Close
Close

Czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Skip to entry content

„Masa o porachunkach polskiej mafii” to trzecia część gangsterskiej epopei, w której skruszony kryminalista opowiada dziennikarzowi śledczemu, o skurwysyństwach, które popełnił będąc członkiem grupy przestępczej. To znaczy, tak książka jest zajawiana w mediach, ale czy faktycznie tak jest? Już w dwóch poprzednich częściach „Masa o kobietach polskiej mafii” i „Masa o pieniądzach polskiej mafii”, miałem wrażenie, że Jarosław Sokołowski wcale nie żałuje tego, że gwałcił kobiety i okradał mężczyzn, a wręcz z nostalgią wspomina, jak fajnie było wybić komuś zęby i zabrać mu samochód, a potem siłą zmusić kogoś innego do seksu oralnego w tym samochodzie. Czy to ciekawe? Czy w ogóle da się to czytać? Czy warto dać zarobić byłemu gangsterowi na krzywdach wyrządzonych przypadkowym osobom?

Z uwagi na fakt, że łyknąłem ten tytuł w trakcie ostatnich wakacji, postaram się odpowiedzieć na pytanie: czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?

Ultra prosty język

Nie mam pretensji do Jarosława Sokołowskiego, że nie włada słowem na poziomie profesora Bralczyka, bo to prosty chłopak, który szybciej nauczył się kraść, niż pisać, ale Artur Górski, który prowadzi z nim wywiad i podaje się nie dość, że za dziennikarza, to jeszcze za pisarza, mógłby używać nieco bardziej wyszukanego języka niż szóstoklasista. Zwłaszcza, że to jego 15-ta książka. Jeśli liczyliście na ciekawsze porównania niż „głupi jak but”, „wielki jak dąb”, czy „brzydka jak noc”, to lepiej zmieńcie kalkulator. Szczytem żonglowania środkami stylistycznymi jest tu opisanie ssania członka za pomocą metafory „robić loda”, a najbardziej finezyjną sztuczką skłonienia czytelnika do refleksji nad jakąś kwestią, wstawienie wielokropka na końcu zdania.

Innymi słowy, jeśli Twój jedyny kontakt ze słowem pisanym ogranicza się do czytania napisów w publicznych toaletach w trakcie wypróżniania, to poziom językowy tej pozycji powinien Cię usatysfakcjonować.

Pseudo-moralizatorstwo

Było w poprzednich częściach jest i tutaj. Dziennikarz prowadzący rozmowę z Masą, co jakiś czas kategorycznie obrusza się słysząc jego opowieści, tak byś przypadkiem nie miał wątpliwości, że mordowanie ludzi jest niemiłe i jeśli będziesz tak robił, to koleżanki usuną Cię ze znajomych na Facebooku. Rozumiem, że Górski musiał stworzyć jakieś pozory, że nie pisze tej książki tylko dla hajsu, a dogadanie się z najpopularniejszym w Polsce świadkiem koronnym na wywiad nie było przypięciem do siebie łańcuchem dojnej krowy, i w rzeczywistości zależy mu na pokazaniu „szokującej prawdy”, ale zrobił to wyjątkowo nieudolnie.

Odgrzewanie kotleta

„Masa o kobietach polskiej mafii” szokowała brakiem moralności, brutalnością, zezwierzęceniem i liczbą seksualnych partnerek przypadającą na jednego bandytę. „Masa o pieniądzach polskiej mafii” zaskakiwała wielkością fortuny jaką obracali nadwiślańscy kryminaliści, siecią kontaktów z politykami, przedsiębiorcami i celebrytami, i mnogością sposobów dokonywania rozbojów, z których można było wyciągnąć pieniądze.

W  „Masa o porachunkach polskiej mafii” mamy w dużej mierze powtórzenie tych samych historii i mielenie znanego już z poprzednich części tematu, tyle że od strony przepychanek między gangsterami. Które oczywiście miały miejsce też w poprzednich częściach, tyle, że tym razem są rozbudowane i to na nich skupia się narracja. Jeśli masz do czynienia ze wspomnieniami Jarosława Sokołowskiego pierwszy raz, to spoko, jest to świeże, ciekawe, intrygujące, ale jeśli, tak jak ja, to Twój trzeci kontakt z jego opowieściami, to zaczynasz się czuć jak w Boże Narodzenie, gdy trafiasz na „Kevina samego…” w telewizji. Niby fajnie się ogląda, ale to już było.

