Close
Close

Czy serial „Belfer” z Maciejem Stuhrem jest tak dobry jak mówią?

Skip to entry content

Na serial „Belfer” z Maciejem Stuhrem na podstawie scenariusza Jakuba Żulczyka, czekałem odkąd pojawiło się info, że takowy w ogóle powstaje. Czyli jakieś 2 lata. Jest to zdecydowanie krócej, niż DiCaprio czekał na Oscara, jednak oczekiwania były równie wysokie. W końcu w produkcję zaangażowany był najbardziej ceniony przez ze mnie polski pisarz i w miarę lubiany aktor, którego wciąż nie skreśliłem, mimo udziału w gównach pokroju „Listy do M.”, czy „Planeta singli”.

Po premierze pierwszego odcinka, większość widzów była wniebowzięta jak Najświętsza Maryia Panna i stan ten trwał mniej więcej aż do finału sezonu, gdzie nastąpił powrót na ziemię. Padła odpowiedź na powracające jak poniedziałek po weekendzie pytanie „kto zabił?”, jednak wielu fanów serialu poczuło się nią rozczarowanych. Mniej więcej tak rozczarowanych jak uczestnicy programu „Wszystko o Miriam”.

Czy serial „Belfer” jest faktycznie tak dobry mówią, a jego zakończenie tak złe jak krzyczą? Czy może po prostu to typowy średniak?

Świetni młodzi aktorzy

Tytuł opowiada o zabójstwie nastolatki w małej miejscowości Dobrowice, przez co główną osią wydarzeń jest szkoła i licealne imprezki, ploteczki, romanse i manipulacje. Dzięki bogu – w sensie producentom, bo to oni mają zawsze ostatnie słowo – nie dostaliśmy Tomasza Karolaka, Piotra Adamczyka i Tomasza Kota udających nastolatków, tylko faktycznie młodych, świeżych aktorów. Którzy oprócz tego, że pasowali do swoich postaci, to byli mega wiarygodni i nie musieli składać podania o kredyt zaufania, żebyśmy uwierzyli w ich życiorysy, motywy do działania i podjęte decyzje.

Albo kibicowaliśmy małoletniemu gangsterowi handlującemu mefedronem albo życzyliśmy mu śmierci, ale nie wątpiliśmy w jego istnienie.

Główny bohater jak James Bond

A chwilami to nawet jak Superman.

Jest nauczycielem, psychologiem, detektywem, bokserem, sprinterem, świetnym kochankiem, a do tego czyta w myślach. Jak na prawdziwego superbohatera przystało, zawsze wie gdzie ma się pojawić, gdy komuś coś zagraża i oczywiście pojawia się tam w ostatniej chwili, brawurowo ratując sytuację. Żeby nie było, do gry aktorskiej Macieja Stuhra nie ma co się przyczepić, bo jest bardzo w porządku, ale bohater w którego się wciela jest przekoloryzowany do przesady. W pewnym momencie widz czeka, aż belfer wyciągnie wybuchający długopis by powalić przeciwników albo użyje szóstego zmysłu i zacznie widzieć przez ściany.

Innym mankamentem tej postaci jest jej motywacja, czyli powód dla którego opuściła Warszawę i przyjechała na podelbląską wiochę – tajemnicza śmierć córki, którą przez 18 lat życia miała w dupie. Średnio przekonujące.

Wciągająca fabuła…

Co by nie mówić o głównym bohaterze, to całościowo scenariusz daje radę i już od pierwszej sceny, gdy widzimy martwą nastolatkę pod drzewem, zadajemy sobie wspomniane we wstępie pytanie „kto zabił?”. I towarzyszy nam ono przez kolejne epizody coraz intensywniej wiercąc dziurę w głowie. To ewidentny plus fabuły, iż wciąga nas na tyle, że faktycznie istotne jest dla nas odkrycie mordercy i cień rzucanych przez nas podejrzeń stopniowo zatacza coraz szersze kręgi, aż zaczynamy podejrzewać absolutnie każdego, łącznie z rodzicami dziewczyny. Nie ma też dłużyzn, zapchajdziur i czarno-białych retrospekcji nic nie wnoszących do tematu, byleby tylko wydłużyć czas i nabić kilka odcinków więcej, jak często ma to miejscu w tym gatunku.

