Close
Close

„Dziękuję” – takie bardzo, bardzo trudne słowo

Skip to entry content

Kiedyś pisałem o tym, że „cześć” jest jednym z trudniejszych polskich słów i – przez jego niebywałą złożoność – wiele osób zapomina jak się je wymawia. Nie wiedziałem jednak, że jest nieporównywalnie bardziej skomplikowane wyrażenie, które trudniej wypowiedzieć, niż „miąższ” od tyłu, a jego pisownia jest równie problematyczna, co „gżegżółki”.  Tym słowem jest archaiczne, stosowane już tylko w filmach prehistorycznych, zupełnie niemodne „dziękuję”.

Niedyś używane jako wyraz wdzięczności i oznaka dobrych manier, jasno dawało do zrozumienia, że Twój rozmówca, nie dość, że nie ma Cię w dupie, to prawdopodobnie darzy Twoją osobę szacunkiem. Obecnie zapomniane, nieatrakcyjne i praktycznie niezrozumiałe dla kultury należy-mi-się, znanej również pod kryptonimem wszystko-powinno-spadać-z-nieba-gdy-tylko-pstryknę-palcami. W dzisiejszej mowie niemal całościowo wyparte przez ciszę.

A oto cztery najczęstsze sytuacje, w których się go nie używa, ze względu na skomplikowaną wymowę. A powinno.

 

Kiedy bierzesz coś za darmo

Kiedyś organizowałem pewne spotkanie, na które niezapowiedzianie przyszedł pewien człowiek i ogłosił, że zostawił swoją kartę kredytową w barze i wszyscy mogą pić na jego rachunek. Taki anioł intergracji.

Wiesz ilu uczestników skorzystało z okazji?

100%.

A wiesz ilu podeszło mu podziękować?

1%.

 

Kiedy czegoś chcesz od kogoś

W związku z tym, że prowadzę bloga i piszę o swoich przemyśleniach, które czasem nawet mają jakieś pokrycie z rzeczywistością, są osoby, które traktują mnie jak przewodnika po świecie znającego odpowiedzi na wszystkie pytania. Najczęstsze z nich to:

– czemu ona mnie zostawiła?

– czemu on mnie zdradził?

– czemu mój chłopak mnie nie kocha, mimo, że ja go kocham, ale mu o tym nie mówię, żeby sobie za dużo nie wyobrażał, bo jeszcze go spłoszę, a nie jestem w stanie bez niego żyć?

– co zrobić w dwóch słowach, żeby mieć popularnego bloga? [PILNE!!!!11]

– czemu matka ziemia, mimo, że ma jądro?

Mimo, że czasem mi się nie chce jak cholera albo jeszcze bardziej, mimo, że zupełnie nie jestem od tego, i mimo, że żeby odpisać na każdą taką wiadomość muszę poświęcić swój czas, który jest jedynym dobrem nieodnawialnym i ucieka jak Neve Campbell w „Krzyku”, to odpisuję na wszystkie te wiadomości, choćby tłumacząc, że nie jestem w stanie pomóc, bo nie mam wykształcenia psychologicznego i trudno dawać mi konkretne rady życiowe przez internet nieznajomym osobom. Przypadki, kiedy ktoś odpisał mi choćby króciutkim i zdawkowym „Dzięki za odpowiedź” mógłbym policzyć na palcach ręki Homera Simpsona.

 

Kiedy ktoś Ci pomaga

Stoję z rowerem przed pasami na Rondzie Mogilskim i czekam aż czerwone światło zmieni się na zielone, gdy tylko to się dzieje, chcę wsiąść na jednoślad i ruszyć, ale doskakuje do mnie starsza kobieta i łapie za rękaw bluzy.

– Na Lubicz to w którą?

– Dzień dobry.

– … – moje przywitanie trafiło w czarną dziurę, a w zamian dostałem tylko zniecierpliwione spojrzenie.

– Ale chce pani się tam dostać tramwajem, czy na nogach?

– Gdzie tramwajem, na nogach.

– To musi się pani wrócić, przejść tym przejściem po lewej stronie i cały czas prosto.

