Close
Close

Czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Skip to entry content

„Masa o porachunkach polskiej mafii” to trzecia część gangsterskiej epopei, w której skruszony kryminalista opowiada dziennikarzowi śledczemu, o skurwysyństwach, które popełnił będąc członkiem grupy przestępczej. To znaczy, tak książka jest zajawiana w mediach, ale czy faktycznie tak jest? Już w dwóch poprzednich częściach „Masa o kobietach polskiej mafii” i „Masa o pieniądzach polskiej mafii”, miałem wrażenie, że Jarosław Sokołowski wcale nie żałuje tego, że gwałcił kobiety i okradał mężczyzn, a wręcz z nostalgią wspomina, jak fajnie było wybić komuś zęby i zabrać mu samochód, a potem siłą zmusić kogoś innego do seksu oralnego w tym samochodzie. Czy to ciekawe? Czy w ogóle da się to czytać? Czy warto dać zarobić byłemu gangsterowi na krzywdach wyrządzonych przypadkowym osobom?

Z uwagi na fakt, że łyknąłem ten tytuł w trakcie ostatnich wakacji, postaram się odpowiedzieć na pytanie: czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Ultra prosty język

Nie mam pretensji do Jarosława Sokołowskiego, że nie włada słowem na poziomie profesora Bralczyka, bo to prosty chłopak, który szybciej nauczył się kraść, niż pisać, ale Artur Górski, który prowadzi z nim wywiad i podaje się nie dość, że za dziennikarza, to jeszcze za pisarza, mógłby używać nieco bardziej wyszukanego języka niż szóstoklasista. Zwłaszcza, że to jego 15-ta książka. Jeśli liczyliście na ciekawsze porównania niż „głupi jak but”, „wielki jak dąb”, czy „brzydka jak noc”, to lepiej zmieńcie kalkulator. Szczytem żonglowania środkami stylistycznymi jest tu opisanie ssania członka za pomocą metafory „robić loda”, a najbardziej finezyjną sztuczką skłonienia czytelnika do refleksji nad jakąś kwestią, wstawienie wielokropka na końcu zdania.

Innymi słowy, jeśli Twój jedyny kontakt ze słowem pisanym ogranicza się do czytania napisów w publicznych toaletach w trakcie wypróżniania, to poziom językowy tej pozycji powinien Cię usatysfakcjonować.

Pseudo-moralizatorstwo

Było w poprzednich częściach jest i tutaj. Dziennikarz prowadzący rozmowę z Masą, co jakiś czas kategorycznie obrusza się słysząc jego opowieści, tak byś przypadkiem nie miał wątpliwości, że mordowanie ludzi jest niemiłe i jeśli będziesz tak robił, to koleżanki usuną Cię ze znajomych na Facebooku. Rozumiem, że Górski musiał stworzyć jakieś pozory, że nie pisze tej książki tylko dla hajsu, a dogadanie się z najpopularniejszym w Polsce świadkiem koronnym na wywiad nie było przypięciem do siebie łańcuchem dojnej krowy, i w rzeczywistości zależy mu na pokazaniu „szokującej prawdy”, ale zrobił to wyjątkowo nieudolnie.

Odgrzewanie kotleta

„Masa o kobietach polskiej mafii” szokowała brakiem moralności, brutalnością, zezwierzęceniem i liczbą seksualnych partnerek przypadającą na jednego bandytę. „Masa o pieniądzach polskiej mafii” zaskakiwała wielkością fortuny jaką obracali nadwiślańscy kryminaliści, siecią kontaktów z politykami, przedsiębiorcami i celebrytami, i mnogością sposobów dokonywania rozbojów, z których można było wyciągnąć pieniądze.

W  „Masa o porachunkach polskiej mafii” mamy w dużej mierze powtórzenie tych samych historii i mielenie znanego już z poprzednich części tematu, tyle że od strony przepychanek między gangsterami. Które oczywiście miały miejsce też w poprzednich częściach, tyle, że tym razem są rozbudowane i to na nich skupia się narracja. Jeśli masz do czynienia ze wspomnieniami Jarosława Sokołowskiego pierwszy raz, to spoko, jest to świeże, ciekawe, intrygujące, ale jeśli, tak jak ja, to Twój trzeci kontakt z jego opowieściami, to zaczynasz się czuć jak w Boże Narodzenie, gdy trafiasz na „Kevina samego…” w telewizji. Niby fajnie się ogląda, ale to już było.