Podglądanie innego świata przez dziurkę od klucza

Mafia nie jest jakimś przewodnim temat moich zainteresowań, od którego dostaję erekcji, ale widziałem cała trylogię „Ojca chrzestnego”, a „Chłopaki z ferajny” są jednym z moich ulubionych filmów i widząc go, zawsze się zastanawiałem, jak ten przestępczy świat wygląda u nas. W Polsce. Dzięki tej książce mogę rzucić na niego okiem przez niedomknięte drzwi. Nie wiem na ile zdarzenia opisane przez głównego bohatera są zgodne z rzeczywistością, ale mówi o nich na tyle szczegółowo, że wierzę mu iż faktycznie miały miejsce. Wywózki do lasu, obijanie kijem bejsbolowym, podkładanie bomb i strzelaniny w polskim wydaniu wyglądają jak niezamierzona parodia amerykańskich filmów, ale skłamałbym, jeśli bym powiedział, że nie robi to na mnie wrażenia. Ani nie pobudza wyobraźni.

Nigdy nie chciałem, nie chcę i nie chciałbym być ani w polskiej mafii, ani w żadnej innej, ale dzięki kolejnym stronom tej książki można się poczuć jakby trochę się w niej było.

Czy warto?

Pora odpowiedzieć na pytanie z nagłówka, czyli, czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”? Mimo wielu zastrzeżeń do tej pozycji i samych autorów, trudno mi ją stanowczo odradzić. Jeśli czytaliście poprzednie części, w tej raczej nie znajdziecie wielu zaskakujących faktów, czy ekscytujących motywów. Przeczytacie ją w ciągu 3-4 nie za długich posiedzeń z kubkiem herbaty i przeleci Wam przez głowę równie bezboleśnie jak myśl o tym, żeby rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. Bo tytuł ten wchodzi bardzo gładko, ale wychodzi też bez większych oporów, przez co, to strata czasu na poziomie oglądania dram na YouTube.

Jeśli jednak to Wasz pierwszy kontakt ze światem Pruszkowa i Wołomina, terroryzującym resztę Polski i nie liczycie na homeryckie porównania, ani ekwilibrystkę językową, to nie wynudzicie się, a możliwe nawet, że ta książka coś w Was zostawi. Na przykład przerażenie.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

18 komentarzy do "Czy warto kupić „Masa o porachunkach polskiej mafii”?"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magdalena Śpiewak
Gość

Cały tekst namówił mnie do przeczytania, ale dwóch poprzednich częśći. Choć trochę przeraża mnie, że mam czytać coś pisanego prymitywnym jezykiem,a to coś ma być radosnym wspomnieniem gwałtów.

Karyna
Gość

Z drugiej strony ciężko, żeby wspomnienia gwałtów były opisywane górnolotnym językiem ;) Szczególnie, że wielu z panów będących członkami mafii to były zwykłe, proste chłopy. I moim zdaniem książka poniekąd przez swój język to pokazuje.

Magdalena Śpiewak
Gość

Ale masz genialny nick :D

Nie no, pewnie, zgadzam się całkowicie. Po prostu nie jestem jeszcze pewna czy na pewno chcę to przeczytać, bo prosty język mnie przeważnie razi.

Karyna
Gość

http://www.coprzeczytac.pl/fragment-ksiazki-masa-pieniadzach-polskiej-mafii/

No to tutaj masz fragment książki, może to pomoże podjąć decyzję ;)

Magdalena Śpiewak
Gość

Będzie mi się musiało bardzo nudzić :)

Jan Favre
Gość

„ciężko, żeby wspomnienia gwałtów były opisywane górnolotnym językiem” – ja w tym akurat nie widzę problemu, ale już abstrahując od wyżyn elokwencji, to wystarczyłoby, żeby osoba redagująca tę książkę (jeśli już nie „pisarz” prowadzący) zaopatrzyła się w słownik synonimów.

