Close
Close

Czego nie nauczą Cię w szkole, a powinni?

Skip to entry content

„Ucz się, ucz, bo nauka to do potęgi klucz!” zwykła mawiać moja babcia, gdy zamiast odrabiać lekcje wolałem grać w puszkę z dzieciakami z osiedla albo oglądać „MacGyvera”, zastanawiając się, czy z mojego bumerangu i miksera dałoby radę zrobić helikopter. Zadałem to pytanie kiedyś na lekcji fizyki, ale nie spotkało się ze specjalnym entuzjazmem nauczycielki. Podobnie jak wątpliwość, czy znajomość wszystkich krajów afrykańskich wraz ze stolicami, przyda mi się kiedykolwiek do czegoś, poza zaliczeniem klasówki. Zasadniczo, edukacja w szkole, to było pasmo piętrzących się pytań bez odpowiedzi. Dowiedziałem się jak zbudowany jest pantofelek, zapamiętałem łacińskie nazwy rodzajów chmur i przyswoiłem wzór chemicznych alkoholu etylowego, jednak kwestie codziennej egzystencji pozostały niemal nietknięte. Co w sporym stopniu przyczyniło się do tego, że z liceum wyszedłem bez wielu podstawowych umiejętności, przydatnych w „prawdziwym” życiu.

Czego nie nauczyłem się w szkole, a powinienem?

Jak gospodarować swoimi finansami

W drugiej, czy trzeciej klasie liceum, mieliśmy taki przedmiot jak przedsiębiorczość, prowadzony przez bardzo przyjazną nauczycielkę. Nie dość, że się uśmiechała, to jeszcze była w stanie wytłumaczyć po polsku, czym jest VAT. I nawet CIT. No, złota kobieta, na żadnym przedmiocie nie zapamiętałem tylu definicji, co na tym. Mimo to, jednak na żadnej z lekcji nie padło takie pojęcie jak „budżet domowy”, „sposoby oszczędzania”, czy „realne oprocentowanie kredytów i pożyczek”.

Nigdy nie rozmawialiśmy na temat tego z czego będziemy żyć, jak skończymy szkołę, jak planować wydatki i zarządzać dochodami, czy w ogóle jak zrobić, żeby pod koniec pieniędzy nie zostawało za dużo miesiąca. Jak obliczyć sinus kąta o rozwartości 60 stopni wałkowaliśmy godzinami, ale na obliczanie ile zostanie nam na jedzenie po zapłaceniu wszystkich rachunków, nie poświęciliśmy ani chwili. Nie to, żebym coś miał do trygonometrii, bo w klasie maturalnej miałem 6 z matematyki, ale wydatkologię uważam za zdecydowanie istotniejszą.

Czemu nie warto przepuszczać całego hajsu zaraz po wypłacie, a branie pożyczki w Providencie, to najgorszy sposób radzenia sobie z problemami finansowymi, musiałem uczyć się już w szkole życia, bo państwowa ominęła ten temat dość szerokim łukiem.

Jak nawiązywać relacje z ludźmi

Nie byłbym tu gdzie jestem, gdyby nie ludzie, których spotkałem na swojej drodze. Tyle, że byłbym dużo dalej, gdybym w młodzieńczych latach nie zostawiał tego przypadkowi i nie omijał wybitnych jednostek, tylko dlatego, że nie wiedziałem jak nawiązać z nimi kontakt.

Czego najbardziej się boją dzieci idące do pierwszej klasy? Rówieśników.

Czego się boją ludzie idący do pierwszej pracy? Współpracowników.

Na każdym szczeblu edukacji miałem zajęcia w grupach, ale nikt mnie nie uczył jak w tej grupie się odnaleźć. Ani jak z nią pracować. Ani jak rozdzielać i egzekwować zadania. Ani tym bardziej jak w ogóle wejść w grupę, tak by nie zostać odrzuconym, ale też jednocześnie nie zatracać się, rezygnując z indywidualnych cech osobowych, równając do ogółu. Jak zrywać toksyczne znajomości, jak stawiać granice i jak nie dać się wykorzystywać, gdy ktoś 83 raz chce spisać od Ciebie zadanie domowe, nad którym siedziałeś cały zeszły wieczór,  też mi w szkole nikt nie powiedział. A szkoda.

Jak żyć w parze

Biorąc pod uwagę, jak silny w naszym społeczeństwie jest nacisk na monogamię i zakładanie rodziny, zdolność życia w parze jest jedną z ważniejszych umiejętności, które powinniśmy posiadać.

Niestety, żaden nauczyciel nie przekazuje nam tajników tej sekretnej sztuki i poznajemy je metodą prób i błędów, ćwicząc na żywym organiźmie. Kiedyś dyskutując na ten temat ze znajomym, usłyszałem, że to rodzice są od tego, żeby nauczyć mężczyznę jak dogadywać się z kobietą. W teorii brzmi pięknie. Tyle, że to tylko teoria, a w praktyce bardzo często rodzice sami tego nie wiedzą lub, co gorsza, mają zakodowane szkodliwe wzorce od swoich starych. Jeśli rola żony została sprowadzona do robota kuchenno-sprzątającego, a mąż ją bije, gdy ma zastrzeżenia do realizacji narzuconych jej obowiązków, to skąd dzieciak ma wiedzieć, że to patologia, skoro w szkole się na ten temat nie mówi?

Obserwując związki celebrytów, zwłaszcza tych dzisiejszych, raczej też za dużo dobrego nie wyniesie.

Jak występować publicznie

Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale życie dorosłego człowieka jest przeplecione publicznymi wystąpieniami, jak lato w Polsce chujową pogodą. Rozmowy rekrutacyjne, spotkania zespołu, prezentacje przed zarządem, szkolenia, to występy, na które prędzej czy później natknie się każdy z nas. No, może poza chronicznie bezrobotnymi naśladowcami Ferdka Kiepskiego.

