Close
Close

Wychowany na polskim rapie lat dwutysięcznych, promującym jedyny właściwy i akceptowalny model mężczyzny – ultra turbo samca alfa macho-mordercy, bez prawa do okazywania słabości, którego obowiązkiem było zapłodnienie tylu samic ile był w stanie ogarnąć wzrokiem, a przynajmniej poinformowanie wszystkich dookoła, że może to zrobić – dałem się zindoktrynować. Bezrefleksyjnie uwierzyłem, że geje to ludzie gorszej kategorii, a homoseksualizm jest jeśli nie chorobą umysłową, to bez wątpienia czymś, czego lepiej się wystrzegać i nie mieć z tym kontaktu. W zmianie postrzegania mężczyzn czujących pociąg do tej samej płci nie pomagali nauczyciele, bo temat ten w murach szkolnych kompletnie nie istniał, a tym bardziej rówieśnicy.

Przypomnijmy, że były to czasy nastoletnie, kiedy negowanie stadnie przyjętych norm było grzechem śmiertelnym, za popełnienie którego mogłeś zostać skazany na bycie pośmiewiskiem stada lub banicję. Czyli w zasadzie na śmierć społeczną. A jedną z norm było używanie słowa „pedał” jako najmocniejszej istniejącej formy obrazy dla chłopaka.

Odchodzenie od tego krzywdzącego stereotypu wpojonego w okresie dojrzewania zajęło mi lata. Długo. A biorąc pod uwagę jak idiotyczne było myślenie w ten sposób, mogę zaryzykować stwierdzenie, że trwało to niemal wieczność. Nie chcę tu urządzać jakiejś ceremonii z posypywania głowy popiołem i kajania się, więc zakończę na tym, że lepiej późno niż wcale i że cieszę się, że się doedukowałem wychodząc z umysłowego średniowiecza. Niestety niektórzy, choć czasami mam wrażenie, że większość patrząc na sprawę ogólnokrajowo, pozostała na tym gimnazjalnym etapie, kiedy „gej” było urągającym wyzwiskiem, orientacja odmienna od heteroseksualnej postrzegana jako moc nieczysta, a bycie homo równało się z byciem trędowatym napiętnowanym ostracyzmem społecznym.

Dla nich, i dla osób, które nie wiedzą za bardzo co sądzić o ludziach czujących pociąg do tej samej płci, REWELACYJNY, a przede wszystkim NAUKOWY materiał o homoseksualizmie, do którego obejrzenia zachęcam wszystkich, ale to naprawdę wszystkich. Poglądy, preferencje i opinie można mieć różne, ale z faktami się nie dyskutuje, bo to tak jakby nie przyjmować, że Ziemia jest okrągła i cały czas uparcie próbować wmówić światu, że jednak jest płaska, a zbliżając się do jej krańca można za nią wypaść. Głupie co?

Mam nadzieję, że po tym bardzo merytorycznym materiale Dawida z „Naukowego Bełkotu” zmądrzeją wszyscy, którzy uważają, że homoseksualizm jest czymś nienaturalnym. Albo chorobą. Owocnego poszerzania horyzontów.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Patrycja

    Nie wiem do jakich szkół chodziliście i z kim mieliście katechezy :) Ale takiej otwartości na odmienność i tolerancji w pełnym tego słowa znaczeniu (bez żadnych nadinterpretacji) jak w moim liceum, nie spotkałam. A jest to jedno z tych kilku popularnych liceów w Krakowie. Na naszej katechezie wnikliwie uczyliśmy się o wszystkich religiach świata, o różnicach i podobieństwach. W środowisku w którym funkcjonuje całe życie (a wierzcie, że jest to otoczenie ludzi głęboko wierzących) zawsze uczono mnie szacunku do odmienności. Ksiądz, który zawsze był dla mnie jednym z bliższych przyjaciół, zawsze skupiał wokół siebie mnóstwo ludzi w każdym wieku, różnych wyznań(serio) i oczywiście odmiennej orientacji. Człowiek to człowiek, zasługuje na szacunek i prawo do życia po swojemu. Myślę, że wiele zależy od ludzi którymi się otaczamy… Moim zdaniem taki stereotyp homoseksualistów, przed którymi ma się ochotę chować małe dzieci, żeby nie miały koszmarów, powstał przez wariatów w skórzanych stringach i różowych pończochach na owlosionych nogach z krótkimi sunienkami na wielkich brzuchach. A cierpią, po pierwsz, ludzie, którzy muszą ich oglądać. Po drugie, ludzie z fascynacją dla własnej płci, którzy po prostu chcą żyć normalnie.