Karyna
Gość
Jestem z Pruszkowa, więc jak tylko pojawiły się książki, to od razu rzuciłam się do lektury. Masę przede wszystkim trzeba w nich brać przez palce. Część historii faktycznie jest prawdziwa, jak chociażby ta, że Panowie zatrzymywali się na środku największego skrzyżowania w Pruszkowie, żeby uciąć sobie pogawędkę i nikt nie ośmielił się im przerwać, ale druga część jest mocno podkoloryzowana dla czytelnika. Sokołowski w moim odczuciu stara się w nich mocno wybielić opowiadając jak inni byli okrutni a on tylko stał z boku i patrzył. A prawda jest nieco inna, co na pewno pamiętają osoby, które w tamtych czasach miały… Czytaj więcej »
Jan Favre
Gość

Dzięki za ciekawy głos! Co do „Mój agent Masa” warto przeczytać samą z siebie, czy tylko po to, żeby poznać kontrwersję do wspomnień Masy?

Karyna
Gość
Ja po nią sięgnęłam właśnie dlatego, że Masa wiele swoich historii podkolorował i przeinaczył niektóre fakty. „Mój Agent Masa” pokazuje właśnie tego bardziej prawdziwego Masę, co zresztą sugeruje opis z tyłu książki „(…)Nie może bowiem być koronnym człowiek, który kierował własną grupą przestępczą, wydawał polecenia i egzekwował ich wykonanie”. Nie od dziś mówi się przecież „na mieście”, że Masa ma na koncie zabicie człowieka. Czego oczywiście w swoich książkach się wypiera :) Jak interesuje Cię temat, to możesz też sięgnąć po „Czego nie powie Masa o polskiej mafii”. Mi niestety nie udało się przebrnąć przez całość (odpadłam gdzieś w połowie),… Czytaj więcej »
Jan Favre
Gość

Nie czytałem żadnego z wymienionych przez Ciebie tytułów, ale zachęciłaś mnie do przeczytania „Mój Agent Masa”, dzięki :)

Łukasz Przechodzeń
Gość

Złe Psy to też książka napisana w lekki i prosty sposób. Ale jest tam dużo więcej ciekawych wątków niż we wszystkich Masach razem wziętych.

Majniaki
Gość

A ja chętnie sięgnę po te pozycje, o których wspomniałaś. Już w Kobietach polskiej mafii można było odczuć, że wszystkiego z pewnością nie mówi.

Aleksandra Muszyńska
Gość

Jak tak czytam Twoje wypowiedzi to myślę sobie, że najchętniej przeczytałabym jakąś Twoją książkę o mafii pruszkowskiej, jeśli byś ją kiedykolwiek popełniła :D. To musi być przerażająco-niesamowite, żeby wiedzę o Pruszkowie i jego najgroźniejszych mieszkańcach czerpać z życia,a nie z artykułów.

Konrad Błaszak - Kondux
Gość

Czytałem wszystkie części z tej serii i muszę przyznać, że cenię sobie tę rozrywkę. Masz całkowitą rację, ale nie jest to lektura najwyższych lotów, ale dzięki temu przebrnięcie przez nią w kilka godzin nie jest jakimś wyczynem.

Czytam, ponieważ jest to całkiem ciekawe, chociaż ja to bym nawet muchy nie skrzywdził :P
P.S. Jest też książka „Mój Agent Masa”, w której wypowiada się agent werbujące Jarosłowa. Nie wciąga się jej tak szybko, ale widać jaka jest rozbieżność między niektórymi rzeczami i że warto patrzeć na te książki z pewnym dystansem.

Jan Favre
Gość

Właśnie Karyna poniżej o tym pisze, tak że dodaję do listy do sprawdzenia :)

Konrad Błaszak - Kondux
Gość

A nie widziałem ;)

Olga Płaza
Gość

Z pewnym rozbawieniem śledzę pojawianie się kolejnych części książek ze wspomnieniami Masy, bo mam wrażenie, że nie ma tyle mafii w tym kraju, żeby tyle historii mogło mieć miejsce. Ja odpadłam w połowie pierwszej książki i raczej nie będę się zmuszać do powrotów, bo mam wrażenie, że to bardziej bajkopisarstwo niż szczere rozmowy.

