Close
Close

Co zmieniło we mnie 5 lat blogowania?

Skip to entry content

„Pięć lat minęło jak jeden dzień. Nie masz co wspominać? Lepiej swego bloga zmień” parafrazując klasyka. Ja mam całkiem sporo do wspominania, bo gdy zaczynałem przygodę z blogowaniem pod koniec 2011 roku, niemal wszystko wyglądało inaczej. Od gwiazd internetu, przez platformy do publikowania, po postrzeganie tego świata przez media. Te pół dekady temu najpopularniejszymi youtuberami był – przedwcześnie zmarły medialnie – Niekryty Krytyk, czy – obecnie działający głównie po drugiej stronie kamery – Kuba Jankowski z Matura to Bzdura, a gdy ktoś Cię pytał o znanych blogerów, w pierwszej kolejności wymieniałeś Maćka Budzicha albo Artura Kurasińskiego. Dziś podejrzewam, że te nazwiska nic już Ci nie mówią, jeśli nie śledzisz branży dłużej niż 2 lata.

W czasach, gdy ludzie jeszcze spierali się czy ten zagraniczny Facebook ma sens i nie lepiej zostać przy swojskiej Naszej Klasie, ja stawiałem pierwsze kroki w prowadzeniu swojego internetowego pamiętnika. W sensie bloga. Robiąc to tak źle, że gdyby ktoś wynalazł wehikuł czasu, cofnąłbym się do tamtego okresu i zabrał sobie klawiaturę albo przynajmniej posadził na karnego jeżyka. O tym, czym chciałem się zajmować, wiedziałem tyle, że chcę być jak Hank Moody w drugim sezonie „Californication”, że jestem najlepszy, a jak nie jestem, to będę i że nikomu sława i pieniądze nie należą się tak jak mnie. I nic więcej. A, jeszcze cały czas się zastanawiałem po cholerę ludziom internet w telefonach. Przecież to urządzenie służy do dzwonienia i smsowania.

Od tamtego momentu, sporo się zmieniło. Co konkretnie?

Brak pokory

Pisząc pierwsze teksty w 2011 byłem dogłębnie przekonany o własnej zajebistości, oryginalności i nieomylności. Wychodziłem z założenia, że jestem lepszy niż wszyscy ówcześnie publikujący blogerzy i jak tylko świat się o mnie dowie ludzie zaczną nosić mnie na rękach. Bo przecież to mi się należy. Problem tkwił tylko w tym, że świat miał mnie w dupie. A przynajmniej dwa z trzech wcześniej wspomnianych przekonań były błędne. Wraz z nabywaniem obycia w branży i poznawaniem kolejnych twórców moje zuchwalstwo zaczęło przygasać, zatrzymując się na zdrowym, budującym, a nie destrukcyjnym poziomie.

Wciąż nie jest mi blisko do pokornego ucznia, ale coraz dalej do pyszałkowatego aroganta.

Zaufanie do mediów

Gdyby nie względna popularność mojego bloga, pewnie nie miałbym okazji zobaczyć jak wygląda telewizja, czy radio od środka, ani jak działają dziennikarze w portalach internetowych i gazetach. I wierzył, że to, co jest tam publikowane to prawda. A przynajmniej rzetelnie podane fakty.

Niestety, ale media to syf i wiele, jeśli nie połowa, publikowanych przez nie „informacji” o prawdę nawet się nie otarło.

Ogrom „dziennikarzy” nie dość, że jest stronniczy, to ich subiektywizm nie jest szczery, wynikający z własnych przekonań, ale narzucony z góry przez przełożonych. Wiadomości są przejaskrawiane, a poszczególne zdania wyciągane z kontekstu i przeinaczane, by wzbudzały jak najmocniejsze kontrowersje i przyciągały nowych widzów. Mediom nie zależy na rzetelności, tylko na oglądalności i często celowo wprowadzają odbiorcę w błąd, byleby tylko słupki z zasięgami rosły, czego świetnym przykładem była styczniowa afera z Gazeta.pl.

