Close
Close

Czego nie nauczą Cię w szkole, a powinni?

Skip to entry content

„Ucz się, ucz, bo nauka to do potęgi klucz!” zwykła mawiać moja babcia, gdy zamiast odrabiać lekcje wolałem grać w puszkę z dzieciakami z osiedla albo oglądać „MacGyvera”, zastanawiając się, czy z mojego bumerangu i miksera dałoby radę zrobić helikopter. Zadałem to pytanie kiedyś na lekcji fizyki, ale nie spotkało się ze specjalnym entuzjazmem nauczycielki. Podobnie jak wątpliwość, czy znajomość wszystkich krajów afrykańskich wraz ze stolicami, przyda mi się kiedykolwiek do czegoś, poza zaliczeniem klasówki. Zasadniczo, edukacja w szkole, to było pasmo piętrzących się pytań bez odpowiedzi. Dowiedziałem się jak zbudowany jest pantofelek, zapamiętałem łacińskie nazwy rodzajów chmur i przyswoiłem wzór chemicznych alkoholu etylowego, jednak kwestie codziennej egzystencji pozostały niemal nietknięte. Co w sporym stopniu przyczyniło się do tego, że z liceum wyszedłem bez wielu podstawowych umiejętności, przydatnych w „prawdziwym” życiu.

Czego nie nauczyłem się w szkole, a powinienem?

Jak gospodarować swoimi finansami

W drugiej, czy trzeciej klasie liceum, mieliśmy taki przedmiot jak przedsiębiorczość, prowadzony przez bardzo przyjazną nauczycielkę. Nie dość, że się uśmiechała, to jeszcze była w stanie wytłumaczyć po polsku, czym jest VAT. I nawet CIT. No, złota kobieta, na żadnym przedmiocie nie zapamiętałem tylu definicji, co na tym. Mimo to, jednak na żadnej z lekcji nie padło takie pojęcie jak „budżet domowy”, „sposoby oszczędzania”, czy „realne oprocentowanie kredytów i pożyczek”.

Nigdy nie rozmawialiśmy na temat tego z czego będziemy żyć, jak skończymy szkołę, jak planować wydatki i zarządzać dochodami, czy w ogóle jak zrobić, żeby pod koniec pieniędzy nie zostawało za dużo miesiąca. Jak obliczyć sinus kąta o rozwartości 60 stopni wałkowaliśmy godzinami, ale na obliczanie ile zostanie nam na jedzenie po zapłaceniu wszystkich rachunków, nie poświęciliśmy ani chwili. Nie to, żebym coś miał do trygonometrii, bo w klasie maturalnej miałem 6 z matematyki, ale wydatkologię uważam za zdecydowanie istotniejszą.

Czemu nie warto przepuszczać całego hajsu zaraz po wypłacie, a branie pożyczki w Providencie, to najgorszy sposób radzenia sobie z problemami finansowymi, musiałem uczyć się już w szkole życia, bo państwowa ominęła ten temat dość szerokim łukiem.

Jak nawiązywać relacje z ludźmi

Nie byłbym tu gdzie jestem, gdyby nie ludzie, których spotkałem na swojej drodze. Tyle, że byłbym dużo dalej, gdybym w młodzieńczych latach nie zostawiał tego przypadkowi i nie omijał wybitnych jednostek, tylko dlatego, że nie wiedziałem jak nawiązać z nimi kontakt.

Czego najbardziej się boją dzieci idące do pierwszej klasy? Rówieśników.

Czego się boją ludzie idący do pierwszej pracy? Współpracowników.

Na każdym szczeblu edukacji miałem zajęcia w grupach, ale nikt mnie nie uczył jak w tej grupie się odnaleźć. Ani jak z nią pracować. Ani jak rozdzielać i egzekwować zadania. Ani tym bardziej jak w ogóle wejść w grupę, tak by nie zostać odrzuconym, ale też jednocześnie nie zatracać się, rezygnując z indywidualnych cech osobowych, równając do ogółu. Jak zrywać toksyczne znajomości, jak stawiać granice i jak nie dać się wykorzystywać, gdy ktoś 83 raz chce spisać od Ciebie zadanie domowe, nad którym siedziałeś cały zeszły wieczór,  też mi w szkole nikt nie powiedział. A szkoda.

Jak żyć w parze

Biorąc pod uwagę, jak silny w naszym społeczeństwie jest nacisk na monogamię i zakładanie rodziny, zdolność życia w parze jest jedną z ważniejszych umiejętności, które powinniśmy posiadać.

Niestety, żaden nauczyciel nie przekazuje nam tajników tej sekretnej sztuki i poznajemy je metodą prób i błędów, ćwicząc na żywym organiźmie. Kiedyś dyskutując na ten temat ze znajomym, usłyszałem, że to rodzice są od tego, żeby nauczyć mężczyznę jak dogadywać się z kobietą. W teorii brzmi pięknie. Tyle, że to tylko teoria, a w praktyce bardzo często rodzice sami tego nie wiedzą lub, co gorsza, mają zakodowane szkodliwe wzorce od swoich starych. Jeśli rola żony została sprowadzona do robota kuchenno-sprzątającego, a mąż ją bije, gdy ma zastrzeżenia do realizacji narzuconych jej obowiązków, to skąd dzieciak ma wiedzieć, że to patologia, skoro w szkole się na ten temat nie mówi?

Obserwując związki celebrytów, zwłaszcza tych dzisiejszych, raczej też za dużo dobrego nie wyniesie.

Jak występować publicznie

Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale życie dorosłego człowieka jest przeplecione publicznymi wystąpieniami, jak lato w Polsce chujową pogodą. Rozmowy rekrutacyjne, spotkania zespołu, prezentacje przed zarządem, szkolenia, to występy, na które prędzej czy później natknie się każdy z nas. No, może poza chronicznie bezrobotnymi naśladowcami Ferdka Kiepskiego.

W szkole teoretycznie mamy akademie i teatrzyki, które powinny nas do tego przygotować i oswoić z tremą, stresem i mówieniem do tłumu, ale tego nie robią. Po pierwsze, od każdego z takich wystąpień można się wykręcić. W podstawówce miałem kolegę, który regularnie, dwa tygodnie przed każdym przedstawieniem, w którym był obsadzony, przypadkowo dostawał zapalenie gardła. Po drugie, jedyną wagę w trakcie tych występów przywiązuje się do zapamiętania tekstu. Nikogo nie obchodzi jak wygląda Twoja mowa ciała, jak intonujesz poszczególne zdania, ani czy jesteś przekonujący. A już na pewno nie, czy dobrze się w tym czujesz i poradziłbyś sobie improwizując wypowiedź, gdyby coś się zmieniło albo posypało w ostatniej chwili. Nauczyciele mają w dupie co się dzieje wewnątrz Ciebie, najważniejsze, to żebyś się nie pomylił klepiąc tekst z pamięci.

