Close
Close

W ciągu ostatnich 3 lat moja sytuacja finansowa zmieniła się na tyle, że w domu jem, gdy chcę, a nie dlatego, że muszę – jak miało to miejsce w czasach studenckich, kiedy jedyną nierujnującą miesięcznego budżetu opcją szamy na mieście były pierogi w barze mlecznym albo pół obiadu w Koko – w związku z czym, nadrabiam zaległości z ostatniego ćwierćwiecza, chodząc po knajpach. Co kraj to obyczaj, a co lokal, to inny poziom obsługi. W jednych kelnerzy są ultramili, jakbyś nieustannie miał urodziny i obchodzą się z Tobą jak z hollywódzką gwiazdą – jak w Portobello na Królowej Jadwigi – a w innych są obrażeni, że w ogóle muszą Cię obsługiwać i przy każdym kontakcie, dają Ci odczuć, że spadła na Ciebie ogromna łaska – jak w Aioli na Placu Konstytucji.

Nie czuję się święta krową, do egocentryzmu pokroju Kanye Westa jeszcze trochę mi brakuje i nie uważam, że jak przychodzę do restauracji, to trzeba wokół mnie skakać, jakbym był ogniskiem na środku afrykańskiej wioski, ale jest kilka rzeczy w obsłudze, które faktycznie mnie wkurwiają. Co konkretnie?

Oto 7 irytujących zachowań kelnerów.

Przesadne spoufalanie się

Jak idę do przeciętnego lokalu w porze obiadowej, gdzie zestaw dnia kosztuje 2 dychy, to nie oczekuję, że ktoś będzie mnie przyjmował jak angielskiego księcia. Chcę szybko zamówić, szybko zjeść i szybko zapłacić, i w sumie reszta za bardzo mnie nie interesuje. ALE jak idę z kobietą na kolację, gdzie danie kosztuje tyle, co flaszka whisky, to przejście „na Ty” w pierwszym kontakcie i zachowywanie się, jakbyśmy byli znajomymi od tej wcześniej wspomnianej flaszki jest średnio na miejscu. A rozpoczęcie rozmowy od „co będzie?”, rzuconego jakbym kupował mielonkę w spożywczaku na osiedlu, nie pasuje już zupełnie. Jak dwunastocentymetrowe szpilki do Mariusza Pudzianowskiego.

Krzyczenie do siebie przez całą salę

– Maaarek!

– Cooooo?

– Masz rozmienić stóóóóówę?

– Nie maaaaam. Ale spytaj Grzeeeśka, on powinien mieć!

– Dooobra, dzięęęki! Grzeeesiek…

Czy ja do cholery jestem w restauracji, czy na derbach między Cracovią, a Wisłą?

Robienie łachy

Jak pisałem we wstępie, są kelnerzy, którzy nonszalancją przebijają gwiazdy rocka i ciągle robią Ci łaskę, jakby mieli drugi etat u pana boga. Najpierw robią Ci łachę, że zaprowadzą Cię do stolika, potem, że łaskawie przyjmą zamówienie, później w ramach przypływu dobroci dla zwierząt Ci je podadzą, a na końcu litościwie pozwolą zapłacić Ci rachunek. Zasadniczo dają Ci jasno do zrozumienia, że cała wizyta w restauracji to jest uśmiech od losu w Twoją stronę i powinieneś paść im do stóp w podzięce, że zdobyli się na taką szczodrość i Cię obsłużyli.

Wyłudzanie napiwków

Temu jak kelnerzy wyłudzają napiwki poświęciłem cały osobny tekst, tak że nie będę się powtarzał. Nie mniej, wciąż jest to irytujące.

Zapominanie o stoliku

Ja wiem, że to właściciele chcą przyciąć na koszcie obsługi, dlatego zatrudniają mniej kelnerów niż powinni i ci drudzy często obsługują więcej stolików niż są w stanie. Wiem. Też pracowałem w knajpach. Ale jak lokal ma ledwo ¼ obłożenia, a Ty czekasz kwadrans na menu, po czym kolejny kwadrans na powrót kelnera, żebyś mógł złożyć zamówienie, a potem – na deser – 20 minut, aż ktoś zabierze brudne naczynia, posprząta i poda rachunek, to coś tu jednak jest nie tak.

Albo zacząć brać lecytynę na pamięć, albo zmienić pracę na taką, w której nie trzeba pamiętać, że gości należy obsługiwać.

Zabieranie talerza sprzed nosa

Gorsze od siedzenia całej dobranocki przy stole zawalonym naczyniami z resztkami, jest jak nie zdążysz jeszcze przełknąć ostatniego kęsa, a ktoś z rąk wyrywa Ci talerz. No kurwa, czy my jesteśmy na jakichś zawodach w jedzeniu na czas? Ostatnio tak miałem w jednym lokalu z polską kuchnią przy Rynku Głównym, ledwo odłożyłem łyżkę od ust, chcę się wytrzeć serwetką, a tu kobieta już mi zabiera bez pytania talerz, mimo, że nie był pusty. Pomijając, czy bym chciał dojeść ten rosół, czy nie, to co ja mam sobie z tą zużytą serwetką teraz zrobić? Zwinąć w kulkę i rzucić w gościa przy sąsiednim stole, czy pierdolnąć origami?