W szkole teoretycznie mamy akademie i teatrzyki, które powinny nas do tego przygotować i oswoić z tremą, stresem i mówieniem do tłumu, ale tego nie robią. Po pierwsze, od każdego z takich wystąpień można się wykręcić. W podstawówce miałem kolegę, który regularnie, dwa tygodnie przed każdym przedstawieniem, w którym był obsadzony, przypadkowo dostawał zapalenie gardła. Po drugie, jedyną wagę w trakcie tych występów przywiązuje się do zapamiętania tekstu. Nikogo nie obchodzi jak wygląda Twoja mowa ciała, jak intonujesz poszczególne zdania, ani czy jesteś przekonujący. A już na pewno nie, czy dobrze się w tym czujesz i poradziłbyś sobie improwizując wypowiedź, gdyby coś się zmieniło albo posypało w ostatniej chwili. Nauczyciele mają w dupie co się dzieje wewnątrz Ciebie, najważniejsze, to żebyś się nie pomylił klepiąc tekst z pamięci.

W efekcie,  pierwsze rozmowy o pracę są porażką, a kandydatom trzęsą się ręce jak przy zaawansowanym Parkinsonie i palą cegłę, szukając języka miedzy sznurowadłami, gdy tylko wybije się ich ze schematu. Natomiast prezentowanie wyników pracy nad danym zadaniem reszcie zespołu albo, nie daj team leaderze, przełożonym, wygląda jak parodia egzekucji przez rozstrzelanie. Mnie również to nie ominęło, o czym pisałem w tekście „Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu”.

Jak rozwiązywać konflikty

W podstawówce, gdy miało się z kimś ewidentną kosę, szło się za boisko i rozwiązywało konflikt na pięści, po czym na drugi dzień wychowawczyni kazała podać sobie ręce i się przeprosić. Co nigdy ani nie było szczere, ani tym bardziej nie skutkowało. W gimnazjum było podobnie, natomiast w liceum odpuszczano sobie teatrzyk z pojednaniem. I tak poszliśmy w świat, nie wiedząc co zrobić poza daniem w mordę, gdy ktoś nas irytuje.

Seks w rzeczywistości nie wygląda jak w porno

Niby jest coś takiego jak „wychowanie do życia w rodzinie”, gdzie powinny być poruszane takie tematy. Tyle, że te zajęcia nie zawsze są obowiązkowe. Poza tym, gdy prowadzi je katechetka, są naprawdę mało przekonujące. Nie mówiąc o tym, że najczęściej sama prowadząca jest zawstydzona dyskutowaniem publicznie o seksie, grze wstępnej, drażnieniu łechtaczki, waleniu konia, minecie, palcówce i robieniu loda, zastępując nazwy czynności seksualnych określeniem „te rzeczy”. Daje to tyle, co karmienie głodujących w Afryce lajkami i sprawia, że nastolatek wychodzi jeszcze bardziej skołowany i nieuświadomiony niż wszedł, po czym odpala pornola, żeby zobaczyć „jak to wygląda naprawdę”.

Inteligencja jest ważniejsza niż wiedza

O to mam chyba największy żal do systemu edukacji, bo przez 12 lat szkoły wpajał mi coś zupełnie przeciwnego.

Nie było istotne, czy kojarzysz fakty, umiesz połączyć zdarzenia w ciąg przyczynowo-skutkowy i potrafisz łączyć kropki tak, by uzyskać pożądany wynik. Nie. Liczyło się rycie na pamięć schematów i wkuwanie na blachę definicji. To nic, że każdy utwór literacki można zinterpretować na dziesiątki sposobów, a każde zadanie matematyczne rozwiązać więcej niż jedną drogą. Liczył się tylko i wyłącznie jeden poprawny sposób postępowania narzucony przez system. Co z tego, że definicję czegokolwiek w ułamku sekundy można znaleźć w internecie? Zamiast uczyć się ich szukać, skupialiśmy się na ich zapamiętywaniu. Co było największym idiotyzmem tamtych lat.

W tym momencie mamy setki tomów wiedzy z najróżniejszych dziedzin, od prehistorii do biotechnologii, na wyciągnięcie myszki i dzielą nas od niej dwa kliki, dlatego posiadanie jej przestaje mieć znaczenie. Istotne jest, czy umiemy z niej korzystać i co potrafimy z nią zrobić.

Czy o wartości prawnika świadczy to ile zna przepisów? Przedszkolaka też można nauczyć regułek, ale bałbym się go brać za obrońcę w sporze z urzędem skarbowym. Treści ustawy podatkowej może nauczyć się każdy, ale nie każdy będzie potrafił ją interpretować i znajdować zależności między innymi dokumentami.

Czy o programiście mówimy, że jest wybitny, gdy przyswoi wszystkie biblioteki wszystkich możliwych języków programowania? Biorąc po uwagę, jak środowiska programistyczne się zmieniają, jest to prawie niemożliwe, a mnie jako klienta i tak nie obchodzi ile ich zna na pamięć, tylko jak potrafi z nich korzystać.

Czy lekarz jest dobry, gdy zapamięta łacińskie nazwy każdej z chorób? Czy może jednak, gdy umie łączyć fakty i interpretować wyniki badań?

Wiedza bez inteligencji jest jak szybowiec bez pilota. Robi miłe wrażenie, ale chmur nie posmyra.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Komentarz

    Szkoła ma celu wydać roboli, którzy po skończeniu edukacji mają w głowach cel, że muszą koniecznie znaleźć pracę co najmniej etatową, bo inaczej normalnie nie przeżyją (jakby pracowanie mniej niż 5 dni w tygodniu było jakąś ujmą lub lenistwem). Kluczowe w tym jest chodzenie do szkoły przez 5 dni w tygodniu o tych samych porach jak w normalnej pracy etatowej. 99 procent rzeczy nie pamięta się po skończeniu szkoły. Dlaczego szkoły produkują roboli, a nie geniuszy? Bo państwu nie są potrzebni geniusze, tylko płatnicy podatków, a robole są w tym najlepsi, ponieważ oni chcą pracować jak najwięcej. Kiedyś było jeszcze na tyle dobrze, że szkoła chociaż nauczyła zawodu i można było się odnaleźć na rynku jako ten robol, ale teraz absolwentom najczęściej brakuje praktyki.