W efekcie,  pierwsze rozmowy o pracę są porażką, a kandydatom trzęsą się ręce jak przy zaawansowanym Parkinsonie i palą cegłę, szukając języka miedzy sznurowadłami, gdy tylko wybije się ich ze schematu. Natomiast prezentowanie wyników pracy nad danym zadaniem reszcie zespołu albo, nie daj team leaderze, przełożonym, wygląda jak parodia egzekucji przez rozstrzelanie. Mnie również to nie ominęło, o czym pisałem w tekście „Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu”.

Jak rozwiązywać konflikty

W podstawówce, gdy miało się z kimś ewidentną kosę, szło się za boisko i rozwiązywało konflikt na pięści, po czym na drugi dzień wychowawczyni kazała podać sobie ręce i się przeprosić. Co nigdy ani nie było szczere, ani tym bardziej nie skutkowało. W gimnazjum było podobnie, natomiast w liceum odpuszczano sobie teatrzyk z pojednaniem. I tak poszliśmy w świat, nie wiedząc co zrobić poza daniem w mordę, gdy ktoś nas irytuje.

Seks w rzeczywistości nie wygląda jak w porno

Niby jest coś takiego jak „wychowanie do życia w rodzinie”, gdzie powinny być poruszane takie tematy. Tyle, że te zajęcia nie zawsze są obowiązkowe. Poza tym, gdy prowadzi je katechetka, są naprawdę mało przekonujące. Nie mówiąc o tym, że najczęściej sama prowadząca jest zawstydzona dyskutowaniem publicznie o seksie, grze wstępnej, drażnieniu łechtaczki, waleniu konia, minecie, palcówce i robieniu loda, zastępując nazwy czynności seksualnych określeniem „te rzeczy”. Daje to tyle, co karmienie głodujących w Afryce lajkami i sprawia, że nastolatek wychodzi jeszcze bardziej skołowany i nieuświadomiony niż wszedł, po czym odpala pornola, żeby zobaczyć „jak to wygląda naprawdę”.

Inteligencja jest ważniejsza niż wiedza

O to mam chyba największy żal do systemu edukacji, bo przez 12 lat szkoły wpajał mi coś zupełnie przeciwnego.

Nie było istotne, czy kojarzysz fakty, umiesz połączyć zdarzenia w ciąg przyczynowo-skutkowy i potrafisz łączyć kropki tak, by uzyskać pożądany wynik. Nie. Liczyło się rycie na pamięć schematów i wkuwanie na blachę definicji. To nic, że każdy utwór literacki można zinterpretować na dziesiątki sposobów, a każde zadanie matematyczne rozwiązać więcej niż jedną drogą. Liczył się tylko i wyłącznie jeden poprawny sposób postępowania narzucony przez system. Co z tego, że definicję czegokolwiek w ułamku sekundy można znaleźć w internecie? Zamiast uczyć się ich szukać, skupialiśmy się na ich zapamiętywaniu. Co było największym idiotyzmem tamtych lat.

W tym momencie mamy setki tomów wiedzy z najróżniejszych dziedzin, od prehistorii do biotechnologii, na wyciągnięcie myszki i dzielą nas od niej dwa kliki, dlatego posiadanie jej przestaje mieć znaczenie. Istotne jest, czy umiemy z niej korzystać i co potrafimy z nią zrobić.

Czy o wartości prawnika świadczy to ile zna przepisów? Przedszkolaka też można nauczyć regułek, ale bałbym się go brać za obrońcę w sporze z urzędem skarbowym. Treści ustawy podatkowej może nauczyć się każdy, ale nie każdy będzie potrafił ją interpretować i znajdować zależności między innymi dokumentami.

Czy o programiście mówimy, że jest wybitny, gdy przyswoi wszystkie biblioteki wszystkich możliwych języków programowania? Biorąc po uwagę, jak środowiska programistyczne się zmieniają, jest to prawie niemożliwe, a mnie jako klienta i tak nie obchodzi ile ich zna na pamięć, tylko jak potrafi z nich korzystać.

Czy lekarz jest dobry, gdy zapamięta łacińskie nazwy każdej z chorób? Czy może jednak, gdy umie łączyć fakty i interpretować wyniki badań?

Wiedza bez inteligencji jest jak szybowiec bez pilota. Robi miłe wrażenie, ale chmur nie posmyra.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Ks. Asmodeusz

    Drogi autorze,
    chciałbym jedynie zwrócić uwagę na to, że szkoła nie jest od tego, aby uczyć „życiowych umiejętności” (cokolwiek pod tym słowem rozumiesz, bo dla jednego „życiowe” jest rąbanie drewna, dla drugiego robienie perfekcyjnego power cleana, a trzeciego rysowanie), ale po to, by wbić uczniom do głowy wiedzę ustaloną podstawą programową lub też jej rozszerzeniem. Jeśli zaś chodzi o powyższy tekst, odniosę się do nagłówków i cytatów w nich zawartych.

    „Jak gospodarować swoimi finansami” – kwestię tego czego się nie nauczyłeś przemilczę, bo w wielu podręcznikach pojęcia wymienione przez ciebie są dokładnie opisane. Szkoła uczy czytać ze zrozumieniem i to chyba wystarczy do zrozumienia tych kwestii. Z czego człowiek będzie żyć zależy wyłącznie od niego – licealista z pewnością pójdzie na studia, technik też, albo do roboty. Ktoś po zawodówce pewnie weźmie się od razu do roboty. Ile zostanie jedzenia po opłacenia rachunków uczą w szkole na każdej lekcji matematyki, na której pojawia się odejmowanie, bo to nic innego. Sinus kąta o rozwartości 60 stopni wynosi połowę pierwiastka z trzech i nie należy go wyliczać (tym bardziej przez kilka godzin) lub sprawdzić w tablicach matematycznych. Czemu nie wydawać wszystkich pieniędzy od razu po wypłacie? Bo to się zwyczajnie nie opłaca, jak i branie pożyczki-chwilówki. Jeśli ktoś decyduje się na taki krok bez przeprowadzenia researchu to nic dziwnego, że później cierpi.

    „Jak nawiązywać relacje z ludźmi” – relacje międzyludzkie są różne i nie widzę sensu w „uczeniu” innych co trzeba robić w jakiej sytuacji. Ile osób, tyle moralności i wewnętrznych przekonań. Życie w grupie to w szkole codzienność, co zdecydowanie ułatwia obcowanie z innymi ludźmi. Obawa przed rówieśnikami i współpracownikami to jakaś abstrakcja – jak napisałem wyżej, wszystko zależy od podejścia człowieka.

