Close
Close

Przychodzi taki smutny moment w życiu niektórych mężczyzn, że wyznawane po pijaku deklaracje miłości partnerka nagrywa na dyktafon i nie ma już jak się wyłgać, że to „Irmina koam cie, jezteź kobietom moego szycia, bedziesz moom szonom” to jej się przyśniło. Gdy whisky się rozlało, trzeba wypić herbatę, której nawarzyło i poinformować kolegów, że pijaństwo ma duże gorsze skutki niż kac. Na przykład ślub. I teraz wchodzisz Ty, drogi czytelniku, cały na czarno, bo jak niby masz się ubrać na żałobę?

Jeśli to czytasz, to podejrzewam, że jesteś najlepszym przyjacielem pana młodego, czyli świadkiem, czyli osobą, która jest odpowiedzialna za przygotowanie stypy. To znaczy wieczoru kawalerskiego. Podejrzewam, że masz już szyszkę w spodniach z przejęcia, bo największe wydarzenie jakie do tej pory organizowałeś to skołowanie flachy na studniówkę, ale spokojnie, od czego masz mnie? Byłem zarówno na wieczorze kawalerskim, na którym uczestnicy bawili się tak dobrze, jak pacjenci w hospicjum i na ostatniej szalonej nocy pana młodego, z której nikt nie chciał wracać, bo imprezowało się lepiej niż Bradleyowi Cooperowi w „Kac Vegas”.

Co zrobić, żeby wieczór kawalerski był niezapomnianą imprezą, którą będziecie wspominać, aż do demencji starczej? A przede wszystkim jak podołać ogarnięciu tego przedsięwzięcia? Już tłumaczę, ale najpierw ustalmy sobie 3 podstawowe kwestie.

Po pierwsze: najlepsze wieczory kawalerskie, to imprezy poza miastem

Jeśli chcesz pójść po linii najmniejszego oporu i w trakcie ostatniego wieczoru Twojego najlepszego przyjaciela pójść do klubu, do którego chodzicie odkąd udało Wam się wmówić karkom na bramce, że macie 18 lat, to lepiej od razu powiedz, że masz wyjebane na tę imprezę i jeśli chce, żeby było fajniej niż na imieninach u cioci Krysi, to niech poprosi o ogarnięcie tematu kogoś innego, bo Ty to spieprzysz. Serio, pozostanie w mieście, w którym mieszkacie na co dzień, to najgorsze, co możesz zrobić, bo ta impreza nie będzie różniła się niczym od 3749 poprzednich weekendów, w które poszliście na miasto.

Jeśli zależy Ci na tym, żeby przyszły pan młody i reszta ekipy dobrze się bawiła, wrzuciła na luz, zapomniała o pracy, obowiązkach, codzienności i działy się spontaniczne, szalone rzeczy, to musicie wyjechać z miasta. Im dalej, tym lepiej.

Po drugie: striptizerka musi być

Raz, że to tradycja, a dwa, że wszyscy to najmocniej wspominają. Nie zorganizuj striptizerki, a będzie Ci to wypominane, aż do następnego wieczoru kawalerskiego. Jeśli nie przez uczestników imprezy, to przez wyrzuty sumienia.

Po trzecie: każdy bierze odpowiedzialność za siebie

To, że jesteś kapitanem na tej łajbie, nie znaczy, że masz być też niańką chodzącą z pieluchą, kaszką i szufelką za każdym.

Ktoś strzaskał sobie telefon w trakcie udowadniania, że zrobi fikołka na poręczy o 5 nad ranem? Ma nauczkę, żeby z takimi zabawami czekać do wschodu słońca. Ktoś przechlał wkład własny na mieszkanie w trakcie melanżu? Jeśli wie, że nie ogarnia finansów po pijaku, to nie powinien był brać ze sobą portfela. Albo pić. Ktoś zdradził narzeczoną z 16-latką, która weszła do klubu na dowód starszej siostry? Niech się cieszy, że nie z 14-latką, bo poszedłby siedzieć. I zawsze lepiej, żeby jego poligamiczne zapędy wyszły teraz, niż po ślubie.

