Close
Close

Jedzenie w Tajlandii: czego musisz spróbować?

Skip to entry content

Jeśli miałbym zupełnie szczerze odpowiedzieć na pytanie z nagłówka i powiedzieć Ci jakie jedzenie w Tajlandii jest warte uwagi i czego koniecznie powinieneś spróbować, to musiałbym powiedzieć, że wszystkiego. Serio.

Po pierwsze, te smaki są tak inne od naszych polskich, czy tam środkowoeuropejskich, że każda potrawa jest jakimś przeżyciem kulinarnym, którego warto doświadczyć. Po drugie, szama jest tam tak tania, że nawet jeśli coś Ci nie będzie smakowało, to bez żalu możesz tego nie dojeść. Choć mocno powątpiewam w taki scenariusz wydarzeń, bo ich dania, nawet te najdziwniejsze, są naprawdę dobre i w trakcie dwutygodniowego wyjazdu ani razu nie zdarzyło się, żebym zostawił na talerzu coś więcej niż ryż.

Niech Cię zanudzić na śmierć, bo od tego masz transmisje obrad sejmowych, dlatego pokażę Ci tylko to jedzenie w Tajlandii, które znalazło specjalne miejsce w moim serduszku, a przede wszystkim żołądku, ale pamiętaj, że gdy będziesz na miejscu, nie ma sensu się ograniczać i można jeść wszystko, co się zbyt żwawo nie rusza.

Pad thai

jedzenie-w-tajlandii-pad-thai

Tajska klasyka. Makaron ryżowy podsmażany z jajkiem, tofu i tym co akurat jest pod ręką. Najczęściej to kurczak albo krewetki, ale trafiałem też na wersje z wołowiną albo wieprzowiną. Do tego kiełki fasoli mung, orzeszki i słodko-kwaśno-pikantny sos. Najlepszego pad thaia, jak w zasadzie wszystko inne, zjecie w ulicznej knajpie. Co do kwestii „czy warto?” to niech najlepszą rekomendacją będzie, że w trakcie dwutygodniowej podróży jadłem go kilkanaście razy.

Świeże owoce

jedzenie-w-tajlandii-swieze-owoce

Świeże ananasy, gujawy, papaje i arbuzy, pocięte i gotowe do zjedzenia na rogu każdej większej ulicy za pół darmo. Gdyby tak było w Polsce przestałbym żreć czekoladę i batony.

Owoce morza

jedzenie-w-tajlandii-owoce-morza

Nie wiem jak oni to robią, ale Tajowie są w stanie tak przyrządzić krewetki w czosnku, że człowiek po konsumpcji nie śmierdzi jakby właśnie miał ruszać na polowanie na wampiry. Do tego, jeśli zamawiasz zwierzątko typu krab, czy homar, to możesz mieć pewność, że najdalej godzinę temu jeszcze żyło. A jeśli inne owoce morza, to że ruszały się dziś rano.

Czipsy na patyku

czipsy

Nie są jakieś turbo inne niż te paczkowane, ale zajebiście wyglądają i to spoko przegryzka w trakcie chodzenia po mieście.

Tajskie lody

jedzenie-w-tajlandii-tajskie-lody

Po kebabach, zapiekankach, burgerach i frytkach belgijskich, w Polsce zaczyna się moda na tajskie lody, więc byłem bardzo ciekawe, czy w Tajlandii są dużo lepsze niż u nas i przeżyłem małe zaskoczenie. W kwestii smakowej są bardzo porównywalne, a może nawet gorsze, bo Tajowie pakują do nich więcej dodatków, przez co smak się rozmywa, ale to co mnie zdziwiło, to fakt, że w swojej ojczyźnie wcale nie są popularne i na przykład w Bangkoku w ogóle nie mogłem ich znaleźć. Trafiłem na nie dopiero na Ko Phi Phi, w połowie wyjazdu, i już byłem pewien, że jest z nimi tak samo, jak z rybą po grecku, której Grecy praktycznie nie znają.

Szaszłyki

jedzenie-w-tajlandii-szaszlyki

Może Ci się wydawać, że to nic wyjątkowego, bo przecież u nas też się je jada, jednak tu smakują zdecydowanie inaczej, przez słodką marynatę, którą nasiąkają. Nie mówiąc już o tym, że znajdziesz tu coś takiego jak szaszłyk z parówek, co w połączeniu z miodowo-ostrym sosem jest naprawdę egzotycznym doznaniem smakowym.