…jednak momentami jak w telenoweli

Z kolei ogromnym minusem fabuły jest jej przewidywalność i telenowelowe zagrania. Jeśli Paweł Zawadzki na początku odcinka jest niemal pewien kto zabił Asię Walewską, to z góry wiadomo, że pod jego koniec osoba ta zostanie oczyszczona z zarzutów. Oczywiście każdy epizod urywa się w kulminacyjnym momencie, po to, abyśmy w napięciu tydzień czekali na kolejny, po czym okazuje się, że to zawieszenie na krawędzi wyjaśnienia intrygi, to jednak nie to. I tak w kółko, i w kółko, i w kółko.

Do tego scenariusz często zapomina o niektórych bohaterach i tak na przykład Magdalena Cielecka nagle znika z własnego domu, mimo, że toczy się w nim akcja i reszta jej rodziny jest obecna. Podobnie wyparowuje ojciec i matka zmarłej dziewczyny. Oprócz tego pojawiają się jakieś postacie z dupy, które pomagają Stuhrowi z niewiadomego powodu, a widz ma wrażenie, że część wątków jest wprowadzona tylko po to, by go zmylić, a nie by były integralną, mającą konsekwencje w późniejszych wydarzeniach częścią historii.

Zakończenie nie wytrzymało presji?

Jak wcześniej wspomniałem, cały serial był budowany na bazie spektakularnych zwrotów akcji i spodziewania się niespodziewanego, w związku z czym większość widzów oczekiwała, że na takich fundamentach zostanie postawione zakończenie, które wszystkim powykręca mózgi na lewą stronę przewrotnością scenariusza. W efekcie dostaliśmy jednak coś co powykręcało, ale usta w grymas niezadowolenia większości zagorzałych fanów.

To, kto jest bezpośrednim mordercą, wiadome było od dwóch odcinków wstecz, a tego kto mógł przyłożyć rękę do odebrania życia Asia Walewskiej można było domyśleć się jeszcze wcześniej, przez co wyważanie otwartych drzwi w końcowym epizodzie, ukazując winnych, których wszyscy się spodziewali, mogło rozczarować. Mogło, a nie musiało, bo dla mnie równie istotne co „kto zabił?” było „dlaczego zabił?” i „jak zabił?”, a na te pytanie – nie zupełnie, ale jednak – poznajemy odpowiedzi, gotując się z emocji w trakcie konfrontacji Zawadzkiego z zabójcą jego córki.

Innymi słowy: zakończenie zaskoczyło tym, że nie zaskoczyło.

Czy „Belfer” jest tak dobry, czy tak zły jak mówią?

Zdecydowanie jest to dobry serial, godny uwagi i wart polecenia, a jak na polskie warunki, to wręcz obowiązkowy. Choć ma irytujące momenty, to dostarcza emocji i mocno angażuje, a w końcu o to w kontakcie z wytworami kultury chodzi.

 

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Gładki jak pupcia niemowlęcia nawet w Azji, czyli golenie się w podróży

Skip to entry content



wpis jest wynikiem współpracy z marką Philips

Od jakiegoś półtora roku podróżuję ze średnią częstotliwością raz na miesiąc, bo jeśli nie nadrabiam zaległości z geografii i pojęcia o tym jak wygląda wielki świat, to akurat jadę w Polskę na jakieś branżowe spotkanie, dowiedzieć się co słychać w wielkim świecie. Nie, gazet nie czytam, odpowiadając na pytanie Freda z „Chłopaki nie płaczą”. Zazwyczaj są to wypady, krótkie, bo góra tygodniowe, więc jak stereotypowa singielka w trakcie zimy, stwierdzam, że golenie mogę sobie odpuścić.

Przed wylotem do Tajlandii, jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej, bo raz, że cała podróż miała mi zająć 17 dni, dwa, że w azjatyckim ukropie bujanie się z brodą, byłoby dla mnie sytuacją równie komfortową, co jazda autobusem do Nowej Huty po meczu Cracovii z Wisłą, a trzy, że nie chciałem sobie dostarczać dodatkowych wrażeń przy kontroli paszportowej, w trakcie próby dopasowania gościa na fotografii do bezdomnego stojącego przed okienkiem.

