Close
Close

Gładki jak pupcia niemowlęcia nawet w Azji, czyli golenie się w podróży

Skip to entry content



wpis jest wynikiem współpracy z marką Philips

Od jakiegoś półtora roku podróżuję ze średnią częstotliwością raz na miesiąc, bo jeśli nie nadrabiam zaległości z geografii i pojęcia o tym jak wygląda wielki świat, to akurat jadę w Polskę na jakieś branżowe spotkanie, dowiedzieć się co słychać w wielkim świecie. Nie, gazet nie czytam, odpowiadając na pytanie Freda z „Chłopaki nie płaczą”. Zazwyczaj są to wypady, krótkie, bo góra tygodniowe, więc jak stereotypowa singielka w trakcie zimy, stwierdzam, że golenie mogę sobie odpuścić.

Przed wylotem do Tajlandii, jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej, bo raz, że cała podróż miała mi zająć 17 dni, dwa, że w azjatyckim ukropie bujanie się z brodą, byłoby dla mnie sytuacją równie komfortową, co jazda autobusem do Nowej Huty po meczu Cracovii z Wisłą, a trzy, że nie chciałem sobie dostarczać dodatkowych wrażeń przy kontroli paszportowej, w trakcie próby dopasowania gościa na fotografii do bezdomnego stojącego przed okienkiem.

Innymi słowy: wiedziałem, że będę musiał dość często golić się w trakcie podróży.

Korzystny układ planet i wrzucanie grosików do wszystkich fontann jakie odwiedziłem w trakcie 28 lat, sprawiło, że trzy tygodnie przed wyjazdem dostałem golarkę Philipsa serii 7000 do recenzji. Czy mógłbym wymyślić lepsze warunki do sprawdzenia tego sprzętu? Pewnie, że mógłbym, co nie zmienia faktu, że wycieczka po Azji to i tak zajebista okazja do przeprowadzenia takiego testu.

Dobra, to na co warto zwrócić uwagę wybierając maszynkę do golenia się w podróży?

Ile waży?

I ile zajmuje miejsca w torbie?

Niezależnie, czy przemieszczasz się pociągiem, autobusem, czy samolotem, to zawsze lepiej mieć lżejszy bagaż niż cięższy. Zwłaszcza, gdy wyczaiłeś bilety po taniości i możesz zabrać ze sobą tylko jedną torbę, więc każdy gram się liczy. Philips S7780 – bo o niej mowa – jest filigranowa, poręczna i w zestawie z ładnym futerałem, na okoliczność wyjścia z domu dalej niż do spożywczaka, i w zasadzie na tygodniowy wypad nie trzeba zabierać do niej nawet ładowarki, więc i nie obciąża bagażu, i nie zabiera miejsca na kolekcję dmuchanych kucyków, które biorę ze sobą w każdą podróż.

A, prawie bym zapomniał, i na luzie można używać jej na sucho – bez żadnych pianek – więc jak z dobrą włoską pizzą, branie dodatków jest zbędne.

Na ile wystarcza bateria?

hdr

Według najnowszych raportów amerykańskich naukowców, pytanie „na ile wystarcza bateria w [wpisz_dowolny_sprzęt_elektroniczny]?” jest częściej wklepywane w Google niż „czy Emily Ratajkowski ma chłopaka?”. A według prognoz, do 2047, gdy wszyscy będziemy mieli cybernetyczne ciała z kopią zapasową mózgu w chmurze, najpopularniejszą frazą będzie „na ile starcza bateria w Emily Ratajkowski”. Pełne naładowanie baterii w sprzęcie serii 7000 wystarcza na 50 minut, przy czym, pytanie powinno brzmieć: ile razy można się w tym czasie ogolić? Cóż, mnie, nabicie sprzętu na 2 paski z 3 wystarczyło na cały 17-dniowy wyjazd, czyli przy moich potrzebach na 7 ścięć zarostu. Całkiem przyzwoicie.

Czy nie podrażnia?