W każdym z tych przypadków, nie ma żadnej Twojej winy, że ktoś nie potrafi się kontrolować. Jesteście dorośli, każdy z Was może wziąć pożyczkę w Providencie, więc każdy odpowiada za siebie.

Jak już żelazne podstawy mamy ustalone, to przejdźmy do szczegółów.

Jak zorganizować wieczór kawalerski?

1. Każ panu młodemu przygotować listę gości. Z numerami telefonów do nich. Trudno, żebyś znał wszystkich jego ziomków z piaskownicy, amatorskiej ligi badmintona, 7 kierunków studiów i korpoboksu, a tym bardziej, żebyś był w 100% pewien, kogo z nich chce zaprosić na swój kończący singielstwo melanż. Im szybciej powiesz mu o liście nazwisk, tym lepiej, bo w niektórych przypadkach może to trwać naprawdę miesiącami, a czas zdecydowanie działa na Twoją niekorzyść.

2. Załóż na Facebooku tajną grupę do komunikacji z uczestnikami. Na szczęście nie żyjemy już w średniowieczu i nie musimy używać gołębi pocztowych do przekazywania sobie informacji, co przy próbie kontaktu z kilkunastoma osobami równolegle, mogłoby trwać aż do oświecenia. Wyślij każdej osobie z listy esa z linkiem do facebookowej grupy, gdzie będzie wszelkie info i działania związane z wydarzeniem. Kto się nie doda, znaczy, że nie chce brać udziału w imprezie. Aha, i argument z brakiem konta na Facebooku to słaby argument, jeśli komuś zależy choć trochę na panu młodym, to sobie założy.

3. Wymyśl gdzie jedziecie. Jeśli zostałeś świadkiem to znaczy, że znasz gościa, który będzie brał ślub na tyle dobrze, by stwierdzić, czy woli urwać film w Sopocie, Wrocławiu, Berlinie, czy Pradze. Jeśli nie jesteś pewien, to rzuć monetą, ale pod żadnym, uczulam, POD ŻADNYM pozorem nie pytaj go o to. Zepsujesz niespodziankę.

4. Zaproponuj 2 terminy wyjazdu. Dochodzimy do momentu, w którym musisz sobie wytatuować na wewnętrznej stronie powiek bardzo ważną maksymę: nigdy nie dogodzisz wszystkim. Zwłaszcza jeśli ci wszyscy, to więcej niż 3 ludzi. Niestety, ale zawsze choć jednej osobie coś będzie nie pasowało i nie zdarzy się tak, by któryś z terminów był optymalny dla każdego. Dlatego nie przejmuj się, gdy ktoś powie, że ani w jednym, ani w drugim terminie nie może. Gdyby mu faktycznie zależało, to mógłby w obu, a jeśli po prostu ma to w dupie, ale przez kurtuazję nie chce tego wyartykułować wprost, to choćbyś zaproponował i 365 dat, zawsze znajdzie jakąś wymówkę.

Wybierz opcję, za którą opowiedziało się więcej osób nie emocjonując się wariantem, który zaznaczyła mniejszość. Tak działa demokracja.

5. Daj tydzień czasu na wpłacenie zaliczki na zrzutkę. Na przykład po stówce w ramach przedpłaty za nocleg. To da Ci jasną informację, kto faktycznie chce jechać i być przy panu młodym w jego ostatnich chwilach, a kto tylko udaje, bo jeszcze nie wymyślił odpowiedniego wykrętu.

6. Deleguj zadania. Możesz mieć mniemanie o sobie wyższe niż Yao Ming, ale jeśli nie chcesz brać L4, to musisz podzielić się zadaniami z innymi uczestnikami, bo sam wszystkiego nie ogarniesz. No i w końcu to nie jest Twoja impreza, którą sobie wymyśliłeś z nudów, tylko ważna chwila Waszego wspólnego kumpla, więc czemu tylko Ty masz być zaangażowany w przygotowania, a reszta ma przyjść na gotowe?

a) jedna osoba szuka noclegu – najlepiej na AirBnb, bo doba hotelowa jest negocjowalna i najczęściej dłuższa niż w „normalnych” hotelach, a raczej nie będziecie zbierać się do wyjazdu o 10, jeśli piliście do 7, co?