    „Jak żyć w parze” – w teorii brzmi pięknie jedynie ten akapit. W rzeczywistości nie ma on żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jak chcesz uczyć innych życia w związku? Łączenie na próbę losowych uczniów i dawanie im codziennych obowiązków? A może po prostu ustawianie w sztucznej sytuacji pokroju kłótnia z współmałżonkiem i pokazanie jak da się z niej wyjść w najlepszy sposób? Zabawne, bo w życiu to się nie sprawdza, a w dodatku nie istnieje nawet realny sposób przekazania takiej „wiedzy”.

    „Jak występować publicznie” – wyjątkowo trafne spostrzeżenie. Mimo wszystko trudno byłoby to wprowadzić na co dzień – przymusowe wystąpienia to w zasadzie jedyne, co zmusiłoby uczniów do oswojenia się z tym stresem. Cóż, poza tym wątpię, aby była to umiejętność do wprowadzenia pod program nauczania i oceniania. Mimo wszystko nie mam się do czego przyczepić.

    „Jak rozwiązywać konflikty” – szkoła nie uczy rozwiązywania problemów przemocą, tylko ludzie. Nie szedłbyś „walczyć”, gdyby nie zachęty rówieśników. Ani to wina systemu edukacji, ani oświaty, ani nauczycieli. Punkt wyssany z palca.

    „Seks w rzeczywistości nie wygląda jak w porno” – jeśli autorze myślałeś, że seks wygląda jak w porno to szczerze współczuję. Filmy tego typu to, uwaga, filmy. Reżyserowane. Ze scenariuszem, aktorami i tak dalej. Rzeczywistość wygląda inaczej niż na ekranie, a czemu to raczej tłumaczyć nie muszę. I szczerze, naprawdę chciałbyś słuchać jak zrobić minetę w klasie? Rzeczywiście, typowo szkolna wiedza, wyjątkowo przydatna w życiu.

    „Inteligencja jest ważniejsza niż wiedza” – w internecie możesz znaleźć nie tylko definicje, ale i wszystko inne. Te podawane w szkole często są bazowe. Tak samo jak kolory, nazwy zwierząt i przedmiotów. Po co tego się uczyć, skoro można wyszukać w internecie? Prawnik akurat powinien znać przepisy, bo dzięki temu może je wykorzystać w praktyce (już widzę jak w czasie procesu wyciąga grube tomisko i oznajmia „chwileczkę, chyba mam ten kazus”). Programista bez znajomości języka lub kilku nie napisze żadnego programu, a „formułki” wkuwa na pamięć pisząc setki linijek kodu. Lekarz bez znajomości objawów, które są pamięciówką, może określić co dolega pacjentowi. Wiedza bez inteligencji ma się dobrze i często wygrywa. Punkt zupełnie niepotrzebny, bo szkoła nie polega na zwiększeniu ilorazu IQ tylko podaniu wiedzy, dzięki której żywot jest prostszy. Gdybyś to chociaż inaczej ujął, albo zauważył co innego (na przykład to, że ciężka praca nad sobą jest stokrotnie większa od przereklamowanej inteligencji i wiedzy, przynajmniej w twoim rozumowaniu) to punkt mógłby egzystować. Tymczasem istnieje on tylko po to, aby podnieść sobie (i czytelnikom) ego – „jestem lepszy od innych, czemu mam się uczyć, przecież tak bardzo mi się nie chce”…

    Ręce opadają. Dorosły facet piszący takie pierdoły, w większości rzeczy bez pokrycia, nie do wprowadzenia w ani cudownej, ani przeciętnej placówce edukacyjnej. Szkoła daje „pakiet” umiejętności, dzięki którym prawie wszystko wymienione tutaj da się zgłębić w ciągu miesiąca, a jeśli ktoś jest zdolny to i paru dni (przynajmniej na poziomie bazowym).

    Rozumiem, że potrzeba włożenia do gara czegoś dobrego i prestiż w internecie wymaga pisanie takich głębokich tekstów, które ani się nie sprawdzają, ani nie bawią, ani nie inspirują. No chyba, że do komentowania. Gratulacje, dzięki mnie masz aż jeden komentarz więcej w statystykach! Mam nadzieję, że ten, pożal się boże, tekst będzie twoim najpopularniejszym.

    Pozdrawiam,
    Asmo

  • Szkoła nie jest od uczenia czegokolwiek wartościowego bo to mogłoby przyczynić się do tego, że nie będziesz chciał przez 40 lat podbijać kart na zakładzie albo co gorsza nie zabije wszystkich Twoich marzeń i ambicji z dzieciństwa. Wartościowych rzeczy niestety każdy musi się uczyć na własną rękę. Bo państwową szkoła chce z nas zrobić tylko bezmyślną dojną krowę.

    • Wiesław Machut

      Dokladnie – chca bys przeszedł zycie pod ich system, ktory jest poprostu spierd….

  • Rewelacyjnie to ująłeś. Zgadzam się z każdym punktem. O ile życie byłoby łatwiejsze, gdyby podane przez ciebie tematy były w szkole w jakiś sposób ogarniane.

  • Te pamiętne lekcje przedsiębiorczości w liceum. Prowadziła je starsza pani, która opowiadała nam o swoich marzeniach, związanych z założeniem firmy. Kiedyś uczyła matematyki, teraz zajmuje się przedsiębiorczością. Mówiła, że już niedługo to wszystko rzuci i zacznie pracować na własny rachunek. To było coś. Skończyłem liceum, a moja młodsza siostra właśnie do niego trafiła. Również miała lekcję z przemiłą panią, która opowiadała o swoich marzeniach. To miało się stać już za chwilę, kiedy wszystko w jej życiu się zmieni. W końcu uczy przedsiębiorczości, zna się więc na rzeczy. Moja siostra skończyła liceum, a pani od przedsiębiorczości w nim została. Obecnie jest już na emeryturze i chyba nadal marzy o swojej firmie. Po latach, na pewnym spotkaniu, poznałem osobę, która miała lekcję, z tą panią, wiele lat przede mną. Jak się domyślacie, już wiele lat wcześniej, pani od przedsiębiorczości, była u progu wielkich zmian w swoim życiu, miała otworzyć firmę…

