedzenia i wyboru knajpy!

Na wszelakiej maści spotkaniach towarzyskich nic mnie tak nie irytuje jak ciągłe niedecydowanie lub brak propozycji od drugiej strony gdy czekam na zawarcie jedzeniowego kompromisu.

No chyba, że ktoś z ochotą na soczystego burgera woli wylądować na gofrach z porzeczkami.

Bacha_we_mgle
Gość
Bacha_we_mgle

Warto mówić wprost, kiedy widzimy, że komuś element garderoby odsłania więcej niż jest w założeniu – sytuacja z mojego życia (z tej jego części gdy jeszcze studiowałam, czyli parę lat temu): chłodne listopadowe popołudnie, pędzę na zajęcia na uniwerku. Z racji że to jeszcze względnie początek roku akademickiego i jestem pełna zapału do wszystkiego, to i się ładnie ubrałam – obcasik, rozsądna spódniczka, torba zwisająca niby-to-niedbale z ramienia… Ktoś mnie w ramię szturcha delikatnie – w głowie przegląd scen z filmów, w których to płomienny romans rozpoczął się od zaczepki na ulicy – „Ja bardzo przepraszam, ale spódniczka się pani… Czytaj więcej »

Karolina Urbaniak
Gość

Takiemu delikwentowi co się uczepił i chodzi tak za Tobą dopytując się o coś przez całą imprezę, a potem przez cały kolejny tydzień i nawet i miesiąc. Chodzi i pyta kiedy się dasz zaprosić gdzieś. Stalkuje na fejsie, a jak go blokujesz to zakłada nowe konto. Pisze, wysyła buziaczki i wciąż pyta, kiedy ta obiecana randka. Wtedy warto powiedzieć wprost, że się nie dasz zaprosić. Warto, bo wciąż zbywając go, że dziś nie masz czasu będzie się miało takiego delikwenta na głowie najbliższe miesiące. Więc warto po prostu powiedzieć, że czasu nie będzie nigdy. I dla niego i dla Ciebie… Czytaj więcej »

Monika S.
Gość
Monika S.

Takiemu to i mówienie wprost nie zawsze pomaga.

Karolina Urbaniak
Gość

Fakt, ale jednak jest lepszą metodą niż ciągłe zwodzenie i mówienie, że „w tym tygodniu się nie spotkamy, ale może w przyszłym, no ale jeszcze Ci napiszę bo nie wiem” :D

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jak naprawdę było na Światowych Dniach Młodzieży?

Skip to entry content

Powiedzieć, że jestem zdystansowany do religii, to jak II wojnę światową nazwać nieporozumieniem kilku narodów. Równie ciepłe uczucia żywię do większości polskich księży, nie wzdrygając się, gdy słyszę określenie „czarna mafia”. Biorąc pod uwagę powyższe i nagonkę jaką media zrobiły zapowiadając Światowe Dni Młodzieży, szerząc tym samym popłoch, byłem bardzo negatywnie nastawiony do tego wydarzenia i (tak jak większość mieszkańców Krakowa) przymierzałem się od ucieczki na czas trwania kościelnego spędu. Summa summarum na wakacje poleciałem jednak tydzień wcześniej i okazało się, że będę na miejscu przez cały okres trwania imprezy, więc stwierdziłem, że schowam instynkt samozachowawczy do kieszeni i zrelacjonuję Wam tę szumnie zapowiadaną apokalipsę wchodząc w sam jej środek.

Jak naprawdę wyglądały Światowe Dni Młodzieży? Czy faktycznie był to koniec świata? Czy Kraków został zdewastowany jak Warszawa w trakcie wojny? I najważniejsze, czy pomnik Adama Mickiewicza na płycie Rynku Głównego został zastąpiony pomnikiem Stanisława Dziwisza? Zapraszam do lektury.

Czy miasto było totalnie sparaliżowane?

