Close
Close

Co powinieneś wiedzieć przed pierwszą pracą?

Skip to entry content

Człowiek nigdy nie wie wszystkiego od razu, co często wywołuje u niego mocny stres. Idąc do pierwszej klasy podstawówki, nie masz pojęcia co będzie działo się w tej tak szumnie zapowiadanej w oparach trubo dorosłości „szkole”. I denerwujesz się, tym co Cię tam spotka, na jakich ludzi trafisz, czy się odnajdziesz i poradzisz sobie. Podobnie jest z pierwszą randką, pierwszą pracą i pierwszą orgią w dark roomie. Czego byś nie zrobił przed, wydaje Ci się, że nie jesteś gotowy, bo nie wiesz wszystkiego, przez co niepotrzebnie spinasz poślady.

Dzisiaj zajmiemy się tą drugą kwestią i odpowiemy sobie na pytanie „co powinieneś wiedzieć przed pierwszą pracą?”, tak żebyś wyścig po hajs zaczął bez szukania pola startowego.

Ubiór

Jutro Twój pierwszy dzień w korpo i zastanawiasz się, czy iść w Superstarach, czy półbutach z Ryłko? O ile nie ma piątku, a konkretnie „zwykłego piątku”, czyli „casual friday”, to zapomnij o Adikach i włóż coś mniej jak Vanitas, a bardziej jak Mr Vintage. W sensie półbuty. Co do spodni, to begi, jogery, a zwłaszcza alladynki odpadają. Nie, że od razu spodzień w kancik, ale dżinsy o regularnym kroju bez udziwnień przy nogawkach, czy dziur na kolanach. Góra, to najbezpieczniej jednolita koszula lub polówka i kardigan lub sweter w serek. W takim zestawie nikt Ci złego słowa nie powie i też nie powinieneś się czuć jak Guliwer w krainie liliputów.

Są oczywiście firmy, gdzie nie ma żadnego kodu dla dresiarzy, znaczy „dress code’u” i możesz przyjść ubrany absolutnie jak chcesz, wliczając w to ciche szelesty z Reeboka, ale przecież nie każdy chce pracować w agencji reklamowej.

Komunikacja

Gdy już jesteś na miejscu i widzisz koleżankę z działu, której bliżej do Twojej mamy, niż Twojej byłej, ale znowu nie tak blisko, żebyś nie wyobrażał sobie jak wygląda bez tej ołówkowej spódnicy i koronkowego stanika, który podejrzałeś przez nieco za bardzo rozchyloną koszulę, zastanawiasz się, czy zwracać się do niej per „elo mordo, co tam?”, „dzień dobry, mam na imię Stanisław i będę z panią pracował”, czy „olejmy tę robotę i zamknijmy się w salce konferencyjnej na ostatnim piętrze, zgrałem kamasutrę na Kindle’a”. Zasadniczo w większości dużych firm, jeśli nie we wszystkich, z każdym jesteś na „cześć” i zwracasz się do współpracowników per „ty”. W małych przedsiębiorstwach, w których ludzie w wieku naszych rodziców pracują od 30 lat, i w urzędach, często nawet z ludźmi pracujący w tym samym pomieszczeniu co Ty, jesteś na „proszę panią”.

Przerwy

Kogo musisz spytać o pozwolenie na wyjście na siku? Ile możesz sikać? Co z fajeczką? Jak z obiadkiem?

Standardowo, w większości prac biurowych masz w środku dnia – koło 13-14 – jedną dłuższą przerwę na obiad, która trwa 30 minut. Możesz wtedy pójść pokontemplować złożoność wszechświata w toalecie, wyjść i połapać Pokemony wokół budynku, albo po prostu coś zjeść w stołówce pracowniczej. Twój czas, możesz robić z nim co chcesz, nawet przeznaczyć na maraton „Mody na sukces”.

Ale, ale, nie myśl, że poza tym – aż mi wstyd, że jeszcze nie użyłem tego fachowego określenia – „lunch breakiem” jesteś przyspawany do biurka i każda próba odejścia od niego skończy się interwencją grupy antyterrorystycznej. Nie. Co najwyżej przełożonego, jeśli wybitnie często Cię przy nim nie będzie. Jeśli potrzebujesz wyjść do toalety, zrobić sobie herbatę, czy uderzyć głową w ścianę i będzie to trwało mniej niż 5 minut, to po prostu wstajesz i idziesz to zrobić. I tyle. Nie musisz mieć od nikogo zgody na piśmie w tej sprawie. Radziłbym jednak, zwłaszcza na początku, nie przesadzać z przerwami na oglądanie snapów pod pretekstem wyjścia na siku, ponieważ w niektórych korpo na komputerach są zainstalowane programy mierzące aktywność i potem trzeba się tłumaczyć „team leaderowi”, czemu od 9:00 do 9:57 ani razu nie ruszyłeś myszką. Opóźniony paraliż senny lub próba obsługi komputera siłą woli może być tu słabą wymówką.

