Close
Close

Za co w internecie możesz iść do więzienia?

Skip to entry content

Mimo, że pierwsze internetowe łącze w Polsce zostało uruchomione 26 lat temu, wiele osób zachowuje się jakby to stało się wczoraj, traktując sieć jak zabawkę, w której nie obowiązują zasady ze świata realnego. Publiczne obrażanie, czy szykanowanie odstających od ogółu jednostek jest na porządku dziennym, zwłaszcza wśród młodszych internautów, lecz nie tylko, w myśl przekonania “to tylko internet”. Podobnie jest w kwestii praw autorskich, ogrom internautów sądzi, że jeśli coś zostało opublikowane w internecie to jest niczyje. A w zasadzie wszystkich. Nie ma znaczenia, że ktoś opublikował daną treść na SWOJEJ stronie internetowej, uznaje się, że jeśli coś jest w sieci, to można to dowolnie pobrać, skopiować i umieścić gdzie się chce bez pytania o zgodę, ani podawania autora.

Czy faktycznie tak to działa? Co na to prawo? Co może nam grozić za złamanie prawa w internecie? O tym, w obszernej rozmowie z radcą prawnym – Michałem Bartosińskim – zajmującym się takimi kwestiami w Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Jarosiński, Kuliński i Partnerzy, który prywatnie jest moim przyjacielem i zajebistym gościem.

michal-bartosinski-jan-favre

Jan Favre: Zacznijmy z grubej rury od pytania tytułowego: za co w internecie można iść do więzienia? I czy to w ogóle możliwe, żeby w wirtualnej rzeczywistości dopuścić się takiego przewinienia, aby w świecie realnym zostać pozbawionym wolności?

Michał Bartosiński: Internet nie jest „obszarem” wyjętym spod prawa. Nie jest także prawnie wydzielony jako osobna od świata realnego płaszczyzna, na której popełniać można czyny zabronione, i która objęta miałaby być jakimś szczególnym unormowaniem. Oznacza to, że z punktu widzenia prawa zazwyczaj obojętne jest, czy pewne zachowania podejmowane są w realu, czy w sieci, jeżeli wypełniają znamiona przestępstw bądź wykroczeń, które zagrożone są karą pozbawienia wolności bądź aresztu, to podejmująca je osoba musi liczyć się z perspektywą zastosowania wobec niej tego rodzaju kar.

Możesz kogoś oszukać na ulicy, w banku, sklepie, podczas sprzedaży samochodu, a możesz także z wykorzystaniem internetu – poprzez maila, serwis aukcyjny, portal ogłoszeniowy itp. – we wszystkich sytuacjach Twoje zachowanie zagrożone będzie karą pozbawienia wolności.

Czasami jednak działanie za pośrednictwem internetu podnosi karygodność czynu, a co za tym idzie, wpływa na surowsze zagrożenie karą. Przykładowo, gdy kogoś znieważysz bądź zniesławisz na ulicy, to możesz doczekać się wyłącznie grzywny bądź ograniczenia wolności. Gdy jednak uczynisz to za pomocą środków masowego przekazu, w tym internetu, to możliwe będzie zastosowanie wobec ciebie kary pozbawienia wolności. Na osobną uwagę zasługują przestępstwa związane z korzystaniem z utworów, a to z tego względu, że są one niezwykle popularne w internecie, a jednocześnie popełniające je osoby, dużo częściej niż w przypadku innych przestępstw, pozostają w nieświadomości co do zabronionego charakteru swoich czynów. Istotne jest przy tym to, że przestępcza działalność związana z korzystaniem z utworów czerpie całymi garściami z dobrodziejstwa internetu – współcześnie znakomita większość tego rodzaju przestępstw jest popełniana właśnie z wykorzystaniem sieci.

Jan Favre: Czyli chcesz powiedzieć, że jeśli pod jakimś filmem na YouTube napiszę „ty sprzedajna szmato” albo „z takim ryjem powinieneś robić karierę w zoo, a nie pchać się przed kamerę”, z punktu widzenia prawa mogę mieć większy problem, niż gdybym powiedział to tej osobie na ulicy? Przecież to tylko komentarz w internecie.

Michał Bartosiński: Tak, jeżeli Twój zniesławiający komunikat staje się dostępny masowo, to narażasz się na surowszą karę. Zniesławienie z użyciem środka masowego przekazu uznane jest za bardziej szkodliwe społecznie niż zniesławienie w typie podstawowym, np. podczas rozmowy w ograniczonym gronie (ale nie w cztery oczy, bo wtedy nie ma tego przestępstwa). Wobec takiej konstrukcji przepisu, nie jest zrozumiałe tłumaczenie, że to TYLKO komentarz w internecie. Chodzi o ilość odbiorców, bez znaczenia jest to, czy zniesławiający komentarz rozpowszechniasz w internecie, czy np. w telewizji, radio bądź gazecie.

Jan Favre: A jeśli będę się bronił, że chciałem tylko wyrazić swoją opinię, a przecież Konstytucja RP daje mi do tego prawo?

Michał Bartosiński: Zachowanie zniesławiającego polega na pomawianiu. Słowo „pomawiać” oznacza w języku polskim tyle co „bezpodstawnie zarzucić” bądź „niesłusznie przypisać coś komuś”. Dodatkowo, aby mówić o przestępstwie, należy ustalić, że dany komunikat stanowi pomówienie, które może zniesławić tj. poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego np. do wykonywania jakiegoś zawodu bądź wykonywania określonej działalności. Jeżeli Twoja wypowiedź spełni te cechy, to narażasz się na odpowiedzialność karną. Oczywiście masz prawo do wyrażania opinii i tak długo z niego korzystasz, jak długo nie przekraczasz granic rzeczowości. Bez trudu można wyobrazić sobie przypadki graniczne, których analiza nie prowadzi do jednoznacznego wniosku – albo opinia albo pomówienie – jednak zaproponowane przez Ciebie przykłady można bez kontrowersji uznać za nastawione wyłącznie na dokuczenie ich odbiorcy, a nie za konstruktywną krytykę.

