Close
Close

Jedzenie w Tajlandii: czego musisz spróbować?

Skip to entry content

Jeśli miałbym zupełnie szczerze odpowiedzieć na pytanie z nagłówka i powiedzieć Ci jakie jedzenie w Tajlandii jest warte uwagi i czego koniecznie powinieneś spróbować, to musiałbym powiedzieć, że wszystkiego. Serio.

Po pierwsze, te smaki są tak inne od naszych polskich, czy tam środkowoeuropejskich, że każda potrawa jest jakimś przeżyciem kulinarnym, którego warto doświadczyć. Po drugie, szama jest tam tak tania, że nawet jeśli coś Ci nie będzie smakowało, to bez żalu możesz tego nie dojeść. Choć mocno powątpiewam w taki scenariusz wydarzeń, bo ich dania, nawet te najdziwniejsze, są naprawdę dobre i w trakcie dwutygodniowego wyjazdu ani razu nie zdarzyło się, żebym zostawił na talerzu coś więcej niż ryż.

Niech Cię zanudzić na śmierć, bo od tego masz transmisje obrad sejmowych, dlatego pokażę Ci tylko to jedzenie w Tajlandii, które znalazło specjalne miejsce w moim serduszku, a przede wszystkim żołądku, ale pamiętaj, że gdy będziesz na miejscu, nie ma sensu się ograniczać i można jeść wszystko, co się zbyt żwawo nie rusza.

Pad thai

jedzenie-w-tajlandii-pad-thai

Tajska klasyka. Makaron ryżowy podsmażany z jajkiem, tofu i tym co akurat jest pod ręką. Najczęściej to kurczak albo krewetki, ale trafiałem też na wersje z wołowiną albo wieprzowiną. Do tego kiełki fasoli mung, orzeszki i słodko-kwaśno-pikantny sos. Najlepszego pad thaia, jak w zasadzie wszystko inne, zjecie w ulicznej knajpie. Co do kwestii „czy warto?” to niech najlepszą rekomendacją będzie, że w trakcie dwutygodniowej podróży jadłem go kilkanaście razy.

Świeże owoce

jedzenie-w-tajlandii-swieze-owoce

Świeże ananasy, gujawy, papaje i arbuzy, pocięte i gotowe do zjedzenia na rogu każdej większej ulicy za pół darmo. Gdyby tak było w Polsce przestałbym żreć czekoladę i batony.

Owoce morza

jedzenie-w-tajlandii-owoce-morza

Nie wiem jak oni to robią, ale Tajowie są w stanie tak przyrządzić krewetki w czosnku, że człowiek po konsumpcji nie śmierdzi jakby właśnie miał ruszać na polowanie na wampiry. Do tego, jeśli zamawiasz zwierzątko typu krab, czy homar, to możesz mieć pewność, że najdalej godzinę temu jeszcze żyło. A jeśli inne owoce morza, to że ruszały się dziś rano.

Czipsy na patyku

czipsy

Nie są jakieś turbo inne niż te paczkowane, ale zajebiście wyglądają i to spoko przegryzka w trakcie chodzenia po mieście.

Tajskie lody

jedzenie-w-tajlandii-tajskie-lody

Po kebabach, zapiekankach, burgerach i frytkach belgijskich, w Polsce zaczyna się moda na tajskie lody, więc byłem bardzo ciekawe, czy w Tajlandii są dużo lepsze niż u nas i przeżyłem małe zaskoczenie. W kwestii smakowej są bardzo porównywalne, a może nawet gorsze, bo Tajowie pakują do nich więcej dodatków, przez co smak się rozmywa, ale to co mnie zdziwiło, to fakt, że w swojej ojczyźnie wcale nie są popularne i na przykład w Bangkoku w ogóle nie mogłem ich znaleźć. Trafiłem na nie dopiero na Ko Phi Phi, w połowie wyjazdu, i już byłem pewien, że jest z nimi tak samo, jak z rybą po grecku, której Grecy praktycznie nie znają.