    Nie mam nic do osób pracujących etatowych (bo ktoś musi obsługiwać sklepy, szpitale, służby). Swój zarzut kieruję do społeczeństwa i szkolnictwa (nie tylko w Polsce), że tak to wygląda i produkuje się pracowników etatowych bez umiejętności przydatnych w życiu, które wymienił autor powyżej.

  • Pingback: Maria Smith()

  • Ks. Asmodeusz

    Drogi autorze,
    chciałbym jedynie zwrócić uwagę na to, że szkoła nie jest od tego, aby uczyć „życiowych umiejętności” (cokolwiek pod tym słowem rozumiesz, bo dla jednego „życiowe” jest rąbanie drewna, dla drugiego robienie perfekcyjnego power cleana, a trzeciego rysowanie), ale po to, by wbić uczniom do głowy wiedzę ustaloną podstawą programową lub też jej rozszerzeniem. Jeśli zaś chodzi o powyższy tekst, odniosę się do nagłówków i cytatów w nich zawartych.

    „Jak gospodarować swoimi finansami” – kwestię tego czego się nie nauczyłeś przemilczę, bo w wielu podręcznikach pojęcia wymienione przez ciebie są dokładnie opisane. Szkoła uczy czytać ze zrozumieniem i to chyba wystarczy do zrozumienia tych kwestii. Z czego człowiek będzie żyć zależy wyłącznie od niego – licealista z pewnością pójdzie na studia, technik też, albo do roboty. Ktoś po zawodówce pewnie weźmie się od razu do roboty. Ile zostanie jedzenia po opłacenia rachunków uczą w szkole na każdej lekcji matematyki, na której pojawia się odejmowanie, bo to nic innego. Sinus kąta o rozwartości 60 stopni wynosi połowę pierwiastka z trzech i nie należy go wyliczać (tym bardziej przez kilka godzin) lub sprawdzić w tablicach matematycznych. Czemu nie wydawać wszystkich pieniędzy od razu po wypłacie? Bo to się zwyczajnie nie opłaca, jak i branie pożyczki-chwilówki. Jeśli ktoś decyduje się na taki krok bez przeprowadzenia researchu to nic dziwnego, że później cierpi.

    „Jak nawiązywać relacje z ludźmi” – relacje międzyludzkie są różne i nie widzę sensu w „uczeniu” innych co trzeba robić w jakiej sytuacji. Ile osób, tyle moralności i wewnętrznych przekonań. Życie w grupie to w szkole codzienność, co zdecydowanie ułatwia obcowanie z innymi ludźmi. Obawa przed rówieśnikami i współpracownikami to jakaś abstrakcja – jak napisałem wyżej, wszystko zależy od podejścia człowieka.

    „Jak żyć w parze” – w teorii brzmi pięknie jedynie ten akapit. W rzeczywistości nie ma on żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jak chcesz uczyć innych życia w związku? Łączenie na próbę losowych uczniów i dawanie im codziennych obowiązków? A może po prostu ustawianie w sztucznej sytuacji pokroju kłótnia z współmałżonkiem i pokazanie jak da się z niej wyjść w najlepszy sposób? Zabawne, bo w życiu to się nie sprawdza, a w dodatku nie istnieje nawet realny sposób przekazania takiej „wiedzy”.

    „Jak występować publicznie” – wyjątkowo trafne spostrzeżenie. Mimo wszystko trudno byłoby to wprowadzić na co dzień – przymusowe wystąpienia to w zasadzie jedyne, co zmusiłoby uczniów do oswojenia się z tym stresem. Cóż, poza tym wątpię, aby była to umiejętność do wprowadzenia pod program nauczania i oceniania. Mimo wszystko nie mam się do czego przyczepić.

    „Jak rozwiązywać konflikty” – szkoła nie uczy rozwiązywania problemów przemocą, tylko ludzie. Nie szedłbyś „walczyć”, gdyby nie zachęty rówieśników. Ani to wina systemu edukacji, ani oświaty, ani nauczycieli. Punkt wyssany z palca.

    „Seks w rzeczywistości nie wygląda jak w porno” – jeśli autorze myślałeś, że seks wygląda jak w porno to szczerze współczuję. Filmy tego typu to, uwaga, filmy. Reżyserowane. Ze scenariuszem, aktorami i tak dalej. Rzeczywistość wygląda inaczej niż na ekranie, a czemu to raczej tłumaczyć nie muszę. I szczerze, naprawdę chciałbyś słuchać jak zrobić minetę w klasie? Rzeczywiście, typowo szkolna wiedza, wyjątkowo przydatna w życiu.

    „Inteligencja jest ważniejsza niż wiedza” – w internecie możesz znaleźć nie tylko definicje, ale i wszystko inne. Te podawane w szkole często są bazowe. Tak samo jak kolory, nazwy zwierząt i przedmiotów. Po co tego się uczyć, skoro można wyszukać w internecie? Prawnik akurat powinien znać przepisy, bo dzięki temu może je wykorzystać w praktyce (już widzę jak w czasie procesu wyciąga grube tomisko i oznajmia „chwileczkę, chyba mam ten kazus”). Programista bez znajomości języka lub kilku nie napisze żadnego programu, a „formułki” wkuwa na pamięć pisząc setki linijek kodu. Lekarz bez znajomości objawów, które są pamięciówką, może określić co dolega pacjentowi. Wiedza bez inteligencji ma się dobrze i często wygrywa. Punkt zupełnie niepotrzebny, bo szkoła nie polega na zwiększeniu ilorazu IQ tylko podaniu wiedzy, dzięki której żywot jest prostszy. Gdybyś to chociaż inaczej ujął, albo zauważył co innego (na przykład to, że ciężka praca nad sobą jest stokrotnie większa od przereklamowanej inteligencji i wiedzy, przynajmniej w twoim rozumowaniu) to punkt mógłby egzystować. Tymczasem istnieje on tylko po to, aby podnieść sobie (i czytelnikom) ego – „jestem lepszy od innych, czemu mam się uczyć, przecież tak bardzo mi się nie chce”…

    Ręce opadają. Dorosły facet piszący takie pierdoły, w większości rzeczy bez pokrycia, nie do wprowadzenia w ani cudownej, ani przeciętnej placówce edukacyjnej. Szkoła daje „pakiet” umiejętności, dzięki którym prawie wszystko wymienione tutaj da się zgłębić w ciągu miesiąca, a jeśli ktoś jest zdolny to i paru dni (przynajmniej na poziomie bazowym).

