Close
Close

„Dziękuję” – takie bardzo, bardzo trudne słowo

Skip to entry content

Kiedyś pisałem o tym, że „cześć” jest jednym z trudniejszych polskich słów i – przez jego niebywałą złożoność – wiele osób zapomina jak się je wymawia. Nie wiedziałem jednak, że jest nieporównywalnie bardziej skomplikowane wyrażenie, które trudniej wypowiedzieć, niż „miąższ” od tyłu, a jego pisownia jest równie problematyczna, co „gżegżółki”.  Tym słowem jest archaiczne, stosowane już tylko w filmach prehistorycznych, zupełnie niemodne „dziękuję”.

Niedyś używane jako wyraz wdzięczności i oznaka dobrych manier, jasno dawało do zrozumienia, że Twój rozmówca, nie dość, że nie ma Cię w dupie, to prawdopodobnie darzy Twoją osobę szacunkiem. Obecnie zapomniane, nieatrakcyjne i praktycznie niezrozumiałe dla kultury należy-mi-się, znanej również pod kryptonimem wszystko-powinno-spadać-z-nieba-gdy-tylko-pstryknę-palcami. W dzisiejszej mowie niemal całościowo wyparte przez ciszę.

A oto cztery najczęstsze sytuacje, w których się go nie używa, ze względu na skomplikowaną wymowę. A powinno.

 

Kiedy bierzesz coś za darmo

Kiedyś organizowałem pewne spotkanie, na które niezapowiedzianie przyszedł pewien człowiek i ogłosił, że zostawił swoją kartę kredytową w barze i wszyscy mogą pić na jego rachunek. Taki anioł intergracji.

Wiesz ilu uczestników skorzystało z okazji?

100%.

A wiesz ilu podeszło mu podziękować?

1%.

 

Kiedy czegoś chcesz od kogoś

W związku z tym, że prowadzę bloga i piszę o swoich przemyśleniach, które czasem nawet mają jakieś pokrycie z rzeczywistością, są osoby, które traktują mnie jak przewodnika po świecie znającego odpowiedzi na wszystkie pytania. Najczęstsze z nich to:

– czemu ona mnie zostawiła?

– czemu on mnie zdradził?

– czemu mój chłopak mnie nie kocha, mimo, że ja go kocham, ale mu o tym nie mówię, żeby sobie za dużo nie wyobrażał, bo jeszcze go spłoszę, a nie jestem w stanie bez niego żyć?

– co zrobić w dwóch słowach, żeby mieć popularnego bloga? [PILNE!!!!11]

– czemu matka ziemia, mimo, że ma jądro?

Mimo, że czasem mi się nie chce jak cholera albo jeszcze bardziej, mimo, że zupełnie nie jestem od tego, i mimo, że żeby odpisać na każdą taką wiadomość muszę poświęcić swój czas, który jest jedynym dobrem nieodnawialnym i ucieka jak Neve Campbell w „Krzyku”, to odpisuję na wszystkie te wiadomości, choćby tłumacząc, że nie jestem w stanie pomóc, bo nie mam wykształcenia psychologicznego i trudno dawać mi konkretne rady życiowe przez internet nieznajomym osobom. Przypadki, kiedy ktoś odpisał mi choćby króciutkim i zdawkowym „Dzięki za odpowiedź” mógłbym policzyć na palcach ręki Homera Simpsona.

 

Kiedy ktoś Ci pomaga

Stoję z rowerem przed pasami na Rondzie Mogilskim i czekam aż czerwone światło zmieni się na zielone, gdy tylko to się dzieje, chcę wsiąść na jednoślad i ruszyć, ale doskakuje do mnie starsza kobieta i łapie za rękaw bluzy.

– Na Lubicz to w którą?

– Dzień dobry.

– … – moje przywitanie trafiło w czarną dziurę, a w zamian dostałem tylko zniecierpliwione spojrzenie.

– Ale chce pani się tam dostać tramwajem, czy na nogach?

