Close
Close

Ceny w Tajlandii. Ile kosztuje jedzenie, nocleg i internet?

Skip to entry content

Jakie są ceny w Tajlandii i ile kosztują podstawowe produkty i usługi? To pytanie zadaje sobie każdy spoza setki „Wprostu”, kto zamierza przyjechać do tego kraju, a odpowiedź na nie, często determinuje decyzje o podróży. U mnie było podobnie i zanim zdecydowałem się polecieć do miejsca, w którym co czwarty Amerykanin chciałby przeżyć swój wieczór kawalerski, najpierw zacząłem rozpisywać podróżniczy budżet, orientując się ile wydam tam na jedzenie, nocleg i oczywiście internet.

Lokalną walutą w Tajlandii jest baht tajski, który przeliczamy mniej więcej 1:8,5. W sensie, że średnio za 1 złotówkę mamy 8,5 bahta. Przysłówek „średnio” pojawia się tu nie przypadkiem, ponieważ nie da się bezpośrednio wymienić złotówek na bahty i faktyczny kurs wynika z tego, po jakim kursie wymieniłeś złotówki na dolary lub euro i następnie po jakim kursie wymieniłeś dolary lub euro na bahty. Brzmi skomplikowanie i problematycznie? To po prostu wypłać w bankomacie w Tajlandii ze swojego polskiego konta 20 000 bahtów i wyjdzie Ci kurs 1 do 8,5. Proste? Proste.

Dobra, masz już hajs w kiermanie i chcesz zacząć czuć się jak pan i władca świata, a przynajmniej jak brytol płacący funtami za banie w „Pijalni Wódki i Piwa” na Świętego Tomasza. To jak z tymi cenami?

W zależności od tego, czy jesteś w Bangkoku, czy na wybrzeżu lub jednej z wysp, ceny szamy, alko i miejsc do spania wahają się o 30% – bo w stolicy jest zdecydowanie taniej niż w kurortach – i przedstawiają się tak:

Lot do/z Bangkoku – 1000zł-1200zł. Naturalnie da się upolować super okazję poniżej tej ceny, lecieć z 7 przesiadkami, 50 godzin albo samolotem, który pamięta czasy, gdy Twoja babcia miała mleczaki, ale zdecydowanie lepiej dołożyć te kilka stów i lecieć w cywilizowanych warunkach z dobrym jedzeniem i nielimitowanym piciem, liniami Emirates za nieco powyżej tysiaka w jedną stronę.

Nocleg dla dwóch osób – 100zł/noc. Zakładając oczywiście, że nie chcesz spać na skłocie z innymi obcymi i przepoconymi turystami, bo miejsce w wieloosobowej sali w hostelu znajdziesz nawet i za kilkanaście złotych za głowę. Te 100zł to średnia cena za dwuosobowy pokój z łazienką i klimatyzacją, bez karaluchów w bonusie i nie na wydupiu.

Śniadanie/obiad/kolacja na ulicy – 6zł. Mam tu na myśli pad thaia, zupę ze wszystkim albo jakiekolwiek mięso + ryż, w knajpie złożonej z butli gazowej, blachy i mebli ogrodowych. Za taki sam posiłek w lokalu z dachem i toaletą trzeba zapłacić 2 razy tyle.

Mini-szaszłyk na patyku – 1,2zł. Czyli kawałek grillowanego kurczaka albo wieprzowiny, zjesz takie 3 i jesteś najedzony na parę godzin zwiedzania.

Bilet autobusowy – 0-2,5zł. Przez cały wyjazd nie byłem w stanie rozgryźć tego, jakim algorytmem Tajowie naliczają opłaty za przejazd autobusem. Raz było to zależne od tego ile przystanków jedziemy, raz w jakim kierunku, a raz czy osobie sprzedającej bilety chciało się w ogóle do nas pochodzić. Żeby obliczyć ile będzie Cię kosztowało przejechanie 6 przystanków, najłatwiej rzucić kostką.

Woda w sklepie – 1,5zł-3,5zł. Czyli podobnie jak u nas. Cena waha się w zależności od tego w jak bardzo turystycznym miejscu jesteś.

Taksówka na lotnisko – 35zł-53zł. Średnio 22 złote na głowę – zakładając, że podróżujesz z ziomkiem – za przejechanie bitych 30 kilometrów – bo tyle z Google Maps w ręku mieliśmy do lotniska – co w godzinach szczytu potrafi trwać ponad godzinę. Czy to nie jest piękne?