Jan Favre: A czy ta teoria ma przełożenie na praktykę? Znasz przypadki na naszym polskim podwórku, że ktoś został skazany przez sąd za obraźliwy komentarz w internecie?

Michał Bartosiński: Tak, procesy karne w związku z bezprawną działalnością w internecie nie są już rzadkością. Należy przy tym wiedzieć, że omawiane przez nas przestępstwo znieważenia ścigane jest z oskarżenia prywatnego – oznacza to, że aby cokolwiek się zadziało, konieczna jest aktywność pokrzywdzonego. Z tego względu wiele tego rodzaju spraw nie znajduje miejsca przed wymiarem sprawiedliwości. Inaczej sprawa wygląda z innymi przestępstwami, które można popełnić pisząc komentarz w internecie, np. znieważenia Narodu lub państwa polskiego czy obrazy uczuć religijnych – te przestępstwa ścigane są z urzędu, a przez to częściej tak komentujący muszą zmierzyć się z konsekwencjami prawnokarnymi.

Na marginesie, bezprawna aktywność w internecie wiąże się nie tylko z odpowiedzialnością karną. Często takie zachowanie staje się podstawą faktyczną w procesie cywilnym np. o ochronę dóbr osobistych – w takiej sytuacji nie ma oczywiście mowy o więzieniu.

Jan Favre: Właśnie, porozmawiajmy o kradzieżach w internecie. Czy jeśli mam bloga kulinarnego i zrobiłem na tyle ładne zdjęcia mielonego z buraczkami, że jakaś restauracja, bez pytania mnie o zgodę i zupełnie bez mojej wiedzy, umieściła je na swojej stronie internetowej, to jest to kradzież? I co mogę zrobić w takiej sytuacji i czego się domagać?

Michał Bartosiński: W tym kontekście słowo „kradzież” może być używane jedynie potocznie. Co do zasady „kradzież” oznacza bowiem zabór rzeczy ruchomej celem jej przywłaszczenia. Tymczasem w podanym przez Ciebie przykładzie mamy do czynienia z pewnym dobrem niematerialnym – zdjęciem. Zakres ochrony prawnej takiego dobra niematerialnego zależy od jego statusu – jeżeli to dobro niematerialne spełni cechy utworu, to jego ochrona będzie silna. Utwór to każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, który jest ustalony w jakiejkolwiek postaci (niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia). Jednoznaczna kwalifikacja danego dobra (czy to utwór czy nie) bywa trudna, jednak na potrzeby naszej rozmowy przyjmijmy, że przykładowe zdjęcie jest utworem. W takiej sytuacji ten, kto bezprawnie korzysta ze zdjęcia, może ponieść odpowiedzialność karną oraz cywilną (jedna nie wyklucza drugiej, mogą współwystępować).

Gdy idzie o odpowiedzialność karną, to w grę wchodzi zagrożenie grzywną, karą ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności. Tego rodzaju przestępstwa są ścigane na wniosek bądź z urzędu (w zależności od tego, czy mówimy tylko o nieuprawnionym rozpowszechnieniu czy także o przywłaszczeniu autorstwa), co oznacza, że pokrzywdzony może ograniczyć się do złożenia wniosku o ściganie bądź wyłącznie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa (na policji bądź w prokuraturze), a sprawa będzie się toczyć choćby bez jego udziału. W toku postępowania może jednak aktywnie brać udział w sprawie, jeżeli chce dopilnować swoich interesów.

Gdy idzie o odpowiedzialność cywilną, to katalog roszczeń osoby, której prawa autorskie do utworu zostały naruszone, jest szeroki – począwszy od prawa żądania zaniechania naruszeń, poprzez prawo żądania usunięcia skutków naruszeń, aż po prawo żądania naprawienia szkody i wydania uzyskanych korzyści (a i to jeszcze nie wszystko). Te roszczenia mogą być dochodzone na drodze procesu cywilnego, co oznacza, że uprawniony musi sam (bądź poprzez pełnomocnika procesowego) rozpocząć stosowne postępowanie, a następnie czynnie popierać swoje żądania, opisując dokonane naruszenia oraz prezentując dowody na poparcie wszystkich swoich twierdzeń.

Jan Favre: Nie wiem, czy dobrze połączyłem wszystkie kropki, ale z tego co mówisz, wynika że jeśli – przykładowo – właściciel restauracji ABC opublikuje na swojej stronie ABC.com zdjęcie mojego obiadu bez mojej zgody i wiedzy, a ja zawiadomię o tym dzielnicowego, to nieuczciwy restaurator może trafić za to do więzienia? Dobrze zrozumiałem?

Michał Bartosiński: Takie wnioskowanie jest uproszczone, ale prawidłowe przy założeniu, że zdjęcie rzeczonego obiadu spełniać będzie cechy utworu, a restaurator rozpowszechni je bez Twojej zgody. Opisane zachowanie restauratora stanowić będzie bowiem przestępstwo, które jest co do zasady ścigane na wniosek i zagrożone karą nawet pozbawienia wolności. Warto jednak pamiętać, że kara pozbawienia wolności jako niezwykle surowa zastrzeżona jest dla przestępstw o dużej szkodliwości społecznej. Nieuczciwy restaurator może zostać ukarany także w inny sposób – karą grzywny bądź ograniczenia wolności.

Jan Favre: Czy sytuacja tak samo wyglądałaby z Facebookiem? Czyli, czy jeśli ów restaurator opublikowałby moje zdjęcie bez mojej wiedzy i zgody na swoim fanpage na Facebooku mógłby ponieść takie same konsekwencje?

Michał Bartosiński: Znamiona omawianego czynu zabronionego (rozpowszechniania utworu bez zgody) sprawca może wypełnić na wiele sposobów – publikując utwór na swojej stronie internetowej, na swoim fanpage’u, na słupie ogłoszeniowym, billboardzie itd. Istotne, że rozpowszechnia utwór, do którego nie jest uprawniony i na rozpowszechnianie którego nie uzyskał zgody.