Gdybyś jednak chciał mieć więcej nielimitowanego wolnego w pracy, to zacznij palić, bo nikt nie ma tylu przerw w pracy, co palacz.

Wypłata

Czyli to co tygryski lubią najbardziej!

To, że interesuje Cię kwota netto – bo tyle dostajesz do rączki – a nie brutto – bo 1/4 z tego trafia do państwa – to chyba wiesz, co? Dobra okłamałem Cię, nie do rączki, tylko na konto w postaci przelewu, bo jesteśmy już kilka lat po epoce kamienia łupanego. Co do terminu wypłaty, to ustawowo hajsik za pracę w danym miesiącu musi się pojawiać na Twoim koncie najpóźniej 10 dnia kolejnego miesiąca. Gdyby był później, śmiało możesz dzwonić po Annę Marię Wesołowską, ale zazwyczaj jest na czas. Więcej, niektóre firmy mają nawet model wypłat ostatniego dnia bieżącego miesiąca, tak że od razu 30-go możesz pójść w tango.

Urlop

W dodatku płatny! Czyli coś co tygryski lubią jeszcze bardziej!

Zacznijmy od kwestii podstawowych: jeśli pracujesz na umowie o pracę – jeśli byłeś wcześniej na umowie o dzieło albo umowie zleceniu, to tak jakbyś był bezrobotny – poniżej 10 lat, w ciągu roku przysługuje Ci 20 dni płatnego urlopu. Jeśli powyżej 10 lat, aż 26 dni, w których możesz oglądać 24 godziny na dobę „Plebanię”, a i tak Ci za to zapłacą. Przy czym – bardzo istotna kwestia dla osób kochających naukę, czy też marnujących czas na studia – jeśli masz wyższe wykształcenie, to tak jakbyś miał 8-letni staż pracy. W sensie wcześniej masz prawo do 26 dni urlopu. A biorąc pod uwagę, że licencjat to też wyższe wykształcenie, to dużo wcześniej.

Chęć skorzystania z urlopu musisz zgłosić nieco wcześniej niż dzień przed i ów termin musi zatwierdzić przełożony, jeśli jednak nie robisz tego w ostatniej chwili i w ultra gorącym okresie, to nie ma z tym problemu.

Wypowiedzenie

Miałeś realizować innowacyjne projekty dla globalnych klientów, które w dziesięciostopniowej skali zajebistości zahaczały gdzieś o 112? Rzeczywistość jednak pokazała, że Twoja robota – tak elokwentnie opisywana w ogłoszeniu na Pracuj.pl – to w rzeczywistości mechaniczne klepanie tabelek w Excelu, od którego dostajesz boleśniejszego nadwyrężenia nadgarstka niż po maratonie masturbacji? Spoko, nie dostałeś dożywocia w tym Guantanamo, z każdej klatki, w sensie pracy, możesz się wymiksować składając wypowiedzenie.

Jeśli masz jakieś opory przed zwolnieniem się, bo wydaje Ci się to nieprawilne albo, że to nie wypada, głupio i w ogóle „co ludzie pomyślą?!?!111”, to zatrzymaj się.

Cześć moich znajomych z Warszawy zmienia pracę średnio co 6 miesięcy i nikomu nawet powieka nie drgnie w związku z tym zdarzeniem. To absolutnie normalne, że ludzie rotują między firmami i nie są przykuci kajdankami do danego stanowiska. To już nie są czasy naszych rodziców, że w pracowało się całe życie w tym samym zakładzie pracy, więcej, jeśli pracujesz w jednym miejscu dłużej niż 5 lat, to często jest to postrzegane jako lenistwo i brak chęci do rozwoju. Czyli cechy, których przyszli szefowie tygrysków nie lubią najbardziej.

Warto pamiętać, że będąc zatrudnionym na umowę o pracę, nie możesz odlać się na biurko przełożonego i powiedzieć „hasta la vista, baby!” z gracją Arnolda Schwarzeneggera z dnia na dzień, nie pojawiając się już więcej w biurze, bo obowiązuje Cię okres wypowiedzenia w trakcie którego w owej pracy musisz się jeszcze pojawiać. Ile on trwa? Cytując kodeks pracy:

  1. Jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż 6 miesięcy i nie była to umowa na okres próbny, a sama umowa miała charakter terminowy np. na dwa lata, to jego okres wypowiedzenia wynosi 2 tygodnie.
  2. Jeżeli pracownik był zatrudniony u jednego pracodawcy co najmniej 6 miesięcy, to jego okres wypowiedzenia wynosi 1 miesiąc.
  3. Pracownik zatrudniony u jednego pracodawcy co najmniej 3 lata, ma 3 miesięczny okres wypowiedzenia.

