Close
Close

Ceny w Tajlandii. Ile kosztuje jedzenie, nocleg i internet?

Skip to entry content

Jakie są ceny w Tajlandii i ile kosztują podstawowe produkty i usługi? To pytanie zadaje sobie każdy spoza setki „Wprostu”, kto zamierza przyjechać do tego kraju, a odpowiedź na nie, często determinuje decyzje o podróży. U mnie było podobnie i zanim zdecydowałem się polecieć do miejsca, w którym co czwarty Amerykanin chciałby przeżyć swój wieczór kawalerski, najpierw zacząłem rozpisywać podróżniczy budżet, orientując się ile wydam tam na jedzenie, nocleg i oczywiście internet.

Lokalną walutą w Tajlandii jest baht tajski, który przeliczamy mniej więcej 1:8,5. W sensie, że średnio za 1 złotówkę mamy 8,5 bahta. Przysłówek „średnio” pojawia się tu nie przypadkiem, ponieważ nie da się bezpośrednio wymienić złotówek na bahty i faktyczny kurs wynika z tego, po jakim kursie wymieniłeś złotówki na dolary lub euro i następnie po jakim kursie wymieniłeś dolary lub euro na bahty. Brzmi skomplikowanie i problematycznie? To po prostu wypłać w bankomacie w Tajlandii ze swojego polskiego konta 20 000 bahtów i wyjdzie Ci kurs 1 do 8,5. Proste? Proste.

Dobra, masz już hajs w kiermanie i chcesz zacząć czuć się jak pan i władca świata, a przynajmniej jak brytol płacący funtami za banie w „Pijalni Wódki i Piwa” na Świętego Tomasza. To jak z tymi cenami?

W zależności od tego, czy jesteś w Bangkoku, czy na wybrzeżu lub jednej z wysp, ceny szamy, alko i miejsc do spania wahają się o 30% – bo w stolicy jest zdecydowanie taniej niż w kurortach – i przedstawiają się tak:

Lot do/z Bangkoku – 1000zł-1200zł. Naturalnie da się upolować super okazję poniżej tej ceny, lecieć z 7 przesiadkami, 50 godzin albo samolotem, który pamięta czasy, gdy Twoja babcia miała mleczaki, ale zdecydowanie lepiej dołożyć te kilka stów i lecieć w cywilizowanych warunkach z dobrym jedzeniem i nielimitowanym piciem, liniami Emirates za nieco powyżej tysiaka w jedną stronę.

Nocleg dla dwóch osób – 100zł/noc. Zakładając oczywiście, że nie chcesz spać na skłocie z innymi obcymi i przepoconymi turystami, bo miejsce w wieloosobowej sali w hostelu znajdziesz nawet i za kilkanaście złotych za głowę. Te 100zł to średnia cena za dwuosobowy pokój z łazienką i klimatyzacją, bez karaluchów w bonusie i nie na wydupiu.

Śniadanie/obiad/kolacja na ulicy – 6zł. Mam tu na myśli pad thaia, zupę ze wszystkim albo jakiekolwiek mięso + ryż, w knajpie złożonej z butli gazowej, blachy i mebli ogrodowych. Za taki sam posiłek w lokalu z dachem i toaletą trzeba zapłacić 2 razy tyle.

Mini-szaszłyk na patyku – 1,2zł. Czyli kawałek grillowanego kurczaka albo wieprzowiny, zjesz takie 3 i jesteś najedzony na parę godzin zwiedzania.

Bilet autobusowy – 0-2,5zł. Przez cały wyjazd nie byłem w stanie rozgryźć tego, jakim algorytmem Tajowie naliczają opłaty za przejazd autobusem. Raz było to zależne od tego ile przystanków jedziemy, raz w jakim kierunku, a raz czy osobie sprzedającej bilety chciało się w ogóle do nas pochodzić. Żeby obliczyć ile będzie Cię kosztowało przejechanie 6 przystanków, najłatwiej rzucić kostką.

Woda w sklepie – 1,5zł-3,5zł. Czyli podobnie jak u nas. Cena waha się w zależności od tego w jak bardzo turystycznym miejscu jesteś.