Po tej połowie dekady wiem, że każdą budzącą żywe dyskusje informację muszę sprawdzać osobiście, bo bardzo często jest kłamstwem sfabrykowanym na potrzeby wygenerowania odpowiedniej ilości odsłon banerów, obok których jest zamieszczona.

Chęć do dyskusji w internecie

Po tylu sporach, które stoczyłem w komentarzach, a z których absolutnie nic nie wynikło poza tym, że pod ich koniec byłem jeszcze bardziej wkurwiony, niż na początku, coraz rzadziej chcę w nich uczestniczyć. Coraz częściej chcę po prostu zająć swoje stanowisko, przekazać we wpisie co mam do powiedzenia na dany temat i na tym zakończyć swoją rolę. Poza aspektem związanym ze stratą nerwów i energii w trakcie batalii toczonych pod postami, nabieram przekonania, że polemika i tak nie ma mocy sprawczej i nie zmieni drugiej osoby, więc nie ma sensu się w nią wdawać.

Empatia

Z tematów, z których naśmiewałem się, czy wręcz ordynarnie szydziłem w pierwszych wpisach, dziś bym się nie śmiał. Coś co kiedyś wydawało mi się dobrym tematem do mocnych żartów, dziś często postrzegam jako warte postawienia się w jego obronie. Skąd taka zmiana? W dużej mierze jest to wynikiem coraz częstszego bycia po drugiej, atakowanej stronie barykady, i bardziej bezpośredniej możliwości wczucia się w sytuację osób, które ktoś bierze sobie na celownik. Zamiana ról i zmiana perspektywy życiowej, zmienia w odbiorze ludzkich zachowań naprawdę bardzo dużo i sprawia, że zanim z czegoś zakpisz, mocno się zastanowisz.

Jakość tekstów

Nie jest to jakaś wyjątkowo odkrywcza sprawa i byłoby zdecydowanie coś nie tak, gdyby po takim czasie moje pisanie nie przybrało na jakości, bo jeśli robi się coś regularnie latami, to siłą rzeczy musi to ewoluować, ale dla spokoju ducha wspominam o tym. W stosunku do choćby ostatnich 12 miesięcy, teksty są zdecydowanie bardziej przemyślane, zgrabniej napisane i mniej powierzchowne. I dwukrotnie dłuższe, ale to na marginesie.

Świadomość własnych słabości

Mimo, że publiczna krytyka nie jest konstruktywna dla krytykowanego, a dopierdalanie się w komentarzach do innych jest destruktywnym zjawiskiem, bywa, że czytając coś ultra idiotycznego, nie jestem w stanie się powstrzymać i zachowuję się jak typowy hejter. Wiem, że to co zrobię jest złe, szkodliwe i przede wszystkim bez sensu, ale bywają momenty, kiedy przegrywam z samym sobą, a przede wszystkim z emocjami, które się we mnie kotłują i daję temu upust w postaci negatywnego komentarza. W ostatnim czasie mocno nad tym pracowałem, próbując całkowicie to wyeliminować i przede wszystkim nabrałem świadomości jak karygodne jest tego typu zachowanie.

Tolerancja dla wymówek

Jest takie powiedzenie, że „kto chce znajdzie sposób, kto nie chce znajdzie powód” i kilka razy byłem bliski wytatuowania go sobie na przedramieniu. W dorosłe życie wchodziłem mieszkając z 5 innymi osobami w ruderze, w której wchodząc do toalety parowało z ust i mając 1000zł na opłacenie tego skrawka podłogi, jedzenia, picia, ciuchów, lekarstw, proszku do prania i takich fanaberii jak kino, czy piwo na mieście, a dziś przynajmniej raz na 2 miesiące lecę na tygodniowe wakacje za granicę i jem w domu, a nie na mieście, gdy mam ochotę pogotować, a nie gdy muszę. Doszedłem do tego sam, realizując swój abstrakcyjny pomysł na życie, który większości osób wydawał się idiotyczny i nadający się tylko do publicznego wyśmiania.