  • Z tematem homoseksualizmu w szkołach jest gorzej niż źle. Uczę się w dobrym, bydgoskim liceum. Mam w klasie kolegę-geja. Nie jest mi szczególnie bliski, nigdy mi się z tego nie zwierzał, ale też nie lata z wielkim transparentem mówiącym o jego orientacji. Jakoś tak wyszło, że wszyscy o tym wiedzą.
    Pierwsza sprawa to oczywiście podejście rówieśników. Jednakże po tym nie można było się spodziewać cudów, Polska nie jest szczególnie tolerancyjnym krajem, a i zawsze znajdą się tacy, którzy uderzą z jakimś fajnym komentarzem.
    Sprawa druga – godzina wychowawcza, WDŻR + homoseksualizm? Cisza. Jak makiem zasiał. Głośno robi się dopiero przy sprawie trzeciej, czyli tekstach rzucanych przez nauczycieli. Nie wiem czy są świadomi jego orientacji. Pewnie nie – dlatego tak chętnie rzucają jakieś komentarze. Chociażby o tym, że jest zniewieściały. Nie chodzi tu w sumie nawet o ich wyobrażenie jedynego możliwego wizerunku faceta, ale zwykłe dokuczanie jak w podstawówce.
    Takie kreujemy społeczeństwo – świadome inności i z wysokim poczuciem własnej wartości.

  • Dot

    Bardzo dobrze, że napisałeś taki tekst. Jest nadzieja, że wiele osób po przeczytaniu go zmieni zdanie i zacznie podchodzić do homoseksualizmu tak samo normalnie jak do heteroseksualizmu :)

  • Polak

    jebać pedałów

  • moje horyzonty są teraz wyraźnie szersze niż parę lat temu – tak, też dałam się złapać w tą nastoletnią pułapkę ciasnych umysłów.
    szkoda, że tak wielu ludzi nie chce wydostać się z tego umysłowego średniowiecza.

  • Problemem jest fakt, że „naukowość” niezbyt ludzi przekonuje, bo dość powszechne jest mniemanie, że nauka nie jest narzędziem obiektywnego badania i opisywania świata, lecz instrumentem w rękach polityki, biznesu czy ideologii.

  • Warto dodać, że mitem jest, iż na Paradach Równości królują porozbierani zboczeńcy itd. Takie osoby to pojedyncze przypadki, które jeśli są zauważone przez organizatorów, to są z Parady wypraszane. Przykładem tego była parada w 2015 roku kiedy kobietę bez bluzki i stanika wyproszono, jeśli nie chciała się ubrać. To samo jest na Zachodzie tylko tam na Parady przychodzą setki tysięcy, a czasem nawet miliony ludzi i trudno upilnować taki tłum. Co nie zmienia faktu, że kompletną bzdurą jest, że Parady promują zboczenia, zoofilię czy seksualizację dzieci. Ale wrzucenie jakiejś groteskowej fotki z zachodniej parady, która obrazuje skrajny przypadek, jest takie super dla gadzinowych mediów, kiedy piszą o osobach LGBT.