Jan Favre: Rozumiem, że zasada ta dotyczy nie tylko zdjęć, ale także śmiesznych filmików, satyrycznych rysunków, czy memów?

Michał Bartosiński: Ta zasada dotyczy każdego dobra niematerialnego, które można uznać za utwór. Utwór to każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, który jest ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. W tym zbiorze zazwyczaj będą się mieścić także filmy, rysunki, memy. Należy jednak przestrzec przed automatyzmem w kwalifikowaniu dóbr jako utworów – ochrona prawnoautorska dotyczy bowiem jedynie tych dóbr, które zawierają ładunek twórczy.

Jan Favre: Pytam o to, ponieważ często zdarza się, że ktoś z satyryków internetowych – na przykład Andrzej Rysuje, Marta Frej, Janek Koza albo Kasia Gandor – stworzy celną grafikę komentującą aktualne wydarzenia, po czym masa heheszkowych fanpage’y i mniej płodnych twórców internetowych pobiera ten rysunek na komputer, a następnie publikuje na swoim profilu, jakby to oni byli jego autorami. Czasem ktoś próbuje im zwracać uwagę, że to nie ich twórczość, ale wtedy najczęściej padają 3 koronne argumenty:

  1. jeśli coś zostało opublikowane na Facebooku, to traci się do tego prawa i każdy może robić z tym, co chce
  2. jeśli podpisze się autora przy publikacji, to nie trzeba go pytać o zgodę
  3. przecież to tylko “śmieszny mem”, więc nie ma o co robić afery

Czy któryś z nich jest zasadny?

Michał Bartosiński: Żaden, jeżeli mamy je rozumieć jako uniwersalne. Twórca ma wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozpowszechniania go. Oznacza to zasadę, że tylko i wyłącznie twórca (względnie inny podmiot, któremu przysługują autorskie prawa majątkowe) może ze swojego utworu korzystać i rozpowszechniać go.

Korzystanie z cudzego utworu może się odbywać jedynie na podstawie zgody uprawnionego (taka zgoda nazywa się licencją) lub przepisu prawa, który wyraźnie na skorzystanie pozwala. Jeżeli więc ten, kto chce skorzystać z cudzego utworu nie dysponuje licencją, to pozostaje mu poszukiwanie ustawowej podstawy dla zamierzonego działania. W ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych odnaleźć można szereg tego rodzaju przepisów – nazywa się je “dozwolonymi użytkami”. Istnieje przepis o dozwolonym użytku prywatnym, który pozwala na korzystanie z opublikowanych utworów w ramach użytku osobistego. Istnieje także grupa dozwolonych użytków publicznych – przykładowo: przysługujące prasie “prawo przedruku”, przysługujące uczelniom prawo do wykorzystywania utworów w celach dydaktycznych bądź naukowych, czy wreszcie przysługujące innym twórcom “prawo do cytatu”.

Wracając do pytania, jeżeli w podanych przykładach twórcy nie udzielają licencji (przy czym pamiętać trzeba, że licencja niewyłączna nie wymaga żadnej szczególnej formy np. pisemnej, zatem może być wyrażona w każdy sposób) na dalsze wykorzystywanie ich utworów, to przyjąć trzeba, że zamieszczenie ich grafik na prowadzonych fanpage’ach będzie – co do zasady – bezprawne.

Jan Favre: Mówisz o “użytku dozwolonym”, “prawie przedruku” i “prawie cytatu”. Czy tak modne w ostatnich czasach na portalach informacyjnych galerie z grafikami, zatytułowane “wstaw_dowolne_bieżące_wydarzenie [ZOBACZ MEMY!]”, które sprowadzają się do jednego akapitu z tekstem i serii ilustracji znalezionych w internecie, mieszczą się we wspomnianym przez ciebie “użytku dozwolonym”? 

Michał Bartosiński: Dozwolony użytek prywatny obejmuje korzystanie z już rozpowszechnionych utworów w ramach użytku osobistego, nie obejmuje więc co do zasady rozpowszechniania.

Prawo do cytatu to zezwolenie na nieodpłatne i niezależne od zgody twórcy korzystanie z urywków już rozpowszechnionych utworów albo nawet ich całości (gdy idzie o utwory plastyczne, fotograficzne lub “drobne”) polegające na przytoczeniu tych urywków utworów bądź całych utworów we własnym utworze w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, polemiką, analizą krytyczną bądź naukową, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości. Przykładowo: gdy piszesz na swoim blogu recenzję niedawno przeczytanej książki, to możesz we własnym utworze (tej recenzji) wykorzystywać fragmenty tej książki bez zgody twórcy i nieodpłatnie. Należy przy tym pamiętać, że warunkiem skorzystania z prawa do cytatu, jak i każdego innego dozwolonego użytku publicznego, jest wymienienie imienia i nazwiska twórcy oraz źródła.

Prawo przedruku oznacza, że wolno rozpowszechniać w celach informacyjnych w prasie, radiu i telewizji:

  • już rozpowszechnione sprawozdania o aktualnych wydarzeniach,
  • już rozpowszechnione artykuły na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne (to uprawnienie nie obowiązuje jednak, jeżeli zostało wyraźnie zastrzeżone, że dalsze rozpowszechnianie danego artykułu jest zabronione),
  • aktualne wypowiedzi i fotografie reporterskie,

a także krótkie wyciągi z takich sprawozdań bądź artykułów, przeglądy rozpowszechnionych utworów oraz ich krótkie streszczenia. Również w takim przypadku nie można zapominać o obowiązku podawania imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Dodatkowo, w przypadku rozpowszechniania artykułów bądź wypowiedzi lub fotografii reporterskich twórcy będzie przysługiwało wynagrodzenie. W takich sytuacjach nie jest więc konieczne uzyskanie zgody na rozpowszechnianie, jednak w razie rozpowszechnienia, po stronie twórcy powstaje roszczenie o zapłatę wynagrodzenia.

Jan Favre: Tylko, czy w kontekście prawa przedruku internet to radio, prasa, czy telewizja?