Dlatego, gdy słyszę od kogoś, że czegoś nie robi, bo nie ma czasu, znajomości, rodzice mu nie pozwalają albo dlatego, że miał trudny start, to mówię mu wprost, że to wymówki, a jedyną przeszkodzą jest jego własny brak chęci.

Zmiana poglądów

Jedni fakt zmiany poglądów wraz z upływem czasu nazwą hipokryzją, ja ewolucją, czy też dojrzewaniem. Inaczej myślałem, gdy miałem 8 lat, kompletnie inaczej, gdy miałem 18, zdecydowanie inaczej postrzegam rzeczywistości, ludzi i prawa nimi rządzące, gdy mam 28 i jestem niemal pewien, że inaczej na to wszystko będę patrzył w wieku lat 38. Byłbym naprawdę zaskoczony, gdyby przez dekadę moje poglądy nie uległy żadnemu przeobrażeniu.

Dobra, to że przeżycia i rozwój intelektualno-duchowy nas zmienia nie jest niczym odkrywczym, ale jak do tego ma się prowadzenie bloga?

Ano tak, że za każdym z tych blogów stoi człowiek. Najczęściej indywidualista, mocno skrzywiony w stronę swojej fanaberii, z ego przerośniętym do tego stopnia, że wydaje mu się iż jego twórczość kogokolwiek interesuje. W skrócie: wariat. A ja tych wariatów w ciągu tych 5 lat poznałem dziesiątki. I to nie przez internet, a osobiście. Dziesiątki wariatów zawieszonych w swoich kosmosach podróżujących po odległych orbitach, z którymi nawiązałem kontakt, chcąc nie chcąc, wskakując w te niezbadane przestrzenie. Obranie choć chwilowo ich punktu widzenia, nie mogło nie pozostawić śladu. Jedne przekonania we mnie wzmocniło, drugie osłabiło, a trzecie zastąpiło czwartymi.

Z kim przestajesz takim się stajesz. Przestawanie z wariatami musiało się odbić na moich poglądach. Niekoniecznie wariackich.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shai Barzilay
(niżej jest kolejny tekst)

25
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
Marina_green77Mr. KaffeinoPaniDyrektorPaulina HofmanBlogierka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agata Muszyńska
Gość

A ja Cię lubię dopiero 2 lata! Wstyd!
Końcową refleksję pewnie wzmocniło pewnie BFG. :)

Berenika
Gość

Nigdy nie patrzę źle na ludzi, którzy zmieniają zdanie. Przecież to dobrze! To znaczy, że człowiek ewoluuje, zmienia się i dojrzewa – normalna rzecz. Gorzej jak nijak nie chce do siebie dopuścić innej perspektywy i możliwości zmiany myślenia. To betonowe klocki, nie ludzie.

Ciepły tekst. Aż miło tak zacząć poniedziałek ;)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

I jeszcze wielu „piątek” na łączach życzę Tobie, bo to będzie dobrze również dla nas :).
Nie ma się co biczować, że Cię czasem rozrywa i musisz napisać coś paskudnego. Każdy tak ma. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie można cały czas być zen i siedzieć w pozycji lotosu,kiedy coś zwyczajnie człowieka wkurwi.

Jan Favre
Gość

Masz jak najbardziej rację, jednak mimo wszystko zawsze po fakcie mam do siebie żal i jest mi z tym głupio.

Z innej beczki, ile to już lat minęło odkąd dyskutujemy ze sobą w komentarzach? Przypadkiem też nie 5?

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Yyy.Zgłupłam teraz.Chyba jakieś 3 z kawałkiem.Pamiętam, że podczytywałam Cię w przerwach od rycia do egzaminu :).Jakby to było tydzień temu…

Jacek eM: dizajnuch
Gość

Tobie i blogowi dużo zdrowia i miłości – na resztę sobie obaj zarobicie :)

Jan Favre
Gość

Dzięki Jacek!