  • steveminion

    „Poglądy, preferencje i opinie można mieć różne, ale z faktami się nie dyskutuje”
    Niestety zaraz po ukazaniu się tego odcinak posypały się komentarze które zdecydowanie przeczą Twojej teorii…

  • Aleksandra Muszyńska

    Obejrzę.
    Ale dzieląc się moimi własnymi refleksjami mogę wspomnieć, że chyba najlepszym sposobem na wyzbycie się myślenia o osobach homoseksualnych jak o bandzie różowych zboków jest moment, w którym bliska Ci osoba (niekoniecznie z rodziny – może być bardzo dobry kumpel) wyznaje, że zamiast Michalin woli Michałów. Kiedy na własne oczy przekonujesz się, że mimo tej konstatacji nie chodzi w lateksowych spodniach bez tyłka i nie klepie w dupę wszystkich mijających go facetów, a nawet nie patrzy łakomie na dzieci (przecież wiadomo, że geje to zawsze jednocześnie pedofile,co nie?) – dochodzisz do wniosku, że chyba nie jest z tymi gejami tak, jak sądziłeś. I że twoja relacja z nim nie uległa żadnej zmianie.
    Od tej pory wali cię, kto z kim sypia i w jakiej konfiguracji, bo wiesz, że to jest po prostu NIEWAŻNE.
    O ile, oczywiście, jesteś normalny.

    • Potwierdzam- moja bardzo dobra kumpela którą znam od 100lat zawsze była zadeklarowaną lesbijką i dzięki tej znajomości mam absolutnie gdzieś czy ktoś sypia z kobietą czy meżczyzną- tak jest i już. Ps. w mojej „branży” większość facetów jest właśnie homoseksualnych ale tylko niektórzy się z tym ujawniają

      • Aleksandra Muszyńska

        Przykre. Ukrywanie się przez całe życie musi być bardzo wyczerpujące.

        • A jeszcze gorsze jest bycie w związku heteroseksualnym tylko dla tzw.przykrywki :/.

      • Joanna Wu

        Potwierdzam rowniez, moja przyjaciolka z ktora znamy sie od czasow podstawowki rowniez jest lesbijka. Co wiecej, zdecydowanie mowi, ze po klubach LGBT i teczowych paradach sie nie buja bo jak twierdzi: ”wkurza mnie to rozowe towarzystwo. Kiedys bylo o nas cicho i byl spokoj”.

        Drugi przypadek pochodzi z mojej wlasnej rodziny. Przez wiele lat moja ciotka zyla ze swoja partnerka. Nikt tego zwiazku nie nazywal tak czy inaczej. Po prostu mieszkaly sobie razem. I nawet ksiadz na kolede zachodzil i problemu nie widzial :D

        • Hehe, no moja kumpela też mówi że parady, kluby lgbt itp to nie dla niej bo to nie jej bajka.
          A z tym księdzem- no szok ale widać że po prostu nie należy się zbytnio obnosić i jest spokój ;)

  • Joanna Wu

    Nie zmądrzeją, niestety. A szkoda, bo w sumie nie trzeba akceptowac, tolerowac, popierac. Wystarczy nie reagować negatywnie. Bo w sumie to nie moja sprawa co i z kim ktos inny robi w lozku i jak zyje. proste nie? No dla nie ktorych nie calkiem…

  • Minie jeszcze sporo czasu, zanim tolerancja ludzi z naszego kraju dojdzie do poziomu „zachodu”.

    • Nie chcę być tu jakimś naczelnym krytykiem systemu edukacji, ale… to przez brak edukacji.

      • Wojciech

        myślę, że dobrym pierwszym krokiem byłaby delegalizacja szkolnej katechezy, która otwarcie głosi szkodliwe poglądy na temat homoseksualizmu

        • Joanna Wu

          Jestem osoba wierzaca, wychowana w wierze katolickiej, przez wiele lat uczęszczałam na wszelkiego rodzaju oazy, grupy i spotkania dla młodzieży katolickiej. Tyle w kwestii deklaracji. Krzyze w szkolach czy urzedach mi nie przeszkadzaja. ALE… katecheze jako przedmiot nauczany w szkole uwazam za totalne nieporozumienie. Od tego jest kościół (stosowna do tego celu instytucja). Natomiast jesli chcemy uczyc dzieciaki i mlodziez empatii w szkole to od tego jest etyka. Przedmiot ktory powinien przedstawiac wiele pogladow i dawac do myslenia, pozwolic i nauczyc ksztaltowac wlasna opinie. No, ale do takiego pogladu trzeba dorosnac.