Naczynia od gościa zabiera się po uprzednim zapytaniu, czy można i usłyszenia wyraźnego „TAK”, a nie gdy ochota najdzie i akurat ma się wolne ręce.

Nieznajomość menu

Niedawno byłem z mamą w kawiarni na Placu Szczepańskim, w której dawno temu moja rodzicielka zapamiętała, że dają dobrą szarlotkę na ciepło z lodami. I fakt, zaprzeczyć nie mogę, naprawdę dobry deser, sam nieraz jadłem. Tyle, że wraz ze zmianą dat w kalendarzu, zmieniła się też obsługa. Na mniej ogarnięta.

Okazuje się, że szarlotki nie ma – normalna sprawa, że jak coś jest dobre, to szybko idzie i może się skończyć – więc moja mama pyta jakie inne ciasta są. To kelnerka czyta jej z karty „cośtam, cośtam, brownie, cośtam, cośtam”. Mama w życiu nie jadła brownie, więc pyta kelnerki, co to znaczy. A ona, że brownie, to brownie, że to ciasto i że tyle. Moja mama nieprzekonana dopytuje, czy kruche, czy jakie i z czego to brownie w ogóle jest. A ta, że nie wie, bo ona z Ukrainy, że nie panimaju. Moja mama zrezygnowana, przegląda kawy, widzi frozen mochę i pyta, czy jest ze śmietaną i czy dużo tej śmietany, bo ona dużo to nie za bardzo lubi. A ta jej na to, że to frozen mocha to jest kawa mrożona, ale nie wie, czy ze śmietaną. I taka rozmowa z osobą, która ma obsługiwać człowieka i mu doradzać.

Serio, pytania o pozycje w menu, to naprawdę nie są trudne pytania. Rozumiem o fizykę kwantową, ale żeby odpowiedzieć, jak w Twoim miejscu pracy podają kawę, naprawdę nie trzeba mieć doktoratu.

***

To się pożaliłem, ale żeby nie było kocham kelnerów miłością wielką jak Ryszard Kalisz i zgodnie z 11 przykazaniem, zostawiam 10% napiwku. Oczywiście, gdy nie robią fuszerki, przejawiając jedno z powyższych zachowań.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Marmotuca
(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

38 komentarzy do "7 irytujących zachowań kelnerów"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Alicja Ziółkowska
Gość

I pytanie się „czy smakuje?” co kilka minut. Jezzzzzzus.

Jan Favre
Gość

Śmiesznie bywa, gdy jesteś w sieciówce i odpowiesz „nie”. Pojawia się mina w stylu: jezumariapeszek, tego nie było w skrypcie, co teraz???

JakubPe
Gość

Ooo tak, to denerwuje mnie najbardziej.
Zwłaszcza jak jesteś DOSŁOWNIE w trakcie posiłku (tj. przeżuwasz kęs) a w tym momencie spod ziemi wyrasta kelner i pyta, czy wszystko w porządku. I tak stoi i czeka na twoją odpowiedź. To co, mam wypluć i odpowiedzieć, że „bella, fantastico, muah!”?
Pamiętam, że jak kiedyś kelnerka zapytała mnie, czy smakuje, a ja akurat gryzłem jakąś kurę, to przeżuwałem dalej spokojnie, by nie odpowiadać z pełną gębą. A ona poczekała 15 sekund, po czym zniecierpliwiona poszła przepytywać innych. Franca jedna.

BTW. jeśli to czytasz, kelnerko, to NIE, NIE SMAKOWAŁO!

Catalinka
Gość

Zabieranie talerza uważam za najbardziej irytujące zachowanie. Kiedyś kelnerka odebrała talerz od mojej towarzyszki i stała obok czekając aż skończę, wręcz wyrywając mi talerz po ostatnim kęsie. Zniechęciło mnie to do następnej wizyty w tym miejscu.

Jan Favre
Gość

Szczerze mówiąc, to właśnie takie zachowanie sprowokowało mnie do napisanego tego tekstu. Strasznie irytujące i nieeleganckie.

Marek | Siemano z rana
Gość

Miałem to samo. Żeby nie robić pustego przebiegu, pani kelnerka tupiąc nóżką zaglądała mi przez ramię, czy już można wziąć i mój talerz. Czułem, że jeszcze kilka sekund dłużej i wymownie chrząknie. Masakra.

Sherly
Gość

Oho, podobnie! Na jednej z imprez kelnerka zabrała mi talerz z sałatką, a na moje „ale jeszcze jem!” odpowiedziała, że za 10 minut podają kolację i trzeba już do niej posprzątać. Mogłabym jej nawet zaraz odnieść ten talerz, ALE NIE, TO KONIECZNIE TRZEBA TERAZ ZABRAĆ.

Dot
Gość

:o Bezczelność!

anoriell - Katarzyna Janoska
Gość

Można by nabrać jedzenie na widelec, zatrzymać w połowie drogi do ust i zapytać, czy pani „chce gryza”, bo tak stoi i patrzy tęsknym wzrokiem…

Pierwsza Dama
Gość

„Czy smakuje”, to jeszcze do przeżycia, bo to niby takie grzeczne i pokazuje, że się dba o klienta (chociaż sama tego nie lubię, bo co mam powiedzieć: „nie”?) – pod warunkiem, że kelner nie pyta o to, kiedy akurat mam pełne usta jedzenia. Ale zauważyłam taką manierę, że kelnerzy pytają: „przepraszam, czy wszystko w porządku?”. I ja nie wiem, o co właściwie się mnie pyta: nie zauważyłam muchy w zupie, którą zauważył on z drugiego końca sali, czy rozmazał mi się makijaż i wyglądam, jakby mi facet właśnie oko podbił?