Szaszłyki

jedzenie-w-tajlandii-szaszlyki

Może Ci się wydawać, że to nic wyjątkowego, bo przecież u nas też się je jada, jednak tu smakują zdecydowanie inaczej, przez słodką marynatę, którą nasiąkają. Nie mówiąc już o tym, że znajdziesz tu coś takiego jak szaszłyk z parówek, co w połączeniu z miodowo-ostrym sosem jest naprawdę egzotycznym doznaniem smakowym.

Egzotyczne soki

jedzenie-w-tajlandii-soki

Na powyższych zdjęciach widzicie świeży sok z mango, mleko kokosowe w kokosie i trawę cytrynową i to moje 3 ulubione niemrożone napoje, jakie można było dostać na ulicy. Pycha!

Zupy ze wszystkim

jedzenie-w-tajlandii-zupy

Takie lokalne, tajskie rameny. Bardzo sycące, bardzo pożywne i bardzo smaczne. I błyskawicznie podawane.

Naleśniki

jedzenie-w-tajlandii-nalesniki

Te na dole zdobyły moje podniebienie i odkąd je odkryłem jadłem przynajmniej jednego dziennie. Podstawowa wersja, którą widzicie na zdjęciu, to cienki naleśniczek z pociętym bananem w środku, a z wierzchu polany mlekiem kokosowym. Ultra dobre! Idealny kolacjo-desero-podwieczorek!

Te u góry to takie grubsze i słodsze naleśniory, bardziej jak amerykańskie pancake, przy czym, co ciekawe, w Tajlandii pojawiają się w wersji z nadzieniem z budyniem (nieco mdłe), jak i z parówką (brakło mi jaj, żeby spróbować, czego bardzo się wstydzę).

Sukiyaki

sukijaki

Sukiyaki w wersji tajskiej oczywiście, czyli jajecznica z krewetkami, azjatycką bazylią i warzywami. Obowiązkowa pozycja dla wielbicieli krewetek.

Szejki owocowe

jedzenie-w-tajlandii-szejki

Zastanawiałem się, czy nie wrzucić tego po prostu przy sokach, ale stwierdziłem, że świeże owoce zmiksowane z lodem zasługują na oddzielny akapit. Czemu? Bo to było po prostu uzależniające! A szejk ze smoczego owocu, to już w ogóle odebrał mi rozum jak pierścień Golumowi. Prze-py-szne! Piliśmy to z Dominikiem w kółko niezależnie od pory dnia i miejsca, w którym byliśmy.

Na co trzeba uważać kupując jedzenie w Tajlandii?

kuchnia

To pytanie pewnie zadaje sobie większość osób, która nie była w tym kraju, a planuje i zastanawia się co robić, żeby uniknąć zatrucia pokarmowego uniemożliwiającego wykonywanie jakichkolwiek czynności poza wydalaniem, a już na pewno zwiedzanie. Niestety, rozczaruję Was, ale żeby uniknąć biegunki nie musicie robić absolutnie nic. To znaczy, nic więcej poza tym, co robicie w Polsce, bo jak nagle przestaniecie myć ręce przed posiłkami, to faktycznie coś Was może złapać.

Przez całe te dwa tygodnie jadłem cały czas w miejscach, do których u nas w kraju w ogóle bałbym się zbliżyć i absolutnie nic mi się nie stało. Na pierwszy, a nawet na piętnasty, rzut oka warunki sanitarne stoisk zmontowanych z roweru i kawałka blachy mogą wyglądać tragicznie, a fakt, że jedzenie cały czas leży na otwartym powietrzu, w dodatku na ulicy, również nie budzi zaufania, ale wbrew pozorom, to wszystko jest świeże i całkowicie jadalne.