Podglądanie innego świata przez dziurkę od klucza

Mafia nie jest jakimś przewodnim temat moich zainteresowań, od którego dostaję erekcji, ale widziałem cała trylogię „Ojca chrzestnego”, a „Chłopaki z ferajny” są jednym z moich ulubionych filmów i widząc go, zawsze się zastanawiałem, jak ten przestępczy świat wygląda u nas. W Polsce. Dzięki tej książce mogę rzucić na niego okiem przez niedomknięte drzwi. Nie wiem na ile zdarzenia opisane przez głównego bohatera są zgodne z rzeczywistością, ale mówi o nich na tyle szczegółowo, że wierzę mu iż faktycznie miały miejsce. Wywózki do lasu, obijanie kijem bejsbolowym, podkładanie bomb i strzelaniny w polskim wydaniu wyglądają jak niezamierzona parodia amerykańskich filmów, ale skłamałbym, jeśli bym powiedział, że nie robi to na mnie wrażenia. Ani nie pobudza wyobraźni.

Nigdy nie chciałem, nie chcę i nie chciałbym być ani w polskiej mafii, ani w żadnej innej, ale dzięki kolejnym stronom tej książki można się poczuć jakby trochę się w niej było.

Czy warto?

Pora odpowiedzieć na pytanie z nagłówka, czyli, czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”? Mimo wielu zastrzeżeń do tej pozycji i samych autorów, trudno mi ją stanowczo odradzić. Jeśli czytaliście poprzednie części, w tej raczej nie znajdziecie wielu zaskakujących faktów, czy ekscytujących motywów. Przeczytacie ją w ciągu 3-4 nie za długich posiedzeń z kubkiem herbaty i przeleci Wam przez głowę równie bezboleśnie jak myśl o tym, żeby rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Bo tytuł ten wchodzi bardzo gładko, ale wychodzi też bez większych oporów, przez co, to strata czasu na poziomie oglądania dram na YouTube.

Jeśli jednak to Wasz pierwszy kontakt ze światem Pruszkowa i Wołomina, terroryzującym resztę Polski i nie liczycie na homeryckie porównania, ani ekwilibrystkę językową, to nie wynudzicie się, a możliwe nawet, że ta książka coś w Was zostawi. Na przykład przerażenie.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Maggie

    Posiadam książkę o polskich bossach. I do połowy można ją śmiało przeczytać, później jest tylko zlepek nazwisk, z których nie wyciąga się nic. Zapraszam również do siebie http://mindblog.luxtrip.com.pl/

  • Z pewnym rozbawieniem śledzę pojawianie się kolejnych części książek ze wspomnieniami Masy, bo mam wrażenie, że nie ma tyle mafii w tym kraju, żeby tyle historii mogło mieć miejsce. Ja odpadłam w połowie pierwszej książki i raczej nie będę się zmuszać do powrotów, bo mam wrażenie, że to bardziej bajkopisarstwo niż szczere rozmowy.

  • Czytałem wszystkie części z tej serii i muszę przyznać, że cenię sobie tę rozrywkę. Masz całkowitą rację, ale nie jest to lektura najwyższych lotów, ale dzięki temu przebrnięcie przez nią w kilka godzin nie jest jakimś wyczynem.

    Czytam, ponieważ jest to całkiem ciekawe, chociaż ja to bym nawet muchy nie skrzywdził :P
    P.S. Jest też książka „Mój Agent Masa”, w której wypowiada się agent werbujące Jarosłowa. Nie wciąga się jej tak szybko, ale widać jaka jest rozbieżność między niektórymi rzeczami i że warto patrzeć na te książki z pewnym dystansem.