Jan Favre
Gość

W niesieciówkowych restauracjach to mi akurat nie przeszkadza, bo wiem, że wynika z faktycznej troski o gościa i gdy powiesz, że coś jest nie tak, kelner postara się zrobić co w jego mocy, żeby naprawić ten dyskomfort. A w sieciówkach niestety najczęściej jest to zbędna, do niczego nie prowadząca kurtuazja.

Magdalena Śpiewak
Gość

Ja zawsze mówię uczciwie, że mi nie smakowało jeśli faktycznie tak było.

Król Czasu
Gość

Kelnerzy, sprzedawcy itd. to dla wielu ludzi zawód „na chwilę”. Przez krótki czas popracują i zmienią na coś lepszego. Takie podejście powoduje, że nikt za bardzo nawet nie stara się poznać menu czy nauczyć się paru zasad panujących w tym zawodzie. Smutne jest to, że często z zajęcia na chwilę robi się kilka lat, jednak byle jakie podejście do swoich obowiązków zostaje.

Aleksandra Muszyńska
Gość

Dokładnie. Drzewiej kelner był zawodem, do którego trzeba było długo się przygotowywać, uczyć składu poszczególnych potraw i sposobu przyrządzania, o technikach podawania dań nie wspomnę. Teraz kelnerują głównie studenciaki, którzy dorabiają do stypendium bądź kasy od rodziców i zazwyczaj nie bawią w tym zajęciu zbyt długo. Kelnerować może każdy, kto umie utrzymać tacę. Wiem co mówię – byłam najgorszą kelnerką świata…

S.
Gość

Kiedyś w szkołach zawodowych był nawet zawód „kelner”. Nie wiem czy aktualnie to jeszcze istnieje.

Aleksandra Muszyńska
Gość

Oj szczerze wątpię.

Goddammit
Gość

Kiedy pracowałam jako kelnerka to mój szef-maniak kazał mi co pięć minut biegać między stolikami i pytać, czy smakuje i czy coś jeszcze. Do tej pory mam traumę, bo goście najpierw patrzyli na mnie jak na idiotkę, a potem z jawną nienawiścią. ;_;

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Za co w internecie możesz iść do więzienia?

Skip to entry content

Mimo, że pierwsze internetowe łącze w Polsce zostało uruchomione 26 lat temu, wiele osób zachowuje się jakby to stało się wczoraj, traktując sieć jak zabawkę, w której nie obowiązują zasady ze świata realnego. Publiczne obrażanie, czy szykanowanie odstających od ogółu jednostek jest na porządku dziennym, zwłaszcza wśród młodszych internautów, lecz nie tylko, w myśl przekonania “to tylko internet”. Podobnie jest w kwestii praw autorskich, ogrom internautów sądzi, że jeśli coś zostało opublikowane w internecie to jest niczyje. A w zasadzie wszystkich. Nie ma znaczenia, że ktoś opublikował daną treść na SWOJEJ stronie internetowej, uznaje się, że jeśli coś jest w sieci, to można to dowolnie pobrać, skopiować i umieścić gdzie się chce bez pytania o zgodę, ani podawania autora.

Czy faktycznie tak to działa? Co na to prawo? Co może nam grozić za złamanie prawa w internecie? O tym, w obszernej rozmowie z radcą prawnym – Michałem Bartosińskim – zajmującym się takimi kwestiami w Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Jarosiński, Kuliński i Partnerzy, który prywatnie jest moim przyjacielem i zajebistym gościem.

michal-bartosinski-jan-favre

Jan Favre: Zacznijmy z grubej rury od pytania tytułowego: za co w internecie można iść do więzienia? I czy to w ogóle możliwe, żeby w wirtualnej rzeczywistości dopuścić się takiego przewinienia, aby w świecie realnym zostać pozbawionym wolności?

Michał Bartosiński: Internet nie jest „obszarem” wyjętym spod prawa. Nie jest także prawnie wydzielony jako osobna od świata realnego płaszczyzna, na której popełniać można czyny zabronione, i która objęta miałaby być jakimś szczególnym unormowaniem. Oznacza to, że z punktu widzenia prawa zazwyczaj obojętne jest, czy pewne zachowania podejmowane są w realu, czy w sieci, jeżeli wypełniają znamiona przestępstw bądź wykroczeń, które zagrożone są karą pozbawienia wolności bądź aresztu, to podejmująca je osoba musi liczyć się z perspektywą zastosowania wobec niej tego rodzaju kar.

Możesz kogoś oszukać na ulicy, w banku, sklepie, podczas sprzedaży samochodu, a możesz także z wykorzystaniem internetu – poprzez maila, serwis aukcyjny, portal ogłoszeniowy itp. – we wszystkich sytuacjach Twoje zachowanie zagrożone będzie karą pozbawienia wolności.