Taksówka na lotnisko – 35zł-53zł. Średnio 22 złote na głowę – zakładając, że podróżujesz z ziomkiem – za przejechanie bitych 30 kilometrów – bo tyle z Google Maps w ręku mieliśmy do lotniska – co w godzinach szczytu potrafi trwać ponad godzinę. Czy to nie jest piękne?

Koktajl owocowy – 3,5-6zł. Najlepszy ze smoczego owocu. Ultra zajebista sprawa, polecam przynajmniej jeden dziennie.

Kapelusz – 23,5zł. Radzę nie ignorować tej pozycji, ze względu na fakt, że temperatura w Tajlandii rzadko kiedy spada poniżej 30 stopni i bardzo łatwo spalić sobie skórę na czole i karku albo, co gorsza, dostać udaru słonecznego. Poza tym, słomkowy kapelusz to zawsze +50% serduszek przy zdjęciach na Insta.

Piwo w sklepie – 6,5-9,4zł/640ml. Mowa o piwie Chang – najpopularniejszym tajskim piwie i jednym z 3 w ogóle dostępnych. Alkohol zasadniczo jest dość drogi w tym kraju, a importowany zachodni jest bardzo drogi. Co ciekawe, lokalny nie występuje w standardowej polskiej pojemności – pół litra – tylko właśnie albo 330ml albo 640ml. Ogólnie jest taki se, tak że zalecam poprzestanie na jednej zgrzewce.

Bilet na metro/pociąg – 1,9-5,3zł. Tu akurat cena jest liczona dość logicznie i zależy od liczby stacji, przez które przejeżdżasz.

Koszulka – 18zł. Oczywiście mowa o oryginalnym t-shircie Nike albo Adidasa z logiem na pół klaty.

Internet – 65zł/4,5Gb/miesiąc. Nawet jeśli nie jesteś człowiekiem uzależnionym od internetu z implantem do łączenia się z wi-fi pod prawą pachą, w sensie blogerem, to warto zaopatrzyć się w lokalną kartę sim umożliwiającą korzystanie z sieci. Choćby po to, żeby móc komfortowo poruszać się po mieście używając GPSa i map, czy prowadzić wideo-rozmowy z rodziną zamartwiającą się w Polsce, udowadniając, że nie jesteś od tygodnia uwięziony w piwnicy, tylko swobodnie chodzisz sobie po plaży, pokazując zajebiste zachody słońca.

Świeży owoc gotowy do zjedzenia – 2,5zł. Papaja, ananas, mango, gujawa albo arbuz schłodzony w lodzie i pocięty na Twoich oczach, z finezją jakby był rzeźbą za chwilę wystawianą w muzeum sztuki współczesnej.

Podróż statkiem lub motorówką na wyspę – 25-35zł. To czy zapłacisz mniej czy więcej wcale nie zależy od tego jak daleko jest miejsce, do którego chcesz dopłynąć, ale czy kupiłeś bilet na pierwszym stoisku w porcie, czy 200 metrów dalej. I, jak to zwykle bywa w Tajlandii, od Twoich zdolności negocjacyjnych.

Drink w wiadrze – 18-35zł. Akcja typowo turystyczna, mająca chyba pokazać ochlejmordom z całego świata, że są w dobry miejscu, bo TAJLANDIA TO TAKI DZIKI KRAJ, GDZIE PIJE SIĘ Z WIADER, HEHE. Drink polega na tym, że do plastikowego kubełka wlewają Ci ćwiarę wódy, rumu albo whisky i dolewają 2 najtańsze energetyki. Za każdym razem, gdy to kupujesz, gdzieś na świecie umiera mały barman.

Lot krajowy – 100zł. Pisałem już o tym we wpisie 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii i nie chcę się powtarzać, więc napiszę tylko, że świetny stosunek ceny do jakości.

Masaż – 23,5-41zł/1h. Za nieco ponad 2 dychy dostajesz godzinę solidnego, rozluźniającego wszystkie mięśnie masażu. Za 4 dychy Tajka robi z Twoim ciałem cuda przy użyciu olejków i kamfor. Warto. Bardzo.

Z pewnością nie wyczerpałem tematu, więc jeśli coś wyjątkowo Cię interesuje, a nie pojawiło się w tym wpisie, to śmiało pytaj w komentarzach, jeśli tylko będę wiedział, to odpiszę Ci ile kosztuje w Tajlandii dany produkt lub usługa.

