Close
Close

Jak zorganizować wieczór kawalerski?

Skip to entry content

Przychodzi taki smutny moment w życiu niektórych mężczyzn, że wyznawane po pijaku deklaracje miłości partnerka nagrywa na dyktafon. I nie ma już jak się wyłgać, że to „Irmina koam cie, jezteź kobietom moego szycia, bedziesz moom szonom” to jej się przyśniło. Gdy whisky się rozlała, trzeba wypić herbatę, której nawarzyło i poinformować kolegów, że pijaństwo ma duże gorsze skutki niż kac. Na przykład ślub. I teraz wchodzisz Ty, drogi czytelniku, cały na czarno, bo jak niby masz się ubrać na żałobę?

Jeśli to czytasz, to podejrzewam, że jesteś najlepszym przyjacielem pana młodego, czyli świadkiem, czyli osobą, która jest odpowiedzialna za przygotowanie stypy. To znaczy wieczoru kawalerskiego. Podejrzewam, że masz już szyszkę w spodniach z przejęcia, bo największe wydarzenie jakie do tej pory organizowałeś to skołowanie flachy na studniówkę, ale spokojnie, od czego masz mnie? Byłem na wieczorze kawalerskim, na którym uczestnicy bawili się tak dobrze, jak pacjenci w hospicjum. Byłem też na ostatniej szalonej nocy pana młodego, z której nikt nie chciał wracać, bo imprezowało się lepiej niż Bradleyowi Cooperowi w „Kac Vegas”.

Co zrobić, żeby wieczór kawalerski był niezapomnianą imprezą, którą będziecie wspominać, aż do demencji starczej? A przede wszystkim jak podołać ogarnięciu tego przedsięwzięcia? Już tłumaczę, ale najpierw ustalmy sobie 3 podstawowe kwestie.

Po pierwsze: najlepsze wieczory kawalerskie, to imprezy poza miastem

Jeśli chcesz pójść po linii najmniejszego oporu i w trakcie ostatniego wieczoru Twojego najlepszego przyjaciela pójść do klubu, do którego chodzicie odkąd udało Wam się wmówić karkom na bramce, że macie 18 lat, to lepiej od razu powiedz, że masz wyjebane na tę imprezę. I jeśli chce, żeby było fajniej niż na imieninach u cioci Krysi, to niech poprosi o ogarnięcie tematu kogoś innego, bo Ty to spieprzysz. Serio, pozostanie w mieście, w którym mieszkacie na co dzień, to najgorsze, co możesz zrobić, bo ta impreza nie będzie różniła się niczym od 3749 poprzednich weekendów, kiedy poszliście na miasto.

Jeśli zależy Ci na tym, żeby przyszły pan młody i reszta ekipy dobrze się bawiła, wrzuciła na luz, zapomniała o pracy, obowiązkach, codzienności i działy się spontaniczne, szalone rzeczy, to musicie wyjechać z miasta. Im dalej, tym lepiej.

Po drugie: striptizerka musi być

Raz, że to tradycja, a dwa, że wszyscy to najmocniej wspominają. Nie zorganizuj striptizerki, a będzie Ci to wypominane, aż do następnego wieczoru kawalerskiego. Jeśli nie przez uczestników imprezy, to przez wyrzuty sumienia.

Po trzecie: każdy bierze odpowiedzialność za siebie

To, że jesteś kapitanem na tej łajbie, nie znaczy, że masz być też niańką chodzącą z pieluchą i szufelką za każdym.

Ktoś strzaskał sobie telefon w trakcie udowadniania, że zrobi fikołka na poręczy o 5 nad ranem? Ma nauczkę, żeby z takimi zabawami czekać do wschodu słońca. Ktoś przechlał wkład własny na mieszkanie w trakcie melanżu? Jeśli wie, że nie ogarnia finansów po pijaku, to nie powinien był brać ze sobą portfela. Albo pić. Ktoś zdradził narzeczoną z 16-latką, która weszła do klubu na dowód starszej siostry? Niech się cieszy, że nie z 14-latką, bo poszedłby siedzieć. I zawsze lepiej, żeby jego poligamiczne zapędy wyszły teraz, niż po ślubie.