Michał Bartosiński: Internet to tylko narzędzie, z wykorzystaniem którego można wydawać prasę, nadawać audycje radiowe lub programy telewizyjne. Przykładowo: prasą będą publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem lub nazwą, numerem bieżącym i datą – niezależnie od tego, czy są wydawane na papierze czy w sieci.

Jan Favre: Dzięki za wyjaśnienie! Mam nadzieję, że kilku innym osobom również rozjaśni to co wolno, a czego nie w internecie!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Jajaj

    A można by jeszcze prościej to wszystko wyjaśnić? ;)

  • Raz na zawsze skończyły się czasy kopiowania i uchylania się od odpowiedzialności. Zmienia się też dawna mentalność, która podpowiadała nam, że w internecie jesteśmy zupełnie anonimowi.

  • Aleksandra Muszyńska

    I to mnie się podoba, bardzo potrzebny tekst. Podnoszenie świadomości prawnej zawsze w cenie. Mam tylko parę wtrętów.
    „Na osobną uwagę zasługują przestępstwa związane z korzystaniem z utworów, a to z tego względu, że są one niezwykle popularne w internecie, a jednocześnie popełniające je osoby, dużo częściej niż w przypadku innych przestępstw, pozostają w nieświadomości co do zabronionego charakteru swoich czynów” – nieświadomość co do karalności czynu stanowi akurat bardzo ładny kontratyp, czyli okoliczność wyłączającą odpowiedzialność karną za dany czyn :). Choć dowodowo – wybronić w ten sposób raczej trudno,
    Co do przykładów zniesławienia podanych przez Janka w mojej ocenie faktycznie znamion zniesławienia raczej nie wypełni ani „sprzedajna szmata” ani „ryj do zoo”; zniesławienie ma bowiem to do siebie, że prywatne odczucia i wrażenia osoby są na drugim planie. Istotne jest to, czy komunikat może podważyć zaufanie do danej osoby omówienie, kiedy wiąże się z nim możliwość wystąpienia szkody moralnej po stronie osoby pokrzywdzonej w postaci możliwości poniżenia lub narażenia na utratę zaufania innych osób. Jest to poniżenie w opinii publicznej”. Przykłady Janka to bardziej zwykłe zniewagi, również ścigane z oskarżenia prywatnego. I jak najbardziej znieważyć można kogoś także w jego obecności i bez innych osób – tylko dowieść trudno.
    I jeszcze jedno – (zakładając, że czyn nie jest wykroczeniem) trzeba się zarąbiście mocno postarać, żeby na pierwszą karę do odbycia w życiu dostać pozbawienie wolności „na twardo”, czyli bez „zawiasów” (bądź też, jak kto woli, „sanek”). Z reguły niekarana osoba, której czyn nie jest specjalnie spektakularny i o wielkim amperażu dostaje grzywnę plus dodatkowe obowiązki typu naprawienie szkody, ale nie że od razu do ciupy.

    • Michał Bartosiński

      Treści, które dotykają specjalistycznych kwestii, a kierowane są do nieprofesjonalnego grona odbiorców, muszą zawierać pewne uproszczenia. Dzięki temu mogą pozostać względnie przejrzyste. W tym przypadku dotyczy to zarówno tytułu (jestem pewien, że intencją jego autora nie była sugestia co do obligatoryjnej kary bezwzględnego pozbawienia wolności w każdym przypadku popełnienia przestępstwa z wykorzystaniem internetu), jak też braku wywodu w przedmiocie nieświadomości bezprawności (a nie karalności), a także wielu innych poruszanych kwestii, jak choćby różnicowania kwalifikacji z 212 i 216 kk.

      Gdy nie ma miejsca na wyjaśnienie złożoności, to często lepiej pewne kwestie pominąć (zwłaszcza gdy nie stanowią istoty wypowiedzi), żeby uniknąć wywołania efektu odwrotnego do zamierzonego. Przykładowo: bezrefleksyjne rzucenie tylko kilku słów o kontratypie z art. 30 k.k. w komentarzu może spowodować, że komunikat odczytywany przez jego czytelników zabrzmi – „jeśli popełnię przestępstwo, ale powiem, że nie wiedziałem, że tak nie wolno, to pozostanę bezkarny”, co przecież może być fatalne w skutkach.

      • Aleksandra Muszyńska

        Zdaje się, że zostałam źle odebrana. Nie było moją intencją bycie czepialską i wytykanie niedostatków, tylko dopowiedzenie kilku rzeczy. Jak nadmieniłam na wstępie – tekst jest bardzo dobry i podoba mi się to, że Janek zdecydował się na jego opracowanie, bo na pewno wielu osobom zrobiło się jaśniej w głowach. Jedną rzecz sprostowałam – że po łapach można dostać również kiedy obraża się kogoś „w cztery oczy”, a nie tylko w gazecie o nakładzie 500 tysięcy egzemplarzy – i tyle.
        A uwaga o tym, że rzucam coś bezrefleksyjnie, to już dla mnie była troszkę niesprawiedliwa. Wzmianka nie miała na celu wskazania, że wystarczy się powołać na brak wiedzy i już można się poczuć zwolnionym z odpowiedzialności, bo dodałam, że w istocie wywinąć się na ten kontratyp dość trudno.

  • Ja mam pytanie do Michała. Wiem, że prawnicy wolą nie deklarować niczego w ogólnym przypadku. Ale mamy sytuację, gdy z mojego bloga, jakiś sklep rowerowy kopiuje pokaźny fragment tekstu, wstawiając do opisu sprzedawanych przez siebie produktów.

    Czy jest sens rozpoczynać procedurę ubiegania się o odszkodowanie za poniesione straty, czy lepiej napisać do nich, poprosić o usunięcie i po usunięciu zapomnieć o sprawie? Inaczej mówiąc – czy warto się w to bawić? Ile można takiego odszkodowania dostać?

