Close
Close

Co zmieniło we mnie 5 lat blogowania?

Skip to entry content

„Pięć lat minęło jak jeden dzień. Nie masz co wspominać? Lepiej swego bloga zmień” parafrazując klasyka. Ja mam całkiem sporo do wspominania, bo gdy zaczynałem przygodę z blogowaniem pod koniec 2011 roku, niemal wszystko wyglądało inaczej. Od gwiazd internetu, przez platformy do publikowania, po postrzeganie tego świata przez media. Te pół dekady temu najpopularniejszymi youtuberami był – przedwcześnie zmarły medialnie – Niekryty Krytyk, czy – obecnie działający głównie po drugiej stronie kamery – Kuba Jankowski z Matura to Bzdura, a gdy ktoś Cię pytał o znanych blogerów, w pierwszej kolejności wymieniałeś Maćka Budzicha albo Artura Kurasińskiego. Dziś podejrzewam, że te nazwiska nic już Ci nie mówią, jeśli nie śledzisz branży dłużej niż 2 lata.

W czasach, gdy ludzie jeszcze spierali się czy ten zagraniczny Facebook ma sens i nie lepiej zostać przy swojskiej Naszej Klasie, ja stawiałem pierwsze kroki w prowadzeniu swojego internetowego pamiętnika. W sensie bloga. Robiąc to tak źle, że gdyby ktoś wynalazł wehikuł czasu, cofnąłbym się do tamtego okresu i zabrał sobie klawiaturę albo przynajmniej posadził na karnego jeżyka. O tym, czym chciałem się zajmować, wiedziałem tyle, że chcę być jak Hank Moody w drugim sezonie „Californication”, że jestem najlepszy, a jak nie jestem, to będę i że nikomu sława i pieniądze nie należą się tak jak mnie. I nic więcej. A, jeszcze cały czas się zastanawiałem po cholerę ludziom internet w telefonach. Przecież to urządzenie służy do dzwonienia i smsowania.

Od tamtego momentu, sporo się zmieniło. Co konkretnie?

Brak pokory

Pisząc pierwsze teksty w 2011 byłem dogłębnie przekonany o własnej zajebistości, oryginalności i nieomylności. Wychodziłem z założenia, że jestem lepszy niż wszyscy ówcześnie publikujący blogerzy i jak tylko świat się o mnie dowie ludzie zaczną nosić mnie na rękach. Bo przecież to mi się należy. Problem tkwił tylko w tym, że świat miał mnie w dupie. A przynajmniej dwa z trzech wcześniej wspomnianych przekonań były błędne. Wraz z nabywaniem obycia w branży i poznawaniem kolejnych twórców moje zuchwalstwo zaczęło przygasać, zatrzymując się na zdrowym, budującym, a nie destrukcyjnym poziomie.

Wciąż nie jest mi blisko do pokornego ucznia, ale coraz dalej do pyszałkowatego aroganta.

Zaufanie do mediów

Gdyby nie względna popularność mojego bloga, pewnie nie miałbym okazji zobaczyć jak wygląda telewizja, czy radio od środka, ani jak działają dziennikarze w portalach internetowych i gazetach. I wierzył, że to, co jest tam publikowane to prawda. A przynajmniej rzetelnie podane fakty.

Niestety, ale media to syf i wiele, jeśli nie połowa, publikowanych przez nie „informacji” o prawdę nawet się nie otarło.

Ogrom „dziennikarzy” nie dość, że jest stronniczy, to ich subiektywizm nie jest szczery, wynikający z własnych przekonań, ale narzucony z góry przez przełożonych. Wiadomości są przejaskrawiane, a poszczególne zdania wyciągane z kontekstu i przeinaczane, by wzbudzały jak najmocniejsze kontrowersje i przyciągały nowych widzów. Mediom nie zależy na rzetelności, tylko na oglądalności i często celowo wprowadzają odbiorcę w błąd, byleby tylko słupki z zasięgami rosły, czego świetnym przykładem była styczniowa afera z Gazeta.pl.

Po tej połowie dekady wiem, że każdą budzącą żywe dyskusje informację muszę sprawdzać osobiście, bo bardzo często jest kłamstwem sfabrykowanym na potrzeby wygenerowania odpowiedniej ilości odsłon banerów, obok których jest zamieszczona.