Koktajl owocowy – 3,5-6zł. Najlepszy ze smoczego owocu. Ultra zajebista sprawa, polecam przynajmniej jeden dziennie.

Kapelusz – 23,5zł. Radzę nie ignorować tej pozycji, ze względu na fakt, że temperatura w Tajlandii rzadko kiedy spada poniżej 30 stopni i bardzo łatwo spalić sobie skórę na czole i karku albo, co gorsza, dostać udaru słonecznego. Poza tym, słomkowy kapelusz to zawsze +50% serduszek przy zdjęciach na Insta.

Piwo w sklepie – 6,5-9,4zł/640ml. Mowa o piwie Chang – najpopularniejszym tajskim piwie i jednym z 3 w ogóle dostępnych. Alkohol zasadniczo jest dość drogi w tym kraju, a importowany zachodni jest bardzo drogi. Co ciekawe, lokalny nie występuje w standardowej polskiej pojemności – pół litra – tylko właśnie albo 330ml albo 640ml. Ogólnie jest taki se, tak że zalecam poprzestanie na jednej zgrzewce.

Bilet na metro/pociąg – 1,9-5,3zł. Tu akurat cena jest liczona dość logicznie i zależy od liczby stacji, przez które przejeżdżasz.

Koszulka – 18zł. Oczywiście mowa o oryginalnym t-shircie Nike albo Adidasa z logiem na pół klaty.

Internet – 65zł/4,5Gb/miesiąc. Nawet jeśli nie jesteś człowiekiem uzależnionym od internetu z implantem do łączenia się z wi-fi pod prawą pachą, w sensie blogerem, to warto zaopatrzyć się w lokalną kartę sim umożliwiającą korzystanie z sieci. Choćby po to, żeby móc komfortowo poruszać się po mieście używając GPSa i map, czy prowadzić wideo-rozmowy z rodziną zamartwiającą się w Polsce, udowadniając, że nie jesteś od tygodnia uwięziony w piwnicy, tylko swobodnie chodzisz sobie po plaży, pokazując zajebiste zachody słońca.

Świeży owoc gotowy do zjedzenia – 2,5zł. Papaja, ananas, mango, gujawa albo arbuz schłodzony w lodzie i pocięty na Twoich oczach, z finezją jakby był rzeźbą za chwilę wystawianą w muzeum sztuki współczesnej.

Podróż statkiem lub motorówką na wyspę – 25-35zł. To czy zapłacisz mniej czy więcej wcale nie zależy od tego jak daleko jest miejsce, do którego chcesz dopłynąć, ale czy kupiłeś bilet na pierwszym stoisku w porcie, czy 200 metrów dalej. I, jak to zwykle bywa w Tajlandii, od Twoich zdolności negocjacyjnych.

Drink w wiadrze – 18-35zł. Akcja typowo turystyczna, mająca chyba pokazać ochlejmordom z całego świata, że są w dobry miejscu, bo TAJLANDIA TO TAKI DZIKI KRAJ, GDZIE PIJE SIĘ Z WIADER, HEHE. Drink polega na tym, że do plastikowego kubełka wlewają Ci ćwiarę wódy, rumu albo whisky i dolewają 2 najtańsze energetyki. Za każdym razem, gdy to kupujesz, gdzieś na świecie umiera mały barman.

Lot krajowy – 100zł. Pisałem już o tym we wpisie 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii i nie chcę się powtarzać, więc napiszę tylko, że świetny stosunek ceny do jakości.

Masaż – 23,5-41zł/1h. Za nieco ponad 2 dychy dostajesz godzinę solidnego, rozluźniającego wszystkie mięśnie masażu. Za 4 dychy Tajka robi z Twoim ciałem cuda przy użyciu olejków i kamfor. Warto. Bardzo.

Z pewnością nie wyczerpałem tematu, więc jeśli coś wyjątkowo Cię interesuje, a nie pojawiło się w tym wpisie, to śmiało pytaj w komentarzach, jeśli tylko będę wiedział, to odpiszę Ci ile kosztuje w Tajlandii dany produkt lub usługa.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Czy serial „Belfer” z Maciejem Stuhrem jest tak dobry jak mówią?

Skip to entry content

Na serial „Belfer” z Maciejem Stuhrem na podstawie scenariusza Jakuba Żulczyka, czekałem odkąd pojawiło się info, że takowy w ogóle powstaje. Czyli jakieś 2 lata. Jest to zdecydowanie krócej, niż DiCaprio czekał na Oscara, jednak oczekiwania były równie wysokie. W końcu w produkcję zaangażowany był najbardziej ceniony przez ze mnie polski pisarz i w miarę lubiany aktor, którego wciąż nie skreśliłem, mimo udziału w gównach pokroju „Listy do M.”, czy „Planeta singli”.

