Close
Close

„Dziękuję” – takie bardzo, bardzo trudne słowo

Skip to entry content

Kiedyś pisałem o tym, że „cześć” jest jednym z trudniejszych polskich słów i – przez jego niebywałą złożoność – wiele osób zapomina jak się je wymawia. Nie wiedziałem jednak, że jest nieporównywalnie bardziej skomplikowane wyrażenie, które trudniej wypowiedzieć, niż „miąższ” od tyłu, a jego pisownia jest równie problematyczna, co „gżegżółki”.  Tym słowem jest archaiczne, stosowane już tylko w filmach prehistorycznych, zupełnie niemodne „dziękuję”.

Niedyś używane jako wyraz wdzięczności i oznaka dobrych manier, jasno dawało do zrozumienia, że Twój rozmówca, nie dość, że nie ma Cię w dupie, to prawdopodobnie darzy Twoją osobę szacunkiem. Obecnie zapomniane, nieatrakcyjne i praktycznie niezrozumiałe dla kultury należy-mi-się, znanej również pod kryptonimem wszystko-powinno-spadać-z-nieba-gdy-tylko-pstryknę-palcami. W dzisiejszej mowie niemal całościowo wyparte przez ciszę.

A oto cztery najczęstsze sytuacje, w których się go nie używa, ze względu na skomplikowaną wymowę. A powinno.

 

Kiedy bierzesz coś za darmo

Kiedyś organizowałem pewne spotkanie, na które niezapowiedzianie przyszedł pewien człowiek i ogłosił, że zostawił swoją kartę kredytową w barze i wszyscy mogą pić na jego rachunek. Taki anioł intergracji.

Wiesz ilu uczestników skorzystało z okazji?

100%.

A wiesz ilu podeszło mu podziękować?

1%.

 

Kiedy czegoś chcesz od kogoś

W związku z tym, że prowadzę bloga i piszę o swoich przemyśleniach, które czasem nawet mają jakieś pokrycie z rzeczywistością, są osoby, które traktują mnie jak przewodnika po świecie znającego odpowiedzi na wszystkie pytania. Najczęstsze z nich to:

– czemu ona mnie zostawiła?

– czemu on mnie zdradził?

– czemu mój chłopak mnie nie kocha, mimo, że ja go kocham, ale mu o tym nie mówię, żeby sobie za dużo nie wyobrażał, bo jeszcze go spłoszę, a nie jestem w stanie bez niego żyć?

– co zrobić w dwóch słowach, żeby mieć popularnego bloga? [PILNE!!!!11]

– czemu matka ziemia, mimo, że ma jądro?

Mimo, że czasem mi się nie chce jak cholera albo jeszcze bardziej, mimo, że zupełnie nie jestem od tego, i mimo, że żeby odpisać na każdą taką wiadomość muszę poświęcić swój czas, który jest jedynym dobrem nieodnawialnym i ucieka jak Neve Campbell w „Krzyku”, to odpisuję na wszystkie te wiadomości, choćby tłumacząc, że nie jestem w stanie pomóc, bo nie mam wykształcenia psychologicznego i trudno dawać mi konkretne rady życiowe przez internet nieznajomym osobom. Przypadki, kiedy ktoś odpisał mi choćby króciutkim i zdawkowym „Dzięki za odpowiedź” mógłbym policzyć na palcach ręki Homera Simpsona.

 

Kiedy ktoś Ci pomaga

Stoję z rowerem przed pasami na Rondzie Mogilskim i czekam aż czerwone światło zmieni się na zielone, gdy tylko to się dzieje, chcę wsiąść na jednoślad i ruszyć, ale doskakuje do mnie starsza kobieta i łapie za rękaw bluzy.

– Na Lubicz to w którą?

– Dzień dobry.

– … – moje przywitanie trafiło w czarną dziurę, a w zamian dostałem tylko zniecierpliwione spojrzenie.

– Ale chce pani się tam dostać tramwajem, czy na nogach?