– Gdzie tramwajem, na nogach.

– To musi się pani wrócić, przejść tym przejściem po lewej stronie i cały czas prosto.

– Tak jak ta z parasolem? – starsza kobieta wskazała dziewczynę z żółtym parasolem znikającą w przejściu.

– Tak, musi pani przejść tak jak ta pani, potem iść cały czas prosto i będzie pani na Lubiczu.

– … – starsza kobieta po usłyszenia tej informacji zaczęła odchodzić we wskazanym kierunku.

– Teraz mówi się „dziękuję”.

– Co?

– Zaczepiła mnie pani chcąc, żebym wskazał pani drogę, wytłumaczyłem którędy iść, więc teraz powinna pani podziękować za pomoc.

– A, no tak, dziękuję. Zapomniało mi się.

Przy pożyczaniu kartki na dyktando w szkole, długopisu w pracy, czy pytaniu o godzinę na przystanku, powinno to działać tak samo.

 

Kiedy ktoś jest dla Ciebie miły

Przytrzymał Ci windę widząc, że się do niej zbliżasz, przepuścił Cię w drzwiach, poczekał widząc, że wypluwasz płuca biegnąć na autobus, którym kieruje.

Podarował Ci kwiaty bez okazji, pochwalił nową fryzurę, powiedział, że wyglądasz obłędnie w tej sukience.

Podwiózł Cię pod dom, mimo, że było mu nie po drodze, obsłużył Cię jako pierwszego wbrew obowiązującej kolejce, doradził co zamówić, a czego nie, mimo, że nie miał w tym interesu. Lub po prostu nie był chamem.

Wiesz, co w takiej sytuacji należy powiedzieć?

Mam nadzieję, że po tym tekście już tak.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Dziękuję za Twoją ciężką pracę i czas.

  • Ja jestem jednym z tych palców ręki Homera Simpsona!

  • Dot

    Świetny tekst :) Dziękuję :D
    PS Między ‚mimo’ i ‚że’ przecinek jest niepotrzebny ;)

  • Ja zawsze dziękuję i mi też ludzie często dziękują. A jak nie, to staram się delikatnie naprostowywać tak jak Ty tę starszą kobietę. Poza tym co to w ogóle za tekst „zapomniało mi się” – czego, kultury? Dobrego wychowania?

  • Przerpaszam, ale nasuwa mi się tylko jedno pytanie CZEMU MATKA ZIEMIA SKORO MA JĄDRO D:
    Z góry dziękuję za odpowiedź

  • Jola

    To jedno z moich ulubionych słów i moje dzieci też uczę żeby go używały. Zresztą od zawsze są trzy magiczne słowa: proszę, dziękuję i przepraszam. Czasami jeszcze dzieciakom trzeba przypomnieć, na zasadzie „co się mówi?”. Ale nie dziwi mnie, że używanie tych słów zanika, ponieważ nie wszyscy rodzice tak myślą . Są przypadki kiedy ja mówię do dziecka „powiedz dziękuję” a ktoś mówi „oj nie trzeba”. A właśnie, że trzeba! I to samo dotyczy przepraszam i poproszę. Bo potem rosną takie przepychajace się łokciami myślące że wszystko im się należy.

  • Aleksandra Muszyńska

    Spodobało mi się naprostowanie babci przez Ciebie. Uprzejmie i skutecznie. Mnie czasami ludzie tak zaskakują swoim brakiem kultury, że nie mam wręcz koncepcji na komentarz. Pamiętam, jak kiedyś podszedł do mnie jakiś typ- nie wyglądał na żula, raczej na zwykłego, beztroskiego podsklepowego filozofa, nie spętanego żadnymi węzłami obligacyjnymi typu praca. Zapytał, czy go nie wspomogę jakimś niedużym pieniążkiem. Miałam przy sobie dosłownie złotówę i niech tam- dałam mu ją. A ten łysy bizon, zamiast „dziękuję”, wysadził:”Ale ja dwa złote potrzebuję! „.
    Centralnie mnie zatkało. Życzyłam mu, żeby mu ta Amarena wątrobę spaliła.
    Ale cóż, sposób zwracania się do drugiego człowieka to definitywnie element wychowania. Jeśli nie wyniosło się tego z chałupy, to później nabyć ten prosty zwyczaj bycia uprzejmym jest dość trudno.