          • Wojciech

            Swoją drogą, czy etyka jest obecnie realną opcją w szkole? Gdy ja chodziłem do liceum nikt jej nie widział i nie słyszał, poza sleszem i ‚niepotrzebne skreślić’ na świadectwie przy religia/etyka

          • Ja zrezygnowałam z religii w klasie maturalnej i wyraziłam chęć uczęszczania na lekcję etyki. Dyrektor powiedział jednak że niestety nie ma takiej możliwości i miałam dwie godziny wolnego w tygodniu/

          • Joanna Wu

            I to jest niestety problem, ktory ciagnie sie juz od lat. Generalnie szkolnictwo w Polsce ma sie troche slabo. Nie mowie, ze na zachodzie to jest cacy, bo prawda taka, ze jednak w Polsce nadal wiecej wymaga sie od mlodziezy, ale organizacja lezy i kwiczy. Nie mam co tu teraz porownywac bo konczylam liceum w 2004, wiec juz troche czasu uplynelo i mowienie, ze za moich czasow… tez sie troche mija z celem ;-) Ale jednak, za moich czasow…tez juz bylo niezle namieszane. No przydalby sie ktos, kto to wszystko ogarnie, a nie tylko co zmiana rzadow, to zmiana formuly. A o dobra i rozsadna tresc coraz trudniej.

          • Joanna Wu

            jak tak sobie pomysle ile czasu i pieniedzy marnuja ci wszyscy politycy, ktorzy przewineli sie w Polsce od 89 to glowa mala! O_o zamiast sie wziac do porzadku do roboty i zainwestowac w mocna Polske (gospodarka, nauka, medycyna), to tak sie slizgaja od prawicy do lewicy, byleby sie na stolkach utrzymac. Az mnie wkurw bierze bo zaraz sie na prawde okaze, ze nie ma po co glosowac. Z jednego szamba w drugie. I to ciagle wybieranie mniejszego zla. Przyjda jedni, nakreca. Potem przyjda drudzy i pod pozorem prostowania dzialan poprzednikow nakreca po swojemu. I tak sie kreci. Biznes po polsku….ech :(

          • Dot

            Ja kończyłam liceum w 2011, czyli +7 lat po Tobie, a i tak żadnej zmiany w tej kwestii nie było.

      • steveminion

        W kwestii edukacji to raczej nie ma co liczyć na dobrą zmianę w najbliższym czasie.

    • Na zachodzie wcale nie ma takiej tolerancji, jak się wszystkim wydaje:) Może jeżeli chodzi o legalizację związków, itp. Ale samych przeciwników tego jest bardzo dużo:) Proporcje są podobne, po prostu u nas mniej się o tym mówi:)

    • S.

      Ta tolerancja na zachodzie to jest ale bardzo sztuczna i powierzchowna. Nam się tylko wydaje, że to nie wiadomo jaki raj tam mają.

      • Joanna Wu

        Prawda, sama bylam tego swiadkiem. To co mowi sie u nas o tolerancyjnym zachodzie, to oficjalna polityka panstwa. Wsrod ludzi opinie zdarzaja sie juz bardzo rozne. Podobnie ma sie kwestia uchodzcow. Ale to juz temat na inna bajke.

        • S.

          O tuż to. Na zachodzie raczej wmówiono ludziom, że wszyscy są równi i dla każdego należy być miłym bo inaczej ktoś może czuć się urażony. No i oni się do tego stosują. Chociaż mogą Cię nienawidzić to będą się do Ciebie uśmiechać i mówić, że wszystko jest ok.

          Tak samo w sprawie uchodźców. Oficjalnie będą mówić, że należy im się pomoc ale najchętniej by ich wszystkich odesłali z powrotem. Taki skutek uboczny stosowania poprawności politycznej.

          To ja już wolę po polsku. Niech mnie wyzywają, przeklinają ale przynajmniej wiem czego się spodziewać.