Chęć do dyskusji w internecie

Po tylu sporach, które stoczyłem w komentarzach, a z których absolutnie nic nie wynikło poza tym, że pod ich koniec byłem jeszcze bardziej wkurwiony, niż na początku, coraz rzadziej chcę w nich uczestniczyć. Coraz częściej chcę po prostu zająć swoje stanowisko, przekazać we wpisie co mam do powiedzenia na dany temat i na tym zakończyć swoją rolę. Poza aspektem związanym ze stratą nerwów i energii w trakcie batalii toczonych pod postami, nabieram przekonania, że polemika i tak nie ma mocy sprawczej i nie zmieni drugiej osoby, więc nie ma sensu się w nią wdawać.

Empatia

Z tematów, z których naśmiewałem się, czy wręcz ordynarnie szydziłem w pierwszych wpisach, dziś bym się nie śmiał. Coś co kiedyś wydawało mi się dobrym tematem do mocnych żartów, dziś często postrzegam jako warte postawienia się w jego obronie. Skąd taka zmiana? W dużej mierze jest to wynikiem coraz częstszego bycia po drugiej, atakowanej stronie barykady, i bardziej bezpośredniej możliwości wczucia się w sytuację osób, które ktoś bierze sobie na celownik. Zamiana ról i zmiana perspektywy życiowej, zmienia w odbiorze ludzkich zachowań naprawdę bardzo dużo i sprawia, że zanim z czegoś zakpisz, mocno się zastanowisz.

Jakość tekstów

Nie jest to jakaś wyjątkowo odkrywcza sprawa i byłoby zdecydowanie coś nie tak, gdyby po takim czasie moje pisanie nie przybrało na jakości, bo jeśli robi się coś regularnie latami, to siłą rzeczy musi to ewoluować, ale dla spokoju ducha wspominam o tym. W stosunku do choćby ostatnich 12 miesięcy, teksty są zdecydowanie bardziej przemyślane, zgrabniej napisane i mniej powierzchowne. I dwukrotnie dłuższe, ale to na marginesie.

Świadomość własnych słabości

Mimo, że publiczna krytyka nie jest konstruktywna dla krytykowanego, a dopierdalanie się w komentarzach do innych jest destruktywnym zjawiskiem, bywa, że czytając coś ultra idiotycznego, nie jestem w stanie się powstrzymać i zachowuję się jak typowy hejter. Wiem, że to co zrobię jest złe, szkodliwe i przede wszystkim bez sensu, ale bywają momenty, kiedy przegrywam z samym sobą, a przede wszystkim z emocjami, które się we mnie kotłują i daję temu upust w postaci negatywnego komentarza. W ostatnim czasie mocno nad tym pracowałem, próbując całkowicie to wyeliminować i przede wszystkim nabrałem świadomości jak karygodne jest tego typu zachowanie.

Tolerancja dla wymówek

Jest takie powiedzenie, że „kto chce znajdzie sposób, kto nie chce znajdzie powód” i kilka razy byłem bliski wytatuowania go sobie na przedramieniu. W dorosłe życie wchodziłem mieszkając z 5 innymi osobami w ruderze, w której wchodząc do toalety parowało z ust i mając 1000zł na opłacenie tego skrawka podłogi, jedzenia, picia, ciuchów, lekarstw, proszku do prania i takich fanaberii jak kino, czy piwo na mieście, a dziś przynajmniej raz na 2 miesiące lecę na tygodniowe wakacje za granicę i jem w domu, a nie na mieście, gdy mam ochotę pogotować, a nie gdy muszę. Doszedłem do tego sam, realizując swój abstrakcyjny pomysł na życie, który większości osób wydawał się idiotyczny i nadający się tylko do publicznego wyśmiania.

Dlatego, gdy słyszę od kogoś, że czegoś nie robi, bo nie ma czasu, znajomości, rodzice mu nie pozwalają albo dlatego, że miał trudny start, to mówię mu wprost, że to wymówki, a jedyną przeszkodzą jest jego własny brak chęci.

Zmiana poglądów

Jedni fakt zmiany poglądów wraz z upływem czasu nazwą hipokryzją, ja ewolucją, czy też dojrzewaniem. Inaczej myślałem, gdy miałem 8 lat, kompletnie inaczej, gdy miałem 18, zdecydowanie inaczej postrzegam rzeczywistości, ludzi i prawa nimi rządzące, gdy mam 28 i jestem niemal pewien, że inaczej na to wszystko będę patrzył w wieku lat 38. Byłbym naprawdę zaskoczony, gdyby przez dekadę moje poglądy nie uległy żadnemu przeobrażeniu.