    • Dot

      „sposób zwracania się do drugiego człowieka to definitywnie element wychowania. Jeśli nie wyniosło się tego z chałupy, to później nabyć ten prosty zwyczaj bycia uprzejmym jest dość trudno.” Zgadzam się z tym.

  • Ja odczuwam dziką radość za każdym razem, gdy mogę być dla kogoś miła choćby przez dzień dobry, do widzenia, proszę, dziękuję. A jak moge komuś pomóc to już w ogóle orgazm.

  • Drugi podpunkt mocno <3

  • Miśka

    Dzię-ku-je-my! :D
    Swoją drogą, jest też cała masa ludzi, którzy nie stosują słowa proszę czy przepraszam. Ale są i tacy którzy tego ostatniego aż nadużuwają ;)
    Pozdrawiam

    • Joanna Wu

      ototo! Zwykle kiedy probuje przejsc przez tlum ludzi w Polsce mowie przeprasza. Ludzie mnie przepuszczaja, dziekuje ide dalej. W DE jest , mam wrazenie, kulrura ”suń się” iskomplikowana operacja przedostania sie w tlumie z punktu A do punktu B odbywa sie za pomoca bara. Na moje ”entschuldigung” (przepraszam) zwykle dostaje takie oto spojrzenie :D

      • S.

        To mów „Verzeihung” albo krzycz głośno „vorsicht!” oder „Feuer!” :D

        Podobno najlepsza metoda by przedostać się w tłumie to „uwaga będę rzygać” :D

        • Joanna Wu

          Achtung! Pukie xD

          • S.

            Też dobre :D

  • Dla mnie to słowo jest bardzo naturalne. Ale faktycznie większość osób go nie używa. Mam wrażenie że dużo ludzie ma ogólnie problem z językiem polskim i mówieniem po polsku.

  • Daria

    A ja z kolei mam inny problem… łapię się na tym, że używam tego słowa chyba za często :D

    Ale na szczęście otaczam się w większości wychowanymi ludźmi, którzy potrafią używać magicznych słów w odpowiednich sytuacjach.

  • no to… dziękuję?

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

19 rzeczy, które całkowicie ośmieszają film „Smoleńsk”

Skip to entry content

Tak jak katastrofa smoleńska, tak film „Smoleńsk” mocno podzielił społeczeństwo. I to już przed premierą. Środowiska niesympatyzujące z PiS skreśliły go już w momencie ujawnienia pierwszych informacji o jego powstawaniu, nie czekając na efekt końcowy. Sam również nie spodziewałem się po nim wiele, bo zwiastun zdecydowanie nie zwiastował oscarowego dzieła, jednak postanowiłem dać mu szansę. I zobaczyć oraz ocenić „Smoleńsk” jako film, w oderwaniu od konotacji politycznych i osobistych preferencji światopoglądowych. Bo w końcu tym „Smoleńsk” przede wszystkim jest – filmem. Niestety filmem słabym jak anemik po przepłynięciu Oceanu Spokojnego.

Dlaczego?

1. Ultra nudny początek. Nie spodziewałem się wejścia jak w Jamesie Bondzie, z serią fajerwerków i intrygą z miejsca zawiązującą akcję, ale to co się tu dzieje we wstępie jest na poziomie obrad sejmowych. Możesz wyjść na kwadrans do kibla, bo wiesz, że nic istotnego Cię nie ominie. Nie wiem jak mając tak nośną historię udało się tak bardzo nieinteresująco ją zapowiedzieć.