Maggie
Gość

Posiadam książkę o polskich bossach. I do połowy można ją śmiało przeczytać, później jest tylko zlepek nazwisk, z których nie wyciąga się nic. Zapraszam również do siebie http://mindblog.luxtrip.com.pl/

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Czego nie nauczą Cię w szkole, a powinni?

Skip to entry content

„Ucz się, ucz, bo nauka to do potęgi klucz!” zwykła mawiać moja babcia, gdy zamiast odrabiać lekcje wolałem grać w puszkę z dzieciakami z osiedla albo oglądać „MacGyvera”, zastanawiając się, czy z mojego bumerangu i miksera dałoby radę zrobić helikopter. Zadałem to pytanie kiedyś na lekcji fizyki, ale nie spotkało się ze specjalnym entuzjazmem nauczycielki. Podobnie jak wątpliwość, czy znajomość wszystkich krajów afrykańskich wraz ze stolicami, przyda mi się kiedykolwiek do czegoś, poza zaliczeniem klasówki. Zasadniczo, edukacja w szkole, to było pasmo piętrzących się pytań bez odpowiedzi. Dowiedziałem się jak zbudowany jest pantofelek, zapamiętałem łacińskie nazwy rodzajów chmur i przyswoiłem wzór chemicznych alkoholu etylowego, jednak kwestie codziennej egzystencji pozostały niemal nietknięte. Co w sporym stopniu przyczyniło się do tego, że z liceum wyszedłem bez wielu podstawowych umiejętności, przydatnych w „prawdziwym” życiu.

Czego nie nauczyłem się w szkole, a powinienem?

Jak gospodarować swoimi finansami

W drugiej, czy trzeciej klasie liceum, mieliśmy taki przedmiot jak przedsiębiorczość, prowadzony przez bardzo przyjazną nauczycielkę. Nie dość, że się uśmiechała, to jeszcze była w stanie wytłumaczyć po polsku, czym jest VAT. I nawet CIT. No, złota kobieta, na żadnym przedmiocie nie zapamiętałem tylu definicji, co na tym. Mimo to, jednak na żadnej z lekcji nie padło takie pojęcie jak „budżet domowy”, „sposoby oszczędzania”, czy „realne oprocentowanie kredytów i pożyczek”.

Nigdy nie rozmawialiśmy na temat tego z czego będziemy żyć, jak skończymy szkołę, jak planować wydatki i zarządzać dochodami, czy w ogóle jak zrobić, żeby pod koniec pieniędzy nie zostawało za dużo miesiąca. Jak obliczyć sinus kąta o rozwartości 60 stopni wałkowaliśmy godzinami, ale na obliczanie ile zostanie nam na jedzenie po zapłaceniu wszystkich rachunków, nie poświęciliśmy ani chwili. Nie to, żebym coś miał do trygonometrii, bo w klasie maturalnej miałem 6 z matematyki, ale wydatkologię uważam za zdecydowanie istotniejszą.

Czemu nie warto przepuszczać całego hajsu zaraz po wypłacie, a branie pożyczki w Providencie, to najgorszy sposób radzenia sobie z problemami finansowymi, musiałem uczyć się już w szkole życia, bo państwowa ominęła ten temat dość szerokim łukiem.

Jak nawiązywać relacje z ludźmi

Nie byłbym tu gdzie jestem, gdyby nie ludzie, których spotkałem na swojej drodze. Tyle, że byłbym dużo dalej, gdybym w młodzieńczych latach nie zostawiał tego przypadkowi i nie omijał wybitnych jednostek, tylko dlatego, że nie wiedziałem jak nawiązać z nimi kontakt.

Czego najbardziej się boją dzieci idące do pierwszej klasy? Rówieśników.

Czego się boją ludzie idący do pierwszej pracy? Współpracowników.

Na każdym szczeblu edukacji miałem zajęcia w grupach, ale nikt mnie nie uczył jak w tej grupie się odnaleźć. Ani jak z nią pracować. Ani jak rozdzielać i egzekwować zadania. Ani tym bardziej jak w ogóle wejść w grupę, tak by nie zostać odrzuconym, ale też jednocześnie nie zatracać się, rezygnując z indywidualnych cech osobowych, równając do ogółu. Jak zrywać toksyczne znajomości, jak stawiać granice i jak nie dać się wykorzystywać, gdy ktoś 83 raz chce spisać od Ciebie zadanie domowe, nad którym siedziałeś cały zeszły wieczór,  też mi w szkole nikt nie powiedział. A szkoda.