– Tak jak ta z parasolem? – starsza kobieta wskazała dziewczynę z żółtym parasolem znikającą w przejściu.

– Tak, musi pani przejść tak jak ta pani, potem iść cały czas prosto i będzie pani na Lubiczu.

– … – starsza kobieta po usłyszenia tej informacji zaczęła odchodzić we wskazanym kierunku.

– Teraz mówi się „dziękuję”.

– Co?

– Zaczepiła mnie pani chcąc, żebym wskazał pani drogę, wytłumaczyłem którędy iść, więc teraz powinna pani podziękować za pomoc.

– A, no tak, dziękuję. Zapomniało mi się.

Przy pożyczaniu kartki na dyktando w szkole, długopisu w pracy, czy pytaniu o godzinę na przystanku, powinno to działać tak samo.

 

Kiedy ktoś jest dla Ciebie miły

Przytrzymał Ci windę widząc, że się do niej zbliżasz, przepuścił Cię w drzwiach, poczekał widząc, że wypluwasz płuca biegnąć na autobus, którym kieruje.

Podarował Ci kwiaty bez okazji, pochwalił nową fryzurę, powiedział, że wyglądasz obłędnie w tej sukience.

Podwiózł Cię pod dom, mimo, że było mu nie po drodze, obsłużył Cię jako pierwszego wbrew obowiązującej kolejce, doradził co zamówić, a czego nie, mimo, że nie miał w tym interesu. Lub po prostu nie był chamem.

Wiesz, co w takiej sytuacji należy powiedzieć?

Mam nadzieję, że po tym tekście już tak.

(niżej jest kolejny tekst)

19
Dodaj komentarz

avatar
14 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
16 Comment authors
BożenaNanaMagdalena KomstaDotKarolina W Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika Ślusarczyk
Gość

no to… dziękuję?

Daria
Gość
Daria

A ja z kolei mam inny problem… łapię się na tym, że używam tego słowa chyba za często :D

Ale na szczęście otaczam się w większości wychowanymi ludźmi, którzy potrafią używać magicznych słów w odpowiednich sytuacjach.

Monika
Gość

Dla mnie to słowo jest bardzo naturalne. Ale faktycznie większość osób go nie używa. Mam wrażenie że dużo ludzie ma ogólnie problem z językiem polskim i mówieniem po polsku.

Miśka
Gość
Miśka

Dzię-ku-je-my! :D
Swoją drogą, jest też cała masa ludzi, którzy nie stosują słowa proszę czy przepraszam. Ale są i tacy którzy tego ostatniego aż nadużuwają ;)
Pozdrawiam

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

ototo! Zwykle kiedy probuje przejsc przez tlum ludzi w Polsce mowie przeprasza. Ludzie mnie przepuszczaja, dziekuje ide dalej. W DE jest , mam wrazenie, kulrura ”suń się” iskomplikowana operacja przedostania sie w tlumie z punktu A do punktu B odbywa sie za pomoca bara. Na moje ”entschuldigung” (przepraszam) zwykle dostaje takie oto spojrzenie :D

S.
Gość
S.

To mów „Verzeihung” albo krzycz głośno „vorsicht!” oder „Feuer!” :D

Podobno najlepsza metoda by przedostać się w tłumie to „uwaga będę rzygać” :D

Joanna Wu
Gość
Joanna Wu

Achtung! Pukie xD

S.
Gość
S.

Też dobre :D

Kamil Macher Mr K.
Gość

Drugi podpunkt mocno <3

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

19 rzeczy, które całkowicie ośmieszają film „Smoleńsk”

Skip to entry content

Tak jak katastrofa smoleńska, tak film „Smoleńsk” mocno podzielił społeczeństwo. I to już przed premierą. Środowiska niesympatyzujące z PiS skreśliły go już w momencie ujawnienia pierwszych informacji o jego powstawaniu, nie czekając na efekt końcowy. Sam również nie spodziewałem się po nim wiele, bo zwiastun zdecydowanie nie zwiastował oscarowego dzieła, jednak postanowiłem dać mu szansę. I zobaczyć oraz ocenić „Smoleńsk” jako film, w oderwaniu od konotacji politycznych i osobistych preferencji światopoglądowych. Bo w końcu tym „Smoleńsk” przede wszystkim jest – filmem. Niestety filmem słabym jak anemik po przepłynięciu Oceanu Spokojnego.