L4

Dawniej tym symbolem oznaczało się formularz zwolnienia lekarskiego i, jak syn Bohdana Łazuki w „Chłopaki nie płaczą”, tak już zostało. L4 wypisuje Ci lekarz, gdy jesteś obłożnie chory i nie dasz rady zapakować swojego worka z kośćmi do autobusu, żeby dojechać do pracy. Albo kiedy masz kaca i za cholerę nie chce Ci się wstawać na 7:00, a szkoda Ci dni z urlopu. W dni, gdy jesteś na zwolnieniu lekarskim, dostajesz 80% swojej normalnej stawki, którą dostajesz, gdy nie symulujesz choroby i chodzisz do pracy. Zaświadczenie lekarskie o swoim agonalnym stanie, musisz dostarczyć pracodawcy do 7 dni, po tym terminie oprócz tego, że nabawisz się kwasu w pracy, to możesz mieć problem z wypłatą za dni, gdy byłeś „chory”.

***

Wydaje mi się, że to wszystko co powinieneś wiedzieć przed pierwszą pracą, jednak z uwagi na fakt, że ostatni raz pracowałem u kogokolwiek ponad 2 lata temu, dopuszczam ewentualność, że mogę nie o wszystkim pamiętać. Jeśli więc są jeszcze jakieś podstawowe pracownicze kwestie, które Cię nurtują, to dawaj znać. Zrobimy druga część.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

W ciągu ostatnich 3 lat moja sytuacja finansowa zmieniła się na tyle, że w domu jem, gdy chcę, a nie dlatego, że muszę – jak miało to miejsce w czasach studenckich, kiedy jedyną nierujnującą miesięcznego budżetu opcją szamy na mieście były pierogi w barze mlecznym albo pół obiadu w Koko – w związku z czym, nadrabiam zaległości z ostatniego ćwierćwiecza, chodząc po knajpach. Co kraj to obyczaj, a co lokal, to inny poziom obsługi. W jednych kelnerzy są ultramili, jakbyś nieustannie miał urodziny i obchodzą się z Tobą jak z hollywódzką gwiazdą – jak w Portobello na Królowej Jadwigi – a w innych są obrażeni, że w ogóle muszą Cię obsługiwać i przy każdym kontakcie, dają Ci odczuć, że spadła na Ciebie ogromna łaska – jak w Aioli na Placu Konstytucji.

Nie czuję się święta krową, do egocentryzmu pokroju Kanye Westa jeszcze trochę mi brakuje i nie uważam, że jak przychodzę do restauracji, to trzeba wokół mnie skakać, jakbym był ogniskiem na środku afrykańskiej wioski, ale jest kilka rzeczy w obsłudze, które faktycznie mnie wkurwiają. Co konkretnie?

Oto 7 irytujących zachowań kelnerów.

Przesadne spoufalanie się

Jak idę do przeciętnego lokalu w porze obiadowej, gdzie zestaw dnia kosztuje 2 dychy, to nie oczekuję, że ktoś będzie mnie przyjmował jak angielskiego księcia. Chcę szybko zamówić, szybko zjeść i szybko zapłacić, i w sumie reszta za bardzo mnie nie interesuje. ALE jak idę z kobietą na kolację, gdzie danie kosztuje tyle, co flaszka whisky, to przejście „na Ty” w pierwszym kontakcie i zachowywanie się, jakbyśmy byli znajomymi od tej wcześniej wspomnianej flaszki jest średnio na miejscu. A rozpoczęcie rozmowy od „co będzie?”, rzuconego jakbym kupował mielonkę w spożywczaku na osiedlu, nie pasuje już zupełnie. Jak dwunastocentymetrowe szpilki do Mariusza Pudzianowskiego.

Krzyczenie do siebie przez całą salę

– Maaarek!

– Cooooo?

– Masz rozmienić stóóóóówę?

– Nie maaaaam. Ale spytaj Grzeeeśka, on powinien mieć!

– Dooobra, dzięęęki! Grzeeesiek…

Czy ja do cholery jestem w restauracji, czy na derbach między Cracovią, a Wisłą?