b) druga osoba szuka optymalnego połączenia – tak żebyście nie byli w podróży cały dzień, ale też wyruszali o jakichś ludzkich godzinach

c) trzecia osoba szuka klubów – zgodnych z muzyką i klimatem preferowanym przez pana młodego

d) czwarta osoba szuka striptizerki – zwracając uwagę na komentarze, żebyście się nie nacięli na oszustkę. W najgorszym wypadku robi rozeznanie w klubach go-go

e) piąta osoba szuka pozaimprezowych atrakcji – miło przed lub po imprezie porobić coś poza imprezowaniem, na przykład pograć w paintballa, spróbować sił w parku linowym, orzeźwić się na wakeboardzie albo pogłówkować w escaperoomie. Zalecam jednak nie przesadzać z atrakcjami i ograniczyć się do 1, ale zajebistej, maksymalne 2, bo na więcej i tak nie będziecie mieli ani czasu, ani siły

7. Cały czas trzymaj pana młodego w niepewności! Powiedz mu tylko, żeby się spakował na 2 dni, ale nie może wiedzieć gdzie jedziecie, ani co będzie się działo i najlepiej przed podróżą zawiąż mu opaskę na oczach i zdejmij dopiero na miejscu. Uczul innych na to, żeby się nie wygadali ani jemu, ani przyszłej żonie, bo zepsują tylko zabawę. Niespodzianka zrobi na nim nieporównywalnie większe wrażenie, niż gdyby znał plan imprezy.

8. Nie przesadź z melanżem w trakcie podróży. Wiadomo, że fajnie się pije w pociągu, ale jeszcze lepiej poza nim i szkoda byłoby, żebyście wieczór kawalerski zakończyli przed południem. Poza tym, ktoś musi odebrać klucze do miejsca, w którym będziecie spać, a po połówce na łeb, może nie być to takie proste do zrealizowania.

9. Nie bierzcie telefonów i kart kredytowych przed wyjściem na miasto. A w szczególności pan młody niech ich nie bierze. Przede wszystkim nie będzie go kusiło, żeby kontaktować się niepotrzebnie z narzeczoną, a po drugie, tego typu imprezy bywają grubsze niż matka Gilberta Grape’a, tak że warto nie kusić losu wyzerowaniem konta, wyrabianiem wszystkich dokumentów, czy dewastacją iPhone’a. Bezpieczeństwo przede wszystkim, jak to mawiali konstruktorzy Titanica.

10. Baw się! Bo o to w tym wszystkim chodzi, więc nie zapominaj, że nie jesteś tylko organizatorem, ale i uczestnikiem, który pojechał z kumplami na konkretny balet!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Leo Hidalgo

 

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Fa

    Jestem już po ślubie 4 miesiące. Moi ziomkowie na kawalerski zabrali mnie do Leszna do tunelu aerodynamicznego. Moja stara sprzeciwiła się i pod żadnym wypadkiem nie pozwoliła na striptizerki. Ale po locie poszliśmy na melanż co tam się działo to nigdy nie wypłynie poza nasz krąg.

  • Ala

    Serio, usunąłeś mój komentarz? Nie był przecież obraźliwy ani nic w tym stylu… :/

  • Ala

    Wiesz… Lubię Ciebie i Twojego bloga, ale z tym wpisem się nie zgadzam. Na tej samej zasadzie można byłoby stworzyć poradnik dla rodziców/dziadków/cioć i wujków pomagających w organizacji wesela: „Pamiętajcie, na weselu MUSI być disco-polo. Nieważne, że młodzi nie chcą, taka jest tradycja i co to za wesele bez disco-polo?!” (w to miejsce można wstawić cokolwiek: ślub kościelny, pieczony prosiak, przaśne zabawy z podtekstem seksualnym). Prawda jest taka, że najważniejsze jest to, czego chcą młodzi – to ich czas i oni są na tych imprezach najważniejsi. Nie warto również ingerować w ich układy i ustalenia między nimi (np. jeśli umówili się, że nie będzie striptizu). Wieczór kawalerski czy panieński to tylko jedna impreza, zdecydowanie mniej ważna niż ich związek (skoro kochają się tak, że aż postanowili wziąć ze sobą ślub) :)

  • M.