Dlaczego?

1. Ultra nudny początek. Nie spodziewałem się wejścia jak w Jamesie Bondzie, z serią fajerwerków i intrygą z miejsca zawiązującą akcję, ale to co się tu dzieje we wstępie jest na poziomie obrad sejmowych. Możesz wyjść na kwadrans do kibla, bo wiesz, że nic istotnego Cię nie ominie. Nie wiem jak mając tak nośną historię udało się tak bardzo nieinteresująco ją zapowiedzieć.

2. Przez pierwsze 20 minut w kółko leci jeden kawałek. Bo wiesz, chodzi o to, żeby zbudować nastrój. Dlatego reżyser bez litości na siłę wpycha nam do ucha jakieś toporne brzędkanie, które brzmi, jakby Windows się zaciął przy starcie systemu. No, udźwiękowienie, nie jest mocną stroną tego tytułu.

3. Reporter z kamerą z I komunii świętej. Który zostaje zawinięty przez Rosjan jak uczniak z korytarza szkolnego przez nauczyciela w trakcie lekcji, po kilku minutach nagrywania palącego się samolotu. Kąciki ust idą ku górze.

4. Realizacyjnie film wygląda jakby kręcili go licealiści ze szkoły plastycznej. Wywołując grymas zażenowania inscenizacja, wywołujące grymas politowania ujęcia i wywołujący ból głowy montaż. Coś jak etiuda filmowa robiona na szybko na zaliczenie semestru sprzętem pożyczonym od nieco bogatszego wujka.

5. Gra aktorska na poziomie wystąpień w podstawówce. Z tego co czytałem, za bardzo nikt z dobrych albo chociaż znanych aktorów nie chciał wziąć udziału w tym przedsięwzięciu, dlatego role, mam wrażenie, dostali przypadkowi ludzie z łapanki, których największą umiejętnością było nauczenie się tekstu na pamięć. Grają tak sztywno, jakby ktoś im wszystkim pozakładał pajączki i kołnierze ortopedyczne przed rozpoczęciem zdjęć. Zero emocji, zero wczuty, tylko beznamiętne klepanie tekstów.

6. Lewicowe bojówki z Azjatami. Jeden z niezamierzenie najśmieszniejszych momentów w filmie. W trakcie manifestacji pod krzyżem, agresywni lewacy wsparci przez egzotycznych przybyszów ze wschodu rzucają się, jak drapieżnik polujący na zwierzynę, na staruszka, który w pojedynkę przyszedł walczyć o katolicki symbol. Monty Python, przy tym to początkujący kabaret. Serio.

7. Absolutnie płascy i nic nieznaczący bohaterowie. Reżyser nawet nie udaje, że któraś z postaci pojawiających się na ekranie ma wpływ na rozwój fabuły. Bohaterowie są kukiełkami wypowiadającymi kwestie. Nie wiemy skąd się wzięło to jacy są – choć w sumie to może dlatego, że są nijacy – ani co nimi kieruje, po prostu pojawiają się w losowych momentach i tyle.

8. Brak budżetu widać na każdym kroku. Od wcześniej wspomnianej scenografii, po liczbę statystów. Główna bohaterka – dziennikarka TVNu – pracuje w redakcji telewizyjnej, w której poza jej szefem i operatorem kamery w zasadzie nikogo innego nie ma. We wcześniej wspomnianej manifestacji pod krzyżem jest w sumie 15 osób po jednej stronie i 1 po drugiej. Widz ma wrażenie, że ten film zrealizował początkujący youtuber ze zrzutki na Patronite.

10. Główna bohaterka to połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej i Gale Weathers z „Krzyku”. W sensie, że wygląda jak zaginiona przy porodzie jednojajowa bliźniaczka Karoliny, wyprana z empatii i wampirzo żądna sensacji jak reporterka z serii horrorów Wesa Cravena. No, lekka przesada.