    Związki to trudna sprawa. Szczególnie wtedy, gdy od samego początku, zamiast je tworzyć i rozwijać, tylko sobie je wyobrażamy. Nie umiemy tego robić. Nie umiemy pogłębiać relacji. Mężczyźni przecież nie zdradzają swoich myśli. A kobiety nie są konkretne. Schematy w których myślimy o mężczyznach i kobietach, są na tyle silne, że trudno jest nam je przełamać. Zaczynamy więc obserwować i szukać wzorców. Czy imponuje nam starszy kolega, który bajeruje wszystkie? Czy może imponuje nam romantyk, który gra swojej wybrance, serenady pod balkonem? Wszystko wszystkim, ale filmy robią nam w tej kwestii wodę z mózgu. Uczymy się budowania związków i miłości z komedii romantycznych. A co by o nich nie mówić, nie są najlepszym przykładem na to, jak postępować w życiu. Czasami pokazują nam wzorzec człowieka, który jedyne szczęście może znaleźć, jedynie w drugiej osobie. Toksyczne związki, przemoc fizyczną i psychiczną. Jesteśmy więc karmieni wzorem, który prędzej czy później, prowadzą do cierpienia. Nie jest to cierpienie na ekranie, a w naszym własnym życiu. Moim zdaniem, podstawą dobrego związku, jest umiejętność życia w samotności. Partner lub partnerka nie rozwiąże za ciebie problemów twojego życia. Zanim dasz jemu lub jej się poznać, musisz poznać najpierw samego siebie. Znam to z własnego doświadczenia. Kiedy znudziły mi się wzorce wzięte z romantycznych komedii, zacząłem swoją zmianę. Nauczyłem się żyć sam. Poznałem siebie. Nikt nie chce być zaproszony do życia, w którym panuje jeden wielki bałagan. Nie wciągaj więc do bagna innych, jeżeli sam masz problem z wyjściem z niego. Nauczyłem się żyć sam i dzięki temu, poznałem kogoś wyjątkowego. Obecnie jest moją Żoną i niedługo będziemy mieli pierwszą rocznicę. Wszystko zaczęło się jednak od tego, że nauczyłem się życia w samotności.

    W szkole nie uczą robienia porządków. Porządków w swoim życiu. W życiu każdego z nas, przychodzi taki moment, że musimy się pozbyć balastu, który ciągnie nas w dół. Znajomi, którzy zamiast nas wspierać, rzucają nam kłody pod nogi. Związki w których tkwimy z poczucia obowiązku. Praca, która nas nie cieszy, ale zostajemy w niej, bo tak wypada. W szkole nie uczą porządkowania własnego życia. A kiedy sami dochodzimy do etapu sprzątania, mamy wyrzuty sumienia. Przecież nie można tak po prostu, odciąć się od znajomych, skończyć związek, czy rzucić pracę. Przecież to jest nie odpowiedzialne. W szkole trzeba być pod linijkę, trzeba być zgodną reprezentacją idealnego wzoru. W szkle nie uczą nas mówienia: „dość”, „koniec tego”, bo jest to podstawą do wolności, samodzielności i odpowiedzialności za własne życie. W szkole nie uczą nas myśleć o sobie, a każdą nam odtwarzać wzorce innych.

  • W szkole przede wszystkim nie uczą asertywności, krytycznego myślenia, dyskusji. Wręcz przeciwnie – tak bardzo trzeba być w szeregu, nie wychodzić za linię, nie krzyczeć za głośno, że potem przychodzi dorosłe życie i człowiek umiera ze strachu jak ma wyrazić własne zdanie, a już niedajboże się z kimś nie zgodzić.

    • S.

      No i mówią Ci „ucz się to dostaniesz dobrą pracę”. Tak jakby z łaski swojej ktoś się miał nad nami zlitować i dać nam tę pracę.

      Nikt nie mówi o tym, żeby to miejsce pracy stworzyć sobie samemu. Nikt nie mówi jak inwestować w wiedzę, ludzi i biznes. Po to by pieniądze pracowały na Ciebie. Tak jakby zależało komuś by uczynić z człowieka posłusznego pracownika, który się nie wychyla i jak ktoś mu napluje w mordę to odpowie jeszcze „przepraszam”.

      • Wiesław Machut

        Masz charoowac na świnskie tyłki, masz byc niewolnikiem systemu.

  • Pingback: Ze Źródeł #88 » kubaosinski.eu()

  • Łukasz Gaudyn

    Myślę, że krytykowanie wkuwania informacji na pamięć jest strasznie rozpowszechnione i zawsze na obronę jest podany argument o łatwości znalezienia tych informacji, ale… Ale jeśli nie poznasz wszystkich wzorów w fizyce, to nigdy nie wymyślisz w jaki sposób łączyć rzeczy ze sobą, Jeśli nie rozwiążesz setki całek, nie poznasz na pamięć schematów, które są potrzebne żeby rozwiązywać nowe samemu. Z datami i geografiąm jest podobnie. nikt nie wymaga potem już tej wiedzy gdzie jest egipt, jaka jest stolica konga i jak nazywają się małe, wiecznie tłukące się kraje afryki. Nikt nie zapyta prawdopodobnie w którym wieku była bitwa w wypizdowie górnymn, ale jeśli tego nigdy się nie nauczysz to nigdy nie powiążesz tych faktów. Przeniesienie swojej pamięci w eter z lenistwa zabiera trochę człowieczeństwa. Nie chodzi mi o to że w szkole nie ma braków, ale wpajanie bezsensownych faktów pozwala zdobyć ogólną wiedzę. Sama inteligencja pozwalająca łączyć kropki w najbardziej skomplikowane wzory to nic jeśli nie masz tych kropek, a nie wiedząc o ich istnieniu nigdy ich nie odnajdziesz. Uczcie się tych bezsensownych rzeczy, bo im więcej informacji tym lepiej :) Czas i tak upłynie, a można coś z tego mieć.

  • Abotage

    Szkoła dla mnie to głównie masa książek czytanych na lekcjach i ciekawe pomysły które przychodziły do głowy właśnie na nudnych lekcjach. Większość wiadomości ze szkoły wyleciała z głowy po zakończeniu ostatniego roku. I tak mam szczęście, że trafiłem na kilku dobrych nauczycieli. Jednak większość lekcji była przesiedziana z głową w chmurach i snuciem planów jak tu nie skończyć jako szeregowy pracownik w jakieś firmie.

    Zgadzam się z postulatem dotyczącym nauczania podstawowych finansów – może wtedy uczniowie zorientowaliby się, że kasa nie bierze się znikąd i wiedzieli, jak bardzo populistyczni są politycy.