Dobra, to że przeżycia i rozwój intelektualno-duchowy nas zmienia nie jest niczym odkrywczym, ale jak do tego ma się prowadzenie bloga?

Ano tak, że za każdym z tych blogów stoi człowiek. Najczęściej indywidualista, mocno skrzywiony w stronę swojej fanaberii, z ego przerośniętym do tego stopnia, że wydaje mu się iż jego twórczość kogokolwiek interesuje. W skrócie: wariat. A ja tych wariatów w ciągu tych 5 lat poznałem dziesiątki. I to nie przez internet, a osobiście. Dziesiątki wariatów zawieszonych w swoich kosmosach podróżujących po odległych orbitach, z którymi nawiązałem kontakt, chcąc nie chcąc, wskakując w te niezbadane przestrzenie. Obranie choć chwilowo ich punktu widzenia, nie mogło nie pozostawić śladu. Jedne przekonania we mnie wzmocniło, drugie osłabiło, a trzecie zastąpiło czwartymi.

Z kim przestajesz takim się stajesz. Przestawanie z wariatami musiało się odbić na moich poglądach. Niekoniecznie wariackich.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shai Barzilay
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Gratulacje i życzę kolejnych jeszcze bardziej owocnych piąteczek

  • PaniDyrektor

    Bo jeśli zauważa się zmiany – to jest TO. ;) Life-evo 10.1

  • Paulina Hofman

    :* mi w listopadzie mija 5 lat, co prawda w większości to blogowanie kulinarne, ale blogosfera jako taka sama w sobie mnie zachwyca od wtedy nieustannie. Powodzenia Janek!:)

  • Nie wiem czy wiesz ale jesteś moim „blogowym tatą” – chąc tego czy nie ;).
    Obserwuję, zauważam zmiany i podziwiam- jesteś przykładem „chcieć to móc”.
    Najlepszego z okazji 5 urodzin i keep going!

    • Łouł, co za komplement, dziękuję bardzo!

      • Nie nie, to ja dziękuję :).
        Pozwoliłam sobie na takim intro vlogowym Ciebie polecić- hope u don’t mind ;)

  • Dobrze być wariatem. :)
    A z okazji blogowego jubileuszu życzę Ci coraz to nowych pomysłów i przede wszystkim nieustającej frajdy z tego, co robisz.

  • Życzę w takim razie Tobie i blogowi sto lat i dalszej ewolucji! Doskonale rozumiem kilka tematów, które poruszyłeś (byłem pełnoetatowym dziennikarzem, a dzisiaj blogerem, a w mediach felietonistą), a dłuższy termin blogowania daje do myślenia. Można osiągać mega rzeczy, ale trzeba wytrwałości i cierpliwości – żaden dobry blog nie zrobił się z dnia na dzień.

  • Stay hungry, stay foolish <3

  • Dot

    „Zamiana ról i zmiana perspektywy życiowej, zmienia w odbiorze ludzkich zachowań naprawdę bardzo dużo i sprawia, że zanim z czegoś zakpisz, mocno się zastanowisz.” Zgadzam się w zupełności.

    Życzę Ci kolejnych udanych lat blogowania i coraz większej liczby czytelników :)

  • Janek!
    Wszystkiego dobrego i kolejnych 5 lat blogowania. Jesteś mega inspirującą osobą, a dzięki twojej odpowiedzi na mojego maila do ciebie postanowiłem odłożyć wymówki na bok i samemu rzucić się w ten wir wariactwa – mój blog można czytać już od kilku miesięcy, z czego jestem niesamowicie dumny :)

    Dzięki!

    • Dzięki Kuba za ciepłe słowa, bardzo mi miło! Maila nie pamiętam, ale cieszę się, że miał tak pozytywny wpływ :)

  • Nycza

    Szerokości i wiatru w żaglach życzę, bo lubię tutaj zaglądać. :)

  • Gratuluję ewolucji i życzę 100 lat blogowania :)

  • Tobie i blogowi dużo zdrowia i miłości – na resztę sobie obaj zarobicie :)

  • Aleksandra Muszyńska

    I jeszcze wielu „piątek” na łączach życzę Tobie, bo to będzie dobrze również dla nas :).
    Nie ma się co biczować, że Cię czasem rozrywa i musisz napisać coś paskudnego. Każdy tak ma. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie można cały czas być zen i siedzieć w pozycji lotosu,kiedy coś zwyczajnie człowieka wkurwi.