    Hmm, to tak… W dzisiejszych czasach ludzie, którzy biorą ślub, są w monogamicznych związkach od ładnych kilku lat i zwykle już od dawna ze sobą mieszkają. Trudno ich więc nazwać „singlami”, ergo: striptizerka to pomysł z dupy i do dupy. Po drugie, kiedy ktoś, kogo kochasz, idzie w miasto na całą noc/wyjeżdża, możesz nie tyle mieć potrzebę go skontrolować, co bać się o jego bezpieczeństwo. Tak po prostu. Wiem, nudziarz ze mnie :>

    • Takie życie, czasami trzeba kogoś z domu wypuścić:) Aczkolwiek u mnie to się zdarza niemalże wyłącznie na kawalerskich i panieńskich:) Każda para jest różna.

    • @M. nie pomyliłeś przypadkiem związku z więzieniem? Bo tak wynika z twojej wypowiedzi.

      • Dopóki tylko się o kogoś boi, to nie jest źle, ciekawe tylko, jak to się objawia:)

  • Maciej Makaruk

    Jako pozaimprezową atrakcję polecam wybranie się na gokarty. Sprawdzone info. Wspomnienia z rywalizacji na torze zostaną na długo. A jak mordeczka to maniak motoryzacji to strzał w 10.

    • Evan Smith

      Też byłem na kawalerskim na gokartach – niezła zabawa. A drugi na jakim byłem i sam organizowałem to luksusowa impreza w New Orleans. Klub elitarny, więc i zabawa na najwyższym poziomie.

  • Wieczór kawalerski powinien też być dopasowany do ludzi, którzy tam się mają bawić. Byłem już na wieczorze informatyków, którzy stali zażenowani w klubie po ścianą przez kilka godzin. Byłem też na ‚aktywnym’, czyli paintball, quady, survival i park linowy. Podczas każdej z wymienionych rozrywek komuś coś się stało :)

    • Paulina

      Wieczór informatyków! Boże, jakie to musiało być piękne! <3 Ale ten, kto im zgotował takie piekło, to geniusz zła.

      • Wojciech

        wiadomix, dla informatyków tylko coding night

      • Marzeniem mojego faceta jest w wieczór kawalerski po prostu usiąść sobie z kumplami i grać całą noc w gry, bo na to brakuje mu czasu w życiu;) Ewentualnie laserowy paintball:) Co do klubu, to całkiem sporo facetów podpiera w nim ściany:P Najlepszy jest taki świadek, który ma gdzieś życzenia Pana Młodego i robi wieczór po swojemu;)

        • aaaaanaaa

          Dokładnie tak, wieczór panieński/kawalerski powinien być dopasowany do gustów narzeczonych. Moja przyjaciółka chciała zorganizować mi wyjazdowy panieński, ale ja akurat tego dnia wcale nie chciałam tak spędzać i to nie z powodu, że nie ruszam się nigdzie bez faceta, bo owszem, zdarza mi się wyjeżdżać wyłącznie ze znajomymi. Moim życzeniem było wyjście w gronie najlepszych kumpeli bez żadnego konkretnego planu licząc na to, że „poniesie nas melanż” ;) i poniósł ;) i było cudownie :)

          • No pewnie, każdy może spędzać tak, jak chce:) Znam naprawdę sporo osób, które nie znoszą klubów i radzą sobie inaczej:)

  • Podeślę chłopakom.