    Rozumiem, że potrzeba włożenia do gara czegoś dobrego i prestiż w internecie wymaga pisanie takich głębokich tekstów, które ani się nie sprawdzają, ani nie bawią, ani nie inspirują. No chyba, że do komentowania. Gratulacje, dzięki mnie masz aż jeden komentarz więcej w statystykach! Mam nadzieję, że ten, pożal się boże, tekst będzie twoim najpopularniejszym.

    Pozdrawiam,
    Asmo

  • Szkoła nie jest od uczenia czegokolwiek wartościowego bo to mogłoby przyczynić się do tego, że nie będziesz chciał przez 40 lat podbijać kart na zakładzie albo co gorsza nie zabije wszystkich Twoich marzeń i ambicji z dzieciństwa. Wartościowych rzeczy niestety każdy musi się uczyć na własną rękę. Bo państwową szkoła chce z nas zrobić tylko bezmyślną dojną krowę.

    • Wiesław Machut

      Dokladnie – chca bys przeszedł zycie pod ich system, ktory jest poprostu spierd….

  • Rewelacyjnie to ująłeś. Zgadzam się z każdym punktem. O ile życie byłoby łatwiejsze, gdyby podane przez ciebie tematy były w szkole w jakiś sposób ogarniane.

  • Te pamiętne lekcje przedsiębiorczości w liceum. Prowadziła je starsza pani, która opowiadała nam o swoich marzeniach, związanych z założeniem firmy. Kiedyś uczyła matematyki, teraz zajmuje się przedsiębiorczością. Mówiła, że już niedługo to wszystko rzuci i zacznie pracować na własny rachunek. To było coś. Skończyłem liceum, a moja młodsza siostra właśnie do niego trafiła. Również miała lekcję z przemiłą panią, która opowiadała o swoich marzeniach. To miało się stać już za chwilę, kiedy wszystko w jej życiu się zmieni. W końcu uczy przedsiębiorczości, zna się więc na rzeczy. Moja siostra skończyła liceum, a pani od przedsiębiorczości w nim została. Obecnie jest już na emeryturze i chyba nadal marzy o swojej firmie. Po latach, na pewnym spotkaniu, poznałem osobę, która miała lekcję, z tą panią, wiele lat przede mną. Jak się domyślacie, już wiele lat wcześniej, pani od przedsiębiorczości, była u progu wielkich zmian w swoim życiu, miała otworzyć firmę…

    Związki to trudna sprawa. Szczególnie wtedy, gdy od samego początku, zamiast je tworzyć i rozwijać, tylko sobie je wyobrażamy. Nie umiemy tego robić. Nie umiemy pogłębiać relacji. Mężczyźni przecież nie zdradzają swoich myśli. A kobiety nie są konkretne. Schematy w których myślimy o mężczyznach i kobietach, są na tyle silne, że trudno jest nam je przełamać. Zaczynamy więc obserwować i szukać wzorców. Czy imponuje nam starszy kolega, który bajeruje wszystkie? Czy może imponuje nam romantyk, który gra swojej wybrance, serenady pod balkonem? Wszystko wszystkim, ale filmy robią nam w tej kwestii wodę z mózgu. Uczymy się budowania związków i miłości z komedii romantycznych. A co by o nich nie mówić, nie są najlepszym przykładem na to, jak postępować w życiu. Czasami pokazują nam wzorzec człowieka, który jedyne szczęście może znaleźć, jedynie w drugiej osobie. Toksyczne związki, przemoc fizyczną i psychiczną. Jesteśmy więc karmieni wzorem, który prędzej czy później, prowadzą do cierpienia. Nie jest to cierpienie na ekranie, a w naszym własnym życiu. Moim zdaniem, podstawą dobrego związku, jest umiejętność życia w samotności. Partner lub partnerka nie rozwiąże za ciebie problemów twojego życia. Zanim dasz jemu lub jej się poznać, musisz poznać najpierw samego siebie. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedy znudziły mi się wzorce wzięte z romantycznych komedii, zacząłem swoją zmianę. Nauczyłem się żyć sam. Poznałem siebie. Nikt nie chce być zaproszony do życia, w którym panuje jeden wielki bałagan. Nie wciągaj więc do bagna innych, jeżeli sam masz problem z wyjściem z niego. Nauczyłem się żyć sam i dzięki temu, poznałem kogoś wyjątkowego. Obecnie jest moją Żoną i niedługo będziemy mieli pierwszą rocznicę. Wszystko zaczęło się jednak od tego, że nauczyłem się życia w samotności.

    W szkole nie uczą robienia porządków. Porządków w swoim życiu. W życiu każdego z nas, przychodzi taki moment, że musimy się pozbyć balastu, który ciągnie nas w dół. Znajomi, którzy zamiast nas wspierać, rzucają nam kłody pod nogi. Związki w których tkwimy z poczucia obowiązku. Praca, która nas nie cieszy, ale zostajemy w niej, bo tak wypada. W szkole nie uczą porządkowania własnego życia. A kiedy sami dochodzimy do etapu sprzątania, mamy wyrzuty sumienia. Przecież nie można tak po prostu, odciąć się od znajomych, skończyć związek, czy rzucić pracę. Przecież to jest nie odpowiedzialne. W szkole trzeba być pod linijkę, trzeba być zgodną reprezentacją idealnego wzoru. W szkle nie uczą nas mówienia: „dość”, „koniec tego”, bo jest to podstawą do wolności, samodzielności i odpowiedzialności za własne życie. W szkole nie uczą nas myśleć o sobie, a każdą nam odtwarzać wzorce innych.