    • Masz jak najbardziej rację, jednak mimo wszystko zawsze po fakcie mam do siebie żal i jest mi z tym głupio.

      Z innej beczki, ile to już lat minęło odkąd dyskutujemy ze sobą w komentarzach? Przypadkiem też nie 5?

      • Aleksandra Muszyńska

        Yyy.Zgłupłam teraz.Chyba jakieś 3 z kawałkiem.Pamiętam, że podczytywałam Cię w przerwach od rycia do egzaminu :).Jakby to było tydzień temu…

  • Nigdy nie patrzę źle na ludzi, którzy zmieniają zdanie. Przecież to dobrze! To znaczy, że człowiek ewoluuje, zmienia się i dojrzewa – normalna rzecz. Gorzej jak nijak nie chce do siebie dopuścić innej perspektywy i możliwości zmiany myślenia. To betonowe klocki, nie ludzie.

    Ciepły tekst. Aż miło tak zacząć poniedziałek ;)

  • A ja Cię lubię dopiero 2 lata! Wstyd!
    Końcową refleksję pewnie wzmocniło pewnie BFG. :)

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

Co jest spoko w jesieni? (+ konkurs Somersby)

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Somersby i przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich

Wpadłem do niego na jedno małe, no góra dwa, żeby porozmawiać o tym i owym. Czyli o ostatnich podobojach miłosnych i powodzie, dla którego mówi o nich w czasie przeszłym. Standard. Przekraczam próg i dolatuje do mnie, jak szpak do wiśni, którą chce właśnie wydziobać, znajomy refren.

Jak to jest, że nieoczekiwanie

Centralne ogrzewanie tak splata mi się z przemijaniem

Przekleństwa cedzę przez zęby, jest na co cedzić

Kiedy jesień mnie nachodzi bez zapowiedzi

~ Łona „Kaloryfer”

Ty, stary, co ty za smuty puszczasz? – zagaduję serdecznie na przywitanie.

No co? Trzeba się przygotować na najgorsze, nie? – odpowiada, zdradzając swój misterny plan.

Wojtek, ale to nie nowa praca, ani wystąpienie na szkolnym apelu, żebyś musiał się specjalnie przygotowywać – trafnie zauważam.

Gorzej, od pracy, czy szkoły możesz uciec, a jesień jest nieunikniona. Trzeba być gotowym na najgorsze – zauważa jeszcze trafniej?

No bez przesady, może nie będzie tak źle? – pytam w gruncie rzeczy sam siebie.

Tak? A co jest niby nie-złego w jesieni? – hmm, no zastanówmy się.

Oglądanie seriali

ogladanie-telewizji

Raz, że to właśnie po wakacjach wychodzi wiele nowych tytułów i większość nowych sezonów istniejących już seriali, a dwa, że w tym okresie czuję jakieś wewnętrzne przyzwolenie, że faktycznie mogę na to poświęcać czas i nie jest on stracony. Bo w lecie jakoś zawsze serce mnie boli, że tak dużo się dzieje dookoła i mógłbym pójść w tyle różnych miejsc, a ja zamiast to wykorzystać, siedzę przed monitorem.

Grzybobranie

akpa20160909_somersby_pp_8429

Jaka jest główna zaleta jesiennych deszczy? Powietrze w Krakowie robi się czystsze na pół godziny. A w miejscach, gdzie smog nie terroryzuje ludzi? Pojawiają się grzyby!

Nie robiłem nigdy papierów na leśniczego i też żaden ze mnie botanik, ale całkiem przyzwoicie znam się na grzybach. A przynajmniej na tyle, żeby być w stanie odróżnić jadalne, od tych które można zjeść tylko raz i czerpać przyjemność ze zbierania tych pierwszych. Bo grzybobranie, to takie „Pokemon GO”, tylko z nożem i siatką zamiast telefonu i powerbanku – przemieszczasz się, odkrywasz nowe tereny, polujesz na rzadkie okazy i jarasz się jak znicz olimpijski, gdy uda Ci się go upolować jako pierwszy. A potem w dodatku możesz jeszcze to zjeść. Zajebista zabawa.