U nas każde z tych miejsc dawno zamknął by sanepid, tam działają pełną parą, ludzie jedzą, są zadowoleni i nikt się nie truje.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • myGecko

    Smaczna lista. Jednak mieszkając w Tajlandii od roku, niestety nie spotkaliśmy jeszcze Taja który jadł by Pad Thaia :D można powiedzieć że to taki tutejszy mit. Z naszych obserwacji wynika, że rzeczywistość tajska jest trochę inna bo dla turystów gotuje się trochę inaczej. Sukiyaki jest bardzo trafione i Zupy ze wszystkim oczywiście też :D

    Jak będziesz następnym razem to musisz koniecznie spróbować :
    1. Laab Moo – drobno mielona wieprzowina, smażona w sosie rybnym z cebulą, chilli i odrobiną soku z limonki. Do tego z ryż. Najlepiej wchodzi sticky rice. Tajlandia słynie z ryżu więc warto spróbować różne rodzaje.
    2. Pad Krapao – wieprzowina lub kurczak, smażony w sosie sojowym i rybnym z papryczką chilii i tajską bazylią, karmelizowany odrobiną cukru.
    3. Tom Yam Koong – to taka tajska klasyka. Kwaśna zupa na bazie trawy cytrynowej, imbiru galangal, liście kafira, krewetki i grzyby.
    4. Som Tam – sałatka z zielonej papai na ostro z chilii i orzeszkami ziemnymi.
    5. Yam Mamuang – nasza ulubiona sałatka z zielonego mango, również z chilii, suszonymi krewetkami i orzeszkami.
    6. Khao Man Gai – to danie lokalsi uwielbiają na śniadanie. Jest to gotowany kurczak, a dokładnie jego chudziutka pierś z ryżem i kubeczkiem rosołu. Idealne na kaca.
    7. Pad Pak Boong – zasmażane zielone warzywa – szparagi, liście tajskiej bazylii najlepiej domówić z kurczakiem – po tajsku Gai i Ryżem – po tajsku Kał

    Tajowie uwielbiają dania na ostro więc przygotujcie się na podwójne pieczenie :D
    Do zobaczyska !

  • Następnym razem jak będziesz w okolicy, wpadnij do Malezji. Dam Ci namiar na miejsce, gdzie kupić flaszkę absolutnie genialnej wódki o smaki liczi. Daje po głowie konkretnie, ale smakuje wyśmienicie!

  • Ojezu, ale tam pięknie, gdzie jesteś teraz, zazdroszczę!

  • Ha Nia

    Wielkie dzięki za wpis-naroviles smak !!! PS. Byłoby genialnie gdybyś uzupełnił wpis o podanie przykładowych cen. Dzieki

  • Hym, a zemsta faraona jest często przypadłością turystów w Tajlandii?
    ps. Mam ślinotok! Te naleśniki, lody, szejki i pad thai! <3

    • W Tajlandii to bardziej „zemsta Buddhy”, ale nie słyszałem o nikim, kto miałby tam problemy żołądkowe :)

  • A chipsy na patyku w Polsce jadłam nad morzem ładnych parę lat temu ^^
    A reszta – cuda. Narobiłeś mi smaka.

    • O, a gdzie konkretnie nad morzem??

      • Myślę, że to była Łeba, ale nie dam głowy. Ale skoro to było jakieś siedem lat temu to podejrzewam, że teraz już wszędzie takie można dostać?
        PS. W Niemczech na jarmarkach świątecznych też takie sprzedają :)

  • Latwiej zatruc sie zarciem z fastfooda w USA, niz jedzeniem z ulicy w Azji ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Wytrzymałam pad thai, wytrzymałam szaszłyki, dałam radę również przy sokach,ale te naleśniki stały się powodem takiego ślinotoku, że zasiliłabym elektrownię wodną średniej wielkości. A dietę wdrożyłam, także nie jest dobrze.

  • Matko, co za orgia smaków! Poruszyłeś wszystkie moje zmysły, poza tym, że Tajlandia wciąż jeszcze przede mną. Kiedy tam dotrę zamierzam skonsumować wszystko. Wszystko! To są absolutnie moje smaki, kolory i zapachy. Chłonę przez ekran.