  • W szkole przede wszystkim nie uczą asertywności, krytycznego myślenia, dyskusji. Wręcz przeciwnie – tak bardzo trzeba być w szeregu, nie wychodzić za linię, nie krzyczeć za głośno, że potem przychodzi dorosłe życie i człowiek umiera ze strachu jak ma wyrazić własne zdanie, a już niedajboże się z kimś nie zgodzić.

    • S.

      No i mówią Ci „ucz się to dostaniesz dobrą pracę”. Tak jakby z łaski swojej ktoś się miał nad nami zlitować i dać nam tę pracę.

      Nikt nie mówi o tym, żeby to miejsce pracy stworzyć sobie samemu. Nikt nie mówi jak inwestować w wiedzę, ludzi i biznes. Po to by pieniądze pracowały na Ciebie. Tak jakby zależało komuś by uczynić z człowieka posłusznego pracownika, który się nie wychyla i jak ktoś mu napluje w mordę to odpowie jeszcze „przepraszam”.

      • Wiesław Machut

        Masz charoowac na świnskie tyłki, masz byc niewolnikiem systemu.

  • Pingback: Ze Źródeł #88 » kubaosinski.eu()

  • Łukasz Gaudyn

    Myślę, że krytykowanie wkuwania informacji na pamięć jest strasznie rozpowszechnione i zawsze na obronę jest podany argument o łatwości znalezienia tych informacji, ale… Ale jeśli nie poznasz wszystkich wzorów w fizyce, to nigdy nie wymyślisz w jaki sposób łączyć rzeczy ze sobą, Jeśli nie rozwiążesz setki całek, nie poznasz na pamięć schematów, które są potrzebne żeby rozwiązywać nowe samemu. Z datami i geografiąm jest podobnie. nikt nie wymaga potem już tej wiedzy gdzie jest egipt, jaka jest stolica konga i jak nazywają się małe, wiecznie tłukące się kraje afryki. Nikt nie zapyta prawdopodobnie w którym wieku była bitwa w wypizdowie górnymn, ale jeśli tego nigdy się nie nauczysz to nigdy nie powiążesz tych faktów. Przeniesienie swojej pamięci w eter z lenistwa zabiera trochę człowieczeństwa. Nie chodzi mi o to że w szkole nie ma braków, ale wpajanie bezsensownych faktów pozwala zdobyć ogólną wiedzę. Sama inteligencja pozwalająca łączyć kropki w najbardziej skomplikowane wzory to nic jeśli nie masz tych kropek, a nie wiedząc o ich istnieniu nigdy ich nie odnajdziesz. Uczcie się tych bezsensownych rzeczy, bo im więcej informacji tym lepiej :) Czas i tak upłynie, a można coś z tego mieć.

  • Abotage

    Szkoła dla mnie to głównie masa książek czytanych na lekcjach i ciekawe pomysły które przychodziły do głowy właśnie na nudnych lekcjach. Większość wiadomości ze szkoły wyleciała z głowy po zakończeniu ostatniego roku. I tak mam szczęście, że trafiłem na kilku dobrych nauczycieli. Jednak większość lekcji była przesiedziana z głową w chmurach i snuciem planów jak tu nie skończyć jako szeregowy pracownik w jakieś firmie.

    Zgadzam się z postulatem dotyczącym nauczania podstawowych finansów – może wtedy uczniowie zorientowaliby się, że kasa nie bierze się znikąd i wiedzieli, jak bardzo populistyczni są politycy.

    Jeśli chodzi o lekcje WDŻ – mniej było gadania o seksie, więcej o tym, że każdy mężczyzna powinien spłodzić syna i mieć żonę (co mnie strasznie denerwowało, bo mam inne zdanie na ten temat) i o tym że każda dziewczyna czeka na tego jedynego. Treść podręcznika nijak miała się do naszych doświadczeń, ale co poradzić kiedy wszystko było tam wyidealizowane, stawiano raczej na rozmnażanie się i na stworzenie rodziny. Ogólnie nudy.

    @aleksandramuszyska:disqus idea bardzo szczytna. Jednak w rzeczywistości wygląda to trochę inaczej. Każdy średnio rozgarnięty nastolatek wie, że kebaby i hamburgery są niezdrowe. Tylko kiedy wychodziliśmy gdzieś z kumplami po szkole i wracaliśmy około 20-21 do domu to było jedyne miejsce, gdzie można było zjeść za kilkanaście, nie za kilkadziesiąt złotych.
    Druga sprawa, że w wieku kilkunastu lat nikt nie myśli o dłuższej przyszłości i długofalowych konsekwencjach. Wystarczy popatrzeć na liczbę 14/15/16 latków palących ramę szlugów dziennie i upijających się do nieprzytomności w każdy piątek.

    • Aleksandra Muszyńska

      Moim zdaniem wiedza o tym, że śmieciowe żarcie jest niezdrowe ma bardzo abstrakcyjny charakter. Wiedzą, że nie jest to mądry wybór, ale nie wiedzą, dlaczego. Gdyby ktoś im wytłumaczył pojęcie trójglicerydów, dziennego zapotrzebowania organizmu na sól, tłuszczów trans i cholesterolu oraz to, dlaczego niedobrze jest, żeby zdrowe poziomy powyższych zostały przekroczone – to może chociaż ktoś wpadłby w jakąś refleksję na ten temat. Zwłaszcza jeśli szło by za tym uświadamianie, co się stanie z ciałem za 20 lat takiego odżywiania.
      Moim zdaniem to wszystko kwestia priorytetów. Śmieci je się z lenistwa. Zamiast iść na wieczorny kebab z kumplami młody człowiek może kupić bułkę grahamkę, serek wiejski i banana. Nie zabiłoby go, gdyby jadł coś normalnego otoczony znajomymi, przetrącającymi starą padlinę w bułce. Byłoby również taniej. Koledzy pewnie pośmialiby się chwilę- i szybko by przestali.
      Nie myślenie o przyszłości również wynika z braku wiedzy o tym, co być może za lat ileś i że wątroba jednak ma swoją odporność i kiedyś stanie dęba.