(niżej jest kolejny tekst)

16
Dodaj komentarz

avatar
7 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
19 rzeczy, które zaskoczą Cię w Wietnamie!goscJacek eM: dizajnuchMeWhoMarta Szatańska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Saga Sachnik
Gość

Ceny w Tajlandii są faktycznie rozbrajające, aczkolwiek trzeba uważać na taksówkarzy. Jak wszędzie pewnie.
Ale wszama z ulicy jest najlepsza <3 I tosty z 7/11

Jan Favre
Gość

Oszukują nie bardziej niż warszawskie cierpy, wystarczy dogadać się przed kursem ile będzie kosztował i problem znika :)

Marta Szatańska
Gość

Dokładnie!
Wszyscy tak gadaj o oszustach naciągaczach w taj, a w Warszawie nawet warszawiaka taksówkarz oszuka! Na 4 zł mniej więcej, ale zawsze to 4 zł, nie?

Zastanawia mnie czemu taka woda droga! W siedem jedenaście nawet i 7bht kosztowała i w bkk i na wyspie. W ogole to było cudowne w restauracjach (kuchnia była zadaszona, był „kelner”, toalety nie – to chyba restauracja?), że woda kosztowala najcześciej 1 bht, właściwie tyle co w sklepie.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

A miałeś jakieś międzylądowanie w drodze na miejsce? I skąd leciałeś?

Jan Favre
Gość

Tak, przesiadaliśmy się w Dubaju w obie strony, a lecieliśmy z Warszawy. Takiego zupełnie bezpośredniego połączenia z Polski nie ma.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

E,to luźna guma. Ale dużą próbą będą dla mnie dwa loty- jeden po drugim…

Grocrafty.pl
Gość

Ilu małych barmanów wykończyłeś?

Jan Favre
Gość

0, chcę iść do nieba.

Eataway
Gość
Eataway

Janek, mamy do Ciebie POWAŻNE PYTANIE.
.
.
.
Jedzenie polskie czy tajskie?

Jan Favre
Gość

Po 2 tygodniach jedzenia pad thai zaczęły mi się śnić schabowe, tak że na dłuższą metę chyba jednak polskie.

Eataway
Gość
Eataway

Co schabowy to schabowy ;) Jeśli jednak znudzi Ci się kotlet z mizerią to zapraszamy do nas na stronę (www.eataway.com), Joanna gotuje tajskie boxy :) https://www.eataway.com/pl/takeaway/178560135-thai-table/2016-12-02

MeWho
Gość
MeWho

a ile kosztują Panie do towarzystwa bądź masaże nuru?

Jacek eM: dizajnuch
Gość

2-3 tysiące batów. Tak koledzy z wycieczki opowiadali :)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Czy serial „Belfer” z Maciejem Stuhrem jest tak dobry jak mówią?

Skip to entry content

Na serial „Belfer” z Maciejem Stuhrem na podstawie scenariusza Jakuba Żulczyka, czekałem odkąd pojawiło się info, że takowy w ogóle powstaje. Czyli jakieś 2 lata. Jest to zdecydowanie krócej, niż DiCaprio czekał na Oscara, jednak oczekiwania były równie wysokie. W końcu w produkcję zaangażowany był najbardziej ceniony przez ze mnie polski pisarz i w miarę lubiany aktor, którego wciąż nie skreśliłem, mimo udziału w gównach pokroju „Listy do M.”, czy „Planeta singli”.

Po premierze pierwszego odcinka, większość widzów była wniebowzięta jak Najświętsza Maryia Panna i stan ten trwał mniej więcej aż do finału sezonu, gdzie nastąpił powrót na ziemię. Padła odpowiedź na powracające jak poniedziałek po weekendzie pytanie „kto zabił?”, jednak wielu fanów serialu poczuło się nią rozczarowanych. Mniej więcej tak rozczarowanych jak uczestnicy programu „Wszystko o Miriam”.

Czy serial „Belfer” jest faktycznie tak dobry mówią, a jego zakończenie tak złe jak krzyczą? Czy może po prostu to typowy średniak?