Grzegorz Deuter
Gość

Gratuluję ewolucji i życzę 100 lat blogowania :)

Jan Favre
Gość

Dziękuję!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Co jest spoko w jesieni? (+ konkurs Somersby)

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich

Wpadłem do niego na jedno małe, no góra dwa, żeby porozmawiać o tym i owym. Czyli o ostatnich podobojach miłosnych i powodzie, dla którego mówi o nich w czasie przeszłym. Standard. Przekraczam próg i dolatuje do mnie, jak szpak do wiśni, którą chce właśnie wydziobać, znajomy refren.

Jak to jest, że nieoczekiwanie

Centralne ogrzewanie tak splata mi się z przemijaniem

Przekleństwa cedzę przez zęby, jest na co cedzić

Kiedy jesień mnie nachodzi bez zapowiedzi

~ Łona „Kaloryfer”

Ty, stary, co ty za smuty puszczasz? – zagaduję serdecznie na przywitanie.

No co? Trzeba się przygotować na najgorsze, nie? – odpowiada, zdradzając swój misterny plan.

Wojtek, ale to nie nowa praca, ani wystąpienie na szkolnym apelu, żebyś musiał się specjalnie przygotowywać – trafnie zauważam.

Gorzej, od pracy, czy szkoły możesz uciec, a jesień jest nieunikniona. Trzeba być gotowym na najgorsze – zauważa jeszcze trafniej?

No bez przesady, może nie będzie tak źle? – pytam w gruncie rzeczy sam siebie.

Tak? A co jest niby nie-złego w jesieni? – hmm, no zastanówmy się.

Oglądanie seriali

ogladanie-telewizji

Raz, że to właśnie po wakacjach wychodzi wiele nowych tytułów i większość nowych sezonów istniejących już seriali, a dwa, że w tym okresie czuję jakieś wewnętrzne przyzwolenie, że faktycznie mogę na to poświęcać czas i nie jest on stracony. Bo w lecie jakoś zawsze serce mnie boli, że tak dużo się dzieje dookoła i mógłbym pójść w tyle różnych miejsc, a ja zamiast to wykorzystać, siedzę przed monitorem.

Grzybobranie

akpa20160909_somersby_pp_8429

Jaka jest główna zaleta jesiennych deszczy? Powietrze w Krakowie robi się czystsze na pół godziny. A w miejscach, gdzie smog nie terroryzuje ludzi? Pojawiają się grzyby!

Nie robiłem nigdy papierów na leśniczego i też żaden ze mnie botanik, ale całkiem przyzwoicie znam się na grzybach. A przynajmniej na tyle, żeby być w stanie odróżnić jadalne, od tych które można zjeść tylko raz i czerpać przyjemność ze zbierania tych pierwszych. Bo grzybobranie, to takie „Pokemon GO”, tylko z nożem i siatką zamiast telefonu i powerbanku – przemieszczasz się, odkrywasz nowe tereny, polujesz na rzadkie okazy i jarasz się jak znicz olimpijski, gdy uda Ci się go upolować jako pierwszy. A potem w dodatku możesz jeszcze to zjeść. Zajebista zabawa.

Spotkania!

#Somersby #Blend

akpa20160909_somersby_pp_7996

Gdy opcja imprezowania pod gwiazdami gaśnie jak zapałka na wietrze, a wizja weekendowego grillowania jest już tylko nostalgicznym wspomnieniem, zaczyna się sezon na spotkania ze znajomymi w domach. I te nieokiełznane jak legendarne prywatki na Dietla 44 i te dużo spokojniejsze jak ustawka na planszówki, czy maraton filmowy. Gdy wiatr wygina drzewa jak na zajęciach z jogi, spoko móc posiedzieć w ciepełku i pogadać ze znajomymi o tym „co słychać w wielkim świecie”, cytując Bolca z „Chłopaki nie płaczą”.