5

Na palcach ręki niewypłacalnego dłużnika mafii można policzyć zdjęcia, na których mam brodę zgoloną na zero. Poza lenistwem, wynika to z tego, że jakich kosmetyków bym nie używał, po ścięciu zarostu do gołej skóry, zawsze wyskakiwało mi podrażnienia. W postaci wysypki czerwonych krost, przez co wyglądałem jakbym zaplątał twarz w lampki choinkowe i stwierdził, że na mnie będą wyglądały lepiej niż na bożonarodzeniowym drzewku. Nie muszę Was chyba przekonywać, że to mylne stwierdzenie, co?

Jak w kontekście tych przykrych wydarzeń wypada S7780? Zajebiście!

Mimo mojej ultra wrażliwej skóry i braku stosowania jakiejkolwiek pianki, czy żelu, ścinając włosy do gołych policzków, nie zamieniłem się w gościa potrzebującego Clearasilu. W sensie, nie zaczęły wyskakiwać mi krosty na twarzy. Ani nic mnie nie szczypało. Ani nie piekło. Ani nie musiałem okładać polików zsiadłym mlekiem. Ani nie czułem żadnego innego dyskomfortu związanego z tym, że pozbyłem się owłosienia z facjaty. Naprawdę, bardzo, bardzo pierwsza klasa.

Czy łatwo się czyści?

img_20161117_092933

W trakcie zwiedzania nowego miasta/kraju/kontynentu/planety są zdecydowanie ciekawsze zajęcia niż czyszczenie golarki, choćby przybieranie na wadze podczas próbowania lokalnych specjałów, dlatego spoko, jeśli można tę czynność ograniczyć do minimum. Na przykład kilku sekund. W modelu, który wziąłem ze sobą do Azji, faktycznie tak jest, bo głowice DynamicFlex wystarczy po prostu przepłukać pod bieżącą wodą. I na dobrą sprawę w ogóle nie trzeba o tym pamiętać, bo sprzęt sam da nam o tym znać, wyświetlając informację na pasku powiadomień.

Jak się jej używa?

Czyli, czy jest tak kozacka jak się wydaje?

2

Hmm… jest.

Po pierwsze, ma i końcówkę do golenia na zero, i z trymerem – tylko do przycinania owłosienia – i ze szczoteczką do oczyszczania skóry. Po drugie, sam zabieg pozbywania się owłosienia jest bezproblemowy i prostszy niż powiedzenie „kajak” od tyłu. Po trzecie, jesteś po nim gładki jak pupcia niemowlęcia, bez skutków ubocznych gwarantujących przymusową wstrzemięźliwość seksualną. Po czwarte bateria trzyma jak bania na weselu. Po piąte, jest ładna. Do wcześniej wspomnianej Emily ciut jej brakuje, ale jest całkiem nieźle.

Innymi słowy: tak, jest tak kozacka jak się wydaje.

Czy wyglądasz z nią na zdjęciach jak z okładki „Men’s Health”?

Kryterium podstawowe, z przekory na samym końcu.

8

No, mam nadzieję, że tak.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • W sumie to chyba mój facet by się ucieszył z takiej golarki. I przestałby mi tępić nożyczki do włosów swoją brodą. Odpadłby mi też prezent na święta. Janek, dzięki! :D

  • OK, akurat szukam czegoś podobnego, dzięki za inspirację

  • Andrzej Baliś

    Trudne jak kajak od tyłu <3

  • damn, sponsorem wyjazdu została golarka? ;)

    • Zdecydowanie nie, Philips po prostu zaproponował mi test sprzętu, a moim pomysłem było wykorzystanie do tego wyjazdu.

  • Wojciech Dojlido

    dobre porównania ;D

  • Fajny bajer rozwiązujący problem w podróży i nie tylko.

    • Tak, tak, żeby nie było, w domu też działa :D

  • Takie fajne rzeczy robią, a ja nie mam brody, a na nogi się nada?

    • Eeej, nie podpuszczaj mnie!

    • E-mil

      Masz brodę, tylko w innym miejscu. Ale czy taka maszynka TAM się nada??? Nie wiem, bo nie próbowałem na mojej dziewczynie.

  • Grechuta

    Zarąbiste zdjęcia!