      • Abotage

        Sam próbuję teraz ograniczać niezdrowe jedzenie, by sprawdzić czy rzeczywiście tak to wpływa na człowieka. Jako że poza domem jestem częściej niż w domu to najczęstszym posiłkiem był kebab albo BigMac. Ewentualnie jakieś słodycze. Teraz przerzucam się na drożdżówki, bagietki, soki itp. Niestety mam tak, że nie zjem czegoś co nie jest świeże lub porządnie zakonserwowane, więc kanapki z domu odpadają.

        Mogłabyś zaproponować posiłki, które
        1) bez problemu kupię na mieście za max 15-20 zł
        2)są zdrowe
        3)najem się nimi do syta

        Z góry dzięki.

        • Aleksandra Muszyńska

          Złotko, nie jestem dietetykiem ;). Ale pucha tuńczyka w sosie własnym (ważne, żeby nie był rozdrobniony, tylko w kawałkach) wrzucone do jakiejś gotowej sałatki (w Lidlu masz takie „lunchboxy”, są spoko.Tylko ja wywalam dołączony sos) rozwiązałaby sprawę, zwłaszcza jak zagryzłbyś to bułą. W tej chwili w sklepach są ARMIE gotowych zup i sałatek, które mają dobry, pozbawiony syfu skład i są dobre- na bazie np. kaszy bulgur. I kosztują parę zeta. Porozglądaj się tylko :).

      • Wszystko, co „gdyby ktoś wytłumaczył” jest w podręczniku do biologii do drugiej klasy gimnazjum. Raczej chodzi o podejście „kto mi zabroni” :/

        • Aleksandra Muszyńska

          W moich podręcznikach to głównie pantofelki i żeńskie układy rozrodcze były,ale może mam już słabiejącą pamięć.

  • Eve S

    Nie że chcę bronić systemu edukacji, który ssie pod wieloma względami… ale wiele z tych rzeczy, które opisujesz to są z rodzaju „przeżyj to sam”. I dopóki człowiek nie wejdzie w pewne etapy życia to się tego nie dowie, niezależnie czy dziadek, babcia, mama czy szkoła o tym mówiła. A reszta to dla młodzieży szkolnej po prostu nuda, jednym uchem wleci a drugim wyleci. Bardziej twój wpis bym starszej młodzieży poleciła :D

  • Sylwia

    W sumie racja. Dziwi tylko fakt, że zamknąłeś się w siedmiu punktach.

    http://paranoyy.blogspot.com/

  • PS: Gdyby szkoła mówiła, że inteligencja jest ważniejsza niż wiedza, to nikt by nie chodził do szkoły – bo szkoła jest od wiedzy, a inteligencji nikt nie nauczy.

  • Ten post jest tak prawdziwy, że aż wkurzyłam się na myśl o tym że jutro pierwszy dzień tego nieuczciwego gówna zwanego szkołą. A dopiero co mówiłam z siostrą o tym dlaczego nikt się nigdy nie zgłasza na lekcjach w szkole i boi się podejść do tablicy nawet jeśli zna prawidłową odpowiedź. Bo nikt nas nigdy nie nauczył jak to zrobić, jak się ośmielić. Ba! Wręcz przeciwnie bo od podstawówki uczono nas jedynie tego, że jeśli źle odpowiesz na pytanie, coś źle zrobisz przy tablicy wtedy zostaniesz 1) pośmiewiskiem całej klasy 2) idiotą w oczach nauczyciela. Przez co również wpajają nam od dziecka że jesteśmy debilem. :)
    I który idiota wymyślił rozszerzenie z Geografii w mojej szkole i to dla profilu Artystycznego?! Co te dwie rzeczy mają ze sobą wspólnego słucham??!

  • Aneta

    „Jak obliczyć sinus kąta o rozwartości 60 stopni wałkowaliśmy godzinami,
    ale na obliczanie ile zostanie nam na jedzenie po zapłaceniu wszystkich
    rachunków, nie poświęciliśmy ani chwili.”
    To nie miałeś dodawania i odejmowania już w pierwszej klasie podstawówki?

  • Nie wiem czemu, ale przyszło mi do głowy że większości tych rzeczy może niee uczą w szkole, ale bardzo często uczą blogerzy na blogach :D a do Twoich punktów dodałbym jeszcze kreatywne myślenie ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Odżywianie! Uświadamianie, żeby może jednak dzieciak zamiast kebaba i coli codziennie po szkole opchnął coś z zieleniną i mięsem wiadomego pochodzenia. Po to, by za 30 lat zamiast deseru nie była konieczna koronografia. To, czemu aktywność fizyczna jest taka ważna i że ten cholerny w-f to nie po to, żeby nauczyciel Mieczysław mógł popatrzeć na młode pośladki w krótkich spodenkach, tylko po to, by mieć minimum ruchu w tygodniu. Jest wciąż za mało uświadamiania młodych ludzi, że żarcie byle czego i byle kiedy przestanie uchodzić płazem za jakiś czas (niektórym już przestało – sądząc po odsetku grubych dzieci i grubych młodych ludzi), a że im wcześniej człowiek nabierze masy krytycznej tym wcześniej jego organizm zacznie go nienawidzić.
    Oczywiście z Twoimi postulatami się zgadzam. Dodałabym jeszcze tylko uświadamianie w kwestii bezpiecznego seksu i konsekwencji związanych z brakiem ostrożności. To, że ciąży nie zapobiega się poprzez płukanki z octu oraz że generalnie ciąża po jednorazowym numerku bez zabezpieczenia może być najmniejszym z problemów „zdrowotnych”….
    A prawnikowi jednak przepisy w głowie się przydają, ja wychodzę z założenia, że im więcej tym lepiej. Chociażby po to, żeby nie kartkować nerwowo kodeksu przy kliencie który przychodzi na poradę :).

    • O, z odżywaniem masz całkowitą rację, zupełnie o tym nie pomyślałem!

    • Edukacja odżywiania i potrzeby sportu- podstawa imo!