Spotkania!

#Somersby #Blend

akpa20160909_somersby_pp_7996

Gdy opcja imprezowania pod gwiazdami gaśnie jak zapałka na wietrze, a wizja weekendowego grillowania jest już tylko nostalgicznym wspomnieniem, zaczyna się sezon na spotkania ze znajomymi w domach. I te nieokiełznane jak legendarne prywatki na Dietla 44 i te dużo spokojniejsze jak ustawka na planszówki, czy maraton filmowy. Gdy wiatr wygina drzewa jak na zajęciach z jogi, spoko móc posiedzieć w ciepełku i pogadać ze znajomymi o tym „co słychać w wielkim świecie”, cytując Bolca z „Chłopaki nie płaczą”.

A jeszcze lepiej siedzi się przy czymś dobry nie tylko dla duszy, ale i ciała.

somersby-appleblend-3

akpa20160909_somersby_pp_8373

W zeszły piątek mnie i kilku znajomych blogerów gościł Lord, racząc nas limitowaną edycją swojego trunku z kwaśniejszych jabłek niż zazwyczaj – Somersby Apple Blend 2016 – która powinna podejść wszystkim lubiącym bardziej wytrawniejsze smaki. Oprócz napitków były też bardzo zacne kąski, jedliśmy bruschettę z kurkami, cykorię z jarzębiną, kaczusię i ciasto z jabłuszek. Ale nie piszę tego, żeby się chwalić. No dobra, może trochę tak, ale nie tylko po to.

Jeśli chcesz, żeby Lord ugościł tak również Ciebie, to jest na to szansa!

Może wpaść do Ciebie i Twoich znajomych profesjonalny kucharz, który nie dość, że dostarczy zapas Somersby Apple Blend 2016, to jeszcze przyrządzi elegancką szamkę na szóstkę z plusem, żebyście mogli w pełni pocelebrować uroki jesieni. Co zrobić, żeby tak się stało? Wystarczy, że wraz ze swoją ekipą uwiecznisz na zdjęciu albo filmie jeden z takich wieczorków poetyckich, czy co tam robicie, jak się widzicie, i wrzucisz to na Instagrama, Facebooka albo Twittera dodając hasztagi #Somersby #Blend.

Do autorów najciekawszych zdjęć/filmów ze spotkań towarzyskich, przybędzie lordowski szef kuchni, który postara się, żeby Tobie i Twoim przyjaciołom nie zaschło w gardłach, ani żebyście nie padli z głodu. I to w asyście pana fotografa, który upamiętni tę prywatkę, co byście sami nie musieli się tym trudzić w trakcie konsumpcji. Spoko, co? Więcej szczegółów znajdziecie na oficjalnej stronie.

akpa20160909_somersby_pp_8329

Bajeczne zachody słońca

Jak to się dzieje, że we wrześniu, czy październiku niebo przy zachodzie jest wyjątkowo barwne? I wygląda jak impresjonistyczny obraz? Nie jestem asem z zakresu fizyki, więc krótko: właśnie dlatego, że jesienią jest wilgotniej, promienie słoneczne załamują się i rozpraszają przez kropelki zawieszone w powietrzu i chmury, co nadaje niebu czerwony kolor. Na który można patrzeć, i patrzeć, i patrzeć.

Szarlotka

autorem zdjęcia jest Vanessa Porter
autorem zdjęcia jest Vanessa Porter

Jesień to czas robienia przetworów, wytworów i ogólnie cudów z owocami, ale największym z nich wszystkich jest szarlotka! Ta, którą robiła moja babcia z kwaśnych jabłek była ultra pyszna i gdy się do niej dorywałem, byłem w stanie wsunąć na raz pół blachy od razu po wyjęciu z piekarnika! Ten smak był w stanie całkowicie zrekompensować mi krótsze dni i dłuższe wieczory.

Kasztany

autorem zdjęcia jest Zaytsev Artem
autorem zdjęcia jest Zaytsev Artem

Pamiętam jak pierwszy raz w życiu przyjechałem do Krakowa z wycieczką szkolną i poszliśmy na Wawel, nie mogłem uwierzyć, że na jego zboczach jest tyle kasztanów, które po prostu sobie leżą i nikt ich nie zbiera! U mnie na podwórku zawsze była walka, a w zasadzie to prawdziwa wojna, o nie i nieraz dostało się od kogoś z łokcia w żebra w trakcie zbierania. Nie mówiąc już o tym, że wdrapywanie się na drzewo i strząsanie ich, czasem kończyło się bardzo bolesnym upadkiem albo zwichniętą ręką.