    Jeśli chodzi o lekcje WDŻ – mniej było gadania o seksie, więcej o tym, że każdy mężczyzna powinien spłodzić syna i mieć żonę (co mnie strasznie denerwowało, bo mam inne zdanie na ten temat) i o tym że każda dziewczyna czeka na tego jedynego. Treść podręcznika nijak miała się do naszych doświadczeń, ale co poradzić kiedy wszystko było tam wyidealizowane, stawiano raczej na rozmnażanie się i na stworzenie rodziny. Ogólnie nudy.

    @aleksandramuszyska:disqus idea bardzo szczytna. Jednak w rzeczywistości wygląda to trochę inaczej. Każdy średnio rozgarnięty nastolatek wie, że kebaby i hamburgery są niezdrowe. Tylko kiedy wychodziliśmy gdzieś z kumplami po szkole i wracaliśmy około 20-21 do domu to było jedyne miejsce, gdzie można było zjeść za kilkanaście, nie za kilkadziesiąt złotych.
    Druga sprawa, że w wieku kilkunastu lat nikt nie myśli o dłuższej przyszłości i długofalowych konsekwencjach. Wystarczy popatrzeć na liczbę 14/15/16 latków palących ramę szlugów dziennie i upijających się do nieprzytomności w każdy piątek.

    • Aleksandra Muszyńska

      Moim zdaniem wiedza o tym, że śmieciowe żarcie jest niezdrowe ma bardzo abstrakcyjny charakter. Wiedzą, że nie jest to mądry wybór, ale nie wiedzą, dlaczego. Gdyby ktoś im wytłumaczył pojęcie trójglicerydów, dziennego zapotrzebowania organizmu na sól, tłuszczów trans i cholesterolu oraz to, dlaczego niedobrze jest, żeby zdrowe poziomy powyższych zostały przekroczone – to może chociaż ktoś wpadłby w jakąś refleksję na ten temat. Zwłaszcza jeśli szło by za tym uświadamianie, co się stanie z ciałem za 20 lat takiego odżywiania.
      Moim zdaniem to wszystko kwestia priorytetów. Śmieci je się z lenistwa. Zamiast iść na wieczorny kebab z kumplami młody człowiek może kupić bułkę grahamkę, serek wiejski i banana. Nie zabiłoby go, gdyby jadł coś normalnego otoczony znajomymi, przetrącającymi starą padlinę w bułce. Byłoby również taniej. Koledzy pewnie pośmialiby się chwilę- i szybko by przestali.
      Nie myślenie o przyszłości również wynika z braku wiedzy o tym, co być może za lat ileś i że wątroba jednak ma swoją odporność i kiedyś stanie dęba.

      • Abotage

        Sam próbuję teraz ograniczać niezdrowe jedzenie, by sprawdzić czy rzeczywiście tak to wpływa na człowieka. Jako że poza domem jestem częściej niż w domu to najczęstszym posiłkiem był kebab albo BigMac. Ewentualnie jakieś słodycze. Teraz przerzucam się na drożdżówki, bagietki, soki itp. Niestety mam tak, że nie zjem czegoś co nie jest świeże lub porządnie zakonserwowane, więc kanapki z domu odpadają.

        Mogłabyś zaproponować posiłki, które
        1) bez problemu kupię na mieście za max 15-20 zł
        2)są zdrowe
        3)najem się nimi do syta

        Z góry dzięki.

        • Aleksandra Muszyńska

          Złotko, nie jestem dietetykiem ;). Ale pucha tuńczyka w sosie własnym (ważne, żeby nie był rozdrobniony, tylko w kawałkach) wrzucone do jakiejś gotowej sałatki (w Lidlu masz takie „lunchboxy”, są spoko.Tylko ja wywalam dołączony sos) rozwiązałaby sprawę, zwłaszcza jak zagryzłbyś to bułą. W tej chwili w sklepach są ARMIE gotowych zup i sałatek, które mają dobry, pozbawiony syfu skład i są dobre- na bazie np. kaszy bulgur. I kosztują parę zeta. Porozglądaj się tylko :).

      • Wszystko, co „gdyby ktoś wytłumaczył” jest w podręczniku do biologii do drugiej klasy gimnazjum. Raczej chodzi o podejście „kto mi zabroni” :/

        • Aleksandra Muszyńska

          W moich podręcznikach to głównie pantofelki i żeńskie układy rozrodcze były,ale może mam już słabiejącą pamięć.

  • Eve S

    Nie że chcę bronić systemu edukacji, który ssie pod wieloma względami… ale wiele z tych rzeczy, które opisujesz to są z rodzaju „przeżyj to sam”. I dopóki człowiek nie wejdzie w pewne etapy życia to się tego nie dowie, niezależnie czy dziadek, babcia, mama czy szkoła o tym mówiła. A reszta to dla młodzieży szkolnej po prostu nuda, jednym uchem wleci a drugim wyleci. Bardziej twój wpis bym starszej młodzieży poleciła :D

  • Sylwia

    W sumie racja. Dziwi tylko fakt, że zamknąłeś się w siedmiu punktach.

    http://paranoyy.blogspot.com/

  • PS: Gdyby szkoła mówiła, że inteligencja jest ważniejsza niż wiedza, to nikt by nie chodził do szkoły – bo szkoła jest od wiedzy, a inteligencji nikt nie nauczy.

  • Ten post jest tak prawdziwy, że aż wkurzyłam się na myśl o tym że jutro pierwszy dzień tego nieuczciwego gówna zwanego szkołą. A dopiero co mówiłam z siostrą o tym dlaczego nikt się nigdy nie zgłasza na lekcjach w szkole i boi się podejść do tablicy nawet jeśli zna prawidłową odpowiedź. Bo nikt nas nigdy nie nauczył jak to zrobić, jak się ośmielić. Ba! Wręcz przeciwnie bo od podstawówki uczono nas jedynie tego, że jeśli źle odpowiesz na pytanie, coś źle zrobisz przy tablicy wtedy zostaniesz 1) pośmiewiskiem całej klasy 2) idiotą w oczach nauczyciela. Przez co również wpajają nam od dziecka że jesteśmy debilem. :)
    I który idiota wymyślił rozszerzenie z Geografii w mojej szkole i to dla profilu Artystycznego?! Co te dwie rzeczy mają ze sobą wspólnego słucham??!

  • Aneta

    „Jak obliczyć sinus kąta o rozwartości 60 stopni wałkowaliśmy godzinami,
    ale na obliczanie ile zostanie nam na jedzenie po zapłaceniu wszystkich
    rachunków, nie poświęciliśmy ani chwili.”
    To nie miałeś dodawania i odejmowania już w pierwszej klasie podstawówki?