Jak żyć w parze

Biorąc pod uwagę, jak silny w naszym społeczeństwie jest nacisk na monogamię i zakładanie rodziny, zdolność życia w parze jest jedną z ważniejszych umiejętności, które powinniśmy posiadać.

Niestety, żaden nauczyciel nie przekazuje nam tajników tej sekretnej sztuki i poznajemy je metodą prób i błędów, ćwicząc na żywym organiźmie. Kiedyś dyskutując na ten temat ze znajomym, usłyszałem, że to rodzice są od tego, żeby nauczyć mężczyznę jak dogadywać się z kobietą. W teorii brzmi pięknie. Tyle, że to tylko teoria, a w praktyce bardzo często rodzice sami tego nie wiedzą lub, co gorsza, mają zakodowane szkodliwe wzorce od swoich starych. Jeśli rola żony została sprowadzona do robota kuchenno-sprzątającego, a mąż ją bije, gdy ma zastrzeżenia do realizacji narzuconych jej obowiązków, to skąd dzieciak ma wiedzieć, że to patologia, skoro w szkole się na ten temat nie mówi?

Obserwując związki celebrytów, zwłaszcza tych dzisiejszych, raczej też za dużo dobrego nie wyniesie.

Jak występować publicznie

Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale życie dorosłego człowieka jest przeplecione publicznymi wystąpieniami, jak lato w Polsce chujową pogodą. Rozmowy rekrutacyjne, spotkania zespołu, prezentacje przed zarządem, szkolenia, to występy, na które prędzej czy później natknie się każdy z nas. No, może poza chronicznie bezrobotnymi naśladowcami Ferdka Kiepskiego.

W szkole teoretycznie mamy akademie i teatrzyki, które powinny nas do tego przygotować i oswoić z tremą, stresem i mówieniem do tłumu, ale tego nie robią. Po pierwsze, od każdego z takich wystąpień można się wykręcić. W podstawówce miałem kolegę, który regularnie, dwa tygodnie przed każdym przedstawieniem, w którym był obsadzony, przypadkowo dostawał zapalenie gardła. Po drugie, jedyną wagę w trakcie tych występów przywiązuje się do zapamiętania tekstu. Nikogo nie obchodzi jak wygląda Twoja mowa ciała, jak intonujesz poszczególne zdania, ani czy jesteś przekonujący. A już na pewno nie, czy dobrze się w tym czujesz i poradziłbyś sobie improwizując wypowiedź, gdyby coś się zmieniło albo posypało w ostatniej chwili. Nauczyciele mają w dupie co się dzieje wewnątrz Ciebie, najważniejsze, to żebyś się nie pomylił klepiąc tekst z pamięci.

W efekcie,  pierwsze rozmowy o pracę są porażką, a kandydatom trzęsą się ręce jak przy zaawansowanym Parkinsonie i palą cegłę, szukając języka miedzy sznurowadłami, gdy tylko wybije się ich ze schematu. Natomiast prezentowanie wyników pracy nad danym zadaniem reszcie zespołu albo, nie daj team leaderze, przełożonym, wygląda jak parodia egzekucji przez rozstrzelanie. Mnie również to nie ominęło, o czym pisałem w tekście „Trochę pieprzenia o wychodzeniu ze strefy komfortu”.

Jak rozwiązywać konflikty

W podstawówce, gdy miało się z kimś ewidentną kosę, szło się za boisko i rozwiązywało konflikt na pięści, po czym na drugi dzień wychowawczyni kazała podać sobie ręce i się przeprosić. Co nigdy ani nie było szczere, ani tym bardziej nie skutkowało. W gimnazjum było podobnie, natomiast w liceum odpuszczano sobie teatrzyk z pojednaniem. I tak poszliśmy w świat, nie wiedząc co zrobić poza daniem w mordę, gdy ktoś nas irytuje.