      • Być może masz racje, ale przynajmniej nikt nie woła na ulicy „pedał”.

        • S.

          To, że ktoś krzyczy „pedał” to akurat przejaw prostactwa. Brak tolerancji jest tutaj bardziej przy okazji.

        • Joanna Wu

          wierz mi, robia gorsze rzeczy.

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

„Dziękuję” – takie bardzo, bardzo trudne słowo

Skip to entry content

Kiedyś pisałem o tym, że „cześć” jest jednym z trudniejszych polskich słów i – przez jego niebywałą złożoność – wiele osób zapomina jak się je wymawia. Nie wiedziałem jednak, że jest nieporównywalnie bardziej skomplikowane wyrażenie, które trudniej wypowiedzieć, niż „miąższ” od tyłu, a jego pisownia jest równie problematyczna, co „gżegżółki”.  Tym słowem jest archaiczne, stosowane już tylko w filmach prehistorycznych, zupełnie niemodne „dziękuję”.

Niedyś używane jako wyraz wdzięczności i oznaka dobrych manier, jasno dawało do zrozumienia, że Twój rozmówca, nie dość, że nie ma Cię w dupie, to prawdopodobnie darzy Twoją osobę szacunkiem. Obecnie zapomniane, nieatrakcyjne i praktycznie niezrozumiałe dla kultury należy-mi-się, znanej również pod kryptonimem wszystko-powinno-spadać-z-nieba-gdy-tylko-pstryknę-palcami. W dzisiejszej mowie niemal całościowo wyparte przez ciszę.

A oto cztery najczęstsze sytuacje, w których się go nie używa, ze względu na skomplikowaną wymowę. A powinno.

 

Kiedy bierzesz coś za darmo

Kiedyś organizowałem pewne spotkanie, na które niezapowiedzianie przyszedł pewien człowiek i ogłosił, że zostawił swoją kartę kredytową w barze i wszyscy mogą pić na jego rachunek. Taki anioł intergracji.

Wiesz ilu uczestników skorzystało z okazji?

100%.

A wiesz ilu podeszło mu podziękować?

1%.

 

Kiedy czegoś chcesz od kogoś

W związku z tym, że prowadzę bloga i piszę o swoich przemyśleniach, które czasem nawet mają jakieś pokrycie z rzeczywistością, są osoby, które traktują mnie jak przewodnika po świecie znającego odpowiedzi na wszystkie pytania. Najczęstsze z nich to:

– czemu ona mnie zostawiła?

– czemu on mnie zdradził?

– czemu mój chłopak mnie nie kocha, mimo, że ja go kocham, ale mu o tym nie mówię, żeby sobie za dużo nie wyobrażał, bo jeszcze go spłoszę, a nie jestem w stanie bez niego żyć?

– co zrobić w dwóch słowach, żeby mieć popularnego bloga? [PILNE!!!!11]

– czemu matka ziemia, mimo, że ma jądro?

Mimo, że czasem mi się nie chce jak cholera albo jeszcze bardziej, mimo, że zupełnie nie jestem od tego, i mimo, że żeby odpisać na każdą taką wiadomość muszę poświęcić swój czas, który jest jedynym dobrem nieodnawialnym i ucieka jak Neve Campbell w „Krzyku”, to odpisuję na wszystkie te wiadomości, choćby tłumacząc, że nie jestem w stanie pomóc, bo nie mam wykształcenia psychologicznego i trudno dawać mi konkretne rady życiowe przez internet nieznajomym osobom. Przypadki, kiedy ktoś odpisał mi choćby króciutkim i zdawkowym „Dzięki za odpowiedź” mógłbym policzyć na palcach ręki Homera Simpsona.

 

Kiedy ktoś Ci pomaga

Stoję z rowerem przed pasami na Rondzie Mogilskim i czekam aż czerwone światło zmieni się na zielone, gdy tylko to się dzieje, chcę wsiąść na jednoślad i ruszyć, ale doskakuje do mnie starsza kobieta i łapie za rękaw bluzy.

– Na Lubicz to w którą?

– Dzień dobry.