  • Karyna

    Jestem z Pruszkowa, więc jak tylko pojawiły się książki, to od razu rzuciłam się do lektury. Masę przede wszystkim trzeba w nich brać przez palce. Część historii faktycznie jest prawdziwa, jak chociażby ta, że Panowie zatrzymywali się na środku największego skrzyżowania w Pruszkowie, żeby uciąć sobie pogawędkę i nikt nie ośmielił się im przerwać, ale druga część jest mocno podkoloryzowana dla czytelnika. Sokołowski w moim odczuciu stara się w nich mocno wybielić opowiadając jak inni byli okrutni a on tylko stał z boku i patrzył. A prawda jest nieco inna, co na pewno pamiętają osoby, które w tamtych czasach miały jakąś styczność z tym co działo się w Pruszkowie.
    Jeżeli kogoś interesuje jak to wyglądało z nieco innej strony, to polecam książki „Mój agent Masa” (którą Masa niesamowicie krytykuje w swoim czwartym tomie opowieści) czy chociażby „Wojny kobiet” lub „Królowa mafii”

    • Dzięki za ciekawy głos! Co do „Mój agent Masa” warto przeczytać samą z siebie, czy tylko po to, żeby poznać kontrwersję do wspomnień Masy?

      • Karyna

        Ja po nią sięgnęłam właśnie dlatego, że Masa wiele swoich historii podkolorował i przeinaczył niektóre fakty. „Mój Agent Masa” pokazuje właśnie tego bardziej prawdziwego Masę, co zresztą sugeruje opis z tyłu książki „(…)Nie może bowiem być koronnym człowiek, który kierował własną grupą przestępczą, wydawał polecenia i egzekwował ich wykonanie”. Nie od dziś mówi się przecież „na mieście”, że Masa ma na koncie zabicie człowieka. Czego oczywiście w swoich książkach się wypiera :)
        Jak interesuje Cię temat, to możesz też sięgnąć po „Czego nie powie Masa o polskiej mafii”. Mi niestety nie udało się przebrnąć przez całość (odpadłam gdzieś w połowie), ale Sumliński opisuje w niej nieco szerzej wszystkie przekręty, o których wspominał Masa w „Masa o…”
        A jakbyś szerzej chciał się zagłębić w temat policyjno-mafijny, to polecam też obie części Złych psów (jak ktoś oglądał nowego Pitbulla wcześniej czytając książki, to na pewno zorientował się, że wiele scen jest zaczerpniętych właśnie z książek), „Spowiedź psa” lub „Prokurator”.

        PS czytałeś może „Wyznania hieny” ? :)

        • Nie czytałem żadnego z wymienionych przez Ciebie tytułów, ale zachęciłaś mnie do przeczytania „Mój Agent Masa”, dzięki :)

          • Złe Psy to też książka napisana w lekki i prosty sposób. Ale jest tam dużo więcej ciekawych wątków niż we wszystkich Masach razem wziętych.

        • A ja chętnie sięgnę po te pozycje, o których wspomniałaś. Już w Kobietach polskiej mafii można było odczuć, że wszystkiego z pewnością nie mówi.

    • Aleksandra Muszyńska

      Jak tak czytam Twoje wypowiedzi to myślę sobie, że najchętniej przeczytałabym jakąś Twoją książkę o mafii pruszkowskiej, jeśli byś ją kiedykolwiek popełniła :D. To musi być przerażająco-niesamowite, żeby wiedzę o Pruszkowie i jego najgroźniejszych mieszkańcach czerpać z życia,a nie z artykułów.

  • Cały tekst namówił mnie do przeczytania, ale dwóch poprzednich częśći. Choć trochę przeraża mnie, że mam czytać coś pisanego prymitywnym jezykiem,a to coś ma być radosnym wspomnieniem gwałtów.

    • Karyna

      Z drugiej strony ciężko, żeby wspomnienia gwałtów były opisywane górnolotnym językiem ;) Szczególnie, że wielu z panów będących członkami mafii to były zwykłe, proste chłopy. I moim zdaniem książka poniekąd przez swój język to pokazuje.

      • Ale masz genialny nick :D

        Nie no, pewnie, zgadzam się całkowicie. Po prostu nie jestem jeszcze pewna czy na pewno chcę to przeczytać, bo prosty język mnie przeważnie razi.