Światowe Dni Młodzieży

Wszyscy spodziewali się kompletnej blokady ulic i uniemożliwienia poruszania się komunikacją miejską, przez co wracając do Krakowa z lotniska w Pyrzowicach myślałem, że nie będę w stanie nawet wjechać do miasta. W rzeczywistości wjazd i wyjazd z Krakowa odbywał się nie tyle bez większych, co w ogóle bez, problemów, a jedyne faktyczne utrudnienia w ruchu drogowym były w okolicach Błoń, gdzie miała miejsce główna część imprezy i na starym mieście, gdzie były koncerty. Dla osób, które jadąc do pracy musiały przebić się przez Aleje Trzech Wieszczy, Straszewskiego, Zwierzyniecką, Focha, czy Kościuszki, było to z pewnością irytujące (no chyba, że jechały na rowerze, to zero zmartwień), jednak w pozostałych częściach miasta na ulicach był totalny luz i poruszano się po nich sprawniej, niż w „normalne” dni.

Tak było poza niedzielą. W niedzielę ulewa, wybrzuszenie się szyny na Basztowej i dzika ilość pielgrzymów chcąca wydostać się z Krakowa rzeczywiście niemal sparaliżowała miasto. Choć i tak nie było takiej tragedii jak w Kostrzynie nad Odrą w ostatni dzień Woodstocku.

Zero spokoju, ciągła wrzawa?

Światowe Dni Młodzieży 1

Jeśli ktoś mieszka w okolicach Rynku Głównego, czy Błoń, to hałas związany z modłami uczestników mógł go wkurzać. Tyle, że jeśli ktoś mieszka w okolicach Rynku Głównego, czy Błoń, nie powinien wyjątkowo oburzać się na Światowe Dni Młodzieży, bo w tych rejonach zawsze się coś dzieje. Takie uroki posiada lokum w środku turystyczno-imprezowego miasta. Poza ścisłym centrum jedyne nietypowe dźwięki jakie dało się zaobserwować, to śmigła helikopterów i sygnały karetek, w częstotliwości średnio raz na godzinę, ale głównie w ciągu dnia. Nic co by było w stanie realnie utrudniać „normalne” funkcjonowanie.

Czy Toitoie zniszczyły wizerunek miasta?

Światowe Dni Młodzieży 2

Biorąc pod uwagę, że są rozmieszczone średnio co kilometr i wyglądają tak jak wyglądają, to nie wpływają wyjątkowo pozytywnie na estetykę miasta, ale nie jest też tak, że go doszczętnie szpecą. Przypał na poziomie plakatów wyborczych, a przynajmniej można się wysikać.

Czy Kraków zamienił się w miasto policyjne?

Światowe Dni Młodzieży 3

Służb porządkowych na ulicach było całkiem sporo i to nie tylko policjantów i strażaków miejskich, ale i żołnierzy. Mimo wszystko nie dawali się we znaki bardziej niż zwykle i skupiali się na tym co potrafią najlepiej, czyli na sprawianiu wrażenia, że panują nad sytuacją.

Czy Kraków zamienił się w miasto kościelne?

Światowe Dni Młodzieży 4

Biorąc pod uwagę ile w byłej stolicy przypada kościołów na metr kwadratowy, to nie wiem, czy mogłaby być jeszcze bardziej kościelna niż jest na co dzień. Jeśli jednak chodzi o obowiązek żegnania się przed przejściem przez ulicę, czy odmawianie zdrowaśki po każdej bani, to nic takiego nie miało miejsca. W mieście nie została wprowadzona prohibicja, a strony startowe w przeglądarkach nie pozmieniały się automatycznie ani na Deon, ani na Opokę, a tym bardziej na Frondę. Ba, nawet za współżycie przedmałżeńskie nie zaczęto zamykać ludzi w więzieniach.

Czy pielgrzymi przyjechali tylko się nachlać?

Światowe Dni Młodzieży 5

Po opowieściach na temat tego, co się dzieje na pielgrzymkach do Częstochowy, dopuszczałem możliwość, że ci wszyscy ludzie pod przykrywką modłów zebrali się tylko po to, żeby walić dynks i wstrzykiwać marihunaen dla niepoznaki zwane Marią. Niestety, pielgrzymi rozczarowali mnie jak długo wyczekiwany pierwszy stosunek płciowy i ani razu nie widziałem, żeby przeprowadzali jakąś libację alkoholową, czy spali w rowie. Albo zażywali jakiś mocniejszy narkotyk, niż ciało Chrystusa. Nawet na koncertach bawili się bez używek. Nie wiem, czy krakowski smog ich tak porobił, ale wszystko wskazuje na to, że te kilkaset tysięcy ludzi z najdalszych zakątków globu naprawdę przyjechało w związku z wiarą, a nie okazją do melanżu po bandzie.