    • Miałam problem z wfem w szkole. Żaden nauczyciel nie potrafił mnie do niego przekonać, wręcz odpychali mnie od sportu zmuszając mnie do dyscyplin, których nienawidzę i wstawiając kiepskie oceny za rzeczy, których nie potrafię zrobić (a próbowałam, żeby nie było). Ale to raczej jest wina programu, a nie nauczycieli. Uważam, że nie powinny być wstawiane oceny za konkretne umiejętności, tylko za przychodzenie na wf i zaangażowanie – mogłoby to bardziej zachęcać do uprawiania sportu – i to wszystkich :)

      • Aleksandra Muszyńska

        Albo oceny za postępy. Jeśli ostatnio zrypałaś się z kozła, a teraz tylko utknęłaś na środku, to znaczy, że jest lepiej. I trzeba to docenić.
        Nie mówię że każdy ma być takim sportowym faszystą jak ja, ale spróbować trzeba możliwie wielu dyscyplin (co powinno być zadaniem szkoły), nawet jeśli miałoby się skończyć tylko na spacerach 4 x w tygodniu. Zawsze coś.

  • I tak miałeś szczęście, że dowiedziałeś się co do VAT i CIT. Edukacja finansowa leży, ale trudno się dziwić – nauczyciele sami nie wiedzą jak to ugryźć, bo ich też nikt tego nie nauczył.

    Podobnie jest z wystąpieniami publicznymi – wielu nauczycieli nie potrafi poprowadzić lekcji, nie mówiąc już o dobrej prezentacji…

  • Edzia

    Te przykłady są oczywiście prawdziwe, ale ciężko byłoby je zrealizować w szkole od strony praktycznej, przynajmniej większość z nich. Nie biorę pod uwagę nawet faktu, że zainteresowanie uczniów mogłoby być znikome. Nauczycielom chyba ciężko by było np. nauczyć występować publicznie, jeśli mają przed sobą wizję zbliżających się egzaminów, na które muszą dzieci przygotować, żeby dostały się do dobrego liceum/na studia, więc ciężko ich winić. Ale np. moja ukochana nauczycielka polskiego z gimnazjum bardzo się starała nas nauczyć wypowiadać się publicznie i jeśli cokolwiek umiem – to tylko dzięki niej. Znaczy da się, oczywiście, ale nie jest to proste, zwłaszcza jak się pracuje z niechętną do czegokolwiek klasą.

    • „ciężko byłoby je zrealizować w szkole od strony praktycznej, przynajmniej większość z nich” – Edzia, bez obrazy, ale naprawdę uważasz, że trudniej wytłumaczyć nastolatkom jak zarządzać pieniędzmi albo co powiedzieć, gdy wchodzi się do nowej grupy, niż nauczyć obliczania pochodnych? :)

      „Nie biorę pod uwagę nawet faktu, że zainteresowanie uczniów mogłoby być znikome” – podobnie jak z większością przedmiotów :)

      • Edzia

        Sama chciałabym wiedzieć, co powiedzieć, gdy wchodzi się do nowej grupy :) Problem jest taki, że nie ma jednej jedynej poprawnej odpowiedzi. Tak samo na pytania „Jak żyć w parze” czy „Jak rozwiązywać konflikty”. Ale tu dochodzimy do inteligencji (ważniejszej od wiedzy, oczywiście) i do zajęć typu „Przekażemy Wam podstawy, a dopasowanie do sytuacji zostawimy Wam”, tylko jak potem rozliczać ucznia z przygotowania do zajęć? Jak wystawić mu ocenę? I tu się rodzi problem, bo po co marnować czas na zajęcia, z których nie jest się rozliczanym, jak można go przeznaczyć na naukę na kolejny sprawdzian ze stolic Afryki i mieć więcej czasu wolnego później. Problemem nie są zajęcia same w sobie, ale chyba system oświaty w obecnej formie, to znaczy nastawiony głównie na wyniki z egzaminów, a nie przygotowanie do późniejszego życia. O to mi chodziło :)

      • S.

        „Co powiedzieć, gdy wchodzi się do nowej grupy”

        – Cześć! Jestem Jan! ;)

  • Anita Sobczyk

    Masz oczywiście rację w tym temacie, ale myślę że nie powinniśmy aż tak negować podstawy programowej. W gimnazjum uczymy się podstaw każdej dziedziny, by posiadać choć trochę wiedzy ogólnej o świecie oraz znaleźć to, co nas interesuje. Dopiero w szkole średniej dobieramy bardziej precyzyjnie nasze główne przedmioty i to ma sens. Sam program nauczania nie jest zły, a to co moglibyśmy poprawić to przystosowanie do zawodu nauczyciela. Na studiach pedagogicznych nauczyciele powinni być uczeni jak sobie radzić i podchodzić do tematu, trafiając do uczniów.

    • Rozumiem, że zadaniem szkoły jest pokazanie uczniowi jak wygląda ogół świata, a nie tylko wycinek, ale nic by się nie stało, gdyby pokazywano młodym jak wygląda choćby wycinek życia.

      • Anita Sobczyk

        Tak, tak. Z tym masz rację, szkoła powinna iść z duchem czasu i dostosować podstawę programową do potrzeb uczniów. Ale też nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Polska szkoła pokazuje nam „choćby wycinek życia” i powinniśmy to docenić i nie stawiać jej w aż tak negatywnym świetle. :)

  • Konrad Norowski

    Można w dwie strony – inteligencja bez wiedzy jest jak bakteria bez pożywki. Nie karmiona nie rozwinie się prawidłowo, a może zmutować w coś czego nie chcieli byśmy oglądać. Może też nakarmić się czymś nieprzeznaczonym dla niej – pozorną logiką i manipulacjami. ;)

  • Konrad Norowski

    Jaki jest cel nauczycieli w przymuszaniu do przeprosin to nie wiem do dziś. Przecież żaden rozsądny człowiek nie uwierzy chyba że to w czymkolwiek pomaga, chyba że to dupochron „przecież ich pogodziłam!”

    • Też mnie zawsze zastanawiało, czemu to robią, ale chyba naprawdę wierzyli, że dzięki temu, oni, jako nauczyciele, będą mieli spokój bo „przecież się pogodzili”.