Czasami jednak działanie za pośrednictwem internetu podnosi karygodność czynu, a co za tym idzie, wpływa na surowsze zagrożenie karą. Przykładowo, gdy kogoś znieważysz bądź zniesławisz na ulicy, to możesz doczekać się wyłącznie grzywny bądź ograniczenia wolności. Gdy jednak uczynisz to za pomocą środków masowego przekazu, w tym internetu, to możliwe będzie zastosowanie wobec ciebie kary pozbawienia wolności. Na osobną uwagę zasługują przestępstwa związane z korzystaniem z utworów, a to z tego względu, że są one niezwykle popularne w internecie, a jednocześnie popełniające je osoby, dużo częściej niż w przypadku innych przestępstw, pozostają w nieświadomości co do zabronionego charakteru swoich czynów. Istotne jest przy tym to, że przestępcza działalność związana z korzystaniem z utworów czerpie całymi garściami z dobrodziejstwa internetu – współcześnie znakomita większość tego rodzaju przestępstw jest popełniana właśnie z wykorzystaniem sieci.

Jan Favre: Czyli chcesz powiedzieć, że jeśli pod jakimś filmem na YouTube napiszę „ty sprzedajna szmato” albo „z takim ryjem powinieneś robić karierę w zoo, a nie pchać się przed kamerę”, z punktu widzenia prawa mogę mieć większy problem, niż gdybym powiedział to tej osobie na ulicy? Przecież to tylko komentarz w internecie.

Michał Bartosiński: Tak, jeżeli Twój zniesławiający komunikat staje się dostępny masowo, to narażasz się na surowszą karę. Zniesławienie z użyciem środka masowego przekazu uznane jest za bardziej szkodliwe społecznie niż zniesławienie w typie podstawowym, np. podczas rozmowy w ograniczonym gronie (ale nie w cztery oczy, bo wtedy nie ma tego przestępstwa). Wobec takiej konstrukcji przepisu, nie jest zrozumiałe tłumaczenie, że to TYLKO komentarz w internecie. Chodzi o ilość odbiorców, bez znaczenia jest to, czy zniesławiający komentarz rozpowszechniasz w internecie, czy np. w telewizji, radio bądź gazecie.

Jan Favre: A jeśli będę się bronił, że chciałem tylko wyrazić swoją opinię, a przecież Konstytucja RP daje mi do tego prawo?

Michał Bartosiński: Zachowanie zniesławiającego polega na pomawianiu. Słowo „pomawiać” oznacza w języku polskim tyle co „bezpodstawnie zarzucić” bądź „niesłusznie przypisać coś komuś”. Dodatkowo, aby mówić o przestępstwie, należy ustalić, że dany komunikat stanowi pomówienie, które może zniesławić tj. poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego np. do wykonywania jakiegoś zawodu bądź wykonywania określonej działalności. Jeżeli Twoja wypowiedź spełni te cechy, to narażasz się na odpowiedzialność karną. Oczywiście masz prawo do wyrażania opinii i tak długo z niego korzystasz, jak długo nie przekraczasz granic rzeczowości. Bez trudu można wyobrazić sobie przypadki graniczne, których analiza nie prowadzi do jednoznacznego wniosku – albo opinia albo pomówienie – jednak zaproponowane przez Ciebie przykłady można bez kontrowersji uznać za nastawione wyłącznie na dokuczenie ich odbiorcy, a nie za konstruktywną krytykę.

Jan Favre: A czy ta teoria ma przełożenie na praktykę? Znasz przypadki na naszym polskim podwórku, że ktoś został skazany przez sąd za obraźliwy komentarz w internecie?

Michał Bartosiński: Tak, procesy karne w związku z bezprawną działalnością w internecie nie są już rzadkością. Należy przy tym wiedzieć, że omawiane przez nas przestępstwo znieważenia ścigane jest z oskarżenia prywatnego – oznacza to, że aby cokolwiek się zadziało, konieczna jest aktywność pokrzywdzonego. Z tego względu wiele tego rodzaju spraw nie znajduje miejsca przed wymiarem sprawiedliwości. Inaczej sprawa wygląda z innymi przestępstwami, które można popełnić pisząc komentarz w internecie, np. znieważenia Narodu lub państwa polskiego czy obrazy uczuć religijnych – te przestępstwa ścigane są z urzędu, a przez to częściej tak komentujący muszą zmierzyć się z konsekwencjami prawnokarnymi.

Na marginesie, bezprawna aktywność w internecie wiąże się nie tylko z odpowiedzialnością karną. Często takie zachowanie staje się podstawą faktyczną w procesie cywilnym np. o ochronę dóbr osobistych – w takiej sytuacji nie ma oczywiście mowy o więzieniu.

Jan Favre: Właśnie, porozmawiajmy o kradzieżach w internecie. Czy jeśli mam bloga kulinarnego i zrobiłem na tyle ładne zdjęcia mielonego z buraczkami, że jakaś restauracja, bez pytania mnie o zgodę i zupełnie bez mojej wiedzy, umieściła je na swojej stronie internetowej, to jest to kradzież? I co mogę zrobić w takiej sytuacji i czego się domagać?