W każdym z tych przypadków, nie ma żadnej Twojej winy, że ktoś nie potrafi się kontrolować. Jesteście dorośli, każdy z Was może wziąć pożyczkę w Providencie, więc każdy odpowiada za siebie.

Dobra, jak już żelazne podstawy mamy ustalone, to przejdźmy do szczegółów.

Jak zorganizować wieczór kawalerski?

1. Każ panu młodemu przygotować listę gości. Z numerami telefonów do nich. Trudno, żebyś znał wszystkich jego ziomków z piaskownicy, amatorskiej ligi badmintona, 7 kierunków studiów i korpoboksu, a tym bardziej, żebyś był w 100% pewien, kogo z nich chce zaprosić na swój wieczór kawalerski. Im szybciej powiesz mu o liście nazwisk, tym lepiej, bo w niektórych przypadkach może to trwać naprawdę miesiącami, a czas zdecydowanie działa na Twoją niekorzyść.

2. Załóż na Facebooku tajną grupę do komunikacji z uczestnikami. Na szczęście nie żyjemy już w średniowieczu i nie musimy używać gołębi pocztowych do przekazywania sobie informacji, co przy próbie kontaktu z kilkunastoma osobami równolegle, mogłoby trwać aż do oświecenia. Wyślij każdej osobie z listy esa z linkiem do facebookowej grupy, gdzie będzie wszelkie info i działania związane z wydarzeniem. Kto się nie doda, znaczy, że nie chce brać udziału w imprezie. Aha, i argument z brakiem konta na Facebooku to słaby argument, jeśli komuś zależy choć trochę na panu młodym, to sobie założy.

3. Wymyśl gdzie jedziecie. Jeśli zostałeś świadkiem to znaczy, że znasz gościa, który będzie brał ślub na tyle dobrze, by stwierdzić, czy woli urwać film w Sopocie, Wrocławiu, Berlinie, czy Pradze. Jeśli nie jesteś pewien, to rzuć monetą, ale pod żadnym, uczulam, POD ŻADNYM pozorem nie pytaj go o to. Zepsujesz niespodziankę.

4. Zaproponuj 2 terminy wyjazdu. Dochodzimy do momentu, w którym musisz sobie wytatuować na wewnętrznej stronie powiek bardzo ważną maksymę: nigdy nie dogodzisz wszystkim. Zwłaszcza jeśli ci wszyscy, to więcej niż 3 ludzi. Niestety, ale zawsze choć jednej osobie coś będzie nie pasowało i nie zdarzy się tak, by któryś z terminów był optymalny dla każdego. Dlatego nie przejmuj się, gdy ktoś powie, że ani w jednym, ani w drugim terminie nie może. Gdyby mu faktycznie zależało, to mógłby w obu, a jeśli po prostu ma to w dupie, ale przez kurtuazję nie chce tego wyartykułować wprost, to choćbyś zaproponował i 365 dat, zawsze znajdzie jakąś wymówkę.

Wybierz opcję, za którą opowiedziało się więcej osób, nie emocjonując się wariantem, który zaznaczyła mniejszość. Tak działa demokracja.

5. Daj tydzień czasu na wpłacenie zaliczki na zrzutkę. Na przykład po stówce w ramach przedpłaty za nocleg. To da Ci jasną informację, kto faktycznie chce jechać i być przy panu młodym w jego ostatnich chwilach, a kto tylko udaje, bo jeszcze nie wymyślił odpowiedniego wykrętu.

6. Deleguj zadania. Możesz mieć mniemanie o sobie wyższe niż Yao Ming, ale jeśli nie chcesz brać L4, to musisz podzielić się zadaniami z innymi uczestnikami, bo sam wszystkiego nie ogarniesz. No i w końcu to nie jest Twoja impreza, którą sobie wymyśliłeś z nudów, tylko ważna chwila Waszego wspólnego kumpla, więc czemu tylko Ty masz być zaangażowany w przygotowania, a reszta ma przyjść na gotowe?