Imponujące.

To jak było naprawdę?

Światowe Dni Młodzieży 6

Tak naprawdę, to było zajebiście! Serio!

Kraków na co dzień zdecydowanie nie jest wymarłą noclegownią, ale przez ten tydzień jeszcze bardziej tętnił życiem i pozytywną energią, wszędzie było widać uśmiechniętych ludzi każdej rasy, wieku i wzrostu w kolorowych pelerynach i ten nastrój udzielał się innym. Podchodziłem do Światowych Dni Młodzieży spodziewając się najgorszego, wizualizując bombardowanie, zamach albo przynajmniej wzajemne zadeptywanie się przez wybuch paniki w tłumie, ale żadna z tych rzeczy na szczęście nie miała miejsca. Nawet tak ostentacyjne manifestowanie katolicyzmu, do którego jestem tak negatywnie nastawiony, nie wyprowadzało mnie z równowagi.

Powiem więcej, widząc rozśpiewanych, wesołych, serdecznych pielgrzymów, sam czułem się lepiej i miałem więcej siły do działania. A zdając sobie sprawę z tego, że część z nich przyleciała tu z takich końców świata jak choćby Wybrzeże Kości Słoniowej, czy z terenów opanowanych przez wojnę, czułem się mocno zmotywowany do nieopieprzania się przy realizacji swoich celów.

Żeby nie było, że to jakiś palec boży mnie dotknął, czy coś. Po prostu, mając dookoła siebie rozentuzjazmowanych, szczęśliwych ludzi, sam zaczynasz się tak czuć.

Druga sprawa, że papież Franciszek jest bardzo w porządku gościem i z wieloma rzeczami, o których mówił w swoich wystąpieniach w pełni mogę się zgodzić. Na przykład z tym, że młodzi ludzie zachowują się jak emeryci i zamiast żyć życiem są wycofani i zblokowani, a jedyny moment, gdy doświadczają czegoś więcej, to chwila, gdy biorą używki. Poza tym, trudno nie lubić gościa, który na swój występ przed ponad półmilionowym tłumem wjeżdża tramwajem.

Przez ten tydzień czułem się jak na festiwalu muzycznym, tylko bez spożywania alkoholu i spania w namiocie. Było bardzo pierwsza klasa i nie miałbym nic przeciwko, gdyby takie Światowe Dni Młodzieży odbywały się w Krakowie co rok.

Co spakować jadąc na wakacje za granicę?

Skip to entry content

Zawsze, gdy jestem przed kolejną podróżą i zastanawiam się, co spakować jadąc na wakacje za granicę, wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest banalna. Po czym docieram na miejsce i okazuje się, że jak zwykle czegoś zapomniałem. Czegoś oczywistego, co w danym momencie bardzo by mi się przydało. Tak bardzo jak kąpielówki na basenie. Nie wchodząc już w kompromitujące szczegóły z moich wycieczek, pomyślałem, że zrobię taką listę z punktami do odhaczenia rzeczy, które warto ze sobą zabrać.

Lecąc na tygodniowe wakacje warto spakować…

0. Siedem par koszulek, siedem par skarpetek, siedem par bokserek – ja wiem, że wszyscy wiedzą, ale kto nie zapomniał choć raz? Tylko ja? Dobra, to niech będzie, że punkt 0 jest tylko dla mnie.

1. Dowód i paszport – czemu aż dwa dokumenty? Teoretycznie do większości europejskich państw możesz dostać się na sam dowód tożsamości, ale kto wie, czy w trakcie opalania się w bułgarskim Słonecznym Brzegu nie poniesie Cię do tureckiego Stambułu, którego nie zwiedzisz bez paszportu? Albo czy zwyczajnie nie zgubisz w piasku jednego dokumentu, w trakcie mocno zakrapianej szampanem Piccolo imprezy na plaży i nie będziesz miał jak wrócić do kraju?

2. Dwie kopie biletu na samolot / rezerwacji wycieczki – ta sama sytuacja co wcześniej, tyle, że tym razem nie chodzi o całonocne recytowanie poezji, a o stres i pośpiech. Połowa lotów, które odbyłem była bladym świtem (7:30), co sprowadzało się do tego, że musiałem obudzić się w środku nocy i półprzytomny zdążyć na transport na lotnisko, nigdy nie będąc do końca pewnym, czy aby na pewno wszystko wziąłem. Dlatego, aby mieć większą pewność, że nie pomyliłem biletu z chusteczką, wyrzucając go do kosza, zawsze mam 2 kopie – jedną w portfelu i drugą w wewnętrznej kieszeni w torbie. Jak dotąd jeszcze ani razu nie odmówiono mi wejścia na pokład samolotu z powodu braku tego świstka, więc sprawdza się całkiem nieźle.