Michał Bartosiński: W tym kontekście słowo „kradzież” może być używane jedynie potocznie. Co do zasady „kradzież” oznacza bowiem zabór rzeczy ruchomej celem jej przywłaszczenia. Tymczasem w podanym przez Ciebie przykładzie mamy do czynienia z pewnym dobrem niematerialnym – zdjęciem. Zakres ochrony prawnej takiego dobra niematerialnego zależy od jego statusu – jeżeli to dobro niematerialne spełni cechy utworu, to jego ochrona będzie silna. Utwór to każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, który jest ustalony w jakiejkolwiek postaci (niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia). Jednoznaczna kwalifikacja danego dobra (czy to utwór czy nie) bywa trudna, jednak na potrzeby naszej rozmowy przyjmijmy, że przykładowe zdjęcie jest utworem. W takiej sytuacji ten, kto bezprawnie korzysta ze zdjęcia, może ponieść odpowiedzialność karną oraz cywilną (jedna nie wyklucza drugiej, mogą współwystępować).

Gdy idzie o odpowiedzialność karną, to w grę wchodzi zagrożenie grzywną, karą ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności. Tego rodzaju przestępstwa są ścigane na wniosek bądź z urzędu (w zależności od tego, czy mówimy tylko o nieuprawnionym rozpowszechnieniu czy także o przywłaszczeniu autorstwa), co oznacza, że pokrzywdzony może ograniczyć się do złożenia wniosku o ściganie bądź wyłącznie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa (na policji bądź w prokuraturze), a sprawa będzie się toczyć choćby bez jego udziału. W toku postępowania może jednak aktywnie brać udział w sprawie, jeżeli chce dopilnować swoich interesów.

Gdy idzie o odpowiedzialność cywilną, to katalog roszczeń osoby, której prawa autorskie do utworu zostały naruszone, jest szeroki – począwszy od prawa żądania zaniechania naruszeń, poprzez prawo żądania usunięcia skutków naruszeń, aż po prawo żądania naprawienia szkody i wydania uzyskanych korzyści (a i to jeszcze nie wszystko). Te roszczenia mogą być dochodzone na drodze procesu cywilnego, co oznacza, że uprawniony musi sam (bądź poprzez pełnomocnika procesowego) rozpocząć stosowne postępowanie, a następnie czynnie popierać swoje żądania, opisując dokonane naruszenia oraz prezentując dowody na poparcie wszystkich swoich twierdzeń.

Jan Favre: Nie wiem, czy dobrze połączyłem wszystkie kropki, ale z tego co mówisz, wynika że jeśli – przykładowo – właściciel restauracji ABC opublikuje na swojej stronie ABC.com zdjęcie mojego obiadu bez mojej zgody i wiedzy, a ja zawiadomię o tym dzielnicowego, to nieuczciwy restaurator może trafić za to do więzienia? Dobrze zrozumiałem?

Michał Bartosiński: Takie wnioskowanie jest uproszczone, ale prawidłowe przy założeniu, że zdjęcie rzeczonego obiadu spełniać będzie cechy utworu, a restaurator rozpowszechni je bez Twojej zgody. Opisane zachowanie restauratora stanowić będzie bowiem przestępstwo, które jest co do zasady ścigane na wniosek i zagrożone karą nawet pozbawienia wolności. Warto jednak pamiętać, że kara pozbawienia wolności jako niezwykle surowa zastrzeżona jest dla przestępstw o dużej szkodliwości społecznej. Nieuczciwy restaurator może zostać ukarany także w inny sposób – karą grzywny bądź ograniczenia wolności.

Jan Favre: Czy sytuacja tak samo wyglądałaby z Facebookiem? Czyli, czy jeśli ów restaurator opublikowałby moje zdjęcie bez mojej wiedzy i zgody na swoim fanpage na Facebooku mógłby ponieść takie same konsekwencje?

Michał Bartosiński: Znamiona omawianego czynu zabronionego (rozpowszechniania utworu bez zgody) sprawca może wypełnić na wiele sposobów – publikując utwór na swojej stronie internetowej, na swoim fanpage’u, na słupie ogłoszeniowym, billboardzie itd. Istotne, że rozpowszechnia utwór, do którego nie jest uprawniony i na rozpowszechnianie którego nie uzyskał zgody.

Jan Favre: Rozumiem, że zasada ta dotyczy nie tylko zdjęć, ale także śmiesznych filmików, satyrycznych rysunków, czy memów?

Michał Bartosiński: Ta zasada dotyczy każdego dobra niematerialnego, które można uznać za utwór. Utwór to każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, który jest ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. W tym zbiorze zazwyczaj będą się mieścić także filmy, rysunki, memy. Należy jednak przestrzec przed automatyzmem w kwalifikowaniu dóbr jako utworów – ochrona prawnoautorska dotyczy bowiem jedynie tych dóbr, które zawierają ładunek twórczy.

Jan Favre: Pytam o to, ponieważ często zdarza się, że ktoś z satyryków internetowych – na przykład Andrzej Rysuje, Marta Frej, Janek Koza albo Kasia Gandor – stworzy celną grafikę komentującą aktualne wydarzenia, po czym masa heheszkowych fanpage’y i mniej płodnych twórców internetowych pobiera ten rysunek na komputer, a następnie publikuje na swoim profilu, jakby to oni byli jego autorami. Czasem ktoś próbuje im zwracać uwagę, że to nie ich twórczość, ale wtedy najczęściej padają 3 koronne argumenty:

  1. jeśli coś zostało opublikowane na Facebooku, to traci się do tego prawa i każdy może robić z tym, co chce
  2. jeśli podpisze się autora przy publikacji, to nie trzeba go pytać o zgodę
  3. przecież to tylko “śmieszny mem”, więc nie ma o co robić afery

Czy któryś z nich jest zasadny?