Egzotyczne soki

jedzenie-w-tajlandii-soki

Na powyższych zdjęciach widzicie świeży sok z mango, mleko kokosowe w kokosie i trawę cytrynową i to moje 3 ulubione niemrożone napoje, jakie można było dostać na ulicy. Pycha!

Zupy ze wszystkim

jedzenie-w-tajlandii-zupy

Takie lokalne, tajskie rameny. Bardzo sycące, bardzo pożywne i bardzo smaczne. I błyskawicznie podawane.

Naleśniki

jedzenie-w-tajlandii-nalesniki

Te na dole zdobyły moje podniebienie i odkąd je odkryłem jadłem przynajmniej jednego dziennie. Podstawowa wersja, którą widzicie na zdjęciu, to cienki naleśniczek z pociętym bananem w środku, a z wierzchu polany mlekiem kokosowym. Ultra dobre! Idealny kolacjo-desero-podwieczorek!

Te u góry to takie grubsze i słodsze naleśniory, bardziej jak amerykańskie pancake, przy czym, co ciekawe, w Tajlandii pojawiają się w wersji z nadzieniem z budyniem (nieco mdłe), jak i z parówką (brakło mi jaj, żeby spróbować, czego bardzo się wstydzę).

Sukiyaki

sukijaki

Sukiyaki w wersji tajskiej oczywiście, czyli jajecznica z krewetkami, azjatycką bazylią i warzywami. Obowiązkowa pozycja dla wielbicieli krewetek.

Szejki owocowe

jedzenie-w-tajlandii-szejki

Zastanawiałem się, czy nie wrzucić tego po prostu przy sokach, ale stwierdziłem, że świeże owoce zmiksowane z lodem zasługują na oddzielny akapit. Czemu? Bo to było po prostu uzależniające! A szejk ze smoczego owocu, to już w ogóle odebrał mi rozum jak pierścień Golumowi. Prze-py-szne! Piliśmy to z Dominikiem w kółko niezależnie od pory dnia i miejsca, w którym byliśmy.

Na co trzeba uważać kupując jedzenie w Tajlandii?

kuchnia

To pytanie pewnie zadaje sobie większość osób, która nie była w tym kraju, a planuje i zastanawia się co robić, żeby uniknąć zatrucia pokarmowego uniemożliwiającego wykonywanie jakichkolwiek czynności poza wydalaniem, a już na pewno zwiedzanie. Niestety, rozczaruję Was, ale żeby uniknąć biegunki nie musicie robić absolutnie nic. To znaczy, nic więcej poza tym, co robicie w Polsce, bo jak nagle przestaniecie myć ręce przed posiłkami, to faktycznie coś Was może złapać.

Przez całe te dwa tygodnie jadłem cały czas w miejscach, do których u nas w kraju w ogóle bałbym się zbliżyć i absolutnie nic mi się nie stało. Na pierwszy, a nawet na piętnasty, rzut oka warunki sanitarne stoisk zmontowanych z roweru i kawałka blachy mogą wyglądać tragicznie, a fakt, że jedzenie cały czas leży na otwartym powietrzu, w dodatku na ulicy, również nie budzi zaufania, ale wbrew pozorom, to wszystko jest świeże i całkowicie jadalne.

U nas każde z tych miejsc dawno zamknął by sanepid, tam działają pełną parą, ludzie jedzą, są zadowoleni i nikt się nie truje.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka

Skip to entry content

W ostatnich dniach Facebook jest zalewany poradnikami zakupowymi z najwymyślniejszymi podarkami od kokono-skafandro-kocy, po prezerwatywy imitujące po rozwinięciu miecze świetlne z „Gwiezdnych Wojen”. Wiele z tych propozycji faktycznie urzeka, a przynajmniej wprawia w stan osłupienia, ale przeglądające kolejne z nich, prędzej, czy później, dochodzi do mnie refleksja w postaci pytania „czy ja tego naprawdę potrzebuję?”. W 99% przypadków odpowiedź brzmi nie, więc zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę, ale to naprawdę by mi się przydało.

I wymyśliłem!

Przed Wami 9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka!

Talon na dodatkową dobę

Pamiętasz jak za dzieciaka usilnie próbowałeś zabić czas? Dzisiaj możesz go wskrzesić i odebrać bonusowe 24 godziny, do wykorzystania w partiach po 30 minut dziennie lub całe jednym ciągiem! Dzięki specjalnemu talonowi nie będziesz musiała się już tłumaczyć, że 4 rok z rzędu nie miałaś czasu pójść na siłownię, wydepilować bikini, odwiedzić matki i nadrobić „Gry o tron”.  Ewentualnie po prostu się wyspać.