      • „ciężko, żeby wspomnienia gwałtów były opisywane górnolotnym językiem” – ja w tym akurat nie widzę problemu, ale już abstrahując od wyżyn elokwencji, to wystarczyłoby, żeby osoba redagująca tę książkę (jeśli już nie „pisarz” prowadzący) zaopatrzyła się w słownik synonimów.

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Czego nie nauczą Cię w szkole, a powinni?

Skip to entry content

„Ucz się, ucz, bo nauka to do potęgi klucz!” zwykła mawiać moja babcia, gdy zamiast odrabiać lekcje wolałem grać w puszkę z dzieciakami z osiedla albo oglądać „MacGyvera”, zastanawiając się, czy z mojego bumerangu i miksera dałoby radę zrobić helikopter. Zadałem to pytanie kiedyś na lekcji fizyki, ale nie spotkało się ze specjalnym entuzjazmem nauczycielki. Podobnie jak wątpliwość, czy znajomość wszystkich krajów afrykańskich wraz ze stolicami, przyda mi się kiedykolwiek do czegoś, poza zaliczeniem klasówki. Zasadniczo, edukacja w szkole, to było pasmo piętrzących się pytań bez odpowiedzi. Dowiedziałem się jak zbudowany jest pantofelek, zapamiętałem łacińskie nazwy rodzajów chmur i przyswoiłem wzór chemicznych alkoholu etylowego, jednak kwestie codziennej egzystencji pozostały niemal nietknięte. Co w sporym stopniu przyczyniło się do tego, że z liceum wyszedłem bez wielu podstawowych umiejętności, przydatnych w „prawdziwym” życiu.

Czego nie nauczyłem się w szkole, a powinienem?

Jak gospodarować swoimi finansami

W drugiej, czy trzeciej klasie liceum, mieliśmy taki przedmiot jak przedsiębiorczość, prowadzony przez bardzo przyjazną nauczycielkę. Nie dość, że się uśmiechała, to jeszcze była w stanie wytłumaczyć po polsku, czym jest VAT. I nawet CIT. No, złota kobieta, na żadnym przedmiocie nie zapamiętałem tylu definicji, co na tym. Mimo to, jednak na żadnej z lekcji nie padło takie pojęcie jak „budżet domowy”, „sposoby oszczędzania”, czy „realne oprocentowanie kredytów i pożyczek”.

Nigdy nie rozmawialiśmy na temat tego z czego będziemy żyć, jak skończymy szkołę, jak planować wydatki i zarządzać dochodami, czy w ogóle jak zrobić, żeby pod koniec pieniędzy nie zostawało za dużo miesiąca. Jak obliczyć sinus kąta o rozwartości 60 stopni wałkowaliśmy godzinami, ale na obliczanie ile zostanie nam na jedzenie po zapłaceniu wszystkich rachunków, nie poświęciliśmy ani chwili. Nie to, żebym coś miał do trygonometrii, bo w klasie maturalnej miałem 6 z matematyki, ale wydatkologię uważam za zdecydowanie istotniejszą.

Czemu nie warto przepuszczać całego hajsu zaraz po wypłacie, a branie pożyczki w Providencie, to najgorszy sposób radzenia sobie z problemami finansowymi, musiałem uczyć się już w szkole życia, bo państwowa ominęła ten temat dość szerokim łukiem.

Jak nawiązywać relacje z ludźmi

Nie byłbym tu gdzie jestem, gdyby nie ludzie, których spotkałem na swojej drodze. Tyle, że byłbym dużo dalej, gdybym w młodzieńczych latach nie zostawiał tego przypadkowi i nie omijał wybitnych jednostek, tylko dlatego, że nie wiedziałem jak nawiązać z nimi kontakt.

Czego najbardziej się boją dzieci idące do pierwszej klasy? Rówieśników.

Czego się boją ludzie idący do pierwszej pracy? Współpracowników.

Na każdym szczeblu edukacji miałem zajęcia w grupach, ale nikt mnie nie uczył jak w tej grupie się odnaleźć. Ani jak z nią pracować. Ani jak rozdzielać i egzekwować zadania. Ani tym bardziej jak w ogóle wejść w grupę, tak by nie zostać odrzuconym, ale też jednocześnie nie zatracać się, rezygnując z indywidualnych cech osobowych, równając do ogółu. Jak zrywać toksyczne znajomości, jak stawiać granice i jak nie dać się wykorzystywać, gdy ktoś 83 raz chce spisać od Ciebie zadanie domowe, nad którym siedziałeś cały zeszły wieczór,  też mi w szkole nikt nie powiedział. A szkoda.