  • Siostra i szwagier mieli wieczór panieński/kawalerski tego samego dnia, ze względów logistycznych oboje w tym samym mieście, w którym mieszka 300 tysięcy osób. Spełnił się ich najgorszy sen: dwukrotnie się spotkali ;]. Dlatego warto zadbać o to i w takim przypadku omówić sprawę z organizatorem/organizatorką drugiego wieczoru, aby uniknąć podobnych sytuacji :)

    • Jak to się stało, że oboje wyjechali do tego samego miasta na wieczór kawalerski? :)

      • Właśnie tu został popełniony błąd, oboje zostali w swoim mieście :[

        • No to nie z przyczyn logistycznych, tylko z przyczyn lenistwa organizatorów :)

          • Ja np. nie znoszę panieńskich wyjazdowych, więc tu nie chodzi o lenistwo, tylko o preferencje Państwa Przyszłych Młodych:) Ostatnio miałam kilka wesel, więc było też kilka kawalerskich (oczywiście to nie ja na nie szłam;). Podsumowanie było takie: nigdzie nie było striptizerki, bo Pan Młody stanowczo sobie tego nie życzył, jeden był wyjazdowy, to na grupie na FB wszyscy marudzili, że czemu nie na miejscu;) Także wiesz, gusta są różne:)

    • Dobrze, że spotkali się przed ślubem.

    • Ja byłam na 3 łączonych kawalersko-panieńskich:) Jeden był łączony od początku, a dwa pozostałe polegały na tym, że obie grupy spotykały się w klubie o północy:)

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

Problemy kobiet, to też problemy mężczyzn

Skip to entry content

W poniedziałek odbędzie się Ogólnopolski Strajk Kobiet. Wspieram go jak mogę, bo jak można nie wspierać protestu przeciwko odebraniu ludziom możliwości decydowania o własnym ciele, zdrowiu i życiu? Technologicznie z roku na rok dokonujemy skoku, który wcześniej trwał stulecia i za pomocą kieszonkowego telefonu możemy przeprowadzić wideorozmowę z człowiekiem po drugiej stronie globu, co jeszcze nie tak dawno widzieliśmy tylko na filmach science-fiction, natomiast mentalnie cofamy się do średniowiecza i za chwilę będziemy sprawdzać, czy ktoś jest czarownicą, topiąc go w Wiśle i czekając, aż wypłynie. Jestem przeciwny odbieraniu kobietom podstawowych praw, tak bardzo, jak biegun północy jest przeciwny biegunowi południowemu i słyszę, że to wyjątkowe. Dziwi mnie to.

Dziwi mnie, że ze względu na to, że jestem mężczyzną, dostaję podziękowania za wsparcie Czarnego Protestu i Czarnego Poniedziałku. Dla mnie to oczywiste.

Tak się składa, że moja mama jest kobietą, moje obie babcie były kobietami i każda z moich partnerek też była kobietą. Moja wychowawczyni w podstawówce, gimnazjum i liceum była kobietą, przedszkolanka w pierwszym, drugim i trzecim przedszkolu również. Gdy w dzieciństwie spadłem z drzewa, tracąc przytomność po uderzeniu potylicą o konar, do mojej babci, która była kobietą, przyniosła mnie na rękach starsza koleżanka z placu, która też była kobietą, a gdy w wieku 18 lat, trafiłem do szpitala przez zatrucie farbą, salowa oraz pielęgniarką, która przynosiła mi kaczkę do łóżka, też była kobietą. Gdy wyprowadziłem się z domu, przyjeżdżając do Krakowa z jedną torbą i kilkoma złotymi w kieszeni, miejsce do spania w swoim mikropokoju i kromkę z pasztetem, dała mi przyjaciółka, która także była kobietą. Nawet kobieta, która dała mi pierwszą poważną pracę za niebotyczne – jak na ówczesne realia – pieniądze, była kobieta.

Nie żyjemy na osobnych planetach, nie jesteśmy odrębnymi gatunkami. Jesteśmy sobie nawzajem niezbędni, a problemy kobiet, to również problemy mężczyzn.

To nie jest tak, że kobiety żyją w jednym świecie, a mężczyźni w drugim i jeśli zabraknie tych pierwszych, to jakoś to będzie. My nawet nie żyjemy obok siebie, my żyjemy razem. Bez kobiet nie byłoby ani mnie, ani Ciebie, ani takiego harpagana jak Mariusz Pudziankowski, ani nawet takiego wybitnego myśliciela jak Terlikowski, czy Ziemkiewicz. Dlatego, gdy dzieje im się krzywda, musimy działać.