2. Przez pierwsze 20 minut w kółko leci jeden kawałek. Bo wiesz, chodzi o to, żeby zbudować nastrój. Dlatego reżyser bez litości na siłę wpycha nam do ucha jakieś toporne brzędkanie, które brzmi, jakby Windows się zaciął przy starcie systemu. No, udźwiękowienie, nie jest mocną stroną tego tytułu.

3. Reporter z kamerą z I komunii świętej. Który zostaje zawinięty przez Rosjan jak uczniak z korytarza szkolnego przez nauczyciela w trakcie lekcji, po kilku minutach nagrywania palącego się samolotu. Kąciki ust idą ku górze.

4. Realizacyjnie film wygląda jakby kręcili go licealiści ze szkoły plastycznej. Wywołując grymas zażenowania inscenizacja, wywołujące grymas politowania ujęcia i wywołujący ból głowy montaż. Coś jak etiuda filmowa robiona na szybko na zaliczenie semestru sprzętem pożyczonym od nieco bogatszego wujka.

5. Gra aktorska na poziomie wystąpień w podstawówce. Z tego co czytałem, za bardzo nikt z dobrych albo chociaż znanych aktorów nie chciał wziąć udziału w tym przedsięwzięciu, dlatego role, mam wrażenie, dostali przypadkowi ludzie z łapanki, których największą umiejętnością było nauczenie się tekstu na pamięć. Grają tak sztywno, jakby ktoś im wszystkim pozakładał pajączki i kołnierze ortopedyczne przed rozpoczęciem zdjęć. Zero emocji, zero wczuty, tylko beznamiętne klepanie tekstów.

6. Lewicowe bojówki z Azjatami. Jeden z niezamierzenie najśmieszniejszych momentów w filmie. W trakcie manifestacji pod krzyżem, agresywni lewacy wsparci przez egzotycznych przybyszów ze wschodu rzucają się, jak drapieżnik polujący na zwierzynę, na staruszka, który w pojedynkę przyszedł walczyć o katolicki symbol. Monty Python, przy tym to początkujący kabaret. Serio.

7. Absolutnie płascy i nic nieznaczący bohaterowie. Reżyser nawet nie udaje, że któraś z postaci pojawiających się na ekranie ma wpływ na rozwój fabuły. Bohaterowie są kukiełkami wypowiadającymi kwestie. Nie wiemy skąd się wzięło to jacy są – choć w sumie to może dlatego, że są nijacy – ani co nimi kieruje, po prostu pojawiają się w losowych momentach i tyle.

8. Brak budżetu widać na każdym kroku. Od wcześniej wspomnianej scenografii, po liczbę statystów. Główna bohaterka – dziennikarka TVNu – pracuje w redakcji telewizyjnej, w której poza jej szefem i operatorem kamery w zasadzie nikogo innego nie ma. We wcześniej wspomnianej manifestacji pod krzyżem jest w sumie 15 osób po jednej stronie i 1 po drugiej. Widz ma wrażenie, że ten film zrealizował początkujący youtuber ze zrzutki na Patronite.

10. Główna bohaterka to połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej i Gale Weathers z „Krzyku”. W sensie, że wygląda jak zaginiona przy porodzie jednojajowa bliźniaczka Karoliny, wyprana z empatii i wampirzo żądna sensacji jak reporterka z serii horrorów Wesa Cravena. No, lekka przesada.

11. Fabuła bez pomysłu. Nie ma tu jakiegoś wyraźnego motywu, typu „katastrofa smoleńska to zamach zorganizowany przez Donalda Tuska” albo „do tragedii doszło przez bomby podłożone w samolocie”. Mamy tu mnogość przypuszczeń, insynuacji i wymieszania wszystkich możliwych teorii spiskowych, przez co dostajemy rozmemłaną papkę ze wszystkiego co zostało w lodówce pod koniec tygodnia, zamiast konkretnego dania z wyrazistym smakiem.