Dzień życia bez zmartwień

Pełna doba bez myślenia o tym, z czego będziesz żyć, jeśli zwolnią Cię z pracy, jak spłacać kredyt za mieszkanie i jednocześnie jeździć na wakacje częściej niż raz na dekadę oraz czy mogłeś odziedziczyć w genach po dziadku chorobę, której nie da się wyleczyć, również.

Implant ułatwiający podejmowanie decyzji

Kariera, czy dziecko? iPhone 6s, telewizor, czy studia podyplomowe? Dominium, czy Domino’s? Mądry brzydal, przystojny idiota, czy wibrator? Pepsi, czy Cola? Tania, ale niepewna Tunezja, drogie, ale pewne Włochy, czy odkładanie na wkład własny? 5 set, czy pół litra? Innowacyjny implant TheCyzYa, wszczepiany bezpośrednio do mózgu, sprawi, że już nigdy nie będziesz miał tego typu dylematów.

Voucher na idealnego partnera

Męczy Cię chodzenie po klubach i spławianie kolejnych napaleńców, którzy chcą złapać Cię za dupę, a nie serce? Podczas ostatniej randki w ciemno żałowałaś, że faktycznie nie odbyła się w ciemnościach albo, że nie oślepłaś przy porodzie? Nie masz sił wyklikiwać kolejnych par na Tinderze i rozczarowywać się, że po drugiej stronie jest jakiś bloger, który założył konto tylko po to, by zebrać materiał do wpisu? Kup voucher na idealnego partnera i ciesz się mężczyzną, który jest przystojny, inteligentny, potrafi Cię rozśmieszyć i wie o co Ci chodzi, kiedy mówisz, że o nic.

Rabat na sens egzystencji

Już nie musisz dłużej zastanawiać się po co przyszedłeś na świat i jaki cel ma Twoje życie, odbierz 30% rabatu na sens egzystencji i dowiedz się tego już dziś!

Pastylki na jedzenie burgerów bez konsekwencji

Mówi się, że kobiety tak naprawdę wcale nie marzą o księciu z bajki w błyszczącej zbroi na białym koniu, tylko o tym, żeby móc się najeść i nie przytyć. I wiesz co? Zaskoczę Cię, ale wielu facetów ma dokładnie takie samo marzenie!

Innowacyjne pastylki do kupienia bez recepty w każdej aptece, pozwolą przeprowadzić zamach na Twoje serce i metabolizm bez konsekwencji! Śnisz o tym, żeby tackę BigMaców przegryźć brytfanką rolad z frytkami, polać to wszystko majonezem, a na deser zjeść paterę pączków maczanych w czekoladowym fondue i nie dostać zawału, ani dodatkowych kilogramów na wadze? Twoje sny są bliżej niż myślisz!

Możliwość zgłoszenia 2 nieprzygotowań do życia

Masz kaca, zostawiła Cię dziewczyna, właściciel wypowiedział Ci umowę najmu w trybie natychmiastowym, zgubiłeś portfel ze wszystkimi dokumentami, czarny kot przebiegł Ci drogę, a rano stanąłeś gołą stopą na klocku Lego? Schowaj się pod koc, czekając, aż ten dzień minie i wszystko się ułoży, korzystając z 1 z 2 nieprzygotowań do życia.

Abonament na rozdwojenie się

Jeśli nie wiesz jak być jednocześnie na akademii przedszkolnej Twojego młodszego dziecka i wywiadówce starszego, ewentualnie jak spotkać się z dawno niewidzianą przyjaciółką, która jest przejazdem w Twoim mieście i w tym samym czasie spędzić zaplanowany romantyczny wieczór ze swoim partnerem, wykup za jedyne 99,90zł + VAT tygodniowy abonament na rozdwojenie się.

Aplikacja aktywująca dobre samopoczucie

Ściągasz, instalujesz, włączasz i cieszysz się stoickim uspokojeniem, pozytywnym nastawieniem do świata, szumem lasu, śpiewem ptaków i poziomem serotoniny w Twojej krwi zapewniającym absolutny tomiwisizm. Aplikacja dostępna na Androidy i iOSy, posiadacze Windows Phone’ów niestety wciąż muszą się wkurwiać.