11. Fabuła bez pomysłu. Nie ma tu jakiegoś wyraźnego motywu, typu „katastrofa smoleńska to zamach zorganizowany przez Donalda Tuska” albo „do tragedii doszło przez bomby podłożone w samolocie”. Mamy tu mnogość przypuszczeń, insynuacji i wymieszania wszystkich możliwych teorii spiskowych, przez co dostajemy rozmemłaną papkę ze wszystkiego co zostało w lodówce pod koniec tygodnia, zamiast konkretnego dania z wyrazistym smakiem.

12. W dodatku przedstawiona w niezrozumiały sposób. Jeśli nie byłeś absolutnie na bieżąco z polityką przez ostatnie 6 lat, to połowy wątków nie zrozumiesz, bo reżyser nie czuł potrzeby tłumaczenia ich osobom, które nie zaczynają każdego dnia od sprawdzenia najświeższych niuansów na temat katastrofy smoleńskiej w mediach.

13. Beka z zagranicznego dziennikarza. Który jest w siedzibie TVN przez pół filmu, ale nikt nie wie po co, bo jedyne co robi, to pije kawę w stołówce i udaje, że nie mówi po polsku.

14. Beka z płaczu głównej bohaterki. Czujesz, że 40-letnia dziennikarka z iluśtam letnim stażem, zajmująca się śledztwami, nagle ni z tego, ni z owego ryczy na głos, tylko dlatego, że ktoś z kim rozmawiała w celu uzyskania informacji ją okłamał? Nie wiem, co jest gorsze, ten sztuczny płacz, czy próba wmówienia widzom, że to pierwszy raz w jej karierze, gdy ktoś nie powiedział jej prawdy.

15. Retrospekcje, sceny dokumentalne i fikcyjne przemieszane jak bigos. Zasadniczo cały film składa się z przypadkowych scen, które są przypadkowo posklejane, w przypadkowej chronologii. Można by ostatnią scenę zamienić z pierwszą i wyrzucić kilka ze środka i na dobrą sprawę, byłoby to tylko z korzyścią dla filmu, bo chaos na ekranie trwałby mniej niż obecne 120 minut.

16. Przemiana głównej bohaterki równie wiarygodna, co zapewnienie alkoholika, że odda 3 zeta na wino. Połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej z Gale Weathers z dziennikarskiej hieny kpiącej z opłakujących zmarłych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienia się w walczącą o prawdę wojowniczkę. I jako widzowie, mamy uwierzyć w jej przemianę ot tak. Mimo, że nigdzie nie widać żadnej różdżki.

17. Beka z podróży do Chicago. Główna bohaterka, żeby dociec prawdy o katastrofie smoleńskiej leci do ojca w Stanach i informuje go o tym, dopiero stojąc w jego drzwiach. Bo przecież telefony, maile, ani Skype, nie mówiąc już o Facebooku, nie działają, dlatego to zupełnie normalne, że ludzie podróżują do USA na drugiej półkuli zupełnie w ciemno, nie dowiadując się w ogóle wcześniej, czy zastaną osobę, do której lecą. Ale w sumie to dziennikarka TVNu, pewnie ją stać.

18. Beka ze sceny seksu. W tym filmie jest sporo głupich/dziwnych/niedorzecznych rzeczy, ale moment, kiedy na ekranie obserwujemy najbardziej infantylną i bezsensowną scenę erotyczną, deklasującą nawet stosunki płciowe w „Klanie”, nie jesteś w stanie uwierzyć, że ktoś zdołał przebić to dno z jakiego startował film i zapukać w nie od spodu. Nad tym, że ta scena jest po nic, do niczego nie prowadzi i absolutnie nie ma jakiegokolwiek wpływu na fabułę, nawet się nie rozwodzę, bo „Smoleńsk” w zasadzie składa się z samych takich scen. Ale niech ktoś mi powie, po cholerę, kręcić scenę seksu, na której widać tyle, co w podziemnym bunkrze po wyłączeniu światła? Przecież tam jest tak ciemno, że równie dobrze mogliby się bawić w chowanego i widz widziałby tyle samo ich interakcji.