Świetni młodzi aktorzy

Tytuł opowiada o zabójstwie nastolatki w małej miejscowości Dobrowice, przez co główną osią wydarzeń jest szkoła i licealne imprezki, ploteczki, romanse i manipulacje. Dzięki bogu – w sensie producentom, bo to oni mają zawsze ostatnie słowo – nie dostaliśmy Tomasza Karolaka, Piotra Adamczyka i Tomasza Kota udających nastolatków, tylko faktycznie młodych, świeżych aktorów. Którzy oprócz tego, że pasowali do swoich postaci, to byli mega wiarygodni i nie musieli składać podania o kredyt zaufania, żebyśmy uwierzyli w ich życiorysy, motywy do działania i podjęte decyzje.

Albo kibicowaliśmy małoletniemu gangsterowi handlującemu mefedronem albo życzyliśmy mu śmierci, ale nie wątpiliśmy w jego istnienie.

Główny bohater jak James Bond

A chwilami to nawet jak Superman.

Jest nauczycielem, psychologiem, detektywem, bokserem, sprinterem, świetnym kochankiem, a do tego czyta w myślach. Jak na prawdziwego superbohatera przystało, zawsze wie gdzie ma się pojawić, gdy komuś coś zagraża i oczywiście pojawia się tam w ostatniej chwili, brawurowo ratując sytuację. Żeby nie było, do gry aktorskiej Macieja Stuhra nie ma co się przyczepić, bo jest bardzo w porządku, ale bohater w którego się wciela jest przekoloryzowany do przesady. W pewnym momencie widz czeka, aż belfer wyciągnie wybuchający długopis by powalić przeciwników albo użyje szóstego zmysłu i zacznie widzieć przez ściany.

Innym mankamentem tej postaci jest jej motywacja, czyli powód dla którego opuściła Warszawę i przyjechała na podelbląską wiochę – tajemnicza śmierć córki, którą przez 18 lat życia miała w dupie. Średnio przekonujące.

Wciągająca fabuła…

Co by nie mówić o głównym bohaterze, to całościowo scenariusz daje radę i już od pierwszej sceny, gdy widzimy martwą nastolatkę pod drzewem, zadajemy sobie wspomniane we wstępie pytanie „kto zabił?”. I towarzyszy nam ono przez kolejne epizody coraz intensywniej wiercąc dziurę w głowie. To ewidentny plus fabuły, iż wciąga nas na tyle, że faktycznie istotne jest dla nas odkrycie mordercy i cień rzucanych przez nas podejrzeń stopniowo zatacza coraz szersze kręgi, aż zaczynamy podejrzewać absolutnie każdego, łącznie z rodzicami dziewczyny. Nie ma też dłużyzn, zapchajdziur i czarno-białych retrospekcji nic nie wnoszących do tematu, byleby tylko wydłużyć czas i nabić kilka odcinków więcej, jak często ma to miejscu w tym gatunku.

…jednak momentami jak w telenoweli

Z kolei ogromnym minusem fabuły jest jej przewidywalność i telenowelowe zagrania. Jeśli Paweł Zawadzki na początku odcinka jest niemal pewien kto zabił Asię Walewską, to z góry wiadomo, że pod jego koniec osoba ta zostanie oczyszczona z zarzutów. Oczywiście każdy epizod urywa się w kulminacyjnym momencie, po to, abyśmy w napięciu tydzień czekali na kolejny, po czym okazuje się, że to zawieszenie na krawędzi wyjaśnienia intrygi, to jednak nie to. I tak w kółko, i w kółko, i w kółko.

Do tego scenariusz często zapomina o niektórych bohaterach i tak na przykład Magdalena Cielecka nagle znika z własnego domu, mimo, że toczy się w nim akcja i reszta jej rodziny jest obecna. Podobnie wyparowuje ojciec i matka zmarłej dziewczyny. Oprócz tego pojawiają się jakieś postacie z dupy, które pomagają Stuhrowi z niewiadomego powodu, a widz ma wrażenie, że część wątków jest wprowadzona tylko po to, by go zmylić, a nie by były integralną, mającą konsekwencje w późniejszych wydarzeniach częścią historii.

Zakończenie nie wytrzymało presji?