  • Akurat zimne napoje (jeszcze z lodem) na ulicy to jest coś, czego unikam jak ognia w całej Azji. Nie oszukujmy się, woda tutaj jest brudna. Tej, która leci u mnie z kranu, nie odważyłabym się użyć do ugotowania makaronu, a wiem że przed zamrożeniem nikt wody nie przegotowuje. Są i miejsca gdzie wody nie można użyć nawet do mycia zębów (zagrożenie Tyfusem), więc o piciu nie ma w ogóle mowy. Niestety ja nieraz zapłaciłam za takie beztroskie picie na ulicy.
    Druga sprawa to owoce. Nigdy nie kupuję pięknych pokrojonych owocków, które serwują sprzedawcy na ulicy. Zostały pokrojone prawdopodobnie dlatego że zaczynały już gnić, dlatego jeżeli decyduję się gdzieś na owoce, biorę tylko w całości i ewentualnie proszę sprzedawcę aby je dla mnie pokroił ;)

  • Emilia Maciejewska

    Właśnie w zaciszu domowym przygotowałam Pad Thai na jutrzejszy obiad. Chyba muszę się w końcu zabrać za odkładanie pieniedzy na wyjazd do Azji, bo te smaki do mnie przemawiają :)

  • Pad Thai – omnomnomnomnom <3
    Ostatnio jadłam w Big Mango w Krakowie, ciekawa jestem czy to w Tajlandii smakuje podobnie czy inaczej… Może też być tak, że po prostu to JEST Tajlandia i dlatego smakuje bardziej tajsko ;). No cóż – trzeba będzie kiedyś jechać i się przekonać ;).

  • Wiedziałam, żeby nie czytać… teraz jestem głodna.

    • Dzień po mikołajkach podobno nie tuczy.

  • Ten „taki tajski ramen” to z tego, co widzę po zdjęciach, zupa pho. Albo przynajmniej do niej zbliżona. Na pewno bardziej niż do ramenu. :D

    Tak się tylko czepiam, bo zazdroszczę maks, a przy owocowych szejkach zacząłem kombinować, z czego mogę je zrobić u siebie w domu w TYM MOMENCIE.

    Niestety mam tylko ziemniaki, marchewkę i cebulę. :/

    • Marchewka i cebula – bomba witaminowa :D

      Co do zup, to oczywiście „ramen” w cudzysłowie, bo na podobnej zasadzie są to zupy z tym, co akurat zostało w lodówce :)

    • Maciek, jako naczelny żrący polskiej blogosfery ( no offence ;)- jakim cudem nie wybyłeś na testy do Tajlandii ja się pytam?? ;)

    • nazwawlasna

      Zupa pho jest wietnamska, więc to też raczej nie to ;)

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka

Skip to entry content

W ostatnich dniach Facebook jest zalewany poradnikami zakupowymi z najwymyślniejszymi podarkami od kokono-skafandro-kocy, po prezerwatywy imitujące po rozwinięciu miecze świetlne z „Gwiezdnych Wojen”. Wiele z tych propozycji faktycznie urzeka, a przynajmniej wprawia w stan osłupienia, ale przeglądające kolejne z nich, prędzej, czy później, dochodzi do mnie refleksja w postaci pytania „czy ja tego naprawdę potrzebuję?”. W 99% przypadków odpowiedź brzmi nie, więc zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę, ale to naprawdę by mi się przydało.

I wymyśliłem!

Przed Wami 9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka!

Talon na dodatkową dobę

Pamiętasz jak za dzieciaka usilnie próbowałeś zabić czas? Dzisiaj możesz go wskrzesić i odebrać bonusowe 24 godziny, do wykorzystania w partiach po 30 minut dziennie lub całe jednym ciągiem! Dzięki specjalnemu talonowi nie będziesz musiała się już tłumaczyć, że 4 rok z rzędu nie miałaś czasu pójść na siłownię, wydepilować bikini, odwiedzić matki i nadrobić „Gry o tron”.  Ewentualnie po prostu się wyspać.

Dzień życia bez zmartwień

Pełna doba bez myślenia o tym, z czego będziesz żyć, jeśli zwolnią Cię z pracy, jak spłacać kredyt za mieszkanie i jednocześnie jeździć na wakacje częściej niż raz na dekadę oraz czy mogłeś odziedziczyć w genach po dziadku chorobę, której nie da się wyleczyć, również.

Implant ułatwiający podejmowanie decyzji

Kariera, czy dziecko? iPhone 6s, telewizor, czy studia podyplomowe? Dominium, czy Domino’s? Mądry brzydal, przystojny idiota, czy wibrator? Pepsi, czy Cola? Tania, ale niepewna Tunezja, drogie, ale pewne Włochy, czy odkładanie na wkład własny? 5 set, czy pół litra? Innowacyjny implant TheCyzYa, wszczepiany bezpośrednio do mózgu, sprawi, że już nigdy nie będziesz miał tego typu dylematów.