12. W dodatku przedstawiona w niezrozumiały sposób. Jeśli nie byłeś absolutnie na bieżąco z polityką przez ostatnie 6 lat, to połowy wątków nie zrozumiesz, bo reżyser nie czuł potrzeby tłumaczenia ich osobom, które nie zaczynają każdego dnia od sprawdzenia najświeższych niuansów na temat katastrofy smoleńskiej w mediach.

13. Beka z zagranicznego dziennikarza. Który jest w siedzibie TVN przez pół filmu, ale nikt nie wie po co, bo jedyne co robi, to pije kawę w stołówce i udaje, że nie mówi po polsku.

14. Beka z płaczu głównej bohaterki. Czujesz, że 40-letnia dziennikarka z iluśtam letnim stażem, zajmująca się śledztwami, nagle ni z tego, ni z owego ryczy na głos, tylko dlatego, że ktoś z kim rozmawiała w celu uzyskania informacji ją okłamał? Nie wiem, co jest gorsze, ten sztuczny płacz, czy próba wmówienia widzom, że to pierwszy raz w jej karierze, gdy ktoś nie powiedział jej prawdy.

15. Retrospekcje, sceny dokumentalne i fikcyjne przemieszane jak bigos. Zasadniczo cały film składa się z przypadkowych scen, które są przypadkowo posklejane, w przypadkowej chronologii. Można by ostatnią scenę zamienić z pierwszą i wyrzucić kilka ze środka i na dobrą sprawę, byłoby to tylko z korzyścią dla filmu, bo chaos na ekranie trwałby mniej niż obecne 120 minut.

16. Przemiana głównej bohaterki równie wiarygodna, co zapewnienie alkoholika, że odda 3 zeta na wino. Połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej z Gale Weathers z dziennikarskiej hieny kpiącej z opłakujących zmarłych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienia się w walczącą o prawdę wojowniczkę. I jako widzowie, mamy uwierzyć w jej przemianę ot tak. Mimo, że nigdzie nie widać żadnej różdżki.

17. Beka z podróży do Chicago. Główna bohaterka, żeby dociec prawdy o katastrofie smoleńskiej leci do ojca w Stanach i informuje go o tym, dopiero stojąc w jego drzwiach. Bo przecież telefony, maile, ani Skype, nie mówiąc już o Facebooku, nie działają, dlatego to zupełnie normalne, że ludzie podróżują do USA na drugiej półkuli zupełnie w ciemno, nie dowiadując się w ogóle wcześniej, czy zastaną osobę, do której lecą. Ale w sumie to dziennikarka TVNu, pewnie ją stać.

18. Beka ze sceny seksu. W tym filmie jest sporo głupich/dziwnych/niedorzecznych rzeczy, ale moment, kiedy na ekranie obserwujemy najbardziej infantylną i bezsensowną scenę erotyczną, deklasującą nawet stosunki płciowe w „Klanie”, nie jesteś w stanie uwierzyć, że ktoś zdołał przebić to dno z jakiego startował film i zapukać w nie od spodu. Nad tym, że ta scena jest po nic, do niczego nie prowadzi i absolutnie nie ma jakiegokolwiek wpływu na fabułę, nawet się nie rozwodzę, bo „Smoleńsk” w zasadzie składa się z samych takich scen. Ale niech ktoś mi powie, po cholerę, kręcić scenę seksu, na której widać tyle, co w podziemnym bunkrze po wyłączeniu światła? Przecież tam jest tak ciemno, że równie dobrze mogliby się bawić w chowanego i widz widziałby tyle samo ich interakcji.

19. N-U-D-A! Nuda, nuda, nuda! Pamiętam, że przy recenzji „Nimfomanki” pisałem, że to arcynieangażująca pozycja. Myliłem się. Na filmie Larsa von Triera, nie sprawdzałem średnio co 10 minut zegarka, żeby zobaczyć kiedy się nareszcie skończy. Wiem, że to może wygląda na przesadę, ale niestety nie jest nią. Tu nie ma żadnego napięcia, żadnej akcji, żadnych intrygujących wydarzeń. Jest mozolne, niezgrabne przedstawianie kolejnych nieciekawych spiskowych teorii.