Kasztany są przepiękne, można z nich zrobić milion rzeczy, rozwijają kreatywność jak klocki Lego i może to zabrzmieć śmiesznie, ale to właśnie pod ich wpływem w trakcie tej wycieczki w podstawówce zakochałem się w Krakowie i podjąłem decyzję, że chcę w nim żyć.

Spacery wśród kolorowych liści

spacer-w-lisciach

„50 twarzy Orange’a” w parkach, to jeden z sensowniejszych powodów, żeby ruszyć się z domu w tej nie do końca kochanej porze roku. Jeśli nie dla samego siebie, to choćby na randkę. Karmazynowe liście pod stopami to +20 do romantyczności i +50 do polubień na Instagramie.

Jak znacie inne nie-złe rzeczy w jesieni, to dawajcie do komentarzy.

---> SKOMENTUJ

Wychowany na polskim rapie lat dwutysięcznych, promującym jedyny właściwy i akceptowalny model mężczyzny – ultra turbo samca alfa macho-mordercy, bez prawa do okazywania słabości, którego obowiązkiem było zapłodnienie tylu samic ile był w stanie ogarnąć wzrokiem, a przynajmniej poinformowanie wszystkich dookoła, że może to zrobić – dałem się zindoktrynować. Bezrefleksyjnie uwierzyłem, że geje to ludzie gorszej kategorii, a homoseksualizm jest jeśli nie chorobą umysłową, to bez wątpienia czymś, czego lepiej się wystrzegać i nie mieć z tym kontaktu. W zmianie postrzegania mężczyzn czujących pociąg do tej samej płci nie pomagali nauczyciele, bo temat ten w murach szkolnych kompletnie nie istniał, a tym bardziej rówieśnicy.

Przypomnijmy, że były to czasy nastoletnie, kiedy negowanie stadnie przyjętych norm było grzechem śmiertelnym, za popełnienie którego mogłeś zostać skazany na bycie pośmiewiskiem stada lub banicję. Czyli w zasadzie na śmierć społeczną. A jedną z norm było używanie słowa „pedał” jako najmocniejszej istniejącej formy obrazy dla chłopaka.

Odchodzenie od tego krzywdzącego stereotypu wpojonego w okresie dojrzewania zajęło mi lata. Długo. A biorąc pod uwagę jak idiotyczne było myślenie w ten sposób, mogę zaryzykować stwierdzenie, że trwało to niemal wieczność. Nie chcę tu urządzać jakiejś ceremonii z posypywania głowy popiołem i kajania się, więc zakończę na tym, że lepiej późno niż wcale i że cieszę się, że się doedukowałem wychodząc z umysłowego średniowiecza. Niestety niektórzy, choć czasami mam wrażenie, że większość patrząc na sprawę ogólnokrajowo, pozostała na tym gimnazjalnym etapie, kiedy „gej” było urągającym wyzwiskiem, orientacja odmienna od heteroseksualnej postrzegana jako moc nieczysta, a bycie homo równało się z byciem trędowatym napiętnowanym ostracyzmem społecznym.

Dla nich, i dla osób, które nie wiedzą za bardzo co sądzić o ludziach czujących pociąg do tej samej płci, REWELACYJNY, a przede wszystkim NAUKOWY materiał o homoseksualizmie, do którego obejrzenia zachęcam wszystkich, ale to naprawdę wszystkich. Poglądy, preferencje i opinie można mieć różne, ale z faktami się nie dyskutuje, bo to tak jakby nie przyjmować, że Ziemia jest okrągła i cały czas uparcie próbować wmówić światu, że jednak jest płaska, a zbliżając się do jej krańca można za nią wypaść. Głupie co?

Mam nadzieję, że po tym bardzo merytorycznym materiale Dawida z „Naukowego Bełkotu” zmądrzeją wszyscy, którzy uważają, że homoseksualizm jest czymś nienaturalnym. Albo chorobą. Owocnego poszerzania horyzontów.

---> SKOMENTUJ