Robienie łachy

Jak pisałem we wstępie, są kelnerzy, którzy nonszalancją przebijają gwiazdy rocka i ciągle robią Ci łaskę, jakby mieli drugi etat u pana boga. Najpierw robią Ci łachę, że zaprowadzą Cię do stolika, potem, że łaskawie przyjmą zamówienie, później w ramach przypływu dobroci dla zwierząt Ci je podadzą, a na końcu litościwie pozwolą zapłacić Ci rachunek. Zasadniczo dają Ci jasno do zrozumienia, że cała wizyta w restauracji to jest uśmiech od losu w Twoją stronę i powinieneś paść im do stóp w podzięce, że zdobyli się na taką szczodrość i Cię obsłużyli.

Wyłudzanie napiwków

Temu jak kelnerzy wyłudzają napiwki poświęciłem cały osobny tekst, tak że nie będę się powtarzał. Nie mniej, wciąż jest to irytujące.

Zapominanie o stoliku

Ja wiem, że to właściciele chcą przyciąć na koszcie obsługi, dlatego zatrudniają mniej kelnerów niż powinni i ci drudzy często obsługują więcej stolików niż są w stanie. Wiem. Też pracowałem w knajpach. Ale jak lokal ma ledwo ¼ obłożenia, a Ty czekasz kwadrans na menu, po czym kolejny kwadrans na powrót kelnera, żebyś mógł złożyć zamówienie, a potem – na deser – 20 minut, aż ktoś zabierze brudne naczynia, posprząta i poda rachunek, to coś tu jednak jest nie tak.

Albo zacząć brać lecytynę na pamięć, albo zmienić pracę na taką, w której nie trzeba pamiętać, że gości należy obsługiwać.

Zabieranie talerza sprzed nosa

Gorsze od siedzenia całej dobranocki przy stole zawalonym naczyniami z resztkami, jest jak nie zdążysz jeszcze przełknąć ostatniego kęsa, a ktoś z rąk wyrywa Ci talerz. No kurwa, czy my jesteśmy na jakichś zawodach w jedzeniu na czas? Ostatnio tak miałem w jednym lokalu z polską kuchnią przy Rynku Głównym, ledwo odłożyłem łyżkę od ust, chcę się wytrzeć serwetką, a tu kobieta już mi zabiera bez pytania talerz, mimo, że nie był pusty. Pomijając, czy bym chciał dojeść ten rosół, czy nie, to co ja mam sobie z tą zużytą serwetką teraz zrobić? Zwinąć w kulkę i rzucić w gościa przy sąsiednim stole, czy pierdolnąć origami?

Naczynia od gościa zabiera się po uprzednim zapytaniu, czy można i usłyszenia wyraźnego „TAK”, a nie gdy ochota najdzie i akurat ma się wolne ręce.

Nieznajomość menu

Niedawno byłem z mamą w kawiarni na Placu Szczepańskim, w której dawno temu moja rodzicielka zapamiętała, że dają dobrą szarlotkę na ciepło z lodami. I fakt, zaprzeczyć nie mogę, naprawdę dobry deser, sam nieraz jadłem. Tyle, że wraz ze zmianą dat w kalendarzu, zmieniła się też obsługa. Na mniej ogarnięta.

Okazuje się, że szarlotki nie ma – normalna sprawa, że jak coś jest dobre, to szybko idzie i może się skończyć – więc moja mama pyta jakie inne ciasta są. To kelnerka czyta jej z karty „cośtam, cośtam, brownie, cośtam, cośtam”. Mama w życiu nie jadła brownie, więc pyta kelnerki, co to znaczy. A ona, że brownie, to brownie, że to ciasto i że tyle. Moja mama nieprzekonana dopytuje, czy kruche, czy jakie i z czego to brownie w ogóle jest. A ta, że nie wie, bo ona z Ukrainy, że nie panimaju. Moja mama zrezygnowana, przegląda kawy, widzi frozen mochę i pyta, czy jest ze śmietaną i czy dużo tej śmietany, bo ona dużo to nie za bardzo lubi. A ta jej na to, że to frozen mocha to jest kawa mrożona, ale nie wie, czy ze śmietaną. I taka rozmowa z osobą, która ma obsługiwać człowieka i mu doradzać.

Serio, pytania o pozycje w menu, to naprawdę nie są trudne pytania. Rozumiem o fizykę kwantową, ale żeby odpowiedzieć, jak w Twoim miejscu pracy podają kawę, naprawdę nie trzeba mieć doktoratu.

***

To się pożaliłem, ale żeby nie było kocham kelnerów miłością wielką jak Ryszard Kalisz i zgodnie z 11 przykazaniem, zostawiam 10% napiwku. Oczywiście, gdy nie robią fuszerki, przejawiając jedno z powyższych zachowań.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Marmotuca

Za co w internecie możesz iść do więzienia?