Michał Bartosiński: Żaden, jeżeli mamy je rozumieć jako uniwersalne. Twórca ma wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozpowszechniania go. Oznacza to zasadę, że tylko i wyłącznie twórca (względnie inny podmiot, któremu przysługują autorskie prawa majątkowe) może ze swojego utworu korzystać i rozpowszechniać go.

Korzystanie z cudzego utworu może się odbywać jedynie na podstawie zgody uprawnionego (taka zgoda nazywa się licencją) lub przepisu prawa, który wyraźnie na skorzystanie pozwala. Jeżeli więc ten, kto chce skorzystać z cudzego utworu nie dysponuje licencją, to pozostaje mu poszukiwanie ustawowej podstawy dla zamierzonego działania. W ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych odnaleźć można szereg tego rodzaju przepisów – nazywa się je “dozwolonymi użytkami”. Istnieje przepis o dozwolonym użytku prywatnym, który pozwala na korzystanie z opublikowanych utworów w ramach użytku osobistego. Istnieje także grupa dozwolonych użytków publicznych – przykładowo: przysługujące prasie “prawo przedruku”, przysługujące uczelniom prawo do wykorzystywania utworów w celach dydaktycznych bądź naukowych, czy wreszcie przysługujące innym twórcom “prawo do cytatu”.

Wracając do pytania, jeżeli w podanych przykładach twórcy nie udzielają licencji (przy czym pamiętać trzeba, że licencja niewyłączna nie wymaga żadnej szczególnej formy np. pisemnej, zatem może być wyrażona w każdy sposób) na dalsze wykorzystywanie ich utworów, to przyjąć trzeba, że zamieszczenie ich grafik na prowadzonych fanpage’ach będzie – co do zasady – bezprawne.

Jan Favre: Mówisz o “użytku dozwolonym”, “prawie przedruku” i “prawie cytatu”. Czy tak modne w ostatnich czasach na portalach informacyjnych galerie z grafikami, zatytułowane “wstaw_dowolne_bieżące_wydarzenie [ZOBACZ MEMY!]”, które sprowadzają się do jednego akapitu z tekstem i serii ilustracji znalezionych w internecie, mieszczą się we wspomnianym przez ciebie “użytku dozwolonym”? 

Michał Bartosiński: Dozwolony użytek prywatny obejmuje korzystanie z już rozpowszechnionych utworów w ramach użytku osobistego, nie obejmuje więc co do zasady rozpowszechniania.

Prawo do cytatu to zezwolenie na nieodpłatne i niezależne od zgody twórcy korzystanie z urywków już rozpowszechnionych utworów albo nawet ich całości (gdy idzie o utwory plastyczne, fotograficzne lub “drobne”) polegające na przytoczeniu tych urywków utworów bądź całych utworów we własnym utworze w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, polemiką, analizą krytyczną bądź naukową, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości. Przykładowo: gdy piszesz na swoim blogu recenzję niedawno przeczytanej książki, to możesz we własnym utworze (tej recenzji) wykorzystywać fragmenty tej książki bez zgody twórcy i nieodpłatnie. Należy przy tym pamiętać, że warunkiem skorzystania z prawa do cytatu, jak i każdego innego dozwolonego użytku publicznego, jest wymienienie imienia i nazwiska twórcy oraz źródła.

Prawo przedruku oznacza, że wolno rozpowszechniać w celach informacyjnych w prasie, radiu i telewizji:

  • już rozpowszechnione sprawozdania o aktualnych wydarzeniach,
  • już rozpowszechnione artykuły na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne (to uprawnienie nie obowiązuje jednak, jeżeli zostało wyraźnie zastrzeżone, że dalsze rozpowszechnianie danego artykułu jest zabronione),
  • aktualne wypowiedzi i fotografie reporterskie,

a także krótkie wyciągi z takich sprawozdań bądź artykułów, przeglądy rozpowszechnionych utworów oraz ich krótkie streszczenia. Również w takim przypadku nie można zapominać o obowiązku podawania imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Dodatkowo, w przypadku rozpowszechniania artykułów bądź wypowiedzi lub fotografii reporterskich twórcy będzie przysługiwało wynagrodzenie. W takich sytuacjach nie jest więc konieczne uzyskanie zgody na rozpowszechnianie, jednak w razie rozpowszechnienia, po stronie twórcy powstaje roszczenie o zapłatę wynagrodzenia.

Jan Favre: Tylko, czy w kontekście prawa przedruku internet to radio, prasa, czy telewizja?

Michał Bartosiński: Internet to tylko narzędzie, z wykorzystaniem którego można wydawać prasę, nadawać audycje radiowe lub programy telewizyjne. Przykładowo: prasą będą publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem lub nazwą, numerem bieżącym i datą – niezależnie od tego, czy są wydawane na papierze czy w sieci.