– … – moje przywitanie trafiło w czarną dziurę, a w zamian dostałem tylko zniecierpliwione spojrzenie.

– Ale chce pani się tam dostać tramwajem, czy na nogach?

– Gdzie tramwajem, na nogach.

– To musi się pani wrócić, przejść tym przejściem po lewej stronie i cały czas prosto.

– Tak jak ta z parasolem? – starsza kobieta wskazała dziewczynę z żółtym parasolem znikającą w przejściu.

– Tak, musi pani przejść tak jak ta pani, potem iść cały czas prosto i będzie pani na Lubiczu.

– … – starsza kobieta po usłyszenia tej informacji zaczęła odchodzić we wskazanym kierunku.

– Teraz mówi się „dziękuję”.

– Co?

– Zaczepiła mnie pani chcąc, żebym wskazał pani drogę, wytłumaczyłem którędy iść, więc teraz powinna pani podziękować za pomoc.

– A, no tak, dziękuję. Zapomniało mi się.

Przy pożyczaniu kartki na dyktando w szkole, długopisu w pracy, czy pytaniu o godzinę na przystanku, powinno to działać tak samo.

 

Kiedy ktoś jest dla Ciebie miły

Przytrzymał Ci windę widząc, że się do niej zbliżasz, przepuścił Cię w drzwiach, poczekał widząc, że wypluwasz płuca biegnąć na autobus, którym kieruje.

Podarował Ci kwiaty bez okazji, pochwalił nową fryzurę, powiedział, że wyglądasz obłędnie w tej sukience.

Podwiózł Cię pod dom, mimo, że było mu nie po drodze, obsłużył Cię jako pierwszego wbrew obowiązującej kolejce, doradził co zamówić, a czego nie, mimo, że nie miał w tym interesu. Lub po prostu nie był chamem.

Wiesz, co w takiej sytuacji należy powiedzieć?

Mam nadzieję, że po tym tekście już tak.

---> SKOMENTUJ

19 rzeczy, które całkowicie ośmieszają film „Smoleńsk”

Skip to entry content

Tak jak katastrofa smoleńska, tak film „Smoleńsk” mocno podzielił społeczeństwo. I to już przed premierą. Środowiska niesympatyzujące z PiS skreśliły go już w momencie ujawnienia pierwszych informacji o jego powstawaniu, nie czekając na efekt końcowy. Sam również nie spodziewałem się po nim wiele, bo zwiastun zdecydowanie nie zwiastował oscarowego dzieła, jednak postanowiłem dać mu szansę. I zobaczyć oraz ocenić „Smoleńsk” jako film, w oderwaniu od konotacji politycznych i osobistych preferencji światopoglądowych. Bo w końcu tym „Smoleńsk” przede wszystkim jest – filmem. Niestety filmem słabym jak anemik po przepłynięciu Oceanu Spokojnego.

Dlaczego?

1. Ultra nudny początek. Nie spodziewałem się wejścia jak w Jamesie Bondzie, z serią fajerwerków i intrygą z miejsca zawiązującą akcję, ale to co się tu dzieje we wstępie jest na poziomie obrad sejmowych. Możesz wyjść na kwadrans do kibla, bo wiesz, że nic istotnego Cię nie ominie. Nie wiem jak mając tak nośną historię udało się tak bardzo nieinteresująco ją zapowiedzieć.

2. Przez pierwsze 20 minut w kółko leci jeden kawałek. Bo wiesz, chodzi o to, żeby zbudować nastrój. Dlatego reżyser bez litości na siłę wpycha nam do ucha jakieś toporne brzędkanie, które brzmi, jakby Windows się zaciął przy starcie systemu. No, udźwiękowienie, nie jest mocną stroną tego tytułu.

3. Reporter z kamerą z I komunii świętej. Który zostaje zawinięty przez Rosjan jak uczniak z korytarza szkolnego przez nauczyciela w trakcie lekcji, po kilku minutach nagrywania palącego się samolotu. Kąciki ust idą ku górze.