a) jedna osoba szuka noclegu – najlepiej na AirBnb, bo doba hotelowa jest negocjowalna i najczęściej dłuższa niż w „normalnych” hotelach, a raczej nie będziecie zbierać się do wyjazdu o 10:00, jeśli piliście do 7, co?

b) druga osoba szuka optymalnego połączenia – tak żebyście nie byli w podróży cały dzień, ale też wyruszali o jakichś ludzkich godzinach

c) trzecia osoba szuka klubów – zgodnych z muzyką i klimatem preferowanym przez pana młodego

d) czwarta osoba szuka striptizerki – zwracając uwagę na komentarze, żebyście się nie nacięli na oszustkę. W najgorszym wypadku robi rozeznanie w klubach go-go

e) piąta osoba szuka pozaimprezowych atrakcji – miło przed lub po imprezie porobić coś poza imprezowaniem, na przykład pograć w paintballa, spróbować sił w parku linowym, orzeźwić się na wakeboardzie albo pogłówkować w escaperoomie. Zalecam jednak nie przesadzać z atrakcjami i ograniczyć się do 1, ale zajebistej, maksymalne 2, bo na więcej i tak nie będziecie mieli ani czasu, ani siły

7. Cały czas trzymaj pana młodego w niepewności! Powiedz mu tylko, żeby się spakował na 2 dni, ale nie może wiedzieć gdzie jedziecie, ani co będzie się działo i najlepiej przed podróżą zawiąż mu opaskę na oczach i zdejmij dopiero na miejscu. Uczul innych na to, żeby się nie wygadali ani jemu, ani przyszłej żonie, bo zepsują tylko zabawę. Niespodzianka zrobi na nim nieporównywalnie większe wrażenie, niż gdyby znał plan imprezy.

8. Nie przesadź z melanżem w trakcie podróży. Wiadomo, że fajnie się pije w pociągu, ale jeszcze lepiej poza nim i szkoda byłoby, żebyście wieczór kawalerski zakończyli przed południem. Poza tym, ktoś musi odebrać klucze do miejsca, w którym będziecie spać, a po połówce na łeb, może nie być to takie proste do zrealizowania.

9. Nie bierzcie telefonów i kart kredytowych przed wyjściem na miasto. A w szczególności pan młody niech ich nie bierze. Przede wszystkim nie będzie go kusiło, żeby kontaktować się niepotrzebnie z narzeczoną, a po drugie, tego typu imprezy bywają grubsze niż matka Gilberta Grape’a, tak że warto nie kusić losu wyzerowaniem konta, wyrabianiem wszystkich dokumentów, czy dewastacją iPhone’a. Bezpieczeństwo przede wszystkim, jak to mawiali konstruktorzy Titanica.

10. Baw się! Bo o to w tym wszystkim chodzi, więc nie zapominaj, że nie jesteś tylko organizatorem, ale i uczestnikiem, który pojechał z kumplami na konkretny balet!

autorem zdjęcia w nagłówku jest Leo Hidalgo

 

(niżej jest kolejny tekst)

26
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
20 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
Ania SobkiewiczNatekEvan SmithFaaaaaanaaa Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kacper Ożóg
Gość

Podeślę chłopakom.

Jan Favre
Gość

No nie mów, że już Ci jakaś kobieta życie ślubem chce zmarnować.

Kacper Ożóg
Gość

Będą mieli na przyszłość ;)

Jan Favre
Gość

Ufff…

Maciej Makaruk
Gość
Maciej Makaruk

Jako pozaimprezową atrakcję polecam wybranie się na gokarty. Sprawdzone info. Wspomnienia z rywalizacji na torze zostaną na długo. A jak mordeczka to maniak motoryzacji to strzał w 10.

Evan Smith
Gość
Evan Smith

Też byłem na kawalerskim na gokartach – niezła zabawa. A drugi na jakim byłem i sam organizowałem to luksusowa impreza w New Orleans. Klub elitarny, więc i zabawa na najwyższym poziomie.

Natek
Gość
Natek

My zamawialiśmy na kawalerski imprezę gdzie otrzymaliśmy pakiet we Wrocławiu gokarty + Dancebus. Generalnie jestem mega zadowolony, ogarnęli nawet koordynatorkę która wszystkim się zajęła, a że my nie z Wrocławia to jeszcze na koniec zaprowadziła nas do klubu więc mega polecam i daje im 10/10.