  • Nie wiem czemu, ale przyszło mi do głowy że większości tych rzeczy może niee uczą w szkole, ale bardzo często uczą blogerzy na blogach :D a do Twoich punktów dodałbym jeszcze kreatywne myślenie ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Odżywianie! Uświadamianie, żeby może jednak dzieciak zamiast kebaba i coli codziennie po szkole opchnął coś z zieleniną i mięsem wiadomego pochodzenia. Po to, by za 30 lat zamiast deseru nie była konieczna koronografia. To, czemu aktywność fizyczna jest taka ważna i że ten cholerny w-f to nie po to, żeby nauczyciel Mieczysław mógł popatrzeć na młode pośladki w krótkich spodenkach, tylko po to, by mieć minimum ruchu w tygodniu. Jest wciąż za mało uświadamiania młodych ludzi, że żarcie byle czego i byle kiedy przestanie uchodzić płazem za jakiś czas (niektórym już przestało – sądząc po odsetku grubych dzieci i grubych młodych ludzi), a że im wcześniej człowiek nabierze masy krytycznej tym wcześniej jego organizm zacznie go nienawidzić.
    Oczywiście z Twoimi postulatami się zgadzam. Dodałabym jeszcze tylko uświadamianie w kwestii bezpiecznego seksu i konsekwencji związanych z brakiem ostrożności. To, że ciąży nie zapobiega się poprzez płukanki z octu oraz że generalnie ciąża po jednorazowym numerku bez zabezpieczenia może być najmniejszym z problemów „zdrowotnych”….
    A prawnikowi jednak przepisy w głowie się przydają, ja wychodzę z założenia, że im więcej tym lepiej. Chociażby po to, żeby nie kartkować nerwowo kodeksu przy kliencie który przychodzi na poradę :).

    • O, z odżywaniem masz całkowitą rację, zupełnie o tym nie pomyślałem!

    • Edukacja odżywiania i potrzeby sportu- podstawa imo!

    • Miałam problem z wfem w szkole. Żaden nauczyciel nie potrafił mnie do niego przekonać, wręcz odpychali mnie od sportu zmuszając mnie do dyscyplin, których nienawidzę i wstawiając kiepskie oceny za rzeczy, których nie potrafię zrobić (a próbowałam, żeby nie było). Ale to raczej jest wina programu, a nie nauczycieli. Uważam, że nie powinny być wstawiane oceny za konkretne umiejętności, tylko za przychodzenie na wf i zaangażowanie – mogłoby to bardziej zachęcać do uprawiania sportu – i to wszystkich :)

      • Aleksandra Muszyńska

        Albo oceny za postępy. Jeśli ostatnio zrypałaś się z kozła, a teraz tylko utknęłaś na środku, to znaczy, że jest lepiej. I trzeba to docenić.
        Nie mówię że każdy ma być takim sportowym faszystą jak ja, ale spróbować trzeba możliwie wielu dyscyplin (co powinno być zadaniem szkoły), nawet jeśli miałoby się skończyć tylko na spacerach 4 x w tygodniu. Zawsze coś.

  • I tak miałeś szczęście, że dowiedziałeś się co do VAT i CIT. Edukacja finansowa leży, ale trudno się dziwić – nauczyciele sami nie wiedzą jak to ugryźć, bo ich też nikt tego nie nauczył.

    Podobnie jest z wystąpieniami publicznymi – wielu nauczycieli nie potrafi poprowadzić lekcji, nie mówiąc już o dobrej prezentacji…

  • Edzia

    Te przykłady są oczywiście prawdziwe, ale ciężko byłoby je zrealizować w szkole od strony praktycznej, przynajmniej większość z nich. Nie biorę pod uwagę nawet faktu, że zainteresowanie uczniów mogłoby być znikome. Nauczycielom chyba ciężko by było np. nauczyć występować publicznie, jeśli mają przed sobą wizję zbliżających się egzaminów, na które muszą dzieci przygotować, żeby dostały się do dobrego liceum/na studia, więc ciężko ich winić. Ale np. moja ukochana nauczycielka polskiego z gimnazjum bardzo się starała nas nauczyć wypowiadać się publicznie i jeśli cokolwiek umiem – to tylko dzięki niej. Znaczy da się, oczywiście, ale nie jest to proste, zwłaszcza jak się pracuje z niechętną do czegokolwiek klasą.

    • „ciężko byłoby je zrealizować w szkole od strony praktycznej, przynajmniej większość z nich” – Edzia, bez obrazy, ale naprawdę uważasz, że trudniej wytłumaczyć nastolatkom jak zarządzać pieniędzmi albo co powiedzieć, gdy wchodzi się do nowej grupy, niż nauczyć obliczania pochodnych? :)

      „Nie biorę pod uwagę nawet faktu, że zainteresowanie uczniów mogłoby być znikome” – podobnie jak z większością przedmiotów :)

      • Edzia

        Sama chciałabym wiedzieć, co powiedzieć, gdy wchodzi się do nowej grupy :) Problem jest taki, że nie ma jednej jedynej poprawnej odpowiedzi. Tak samo na pytania „Jak żyć w parze” czy „Jak rozwiązywać konflikty”. Ale tu dochodzimy do inteligencji (ważniejszej od wiedzy, oczywiście) i do zajęć typu „Przekażemy Wam podstawy, a dopasowanie do sytuacji zostawimy Wam”, tylko jak potem rozliczać ucznia z przygotowania do zajęć? Jak wystawić mu ocenę? I tu się rodzi problem, bo po co marnować czas na zajęcia, z których nie jest się rozliczanym, jak można go przeznaczyć na naukę na kolejny sprawdzian ze stolic Afryki i mieć więcej czasu wolnego później. Problemem nie są zajęcia same w sobie, ale chyba system oświaty w obecnej formie, to znaczy nastawiony głównie na wyniki z egzaminów, a nie przygotowanie do późniejszego życia. O to mi chodziło :)

      • S.

        „Co powiedzieć, gdy wchodzi się do nowej grupy”

        – Cześć! Jestem Jan! ;)

  • Anita Sobczyk

    Masz oczywiście rację w tym temacie, ale myślę że nie powinniśmy aż tak negować podstawy programowej. W gimnazjum uczymy się podstaw każdej dziedziny, by posiadać choć trochę wiedzy ogólnej o świecie oraz znaleźć to, co nas interesuje. Dopiero w szkole średniej dobieramy bardziej precyzyjnie nasze główne przedmioty i to ma sens. Sam program nauczania nie jest zły, a to co moglibyśmy poprawić to przystosowanie do zawodu nauczyciela. Na studiach pedagogicznych nauczyciele powinni być uczeni jak sobie radzić i podchodzić do tematu, trafiając do uczniów.