Po premierze pierwszego odcinka, większość widzów była wniebowzięta jak Najświętsza Maryia Panna i stan ten trwał mniej więcej aż do finału sezonu, gdzie nastąpił powrót na ziemię. Padła odpowiedź na powracające jak poniedziałek po weekendzie pytanie „kto zabił?”, jednak wielu fanów serialu poczuło się nią rozczarowanych. Mniej więcej tak rozczarowanych jak uczestnicy programu „Wszystko o Miriam”.

Czy serial „Belfer” jest faktycznie tak dobry mówią, a jego zakończenie tak złe jak krzyczą? Czy może po prostu to typowy średniak?

Świetni młodzi aktorzy

Tytuł opowiada o zabójstwie nastolatki w małej miejscowości Dobrowice, przez co główną osią wydarzeń jest szkoła i licealne imprezki, ploteczki, romanse i manipulacje. Dzięki bogu – w sensie producentom, bo to oni mają zawsze ostatnie słowo – nie dostaliśmy Tomasza Karolaka, Piotra Adamczyka i Tomasza Kota udających nastolatków, tylko faktycznie młodych, świeżych aktorów. Którzy oprócz tego, że pasowali do swoich postaci, to byli mega wiarygodni i nie musieli składać podania o kredyt zaufania, żebyśmy uwierzyli w ich życiorysy, motywy do działania i podjęte decyzje.

Albo kibicowaliśmy małoletniemu gangsterowi handlującemu mefedronem albo życzyliśmy mu śmierci, ale nie wątpiliśmy w jego istnienie.

Główny bohater jak James Bond

A chwilami to nawet jak Superman.

Jest nauczycielem, psychologiem, detektywem, bokserem, sprinterem, świetnym kochankiem, a do tego czyta w myślach. Jak na prawdziwego superbohatera przystało, zawsze wie gdzie ma się pojawić, gdy komuś coś zagraża i oczywiście pojawia się tam w ostatniej chwili, brawurowo ratując sytuację. Żeby nie było, do gry aktorskiej Macieja Stuhra nie ma co się przyczepić, bo jest bardzo w porządku, ale bohater w którego się wciela jest przekoloryzowany do przesady. W pewnym momencie widz czeka, aż belfer wyciągnie wybuchający długopis by powalić przeciwników albo użyje szóstego zmysłu i zacznie widzieć przez ściany.

Innym mankamentem tej postaci jest jej motywacja, czyli powód dla którego opuściła Warszawę i przyjechała na podelbląską wiochę – tajemnicza śmierć córki, którą przez 18 lat życia miała w dupie. Średnio przekonujące.

Wciągająca fabuła…

Co by nie mówić o głównym bohaterze, to całościowo scenariusz daje radę i już od pierwszej sceny, gdy widzimy martwą nastolatkę pod drzewem, zadajemy sobie wspomniane we wstępie pytanie „kto zabił?”. I towarzyszy nam ono przez kolejne epizody coraz intensywniej wiercąc dziurę w głowie. To ewidentny plus fabuły, iż wciąga nas na tyle, że faktycznie istotne jest dla nas odkrycie mordercy i cień rzucanych przez nas podejrzeń stopniowo zatacza coraz szersze kręgi, aż zaczynamy podejrzewać absolutnie każdego, łącznie z rodzicami dziewczyny. Nie ma też dłużyzn, zapchajdziur i czarno-białych retrospekcji nic nie wnoszących do tematu, byleby tylko wydłużyć czas i nabić kilka odcinków więcej, jak często ma to miejscu w tym gatunku.

…jednak momentami jak w telenoweli

Z kolei ogromnym minusem fabuły jest jej przewidywalność i telenowelowe zagrania. Jeśli Paweł Zawadzki na początku odcinka jest niemal pewien kto zabił Asię Walewską, to z góry wiadomo, że pod jego koniec osoba ta zostanie oczyszczona z zarzutów. Oczywiście każdy epizod urywa się w kulminacyjnym momencie, po to, abyśmy w napięciu tydzień czekali na kolejny, po czym okazuje się, że to zawieszenie na krawędzi wyjaśnienia intrygi, to jednak nie to. I tak w kółko, i w kółko, i w kółko.