    • Z tego co mi wiadomo to zawsze najlepiej jest próbować dojść do porozumienia na własną rękę. W sądach przy niektórych sprawach pytają jakie kroki podjęliśmy w celu rozwiązania sprawy (jak usłyszą, że „nic bo po co, chcę odszkodowanie” to raczej nie będzie to dobrze widziane) więc wydaje mi się, że tutaj będzie to samo. W większości przypadków bywa tak, że kopiujący nie zdaje sobie sprawy z tego, co zrobił i zwykle usuwa tekst/zdjęcie i przeprasza. Oszczędzasz tym samym sobie nerwów i czasu, bo wiadomo jak to w Polsce wygląda ;)

    • Michał Bartosiński

      Łukasz! Nie jestem w stanie udzielić Ci w tym miejscu porady w Twojej indywidualnej sprawie. Jeżeli na skutek bezprawnego działania osoby trzeciej poniosłeś szkodę, to masz prawo żądać jej naprawienia. Takie żądanie może zostać zrealizowane na drodze ugody bądź być skutkiem orzeczenia sądowego. Sposób postępowania w danej sprawie zależy od jej okoliczności.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

„Skalpel” Ewy Chodakowskiej – relacja z treningu

Skip to entry content

Ci którzy obserwują mnie na facebookowym funpagu wiedzą, że od 1-go października ćwiczę z matką chrzestną wszystkich fitnesiar – Ewą Chodakowską – walcząc o silne plecy, smukłe ramiona, szczupłe nogi i brak cellulitu. Z szerokiego wachlarza zestawów treningowych Ewy z okładkami, których nie powstydziłby się szóstoklasista dopuszczony do Painta w wersji deluxe, wybrałem „Skalpel”. Raz, że to jej najpopularniejszy program, więc chciałem osobiście się przekonać o co tyle szumu, a dwa, że Ewa deklaruje iż efekty widoczne są już po 4 tygodniach. No tyle, to mogę powalczyć o jędrne pośladki.

W komentarzach pod moimi codziennymi sprawozdaniami z pola bitwy, pojawiło się sporo głosów domagających relacji z treningu, najlepiej w postaci vloga. Cóż, na wideo będziecie musieli jeszcze chwilę poczekać, mniej więcej do momentu gdy nauczę się je kręcić i montować, ale skrajne zmęczenie, agonalne rozdygotanie wszystkich mięśni i zapach potu, postaram się żebyście poczuli za pomocą słowa pisanego już dziś.

0:35 Osiągnięcie wyznaczonego celu to tylko kwestia wytrwałości i czasu, który i tak upłynie. Nie marnuj go, już najwyższa pora, żebyś zatroszczyła się o siebie.

Uff, już myślałem, że do mnie ta gadka motywacyjna, ale to na szczęście do laski za mną.

1:31 Przed nami program, który niczym bezinwazyjny skalpel wymodeluje Twoje ciało nadając mu nowy kształt, przynosząc efekty już po 4 tygodniach systematycznej pracy. Pamiętaj jednak 70% efektów to racjonalne odżywianie, a 30% to regularny trening.

No i cały misterny plan w pizdu…

2:29 Wdech. Wydech. Super!

Jej, wiedziałem, że z oddychaniem sobie poradzę!

2:50 Ramiona – góra i unosimy kolano, raz, dwa, trzy, cztery, szybciej! Wyprostuj nogę, ugnij i odstaw.

Właśnie przewróciłem się po raz pierwszy.

Dobrze! Jeszcze!

3:13 Raz, dwa, trzy, cztery. Świetnie! Nie zwalniaj!

Powiedział dyrektor programowy TVP do Jacka Kurskiego.

6:21 Robi się coraz cieplej, za moment zaczynamy.

Ej, jak to za moment zaczynamy? Ja już jestem w środku.

6:35 Pierwsze ćwiczenie przed nami. Nie proste.

Bo krzywe. HEHE.

Chcę żebyś się mocno tutaj skoncentrowała i zawalczyła o precyzję.

Ufff, cały czas mówi do laski za mną.

6:45 Duży krok do przodu, kolano tuż nad stopą, ląduj na pięcie i z pięty się odbij, do boku noga, przenieś do tyłu i do przodu.

Leżę na glebie po raz drugi.

7:40 Walczymy tutaj…

To chyba jakaś wariacja na temat „lecimy tutaj” Bonusa BGC.

…o piękne uda…

Ehe!

…o zgrabne pośladki…

O tak!

…tak naprawdę…

Nooo, nooo!

…o nowy rozmiar.

Eeej! To było zagranie poniżej pasa! 7 centymetrów to wcale nie tak mało!

9:43 Zmieniamy nogę.

Oj, mnie to by się przydało nie tylko nogę, ale tułów i kark też zmienić.

Tą całą sekwencję robimy teraz na drugą nogę. Duży krok do przodu, przód, na piętę, z pięty się odbijam, do boku i do tyłu.

Przymusowe lądowanie na posadzce po raz trzeci.

10:43 Oddech przyspiesza, wytrzymaj jeszcze chwilę. Nowe dżinsy! Nowe szorty!

Chyba pomyliłem budynki, wydawało mi się, że idę na fitness, a wylądowałem na wyprzedaży w Galerii Krakowskiej.

11:47 Poczuj to, poczuj!

„Noooo, weź to poczuj!” – Onar i Lerek byliby dumni.

12:08 Skręć biodra tak, żeby były prosto.

Hmm, z prostych bioder, skrzyw się tak, żeby były prosto? To ma sens.

12:41 Przysiady, które sprawią, że Twoje pośladki będą krągłe, jędrne, takie o jakich zawsze marzyłaś.

Yyy… no dobra.

14:24 Ach, niech palą! Mają palić!

Powiedział Bob Marley do policjanta zwracającego uwagę, że jego 5-letnie dzieci rolują skręty.

15:30 Nie oglądaj tego, musisz to ćwiczyć.

A wydawało mi się, że żeby schudnąć wystarczy klikać serduszka pod zdjęciami z metamorfozami na Instagramie.

15:50 Ja poczułam, zakładam, że ty też.