– Gdzie tramwajem, na nogach.

– To musi się pani wrócić, przejść tym przejściem po lewej stronie i cały czas prosto.

– Tak jak ta z parasolem? – starsza kobieta wskazała dziewczynę z żółtym parasolem znikającą w przejściu.

– Tak, musi pani przejść tak jak ta pani, potem iść cały czas prosto i będzie pani na Lubiczu.

– … – starsza kobieta po usłyszenia tej informacji zaczęła odchodzić we wskazanym kierunku.

– Teraz mówi się „dziękuję”.

– Co?

– Zaczepiła mnie pani chcąc, żebym wskazał pani drogę, wytłumaczyłem którędy iść, więc teraz powinna pani podziękować za pomoc.

– A, no tak, dziękuję. Zapomniało mi się.

Przy pożyczaniu kartki na dyktando w szkole, długopisu w pracy, czy pytaniu o godzinę na przystanku, powinno to działać tak samo.

 

Kiedy ktoś jest dla Ciebie miły

Przytrzymał Ci windę widząc, że się do niej zbliżasz, przepuścił Cię w drzwiach, poczekał widząc, że wypluwasz płuca biegnąć na autobus, którym kieruje.

Podarował Ci kwiaty bez okazji, pochwalił nową fryzurę, powiedział, że wyglądasz obłędnie w tej sukience.

Podwiózł Cię pod dom, mimo, że było mu nie po drodze, obsłużył Cię jako pierwszego wbrew obowiązującej kolejce, doradził co zamówić, a czego nie, mimo, że nie miał w tym interesu. Lub po prostu nie był chamem.

Wiesz, co w takiej sytuacji należy powiedzieć?

Mam nadzieję, że po tym tekście już tak.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Dziękuję za Twoją ciężką pracę i czas.

  • Ja jestem jednym z tych palców ręki Homera Simpsona!

  • Dot

    Świetny tekst :) Dziękuję :D
    PS Między ‚mimo’ i ‚że’ przecinek jest niepotrzebny ;)

  • Ja zawsze dziękuję i mi też ludzie często dziękują. A jak nie, to staram się delikatnie naprostowywać tak jak Ty tę starszą kobietę. Poza tym co to w ogóle za tekst „zapomniało mi się” – czego, kultury? Dobrego wychowania?

  • Przerpaszam, ale nasuwa mi się tylko jedno pytanie CZEMU MATKA ZIEMIA SKORO MA JĄDRO D:
    Z góry dziękuję za odpowiedź

  • Jola

    To jedno z moich ulubionych słów i moje dzieci też uczę żeby go używały. Zresztą od zawsze są trzy magiczne słowa: proszę, dziękuję i przepraszam. Czasami jeszcze dzieciakom trzeba przypomnieć, na zasadzie „co się mówi?”. Ale nie dziwi mnie, że używanie tych słów zanika, ponieważ nie wszyscy rodzice tak myślą . Są przypadki kiedy ja mówię do dziecka „powiedz dziękuję” a ktoś mówi „oj nie trzeba”. A właśnie, że trzeba! I to samo dotyczy przepraszam i poproszę. Bo potem rosną takie przepychajace się łokciami myślące że wszystko im się należy.

  • Aleksandra Muszyńska

    Spodobało mi się naprostowanie babci przez Ciebie. Uprzejmie i skutecznie. Mnie czasami ludzie tak zaskakują swoim brakiem kultury, że nie mam wręcz koncepcji na komentarz. Pamiętam, jak kiedyś podszedł do mnie jakiś typ- nie wyglądał na żula, raczej na zwykłego, beztroskiego podsklepowego filozofa, nie spętanego żadnymi węzłami obligacyjnymi typu praca. Zapytał, czy go nie wspomogę jakimś niedużym pieniążkiem. Miałam przy sobie dosłownie złotówę i niech tam- dałam mu ją. A ten łysy bizon, zamiast „dziękuję”, wysadził:”Ale ja dwa złote potrzebuję! „.
    Centralnie mnie zatkało. Życzyłam mu, żeby mu ta Amarena wątrobę spaliła.
    Ale cóż, sposób zwracania się do drugiego człowieka to definitywnie element wychowania. Jeśli nie wyniosło się tego z chałupy, to później nabyć ten prosty zwyczaj bycia uprzejmym jest dość trudno.