    • Rozumiem, że zadaniem szkoły jest pokazanie uczniowi jak wygląda ogół świata, a nie tylko wycinek, ale nic by się nie stało, gdyby pokazywano młodym jak wygląda choćby wycinek życia.

      • Anita Sobczyk

        Tak, tak. Z tym masz rację, szkoła powinna iść z duchem czasu i dostosować podstawę programową do potrzeb uczniów. Ale też nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Polska szkoła pokazuje nam „choćby wycinek życia” i powinniśmy to docenić i nie stawiać jej w aż tak negatywnym świetle. :)

  • Konrad Norowski

    Można w dwie strony – inteligencja bez wiedzy jest jak bakteria bez pożywki. Nie karmiona nie rozwinie się prawidłowo, a może zmutować w coś czego nie chcieli byśmy oglądać. Może też nakarmić się czymś nieprzeznaczonym dla niej – pozorną logiką i manipulacjami. ;)

  • Konrad Norowski

    Jaki jest cel nauczycieli w przymuszaniu do przeprosin to nie wiem do dziś. Przecież żaden rozsądny człowiek nie uwierzy chyba że to w czymkolwiek pomaga, chyba że to dupochron „przecież ich pogodziłam!”

    • Też mnie zawsze zastanawiało, czemu to robią, ale chyba naprawdę wierzyli, że dzięki temu, oni, jako nauczyciele, będą mieli spokój bo „przecież się pogodzili”.

  • I miło byłoby, gdyby ktoś mógł zadać im co jakiś czas jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co chcesz robić w przyszłości? I wytłumaczyć, że to, czego się tu uczą to tylko środek do uzyskania tego celu, a nie on sam w sobie. Sama do tej pory śmieję się z siebie, jak głupia byłam, zakładając, że chcę studiować architekturę i ucząc się rzeczy potrzebnych, by na ten kierunek się dostać. Niby logiczne – ale z rozpędu przy matematyce, fizyce i rysowaniu po nocach nawet nie wpadłam na pomysł dowiedzenia się czegoś o samej architekturze: jej teoriach, niesamowitych architektach czy czymkolwiek, co nie było związane z egzaminem wstępnym. Myślę, że nie byłam jedyna, a tę sytuację można przenieść na każdą inną dziedzinę ;)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Najlepsze uliczne historie: wakacje

Skip to entry content

„Koniec lipca, za chwilę już znów zima” rapował Taco Hemingway i widząc to, co działo się w połowie sierpnia, trudno było się nie zgodzić. Deszcz, ziąb i szarówa. Niekorzystne warunki pogodowe na szczęście nie miały wpływu na bekowe konwersacje zasłyszane w przestrzeni festiwalowo-przyrodniczo-miejskiej. Przez całe wakacje było ich pod dostatkiem.

#1 – Dostałem od mamy lawendę w doniczce („bo ci się przyda, a w Krakowie pewnie nie macie”), po czym nastał czas na poważne rozmowy:

– Synku, ale powiedz mi tak szczerze, ty się normalnie spotykasz z ludźmi, czy tylko przez ten internet?
– No normalnie mamo, po pracy wychodzę z domu i się spotykam ze znajomymi.
– Wiedziałam, że mi prawdy nie powiesz.

#2 – Rzecz się dzieje w burgerowni na Kazimierzu, podchodzi do kasy pani, pan siedzi na kanapie:

– Poproszę tego burgera z kiełbasą…
– Polish pride?
– Chyba tak. I tego z pieczarkami.
– Bossa?
– Yhy, i dwie porcje frytek.
– Domowych?
– Tak, z sosem majonezowym.
– To wszystko?
– A, i małą Colę Zero.

Dobrze, że Zero, bo normalna by ich przecież wykończyła kalorycznie.

#3 – Poszedłem do Żabki po wino na urodziny koleżanki, bo to taki wiek, że się wina w prezentach daje i gdy dochodzę do kasy i podaję butelkę, pani kasjerka nabija kod kreskowy, patrzy na mnie spode łba i rzuca przepiękne:

– A dowód można zobaczyć?

– Oczywiście!

Czy można usłyszeć większy komplement będąc przed 30-tką?

#4 – Na Thassos przyleciało sporo Polaków, część z nich niestety nie mogła uciec od dyskusji politycznych. Podsłuchane na plaży:

– Chciałabym, żeby naszym prezydentem był Biedroń. To taki polski Obama, tylko, że jeszcze gej.

#5 – Przygód z telemarketerami z firmy Milanocośtam sprzedającej garnki część druga:

– Halo?
– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
– W imieniu cośtamcośtamMialnocośtamcośtam dzwonię, żeby zaprosić pana na bardzo atrakcyjne spotkanie…
– Nie, dziękuję.
– Ale na spotkaniu będzie sam…
– Nie, dziękuję.
– Ale jak to, nie chce pan dostać…
– Nie, dziękuję.
– Rozumiem. Ale zgodzi się pan ze mną, że sól jest niezdrowa dla organizmu?
– Nie zgodzę się.
– Ale jak to, przecież lekarze twierdzą, że sól…
– Proszę panią, ludzie twierdzą różne rzeczy. Posłowie PiSu twierdzą, że człowiek nie pochodzi od małpy. Zgodzi się pani z nimi?
– Rozumiem. To dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję, do widzenia.

#6 – Wchodzę do Lidla i na samym wejściu wpadam na parę 50-latków:

– Jest nasza kawa w promocji!
– Jaka?
– No Belarom.
– Aha.
– Co ty, nie lubisz jej?
– Ja w ogóle nie lubię kawy.
– Ale przecież codziennie pijesz.
– Bo mi codziennie robisz, to co mam wylewać?

#7 – Para przy stoliku obok burzliwie dyskutuje nad wyborem pizzy:

– To może weźmiemy diavolę?
– Ale ona jest z czosnkiem!
– No.
– No.
– No to co?
– To albo chcesz się całować albo chcesz diavolę.
– Czyli bierzemy parmę.

#8 – Takie tam z Hip-Hop Kempu:

– Ej, ale nie otwieraj jeszcze rumu.
– Bo co?
– Stary, jeszcze nawet dziewiątej nie ma.
– A która jest?
– 8:53.
– Dobra, to zaczekam do pełnej.

#9 – Męskie pogaduchy przy Plantach:

– I jak z tą Gośką?
– Nijak.
– Myślałem, że coś z tego będzie?
– Co ty człowieku, męcząca baba, ciągle chciała, żebym opowiadał jej co u mnie.
– To lipa.
– No. Ale przynajmniej przekonała mnie do jajecznicy z papryką.