Jak żyć w parze

Biorąc pod uwagę, jak silny w naszym społeczeństwie jest nacisk na monogamię i zakładanie rodziny, zdolność życia w parze jest jedną z ważniejszych umiejętności, które powinniśmy posiadać.

Niestety, żaden nauczyciel nie przekazuje nam tajników tej sekretnej sztuki i poznajemy je metodą prób i błędów, ćwicząc na żywym organiźmie. Kiedyś dyskutując na ten temat ze znajomym, usłyszałem, że to rodzice są od tego, żeby nauczyć mężczyznę jak dogadywać się z kobietą. W teorii brzmi pięknie. Tyle, że to tylko teoria, a w praktyce bardzo często rodzice sami tego nie wiedzą lub, co gorsza, mają zakodowane szkodliwe wzorce od swoich starych. Jeśli rola żony została sprowadzona do robota kuchenno-sprzątającego, a mąż ją bije, gdy ma zastrzeżenia do realizacji narzuconych jej obowiązków, to skąd dzieciak ma wiedzieć, że to patologia, skoro w szkole się na ten temat nie mówi?

Obserwując związki celebrytów, zwłaszcza tych dzisiejszych, raczej też za dużo dobrego nie wyniesie.

Jak występować publicznie

Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale życie dorosłego człowieka jest przeplecione publicznymi wystąpieniami, jak lato w Polsce chujową pogodą. Rozmowy rekrutacyjne, spotkania zespołu, prezentacje przed zarządem, szkolenia, to występy, na które prędzej czy później natknie się każdy z nas. No, może poza chronicznie bezrobotnymi naśladowcami Ferdka Kiepskiego.

W szkole teoretycznie mamy akademie i teatrzyki, które powinny nas do tego przygotować i oswoić z tremą, stresem i mówieniem do tłumu, ale tego nie robią. Po pierwsze, od każdego z takich wystąpień można się wykręcić. W podstawówce miałem kolegę, który regularnie, dwa tygodnie przed każdym przedstawieniem, w którym był obsadzony, przypadkowo dostawał zapalenie gardła. Po drugie, jedyną wagę w trakcie tych występów przywiązuje się do zapamiętania tekstu. Nikogo nie obchodzi jak wygląda Twoja mowa ciała, jak intonujesz poszczególne zdania, ani czy jesteś przekonujący. A już na pewno nie, czy dobrze się w tym czujesz i poradziłbyś sobie improwizując wypowiedź, gdyby coś się zmieniło albo posypało w ostatniej chwili. Nauczyciele mają w dupie co się dzieje wewnątrz Ciebie, najważniejsze, to żebyś się nie pomylił klepiąc tekst z pamięci.

W efekcie,  pierwsze rozmowy o pracę są porażką, a kandydatom trzęsą się ręce jak przy zaawansowanym Parkinsonie i palą cegłę, szukając języka miedzy sznurowadłami, gdy tylko wybije się ich ze schematu. Natomiast prezentowanie wyników pracy nad danym zadaniem reszcie zespołu albo, nie daj team leaderze, przełożonym, wygląda jak parodia egzekucji przez rozstrzelanie. Mnie również to nie ominęło, o czym pisałem w tekście „Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu”.

Jak rozwiązywać konflikty

W podstawówce, gdy miało się z kimś ewidentną kosę, szło się za boisko i rozwiązywało konflikt na pięści, po czym na drugi dzień wychowawczyni kazała podać sobie ręce i się przeprosić. Co nigdy ani nie było szczere, ani tym bardziej nie skutkowało. W gimnazjum było podobnie, natomiast w liceum odpuszczano sobie teatrzyk z pojednaniem. I tak poszliśmy w świat, nie wiedząc co zrobić poza daniem w mordę, gdy ktoś nas irytuje.