Skip to entry content

Mimo, że pierwsze internetowe łącze w Polsce zostało uruchomione 26 lat temu, wiele osób zachowuje się jakby to stało się wczoraj, traktując sieć jak zabawkę, w której nie obowiązują zasady ze świata realnego. Publiczne obrażanie, czy szykanowanie odstających od ogółu jednostek jest na porządku dziennym, zwłaszcza wśród młodszych internautów, lecz nie tylko, w myśl przekonania “to tylko internet”. Podobnie jest w kwestii praw autorskich, ogrom internautów sądzi, że jeśli coś zostało opublikowane w internecie to jest niczyje. A w zasadzie wszystkich. Nie ma znaczenia, że ktoś opublikował daną treść na SWOJEJ stronie internetowej, uznaje się, że jeśli coś jest w sieci, to można to dowolnie pobrać, skopiować i umieścić gdzie się chce bez pytania o zgodę, ani podawania autora.

Czy faktycznie tak to działa? Co na to prawo? Co może nam grozić za złamanie prawa w internecie? O tym, w obszernej rozmowie z radcą prawnym – Michałem Bartosińskim – zajmującym się takimi kwestiami w Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Jarosiński, Kuliński i Partnerzy, który prywatnie jest moim przyjacielem i zajebistym gościem.

michal-bartosinski-jan-favre

Jan Favre: Zacznijmy z grubej rury od pytania tytułowego: za co w internecie można iść do więzienia? I czy to w ogóle możliwe, żeby w wirtualnej rzeczywistości dopuścić się takiego przewinienia, aby w świecie realnym zostać pozbawionym wolności?

Michał Bartosiński: Internet nie jest „obszarem” wyjętym spod prawa. Nie jest także prawnie wydzielony jako osobna od świata realnego płaszczyzna, na której popełniać można czyny zabronione, i która objęta miałaby być jakimś szczególnym unormowaniem. Oznacza to, że z punktu widzenia prawa zazwyczaj obojętne jest, czy pewne zachowania podejmowane są w realu, czy w sieci, jeżeli wypełniają znamiona przestępstw bądź wykroczeń, które zagrożone są karą pozbawienia wolności bądź aresztu, to podejmująca je osoba musi liczyć się z perspektywą zastosowania wobec niej tego rodzaju kar.

Możesz kogoś oszukać na ulicy, w banku, sklepie, podczas sprzedaży samochodu, a możesz także z wykorzystaniem internetu – poprzez maila, serwis aukcyjny, portal ogłoszeniowy itp. – we wszystkich sytuacjach Twoje zachowanie zagrożone będzie karą pozbawienia wolności.

Czasami jednak działanie za pośrednictwem internetu podnosi karygodność czynu, a co za tym idzie, wpływa na surowsze zagrożenie karą. Przykładowo, gdy kogoś znieważysz bądź zniesławisz na ulicy, to możesz doczekać się wyłącznie grzywny bądź ograniczenia wolności. Gdy jednak uczynisz to za pomocą środków masowego przekazu, w tym internetu, to możliwe będzie zastosowanie wobec ciebie kary pozbawienia wolności. Na osobną uwagę zasługują przestępstwa związane z korzystaniem z utworów, a to z tego względu, że są one niezwykle popularne w internecie, a jednocześnie popełniające je osoby, dużo częściej niż w przypadku innych przestępstw, pozostają w nieświadomości co do zabronionego charakteru swoich czynów. Istotne jest przy tym to, że przestępcza działalność związana z korzystaniem z utworów czerpie całymi garściami z dobrodziejstwa internetu – współcześnie znakomita większość tego rodzaju przestępstw jest popełniana właśnie z wykorzystaniem sieci.

Jan Favre: Czyli chcesz powiedzieć, że jeśli pod jakimś filmem na YouTube napiszę „ty sprzedajna szmato” albo „z takim ryjem powinieneś robić karierę w zoo, a nie pchać się przed kamerę”, z punktu widzenia prawa mogę mieć większy problem, niż gdybym powiedział to tej osobie na ulicy? Przecież to tylko komentarz w internecie.

Michał Bartosiński: Tak, jeżeli Twój zniesławiający komunikat staje się dostępny masowo, to narażasz się na surowszą karę. Zniesławienie z użyciem środka masowego przekazu uznane jest za bardziej szkodliwe społecznie niż zniesławienie w typie podstawowym, np. podczas rozmowy w ograniczonym gronie (ale nie w cztery oczy, bo wtedy nie ma tego przestępstwa). Wobec takiej konstrukcji przepisu, nie jest zrozumiałe tłumaczenie, że to TYLKO komentarz w internecie. Chodzi o ilość odbiorców, bez znaczenia jest to, czy zniesławiający komentarz rozpowszechniasz w internecie, czy np. w telewizji, radio bądź gazecie.