Innymi słowy: wiedziałem, że będę musiał dość często golić się w trakcie podróży.

Korzystny układ planet i wrzucanie grosików do wszystkich fontann jakie odwiedziłem w trakcie 28 lat, sprawiło, że trzy tygodnie przed wyjazdem dostałem golarkę Philipsa serii 7000 do recenzji. Czy mógłbym wymyślić lepsze warunki do sprawdzenia tego sprzętu? Pewnie, że mógłbym, co nie zmienia faktu, że wycieczka po Azji to i tak zajebista okazja do przeprowadzenia takiego testu.

Dobra, to na co warto zwrócić uwagę wybierając maszynkę do golenia się w podróży?

Ile waży?

I ile zajmuje miejsca w torbie?

Niezależnie, czy przemieszczasz się pociągiem, autobusem, czy samolotem, to zawsze lepiej mieć lżejszy bagaż niż cięższy. Zwłaszcza, gdy wyczaiłeś bilety po taniości i możesz zabrać ze sobą tylko jedną torbę, więc każdy gram się liczy. Philips S7780 – bo o niej mowa – jest filigranowa, poręczna i w zestawie z ładnym futerałem, na okoliczność wyjścia z domu dalej niż do spożywczaka, i w zasadzie na tygodniowy wypad nie trzeba zabierać do niej nawet ładowarki, więc i nie obciąża bagażu, i nie zabiera miejsca na kolekcję dmuchanych kucyków, które biorę ze sobą w każdą podróż.

A, prawie bym zapomniał, i na luzie można używać jej na sucho – bez żadnych pianek – więc jak z dobrą włoską pizzą, branie dodatków jest zbędne.

Na ile wystarcza bateria?

hdr

Według najnowszych raportów amerykańskich naukowców, pytanie „na ile wystarcza bateria w [wpisz_dowolny_sprzęt_elektroniczny]?” jest częściej wklepywane w Google niż „czy Emily Ratajkowski ma chłopaka?”. A według prognoz, do 2047, gdy wszyscy będziemy mieli cybernetyczne ciała z kopią zapasową mózgu w chmurze, najpopularniejszą frazą będzie „na ile starcza bateria w Emily Ratajkowski”. Pełne naładowanie baterii w sprzęcie serii 7000 wystarcza na 50 minut, przy czym, pytanie powinno brzmieć: ile razy można się w tym czasie ogolić? Cóż, mnie, nabicie sprzętu na 2 paski z 3 wystarczyło na cały 17-dniowy wyjazd, czyli przy moich potrzebach na 7 ścięć zarostu. Całkiem przyzwoicie.

Czy nie podrażnia?

5

Na palcach ręki niewypłacalnego dłużnika mafii można policzyć zdjęcia, na których mam brodę zgoloną na zero. Poza lenistwem, wynika to z tego, że jakich kosmetyków bym nie używał, po ścięciu zarostu do gołej skóry, zawsze wyskakiwało mi podrażnienia. W postaci wysypki czerwonych krost, przez co wyglądałem jakbym zaplątał twarz w lampki choinkowe i stwierdził, że na mnie będą wyglądały lepiej niż na bożonarodzeniowym drzewku. Nie muszę Was chyba przekonywać, że to mylne stwierdzenie, co?

Jak w kontekście tych przykrych wydarzeń wypada S7780? Zajebiście!

Mimo mojej ultra wrażliwej skóry i braku stosowania jakiejkolwiek pianki, czy żelu, ścinając włosy do gołych policzków, nie zamieniłem się w gościa potrzebującego Clearasilu. W sensie, nie zaczęły wyskakiwać mi krosty na twarzy. Ani nic mnie nie szczypało. Ani nie piekło. Ani nie musiałem okładać polików zsiadłym mlekiem. Ani nie czułem żadnego innego dyskomfortu związanego z tym, że pozbyłem się owłosienia z facjaty. Naprawdę, bardzo, bardzo pierwsza klasa.