Voucher na idealnego partnera

Męczy Cię chodzenie po klubach i spławianie kolejnych napaleńców, którzy chcą złapać Cię za dupę, a nie serce? Podczas ostatniej randki w ciemno żałowałaś, że faktycznie nie odbyła się w ciemnościach albo, że nie oślepłaś przy porodzie? Nie masz sił wyklikiwać kolejnych par na Tinderze i rozczarowywać się, że po drugiej stronie jest jakiś bloger, który założył konto tylko po to, by zebrać materiał do wpisu? Kup voucher na idealnego partnera i ciesz się mężczyzną, który jest przystojny, inteligentny, potrafi Cię rozśmieszyć i wie o co Ci chodzi, kiedy mówisz, że o nic.

Rabat na sens egzystencji

Już nie musisz dłużej zastanawiać się po co przyszedłeś na świat i jaki cel ma Twoje życie, odbierz 30% rabatu na sens egzystencji i dowiedz się tego już dziś!

Pastylki na jedzenie burgerów bez konsekwencji

Mówi się, że kobiety tak naprawdę wcale nie marzą o księciu z bajki w błyszczącej zbroi na białym koniu, tylko o tym, żeby móc się najeść i nie przytyć. I wiesz co? Zaskoczę Cię, ale wielu facetów ma dokładnie takie samo marzenie!

Innowacyjne pastylki do kupienia bez recepty w każdej aptece, pozwolą przeprowadzić zamach na Twoje serce i metabolizm bez konsekwencji! Śnisz o tym, żeby tackę BigMaców przegryźć brytfanką rolad z frytkami, polać to wszystko majonezem, a na deser zjeść paterę pączków maczanych w czekoladowym fondue i nie dostać zawału, ani dodatkowych kilogramów na wadze? Twoje sny są bliżej niż myślisz!

Możliwość zgłoszenia 2 nieprzygotowań do życia

Masz kaca, zostawiła Cię dziewczyna, właściciel wypowiedział Ci umowę najmu w trybie natychmiastowym, zgubiłeś portfel ze wszystkimi dokumentami, czarny kot przebiegł Ci drogę, a rano stanąłeś gołą stopą na klocku Lego? Schowaj się pod koc, czekając, aż ten dzień minie i wszystko się ułoży, korzystając z 1 z 2 nieprzygotowań do życia.

Abonament na rozdwojenie się

Jeśli nie wiesz jak być jednocześnie na akademii przedszkolnej Twojego młodszego dziecka i wywiadówce starszego, ewentualnie jak spotkać się z dawno niewidzianą przyjaciółką, która jest przejazdem w Twoim mieście i w tym samym czasie spędzić zaplanowany romantyczny wieczór ze swoim partnerem, wykup za jedyne 99,90zł + VAT tygodniowy abonament na rozdwojenie się.

Aplikacja aktywująca dobre samopoczucie

Ściągasz, instalujesz, włączasz i cieszysz się stoickim uspokojeniem, pozytywnym nastawieniem do świata, szumem lasu, śpiewem ptaków i poziomem serotoniny w Twojej krwi zapewniającym absolutny tomiwisizm. Aplikacja dostępna na Androidy i iOSy, posiadacze Windows Phone’ów niestety wciąż muszą się wkurwiać.

(w międzyczasie na dokładnie ten sam pomysł wpadł też Volant – wielkie umysły myślą podobnie i w ogóle – więc możesz też sprawdzić jego propozycje na idealny prezent dla dorosłego człowieka, bo są równie przydatne)

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson
---> SKOMENTUJ

Ceny w Tajlandii. Ile kosztuje jedzenie, nocleg i internet?