    • Dot

      „sposób zwracania się do drugiego człowieka to definitywnie element wychowania. Jeśli nie wyniosło się tego z chałupy, to później nabyć ten prosty zwyczaj bycia uprzejmym jest dość trudno.” Zgadzam się z tym.

  • Ja odczuwam dziką radość za każdym razem, gdy mogę być dla kogoś miła choćby przez dzień dobry, do widzenia, proszę, dziękuję. A jak moge komuś pomóc to już w ogóle orgazm.

  • Drugi podpunkt mocno <3

  • Miśka

    Dzię-ku-je-my! :D
    Swoją drogą, jest też cała masa ludzi, którzy nie stosują słowa proszę czy przepraszam. Ale są i tacy którzy tego ostatniego aż nadużuwają ;)
    Pozdrawiam

    • Joanna Wu

      ototo! Zwykle kiedy probuje przejsc przez tlum ludzi w Polsce mowie przeprasza. Ludzie mnie przepuszczaja, dziekuje ide dalej. W DE jest , mam wrazenie, kulrura ”suń się” iskomplikowana operacja przedostania sie w tlumie z punktu A do punktu B odbywa sie za pomoca bara. Na moje ”entschuldigung” (przepraszam) zwykle dostaje takie oto spojrzenie :D

      • S.

        To mów „Verzeihung” albo krzycz głośno „vorsicht!” oder „Feuer!” :D

        Podobno najlepsza metoda by przedostać się w tłumie to „uwaga będę rzygać” :D

        • Joanna Wu

          Achtung! Pukie xD

          • S.

            Też dobre :D

  • Dla mnie to słowo jest bardzo naturalne. Ale faktycznie większość osób go nie używa. Mam wrażenie że dużo ludzie ma ogólnie problem z językiem polskim i mówieniem po polsku.

  • Daria

    A ja z kolei mam inny problem… łapię się na tym, że używam tego słowa chyba za często :D

    Ale na szczęście otaczam się w większości wychowanymi ludźmi, którzy potrafią używać magicznych słów w odpowiednich sytuacjach.

  • no to… dziękuję?

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

19 rzeczy, które całkowicie ośmieszają film „Smoleńsk”

Skip to entry content

Tak jak katastrofa smoleńska, tak film „Smoleńsk” mocno podzielił społeczeństwo. I to już przed premierą. Środowiska niesympatyzujące z PiS skreśliły go już w momencie ujawnienia pierwszych informacji o jego powstawaniu, nie czekając na efekt końcowy. Sam również nie spodziewałem się po nim wiele, bo zwiastun zdecydowanie nie zwiastował oscarowego dzieła, jednak postanowiłem dać mu szansę. I zobaczyć oraz ocenić „Smoleńsk” jako film, w oderwaniu od konotacji politycznych i osobistych preferencji światopoglądowych. Bo w końcu tym „Smoleńsk” przede wszystkim jest – filmem. Niestety filmem słabym jak anemik po przepłynięciu Oceanu Spokojnego.

Dlaczego?

1. Ultra nudny początek. Nie spodziewałem się wejścia jak w Jamesie Bondzie, z serią fajerwerków i intrygą z miejsca zawiązującą akcję, ale to co się tu dzieje we wstępie jest na poziomie obrad sejmowych. Możesz wyjść na kwadrans do kibla, bo wiesz, że nic istotnego Cię nie ominie. Nie wiem jak mając tak nośną historię udało się tak bardzo nieinteresująco ją zapowiedzieć.