Ania Sobkiewicz
Gość
Ania Sobkiewicz

Ciekawe rady, teraz z racji tego, że mój chłopak jest zapracowany pomagam mu zorganizować logistycznie wieczór kawalerski dla jego kolegi.

I chyba zdecydują się pójść na luksusowe kurwy. Podobno ekstra klimat na takie okazje dla facetów.

M.
Gość
M.

Hmm, to tak… W dzisiejszych czasach ludzie, którzy biorą ślub, są w monogamicznych związkach od ładnych kilku lat i zwykle już od dawna ze sobą mieszkają. Trudno ich więc nazwać „singlami”, ergo: striptizerka to pomysł z dupy i do dupy. Po drugie, kiedy ktoś, kogo kochasz, idzie w miasto na całą noc/wyjeżdża, możesz nie tyle mieć potrzebę go skontrolować, co bać się o jego bezpieczeństwo. Tak po prostu. Wiem, nudziarz ze mnie :>

Grocrafty.pl
Gość

Takie życie, czasami trzeba kogoś z domu wypuścić:) Aczkolwiek u mnie to się zdarza niemalże wyłącznie na kawalerskich i panieńskich:) Każda para jest różna.

Jan Favre
Gość

@M. nie pomyliłeś przypadkiem związku z więzieniem? Bo tak wynika z twojej wypowiedzi.

Grocrafty.pl
Gość

Dopóki tylko się o kogoś boi, to nie jest źle, ciekawe tylko, jak to się objawia:)

Catalinka
Gość

Siostra i szwagier mieli wieczór panieński/kawalerski tego samego dnia, ze względów logistycznych oboje w tym samym mieście, w którym mieszka 300 tysięcy osób. Spełnił się ich najgorszy sen: dwukrotnie się spotkali ;]. Dlatego warto zadbać o to i w takim przypadku omówić sprawę z organizatorem/organizatorką drugiego wieczoru, aby uniknąć podobnych sytuacji :)

Jan Favre
Gość

Jak to się stało, że oboje wyjechali do tego samego miasta na wieczór kawalerski? :)

Catalinka
Gość

Właśnie tu został popełniony błąd, oboje zostali w swoim mieście :[

Jan Favre
Gość

No to nie z przyczyn logistycznych, tylko z przyczyn lenistwa organizatorów :)

Grocrafty.pl
Gość

Ja np. nie znoszę panieńskich wyjazdowych, więc tu nie chodzi o lenistwo, tylko o preferencje Państwa Przyszłych Młodych:) Ostatnio miałam kilka wesel, więc było też kilka kawalerskich (oczywiście to nie ja na nie szłam;). Podsumowanie było takie: nigdzie nie było striptizerki, bo Pan Młody stanowczo sobie tego nie życzył, jeden był wyjazdowy, to na grupie na FB wszyscy marudzili, że czemu nie na miejscu;) Także wiesz, gusta są różne:)

Saga Sachnik
Gość

Dobrze, że spotkali się przed ślubem.

Grocrafty.pl
Gość

Ja byłam na 3 łączonych kawalersko-panieńskich:) Jeden był łączony od początku, a dwa pozostałe polegały na tym, że obie grupy spotykały się w klubie o północy:)

Król Czasu
Gość

Wieczór kawalerski powinien też być dopasowany do ludzi, którzy tam się mają bawić. Byłem już na wieczorze informatyków, którzy stali zażenowani w klubie po ścianą przez kilka godzin. Byłem też na ‚aktywnym’, czyli paintball, quady, survival i park linowy. Podczas każdej z wymienionych rozrywek komuś coś się stało :)

Paulina
Gość
Paulina

Wieczór informatyków! Boże, jakie to musiało być piękne! <3 Ale ten, kto im zgotował takie piekło, to geniusz zła.