Seks w rzeczywistości nie wygląda jak w porno

Niby jest coś takiego jak „wychowanie do życia w rodzinie”, gdzie powinny być poruszane takie tematy. Tyle, że te zajęcia nie zawsze są obowiązkowe. Poza tym, gdy prowadzi je katechetka, są naprawdę mało przekonujące. Nie mówiąc o tym, że najczęściej sama prowadząca jest zawstydzona dyskutowaniem publicznie o seksie, grze wstępnej, drażnieniu łechtaczki, waleniu konia, minecie, palcówce i robieniu loda, zastępując nazwy czynności seksualnych określeniem „te rzeczy”. Daje to tyle, co karmienie głodujących w Afryce lajkami i sprawia, że nastolatek wychodzi jeszcze bardziej skołowany i nieuświadomiony niż wszedł, po czym odpala pornola, żeby zobaczyć „jak to wygląda naprawdę”.

Inteligencja jest ważniejsza niż wiedza

O to mam chyba największy żal do systemu edukacji, bo przez 12 lat szkoły wpajał mi coś zupełnie przeciwnego.

Nie było istotne, czy kojarzysz fakty, umiesz połączyć zdarzenia w ciąg przyczynowo-skutkowy i potrafisz łączyć kropki tak, by uzyskać pożądany wynik. Nie. Liczyło się rycie na pamięć schematów i wkuwanie na blachę definicji. To nic, że każdy utwór literacki można zinterpretować na dziesiątki sposobów, a każde zadanie matematyczne rozwiązać więcej niż jedną drogą. Liczył się tylko i wyłącznie jeden poprawny sposób postępowania narzucony przez system. Co z tego, że definicję czegokolwiek w ułamku sekundy można znaleźć w internecie? Zamiast uczyć się ich szukać, skupialiśmy się na ich zapamiętywaniu. Co było największym idiotyzmem tamtych lat.

W tym momencie mamy setki tomów wiedzy z najróżniejszych dziedzin, od prehistorii do biotechnologii, na wyciągnięcie myszki i dzielą nas od niej dwa kliki, dlatego posiadanie jej przestaje mieć znaczenie. Istotne jest, czy umiemy z niej korzystać i co potrafimy z nią zrobić.

Czy o wartości prawnika świadczy to ile zna przepisów? Przedszkolaka też można nauczyć regułek, ale bałbym się go brać za obrońcę w sporze z urzędem skarbowym. Treści ustawy podatkowej może nauczyć się każdy, ale nie każdy będzie potrafił ją interpretować i znajdować zależności między innymi dokumentami.

Czy o programiście mówimy, że jest wybitny, gdy przyswoi wszystkie biblioteki wszystkich możliwych języków programowania? Biorąc po uwagę, jak środowiska programistyczne się zmieniają, jest to prawie niemożliwe, a mnie jako klienta i tak nie obchodzi ile ich zna na pamięć, tylko jak potrafi z nich korzystać.

Czy lekarz jest dobry, gdy zapamięta łacińskie nazwy każdej z chorób? Czy może jednak, gdy umie łączyć fakty i interpretować wyniki badań?

Wiedza bez inteligencji jest jak szybowiec bez pilota. Robi miłe wrażenie, ale chmur nie posmyra.

---> SKOMENTUJ

Najlepsze uliczne historie: wakacje

Skip to entry content

„Koniec lipca, za chwilę już znów zima” rapował Taco Hemingway i widząc to, co działo się w połowie sierpnia, trudno było się nie zgodzić. Deszcz, ziąb i szarówa. Niekorzystne warunki pogodowe na szczęście nie miały wpływu na bekowe konwersacje zasłyszane w przestrzeni festiwalowo-przyrodniczo-miejskiej. Przez całe wakacje było ich pod dostatkiem.

#1 – Dostałem od mamy lawendę w doniczce („bo ci się przyda, a w Krakowie pewnie nie macie”), po czym nastał czas na poważne rozmowy:

– Synku, ale powiedz mi tak szczerze, ty się normalnie spotykasz z ludźmi, czy tylko przez ten internet?
– No normalnie mamo, po pracy wychodzę z domu i się spotykam ze znajomymi.
– Wiedziałam, że mi prawdy nie powiesz.