3. Coś od deszczu – ja wiem, że lato, słońce i w ogóle plan na całodniowe opalanie, ale jak byłem w Barcelonie w maju, to przez 4 z 5 dni padało. Tak że tego…

4. Coś ciepłego – jakby jednak nie było dzień w dzień tych 35 stopni w cieniu, które zapewniało biuro podróży.

6. Japonki – w razie zidentyfikowania runa leśnego pod prysznicem. No i na plażę.

7. Wygodne pełne buty na zmianę – gdyby ten deszcz faktycznie nie ustawał, a nastawiłeś się na zwiedzanie.

8. Spodenki do pływania / strój kąpielowy – no, to już omówiliśmy we wstępie.

9. Kapelusz / czapka – zabrzmię jak swoja własna babcia, ale „kto na słońcu smaży się bez kapelutka, tego wnet rozboli główka”.

10. Okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV – -50 do mroczków przed oczami po zejściu z plaży i wejściu do ciemniejszego pomieszczenia, +10 do stylówy na letniaka.

11. Krem do opalania, też z filtrem – aktywuje czar „ochrona przed rakiem skóry” i zapobiega rzuceniu klątwy „bezsenna noc”.

12. Coś na komary – według ludowych wierzeń dym tytoniowy odstrasza komary, ale co jeśli żar z papierosa przyciągnie ćmy-wampiry? Jeśli nie chcesz przelewać krwi w żadną stronę i mieć święty spokój jak Quebonafide z Natalią Zamilską, po prostu spsikaj się czymś.

13. Wilgotne chusteczki – tym razem to będzie w tonie blogerek rodzicielskich, ale takie chusteczki zawsze się przydadzą. Na przykład, gdy trzecią godzinę lecisz samolotem i jesteś zmięty jak papier śniadaniowy z Twoich kanapek albo gdy jedziesz w 40-stopniowym upale busem z lotniska do hotelu, który wyjątkowo nie ma klimatyzacji i kleisz się jak butapren. Dzięki nim się odświeżysz.

14. Zwykłe chusteczki – tak na wszelki wypadek. Gdyby gdzieś nie było papieru toaletowego. Albo nieoczekiwanie się skończył. Przydają się. Serio.

15. Węgiel leczniczy – słyszałeś o zemście faraona albo klątwie sułtana? Nie? To Twoje szczęście, ale żeby nabawić się problemów z żołądkiem nie musisz koniecznie opuszczać kontynentu. Wystarczy, że zmieszasz ouzo z espresso i pół-świeżym kebabem. Żeby reszty wyjazdu nie spędzić gapiąc się w kafelki podłogowe w łazience, warto wziąć ze sobą jakieś antidotum.

16. Szczoteczka do zębów, pasta i dezodorant – ręcznik i żel pod prysznic na 95% jest na miejscu.

17. Leki przeciwbólowe / przeciwgorączkowe – gdyby zabawa była na tyle dobra, że chwila zapomnienia trwała pół dnia i spaliłeś sobie plecy na plaży, przewiało Cię na całonocnym ognisku, albo zamiast kopnąć piłkę trafiłeś w kamień ukryty tuż pod nią.

18. Dobra muzyka – to bardziej w kwestii pakowania na telefon, a nie do torby (bo telefon bierzesz, co nie? dobra, głupie pytanie), ale tak, właściwy akompaniament to czasem nawet i połowa udanego relaksu, bo nic tak nie dopełnia ekscytacji i szczęścia, jak adekwatne tło muzyczne.

19. Słuchawki – żebyś nie zatruwał innym życia udając didżeja bez słuchawek.

20. Bank energii – po cholerę bank energii, jak przecież nie jedziesz na pole namiotowe, tylko do cywilizowanego miejsca, gdzie wszędzie są kontakty i możesz się podładować? No, żebyś się nie zdziwił. Jak się i słucha nuty, i robi zdjęcia, i dzwoni do mamy, żeś cały i zdrowy, i sprawdza teren na Google Maps, a w międzyczasie jeszcze czyta teksty wrzucone do Pocketa, to bateria może paść zanim się zorientujesz, że jesteś dokładnie nie wiadomo gdzie, bo poszedłeś na dłuższy spacer.