Wojciech
Gość
Wojciech

wiadomix, dla informatyków tylko coding night

Grocrafty.pl
Gość

Marzeniem mojego faceta jest w wieczór kawalerski po prostu usiąść sobie z kumplami i grać całą noc w gry, bo na to brakuje mu czasu w życiu;) Ewentualnie laserowy paintball:) Co do klubu, to całkiem sporo facetów podpiera w nim ściany:P Najlepszy jest taki świadek, który ma gdzieś życzenia Pana Młodego i robi wieczór po swojemu;)

aaaaanaaa
Gość
aaaaanaaa

Dokładnie tak, wieczór panieński/kawalerski powinien być dopasowany do gustów narzeczonych. Moja przyjaciółka chciała zorganizować mi wyjazdowy panieński, ale ja akurat tego dnia wcale nie chciałam tak spędzać i to nie z powodu, że nie ruszam się nigdzie bez faceta, bo owszem, zdarza mi się wyjeżdżać wyłącznie ze znajomymi. Moim życzeniem było wyjście w gronie najlepszych kumpeli bez żadnego konkretnego planu licząc na to, że „poniesie nas melanż” ;) i poniósł ;) i było cudownie :)

Grocrafty.pl
Gość

No pewnie, każdy może spędzać tak, jak chce:) Znam naprawdę sporo osób, które nie znoszą klubów i radzą sobie inaczej:)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Problemy kobiet, to też problemy mężczyzn

Skip to entry content

W poniedziałek odbędzie się Ogólnopolski Strajk Kobiet. Wspieram go jak mogę, bo jak można nie wspierać protestu przeciwko odebraniu ludziom możliwości decydowania o własnym ciele, zdrowiu i życiu? Technologicznie z roku na rok dokonujemy skoku, który wcześniej trwał stulecia i za pomocą kieszonkowego telefonu możemy przeprowadzić wideorozmowę z człowiekiem po drugiej stronie globu, co jeszcze nie tak dawno widzieliśmy tylko na filmach science-fiction, natomiast mentalnie cofamy się do średniowiecza i za chwilę będziemy sprawdzać, czy ktoś jest czarownicą, topiąc go w Wiśle i czekając, aż wypłynie. Jestem przeciwny odbieraniu kobietom podstawowych praw, tak bardzo, jak biegun północy jest przeciwny biegunowi południowemu i słyszę, że to wyjątkowe. Dziwi mnie to.

Dziwi mnie, że ze względu na to, że jestem mężczyzną, dostaję podziękowania za wsparcie Czarnego Protestu i Czarnego Poniedziałku. Dla mnie to oczywiste.

Tak się składa, że moja mama jest kobietą, moje obie babcie były kobietami i każda z moich partnerek też była kobietą. Moja wychowawczyni w podstawówce, gimnazjum i liceum była kobietą, przedszkolanka w pierwszym, drugim i trzecim przedszkolu również. Gdy w dzieciństwie spadłem z drzewa, tracąc przytomność po uderzeniu potylicą o konar, do mojej babci, która była kobietą, przyniosła mnie na rękach starsza koleżanka z placu, która też była kobietą, a gdy w wieku 18 lat, trafiłem do szpitala przez zatrucie farbą, salowa oraz pielęgniarką, która przynosiła mi kaczkę do łóżka, też była kobietą. Gdy wyprowadziłem się z domu, przyjeżdżając do Krakowa z jedną torbą i kilkoma złotymi w kieszeni, miejsce do spania w swoim mikropokoju i kromkę z pasztetem, dała mi przyjaciółka, która także była kobietą. Nawet kobieta, która dała mi pierwszą poważną pracę za niebotyczne – jak na ówczesne realia – pieniądze, była kobieta.

Nie żyjemy na osobnych planetach, nie jesteśmy odrębnymi gatunkami. Jesteśmy sobie nawzajem niezbędni, a problemy kobiet, to również problemy mężczyzn.

To nie jest tak, że kobiety żyją w jednym świecie, a mężczyźni w drugim i jeśli zabraknie tych pierwszych, to jakoś to będzie. My nawet nie żyjemy obok siebie, my żyjemy razem. Bez kobiet nie byłoby ani mnie, ani Ciebie, ani takiego harpagana jak Mariusz Pudziankowski, ani nawet takiego wybitnego myśliciela jak Terlikowski, czy Ziemkiewicz. Dlatego, gdy dzieje im się krzywda, musimy działać.