Sorka, to ta wczorajsza grochówka.

16:15 Zapomnij o bólu, pomyśl o wakacjach, one prędzej, czy później się pojawią.

Taaa, jasne, a dzieci przynosi bocian, Święty Mikołaj naprawdę istnieje, a kobiety mogą mieć wielokrotny orgazm.

18:51 Ja wiem, ja wiem co czujesz.

Nikt nie wie co czuję! Nikt mnie nie rozumie! Ten świat jest okrutny! Nigdy nie zrozumiesz jak to jest mieć złamane serce, po tym jak dziewczyna zdradziła Cię z autoresponderem na służbowym mailu Twojego kolegi!

19:29 Pot zalewa oczy i tak ma być.

Powiedziała Ewa z idealnym makijażem na twarzy.

19:38 Pochwalisz się później całemu światu, co dzisiaj robiłaś!

No, może nie całemu światu, tylko 14 000 czytelników na funpagu, ale fakt, lajki się posypią jak liście z drzew jesienią.

20:44 Niech sobie mówią co chcą, damy radę!

„A ja chuj na to kładę, bo i tak damy radę!” – Sokół pozdrawia.

22:10 Zobacz, ja robię to dla ciebie, a ty dla mnie.

Nie, nie, przepraszam bardzo, ja robię to dla mamusi.

22:19 Super, super ci idzie! Wiesz, że jestem z tobą?

No jak? Przecież mówiłaś, że masz męża.

22:33 Walczymy o piękne boczki!

Nie tylko boczki! Wędliny, kotlety i udka też!

23:51 Dasz radę, twoje marzenie jest coraz bliżej!

To znaczy, jak konkretnie ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w napisaniu powieści?

24:25 Możesz, możesz, możesz więcej, zaufaj mi!

„Dawno temu ja też zaufałem pewnej kobiecie, wtedy dałbym sobie za nią rękę uciąć i wiesz co?” – wiecie, nie?

26:15 Nie ma przerwy, nie ma przerwy, pamiętaj!

A producenci Kit-Kata mówili co innego.

27:25 Pośladek pracuje jak szalony. Czujesz też? Ma palić!

Rozumiem, że mój tyłek to wariat, ale czemu od razu namawiać go na nikotynę?

27:39 Pamiętaj, że przyjdzie taki dzień, kiedy wszystkie ćwiczenia będziesz wykonywać z przyjemnością, tak jak ja teraz.

Masz na myśli, że ja też któregoś dnia nagram film z treningami do domu, na którym zarobię fortunę?

29:07 Przekładamy nogę przez nogę, wyciągamy ramię, dłoń przy uchu i ze skrętem.

#BobMarley

29:38 Ja wiem, że stać cię na więcej.

Odkąd wziąłem pożyczkę w Providencie, stać mnie na wszystko, bejbe.

30:44 Uwaga, trzymaj w górze nogę! Trzymaj! Rozkoszuj się tym momentem!

Ewa, w tym momencie myślę tylko o tym, żeby się zwinąć w kulkę, zmumifikować kołdrą i zasnąć, udając, że mój brzuch wcale nie jest w konwulsjach, a ból w udach i łydkach nie przyprawia mnie o łzy pięcioletniej dziewczynki, więc wybacz, ale nie będę się tym rozkoszował.

32:25 „Będzie bosko” – tak sobie powtarzaj. Cały czas do siebie mów.

Ale mówił psychiatra radził, żebym jednak tego nie robił.

34:08 Moja noga drży, nie wiem jak twoja.

Moja doznała martwicy jakiś kwadrans temu.

35:02 Wierzę, że dasz radę.

Pewnie, jak chcesz mogę ci jakąś dać, na przykład: nie siedź na murku, bo dostaniesz wilka.

36:53 Za każdym razem, gdy odrywasz klatkę piersiową od maty, staraj się zwrócić dłonie ku pośladkom.

Wiesz co, w tym momencie to najbardziej skupiam się na tym, żeby nie zwrócić zawartości żołądka.

38:13 Dość.

Dość???

Już po krzyku.

W sensie koniec???

Pokonałaś swoje słabości.

TAK, TO KOOOOONIEEEEEC!!!

Pamiętaj, z każdym dniem będziesz coraz lepsza, nie poddawaj się.

JEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEJ!

Przechodzimy do streczingu.

Kurwa, czyli to jednak nie koniec…

38:30 Wyciągamy ramiona do przodu, siadamy na piętach i odpoczywamy.

Przepraszam bardzo, ale jak mam odpoczywać jednocześnie wyciągając ramiona?

38:33 Możesz być z siebie bardzo dumna.

A żebyś wiedziała, że jestem! I już nawet mi nie przeszkadza, że ciągle próbujesz zmienić mi płeć.

39:43 Ale dzisiaj będziesz świętować, taki sukces!

No raczej! Jak tylko stąd wyjdę idę na burgera z podwójnym bekonem i browara!

40:21 Opłacało się co?

Rzucić studia i zostać blogerem? Pewnie, że tak!

Z czasem, obiecuję ci, że te wszystkie ćwiczenia okażą się taką przyjemnością, bez której dzień wyda się takim dniem straconym.

Aaa, tobie chodziło o trening. No tak, całkiem spoko zainwestowane 3 dychy plus koszt przesyłki.

42:13 Brawo, widzimy się jutro! Do zobaczenia!

---> SKOMENTUJ

19 rzeczy, które można zrobić w Zakopanem, gdy pada

Skip to entry content



wpis jest wynikiem współpracy z marką Samsung

W połowie września dostałem do testów Samsunga Galaxy A5 (2016), który – jak czytałem w opisie od producenta – miał mieć turbo mocny procesor i robić super ostre zdjęcia. Myślę sobie „zajebiście, jadę akurat do Zakopanego, to może nie zamuli, jak odpalę nawigację, Spotify, Facebooka i w międzyczasie pocykam jakieś epickie foty z górami na Instagrama za milion serduszek”. Telefon dał radę jak dobry wujek, ale Zakopane spisało się ciut gorzej. Przez cały wyjazd lało.