21. Ładowarka – wiadomo po co i dlaczego, ale jak robimy listę z punktami do odhaczenia, to musi się tu znaleźć.

22. Przynajmniej jedna gazeta – podobno kiedyś istniało życie bez nowoczesnych technologii i cyfryzacji, nic mi o tym nie wiadomo, ale jak już będziesz musiał się przenieść do tych czasów, bo mimo wszystko padł Ci telefon w samolocie albo nie chciałeś go zatrzeć na plaży, to warto mieć przy sobie jakieś średniowieczne narzędzia do walki z nudą, odporne na piasek i brak prądu.

23. Karty / jakakolwiek kieszonkowa gra towarzyska – gdyby padał ten cholerny deszcz, a Ty jednak chciałbyś się rozerwać ze współtowarzyszami. W końcu to wakacje!

24. Ekotorba – to moje obowiązkowe wyposażenie na większości wyjazdów. Czemu? Bo mega łatwo spakować ją do bagażu podróżnego i zabiera miejsca tyle co nic, a już w trakcie samych wakacji jest turbo poręczna, sporo mieści (książkę, okulary słoneczne, wodę, ręcznik, kąpielówki, bagietki, słoiki z gołąbkami, cokolwiek) i nie ma bólu, gdy uwali się piachem albo zaleje lokalnym trunkiem, bo wystarczy ją przeprać pod kranem.

25. Wciągająca książka – wakacje to relaks i oderwanie się od rzeczywistości, dużo łatwiej zapomnieć o codzienności i przyziemnych problemach, zatapiając się w magnetyzującej opowieści.

Pod koniec zeszłego roku wydałem swoją debiutancką powieść – „Lunatycy” – bezkompromisowo i dosadnie opowiadającą o ciemnej stronie sukcesu. Główny bohater, wychowywany przez samotną matkę w szarym bloku na jednym z osiedli Polski B, żyje nadzieją, że jego wielki sen się spełni. Będzie nagrywał płyty i grał koncerty, a hip-hop będzie płacić mu rachunki. Odurza się tą myślą, tracąc kontakt z rzeczywistością, aż życzenie staje się faktem. A on przekonuje się na własnej skórze, co znaczy amerykańskie „be careful what you wish for”.

„Lunatycy” zostali uznani za najlepszą powieść polskiego blogera, a swój egzemplarz nabył już blisko tysiąc czytelników, opisując wrażenia z lektury takimi słowami:

  • Ta książka jest pełna emocji, niejednokrotnie wzrusza i pokazuje siłę relacji międzyludzkich. I co ciekawe nie dlatego, że ktoś stał się sławny- ludzie chcą pomagać sami z siebie. Lunatycy to wartościowa książka, pełna gorzkiego życia, błędów, ale także przyjaźni i miłości. – Kasia Pinkowicz
  • Książka Jana Favre jest niesamowicie obrazowa – dosłownie przeniosłam się myślami do małego mieszkania w bloku, gdzie wraz z matką mieszkał główny bohater. Język powieści jest giętki, plastyczny, miejscami bardzo zabawny mimo mrocznej tematyki – to główna zaleta książki, którą dzięki takiemu prowadzeniu czyta się niezwykle lekko.Agata
  • Zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę. Myślę, że w głównej mierze jest to zasługa stylu pisania autora, przy czym podkreślmy, że to własnie intrygujący i żywy język jest tą cechą, którą brałem za pewnik, gdy dokonywałem zakupu – zupełnie się nie zawiodłem.Grzesiek Skupiewski

Więcej na temat mojej książki znajdziesz na oficjalnej stronie – www.Lunatycy.com – ja jednak jestem pewny już w tym momencie, że uprzyjemni Ci podróż. Jeśli zamówisz ją w ciągu 24 godzin od kliknięcia w link, to po wpisaniu hasła „WAKACJE” – w miejscu na kod rabatowy – nie zapłacisz za wysyłkę. Taki mały prezent ode mnie na udany urlop.

To jak, zabierzesz „Lunatyków” ze sobą w podróż?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!