19. N-U-D-A! Nuda, nuda, nuda! Pamiętam, że przy recenzji „Nimfomanki” pisałem, że to arcynieangażująca pozycja. Myliłem się. Na filmie Larsa von Triera, nie sprawdzałem średnio co 10 minut zegarka, żeby zobaczyć kiedy się nareszcie skończy. Wiem, że to może wygląda na przesadę, ale niestety nie jest nią. Tu nie ma żadnego napięcia, żadnej akcji, żadnych intrygujących wydarzeń. Jest mozolne, niezgrabne przedstawianie kolejnych nieciekawych spiskowych teorii.

***

Film „Smoleńsk” jako film w oderwaniu od polityki nie broni się tak bardzo, jak Najman w starciu z Pudzianem. Natomiast jako materiał propagandowy, przez rażącą nieporadność twórców ośmiesza tragedię, która miała miejsce w 2010 roku. Z filmu, który, według założeń, miał pokazać „prawdę”, wyszedł potworek parodiujący tę katastrofę i karykaturujący osoby, które uważają, że to nie był wypadek. Co jest dość przykre.

To wygląda tak źle, jakby ktoś to specjalnie spieprzył, żeby wyśmiać wszystkich wierzących w zamach.

7 sygnałów świadczących o tym, że nie traktuje Cię poważnie

Skip to entry content

Temat oklepany jak tyłek Asy Akiry, o którym pisałem choćby przy zasadzie szczoteczki, jednak co jakiś czas dostaję maile od czytelniczek z opisami ich relacji i pytaniem powtarzającym się jak poniedziałek po niedzieli: skąd mam wiedzieć, że nie chodzi mu tylko o seks? A skąd ja mam to wiedzieć? Ani nie znam Ciebie, a już tym bardziej tego gościa, nie mówiąc o znikomym pojęciu na temat wróżenia z fusów. Jeśli chcesz się czegoś o nim dowiedzieć, najlepiej zapytaj jego. Nie chcesz pytać wprost, żeby go nie spłoszyć? Hmm, gdyby takie pytanie go spłoszyło, to miałabyś dość jasną odpowiedzieć jakie miał plany wobec Ciebie. Ale dobra, jeśli koniecznie mam się powymądrzać, to proszę.

Oto 7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks.

Za wszelką cenę próbuje wylądować z Tobą w łóżku

Mimo, że stać go na piwo na mieście, i to droższe niż w Ambasadzie Śledzia, to naciska, żebyście się spotkali u niego. Ostatecznie u Ciebie. Czemu? Bo… [wstaw_jakiś_mało_wiarygodny_pretekst]. A gdy już przyparty do muru umówi się z Tobą w jakiejś knajpie, zostawia Ci ślady na szyi jakby był połączeniem ślimaka z wampirem i pcha Ci łapy na dekolt, mimo że nie masz koszulki ze śmiesznym napisem, a on nie czyta Braillem. I po drugim piwie cały czas powtarza, żebyście się przenieśli w „spokojniejsze miejsce”. Oczywiście mając na myśli oazę spokoju zupełnie przypadkowo zlokalizowaną w jego sypialni.

Ma dla Ciebie czas tylko w weekendy

Jest takie powiedzenie, że czas jest zawsze, tylko nie na wszystko. Na przykład nie na pierdoły. Każdy – ja, Ty, ten za Tobą gapiący Ci się przez ramię w wyświetlacz, Twój były, nawet Mateusz Grzesiak – ma 24 godziny w ciągu doby i rozdysponowuje je zgodnie ze swoją hierarchią priorytetów. Jeśli gość, z którym sypiasz, notorycznie mówi, że nie da rady spotkać się w ciągu tygodnia choćby na szybką kawę po pracy, to znaczy, że nie jesteś dla niego na tyle istotna. W sensie, jesteś pierdołą.

Umawia się z Tobą na ostatnią chwilę

Jeśli typ nie odzywa się cały tydzień i w piątek o 20:01 dostajesz esa, żebyście skoczyli na miasto za godzinę, to znaczy, że posypały mu się wszystkie imprezowe opcje i z braku laku może się z Tobą pomigdalić w kinie. Ewentualnie laska, z którą był umówiony przed Tobą wystawiła go. Tak czy inaczej, jesteś tylko opcją awaryjną.