Nie da się mówić o problemach kobiet w oderwaniu od mężczyzn, w tak łączącym obie płcie temacie.

Ja wiem, że nauka coraz mocniej rozwija inseminację i in vitro, ale one wszystkie naprawdę nie zachodzą w te ciąże same. Tam wszędzie pojawia się mężczyzna. Również, gdy ciąża jest zagrożona, coś zagraża życiu matki lub dziecko z wrodzoną wadą umiera zaraz po porodzie. Lub gdy w jego trakcie umiera matka. Z tym wszystkim musi, powtarzam, musi zmierzyć się także mężczyzna. To nie jest tak, że faceci w tym nie uczestniczą i mają w dupie, czy ich dziecko będzie zdrowe, czy niezdolne do samodzielnego życia i czy ich partnerka w trakcie ciąży dostanie właściwą opiekę medyczną w razie problemów, czy zostanie odstawiona na półkę, dopóki jej stan nie będzie oznaczał pewnej śmierci.

Zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej to problem nas wszystkich, dlatego wszyscy powinniśmy się przeciwstawić.

W poniedziałek będzie miał miejsce Ogólnopolski Strajk Kobiet, ale jak dla mnie to powinien być Ogólnopolski Strajk Ludzi. Albo w ogóle Strajk Polaków. Ludzie powinni mieć prawo do decydowania o swoim ciele, do niepogłębiania skutków gwałtów i do tego, że ich życie będzie ratowane w pierwszej kolejności przed życiem zarodka. A już tak zupełnie przede wszystkim, powinni mieć prawo wyboru. Dlatego ja 03.10. wychodzę z domu i manifestuję swój sprzeciw i jeśli choć trochę zależy Ci na rzeczywistości, w której żyjesz i ludziach, którzy Cię otaczają, to też pokaż, że nie jest Ci wszystko jedno.

Gdy pielęgniarkom, górnikom albo rolnikom coś nie pasuje, wychodzą na ulice. My musimy zrobić to samo. I mówiąc „my”, mam na myśli również mężczyzn. Niech nasza męskość nie ogranicza się tylko do zmiany profilówki na Facebooku i oburzania się w internecie. Niech będą to bardziej namacalne działania, w końcu kobiety na nie zasługują.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mat Simpson
---> SKOMENTUJ

Co zmieniło we mnie 5 lat blogowania?

Skip to entry content

„Pięć lat minęło jak jeden dzień. Nie masz co wspominać? Lepiej swego bloga zmień” parafrazując klasyka. Ja mam całkiem sporo do wspominania, bo gdy zaczynałem przygodę z blogowaniem pod koniec 2011 roku, niemal wszystko wyglądało inaczej. Od gwiazd internetu, przez platformy do publikowania, po postrzeganie tego świata przez media. Te pół dekady temu najpopularniejszymi youtuberami był – przedwcześnie zmarły medialnie – Niekryty Krytyk, czy – obecnie działający głównie po drugiej stronie kamery – Kuba Jankowski z Matura to Bzdura, a gdy ktoś Cię pytał o znanych blogerów, w pierwszej kolejności wymieniałeś Maćka Budzicha albo Artura Kurasińskiego. Dziś podejrzewam, że te nazwiska nic już Ci nie mówią, jeśli nie śledzisz branży dłużej niż 2 lata.

W czasach, gdy ludzie jeszcze spierali się czy ten zagraniczny Facebook ma sens i nie lepiej zostać przy swojskiej Naszej Klasie, ja stawiałem pierwsze kroki w prowadzeniu swojego internetowego pamiętnika. W sensie bloga. Robiąc to tak źle, że gdyby ktoś wynalazł wehikuł czasu, cofnąłbym się do tamtego okresu i zabrał sobie klawiaturę albo przynajmniej posadził na karnego jeżyka. O tym, czym chciałem się zajmować, wiedziałem tyle, że chcę być jak Hank Moody w drugim sezonie „Californication”, że jestem najlepszy, a jak nie jestem, to będę i że nikomu sława i pieniądze nie należą się tak jak mnie. I nic więcej. A, jeszcze cały czas się zastanawiałem po cholerę ludziom internet w telefonach. Przecież to urządzenie służy do dzwonienia i smsowania.