4. Realizacyjnie film wygląda jakby kręcili go licealiści ze szkoły plastycznej. Wywołując grymas zażenowania inscenizacja, wywołujące grymas politowania ujęcia i wywołujący ból głowy montaż. Coś jak etiuda filmowa robiona na szybko na zaliczenie semestru sprzętem pożyczonym od nieco bogatszego wujka.

5. Gra aktorska na poziomie wystąpień w podstawówce. Z tego co czytałem, za bardzo nikt z dobrych albo chociaż znanych aktorów nie chciał wziąć udziału w tym przedsięwzięciu, dlatego role, mam wrażenie, dostali przypadkowi ludzie z łapanki, których największą umiejętnością było nauczenie się tekstu na pamięć. Grają tak sztywno, jakby ktoś im wszystkim pozakładał pajączki i kołnierze ortopedyczne przed rozpoczęciem zdjęć. Zero emocji, zero wczuty, tylko beznamiętne klepanie tekstów.

6. Lewicowe bojówki z Azjatami. Jeden z niezamierzenie najśmieszniejszych momentów w filmie. W trakcie manifestacji pod krzyżem, agresywni lewacy wsparci przez egzotycznych przybyszów ze wschodu rzucają się, jak drapieżnik polujący na zwierzynę, na staruszka, który w pojedynkę przyszedł walczyć o katolicki symbol. Monty Python, przy tym to początkujący kabaret. Serio.

7. Absolutnie płascy i nic nieznaczący bohaterowie. Reżyser nawet nie udaje, że któraś z postaci pojawiających się na ekranie ma wpływ na rozwój fabuły. Bohaterowie są kukiełkami wypowiadającymi kwestie. Nie wiemy skąd się wzięło to jacy są – choć w sumie to może dlatego, że są nijacy – ani co nimi kieruje, po prostu pojawiają się w losowych momentach i tyle.

8. Brak budżetu widać na każdym kroku. Od wcześniej wspomnianej scenografii, po liczbę statystów. Główna bohaterka – dziennikarka TVNu – pracuje w redakcji telewizyjnej, w której poza jej szefem i operatorem kamery w zasadzie nikogo innego nie ma. We wcześniej wspomnianej manifestacji pod krzyżem jest w sumie 15 osób po jednej stronie i 1 po drugiej. Widz ma wrażenie, że ten film zrealizował początkujący youtuber ze zrzutki na Patronite.

10. Główna bohaterka to połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej i Gale Weathers z „Krzyku”. W sensie, że wygląda jak zaginiona przy porodzie jednojajowa bliźniaczka Karoliny, wyprana z empatii i wampirzo żądna sensacji jak reporterka z serii horrorów Wesa Cravena. No, lekka przesada.

11. Fabuła bez pomysłu. Nie ma tu jakiegoś wyraźnego motywu, typu „katastrofa smoleńska to zamach zorganizowany przez Donalda Tuska” albo „do tragedii doszło przez bomby podłożone w samolocie”. Mamy tu mnogość przypuszczeń, insynuacji i wymieszania wszystkich możliwych teorii spiskowych, przez co dostajemy rozmemłaną papkę ze wszystkiego co zostało w lodówce pod koniec tygodnia, zamiast konkretnego dania z wyrazistym smakiem.

12. W dodatku przedstawiona w niezrozumiały sposób. Jeśli nie byłeś absolutnie na bieżąco z polityką przez ostatnie 6 lat, to połowy wątków nie zrozumiesz, bo reżyser nie czuł potrzeby tłumaczenia ich osobom, które nie zaczynają każdego dnia od sprawdzenia najświeższych niuansów na temat katastrofy smoleńskiej w mediach.

13. Beka z zagranicznego dziennikarza. Który jest w siedzibie TVN przez pół filmu, ale nikt nie wie po co, bo jedyne co robi, to pije kawę w stołówce i udaje, że nie mówi po polsku.