Do tego scenariusz często zapomina o niektórych bohaterach i tak na przykład Magdalena Cielecka nagle znika z własnego domu, mimo, że toczy się w nim akcja i reszta jej rodziny jest obecna. Podobnie wyparowuje ojciec i matka zmarłej dziewczyny. Oprócz tego pojawiają się jakieś postacie z dupy, które pomagają Stuhrowi z niewiadomego powodu, a widz ma wrażenie, że część wątków jest wprowadzona tylko po to, by go zmylić, a nie by były integralną, mającą konsekwencje w późniejszych wydarzeniach częścią historii.

Zakończenie nie wytrzymało presji?

Jak wcześniej wspomniałem, cały serial był budowany na bazie spektakularnych zwrotów akcji i spodziewania się niespodziewanego, w związku z czym większość widzów oczekiwała, że na takich fundamentach zostanie postawione zakończenie, które wszystkim powykręca mózgi na lewą stronę przewrotnością scenariusza. W efekcie dostaliśmy jednak coś co powykręcało, ale usta w grymas niezadowolenia większości zagorzałych fanów.

To, kto jest bezpośrednim mordercą, wiadome było od dwóch odcinków wstecz, a tego kto mógł przyłożyć rękę do odebrania życia Asia Walewskiej można było domyśleć się jeszcze wcześniej, przez co wyważanie otwartych drzwi w końcowym epizodzie, ukazując winnych, których wszyscy się spodziewali, mogło rozczarować. Mogło, a nie musiało, bo dla mnie równie istotne co „kto zabił?” było „dlaczego zabił?” i „jak zabił?”, a na te pytanie – nie zupełnie, ale jednak – poznajemy odpowiedzi, gotując się z emocji w trakcie konfrontacji Zawadzkiego z zabójcą jego córki.

Innymi słowy: zakończenie zaskoczyło tym, że nie zaskoczyło.

Czy „Belfer” jest tak dobry, czy tak zły jak mówią?

Zdecydowanie jest to dobry serial, godny uwagi i wart polecenia, a jak na polskie warunki, to wręcz obowiązkowy. Choć ma irytujące momenty, to dostarcza emocji i mocno angażuje, a w końcu o to w kontakcie z wytworami kultury chodzi.

 

Gładki jak pupcia niemowlęcia nawet w Azji, czyli golenie się w podróży

Skip to entry content



wpis jest wynikiem współpracy z marką Philips

Od jakiegoś półtora roku podróżuję ze średnią częstotliwością raz na miesiąc, bo jeśli nie nadrabiam zaległości z geografii i pojęcia o tym jak wygląda wielki świat, to akurat jadę w Polskę na jakieś branżowe spotkanie, dowiedzieć się co słychać w wielkim świecie. Nie, gazet nie czytam, odpowiadając na pytanie Freda z „Chłopaki nie płaczą”. Zazwyczaj są to wypady, krótkie, bo góra tygodniowe, więc jak stereotypowa singielka w trakcie zimy, stwierdzam, że golenie mogę sobie odpuścić.

Przed wylotem do Tajlandii, jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej, bo raz, że cała podróż miała mi zająć 17 dni, dwa, że w azjatyckim ukropie bujanie się z brodą, byłoby dla mnie sytuacją równie komfortową, co jazda autobusem do Nowej Huty po meczu Cracovii z Wisłą, a trzy, że nie chciałem sobie dostarczać dodatkowych wrażeń przy kontroli paszportowej, w trakcie próby dopasowania gościa na fotografii do bezdomnego stojącego przed okienkiem.

Innymi słowy: wiedziałem, że będę musiał dość często golić się w trakcie podróży.

Korzystny układ planet i wrzucanie grosików do wszystkich fontann jakie odwiedziłem w trakcie 28 lat, sprawiło, że trzy tygodnie przed wyjazdem dostałem golarkę Philipsa serii 7000 do recenzji. Czy mógłbym wymyślić lepsze warunki do sprawdzenia tego sprzętu? Pewnie, że mógłbym, co nie zmienia faktu, że wycieczka po Azji to i tak zajebista okazja do przeprowadzenia takiego testu.

Dobra, to na co warto zwrócić uwagę wybierając maszynkę do golenia się w podróży?

Ile waży?

I ile zajmuje miejsca w torbie?

Niezależnie, czy przemieszczasz się pociągiem, autobusem, czy samolotem, to zawsze lepiej mieć lżejszy bagaż niż cięższy. Zwłaszcza, gdy wyczaiłeś bilety po taniości i możesz zabrać ze sobą tylko jedną torbę, więc każdy gram się liczy. Philips S7780 – bo o niej mowa – jest filigranowa, poręczna i w zestawie z ładnym futerałem, na okoliczność wyjścia z domu dalej niż do spożywczaka, i w zasadzie na tygodniowy wypad nie trzeba zabierać do niej nawet ładowarki, więc i nie obciąża bagażu, i nie zabiera miejsca na kolekcję dmuchanych kucyków, które biorę ze sobą w każdą podróż.