A jeszcze lepiej siedzi się przy czymś dobry nie tylko dla duszy, ale i ciała.

somersby-appleblend-3

akpa20160909_somersby_pp_8373

W zeszły piątek mnie i kilku znajomych blogerów gościł Lord, racząc nas limitowaną edycją swojego trunku z kwaśniejszych jabłek niż zazwyczaj – Somersby Apple Blend 2016 – która powinna podejść wszystkim lubiącym bardziej wytrawniejsze smaki. Oprócz napitków były też bardzo zacne kąski, jedliśmy bruschettę z kurkami, cykorię z jarzębiną, kaczusię i ciasto z jabłuszek. Ale nie piszę tego, żeby się chwalić. No dobra, może trochę tak, ale nie tylko po to.

Jeśli chcesz, żeby Lord ugościł tak również Ciebie, to jest na to szansa!

Może wpaść do Ciebie i Twoich znajomych profesjonalny kucharz, który nie dość, że dostarczy zapas Somersby Apple Blend 2016, to jeszcze przyrządzi elegancką szamkę na szóstkę z plusem, żebyście mogli w pełni pocelebrować uroki jesieni. Co zrobić, żeby tak się stało? Wystarczy, że wraz ze swoją ekipą uwiecznisz na zdjęciu albo filmie jeden z takich wieczorków poetyckich, czy co tam robicie, jak się widzicie, i wrzucisz to na Instagrama, Facebooka albo Twittera dodając hasztagi #Somersby #Blend.

Do autorów najciekawszych zdjęć/filmów ze spotkań towarzyskich, przybędzie lordowski szef kuchni, który postara się, żeby Tobie i Twoim przyjaciołom nie zaschło w gardłach, ani żebyście nie padli z głodu. I to w asyście pana fotografa, który upamiętni tę prywatkę, co byście sami nie musieli się tym trudzić w trakcie konsumpcji. Spoko, co? Więcej szczegółów znajdziecie na oficjalnej stronie.

akpa20160909_somersby_pp_8329

Bajeczne zachody słońca

Jak to się dzieje, że we wrześniu, czy październiku niebo przy zachodzie jest wyjątkowo barwne? I wygląda jak impresjonistyczny obraz? Nie jestem asem z zakresu fizyki, więc krótko: właśnie dlatego, że jesienią jest wilgotniej, promienie słoneczne załamują się i rozpraszają przez kropelki zawieszone w powietrzu i chmury, co nadaje niebu czerwony kolor. Na który można patrzeć, i patrzeć, i patrzeć.

Szarlotka

autorem zdjęcia jest Vanessa Porter
autorem zdjęcia jest Vanessa Porter

Jesień to czas robienia przetworów, wytworów i ogólnie cudów z owocami, ale największym z nich wszystkich jest szarlotka! Ta, którą robiła moja babcia z kwaśnych jabłek była ultra pyszna i gdy się do niej dorywałem, byłem w stanie wsunąć na raz pół blachy od razu po wyjęciu z piekarnika! Ten smak był w stanie całkowicie zrekompensować mi krótsze dni i dłuższe wieczory.

Kasztany

autorem zdjęcia jest Zaytsev Artem
autorem zdjęcia jest Zaytsev Artem

Pamiętam jak pierwszy raz w życiu przyjechałem do Krakowa z wycieczką szkolną i poszliśmy na Wawel, nie mogłem uwierzyć, że na jego zboczach jest tyle kasztanów, które po prostu sobie leżą i nikt ich nie zbiera! U mnie na podwórku zawsze była walka, a w zasadzie to prawdziwa wojna, o nie i nieraz dostało się od kogoś z łokcia w żebra w trakcie zbierania. Nie mówiąc już o tym, że wdrapywanie się na drzewo i strząsanie ich, czasem kończyło się bardzo bolesnym upadkiem albo zwichniętą ręką.