Nie da się mówić o problemach kobiet w oderwaniu od mężczyzn, w tak łączącym obie płcie temacie.

Ja wiem, że nauka coraz mocniej rozwija inseminację i in vitro, ale one wszystkie naprawdę nie zachodzą w te ciąże same. Tam wszędzie pojawia się mężczyzna. Również, gdy ciąża jest zagrożona, coś zagraża życiu matki lub dziecko z wrodzoną wadą umiera zaraz po porodzie. Lub gdy w jego trakcie umiera matka. Z tym wszystkim musi, powtarzam, musi zmierzyć się także mężczyzna. To nie jest tak, że faceci w tym nie uczestniczą i mają w dupie, czy ich dziecko będzie zdrowe, czy niezdolne do samodzielnego życia i czy ich partnerka w trakcie ciąży dostanie właściwą opiekę medyczną w razie problemów, czy zostanie odstawiona na półkę, dopóki jej stan nie będzie oznaczał pewnej śmierci.

Zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej to problem nas wszystkich, dlatego wszyscy powinniśmy się przeciwstawić.

W poniedziałek będzie miał miejsce Ogólnopolski Strajk Kobiet, ale jak dla mnie to powinien być Ogólnopolski Strajk Ludzi. Albo w ogóle Strajk Polaków. Ludzie powinni mieć prawo do decydowania o swoim ciele, do niepogłębiania skutków gwałtów i do tego, że ich życie będzie ratowane w pierwszej kolejności przed życiem zarodka. A już tak zupełnie przede wszystkim, powinni mieć prawo wyboru. Dlatego ja 03.10. wychodzę z domu i manifestuję swój sprzeciw i jeśli choć trochę zależy Ci na rzeczywistości, w której żyjesz i ludziach, którzy Cię otaczają, to też pokaż, że nie jest Ci wszystko jedno.

Gdy pielęgniarkom, górnikom albo rolnikom coś nie pasuje, wychodzą na ulice. My musimy zrobić to samo. I mówiąc „my”, mam na myśli również mężczyzn. Niech nasza męskość nie ogranicza się tylko do zmiany profilówki na Facebooku i oburzania się w internecie. Niech będą to bardziej namacalne działania, w końcu kobiety na nie zasługują.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mat Simpson

Co zmieniło we mnie 5 lat blogowania?

Skip to entry content

„Pięć lat minęło jak jeden dzień. Nie masz co wspominać? Lepiej swego bloga zmień” parafrazując klasyka. Ja mam całkiem sporo do wspominania, bo gdy zaczynałem przygodę z blogowaniem pod koniec 2011 roku, niemal wszystko wyglądało inaczej. Od gwiazd internetu, przez platformy do publikowania, po postrzeganie tego świata przez media. Te pół dekady temu najpopularniejszymi youtuberami był – przedwcześnie zmarły medialnie – Niekryty Krytyk, czy – obecnie działający głównie po drugiej stronie kamery – Kuba Jankowski z Matura to Bzdura, a gdy ktoś Cię pytał o znanych blogerów, w pierwszej kolejności wymieniałeś Maćka Budzicha albo Artura Kurasińskiego. Dziś podejrzewam, że te nazwiska nic już Ci nie mówią, jeśli nie śledzisz branży dłużej niż 2 lata.

W czasach, gdy ludzie jeszcze spierali się czy ten zagraniczny Facebook ma sens i nie lepiej zostać przy swojskiej Naszej Klasie, ja stawiałem pierwsze kroki w prowadzeniu swojego internetowego pamiętnika. W sensie bloga. Robiąc to tak źle, że gdyby ktoś wynalazł wehikuł czasu, cofnąłbym się do tamtego okresu i zabrał sobie klawiaturę albo przynajmniej posadził na karnego jeżyka. O tym, czym chciałem się zajmować, wiedziałem tyle, że chcę być jak Hank Moody w drugim sezonie „Californication”, że jestem najlepszy, a jak nie jestem, to będę i że nikomu sława i pieniądze nie należą się tak jak mnie. I nic więcej. A, jeszcze cały czas się zastanawiałem po cholerę ludziom internet w telefonach. Przecież to urządzenie służy do dzwonienia i smsowania.