Jan Favre: A jeśli będę się bronił, że chciałem tylko wyrazić swoją opinię, a przecież Konstytucja RP daje mi do tego prawo?

Michał Bartosiński: Zachowanie zniesławiającego polega na pomawianiu. Słowo „pomawiać” oznacza w języku polskim tyle co „bezpodstawnie zarzucić” bądź „niesłusznie przypisać coś komuś”. Dodatkowo, aby mówić o przestępstwie, należy ustalić, że dany komunikat stanowi pomówienie, które może zniesławić tj. poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego np. do wykonywania jakiegoś zawodu bądź wykonywania określonej działalności. Jeżeli Twoja wypowiedź spełni te cechy, to narażasz się na odpowiedzialność karną. Oczywiście masz prawo do wyrażania opinii i tak długo z niego korzystasz, jak długo nie przekraczasz granic rzeczowości. Bez trudu można wyobrazić sobie przypadki graniczne, których analiza nie prowadzi do jednoznacznego wniosku – albo opinia albo pomówienie – jednak zaproponowane przez Ciebie przykłady można bez kontrowersji uznać za nastawione wyłącznie na dokuczenie ich odbiorcy, a nie za konstruktywną krytykę.

Jan Favre: A czy ta teoria ma przełożenie na praktykę? Znasz przypadki na naszym polskim podwórku, że ktoś został skazany przez sąd za obraźliwy komentarz w internecie?

Michał Bartosiński: Tak, procesy karne w związku z bezprawną działalnością w internecie nie są już rzadkością. Należy przy tym wiedzieć, że omawiane przez nas przestępstwo znieważenia ścigane jest z oskarżenia prywatnego – oznacza to, że aby cokolwiek się zadziało, konieczna jest aktywność pokrzywdzonego. Z tego względu wiele tego rodzaju spraw nie znajduje miejsca przed wymiarem sprawiedliwości. Inaczej sprawa wygląda z innymi przestępstwami, które można popełnić pisząc komentarz w internecie, np. znieważenia Narodu lub państwa polskiego czy obrazy uczuć religijnych – te przestępstwa ścigane są z urzędu, a przez to częściej tak komentujący muszą zmierzyć się z konsekwencjami prawnokarnymi.

Na marginesie, bezprawna aktywność w internecie wiąże się nie tylko z odpowiedzialnością karną. Często takie zachowanie staje się podstawą faktyczną w procesie cywilnym np. o ochronę dóbr osobistych – w takiej sytuacji nie ma oczywiście mowy o więzieniu.

Jan Favre: Właśnie, porozmawiajmy o kradzieżach w internecie. Czy jeśli mam bloga kulinarnego i zrobiłem na tyle ładne zdjęcia mielonego z buraczkami, że jakaś restauracja, bez pytania mnie o zgodę i zupełnie bez mojej wiedzy, umieściła je na swojej stronie internetowej, to jest to kradzież? I co mogę zrobić w takiej sytuacji i czego się domagać?

Michał Bartosiński: W tym kontekście słowo „kradzież” może być używane jedynie potocznie. Co do zasady „kradzież” oznacza bowiem zabór rzeczy ruchomej celem jej przywłaszczenia. Tymczasem w podanym przez Ciebie przykładzie mamy do czynienia z pewnym dobrem niematerialnym – zdjęciem. Zakres ochrony prawnej takiego dobra niematerialnego zależy od jego statusu – jeżeli to dobro niematerialne spełni cechy utworu, to jego ochrona będzie silna. Utwór to każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, który jest ustalony w jakiejkolwiek postaci (niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia). Jednoznaczna kwalifikacja danego dobra (czy to utwór czy nie) bywa trudna, jednak na potrzeby naszej rozmowy przyjmijmy, że przykładowe zdjęcie jest utworem. W takiej sytuacji ten, kto bezprawnie korzysta ze zdjęcia, może ponieść odpowiedzialność karną oraz cywilną (jedna nie wyklucza drugiej, mogą współwystępować).

Gdy idzie o odpowiedzialność karną, to w grę wchodzi zagrożenie grzywną, karą ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności. Tego rodzaju przestępstwa są ścigane na wniosek bądź z urzędu (w zależności od tego, czy mówimy tylko o nieuprawnionym rozpowszechnieniu czy także o przywłaszczeniu autorstwa), co oznacza, że pokrzywdzony może ograniczyć się do złożenia wniosku o ściganie bądź wyłącznie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa (na policji bądź w prokuraturze), a sprawa będzie się toczyć choćby bez jego udziału. W toku postępowania może jednak aktywnie brać udział w sprawie, jeżeli chce dopilnować swoich interesów.