Jan Favre: Dzięki za wyjaśnienie! Mam nadzieję, że kilku innym osobom również rozjaśni to co wolno, a czego nie w internecie!

„Skalpel” Ewy Chodakowskiej – relacja z treningu

Skip to entry content

Ci którzy obserwują mnie na facebookowym funpagu wiedzą, że od 1-go października ćwiczę z matką chrzestną wszystkich fitnesiar – Ewą Chodakowską – walcząc o silne plecy, smukłe ramiona, szczupłe nogi i brak cellulitu. Z szerokiego wachlarza zestawów treningowych Ewy z okładkami, których nie powstydziłby się szóstoklasista dopuszczony do Painta w wersji deluxe, wybrałem „Skalpel”. Raz, że to jej najpopularniejszy program, więc chciałem osobiście się przekonać o co tyle szumu, a dwa, że Ewa deklaruje iż efekty widoczne są już po 4 tygodniach. No tyle, to mogę powalczyć o jędrne pośladki.

W komentarzach pod moimi codziennymi sprawozdaniami z pola bitwy, pojawiło się sporo głosów domagających relacji z treningu, najlepiej w postaci vloga. Cóż, na wideo będziecie musieli jeszcze chwilę poczekać, mniej więcej do momentu gdy nauczę się je kręcić i montować, ale skrajne zmęczenie, agonalne rozdygotanie wszystkich mięśni i zapach potu, postaram się żebyście poczuli za pomocą słowa pisanego już dziś.

0:35 Osiągnięcie wyznaczonego celu to tylko kwestia wytrwałości i czasu, który i tak upłynie. Nie marnuj go, już najwyższa pora, żebyś zatroszczyła się o siebie.

Uff, już myślałem, że do mnie ta gadka motywacyjna, ale to na szczęście do laski za mną.

1:31 Przed nami program, który niczym bezinwazyjny skalpel wymodeluje Twoje ciało nadając mu nowy kształt, przynosząc efekty już po 4 tygodniach systematycznej pracy. Pamiętaj jednak 70% efektów to racjonalne odżywianie, a 30% to regularny trening.

No i cały misterny plan w pizdu…

2:29 Wdech. Wydech. Super!

Jej, wiedziałem, że z oddychaniem sobie poradzę!

2:50 Ramiona – góra i unosimy kolano, raz, dwa, trzy, cztery, szybciej! Wyprostuj nogę, ugnij i odstaw.

Właśnie przewróciłem się po raz pierwszy.

Dobrze! Jeszcze!

3:13 Raz, dwa, trzy, cztery. Świetnie! Nie zwalniaj!

Powiedział dyrektor programowy TVP do Jacka Kurskiego.

6:21 Robi się coraz cieplej, za moment zaczynamy.

Ej, jak to za moment zaczynamy? Ja już jestem w środku.

6:35 Pierwsze ćwiczenie przed nami. Nie proste.

Bo krzywe. HEHE.

Chcę żebyś się mocno tutaj skoncentrowała i zawalczyła o precyzję.

Ufff, cały czas mówi do laski za mną.

6:45 Duży krok do przodu, kolano tuż nad stopą, ląduj na pięcie i z pięty się odbij, do boku noga, przenieś do tyłu i do przodu.

Leżę na glebie po raz drugi.

7:40 Walczymy tutaj…

To chyba jakaś wariacja na temat „lecimy tutaj” Bonusa BGC.

…o piękne uda…

Ehe!

…o zgrabne pośladki…

O tak!

…tak naprawdę…

Nooo, nooo!

…o nowy rozmiar.

Eeej! To było zagranie poniżej pasa! 7 centymetrów to wcale nie tak mało!

9:43 Zmieniamy nogę.

Oj, mnie to by się przydało nie tylko nogę, ale tułów i kark też zmienić.

Tą całą sekwencję robimy teraz na drugą nogę. Duży krok do przodu, przód, na piętę, z pięty się odbijam, do boku i do tyłu.

Przymusowe lądowanie na posadzce po raz trzeci.

10:43 Oddech przyspiesza, wytrzymaj jeszcze chwilę. Nowe dżinsy! Nowe szorty!

Chyba pomyliłem budynki, wydawało mi się, że idę na fitness, a wylądowałem na wyprzedaży w Galerii Krakowskiej.

11:47 Poczuj to, poczuj!

„Noooo, weź to poczuj!” – Onar i Lerek byliby dumni.

12:08 Skręć biodra tak, żeby były prosto.

Hmm, z prostych bioder, skrzyw się tak, żeby były prosto? To ma sens.

12:41 Przysiady, które sprawią, że Twoje pośladki będą krągłe, jędrne, takie o jakich zawsze marzyłaś.

Yyy… no dobra.

14:24 Ach, niech palą! Mają palić!

Powiedział Bob Marley do policjanta zwracającego uwagę, że jego 5-letnie dzieci rolują skręty.

15:30 Nie oglądaj tego, musisz to ćwiczyć.

A wydawało mi się, że żeby schudnąć wystarczy klikać serduszka pod zdjęciami z metamorfozami na Instagramie.

15:50 Ja poczułam, zakładam, że ty też.

Sorka, to ta wczorajsza grochówka.