Seks w rzeczywistości nie wygląda jak w porno

Niby jest coś takiego jak „wychowanie do życia w rodzinie”, gdzie powinny być poruszane takie tematy. Tyle, że te zajęcia nie zawsze są obowiązkowe. Poza tym, gdy prowadzi je katechetka, są naprawdę mało przekonujące. Nie mówiąc o tym, że najczęściej sama prowadząca jest zawstydzona dyskutowaniem publicznie o seksie, grze wstępnej, drażnieniu łechtaczki, waleniu konia, minecie, palcówce i robieniu loda, zastępując nazwy czynności seksualnych określeniem „te rzeczy”. Daje to tyle, co karmienie głodujących w Afryce lajkami i sprawia, że nastolatek wychodzi jeszcze bardziej skołowany i nieuświadomiony niż wszedł, po czym odpala pornola, żeby zobaczyć „jak to wygląda naprawdę”.

Inteligencja jest ważniejsza niż wiedza

O to mam chyba największy żal do systemu edukacji, bo przez 12 lat szkoły wpajał mi coś zupełnie przeciwnego.

Nie było istotne, czy kojarzysz fakty, umiesz połączyć zdarzenia w ciąg przyczynowo-skutkowy i potrafisz łączyć kropki tak, by uzyskać pożądany wynik. Nie. Liczyło się rycie na pamięć schematów i wkuwanie na blachę definicji. To nic, że każdy utwór literacki można zinterpretować na dziesiątki sposobów, a każde zadanie matematyczne rozwiązać więcej niż jedną drogą. Liczył się tylko i wyłącznie jeden poprawny sposób postępowania narzucony przez system. Co z tego, że definicję czegokolwiek w ułamku sekundy można znaleźć w internecie? Zamiast uczyć się ich szukać, skupialiśmy się na ich zapamiętywaniu. Co było największym idiotyzmem tamtych lat.

W tym momencie mamy setki tomów wiedzy z najróżniejszych dziedzin, od prehistorii do biotechnologii, na wyciągnięcie myszki i dzielą nas od niej dwa kliki, dlatego posiadanie jej przestaje mieć znaczenie. Istotne jest, czy umiemy z niej korzystać i co potrafimy z nią zrobić.

Czy o wartości prawnika świadczy to ile zna przepisów? Przedszkolaka też można nauczyć regułek, ale bałbym się go brać za obrońcę w sporze z urzędem skarbowym. Treści ustawy podatkowej może nauczyć się każdy, ale nie każdy będzie potrafił ją interpretować i znajdować zależności między innymi dokumentami.

Czy o programiście mówimy, że jest wybitny, gdy przyswoi wszystkie biblioteki wszystkich możliwych języków programowania? Biorąc po uwagę, jak środowiska programistyczne się zmieniają, jest to prawie niemożliwe, a mnie jako klienta i tak nie obchodzi ile ich zna na pamięć, tylko jak potrafi z nich korzystać.

Czy lekarz jest dobry, gdy zapamięta łacińskie nazwy każdej z chorób? Czy może jednak, gdy umie łączyć fakty i interpretować wyniki badań?

Wiedza bez inteligencji jest jak szybowiec bez pilota. Robi miłe wrażenie, ale chmur nie posmyra.

Najlepsze uliczne historie: wakacje

Skip to entry content

„Koniec lipca, za chwilę już znów zima” rapował Taco Hemingway i widząc to, co działo się w połowie sierpnia, trudno było się nie zgodzić. Deszcz, ziąb i szarówa. Niekorzystne warunki pogodowe na szczęście nie miały wpływu na bekowe konwersacje zasłyszane w przestrzeni festiwalowo-przyrodniczo-miejskiej. Przez całe wakacje było ich pod dostatkiem.

#1 – Dostałem od mamy lawendę w doniczce („bo ci się przyda, a w Krakowie pewnie nie macie”), po czym nastał czas na poważne rozmowy:

– Synku, ale powiedz mi tak szczerze, ty się normalnie spotykasz z ludźmi, czy tylko przez ten internet?
– No normalnie mamo, po pracy wychodzę z domu i się spotykam ze znajomymi.
– Wiedziałam, że mi prawdy nie powiesz.