Czy łatwo się czyści?

img_20161117_092933

W trakcie zwiedzania nowego miasta/kraju/kontynentu/planety są zdecydowanie ciekawsze zajęcia niż czyszczenie golarki, choćby przybieranie na wadze podczas próbowania lokalnych specjałów, dlatego spoko, jeśli można tę czynność ograniczyć do minimum. Na przykład kilku sekund. W modelu, który wziąłem ze sobą do Azji, faktycznie tak jest, bo głowice DynamicFlex wystarczy po prostu przepłukać pod bieżącą wodą. I na dobrą sprawę w ogóle nie trzeba o tym pamiętać, bo sprzęt sam da nam o tym znać, wyświetlając informację na pasku powiadomień.

Jak się jej używa?

Czyli, czy jest tak kozacka jak się wydaje?

2

Hmm… jest.

Po pierwsze, ma i końcówkę do golenia na zero, i z trymerem – tylko do przycinania owłosienia – i ze szczoteczką do oczyszczania skóry. Po drugie, sam zabieg pozbywania się owłosienia jest bezproblemowy i prostszy niż powiedzenie „kajak” od tyłu. Po trzecie, jesteś po nim gładki jak pupcia niemowlęcia, bez skutków ubocznych gwarantujących przymusową wstrzemięźliwość seksualną. Po czwarte bateria trzyma jak bania na weselu. Po piąte, jest ładna. Do wcześniej wspomnianej Emily ciut jej brakuje, ale jest całkiem nieźle.

Innymi słowy: tak, jest tak kozacka jak się wydaje.

Czy wyglądasz z nią na zdjęciach jak z okładki „Men’s Health”?

Kryterium podstawowe, z przekory na samym końcu.

8

No, mam nadzieję, że tak.

23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii

Skip to entry content

Moja największa jak dotąd przygoda podróżnicza dobiegła końca i wymęczony, upocony i niewsypany, ale przede wszystkim szczęśliwy i pełen nowych obserwacji, wróciłem z Tajlandii do domu. Po pogodzeniu się z szokiem termicznym, cały czas próbuję się otrząsnąć z szoku kulturowego, bo kraj będący podtytułem drugiej części „Kac Vegas” i ojczyzna wódki i kiełbasy, to nie tylko dwa różne kontynenty, ale zdecydowanie dwa różne światy. Po ledwo kilkunastodniowej wizycie trudno wyrokować, który z tych światów jest lepszy, a który gorszy – choć fakt, że nie zostałem w Azji na stałe, tylko wróciłem do Polski, już coś o tym mówi – ale to, że się różnią nie ulega wątpliwości.

Czym konkretnie? Oto 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii, jeśli wybierasz się w te strony pierwszy raz!

1. Smród

tajlandia-bangkok-7

Pierwsze co czujesz wychodząc z lotniska w Bangkoku, to gwałtem wdzierająca się do nozdrzy woń sprawiająca wrażenie, że znalazłeś się pomiędzy fermentującymi z gorąca śmieciami i otwartą na oścież, pracującą pełną parą kuchnią. Po dłuższej chwili orientujesz się, że to nie wrażenie, tylko faktyczny stan i zapach tego miasta.

2. Metro jest na żetony

tajlandia-bangkok-34

Kolejka zresztą też.

3. Dzikie ilości wiszących kabli

tajlandia-bangkok-kable

Dodajmy, że wiszących tuż nad Twoją głową, a jeśli masz powyżej 190 cm, to zahaczających o Twoją głowę. Obok hotelu, w którym mieszkaliśmy na Phuket, tych przewodów było tak dużo, że wydzielane przez nie sprzężenie momentami zagłuszało muzykę w barze. Samo zdrowie.

4. Dorosłe kobiety wyglądają jak dziewczynki

I momentami, żeby odróżnić córkę od matki, obu musisz zajrzeć w datę urodzenia na legitymacji szkolnej.

5. Zamiast noży dają łyżki

tajlandia-bangkok-30

Nie mam pojęcia czemu.

6. Wszędzie są koty

tajlandia-bangkok-koty

Niezależnie, czy to stolica, czy wyspa, czy imprezowa ulica, czy zaułek, WSZĘDZIE są koty. W szałaso-chatkach, w których spaliśmy na Krabi, na werandzie pomieszkiwała sobie piątka kiciusiów, a ja przyprowadziłem im szóstego kolegę, który po nocy błąkał się po nieoświetlonej ulicy i nie mógł znaleźć matki.