Od tamtego momentu, sporo się zmieniło. Co konkretnie?

Brak pokory

Pisząc pierwsze teksty w 2011 byłem dogłębnie przekonany o własnej zajebistości, oryginalności i nieomylności. Wychodziłem z założenia, że jestem lepszy niż wszyscy ówcześnie publikujący blogerzy i jak tylko świat się o mnie dowie ludzie zaczną nosić mnie na rękach. Bo przecież to mi się należy. Problem tkwił tylko w tym, że świat miał mnie w dupie. A przynajmniej dwa z trzech wcześniej wspomnianych przekonań były błędne. Wraz z nabywaniem obycia w branży i poznawaniem kolejnych twórców moje zuchwalstwo zaczęło przygasać, zatrzymując się na zdrowym, budującym, a nie destrukcyjnym poziomie.

Wciąż nie jest mi blisko do pokornego ucznia, ale coraz dalej do pyszałkowatego aroganta.

Zaufanie do mediów

Gdyby nie względna popularność mojego bloga, pewnie nie miałbym okazji zobaczyć jak wygląda telewizja, czy radio od środka, ani jak działają dziennikarze w portalach internetowych i gazetach. I wierzył, że to, co jest tam publikowane to prawda. A przynajmniej rzetelnie podane fakty.

Niestety, ale media to syf i wiele, jeśli nie połowa, publikowanych przez nie „informacji” o prawdę nawet się nie otarło.

Ogrom „dziennikarzy” nie dość, że jest stronniczy, to ich subiektywizm nie jest szczery, wynikający z własnych przekonań, ale narzucony z góry przez przełożonych. Wiadomości są przejaskrawiane, a poszczególne zdania wyciągane z kontekstu i przeinaczane, by wzbudzały jak najmocniejsze kontrowersje i przyciągały nowych widzów. Mediom nie zależy na rzetelności, tylko na oglądalności i często celowo wprowadzają odbiorcę w błąd, byleby tylko słupki z zasięgami rosły, czego świetnym przykładem była styczniowa afera z Gazeta.pl.

Po tej połowie dekady wiem, że każdą budzącą żywe dyskusje informację muszę sprawdzać osobiście, bo bardzo często jest kłamstwem sfabrykowanym na potrzeby wygenerowania odpowiedniej ilości odsłon banerów, obok których jest zamieszczona.

Chęć do dyskusji w internecie

Po tylu sporach, które stoczyłem w komentarzach, a z których absolutnie nic nie wynikło poza tym, że pod ich koniec byłem jeszcze bardziej wkurwiony, niż na początku, coraz rzadziej chcę w nich uczestniczyć. Coraz częściej chcę po prostu zająć swoje stanowisko, przekazać we wpisie co mam do powiedzenia na dany temat i na tym zakończyć swoją rolę. Poza aspektem związanym ze stratą nerwów i energii w trakcie batalii toczonych pod postami, nabieram przekonania, że polemika i tak nie ma mocy sprawczej i nie zmieni drugiej osoby, więc nie ma sensu się w nią wdawać.

Empatia

Z tematów, z których naśmiewałem się, czy wręcz ordynarnie szydziłem w pierwszych wpisach, dziś bym się nie śmiał. Coś co kiedyś wydawało mi się dobrym tematem do mocnych żartów, dziś często postrzegam jako warte postawienia się w jego obronie. Skąd taka zmiana? W dużej mierze jest to wynikiem coraz częstszego bycia po drugiej, atakowanej stronie barykady, i bardziej bezpośredniej możliwości wczucia się w sytuację osób, które ktoś bierze sobie na celownik. Zamiana ról i zmiana perspektywy życiowej, zmienia w odbiorze ludzkich zachowań naprawdę bardzo dużo i sprawia, że zanim z czegoś zakpisz, mocno się zastanowisz.