2. Przez pierwsze 20 minut w kółko leci jeden kawałek. Bo wiesz, chodzi o to, żeby zbudować nastrój. Dlatego reżyser bez litości na siłę wpycha nam do ucha jakieś toporne brzędkanie, które brzmi, jakby Windows się zaciął przy starcie systemu. No, udźwiękowienie, nie jest mocną stroną tego tytułu.

3. Reporter z kamerą z I komunii świętej. Który zostaje zawinięty przez Rosjan jak uczniak z korytarza szkolnego przez nauczyciela w trakcie lekcji, po kilku minutach nagrywania palącego się samolotu. Kąciki ust idą ku górze.

4. Realizacyjnie film wygląda jakby kręcili go licealiści ze szkoły plastycznej. Wywołując grymas zażenowania inscenizacja, wywołujące grymas politowania ujęcia i wywołujący ból głowy montaż. Coś jak etiuda filmowa robiona na szybko na zaliczenie semestru sprzętem pożyczonym od nieco bogatszego wujka.

5. Gra aktorska na poziomie wystąpień w podstawówce. Z tego co czytałem, za bardzo nikt z dobrych albo chociaż znanych aktorów nie chciał wziąć udziału w tym przedsięwzięciu, dlatego role, mam wrażenie, dostali przypadkowi ludzie z łapanki, których największą umiejętnością było nauczenie się tekstu na pamięć. Grają tak sztywno, jakby ktoś im wszystkim pozakładał pajączki i kołnierze ortopedyczne przed rozpoczęciem zdjęć. Zero emocji, zero wczuty, tylko beznamiętne klepanie tekstów.

6. Lewicowe bojówki z Azjatami. Jeden z niezamierzenie najśmieszniejszych momentów w filmie. W trakcie manifestacji pod krzyżem, agresywni lewacy wsparci przez egzotycznych przybyszów ze wschodu rzucają się, jak drapieżnik polujący na zwierzynę, na staruszka, który w pojedynkę przyszedł walczyć o katolicki symbol. Monty Python, przy tym to początkujący kabaret. Serio.

7. Absolutnie płascy i nic nieznaczący bohaterowie. Reżyser nawet nie udaje, że któraś z postaci pojawiających się na ekranie ma wpływ na rozwój fabuły. Bohaterowie są kukiełkami wypowiadającymi kwestie. Nie wiemy skąd się wzięło to jacy są – choć w sumie to może dlatego, że są nijacy – ani co nimi kieruje, po prostu pojawiają się w losowych momentach i tyle.

8. Brak budżetu widać na każdym kroku. Od wcześniej wspomnianej scenografii, po liczbę statystów. Główna bohaterka – dziennikarka TVNu – pracuje w redakcji telewizyjnej, w której poza jej szefem i operatorem kamery w zasadzie nikogo innego nie ma. We wcześniej wspomnianej manifestacji pod krzyżem jest w sumie 15 osób po jednej stronie i 1 po drugiej. Widz ma wrażenie, że ten film zrealizował początkujący youtuber ze zrzutki na Patronite.

10. Główna bohaterka to połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej i Gale Weathers z „Krzyku”. W sensie, że wygląda jak zaginiona przy porodzie jednojajowa bliźniaczka Karoliny, wyprana z empatii i wampirzo żądna sensacji jak reporterka z serii horrorów Wesa Cravena. No, lekka przesada.

11. Fabuła bez pomysłu. Nie ma tu jakiegoś wyraźnego motywu, typu „katastrofa smoleńska to zamach zorganizowany przez Donalda Tuska” albo „do tragedii doszło przez bomby podłożone w samolocie”. Mamy tu mnogość przypuszczeń, insynuacji i wymieszania wszystkich możliwych teorii spiskowych, przez co dostajemy rozmemłaną papkę ze wszystkiego co zostało w lodówce pod koniec tygodnia, zamiast konkretnego dania z wyrazistym smakiem.