Gdy idzie o odpowiedzialność cywilną, to katalog roszczeń osoby, której prawa autorskie do utworu zostały naruszone, jest szeroki – począwszy od prawa żądania zaniechania naruszeń, poprzez prawo żądania usunięcia skutków naruszeń, aż po prawo żądania naprawienia szkody i wydania uzyskanych korzyści (a i to jeszcze nie wszystko). Te roszczenia mogą być dochodzone na drodze procesu cywilnego, co oznacza, że uprawniony musi sam (bądź poprzez pełnomocnika procesowego) rozpocząć stosowne postępowanie, a następnie czynnie popierać swoje żądania, opisując dokonane naruszenia oraz prezentując dowody na poparcie wszystkich swoich twierdzeń.

Jan Favre: Nie wiem, czy dobrze połączyłem wszystkie kropki, ale z tego co mówisz, wynika że jeśli – przykładowo – właściciel restauracji ABC opublikuje na swojej stronie ABC.com zdjęcie mojego obiadu bez mojej zgody i wiedzy, a ja zawiadomię o tym dzielnicowego, to nieuczciwy restaurator może trafić za to do więzienia? Dobrze zrozumiałem?

Michał Bartosiński: Takie wnioskowanie jest uproszczone, ale prawidłowe przy założeniu, że zdjęcie rzeczonego obiadu spełniać będzie cechy utworu, a restaurator rozpowszechni je bez Twojej zgody. Opisane zachowanie restauratora stanowić będzie bowiem przestępstwo, które jest co do zasady ścigane na wniosek i zagrożone karą nawet pozbawienia wolności. Warto jednak pamiętać, że kara pozbawienia wolności jako niezwykle surowa zastrzeżona jest dla przestępstw o dużej szkodliwości społecznej. Nieuczciwy restaurator może zostać ukarany także w inny sposób – karą grzywny bądź ograniczenia wolności.

Jan Favre: Czy sytuacja tak samo wyglądałaby z Facebookiem? Czyli, czy jeśli ów restaurator opublikowałby moje zdjęcie bez mojej wiedzy i zgody na swoim fanpage na Facebooku mógłby ponieść takie same konsekwencje?

Michał Bartosiński: Znamiona omawianego czynu zabronionego (rozpowszechniania utworu bez zgody) sprawca może wypełnić na wiele sposobów – publikując utwór na swojej stronie internetowej, na swoim fanpage’u, na słupie ogłoszeniowym, billboardzie itd. Istotne, że rozpowszechnia utwór, do którego nie jest uprawniony i na rozpowszechnianie którego nie uzyskał zgody.

Jan Favre: Rozumiem, że zasada ta dotyczy nie tylko zdjęć, ale także śmiesznych filmików, satyrycznych rysunków, czy memów?

Michał Bartosiński: Ta zasada dotyczy każdego dobra niematerialnego, które można uznać za utwór. Utwór to każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, który jest ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. W tym zbiorze zazwyczaj będą się mieścić także filmy, rysunki, memy. Należy jednak przestrzec przed automatyzmem w kwalifikowaniu dóbr jako utworów – ochrona prawnoautorska dotyczy bowiem jedynie tych dóbr, które zawierają ładunek twórczy.

Jan Favre: Pytam o to, ponieważ często zdarza się, że ktoś z satyryków internetowych – na przykład Andrzej Rysuje, Marta Frej, Janek Koza albo Kasia Gandor – stworzy celną grafikę komentującą aktualne wydarzenia, po czym masa heheszkowych fanpage’y i mniej płodnych twórców internetowych pobiera ten rysunek na komputer, a następnie publikuje na swoim profilu, jakby to oni byli jego autorami. Czasem ktoś próbuje im zwracać uwagę, że to nie ich twórczość, ale wtedy najczęściej padają 3 koronne argumenty:

  1. jeśli coś zostało opublikowane na Facebooku, to traci się do tego prawa i każdy może robić z tym, co chce
  2. jeśli podpisze się autora przy publikacji, to nie trzeba go pytać o zgodę
  3. przecież to tylko “śmieszny mem”, więc nie ma o co robić afery

Czy któryś z nich jest zasadny?

Michał Bartosiński: Żaden, jeżeli mamy je rozumieć jako uniwersalne. Twórca ma wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozpowszechniania go. Oznacza to zasadę, że tylko i wyłącznie twórca (względnie inny podmiot, któremu przysługują autorskie prawa majątkowe) może ze swojego utworu korzystać i rozpowszechniać go.