***

Film „Smoleńsk” jako film w oderwaniu od polityki nie broni się tak bardzo, jak Najman w starciu z Pudzianem. Natomiast jako materiał propagandowy, przez rażącą nieporadność twórców ośmiesza tragedię, która miała miejsce w 2010 roku. Z filmu, który, według założeń, miał pokazać „prawdę”, wyszedł potworek parodiujący tę katastrofę i karykaturujący osoby, które uważają, że to nie był wypadek. Co jest dość przykre.

To wygląda tak źle, jakby ktoś to specjalnie spieprzył, żeby wyśmiać wszystkich wierzących w zamach.

---> SKOMENTUJ

7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks

Skip to entry content

Temat oklepany jak tyłek Asy Akiry, o którym pisałem choćby przy zasadzie szczoteczki, jednak cały czas dostaję maile od czytelniczek ze szczegółowymi, czasem zbyt, opisami ich relacji i pytaniem powtarzającym się jak kac po spirytusie z mety: skąd mam wiedzieć, że nie chodzi mu tylko o seks? A skąd ja mam niby to wiedzieć? Ani nie znam Ciebie, a już tym bardziej tego typa, nie mówiąc o znikomym pojęciu na temat wróżenia z fusów. Jak chcesz wiedzieć coś o nim, to najlepiej zapytaj jego. Nie chcesz go pytać wprost, żeby go nie spłoszyć? Hmm, gdyby takie pytanie go spłoszyło, to miałabyś dość jasną odpowiedzieć jakie miał plany wobec Ciebie. Ale dobra, jak chcesz wiedzieć czy szuka partnerki do życia, czy tylko do kamasutry, to proszę.

Oto 7 sygnałów świadczących o tym, że chodzi mu tylko o seks.

Próbuje doprowadzić do seksu za wszelką cenę

Mimo, że stać go na browar na mieście, i to na droższy niż w bramie, ba, nawet na droższy niż w Ambasadzie Śledzia, to ciśnie, żebyście się spotkali u niego. Ostatecznie u Ciebie. Czemu? Bo… [wstaw_naprawdę_ale_to_naprawdę_COKOLWIEK]. A jak już przyparty do muru ustawi się z Tobą w jakiejś knajpie, zostawia Ci ślady na szyi jak zmutowane połączenie ślimaka z wampirem i pcha Ci łapy na dekolt, mimo, że nie masz koszulki z nieśmiesznym napisem, a on nie czyta Braillem. I po drugim piwie cały czas powtarza, żebyście się przenieśli w „spokojniejsze miejsce”. Mając oczywiście na myśli swoją „oazę spokoju” zupełnie przypadkowo zlokalizowaną w jego sypialni.

Obraża się, gdy nie dochodzi do seksu

Mówisz, że nie możesz wstąpić do niego nawet na minutkę, bo [wstaw_jeszcze_bardziej_COKOLWIEK]? A on robi minę jak dzieciak, który znalazł pod choinką zestaw do nauki angielskiego, zamiast wyczekiwanego kostiumu Spierd-Mana i przestaje się odzywać? Zaliczyliście więcej baz niż drużyna Brada Pitta w „Moneyball”, ale gdy zbliżacie się do tej ostatniej, mówisz, że musicie odpuścić, bo masz okres, a nie jesteś fanką bodypaintingu w trakcie stosunku? Na co on reaguje oryginalnym „zostawiłem żelazko na gazie” i wraca do siebie?

W Waszej relacji może chodzić mu o coś innego, niż Twój intelekt.