A, prawie bym zapomniał, i na luzie można używać jej na sucho – bez żadnych pianek – więc jak z dobrą włoską pizzą, branie dodatków jest zbędne.

Na ile wystarcza bateria?

hdr

Według najnowszych raportów amerykańskich naukowców, pytanie „na ile wystarcza bateria w [wpisz_dowolny_sprzęt_elektroniczny]?” jest częściej wklepywane w Google niż „czy Emily Ratajkowski ma chłopaka?”. A według prognoz, do 2047, gdy wszyscy będziemy mieli cybernetyczne ciała z kopią zapasową mózgu w chmurze, najpopularniejszą frazą będzie „na ile starcza bateria w Emily Ratajkowski”. Pełne naładowanie baterii w sprzęcie serii 7000 wystarcza na 50 minut, przy czym, pytanie powinno brzmieć: ile razy można się w tym czasie ogolić? Cóż, mnie, nabicie sprzętu na 2 paski z 3 wystarczyło na cały 17-dniowy wyjazd, czyli przy moich potrzebach na 7 ścięć zarostu. Całkiem przyzwoicie.

Czy nie podrażnia?

5

Na palcach ręki niewypłacalnego dłużnika mafii można policzyć zdjęcia, na których mam brodę zgoloną na zero. Poza lenistwem, wynika to z tego, że jakich kosmetyków bym nie używał, po ścięciu zarostu do gołej skóry, zawsze wyskakiwało mi podrażnienia. W postaci wysypki czerwonych krost, przez co wyglądałem jakbym zaplątał twarz w lampki choinkowe i stwierdził, że na mnie będą wyglądały lepiej niż na bożonarodzeniowym drzewku. Nie muszę Was chyba przekonywać, że to mylne stwierdzenie, co?

Jak w kontekście tych przykrych wydarzeń wypada S7780? Zajebiście!

Mimo mojej ultra wrażliwej skóry i braku stosowania jakiejkolwiek pianki, czy żelu, ścinając włosy do gołych policzków, nie zamieniłem się w gościa potrzebującego Clearasilu. W sensie, nie zaczęły wyskakiwać mi krosty na twarzy. Ani nic mnie nie szczypało. Ani nie piekło. Ani nie musiałem okładać polików zsiadłym mlekiem. Ani nie czułem żadnego innego dyskomfortu związanego z tym, że pozbyłem się owłosienia z facjaty. Naprawdę, bardzo, bardzo pierwsza klasa.

Czy łatwo się czyści?

img_20161117_092933

W trakcie zwiedzania nowego miasta/kraju/kontynentu/planety są zdecydowanie ciekawsze zajęcia niż czyszczenie golarki, choćby przybieranie na wadze podczas próbowania lokalnych specjałów, dlatego spoko, jeśli można tę czynność ograniczyć do minimum. Na przykład kilku sekund. W modelu, który wziąłem ze sobą do Azji, faktycznie tak jest, bo głowice DynamicFlex wystarczy po prostu przepłukać pod bieżącą wodą. I na dobrą sprawę w ogóle nie trzeba o tym pamiętać, bo sprzęt sam da nam o tym znać, wyświetlając informację na pasku powiadomień.

Jak się jej używa?

Czyli, czy jest tak kozacka jak się wydaje?

2

Hmm… jest.

Po pierwsze, ma i końcówkę do golenia na zero, i z trymerem – tylko do przycinania owłosienia – i ze szczoteczką do oczyszczania skóry. Po drugie, sam zabieg pozbywania się owłosienia jest bezproblemowy i prostszy niż powiedzenie „kajak” od tyłu. Po trzecie, jesteś po nim gładki jak pupcia niemowlęcia, bez skutków ubocznych gwarantujących przymusową wstrzemięźliwość seksualną. Po czwarte bateria trzyma jak bania na weselu. Po piąte, jest ładna. Do wcześniej wspomnianej Emily ciut jej brakuje, ale jest całkiem nieźle.

Innymi słowy: tak, jest tak kozacka jak się wydaje.

Czy wyglądasz z nią na zdjęciach jak z okładki „Men’s Health”?

Kryterium podstawowe, z przekory na samym końcu.

8

No, mam nadzieję, że tak.