(w międzyczasie na dokładnie ten sam pomysł wpadł też Volant – wielkie umysły myślą podobnie i w ogóle – więc możesz też sprawdzić jego propozycje na idealny prezent dla dorosłego człowieka, bo są równie przydatne)

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson

---> SKOMENTUJ

Ceny w Tajlandii. Ile kosztuje jedzenie, nocleg i internet?

Skip to entry content

Jakie są ceny w Tajlandii i ile kosztują podstawowe produkty i usługi? To pytanie zadaje sobie każdy spoza setki „Wprostu”, kto zamierza przyjechać do tego kraju, a odpowiedź na nie, często determinuje decyzje o podróży. U mnie było podobnie i zanim zdecydowałem się polecieć do miejsca, w którym co czwarty Amerykanin chciałby przeżyć swój wieczór kawalerski, najpierw zacząłem rozpisywać podróżniczy budżet, orientując się ile wydam tam na jedzenie, nocleg i oczywiście internet.

Lokalną walutą w Tajlandii jest baht tajski, który przeliczamy mniej więcej 1:8,5. W sensie, że średnio za 1 złotówkę mamy 8,5 bahta. Przysłówek „średnio” pojawia się tu nie przypadkiem, ponieważ nie da się bezpośrednio wymienić złotówek na bahty i faktyczny kurs wynika z tego, po jakim kursie wymieniłeś złotówki na dolary lub euro i następnie po jakim kursie wymieniłeś dolary lub euro na bahty. Brzmi skomplikowanie i problematycznie? To po prostu wypłać w bankomacie w Tajlandii ze swojego polskiego konta 20 000 bahtów i wyjdzie Ci kurs 1 do 8,5. Proste? Proste.

Dobra, masz już hajs w kiermanie i chcesz zacząć czuć się jak pan i władca świata, a przynajmniej jak brytol płacący funtami za banie w „Pijalni Wódki i Piwa” na Świętego Tomasza. To jak z tymi cenami?

W zależności od tego, czy jesteś w Bangkoku, czy na wybrzeżu lub jednej z wysp, ceny szamy, alko i miejsc do spania wahają się o 30% – bo w stolicy jest zdecydowanie taniej niż w kurortach – i przedstawiają się tak:

Lot do/z Bangkoku – 1000zł-1200zł. Naturalnie da się upolować super okazję poniżej tej ceny, lecieć z 7 przesiadkami, 50 godzin albo samolotem, który pamięta czasy, gdy Twoja babcia miała mleczaki, ale zdecydowanie lepiej dołożyć te kilka stów i lecieć w cywilizowanych warunkach z dobrym jedzeniem i nielimitowanym piciem, liniami Emirates za nieco powyżej tysiaka w jedną stronę.

Nocleg dla dwóch osób – 100zł/noc. Zakładając oczywiście, że nie chcesz spać na skłocie z innymi obcymi i przepoconymi turystami, bo miejsce w wieloosobowej sali w hostelu znajdziesz nawet i za kilkanaście złotych za głowę. Te 100zł to średnia cena za dwuosobowy pokój z łazienką i klimatyzacją, bez karaluchów w bonusie i nie na wydupiu.

Śniadanie/obiad/kolacja na ulicy – 6zł. Mam tu na myśli pad thaia, zupę ze wszystkim albo jakiekolwiek mięso + ryż, w knajpie złożonej z butli gazowej, blachy i mebli ogrodowych. Za taki sam posiłek w lokalu z dachem i toaletą trzeba zapłacić 2 razy tyle.

Mini-szaszłyk na patyku – 1,2zł. Czyli kawałek grillowanego kurczaka albo wieprzowiny, zjesz takie 3 i jesteś najedzony na parę godzin zwiedzania.

Bilet autobusowy – 0-2,5zł. Przez cały wyjazd nie byłem w stanie rozgryźć tego, jakim algorytmem Tajowie naliczają opłaty za przejazd autobusem. Raz było to zależne od tego ile przystanków jedziemy, raz w jakim kierunku, a raz czy osobie sprzedającej bilety chciało się w ogóle do nas pochodzić. Żeby obliczyć ile będzie Cię kosztowało przejechanie 6 przystanków, najłatwiej rzucić kostką.

Woda w sklepie – 1,5zł-3,5zł. Czyli podobnie jak u nas. Cena waha się w zależności od tego w jak bardzo turystycznym miejscu jesteś.