Czy było mi smutno? Zdecydowanie. Czy byłem zawiedziony? No raczej. Czy przekreśliłem ten wyjazd grubą, czarną kreską i zacząłem płakać w poduszkę, wizualizując jak bezpowrotnie zapadam się w łóżko? Nie! Czy mimo wszystko było spoko i bawiłem się jak Muniek Staszczyk na koncercie w Pszowie, a do Krakowa wróciłem wypoczęty i zregenerowany? Tak, bo walczę dzielnie przeciwko przeciwnościami losu, co zrobię to upadnę, wstanę, podniosę się, będę biec dalej, wszyscy dookoła będą się śmiać ze mnie i mówić, że jestem bezzwartościowy, dam radę, dobiegnę do tej mety i będę diamentem! kim jestem? jestem zwycięzcą! kim jestem? jestem zwycięzcą! kim jestem? jestem zwycięzcą!

W sensie, było całkiem git.

Co w takim razie można robić w Zakopanem, gdy pada?

1. Cieszyć się, że nie stoi się w korku

1

Nie czarujmy się, trasa do górskiej stolicy, to nie jest najbardziej przepustowa droga w Polsce. Zwłaszcza w weekend. Więc jeśli tylko jedziesz, a nie stoisz, to już jest ogromny plus, który może pozytywnie nastawić Cię na cały wyjazd.

2. Przebrać się za Teletubisia

2

Deszcz w górach daje możliwość nadrobienia niespełnionych fantazji z dzieciństwa. Po nocach śni Ci się jak wskakujesz w zestaw Dipsy’ego i paradujesz po deptaku w zielonym worku? W Zakopanem tę dewiację możesz zaspokoić bez przypału i karcącego spojrzenia przechodniów.

3. Zjeść oscypka

oscypek-2

Oscypki są dobre na wszystko i dobre ze wszystkim: z żurawiną, z chlebem, z pizzą, z grillem, z patelnią, z nudów. A te z owczego mleka, to już w ogóle jak baranek, który gładzi grzechy świata.

4. Poszukać ciepłych skarpet

4

Zima w Polsce trwa pół roku, więc warto przygotować się na nią już jesienią. Zwłaszcza, gdy jest się w górach, gdzie jesień trwa drugie pół. Poza tym, nie zapominajmy o Instagramie, foto takich skarp z góralskimi motywami nie obejdzie się bez fali serduszek.

5. Stwierdzić, że jednak nie jest źle i ruszyć w Tatry

5

Bo po to tu przyjechaliśmy, co nie? Więc piersiówka za pazuchę, czapa na uszy, foliowa peleryna do plecaka i ciśniemy w góry! Czy tam, w dolinki, bo jednak nieco bliżej nam do Typowego Kowalskiego niż do Marka Kamińskiego.

6. Znaleźć się na planie kolejnej części „Blair Witch Project”

6

Bez uprzedniego uzgodnienia z reżyserem jaką dokładnie rolę gramy. I czy to aby nie dokument, w którym jeden z głównych bohaterów ginie we mgle.

7. Znaleźć baranią głowę

7

W sensie, grzyba, szmaciaka gałęzistego, który potocznie się tak nazywa. Choć w sumie widzisz go na żywo pierwszy raz w życiu i nie wiesz, czy to nie szmaciak krótkotrzonowy. Tak, tak, wiem, te nazwy brzmią genialnie i już myślisz o tym, żeby wytatuować je sobie na przedramieniu.

8. Przypomnieć sobie, że jednak pada

8

A Ty w końcu nie wziąłeś tej czapki.

9. Iść dalej w nadziei, że schronisko jest już blisko

9

I za chwilę wzmocnisz się herbatą po góralsku i szarlotką. Oczywiście, jeśli tylko będzie można płacić kartą. Bo jeśli nie, to zostaje Ci odbicie schroniskowej pieczątki na dłoni i klacie, i grzanie się sławą, chwałą i splendorem jaki dostaniesz po powrocie do miasta. Choć może być to grzanie się uznaniem tylko u Twojej mamy, bo w dobie odznak na Foursquarze zielona, rozmazana smuga na skórze po wizycie na Kalatówkach, może na nikim więcej nie zrobić wrażenia.

10. Spotkać robaczka po drodze

10-1

10-2

I zobaczyć go dopiero na zdjęciu, na którym ostrość była ustawiona na początek drzewa, będąc pod wrażeniem, jak dobre zdjęcia z bliska robi Galaxy A5 (2016). Serio, no weźcie to obczajcie, Timon i Pumba by się oblizali.

11. I strumyczek

Który płynie z wolna, chociaż ziół nie rozsiewa maj, bo to już jesień, ale wpatrywanie się w niego, a przede wszystkim wsłuchiwanie w szum wody, uspokaja jak paczka Nervosolu.

12. Dotrzeć do schroniska

12

I kolejny raz być pod wrażeniem aparatu w telefonie, bo mimo, że wewnątrz było tyle światła, co szynki w kanapkach na lotniskach, to zdjęcie wyszło przyzwoicie i można zobaczyć na nim coś więcej, niż Jerzy Stuhr w „Seksmisji”. Co prawda w jadłospisie nie było herbaty z prądem, ale ta z brusznicą też dość przyzwoicie pokrzepiła.

13. Zauważyć, że ma się zaparowane okulary

13

Niby wydaje się, że co to jest przejść się dolinką, a jednak to coś więcej niż spacer po Plantach, czy zrobienie kółka wokół Błoń. Trochę w górę, trochę w dół i człowiek czuje się jak po treningu z Chodakowską. No dobra, jak po rozgrzewce z Chodakowską. Po treningu na szkłach nie miałbym pary, tylko wielkie krople potu. Nie mniej, ogarnijcie jak szeroką samojebkę można sobie zrobić tym sprzętem. I to jedną ręką.