Kasztany są przepiękne, można z nich zrobić milion rzeczy, rozwijają kreatywność jak klocki Lego i może to zabrzmieć śmiesznie, ale to właśnie pod ich wpływem w trakcie tej wycieczki w podstawówce zakochałem się w Krakowie i podjąłem decyzję, że chcę w nim żyć.

Spacery wśród kolorowych liści

spacer-w-lisciach

„50 twarzy Orange’a” w parkach, to jeden z sensowniejszych powodów, żeby ruszyć się z domu w tej nie do końca kochanej porze roku. Jeśli nie dla samego siebie, to choćby na randkę. Karmazynowe liście pod stopami to +20 do romantyczności i +50 do polubień na Instagramie.

Jak znacie inne nie-złe rzeczy w jesieni, to dawajcie do komentarzy.

Wychowany na polskim rapie lat dwutysięcznych, promującym jedyny właściwy i akceptowalny model mężczyzny – ultra turbo samca alfa macho-mordercy, bez prawa do okazywania słabości, którego obowiązkiem było zapłodnienie tylu samic ile był w stanie ogarnąć wzrokiem, a przynajmniej poinformowanie wszystkich dookoła, że może to zrobić – dałem się zindoktrynować. Bezrefleksyjnie uwierzyłem, że geje to ludzie gorszej kategorii, a homoseksualizm jest jeśli nie chorobą umysłową, to bez wątpienia czymś, czego lepiej się wystrzegać i nie mieć z tym kontaktu. W zmianie postrzegania mężczyzn czujących pociąg do tej samej płci nie pomagali nauczyciele, bo temat ten w murach szkolnych kompletnie nie istniał, a tym bardziej rówieśnicy.

Przypomnijmy, że były to czasy nastoletnie, kiedy negowanie stadnie przyjętych norm było grzechem śmiertelnym, za popełnienie którego mogłeś zostać skazany na bycie pośmiewiskiem stada lub banicję. Czyli w zasadzie na śmierć społeczną. A jedną z norm było używanie słowa „pedał” jako najmocniejszej istniejącej formy obrazy dla chłopaka.

Odchodzenie od tego krzywdzącego stereotypu wpojonego w okresie dojrzewania zajęło mi lata. Długo. A biorąc pod uwagę jak idiotyczne było myślenie w ten sposób, mogę zaryzykować stwierdzenie, że trwało to niemal wieczność. Nie chcę tu urządzać jakiejś ceremonii z posypywania głowy popiołem i kajania się, więc zakończę na tym, że lepiej późno niż wcale i że cieszę się, że się doedukowałem wychodząc z umysłowego średniowiecza. Niestety niektórzy, choć czasami mam wrażenie, że większość patrząc na sprawę ogólnokrajowo, pozostała na tym gimnazjalnym etapie, kiedy „gej” było urągającym wyzwiskiem, orientacja odmienna od heteroseksualnej postrzegana jako moc nieczysta, a bycie homo równało się z byciem trędowatym napiętnowanym ostracyzmem społecznym.

Dla nich, i dla osób, które nie wiedzą za bardzo co sądzić o ludziach czujących pociąg do tej samej płci, REWELACYJNY, a przede wszystkim NAUKOWY materiał o homoseksualizmie, do którego obejrzenia zachęcam wszystkich, ale to naprawdę wszystkich. Poglądy, preferencje i opinie można mieć różne, ale z faktami się nie dyskutuje, bo to tak jakby nie przyjmować, że Ziemia jest okrągła i cały czas uparcie próbować wmówić światu, że jednak jest płaska, a zbliżając się do jej krańca można za nią wypaść. Głupie co?

Mam nadzieję, że po tym bardzo merytorycznym materiale Dawida z „Naukowego Bełkotu” zmądrzeją wszyscy, którzy uważają, że homoseksualizm jest czymś nienaturalnym. Albo chorobą. Owocnego poszerzania horyzontów.