Taksówka na lotnisko – 35zł-53zł. Średnio 22 złote na głowę – zakładając, że podróżujesz z ziomkiem – za przejechanie bitych 30 kilometrów – bo tyle z Google Maps w ręku mieliśmy do lotniska – co w godzinach szczytu potrafi trwać ponad godzinę. Czy to nie jest piękne?

Koktajl owocowy – 3,5-6zł. Najlepszy ze smoczego owocu. Ultra zajebista sprawa, polecam przynajmniej jeden dziennie.

Kapelusz – 23,5zł. Radzę nie ignorować tej pozycji, ze względu na fakt, że temperatura w Tajlandii rzadko kiedy spada poniżej 30 stopni i bardzo łatwo spalić sobie skórę na czole i karku albo, co gorsza, dostać udaru słonecznego. Poza tym, słomkowy kapelusz to zawsze +50% serduszek przy zdjęciach na Insta.

Piwo w sklepie – 6,5-9,4zł/640ml. Mowa o piwie Chang – najpopularniejszym tajskim piwie i jednym z 3 w ogóle dostępnych. Alkohol zasadniczo jest dość drogi w tym kraju, a importowany zachodni jest bardzo drogi. Co ciekawe, lokalny nie występuje w standardowej polskiej pojemności – pół litra – tylko właśnie albo 330ml albo 640ml. Ogólnie jest taki se, tak że zalecam poprzestanie na jednej zgrzewce.

Bilet na metro/pociąg – 1,9-5,3zł. Tu akurat cena jest liczona dość logicznie i zależy od liczby stacji, przez które przejeżdżasz.

Koszulka – 18zł. Oczywiście mowa o oryginalnym t-shircie Nike albo Adidasa z logiem na pół klaty.

Internet – 65zł/4,5Gb/miesiąc. Nawet jeśli nie jesteś człowiekiem uzależnionym od internetu z implantem do łączenia się z wi-fi pod prawą pachą, w sensie blogerem, to warto zaopatrzyć się w lokalną kartę sim umożliwiającą korzystanie z sieci. Choćby po to, żeby móc komfortowo poruszać się po mieście używając GPSa i map, czy prowadzić wideo-rozmowy z rodziną zamartwiającą się w Polsce, udowadniając, że nie jesteś od tygodnia uwięziony w piwnicy, tylko swobodnie chodzisz sobie po plaży, pokazując zajebiste zachody słońca.

Świeży owoc gotowy do zjedzenia – 2,5zł. Papaja, ananas, mango, gujawa albo arbuz schłodzony w lodzie i pocięty na Twoich oczach, z finezją jakby był rzeźbą za chwilę wystawianą w muzeum sztuki współczesnej.

Podróż statkiem lub motorówką na wyspę – 25-35zł. To czy zapłacisz mniej czy więcej wcale nie zależy od tego jak daleko jest miejsce, do którego chcesz dopłynąć, ale czy kupiłeś bilet na pierwszym stoisku w porcie, czy 200 metrów dalej. I, jak to zwykle bywa w Tajlandii, od Twoich zdolności negocjacyjnych.

Drink w wiadrze – 18-35zł. Akcja typowo turystyczna, mająca chyba pokazać ochlejmordom z całego świata, że są w dobry miejscu, bo TAJLANDIA TO TAKI DZIKI KRAJ, GDZIE PIJE SIĘ Z WIADER, HEHE. Drink polega na tym, że do plastikowego kubełka wlewają Ci ćwiarę wódy, rumu albo whisky i dolewają 2 najtańsze energetyki. Za każdym razem, gdy to kupujesz, gdzieś na świecie umiera mały barman.

Lot krajowy – 100zł. Pisałem już o tym we wpisie 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii i nie chcę się powtarzać, więc napiszę tylko, że świetny stosunek ceny do jakości.

Masaż – 23,5-41zł/1h. Za nieco ponad 2 dychy dostajesz godzinę solidnego, rozluźniającego wszystkie mięśnie masażu. Za 4 dychy Tajka robi z Twoim ciałem cuda przy użyciu olejków i kamfor. Warto. Bardzo.

Z pewnością nie wyczerpałem tematu, więc jeśli coś wyjątkowo Cię interesuje, a nie pojawiło się w tym wpisie, to śmiało pytaj w komentarzach, jeśli tylko będę wiedział, to odpiszę Ci ile kosztuje w Tajlandii dany produkt lub usługa.

---> SKOMENTUJ