12. W dodatku przedstawiona w niezrozumiały sposób. Jeśli nie byłeś absolutnie na bieżąco z polityką przez ostatnie 6 lat, to połowy wątków nie zrozumiesz, bo reżyser nie czuł potrzeby tłumaczenia ich osobom, które nie zaczynają każdego dnia od sprawdzenia najświeższych niuansów na temat katastrofy smoleńskiej w mediach.

13. Beka z zagranicznego dziennikarza. Który jest w siedzibie TVN przez pół filmu, ale nikt nie wie po co, bo jedyne co robi, to pije kawę w stołówce i udaje, że nie mówi po polsku.

14. Beka z płaczu głównej bohaterki. Czujesz, że 40-letnia dziennikarka z iluśtam letnim stażem, zajmująca się śledztwami, nagle ni z tego, ni z owego ryczy na głos, tylko dlatego, że ktoś z kim rozmawiała w celu uzyskania informacji ją okłamał? Nie wiem, co jest gorsze, ten sztuczny płacz, czy próba wmówienia widzom, że to pierwszy raz w jej karierze, gdy ktoś nie powiedział jej prawdy.

15. Retrospekcje, sceny dokumentalne i fikcyjne przemieszane jak bigos. Zasadniczo cały film składa się z przypadkowych scen, które są przypadkowo posklejane, w przypadkowej chronologii. Można by ostatnią scenę zamienić z pierwszą i wyrzucić kilka ze środka i na dobrą sprawę, byłoby to tylko z korzyścią dla filmu, bo chaos na ekranie trwałby mniej niż obecne 120 minut.

16. Przemiana głównej bohaterki równie wiarygodna, co zapewnienie alkoholika, że odda 3 zeta na wino. Połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej z Gale Weathers z dziennikarskiej hieny kpiącej z opłakujących zmarłych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienia się w walczącą o prawdę wojowniczkę. I jako widzowie, mamy uwierzyć w jej przemianę ot tak. Mimo, że nigdzie nie widać żadnej różdżki.

17. Beka z podróży do Chicago. Główna bohaterka, żeby dociec prawdy o katastrofie smoleńskiej leci do ojca w Stanach i informuje go o tym, dopiero stojąc w jego drzwiach. Bo przecież telefony, maile, ani Skype, nie mówiąc już o Facebooku, nie działają, dlatego to zupełnie normalne, że ludzie podróżują do USA na drugiej półkuli zupełnie w ciemno, nie dowiadując się w ogóle wcześniej, czy zastaną osobę, do której lecą. Ale w sumie to dziennikarka TVNu, pewnie ją stać.

18. Beka ze sceny seksu. W tym filmie jest sporo głupich/dziwnych/niedorzecznych rzeczy, ale moment, kiedy na ekranie obserwujemy najbardziej infantylną i bezsensowną scenę erotyczną, deklasującą nawet stosunki płciowe w „Klanie”, nie jesteś w stanie uwierzyć, że ktoś zdołał przebić to dno z jakiego startował film i zapukać w nie od spodu. Nad tym, że ta scena jest po nic, do niczego nie prowadzi i absolutnie nie ma jakiegokolwiek wpływu na fabułę, nawet się nie rozwodzę, bo „Smoleńsk” w zasadzie składa się z samych takich scen. Ale niech ktoś mi powie, po cholerę, kręcić scenę seksu, na której widać tyle, co w podziemnym bunkrze po wyłączeniu światła? Przecież tam jest tak ciemno, że równie dobrze mogliby się bawić w chowanego i widz widziałby tyle samo ich interakcji.

19. N-U-D-A! Nuda, nuda, nuda! Pamiętam, że przy recenzji „Nimfomanki” pisałem, że to arcynieangażująca pozycja. Myliłem się. Na filmie Larsa von Triera, nie sprawdzałem średnio co 10 minut zegarka, żeby zobaczyć kiedy się nareszcie skończy. Wiem, że to może wygląda na przesadę, ale niestety nie jest nią. Tu nie ma żadnego napięcia, żadnej akcji, żadnych intrygujących wydarzeń. Jest mozolne, niezgrabne przedstawianie kolejnych nieciekawych spiskowych teorii.