Od tamtego momentu, sporo się zmieniło. Co konkretnie?

Brak pokory

Pisząc pierwsze teksty w 2011 byłem dogłębnie przekonany o własnej zajebistości, oryginalności i nieomylności. Wychodziłem z założenia, że jestem lepszy niż wszyscy ówcześnie publikujący blogerzy i jak tylko świat się o mnie dowie ludzie zaczną nosić mnie na rękach. Bo przecież to mi się należy. Problem tkwił tylko w tym, że świat miał mnie w dupie. A przynajmniej dwa z trzech wcześniej wspomnianych przekonań były błędne. Wraz z nabywaniem obycia w branży i poznawaniem kolejnych twórców moje zuchwalstwo zaczęło przygasać, zatrzymując się na zdrowym, budującym, a nie destrukcyjnym poziomie.

Wciąż nie jest mi blisko do pokornego ucznia, ale coraz dalej do pyszałkowatego aroganta.

Zaufanie do mediów

Gdyby nie względna popularność mojego bloga, pewnie nie miałbym okazji zobaczyć jak wygląda telewizja, czy radio od środka, ani jak działają dziennikarze w portalach internetowych i gazetach. I wierzył, że to, co jest tam publikowane to prawda. A przynajmniej rzetelnie podane fakty.

Niestety, ale media to syf i wiele, jeśli nie połowa, publikowanych przez nie „informacji” o prawdę nawet się nie otarło.

Ogrom „dziennikarzy” nie dość, że jest stronniczy, to ich subiektywizm nie jest szczery, wynikający z własnych przekonań, ale narzucony z góry przez przełożonych. Wiadomości są przejaskrawiane, a poszczególne zdania wyciągane z kontekstu i przeinaczane, by wzbudzały jak najmocniejsze kontrowersje i przyciągały nowych widzów. Mediom nie zależy na rzetelności, tylko na oglądalności i często celowo wprowadzają odbiorcę w błąd, byleby tylko słupki z zasięgami rosły, czego świetnym przykładem była styczniowa afera z Gazeta.pl.

Po tej połowie dekady wiem, że każdą budzącą żywe dyskusje informację muszę sprawdzać osobiście, bo bardzo często jest kłamstwem sfabrykowanym na potrzeby wygenerowania odpowiedniej ilości odsłon banerów, obok których jest zamieszczona.

Chęć do dyskusji w internecie

Po tylu sporach, które stoczyłem w komentarzach, a z których absolutnie nic nie wynikło poza tym, że pod ich koniec byłem jeszcze bardziej wkurwiony, niż na początku, coraz rzadziej chcę w nich uczestniczyć. Coraz częściej chcę po prostu zająć swoje stanowisko, przekazać we wpisie co mam do powiedzenia na dany temat i na tym zakończyć swoją rolę. Poza aspektem związanym ze stratą nerwów i energii w trakcie batalii toczonych pod postami, nabieram przekonania, że polemika i tak nie ma mocy sprawczej i nie zmieni drugiej osoby, więc nie ma sensu się w nią wdawać.

Empatia

Z tematów, z których naśmiewałem się, czy wręcz ordynarnie szydziłem w pierwszych wpisach, dziś bym się nie śmiał. Coś co kiedyś wydawało mi się dobrym tematem do mocnych żartów, dziś często postrzegam jako warte postawienia się w jego obronie. Skąd taka zmiana? W dużej mierze jest to wynikiem coraz częstszego bycia po drugiej, atakowanej stronie barykady, i bardziej bezpośredniej możliwości wczucia się w sytuację osób, które ktoś bierze sobie na celownik. Zamiana ról i zmiana perspektywy życiowej, zmienia w odbiorze ludzkich zachowań naprawdę bardzo dużo i sprawia, że zanim z czegoś zakpisz, mocno się zastanowisz.