#10 – Klasyk, po prostu klasyk! Wracam do Krakowa pociągiem i chcę wykorzystać te 3 godziny podróży, żeby popracować. Albo chociaż pospać. Ledwo siadam, dziewczynie za mną dzwoni telefon:

– Halo?
– …
– No hej, hej.
– …
– Tak, pewnie, że mogę rozmawiać. Jadę akurat pociągiem, to możemy poplotkować, mów co u ciebie.

I tak gdzieś już godzinę słucham, kto z kim się przelizał, kto z kim przespał, kto rozstał, i kto co miał na obiad przez ostatni kwartał. Dzięki.

 ***

Na takie śmichy-chichy dane mi było trafić w lipcu i sierpniu, jak macie swoje dialogowe heheszkowe wspomnienia lata, to dawajcie do komentarzy.

---> SKOMENTUJ

Skąd masz wiedzieć, że dziewczyna, z którą się spotykasz to ta właściwa?

Skip to entry content

W głowie każdego nastolatka przed 40-tką, który miał okazję już przekonać się, że język może się przydać do czegoś więcej, niż lizanie zamrażalnika od środka, a penis służy nie tylko do sikania, pojawia się pytanie. Pytanie, które brzmi: cholera, skąd mam wiedzieć, że dziewczyną, z którą się spotykam, to ta właściwa? I wypowiadając bezgłośnie „ta właściwa” ma na myśli „ta, dla której warto odinstalować Tindera, przestać sypiać ze swoją byłą, zamienić piątki z urwanym filmem, na piątki z Woodym Allenem i zacząć zbierać hajs na pierścionek”. Gdybym miał jakąś byłą, pewnie też bym się nad tym zastanawiał, mimo to, jednak wiem jak nakierować Cię na odpowiedź. Za pomocą pytań pomocniczych.

Oto krótki test, który pozwoli Ci ustalić, czy dziewczyna, z którą się spotykasz to coś poważnego, czy tylko wypełniacz czasu do kolejnej imprezy.

Czy myślisz tylko o tym, żeby się z nią przespać?

Zakładając oczywiście, że jeszcze nie miałeś okazji sprawdzić, czy ombre hair ma tylko na głowie. Jeśli zaprząta Twoje myśli również w innych pozycjach niż horyzontalna, to dobry znak. Jeśli nie, to cóż, Twoja mama będzie musiała jeszcze chwilę poczekać z pokazywaniem kompromitujących zdjęć z dzieciństwa.

Czy chce Ci się z nią w ogóle gadać?

Tu już zakładamy, że nie dość iż zdobyłeś wszystkie bazy, to zaliczyłeś home run. Czyli zaliczyłeś. Czy po ćwiczeniach z łóżkowego jiu-jitsu masz ochotę z nią rozmawiać o futuryzmie, podwodnych cywilizacjach, filozofii zen i o przewadze suszarek z dyfuzorem nad tymi bez? A nawet bardziej istotne, czy chce Ci się poruszać z nią te tematy, gdy jesteście ubrani i nie zapowiada się, żeby stan Waszego przyodziania miał się zmienić? Jeśli, któraś z odpowiedzi na te pytania jest negatywna, to raczej nie ma sensu, żebyście myśleli o szukaniu razem mieszkania.

Czy wstydzisz się jej przed znajomymi?

Robisz wszystko, żeby nie poznała Twojej ekipy? Ustawiasz się z ziomkami, tylko wtedy, gdy jest na transplantacji organów wewnętrznych, żeby mieć pewność, że nie będzie mogła przyjść? Przed urodzinami Twojego najlepszego przyjaciela rozpuszczasz jej w herbacie kontener Xanaxu i jak śniętą rybę zawijasz w kołdrę, modląc się, żeby nie obudziła się przed jutrem i nie narobiła Ci siary na imprezie? Hmm, to nie ta.

Czy ona chce Cię zmieniać?

Piłka jest krótka jak prącie noworodka, mianowicie albo bierze Cię takim jakim jesteś albo ciągle jej coś w Tobie nie pasuje i chce Cię poprawiać jakbyś był hipkiem w „The Sims”. Przy opcji numer dwa pożegnaj się z nią, wręczając jej tę grę.

Czy obracasz się za innymi laskami na ulicy?

Jeśli idziesz w zimowy ciepły dzień, typu środek sierpnia w Polsce, przez centrum swojego miasta i widząc nieprzyzwoicie długie nogi, zakończone zjawiskowo piękną buzią, niemal skręcasz sobie kark, żeby zobaczyć, czy między tymi dwoma punktami są skandalicznie krągłe pośladki, po czym odwracasz się i za kwadrans robisz to samo przy kolejnej miss deptaka, to oznacza tylko jedno. Twoja dziewczyna nie kręci Cię fizycznie tak, jakbyś tego chciał. I ciągle będziesz fantazjował o innych.

Czy spinasz się albo pajacujesz przy niej?

W zasadzie to pytanie powinno brzmieć inaczej: czy zachowujesz się przy niej naturalnie? Jeśli ciągle jej nadskakujesz jakby była Królową Elżbietą w ciele Emily Ratajkowski albo nieustannie musisz się kontrolować, żeby nie zrobić z siebie pośmiewiska jak Kaczyński mówiący, że marihuana nie jest z konopi, to nie dobrze. Jeśli nie możesz być przy niej sobą, to albo dostaniesz rozdwojenia jaźni albo ona znajdzie sobie kogoś, kto może. W obu przypadkach Wasze drogi są rozłączne.

Czy czujesz, że mógłbyś mieć z nią dziecko albo chociaż psa?

Innymi słowy, czy widzisz Was razem na osi czasu trochę dalej, niż w okolicach przyszłego weekendu? Jeśli wizja wspólnego mieszkania, przebijania się przez gąszcz jej kosmetyków w poszukiwaniu Twojego dezodorantu, rezygnowania z epickich melanży na rzecz obiadków z jej rodzicami, a przede wszystkim scena podpisywania urzędowych dokumentów, na których macie to samo nazwisko, nie przeraża Cię, to jest w porządku. Trafiony zatopiony.

Jeśli jednak zajrzałeś tu z faktyczną potrzebą znalezienia odpowiedzi na pytanie z nagłówka, to mam dla Ciebie złą wiadomość.

Gdyby to była ta właściwa dziewczyna…

…nie zastanawiałbyś się, czy to ona. Po prostu byś to wiedział i byłbyś tego pewien jak faktu, że po wtorku jest środa. Jeśli pojawiają się wątpliwości na tyle silne, że szukasz na nie odpowiedzi w internecie, to znaczy, że to nie ta. Mam nadzieję, że pomogłem.

---> SKOMENTUJ