  • I miło byłoby, gdyby ktoś mógł zadać im co jakiś czas jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co chcesz robić w przyszłości? I wytłumaczyć, że to, czego się tu uczą to tylko środek do uzyskania tego celu, a nie on sam w sobie. Sama do tej pory śmieję się z siebie, jak głupia byłam, zakładając, że chcę studiować architekturę i ucząc się rzeczy potrzebnych, by na ten kierunek się dostać. Niby logiczne – ale z rozpędu przy matematyce, fizyce i rysowaniu po nocach nawet nie wpadłam na pomysł dowiedzenia się czegoś o samej architekturze: jej teoriach, niesamowitych architektach czy czymkolwiek, co nie było związane z egzaminem wstępnym. Myślę, że nie byłam jedyna, a tę sytuację można przenieść na każdą inną dziedzinę ;)

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

Najlepsze uliczne historie: wakacje

Skip to entry content

„Koniec lipca, za chwilę już znów zima” rapował Taco Hemingway i widząc to, co działo się w połowie sierpnia, trudno było się nie zgodzić. Deszcz, ziąb i szarówa. Niekorzystne warunki pogodowe na szczęście nie miały wpływu na bekowe konwersacje zasłyszane w przestrzeni festiwalowo-przyrodniczo-miejskiej. Przez całe wakacje było ich pod dostatkiem.

#1 – Dostałem od mamy lawendę w doniczce („bo ci się przyda, a w Krakowie pewnie nie macie”), po czym nastał czas na poważne rozmowy:

– Synku, ale powiedz mi tak szczerze, ty się normalnie spotykasz z ludźmi, czy tylko przez ten internet?
– No normalnie mamo, po pracy wychodzę z domu i się spotykam ze znajomymi.
– Wiedziałam, że mi prawdy nie powiesz.

#2 – Rzecz się dzieje w burgerowni na Kazimierzu, podchodzi do kasy pani, pan siedzi na kanapie:

– Poproszę tego burgera z kiełbasą…
– Polish pride?
– Chyba tak. I tego z pieczarkami.
– Bossa?
– Yhy, i dwie porcje frytek.
– Domowych?
– Tak, z sosem majonezowym.
– To wszystko?
– A, i małą Colę Zero.

Dobrze, że Zero, bo normalna by ich przecież wykończyła kalorycznie.

#3 – Poszedłem do Żabki po wino na urodziny koleżanki, bo to taki wiek, że się wina w prezentach daje i gdy dochodzę do kasy i podaję butelkę, pani kasjerka nabija kod kreskowy, patrzy na mnie spode łba i rzuca przepiękne:

– A dowód można zobaczyć?

– Oczywiście!

Czy można usłyszeć większy komplement będąc przed 30-tką?

#4 – Na Thassos przyleciało sporo Polaków, część z nich niestety nie mogła uciec od dyskusji politycznych. Podsłuchane na plaży:

– Chciałabym, żeby naszym prezydentem był Biedroń. To taki polski Obama, tylko, że jeszcze gej.

#5 – Przygód z telemarketerami z firmy Milanocośtam sprzedającej garnki część druga:

– Halo?
– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
– W imieniu cośtamcośtamMialnocośtamcośtam dzwonię, żeby zaprosić pana na bardzo atrakcyjne spotkanie…
– Nie, dziękuję.
– Ale na spotkaniu będzie sam…
– Nie, dziękuję.
– Ale jak to, nie chce pan dostać…
– Nie, dziękuję.
– Rozumiem. Ale zgodzi się pan ze mną, że sól jest niezdrowa dla organizmu?
– Nie zgodzę się.
– Ale jak to, przecież lekarze twierdzą, że sól…
– Proszę panią, ludzie twierdzą różne rzeczy. Posłowie PiSu twierdzą, że człowiek nie pochodzi od małpy. Zgodzi się pani z nimi?
– Rozumiem. To dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję, do widzenia.

#6 – Wchodzę do Lidla i na samym wejściu wpadam na parę 50-latków:

– Jest nasza kawa w promocji!
– Jaka?
– No Belarom.
– Aha.
– Co ty, nie lubisz jej?
– Ja w ogóle nie lubię kawy.
– Ale przecież codziennie pijesz.
– Bo mi codziennie robisz, to co mam wylewać?

#7 – Para przy stoliku obok burzliwie dyskutuje nad wyborem pizzy:

– To może weźmiemy diavolę?
– Ale ona jest z czosnkiem!
– No.
– No.
– No to co?
– To albo chcesz się całować albo chcesz diavolę.
– Czyli bierzemy parmę.

#8 – Takie tam z Hip-Hop Kempu:

– Ej, ale nie otwieraj jeszcze rumu.
– Bo co?
– Stary, jeszcze nawet dziewiątej nie ma.
– A która jest?
– 8:53.
– Dobra, to zaczekam do pełnej.

#9 – Męskie pogaduchy przy Plantach:

– I jak z tą Gośką?
– Nijak.
– Myślałem, że coś z tego będzie?
– Co ty człowieku, męcząca baba, ciągle chciała, żebym opowiadał jej co u mnie.
– To lipa.
– No. Ale przynajmniej przekonała mnie do jajecznicy z papryką.

#10 – Klasyk, po prostu klasyk! Wracam do Krakowa pociągiem i chcę wykorzystać te 3 godziny podróży, żeby popracować. Albo chociaż pospać. Ledwo siadam, dziewczynie za mną dzwoni telefon:

– Halo?
– …
– No hej, hej.
– …
– Tak, pewnie, że mogę rozmawiać. Jadę akurat pociągiem, to możemy poplotkować, mów co u ciebie.

I tak gdzieś już godzinę słucham, kto z kim się przelizał, kto z kim przespał, kto rozstał, i kto co miał na obiad przez ostatni kwartał. Dzięki.

 ***

Na takie śmichy-chichy dane mi było trafić w lipcu i sierpniu, jak macie swoje dialogowe heheszkowe wspomnienia lata, to dawajcie do komentarzy.

---> SKOMENTUJ