14. Pofantazjować o zjechaniu na dół terenówką TOPRu

15

Jak byłem dzieciakiem nigdy nie wyobrażałem sobie, że sunę z Davidem Hasselhoffem jeepem po plaży i ratujemy niewiasty na potrzebę kolejnego odcinka „Słonecznego patrolu”. Jak już miałem jakieś fantazje motoryzacyjne, to bardziej związane z pokonywaniem dzikich gór terenówką Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

W sumie dalej tak mi zostało, umie ktoś odpalać z kabla?

15. Schodząc zauważyć grzyba rosnącego na drzewie

17

Którego laik przede mną nazwał rydzem, żeby zaimponować dziewczynie. Serio? Rydz rosnący na drzewie? Koleżanko, jeśli to czytasz, to nie jest chłopak dla Ciebie.

16. Zjeść placek po zbójnicku

18

Nie wyobrażam sobie wizyty w Zakopanem – niezależnie, czy z nieba leje się deszcz, czy żar, czy schodzi lawina, czy jest trzęsienie ziemi – bez zjedzenia placka po zbójnicku. Znanego w reszcie Polski, jako placek po węgiersku, czy też po prostu, placek z gulaszem wołowym. Nie jest to jakieś ultra wykwintne danie na miarę zwycięzcy „MasterChefa”, ale jest pycha! „Must have”, jakby to powiedziała szafiarka.

17. Pograć w „Mortal Kombat”

21

Dobra, to można zrobić wszędzie i zawsze, i nie jest to jakoś wyjątkowo powiązane z Podhalem, ale jak jesteś poza miejscem zamieszkania, ciutkę przemoczony i zmęczony, a na zewnątrz powoli się ściemnia, to taka rundka urywania głowy i łamania kręgosłupów pasuje jak ulał. Do „Mortal Kombat” mam ogromny sentyment, bo – jakkolwiek to zabrzmi – to jedna z gier mojego dzieciństwa, przy której spędziliśmy godziny ucząc się na pamięć kombinacji fatality. I o ile nie ma nic dziwnego w tym, że kolejna część wyszła na PS3, o tyle, gdy zobaczyłem, że ten sam tytuł jest dostępny na Androida, byłem bardziej w szoku niż Marysia, a już najbardziej, gdy zobaczyłem, że zajmuje 1,9GB.

Czy gra mająca prawie 2 giga może płynnie chodzić na telefonie? Przypominam, nie na komputerze, nie na konsoli. Na telefonie. Wszystkie znaki na ziemi i niebie, i kręgi na wodzie i w zbożu, mówiły, że nie, a okazało się że jednak tak. Ten kolos, który zarżnąłby moją stacjonarkę, nie mówiąc już o netbooku, na Samsung Galaxy A5 (2016) śmiga zupełnie bez cięć, nie blokując przy tym pozostałych aplikacji, a ucinanie kończyn cieszy jak w podstawówce.

18. Znowu wypić herbatę

19-1

Zakopiec w kwestii knajp kojarzy się albo z mega regionalnymi miejscami utrzymanymi w duchu przeszłości albo z tandetnym syfem pod turystów, a ma też takie knajpiane perełki jak hipsterska kawiarnia STRH. Oprócz tego, że wnętrze i wystrój jest bardzo pierwsza klasa – chciałbym mieć taki strych – to podają tam najlepszą herbatę z cytrusami, miodem i imbirem, jaką w życiu piłem. „Poezja!” – jakby to powiedział prozaik.

19. Pobawić się nowym telefonem

telefon

Jak Samsung Galaxy A5 (2016) sprawdza się w praktyce? Na ile deklaracje producenta pokrywają się z rzeczywistością? I czy telefon oprócz funkcji dzwonienia, smsowania i zastępowania lusterka, ma też opcję przyrządzania kwaśnicy albo chociaż podgrzewania pierogów ruskich? Niestety na jedno z tych pytań muszę odpowiedzieć „nie”.

Czytając o A5 przed testami trafiłem na zdanie „z 8-rdzeniowym procesorem nie czekasz już na telefon, to telefon czeka na ciebie” i spodziewałem się, że to tylko ładnie brzmiące hasło. Okazało się jednak, że to faktycznie prawdziwy kombajn i ile aplikacji nie miałbym otwartych w tle, to wszystko płynnie hula. Nieźle. Dalej czytałem o ostrych i wyraźnych zdjęciach, ale to możecie ocenić sami, bo wszystkie foty jakie znajdziecie w tym wpisie zostały wykonane A Piątką bez użycia żadnych filtrów, czy innej obróbki (no, poza zdjęciami, na których jest ów telefon, bo sfocenie go nim samym byłoby dość trudne). Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, a konkretnie to, że ciągle lało i była mgła, to uważam, że aparat poradził sobie naprawdę bardzo dobrze.

Z mojej perspektywy, czyli osoby traktującej komórkę jako główne narzędzie pracy, niezamulanie i jakość zdjęć są kluczowymi kwestiami, jednak z innych aspektów istotna jest też możliwość obsługi jedną ręką (w sensie, że nie jest zbyt wielki) i opcja włożenia karty SD rozszerzającej pamięć o 128 giga, co przy wbudowanych 12GB sprawia, że trzeba się postarać, aby to zapchać. A, i w tym modelu jest też sprytnie ogarnięta sprawa ładowania, bo pół godziny starczy, żeby nabić baterię od 0 do 50%.

Jeśli miałbym znaleźć jakiś istotny minus, który faktycznie odczułem, to jest nim gniazdo słuchawkowe.  W Galaxy A5 (2016) jest na dole, a ja jestem przyzwyczajony, że zawsze jest u góry i jakoś trudno było mi się przestawić chowając go do kieszeni w trakcie słuchania muzyki. Gdyby jednak ktoś mnie zapytał (a zapytał), czy mogę polecić ten telefon, to ze względu na niewieszanie się i naprawdę dobry aparat (a zwłaszcza opcję robienia panoramicznego selfie, która wciąż jest dość niszowa), odpowiedziałbym „tak”. I też tak odpowiadam, wybaczając wpadkę z kwaśnicą.

---> SKOMENTUJ