Jak wcześniej wspomniałem, cały serial był budowany na bazie spektakularnych zwrotów akcji i spodziewania się niespodziewanego, w związku z czym większość widzów oczekiwała, że na takich fundamentach zostanie postawione zakończenie, które wszystkim powykręca mózgi na lewą stronę przewrotnością scenariusza. W efekcie dostaliśmy jednak coś co powykręcało, ale usta w grymas niezadowolenia większości zagorzałych fanów.

To, kto jest bezpośrednim mordercą, wiadome było od dwóch odcinków wstecz, a tego kto mógł przyłożyć rękę do odebrania życia Asia Walewskiej można było domyśleć się jeszcze wcześniej, przez co wyważanie otwartych drzwi w końcowym epizodzie, ukazując winnych, których wszyscy się spodziewali, mogło rozczarować. Mogło, a nie musiało, bo dla mnie równie istotne co „kto zabił?” było „dlaczego zabił?” i „jak zabił?”, a na te pytanie – nie zupełnie, ale jednak – poznajemy odpowiedzi, gotując się z emocji w trakcie konfrontacji Zawadzkiego z zabójcą jego córki.

Innymi słowy: zakończenie zaskoczyło tym, że nie zaskoczyło.

Czy „Belfer” jest tak dobry, czy tak zły jak mówią?

Zdecydowanie jest to dobry serial, godny uwagi i wart polecenia, a jak na polskie warunki, to wręcz obowiązkowy. Choć ma irytujące momenty, to dostarcza emocji i mocno angażuje, a w końcu o to w kontakcie z wytworami kultury chodzi.

 

Gładki jak pupcia niemowlęcia nawet w Azji, czyli golenie się w podróży

Skip to entry content



wpis jest wynikiem współpracy z marką Philips

Od jakiegoś półtora roku podróżuję ze średnią częstotliwością raz na miesiąc, bo jeśli nie nadrabiam zaległości z geografii i pojęcia o tym jak wygląda wielki świat, to akurat jadę w Polskę na jakieś branżowe spotkanie, dowiedzieć się co słychać w wielkim świecie. Nie, gazet nie czytam, odpowiadając na pytanie Freda z „Chłopaki nie płaczą”. Zazwyczaj są to wypady, krótkie, bo góra tygodniowe, więc jak stereotypowa singielka w trakcie zimy, stwierdzam, że golenie mogę sobie odpuścić.

Przed wylotem do Tajlandii, jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej, bo raz, że cała podróż miała mi zająć 17 dni, dwa, że w azjatyckim ukropie bujanie się z brodą, byłoby dla mnie sytuacją równie komfortową, co jazda autobusem do Nowej Huty po meczu Cracovii z Wisłą, a trzy, że nie chciałem sobie dostarczać dodatkowych wrażeń przy kontroli paszportowej, w trakcie próby dopasowania gościa na fotografii do bezdomnego stojącego przed okienkiem.

Innymi słowy: wiedziałem, że będę musiał dość często golić się w trakcie podróży.

Korzystny układ planet i wrzucanie grosików do wszystkich fontann jakie odwiedziłem w trakcie 28 lat, sprawiło, że trzy tygodnie przed wyjazdem dostałem golarkę Philipsa serii 7000 do recenzji. Czy mógłbym wymyślić lepsze warunki do sprawdzenia tego sprzętu? Pewnie, że mógłbym, co nie zmienia faktu, że wycieczka po Azji to i tak zajebista okazja do przeprowadzenia takiego testu.

Dobra, to na co warto zwrócić uwagę wybierając maszynkę do golenia się w podróży?

Ile waży?

I ile zajmuje miejsca w torbie?

Niezależnie, czy przemieszczasz się pociągiem, autobusem, czy samolotem, to zawsze lepiej mieć lżejszy bagaż niż cięższy. Zwłaszcza, gdy wyczaiłeś bilety po taniości i możesz zabrać ze sobą tylko jedną torbę, więc każdy gram się liczy. Philips S7780 – bo o niej mowa – jest filigranowa, poręczna i w zestawie z ładnym futerałem, na okoliczność wyjścia z domu dalej niż do spożywczaka, i w zasadzie na tygodniowy wypad nie trzeba zabierać do niej nawet ładowarki, więc i nie obciąża bagażu, i nie zabiera miejsca na kolekcję dmuchanych kucyków, które biorę ze sobą w każdą podróż.