#2 – Rzecz się dzieje w burgerowni na Kazimierzu, podchodzi do kasy pani, pan siedzi na kanapie:

– Poproszę tego burgera z kiełbasą…
– Polish pride?
– Chyba tak. I tego z pieczarkami.
– Bossa?
– Yhy, i dwie porcje frytek.
– Domowych?
– Tak, z sosem majonezowym.
– To wszystko?
– A, i małą Colę Zero.

Dobrze, że Zero, bo normalna by ich przecież wykończyła kalorycznie.

#3 – Poszedłem do Żabki po wino na urodziny koleżanki, bo to taki wiek, że się wina w prezentach daje i gdy dochodzę do kasy i podaję butelkę, pani kasjerka nabija kod kreskowy, patrzy na mnie spode łba i rzuca przepiękne:

– A dowód można zobaczyć?

– Oczywiście!

Czy można usłyszeć większy komplement będąc przed 30-tką?

#4 – Na Thassos przyleciało sporo Polaków, część z nich niestety nie mogła uciec od dyskusji politycznych. Podsłuchane na plaży:

– Chciałabym, żeby naszym prezydentem był Biedroń. To taki polski Obama, tylko, że jeszcze gej.

#5 – Przygód z telemarketerami z firmy Milanocośtam sprzedającej garnki część druga:

– Halo?
– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
– W imieniu cośtamcośtamMialnocośtamcośtam dzwonię, żeby zaprosić pana na bardzo atrakcyjne spotkanie…
– Nie, dziękuję.
– Ale na spotkaniu będzie sam…
– Nie, dziękuję.
– Ale jak to, nie chce pan dostać…
– Nie, dziękuję.
– Rozumiem. Ale zgodzi się pan ze mną, że sól jest niezdrowa dla organizmu?
– Nie zgodzę się.
– Ale jak to, przecież lekarze twierdzą, że sól…
– Proszę panią, ludzie twierdzą różne rzeczy. Posłowie PiSu twierdzą, że człowiek nie pochodzi od małpy. Zgodzi się pani z nimi?
– Rozumiem. To dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję, do widzenia.

#6 – Wchodzę do Lidla i na samym wejściu wpadam na parę 50-latków:

– Jest nasza kawa w promocji!
– Jaka?
– No Belarom.
– Aha.
– Co ty, nie lubisz jej?
– Ja w ogóle nie lubię kawy.
– Ale przecież codziennie pijesz.
– Bo mi codziennie robisz, to co mam wylewać?

#7 – Para przy stoliku obok burzliwie dyskutuje nad wyborem pizzy:

– To może weźmiemy diavolę?
– Ale ona jest z czosnkiem!
– No.
– No.
– No to co?
– To albo chcesz się całować albo chcesz diavolę.
– Czyli bierzemy parmę.

#8 – Takie tam z Hip-Hop Kempu:

– Ej, ale nie otwieraj jeszcze rumu.
– Bo co?
– Stary, jeszcze nawet dziewiątej nie ma.
– A która jest?
– 8:53.
– Dobra, to zaczekam do pełnej.

#9 – Męskie pogaduchy przy Plantach:

– I jak z tą Gośką?
– Nijak.
– Myślałem, że coś z tego będzie?
– Co ty człowieku, męcząca baba, ciągle chciała, żebym opowiadał jej co u mnie.
– To lipa.
– No. Ale przynajmniej przekonała mnie do jajecznicy z papryką.

#10 – Klasyk, po prostu klasyk! Wracam do Krakowa pociągiem i chcę wykorzystać te 3 godziny podróży, żeby popracować. Albo chociaż pospać. Ledwo siadam, dziewczynie za mną dzwoni telefon:

– Halo?
– …
– No hej, hej.
– …
– Tak, pewnie, że mogę rozmawiać. Jadę akurat pociągiem, to możemy poplotkować, mów co u ciebie.

I tak gdzieś już godzinę słucham, kto z kim się przelizał, kto z kim przespał, kto rozstał, i kto co miał na obiad przez ostatni kwartał. Dzięki.

 ***

Na takie śmichy-chichy dane mi było trafić w lipcu i sierpniu, jak macie swoje dialogowe heheszkowe wspomnienia lata, to dawajcie do komentarzy.
---> SKOMENTUJ