Jakość tekstów

Nie jest to jakaś wyjątkowo odkrywcza sprawa i byłoby zdecydowanie coś nie tak, gdyby po takim czasie moje pisanie nie przybrało na jakości, bo jeśli robi się coś regularnie latami, to siłą rzeczy musi to ewoluować, ale dla spokoju ducha wspominam o tym. W stosunku do choćby ostatnich 12 miesięcy, teksty są zdecydowanie bardziej przemyślane, zgrabniej napisane i mniej powierzchowne. I dwukrotnie dłuższe, ale to na marginesie.

Świadomość własnych słabości

Mimo, że publiczna krytyka nie jest konstruktywna dla krytykowanego, a dopierdalanie się w komentarzach do innych jest destruktywnym zjawiskiem, bywa, że czytając coś ultra idiotycznego, nie jestem w stanie się powstrzymać i zachowuję się jak typowy hejter. Wiem, że to co zrobię jest złe, szkodliwe i przede wszystkim bez sensu, ale bywają momenty, kiedy przegrywam z samym sobą, a przede wszystkim z emocjami, które się we mnie kotłują i daję temu upust w postaci negatywnego komentarza. W ostatnim czasie mocno nad tym pracowałem, próbując całkowicie to wyeliminować i przede wszystkim nabrałem świadomości jak karygodne jest tego typu zachowanie.

Tolerancja dla wymówek

Jest takie powiedzenie, że „kto chce znajdzie sposób, kto nie chce znajdzie powód” i kilka razy byłem bliski wytatuowania go sobie na przedramieniu. W dorosłe życie wchodziłem mieszkając z 5 innymi osobami w ruderze, w której wchodząc do toalety parowało z ust i mając 1000zł na opłacenie tego skrawka podłogi, jedzenia, picia, ciuchów, lekarstw, proszku do prania i takich fanaberii jak kino, czy piwo na mieście, a dziś przynajmniej raz na 2 miesiące lecę na tygodniowe wakacje za granicę i jem w domu, a nie na mieście, gdy mam ochotę pogotować, a nie gdy muszę. Doszedłem do tego sam, realizując swój abstrakcyjny pomysł na życie, który większości osób wydawał się idiotyczny i nadający się tylko do publicznego wyśmiania.

Dlatego, gdy słyszę od kogoś, że czegoś nie robi, bo nie ma czasu, znajomości, rodzice mu nie pozwalają albo dlatego, że miał trudny start, to mówię mu wprost, że to wymówki, a jedyną przeszkodzą jest jego własny brak chęci.

Zmiana poglądów

Jedni fakt zmiany poglądów wraz z upływem czasu nazwą hipokryzją, ja ewolucją, czy też dojrzewaniem. Inaczej myślałem, gdy miałem 8 lat, kompletnie inaczej, gdy miałem 18, zdecydowanie inaczej postrzegam rzeczywistości, ludzi i prawa nimi rządzące, gdy mam 28 i jestem niemal pewien, że inaczej na to wszystko będę patrzył w wieku lat 38. Byłbym naprawdę zaskoczony, gdyby przez dekadę moje poglądy nie uległy żadnemu przeobrażeniu.

Dobra, to że przeżycia i rozwój intelektualno-duchowy nas zmienia nie jest niczym odkrywczym, ale jak do tego ma się prowadzenie bloga?

Ano tak, że za każdym z tych blogów stoi człowiek. Najczęściej indywidualista, mocno skrzywiony w stronę swojej fanaberii, z ego przerośniętym do tego stopnia, że wydaje mu się iż jego twórczość kogokolwiek interesuje. W skrócie: wariat. A ja tych wariatów w ciągu tych 5 lat poznałem dziesiątki. I to nie przez internet, a osobiście. Dziesiątki wariatów zawieszonych w swoich kosmosach podróżujących po odległych orbitach, z którymi nawiązałem kontakt, chcąc nie chcąc, wskakując w te niezbadane przestrzenie. Obranie choć chwilowo ich punktu widzenia, nie mogło nie pozostawić śladu. Jedne przekonania we mnie wzmocniło, drugie osłabiło, a trzecie zastąpiło czwartymi.

Z kim przestajesz takim się stajesz. Przestawanie z wariatami musiało się odbić na moich poglądach. Niekoniecznie wariackich.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Shai Barzilay