***

Film „Smoleńsk” jako film w oderwaniu od polityki nie broni się tak bardzo, jak Najman w starciu z Pudzianem. Natomiast jako materiał propagandowy, przez rażącą nieporadność twórców ośmiesza tragedię, która miała miejsce w 2010 roku. Z filmu, który, według założeń, miał pokazać „prawdę”, wyszedł potworek parodiujący tę katastrofę i karykaturujący osoby, które uważają, że to nie był wypadek. Co jest dość przykre.

To wygląda tak źle, jakby ktoś to specjalnie spieprzył, żeby wyśmiać wszystkich wierzących w zamach.

---> SKOMENTUJ

7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks

Skip to entry content

Temat oklepany jak tyłek Asy Akiry, o którym pisałem choćby przy zasadzie szczoteczki, jednak cały czas dostaję maile od czytelniczek ze szczegółowymi, czasem zbyt, opisami ich relacji i pytaniem powtarzającym się jak kac po spirytusie z mety: skąd mam wiedzieć, że nie chodzi mu tylko o seks? A skąd ja mam niby to wiedzieć? Ani nie znam Ciebie, a już tym bardziej tego typa, nie mówiąc o znikomym pojęciu na temat wróżenia z fusów. Jak chcesz wiedzieć coś o nim, to najlepiej zapytaj jego. Nie chcesz go pytać wprost, żeby go nie spłoszyć? Hmm, gdyby takie pytanie go spłoszyło, to miałabyś dość jasną odpowiedzieć jakie miał plany wobec Ciebie. Ale dobra, jak chcesz wiedzieć czy szuka partnerki do życia, czy tylko do kamasutry, to proszę.

Oto 7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks.

Próbuje doprowadzić do seksu za wszelką cenę

Mimo, że stać go na browar na mieście, i to na droższy niż w bramie, ba, nawet na droższy niż w Ambasadzie Śledzia, to ciśnie, żebyście się spotkali u niego. Ostatecznie u Ciebie. Czemu? Bo… [wstaw_naprawdę_ale_to_naprawdę_COKOLWIEK]. A jak już przyparty do muru ustawi się z Tobą w jakiejś knajpie, zostawia Ci ślady na szyi jak zmutowane połączenie ślimaka z wampirem i pcha Ci łapy na dekolt, mimo, że nie masz koszulki z nieśmiesznym napisem, a on nie czyta Braillem. I po drugim piwie cały czas powtarza, żebyście się przenieśli w „spokojniejsze miejsce”. Mając oczywiście na myśli swoją „oazę spokoju” zupełnie przypadkowo zlokalizowaną w jego sypialni.

Obraża się, gdy nie dochodzi do seksu

Mówisz, że nie możesz wstąpić do niego nawet na minutkę, bo [wstaw_jeszcze_bardziej_COKOLWIEK]? A on robi minę jak dzieciak, który znalazł pod choinką zestaw do nauki angielskiego, zamiast wyczekiwanego kostiumu Spierd-Mana i przestaje się odzywać? Zaliczyliście więcej baz niż drużyna Brada Pitta w „Moneyball”, ale gdy zbliżacie się do tej ostatniej, mówisz, że musicie odpuścić, bo masz okres, a nie jesteś fanką bodypaintingu w trakcie stosunku? Na co on reaguje oryginalnym „zostawiłem żelazko na gazie” i wraca do siebie?

W Waszej relacji może chodzić mu o coś innego, niż Twój intelekt.