Ma dla Ciebie czas tylko w weekendy

Jest takie powiedzenie, że czas jest zawsze, tylko nie na wszystko. Na przykład nie na pierdoły. Każdy – ja, Ty, ten za Tobą gapiący Ci się przez ramię w wyświetlacz, Donald Tusk, Twój były z przedwczesnym wytryskiem – ma 24 godziny w ciągu doby i rozdysponowuje je zgodnie ze swoją hierarchią priorytetów. Jeśli gość, z którym sypiasz notorycznie mówi, że nie da rady spotkać się w ciągu tygodnia, choćby na kawę, czy ćwiartkę w parku, to znaczy, że nie jesteś dla niego na tyle istotna. W sensie, jesteś pierdołą.

[sociallocker id=”17312″]

Umawia się z Tobą na ostatnią chwilę

Jeśli typ nie odzywa się cały tydzień i dostajesz w piątek o 20:01 esa, żebyście skoczyli na miasto za godzinę, to znaczy, że posypały mu się wszystkie imprezowe opcje i z braku laku może się z Tobą pomigdalić w kinie. Ewentualnie laska, z którą był umówiony przed Tobą wystawiła go. Tak czy inaczej, jesteś tylko opcją awaryjną.

Nie otwiera się przed Tobą…

…a kolejne spotkanie nie sprawia, że poznajesz go coraz bardziej.

Faceci nie są szczególni wylewni, jeśli chodzi o ich życie wewnętrze, przeżycia, emocje i uczucia. To stereotyp i uogólnienie, ale na potrzeby nie zanudzenia Cię na śmierć, przyjmijmy, że nie robię habilitacji z otwartości i samoświadomości emocjonalnej mężczyzn i użyję takiej krzywdzącej opinii, dobra? Super, to kontynuując, tak jak mówiłem, faceci nie są szczególnie wylewni, ale jeśli im na kimś zależy, to potrafią być. Jeśli trafią na kogoś przy kim czują kosmiczną harmonię dusz albo po prostu, choć trochę im zależy, to są w stanie opowiedzieć o swoim dzieciństwie, traumie bycia ubieranym w turkusowe rajstopki przez mamę i ogólnie, kto im tam babki burzył w piaskownicy i zabierał lizaki. Jak już temat kręci się na ostro, to nawet coś tam wspomną o relacjach z ojcem i problemach z samooceną. Przy czym, tak jak mówię, to tylko w przypadku, gdy widzą w Tobie przyszłą współbeneficjentkę programu „Mieszkanie Dla Młodych”. Czy tam matkę swoich dzieci.

Jeśli jednak widujecie się już jakiś czas, na przykład dłużej niż tydzień, a Ty dalej jedyne co o nim wiesz, to że koledzy mówią na niego Maro, pracuje w firmie i pochodzi z miasta między Zakopanem, a Władysławowem, to znaczy, że nie odkrywa się przed Tobą, bo nie traktuje Cię poważnie. Ty też nie opowiadałabyś historii swojego życia przypadkowemu włóczędze, co nie?

Nie znasz jego znajomych

Zagadnienie wałkowane jak ciasto na pierogi przed Wigilią. Nie znasz jego ziomków z pracy, ziomków z osiedla, ziomków z podstawówki, ani ziomków od haraczy i wymuszeń? Znaczy, że jest ku temu powód. Na przykład taki: jesteś tylko umilaczem zimnych nocy, więc nie ma sensu przedstawiać Cię ludziom, którym jest całkiem ciepło. Albo inny: wstydzi się Ciebie, dlatego nie pokazuje Cię znajomym i gdybyś nie chodziła z nim do łóżka, nawet nie przebywał by z Tobą w tym samym pomieszczeniu. A nie, w sumie to ten sam powód.

Nie chce, żebyś była częścią jego życia, tylko wypełnieniem wolnych miejsc w grafiku

To sedno całej sprawy. Jeśli nie zaprasza Cię do swojego świata, nie chce, żebyś weszła w jego rzeczywistości, jego codzienność, jego plany, to znaczy, że nie zależy mu na Tobie jako osobie, tylko na Twoim ciele. A konkretnie kawałku ciała, który masz między nogami. Brutalne, ale gazele na sawannie też nie mają lekko.

autorem zdjęcia w nagłówku jest nicolee_camacho

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