16:15 Zapomnij o bólu, pomyśl o wakacjach, one prędzej, czy później się pojawią.

Taaa, jasne, a dzieci przynosi bocian, Święty Mikołaj naprawdę istnieje, a kobiety mogą mieć wielokrotny orgazm.

18:51 Ja wiem, ja wiem co czujesz.

Nikt nie wie co czuję! Nikt mnie nie rozumie! Ten świat jest okrutny! Nigdy nie zrozumiesz jak to jest mieć złamane serce, po tym jak dziewczyna zdradziła Cię z autoresponderem na służbowym mailu Twojego kolegi!

19:29 Pot zalewa oczy i tak ma być.

Powiedziała Ewa z idealnym makijażem na twarzy.

19:38 Pochwalisz się później całemu światu, co dzisiaj robiłaś!

No, może nie całemu światu, tylko 14 000 czytelników na funpagu, ale fakt, lajki się posypią jak liście z drzew jesienią.

20:44 Niech sobie mówią co chcą, damy radę!

„A ja chuj na to kładę, bo i tak damy radę!” – Sokół pozdrawia.

22:10 Zobacz, ja robię to dla ciebie, a ty dla mnie.

Nie, nie, przepraszam bardzo, ja robię to dla mamusi.

22:19 Super, super ci idzie! Wiesz, że jestem z tobą?

No jak? Przecież mówiłaś, że masz męża.

22:33 Walczymy o piękne boczki!

Nie tylko boczki! Wędliny, kotlety i udka też!

23:51 Dasz radę, twoje marzenie jest coraz bliżej!

To znaczy, jak konkretnie ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w napisaniu powieści?

24:25 Możesz, możesz, możesz więcej, zaufaj mi!

„Dawno temu ja też zaufałem pewnej kobiecie, wtedy dałbym sobie za nią rękę uciąć i wiesz co?” – wiecie, nie?

26:15 Nie ma przerwy, nie ma przerwy, pamiętaj!

A producenci Kit-Kata mówili co innego.

27:25 Pośladek pracuje jak szalony. Czujesz też? Ma palić!

Rozumiem, że mój tyłek to wariat, ale czemu od razu namawiać go na nikotynę?

27:39 Pamiętaj, że przyjdzie taki dzień, kiedy wszystkie ćwiczenia będziesz wykonywać z przyjemnością, tak jak ja teraz.

Masz na myśli, że ja też któregoś dnia nagram film z treningami do domu, na którym zarobię fortunę?

29:07 Przekładamy nogę przez nogę, wyciągamy ramię, dłoń przy uchu i ze skrętem.

#BobMarley

29:38 Ja wiem, że stać cię na więcej.

Odkąd wziąłem pożyczkę w Providencie, stać mnie na wszystko, bejbe.

30:44 Uwaga, trzymaj w górze nogę! Trzymaj! Rozkoszuj się tym momentem!

Ewa, w tym momencie myślę tylko o tym, żeby się zwinąć w kulkę, zmumifikować kołdrą i zasnąć, udając, że mój brzuch wcale nie jest w konwulsjach, a ból w udach i łydkach nie przyprawia mnie o łzy pięcioletniej dziewczynki, więc wybacz, ale nie będę się tym rozkoszował.

32:25 „Będzie bosko” – tak sobie powtarzaj. Cały czas do siebie mów.

Ale mówił psychiatra radził, żebym jednak tego nie robił.

34:08 Moja noga drży, nie wiem jak twoja.

Moja doznała martwicy jakiś kwadrans temu.

35:02 Wierzę, że dasz radę.

Pewnie, jak chcesz mogę ci jakąś dać, na przykład: nie siedź na murku, bo dostaniesz wilka.

36:53 Za każdym razem, gdy odrywasz klatkę piersiową od maty, staraj się zwrócić dłonie ku pośladkom.

Wiesz co, w tym momencie to najbardziej skupiam się na tym, żeby nie zwrócić zawartości żołądka.

38:13 Dość.

Dość???

Już po krzyku.

W sensie koniec???

Pokonałaś swoje słabości.

TAK, TO KOOOOONIEEEEEC!!!

Pamiętaj, z każdym dniem będziesz coraz lepsza, nie poddawaj się.

JEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEJ!

Przechodzimy do streczingu.

Kurwa, czyli to jednak nie koniec…

38:30 Wyciągamy ramiona do przodu, siadamy na piętach i odpoczywamy.

Przepraszam bardzo, ale jak mam odpoczywać jednocześnie wyciągając ramiona?

38:33 Możesz być z siebie bardzo dumna.

A żebyś wiedziała, że jestem! I już nawet mi nie przeszkadza, że ciągle próbujesz zmienić mi płeć.

39:43 Ale dzisiaj będziesz świętować, taki sukces!

No raczej! Jak tylko stąd wyjdę idę na burgera z podwójnym bekonem i browara!

40:21 Opłacało się co?

Rzucić studia i zostać blogerem? Pewnie, że tak!

Z czasem, obiecuję ci, że te wszystkie ćwiczenia okażą się taką przyjemnością, bez której dzień wyda się takim dniem straconym.

Aaa, tobie chodziło o trening. No tak, całkiem spoko zainwestowane 3 dychy plus koszt przesyłki.

42:13 Brawo, widzimy się jutro! Do zobaczenia!