14. Beka z płaczu głównej bohaterki. Czujesz, że 40-letnia dziennikarka z iluśtam letnim stażem, zajmująca się śledztwami, nagle ni z tego, ni z owego ryczy na głos, tylko dlatego, że ktoś z kim rozmawiała w celu uzyskania informacji ją okłamał? Nie wiem, co jest gorsze, ten sztuczny płacz, czy próba wmówienia widzom, że to pierwszy raz w jej karierze, gdy ktoś nie powiedział jej prawdy.

15. Retrospekcje, sceny dokumentalne i fikcyjne przemieszane jak bigos. Zasadniczo cały film składa się z przypadkowych scen, które są przypadkowo posklejane, w przypadkowej chronologii. Można by ostatnią scenę zamienić z pierwszą i wyrzucić kilka ze środka i na dobrą sprawę, byłoby to tylko z korzyścią dla filmu, bo chaos na ekranie trwałby mniej niż obecne 120 minut.

16. Przemiana głównej bohaterki równie wiarygodna, co zapewnienie alkoholika, że odda 3 zeta na wino. Połączenie Karoliny Korwin-Piotrowskiej z Gale Weathers z dziennikarskiej hieny kpiącej z opłakujących zmarłych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienia się w walczącą o prawdę wojowniczkę. I jako widzowie, mamy uwierzyć w jej przemianę ot tak. Mimo, że nigdzie nie widać żadnej różdżki.

17. Beka z podróży do Chicago. Główna bohaterka, żeby dociec prawdy o katastrofie smoleńskiej leci do ojca w Stanach i informuje go o tym, dopiero stojąc w jego drzwiach. Bo przecież telefony, maile, ani Skype, nie mówiąc już o Facebooku, nie działają, dlatego to zupełnie normalne, że ludzie podróżują do USA na drugiej półkuli zupełnie w ciemno, nie dowiadując się w ogóle wcześniej, czy zastaną osobę, do której lecą. Ale w sumie to dziennikarka TVNu, pewnie ją stać.

18. Beka ze sceny seksu. W tym filmie jest sporo głupich/dziwnych/niedorzecznych rzeczy, ale moment, kiedy na ekranie obserwujemy najbardziej infantylną i bezsensowną scenę erotyczną, deklasującą nawet stosunki płciowe w „Klanie”, nie jesteś w stanie uwierzyć, że ktoś zdołał przebić to dno z jakiego startował film i zapukać w nie od spodu. Nad tym, że ta scena jest po nic, do niczego nie prowadzi i absolutnie nie ma jakiegokolwiek wpływu na fabułę, nawet się nie rozwodzę, bo „Smoleńsk” w zasadzie składa się z samych takich scen. Ale niech ktoś mi powie, po cholerę, kręcić scenę seksu, na której widać tyle, co w podziemnym bunkrze po wyłączeniu światła? Przecież tam jest tak ciemno, że równie dobrze mogliby się bawić w chowanego i widz widziałby tyle samo ich interakcji.

19. N-U-D-A! Nuda, nuda, nuda! Pamiętam, że przy recenzji „Nimfomanki” pisałem, że to arcynieangażująca pozycja. Myliłem się. Na filmie Larsa von Triera, nie sprawdzałem średnio co 10 minut zegarka, żeby zobaczyć kiedy się nareszcie skończy. Wiem, że to może wygląda na przesadę, ale niestety nie jest nią. Tu nie ma żadnego napięcia, żadnej akcji, żadnych intrygujących wydarzeń. Jest mozolne, niezgrabne przedstawianie kolejnych nieciekawych spiskowych teorii.

***

Film „Smoleńsk” jako film w oderwaniu od polityki nie broni się tak bardzo, jak Najman w starciu z Pudzianem. Natomiast jako materiał propagandowy, przez rażącą nieporadność twórców ośmiesza tragedię, która miała miejsce w 2010 roku. Z filmu, który, według założeń, miał pokazać „prawdę”, wyszedł potworek parodiujący tę katastrofę i karykaturujący osoby, które uważają, że to nie był wypadek. Co jest dość przykre.

To wygląda tak źle, jakby ktoś to specjalnie spieprzył, żeby wyśmiać wszystkich wierzących w zamach.

---> SKOMENTUJ