7. Jedzenie robi się na ulicy

tajlandia-bangkok-38

Masz butlę gazową, trochę blachy przypominającej kocioł, stolik z trzech desek i krzesła z ogródka? To masz typową tajską knajpę! Tajowie zajmujący się gastronomią szamę gotują między spacerującymi przechodniami, a przebijającymi się przez korki skuterami i mimo, że polski sanepid z miejsca by ich pozamykał, to jest i smacznie, i bez rewelacji żołądkowych.

8. Nikt nie daje paragonów

tajlandia-bangkok-31

Jedyne miejsce, gdzie możesz się spodziewać otrzymania rachunku za zakupy albo usługi, to zachodnia sieciówka. We wszystkich innych „biznesach” otwarcie rucha się ichniejszą skarbówkę.

9. Toalety ze spłukiwaczem i prysznice bez zasłonki

tajlandia-bangkok-2

O ile z brakiem przekonania do używania papieru toaletowego już się spotkałem, o tyle z prysznicami bez kabiny prysznicowej jeszcze nie, a w Tajlandii to standard, że myjąc się, lejesz wodą po całej łazience.

10. Wszyscy kochają króla!

tajlandia-bangkok-smierc-krola

Gdy przed przyjazdem czytałem, że żałoba po zmarłym królu będzie trwała rok, myślałem, że to żart, gdy poszedłem na pierwszy spacer po Bangkoku, nie miałem wątpliwości, że to na serio. I w istotnych punktach miasta, i w knajpach, i w sklepach, i w autobusach, i w zupełnie prywatnych przybytkach obywatele tworzą kapliczki, czy wręcz ołtarze, poświęcone królowi i żarliwie go opłakują. Często zajmując główne place i blokując miasto w godzinach szczytu. W zgodzie, miłości i pełnym szacunku.

U nas wyglądało to nieco inaczej po śmierci głowy państwa.

11. Cuda w McDonald’sie

tajlandia-bangkok-mcdonald

Podwójny BigMac? No jaha!

12. Ból może być przyjemny

Na pierwszy tajski masaż poszedłem razem z Tomkiem Tomczykiem, który zachęcił mnie słowami „kobieta będzie ci wkładać kolano między żebra i łamać kręgosłup, ale będzie ci się podobało”. I faktycznie, po tym co zrobiono ze mną w salonie, normalnie zgłaszałbym zawiadomienie o pobiciu,  ale nie tym razem. Ból w trakcie tajskiego masażu jest tak przyjemny, że chcesz jeszcze, i jeszcze, i jeszcze.

13. Drastyczne opakowania papierosów

tajlandia-bangkok-papierosy

Które naprawdę zniechęcają do palenia.

14. Najładniejsze laski na Tinderze to transseksualistki

tajlandia-bangkok-tinder

I to nie kwestia tego, że heteroseksualne Tajki są brzydkie – jeśli już to, że są kalekami fotograficznymi i nie potrafią zrobić ostrej samojebki – bo tamtejsi ladyboy’e deklasują nawet polskie dziewczyny.

15. Każdy kręci jakiś biznes

tajlandia-kokosy

Albo sprzedaje kokosy, albo robi soki owocowe, albo grilluje kurczaki, albo handluje schłodzoną wodą, albo jeździ tuk-tukiem, przez co praktycznie nie ma żebraków, a gdy się pojawiają, to tylko w turbo turystycznych miejscach, gdzie wiadomo, że żebrzą z wyboru, a nie konieczności, bo zwęszyli w tym biznes.

16. Kraj MacGyverów

tajlandia-bangkok-komunikacja

Mieszkańcy tego kraju potrafią zrobić wszystko ze wszystkiego: siedzenie w autobusie z odwróconego wiadra, uchwyt w metrze z siatki foliowej i znak drogowy z posklejanych plastikowych butelek. Szacunken.

17. Zajebiste szpitale

tajlandia-bangkok-szpital

Wczoraj byłem w tajskim szpitalu i cały czas nie mogę dojść do siebie po tym, co tam się wydarzyło.