  • „Trzyma jak bania na weselu” <3

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii

Skip to entry content

Moja największa jak dotąd przygoda podróżnicza dobiegła końca i wymęczony, upocony i niewsypany, ale przede wszystkim szczęśliwy i pełen nowych obserwacji, wróciłem z Tajlandii do domu. Po pogodzeniu się z szokiem termicznym, cały czas próbuję się otrząsnąć z szoku kulturowego, bo kraj będący podtytułem drugiej części „Kac Vegas” i ojczyzna wódki i kiełbasy, to nie tylko dwa różne kontynenty, ale zdecydowanie dwa różne światy. Po ledwo kilkunastodniowej wizycie trudno wyrokować, który z tych światów jest lepszy, a który gorszy – choć fakt, że nie zostałem w Azji na stałe, tylko wróciłem do Polski, już coś o tym mówi – ale to, że się różnią nie ulega wątpliwości.

Czym konkretnie? Oto 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii, jeśli wybierasz się w te strony pierwszy raz!

1. Smród

tajlandia-bangkok-7

Pierwsze co czujesz wychodząc z lotniska w Bangkoku, to gwałtem wdzierająca się do nozdrzy woń sprawiająca wrażenie, że znalazłeś się pomiędzy fermentującymi z gorąca śmieciami i otwartą na oścież, pracującą pełną parą kuchnią. Po dłuższej chwili orientujesz się, że to nie wrażenie, tylko faktyczny stan i zapach tego miasta.

2. Metro jest na żetony

tajlandia-bangkok-34

Kolejka zresztą też.

3. Dzikie ilości wiszących kabli

tajlandia-bangkok-kable

Dodajmy, że wiszących tuż nad Twoją głową, a jeśli masz powyżej 190 cm, to zahaczających o Twoją głowę. Obok hotelu, w którym mieszkaliśmy na Phuket, tych przewodów było tak dużo, że wydzielane przez nie sprzężenie momentami zagłuszało muzykę w barze. Samo zdrowie.

4. Dorosłe kobiety wyglądają jak dziewczynki

I momentami, żeby odróżnić córkę od matki, obu musisz zajrzeć w datę urodzenia na legitymacji szkolnej.

5. Zamiast noży dają łyżki

tajlandia-bangkok-30

Nie mam pojęcia czemu.

6. Wszędzie są koty

tajlandia-bangkok-koty

Niezależnie, czy to stolica, czy wyspa, czy imprezowa ulica, czy zaułek, WSZĘDZIE są koty. W szałaso-chatkach, w których spaliśmy na Krabi, na werandzie pomieszkiwała sobie piątka kiciusiów, a ja przyprowadziłem im szóstego kolegę, który po nocy błąkał się po nieoświetlonej ulicy i nie mógł znaleźć matki.

7. Jedzenie robi się na ulicy

tajlandia-bangkok-38

Masz butlę gazową, trochę blachy przypominającej kocioł, stolik z trzech desek i krzesła z ogródka? To masz typową tajską knajpę! Tajowie zajmujący się gastronomią szamę gotują między spacerującymi przechodniami, a przebijającymi się przez korki skuterami i mimo, że polski sanepid z miejsca by ich pozamykał, to jest i smacznie, i bez rewelacji żołądkowych.

8. Nikt nie daje paragonów

tajlandia-bangkok-31

Jedyne miejsce, gdzie możesz się spodziewać otrzymania rachunku za zakupy albo usługi, to zachodnia sieciówka. We wszystkich innych „biznesach” otwarcie rucha się ichniejszą skarbówkę.

9. Toalety ze spłukiwaczem i prysznice bez zasłonki

tajlandia-bangkok-2

O ile z brakiem przekonania do używania papieru toaletowego już się spotkałem, o tyle z prysznicami bez kabiny prysznicowej jeszcze nie, a w Tajlandii to standard, że myjąc się, lejesz wodą po całej łazience.