#2 – Rzecz się dzieje w burgerowni na Kazimierzu, podchodzi do kasy pani, pan siedzi na kanapie:

– Poproszę tego burgera z kiełbasą…
– Polish pride?
– Chyba tak. I tego z pieczarkami.
– Bossa?
– Yhy, i dwie porcje frytek.
– Domowych?
– Tak, z sosem majonezowym.
– To wszystko?
– A, i małą Colę Zero.

Dobrze, że Zero, bo normalna by ich przecież wykończyła kalorycznie.

#3 – Poszedłem do Żabki po wino na urodziny koleżanki, bo to taki wiek, że się wina w prezentach daje i gdy dochodzę do kasy i podaję butelkę, pani kasjerka nabija kod kreskowy, patrzy na mnie spode łba i rzuca przepiękne:

– A dowód można zobaczyć?

– Oczywiście!

Czy można usłyszeć większy komplement będąc przed 30-tką?

#4 – Na Thassos przyleciało sporo Polaków, część z nich niestety nie mogła uciec od dyskusji politycznych. Podsłuchane na plaży:

– Chciałabym, żeby naszym prezydentem był Biedroń. To taki polski Obama, tylko, że jeszcze gej.

#5 – Przygód z telemarketerami z firmy Milanocośtam sprzedającej garnki część druga:

– Halo?
– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
– W imieniu cośtamcośtamMialnocośtamcośtam dzwonię, żeby zaprosić pana na bardzo atrakcyjne spotkanie…
– Nie, dziękuję.
– Ale na spotkaniu będzie sam…
– Nie, dziękuję.
– Ale jak to, nie chce pan dostać…
– Nie, dziękuję.
– Rozumiem. Ale zgodzi się pan ze mną, że sól jest niezdrowa dla organizmu?
– Nie zgodzę się.
– Ale jak to, przecież lekarze twierdzą, że sól…
– Proszę panią, ludzie twierdzą różne rzeczy. Posłowie PiSu twierdzą, że człowiek nie pochodzi od małpy. Zgodzi się pani z nimi?
– Rozumiem. To dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję, do widzenia.

#6 – Wchodzę do Lidla i na samym wejściu wpadam na parę 50-latków:

– Jest nasza kawa w promocji!
– Jaka?
– No Belarom.
– Aha.
– Co ty, nie lubisz jej?
– Ja w ogóle nie lubię kawy.
– Ale przecież codziennie pijesz.
– Bo mi codziennie robisz, to co mam wylewać?

#7 – Para przy stoliku obok burzliwie dyskutuje nad wyborem pizzy:

– To może weźmiemy diavolę?
– Ale ona jest z czosnkiem!
– No.
– No.
– No to co?
– To albo chcesz się całować albo chcesz diavolę.
– Czyli bierzemy parmę.

#8 – Takie tam z Hip-Hop Kempu:

– Ej, ale nie otwieraj jeszcze rumu.
– Bo co?
– Stary, jeszcze nawet dziewiątej nie ma.
– A która jest?
– 8:53.
– Dobra, to zaczekam do pełnej.

#9 – Męskie pogaduchy przy Plantach:

– I jak z tą Gośką?
– Nijak.
– Myślałem, że coś z tego będzie?
– Co ty człowieku, męcząca baba, ciągle chciała, żebym opowiadał jej co u mnie.
– To lipa.
– No. Ale przynajmniej przekonała mnie do jajecznicy z papryką.

#10 – Klasyk, po prostu klasyk! Wracam do Krakowa pociągiem i chcę wykorzystać te 3 godziny podróży, żeby popracować. Albo chociaż pospać. Ledwo siadam, dziewczynie za mną dzwoni telefon:

– Halo?
– …
– No hej, hej.
– …
– Tak, pewnie, że mogę rozmawiać. Jadę akurat pociągiem, to możemy poplotkować, mów co u ciebie.

I tak gdzieś już godzinę słucham, kto z kim się przelizał, kto z kim przespał, kto rozstał, i kto co miał na obiad przez ostatni kwartał. Dzięki.

 ***

Na takie śmichy-chichy dane mi było trafić w lipcu i sierpniu, jak macie swoje dialogowe heheszkowe wspomnienia lata, to dawajcie do komentarzy.