Korzystanie z cudzego utworu może się odbywać jedynie na podstawie zgody uprawnionego (taka zgoda nazywa się licencją) lub przepisu prawa, który wyraźnie na skorzystanie pozwala. Jeżeli więc ten, kto chce skorzystać z cudzego utworu nie dysponuje licencją, to pozostaje mu poszukiwanie ustawowej podstawy dla zamierzonego działania. W ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych odnaleźć można szereg tego rodzaju przepisów – nazywa się je “dozwolonymi użytkami”. Istnieje przepis o dozwolonym użytku prywatnym, który pozwala na korzystanie z opublikowanych utworów w ramach użytku osobistego. Istnieje także grupa dozwolonych użytków publicznych – przykładowo: przysługujące prasie “prawo przedruku”, przysługujące uczelniom prawo do wykorzystywania utworów w celach dydaktycznych bądź naukowych, czy wreszcie przysługujące innym twórcom “prawo do cytatu”.

Wracając do pytania, jeżeli w podanych przykładach twórcy nie udzielają licencji (przy czym pamiętać trzeba, że licencja niewyłączna nie wymaga żadnej szczególnej formy np. pisemnej, zatem może być wyrażona w każdy sposób) na dalsze wykorzystywanie ich utworów, to przyjąć trzeba, że zamieszczenie ich grafik na prowadzonych fanpage’ach będzie – co do zasady – bezprawne.

Jan Favre: Mówisz o “użytku dozwolonym”, “prawie przedruku” i “prawie cytatu”. Czy tak modne w ostatnich czasach na portalach informacyjnych galerie z grafikami, zatytułowane “wstaw_dowolne_bieżące_wydarzenie [ZOBACZ MEMY!]”, które sprowadzają się do jednego akapitu z tekstem i serii ilustracji znalezionych w internecie, mieszczą się we wspomnianym przez ciebie “użytku dozwolonym”? 

Michał Bartosiński: Dozwolony użytek prywatny obejmuje korzystanie z już rozpowszechnionych utworów w ramach użytku osobistego, nie obejmuje więc co do zasady rozpowszechniania.

Prawo do cytatu to zezwolenie na nieodpłatne i niezależne od zgody twórcy korzystanie z urywków już rozpowszechnionych utworów albo nawet ich całości (gdy idzie o utwory plastyczne, fotograficzne lub “drobne”) polegające na przytoczeniu tych urywków utworów bądź całych utworów we własnym utworze w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, polemiką, analizą krytyczną bądź naukową, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości. Przykładowo: gdy piszesz na swoim blogu recenzję niedawno przeczytanej książki, to możesz we własnym utworze (tej recenzji) wykorzystywać fragmenty tej książki bez zgody twórcy i nieodpłatnie. Należy przy tym pamiętać, że warunkiem skorzystania z prawa do cytatu, jak i każdego innego dozwolonego użytku publicznego, jest wymienienie imienia i nazwiska twórcy oraz źródła.

Prawo przedruku oznacza, że wolno rozpowszechniać w celach informacyjnych w prasie, radiu i telewizji:

  • już rozpowszechnione sprawozdania o aktualnych wydarzeniach,
  • już rozpowszechnione artykuły na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne (to uprawnienie nie obowiązuje jednak, jeżeli zostało wyraźnie zastrzeżone, że dalsze rozpowszechnianie danego artykułu jest zabronione),
  • aktualne wypowiedzi i fotografie reporterskie,

a także krótkie wyciągi z takich sprawozdań bądź artykułów, przeglądy rozpowszechnionych utworów oraz ich krótkie streszczenia. Również w takim przypadku nie można zapominać o obowiązku podawania imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Dodatkowo, w przypadku rozpowszechniania artykułów bądź wypowiedzi lub fotografii reporterskich twórcy będzie przysługiwało wynagrodzenie. W takich sytuacjach nie jest więc konieczne uzyskanie zgody na rozpowszechnianie, jednak w razie rozpowszechnienia, po stronie twórcy powstaje roszczenie o zapłatę wynagrodzenia.

Jan Favre: Tylko, czy w kontekście prawa przedruku internet to radio, prasa, czy telewizja?

Michał Bartosiński: Internet to tylko narzędzie, z wykorzystaniem którego można wydawać prasę, nadawać audycje radiowe lub programy telewizyjne. Przykładowo: prasą będą publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem lub nazwą, numerem bieżącym i datą – niezależnie od tego, czy są wydawane na papierze czy w sieci.

Jan Favre: Dzięki za wyjaśnienie! Mam nadzieję, że kilku innym osobom również rozjaśni to co wolno, a czego nie w internecie!