Ma dla Ciebie czas tylko w weekendy

Jest takie powiedzenie, że czas jest zawsze, tylko nie na wszystko. Na przykład nie na pierdoły. Każdy – ja, Ty, ten za Tobą gapiący Ci się przez ramię w wyświetlacz, Donald Tusk, Twój były z przedwczesnym wytryskiem – ma 24 godziny w ciągu doby i rozdysponowuje je zgodnie ze swoją hierarchią priorytetów. Jeśli gość, z którym sypiasz notorycznie mówi, że nie da rady spotkać się w ciągu tygodnia, choćby na kawę, czy ćwiartkę w parku, to znaczy, że nie jesteś dla niego na tyle istotna. W sensie, jesteś pierdołą.

Umawia się z Tobą na ostatnią chwilę

Jeśli typ nie odzywa się cały tydzień i dostajesz w piątek o 20:01 esa, żebyście skoczyli na miasto za godzinę, to znaczy, że posypały mu się wszystkie imprezowe opcje i z braku laku może się z Tobą pomigdalić w kinie. Ewentualnie laska, z którą był umówiony przed Tobą wystawiła go. Tak czy inaczej, jesteś tylko opcją awaryjną.

Nie otwiera się przed Tobą…

…a kolejne spotkanie nie sprawia, że poznajesz go coraz bardziej.

Faceci nie są szczególni wylewni, jeśli chodzi o ich życie wewnętrze, przeżycia, emocje i uczucia. To stereotyp i uogólnienie, ale na potrzeby nie zanudzenia Cię na śmierć, przyjmijmy, że nie robię habilitacji z otwartości i samoświadomości emocjonalnej mężczyzn i użyję takiej krzywdzącej opinii, dobra? Super, to kontynuując, tak jak mówiłem, faceci nie są szczególnie wylewni, ale jeśli im na kimś zależy, to potrafią być. Jeśli trafią na kogoś przy kim czują kosmiczną harmonię dusz albo po prostu, choć trochę im zależy, to są w stanie opowiedzieć o swoim dzieciństwie, traumie bycia ubieranym w turkusowe rajstopki przez mamę i ogólnie, kto im tam babki burzył w piaskownicy i zabierał lizaki. Jak już temat kręci się na ostro, to nawet coś tam wspomną o relacjach z ojcem i problemach z samooceną. Przy czym, tak jak mówię, to tylko w przypadku, gdy widzą w Tobie przyszłą współbeneficjentkę programu „Mieszkanie Dla Młodych”. Czy tam matkę swoich dzieci.

Jeśli jednak widujecie się już jakiś czas, na przykład dłużej niż tydzień, a Ty dalej jedyne co o nim wiesz, to że koledzy mówią na niego Maro, pracuje w firmie i pochodzi z miasta między Zakopanem, a Władysławowem, to znaczy, że nie odkrywa się przed Tobą, bo nie traktuje Cię poważnie. Ty też nie opowiadałabyś historii swojego życia przypadkowemu włóczędze, co nie?

Nie znasz jego znajomych

Zagadnienie wałkowane jak ciasto na pierogi przed Wigilią. Nie znasz jego ziomków z pracy, ziomków z osiedla, ziomków z podstawówki, ani ziomków od haraczy i wymuszeń? Znaczy, że jest ku temu powód. Na przykład taki: jesteś tylko umilaczem zimnych nocy, więc nie ma sensu przedstawiać Cię ludziom, którym jest całkiem ciepło. Albo inny: wstydzi się Ciebie, dlatego nie pokazuje Cię znajomym i gdybyś nie chodziła z nim do łóżka, nawet nie przebywał by z Tobą w tym samym pomieszczeniu. A nie, w sumie to ten sam powód.

Nie chce, żebyś była częścią jego życia, tylko wypełnieniem wolnych miejsc w grafiku

To sedno całej sprawy. Jeśli nie zaprasza Cię do swojego świata, nie chce, żebyś weszła w jego rzeczywistości, jego codzienność, jego plany, to znaczy, że nie zależy mu na Tobie jako osobie, tylko na Twoim ciele. A konkretnie kawałku ciała, który masz między nogami. Brutalne, ale gazele na sawannie też nie mają lekko.

autorem zdjęcia w nagłówku jest nicolee_camacho

---> SKOMENTUJ