10. Wszyscy kochają króla!

tajlandia-bangkok-smierc-krola

Gdy przed przyjazdem czytałem, że żałoba po zmarłym królu będzie trwała rok, myślałem, że to żart, gdy poszedłem na pierwszy spacer po Bangkoku, nie miałem wątpliwości, że to na serio. I w istotnych punktach miasta, i w knajpach, i w sklepach, i w autobusach, i w zupełnie prywatnych przybytkach obywatele tworzą kapliczki, czy wręcz ołtarze, poświęcone królowi i żarliwie go opłakują. Często zajmując główne place i blokując miasto w godzinach szczytu. W zgodzie, miłości i pełnym szacunku.

U nas wyglądało to nieco inaczej po śmierci głowy państwa.

11. Cuda w McDonald’sie

tajlandia-bangkok-mcdonald

Podwójny BigMac? No jaha!

12. Ból może być przyjemny

Na pierwszy tajski masaż poszedłem razem z Tomkiem Tomczykiem, który zachęcił mnie słowami „kobieta będzie ci wkładać kolano między żebra i łamać kręgosłup, ale będzie ci się podobało”. I faktycznie, po tym co zrobiono ze mną w salonie, normalnie zgłaszałbym zawiadomienie o pobiciu,  ale nie tym razem. Ból w trakcie tajskiego masażu jest tak przyjemny, że chcesz jeszcze, i jeszcze, i jeszcze.

13. Drastyczne opakowania papierosów

tajlandia-bangkok-papierosy

Które naprawdę zniechęcają do palenia.

14. Najładniejsze laski na Tinderze to transseksualistki

tajlandia-bangkok-tinder

I to nie kwestia tego, że heteroseksualne Tajki są brzydkie – jeśli już to, że są kalekami fotograficznymi i nie potrafią zrobić ostrej samojebki – bo tamtejsi ladyboy’e deklasują nawet polskie dziewczyny.

15. Każdy kręci jakiś biznes

tajlandia-kokosy

Albo sprzedaje kokosy, albo robi soki owocowe, albo grilluje kurczaki, albo handluje schłodzoną wodą, albo jeździ tuk-tukiem, przez co praktycznie nie ma żebraków, a gdy się pojawiają, to tylko w turbo turystycznych miejscach, gdzie wiadomo, że żebrzą z wyboru, a nie konieczności, bo zwęszyli w tym biznes.

16. Kraj MacGyverów

tajlandia-bangkok-komunikacja

Mieszkańcy tego kraju potrafią zrobić wszystko ze wszystkiego: siedzenie w autobusie z odwróconego wiadra, uchwyt w metrze z siatki foliowej i znak drogowy z posklejanych plastikowych butelek. Szacunken.

17. Zajebiste szpitale

tajlandia-bangkok-szpital

Wczoraj byłem w tajskim szpitalu i cały czas nie mogę dojść do siebie po tym, co tam się wydarzyło.

Zacznijmy od tego, że personel mówił po angielsku i byłem w stanie się porozumieć z pielęgniarkami bez znajomości ich języka, zarejestrowanie się w czymś na kształt naszej izby przyjęć trwało niecałe 10 minut, łącznie z zakładaniem karty i wszystkimi formalnościami, i zakończmy tę część nieoczekiwanym zwrotem akcji, w trakcie którego zorientowałem się, że jak ostatnia oferma zapomniałem paszportu, ale wystarczyło, że przesłałem do rejestracji mailem zdjęcie tego dokumentu, które miałem na telefonie.

Gdyby ktoś nie wyłapał, to wyszczególniam to jeszcze raz: W TAJSKIM SZPITALU ZNAJĄ TAKIE FUTURYSTYCZNE NARZĘDZIE JAK E-MAIL I POTRAFIĄ Z NIEGO KORZYSTAĆ.

Przechodząc do części właściwej, czyli kontaktu z lekarzem, to, pomijając że oczywiście również mówił po angielsku, na wizytę nie czekałem pół dnia, tylko niecałe 17 sekund. Więcej, pani doktor, która mnie przyjmowała, nie dość, że nie epatowała obrażeniem na cały świat i permanentnym fochem, to autentycznie była miła i sama z siebie wytłumaczyła co mi dolega, skąd to się wzięło i co mam robić. A na koniec jeszcze dostałem siatkę lekarstw.