A, prawie bym zapomniał, i na luzie można używać jej na sucho – bez żadnych pianek – więc jak z dobrą włoską pizzą, branie dodatków jest zbędne.

Na ile wystarcza bateria?

hdr

Według najnowszych raportów amerykańskich naukowców, pytanie „na ile wystarcza bateria w [wpisz_dowolny_sprzęt_elektroniczny]?” jest częściej wklepywane w Google niż „czy Emily Ratajkowski ma chłopaka?”. A według prognoz, do 2047, gdy wszyscy będziemy mieli cybernetyczne ciała z kopią zapasową mózgu w chmurze, najpopularniejszą frazą będzie „na ile starcza bateria w Emily Ratajkowski”. Pełne naładowanie baterii w sprzęcie serii 7000 wystarcza na 50 minut, przy czym, pytanie powinno brzmieć: ile razy można się w tym czasie ogolić? Cóż, mnie, nabicie sprzętu na 2 paski z 3 wystarczyło na cały 17-dniowy wyjazd, czyli przy moich potrzebach na 7 ścięć zarostu. Całkiem przyzwoicie.

Czy nie podrażnia?

5

Na palcach ręki niewypłacalnego dłużnika mafii można policzyć zdjęcia, na których mam brodę zgoloną na zero. Poza lenistwem, wynika to z tego, że jakich kosmetyków bym nie używał, po ścięciu zarostu do gołej skóry, zawsze wyskakiwało mi podrażnienia. W postaci wysypki czerwonych krost, przez co wyglądałem jakbym zaplątał twarz w lampki choinkowe i stwierdził, że na mnie będą wyglądały lepiej niż na bożonarodzeniowym drzewku. Nie muszę Was chyba przekonywać, że to mylne stwierdzenie, co?

Jak w kontekście tych przykrych wydarzeń wypada S7780? Zajebiście!

Mimo mojej ultra wrażliwej skóry i braku stosowania jakiejkolwiek pianki, czy żelu, ścinając włosy do gołych policzków, nie zamieniłem się w gościa potrzebującego Clearasilu. W sensie, nie zaczęły wyskakiwać mi krosty na twarzy. Ani nic mnie nie szczypało. Ani nie piekło. Ani nie musiałem okładać polików zsiadłym mlekiem. Ani nie czułem żadnego innego dyskomfortu związanego z tym, że pozbyłem się owłosienia z facjaty. Naprawdę, bardzo, bardzo pierwsza klasa.

Czy łatwo się czyści?

img_20161117_092933

W trakcie zwiedzania nowego miasta/kraju/kontynentu/planety są zdecydowanie ciekawsze zajęcia niż czyszczenie golarki, choćby przybieranie na wadze podczas próbowania lokalnych specjałów, dlatego spoko, jeśli można tę czynność ograniczyć do minimum. Na przykład kilku sekund. W modelu, który wziąłem ze sobą do Azji, faktycznie tak jest, bo głowice DynamicFlex wystarczy po prostu przepłukać pod bieżącą wodą. I na dobrą sprawę w ogóle nie trzeba o tym pamiętać, bo sprzęt sam da nam o tym znać, wyświetlając informację na pasku powiadomień.

Jak się jej używa?

Czyli, czy jest tak kozacka jak się wydaje?

2

Hmm… jest.

Po pierwsze, ma i końcówkę do golenia na zero, i z trymerem – tylko do przycinania owłosienia – i ze szczoteczką do oczyszczania skóry. Po drugie, sam zabieg pozbywania się owłosienia jest bezproblemowy i prostszy niż powiedzenie „kajak” od tyłu. Po trzecie, jesteś po nim gładki jak pupcia niemowlęcia, bez skutków ubocznych gwarantujących przymusową wstrzemięźliwość seksualną. Po czwarte bateria trzyma jak bania na weselu. Po piąte, jest ładna. Do wcześniej wspomnianej Emily ciut jej brakuje, ale jest całkiem nieźle.

Innymi słowy: tak, jest tak kozacka jak się wydaje.

Czy wyglądasz z nią na zdjęciach jak z okładki „Men’s Health”?

Kryterium podstawowe, z przekory na samym końcu.

8

No, mam nadzieję, że tak.