Zacznijmy od tego, że personel mówił po angielsku i byłem w stanie się porozumieć z pielęgniarkami bez znajomości ich języka, zarejestrowanie się w czymś na kształt naszej izby przyjęć trwało niecałe 10 minut, łącznie z zakładaniem karty i wszystkimi formalnościami, i zakończmy tę część nieoczekiwanym zwrotem akcji, w trakcie którego zorientowałem się, że jak ostatnia oferma zapomniałem paszportu, ale wystarczyło, że przesłałem do rejestracji mailem zdjęcie tego dokumentu, które miałem na telefonie.

Gdyby ktoś nie wyłapał, to wyszczególniam to jeszcze raz: W TAJSKIM SZPITALU ZNAJĄ TAKIE FUTURYSTYCZNE NARZĘDZIE JAK E-MAIL I POTRAFIĄ Z NIEGO KORZYSTAĆ.

Przechodząc do części właściwej, czyli kontaktu z lekarzem, to, pomijając że oczywiście również mówił po angielsku, na wizytę nie czekałem pół dnia, tylko niecałe 17 sekund. Więcej, pani doktor, która mnie przyjmowała, nie dość, że nie epatowała obrażeniem na cały świat i permanentnym fochem, to autentycznie była miła i sama z siebie wytłumaczyła co mi dolega, skąd to się wzięło i co mam robić. A na koniec jeszcze dostałem siatkę lekarstw.

ZA DARMO (w sensie w ramach ubezpieczenia).

Mając w pamięci moje ostanie wizyty w krakowskich szpitalach, nie mogę przestać się szczypać w policzek, bo jestem przekonany, że to sen. Zapomniałem wspomnieć – po zarejestrowaniu się dostałem opaskę z QR kodem, po zeskanowaniu której pani doktor wiedziała jak się nazywam i z jakimi objawami przychodzę, przez co nie musiałem nosić ze sobą żadnych teczek z papierologią, ani rozszyfrowywać niczyich hieroglifów.

Może mnie ktoś obudzić? Bo zaraz przeszczypię sobie policzek na wylot.

18. Tajowie są bardzo mili

tajlandia-bangkok-22

Serdeczni, przyjaźni, nie chcą Cię oszukać i, co najbardziej mnie ujęło, ZAWSZE odwzajemniają uśmiech! W Polsce to nie do pomyślenia, że uśmiechasz się na ulicy do obcego mężczyzny, samemu będąc mężczyzną, a ten nie rzuca Ci spojrzenia typu „wyrwę ci język przez odbyt”, tylko odwzajemnia reakcję i kiwa głową na przywitanie. I to nawet jeśli jest policjantem. ŁOUŁ!

19. Dostępność i podejście do prostytucji

tajlandia-bangkok-8

Tajskie prostytutki w odróżnieniu od polskich są bardzo proaktywne i na maksa bezpośrednie – gdy idziesz ulicą, łapią Cię za rękę i próbują zaciągnąć do lokalu oferując seks oralny. Szczególnie zaskakujące jest to na wyspach, gdzie kilka razy dziennie mijasz panie zajmujące się wykonywaniem masaży, po czym po zmroku okazuje się, że te same kobiety wykonują podobną usługę, tyle że – jak to same określają – ze „szczęśliwym finałem”.

20. Tajowie kochają kicz

tajlandia-bangkok-kicz

Wszystko co związane z Buddą jest pozłacane najtańszym lakierem do paznokci, przez co wygląda ultra kiczowato, jednak nikomu to nie przeszkadza.

21. Świetna jakość tanich linii lotniczych

tajlandia-bangkok-14

Standardowy lot samolotem na terenie Tajlandii, to koszt około 100zł bez kupowania biletów z półrocznym wyprzedzeniem, do tego w cenie masz bagaż rejestrowany do 15kg i podręczny do 7kg, a w trakcie lotu wodę i przekąskę. Spoko, co?

22. Ołtarz z penisów

railay-beach

W grocie skalnej na Plaży Railay.

23. Mnisi są najważniejsi

tajlandia-bangkok-mnisi

Dlatego w komunikacji miejskiej na miejscach siedzących mają pierwszeństwo przed starcami, kobietami w ciąży i inwalidami.