Jakość tekstów

Nie jest to jakaś wyjątkowo odkrywcza sprawa i byłoby zdecydowanie coś nie tak, gdyby po takim czasie moje pisanie nie przybrało na jakości, bo jeśli robi się coś regularnie latami, to siłą rzeczy musi to ewoluować, ale dla spokoju ducha wspominam o tym. W stosunku do choćby ostatnich 12 miesięcy, teksty są zdecydowanie bardziej przemyślane, zgrabniej napisane i mniej powierzchowne. I dwukrotnie dłuższe, ale to na marginesie.

Świadomość własnych słabości

Mimo, że publiczna krytyka nie jest konstruktywna dla krytykowanego, a dopierdalanie się w komentarzach do innych jest destruktywnym zjawiskiem, bywa, że czytając coś ultra idiotycznego, nie jestem w stanie się powstrzymać i zachowuję się jak typowy hejter. Wiem, że to co zrobię jest złe, szkodliwe i przede wszystkim bez sensu, ale bywają momenty, kiedy przegrywam z samym sobą, a przede wszystkim z emocjami, które się we mnie kotłują i daję temu upust w postaci negatywnego komentarza. W ostatnim czasie mocno nad tym pracowałem, próbując całkowicie to wyeliminować i przede wszystkim nabrałem świadomości jak karygodne jest tego typu zachowanie.

Tolerancja dla wymówek

Jest takie powiedzenie, że „kto chce znajdzie sposób, kto nie chce znajdzie powód” i kilka razy byłem bliski wytatuowania go sobie na przedramieniu. W dorosłe życie wchodziłem mieszkając z 5 innymi osobami w ruderze, w której wchodząc do toalety parowało z ust i mając 1000zł na opłacenie tego skrawka podłogi, jedzenia, picia, ciuchów, lekarstw, proszku do prania i takich fanaberii jak kino, czy piwo na mieście, a dziś przynajmniej raz na 2 miesiące lecę na tygodniowe wakacje za granicę i jem w domu, a nie na mieście, gdy mam ochotę pogotować, a nie gdy muszę. Doszedłem do tego sam, realizując swój abstrakcyjny pomysł na życie, który większości osób wydawał się idiotyczny i nadający się tylko do publicznego wyśmiania.

Dlatego, gdy słyszę od kogoś, że czegoś nie robi, bo nie ma czasu, znajomości, rodzice mu nie pozwalają albo dlatego, że miał trudny start, to mówię mu wprost, że to wymówki, a jedyną przeszkodzą jest jego własny brak chęci.

Zmiana poglądów

Jedni fakt zmiany poglądów wraz z upływem czasu nazwą hipokryzją, ja ewolucją, czy też dojrzewaniem. Inaczej myślałem, gdy miałem 8 lat, kompletnie inaczej, gdy miałem 18, zdecydowanie inaczej postrzegam rzeczywistości, ludzi i prawa nimi rządzące, gdy mam 28 i jestem niemal pewien, że inaczej na to wszystko będę patrzył w wieku lat 38. Byłbym naprawdę zaskoczony, gdyby przez dekadę moje poglądy nie uległy żadnemu przeobrażeniu.

Dobra, to że przeżycia i rozwój intelektualno-duchowy nas zmienia nie jest niczym odkrywczym, ale jak do tego ma się prowadzenie bloga?

Ano tak, że za każdym z tych blogów stoi człowiek. Najczęściej indywidualista, mocno skrzywiony w stronę swojej fanaberii, z ego przerośniętym do tego stopnia, że wydaje mu się iż jego twórczość kogokolwiek interesuje. W skrócie: wariat. A ja tych wariatów w ciągu tych 5 lat poznałem dziesiątki. I to nie przez internet, a osobiście. Dziesiątki wariatów zawieszonych w swoich kosmosach podróżujących po odległych orbitach, z którymi nawiązałem kontakt, chcąc nie chcąc, wskakując w te niezbadane przestrzenie. Obranie choć chwilowo ich punktu widzenia, nie mogło nie pozostawić śladu. Jedne przekonania we mnie wzmocniło, drugie osłabiło, a trzecie zastąpiło czwartymi.

Z kim przestajesz takim się stajesz. Przestawanie z wariatami musiało się odbić na moich poglądach. Niekoniecznie wariackich.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shai Barzilay
---> SKOMENTUJ