ZA DARMO (w sensie w ramach ubezpieczenia).

Mając w pamięci moje ostanie wizyty w krakowskich szpitalach, nie mogę przestać się szczypać w policzek, bo jestem przekonany, że to sen. Zapomniałem wspomnieć – po zarejestrowaniu się dostałem opaskę z QR kodem, po zeskanowaniu której pani doktor wiedziała jak się nazywam i z jakimi objawami przychodzę, przez co nie musiałem nosić ze sobą żadnych teczek z papierologią, ani rozszyfrowywać niczyich hieroglifów.

Może mnie ktoś obudzić? Bo zaraz przeszczypię sobie policzek na wylot.

18. Tajowie są bardzo mili

tajlandia-bangkok-22

Serdeczni, przyjaźni, nie chcą Cię oszukać i, co najbardziej mnie ujęło, ZAWSZE odwzajemniają uśmiech! W Polsce to nie do pomyślenia, że uśmiechasz się na ulicy do obcego mężczyzny, samemu będąc mężczyzną, a ten nie rzuca Ci spojrzenia typu „wyrwę ci język przez odbyt”, tylko odwzajemnia reakcję i kiwa głową na przywitanie. I to nawet jeśli jest policjantem. ŁOUŁ!

19. Dostępność i podejście do prostytucji

tajlandia-bangkok-8

Tajskie prostytutki w odróżnieniu od polskich są bardzo proaktywne i na maksa bezpośrednie – gdy idziesz ulicą, łapią Cię za rękę i próbują zaciągnąć do lokalu oferując seks oralny. Szczególnie zaskakujące jest to na wyspach, gdzie kilka razy dziennie mijasz panie zajmujące się wykonywaniem masaży, po czym po zmroku okazuje się, że te same kobiety wykonują podobną usługę, tyle że – jak to same określają – ze „szczęśliwym finałem”.

20. Tajowie kochają kicz

tajlandia-bangkok-kicz

Wszystko co związane z Buddą jest pozłacane najtańszym lakierem do paznokci, przez co wygląda ultra kiczowato, jednak nikomu to nie przeszkadza.

21. Świetna jakość tanich linii lotniczych

tajlandia-bangkok-14

Standardowy lot samolotem na terenie Tajlandii, to koszt około 100zł bez kupowania biletów z półrocznym wyprzedzeniem, do tego w cenie masz bagaż rejestrowany do 15kg i podręczny do 7kg, a w trakcie lotu wodę i przekąskę. Spoko, co?

22. Ołtarz z penisów

railay-beach

W grocie skalnej na Plaży Railay.

23. Mnisi są najważniejsi

tajlandia-bangkok-mnisi

Dlatego w komunikacji miejskiej na miejscach siedzących mają pierwszeństwo przed starcami, kobietami w ciąży i inwalidami.

---> SKOMENTUJ

Na ten moment czekałem długo, a dokładnie to 4 lata i 7 miesięcy, bo dokładnie 02.04.2012. Jamal opublikował klip do utworu „Defto”, który był kręcony w Tajlandii i gdy tylko go zobaczyłem, obiecałem sobie, że pewnego dnia tam polecę i na własne oczy zobaczę te wszystkie egzotyczne miejsca pojawiające się w teledysku.

Dziś jest ten dzień!

Właśnie wsiedliśmy z Dominikiem do samolotu i lecimy Bangkoku (z przesiadką w Dubaju), gdzie spędzimy kilka dni jedząc najdziwniejsze uliczne żarcie i szukając Buddy po świątyniach, a potem zwiedzamy tajskie wyspy śpiąc w szałasach i piorąc w rzece.

Innymi słowy: RUSZAMY W WIELKI ŚWIAT!

Nie spodziewajcie się żadnych nowy tekstów na blogu, bo takowe w ciągu najbliższych 2-3 tygodni się nie pojawią, ale jeśli chcecie śledzić naszą podróż, to wpadajcie na Instagrama, gdzie na bieżąco będą się pojawiać lokalne zwierzątka, palmy i nasze lica.

PRZYGODA, PRZYGODA!

---> SKOMENTUJ