Obraża się, gdy nie dochodzi do seksu

Mówisz, że nie możesz wstąpić do niego nawet na minutkę, bo [wstaw_jeszcze_mniej_wiarygodny_pretekst], a on robi minę jak dzieciak, który znalazł pod choinką zestaw do nauki angielskiego, zamiast wyczekiwanego kostiumu Spider-Mana? I przestaje się odzywać? Zaliczyliście więcej baz niż drużyna Brada Pitta w „Moneyball”, ale gdy zbliżacie się do tej ostatniej, mówisz, że musicie odpuścić, bo masz okres, a nie jesteś fanką bodypaintingu w trakcie stosunku, na co on reaguje oryginalnym „zostawiłem żelazko na gazie”? I błyskawicznie zaczyna się zbierać?

W Waszej relacji może chodzić mu o coś innego, niż Twój intelekt.

Nie otwiera się przed Tobą…

…a kolejne spotkanie nie sprawia, że poznajesz go coraz bardziej.

Faceci nie są szczególni wylewni, jeśli chodzi o ich życie wewnętrzne, przeżycia, emocje i uczucia. To stereotyp i uogólnienie, ale na potrzeby tego tekstu, przyjmijmy, że nie robię habilitacji z samoświadomości emocjonalnej mężczyzn i użyję takiej krzywdzącej opinii, dobra? Super, to kontynuując, tak jak mówiłem, faceci nie są szczególnie wylewni. Ale jeśli im na kimś zależy, to potrafią być.

Jeśli trafią na kogoś przy kim czują kosmiczną harmonię dusz albo, po prostu, choć trochę im zależy, to są w stanie opowiedzieć o swoim dzieciństwie, traumie bycia ubieranym w turkusowe rajstopki przez babcię i ogólnie, kto im tam babki burzył w piaskownicy i zabierał lizaki. Jak już temat kręci się na ostro, to nawet wspomną o trudnych relacjach z ojcem albo niedostępności matki. Przy czym, tak jak mówię, to tylko w przypadku, gdy widzą w Tobie przyszłą współbeneficjentkę programu „Mieszkanie Dla Młodych”. Czy tam matkę swoich dzieci.

Jeśli jednak widujecie się już jakiś czas, na przykład dłużej niż miesiąc, a Ty dalej jedyne co o nim wiesz, to że koledzy mówią na niego Maro, pracuje w firmie i pochodzi z miasta między Zakopanem, a Władysławowem, to znaczy, że nie odkrywa się przed Tobą, bo nie traktuje Cię poważnie. Ty też nie opowiadałabyś historii swojego życia przypadkowemu przechodniowi, co nie?

Nie znasz jego znajomych

Zagadnienie wałkowane jak ciasto na pierogi przed Wigilią. Nie znasz jego ziomków z pracy, ziomków z osiedla, ziomków z podstawówki, ani ziomków od Counter Strike’a i World of Warcraft? Znaczy, że jest ku temu powód. Na przykład taki: jesteś tylko umilaczem zimnych nocy, więc nie ma sensu przedstawiać Cię ludziom, przy których jest mu całkiem ciepło. Albo inny: wstydzi się Ciebie, dlatego nie pokazuje Cię znajomym i gdybyś nie chodziła z nim do łóżka, nawet nie przebywałby z Tobą w tym samym pomieszczeniu.

A nie, w sumie to ten sam powód.

Nie chce, żebyś była częścią jego życia, tylko wypełnieniem wolnych miejsc w grafiku

To sedno całej sprawy. Jeśli nie zaprasza Cię do swojego świata, nie chce, żebyś weszła w jego rzeczywistości, jego codzienność, jego plany, to znaczy, że nie zależy mu na Tobie. Jako osobie. Tylko na Twoim ciele. A konkretnie kawałku ciała, który masz między nogami. Brutalne, ale gazele na sawannie też nie mają lekko.

autorem zdjęcia w nagłówku jest nicolee_camacho