Skip to entry content

Jakie są ceny w Tajlandii i ile kosztują podstawowe produkty i usługi? To pytanie zadaje sobie każdy spoza setki „Wprostu”, kto zamierza przyjechać do tego kraju, a odpowiedź na nie, często determinuje decyzje o podróży. U mnie było podobnie i zanim zdecydowałem się polecieć do miejsca, w którym co czwarty Amerykanin chciałby przeżyć swój wieczór kawalerski, najpierw zacząłem rozpisywać podróżniczy budżet, orientując się ile wydam tam na jedzenie, nocleg i oczywiście internet.

Lokalną walutą w Tajlandii jest baht tajski, który przeliczamy mniej więcej 1:8,5. W sensie, że średnio za 1 złotówkę mamy 8,5 bahta. Przysłówek „średnio” pojawia się tu nie przypadkiem, ponieważ nie da się bezpośrednio wymienić złotówek na bahty i faktyczny kurs wynika z tego, po jakim kursie wymieniłeś złotówki na dolary lub euro i następnie po jakim kursie wymieniłeś dolary lub euro na bahty. Brzmi skomplikowanie i problematycznie? To po prostu wypłać w bankomacie w Tajlandii ze swojego polskiego konta 20 000 bahtów i wyjdzie Ci kurs 1 do 8,5. Proste? Proste.

Dobra, masz już hajs w kiermanie i chcesz zacząć czuć się jak pan i władca świata, a przynajmniej jak brytol płacący funtami za banie w „Pijalni Wódki i Piwa” na Świętego Tomasza. To jak z tymi cenami?

W zależności od tego, czy jesteś w Bangkoku, czy na wybrzeżu lub jednej z wysp, ceny szamy, alko i miejsc do spania wahają się o 30% – bo w stolicy jest zdecydowanie taniej niż w kurortach – i przedstawiają się tak:

Lot do/z Bangkoku – 1000zł-1200zł. Naturalnie da się upolować super okazję poniżej tej ceny, lecieć z 7 przesiadkami, 50 godzin albo samolotem, który pamięta czasy, gdy Twoja babcia miała mleczaki, ale zdecydowanie lepiej dołożyć te kilka stów i lecieć w cywilizowanych warunkach z dobrym jedzeniem i nielimitowanym piciem, liniami Emirates za nieco powyżej tysiaka w jedną stronę.

Nocleg dla dwóch osób – 100zł/noc. Zakładając oczywiście, że nie chcesz spać na skłocie z innymi obcymi i przepoconymi turystami, bo miejsce w wieloosobowej sali w hostelu znajdziesz nawet i za kilkanaście złotych za głowę. Te 100zł to średnia cena za dwuosobowy pokój z łazienką i klimatyzacją, bez karaluchów w bonusie i nie na wydupiu.

Śniadanie/obiad/kolacja na ulicy – 6zł. Mam tu na myśli pad thaia, zupę ze wszystkim albo jakiekolwiek mięso + ryż, w knajpie złożonej z butli gazowej, blachy i mebli ogrodowych. Za taki sam posiłek w lokalu z dachem i toaletą trzeba zapłacić 2 razy tyle.

Mini-szaszłyk na patyku – 1,2zł. Czyli kawałek grillowanego kurczaka albo wieprzowiny, zjesz takie 3 i jesteś najedzony na parę godzin zwiedzania.

Bilet autobusowy – 0-2,5zł. Przez cały wyjazd nie byłem w stanie rozgryźć tego, jakim algorytmem Tajowie naliczają opłaty za przejazd autobusem. Raz było to zależne od tego ile przystanków jedziemy, raz w jakim kierunku, a raz czy osobie sprzedającej bilety chciało się w ogóle do nas pochodzić. Żeby obliczyć ile będzie Cię kosztowało przejechanie 6 przystanków, najłatwiej rzucić kostką.

Woda w sklepie – 1,5zł-3,5zł. Czyli podobnie jak u nas. Cena waha się w zależności od tego w jak bardzo turystycznym miejscu jesteś.

Taksówka na lotnisko – 35zł-53zł. Średnio 22 złote na głowę – zakładając, że podróżujesz z ziomkiem – za przejechanie bitych 30 kilometrów – bo tyle z Google Maps w ręku mieliśmy do lotniska – co w godzinach szczytu potrafi trwać ponad godzinę. Czy to nie jest piękne?

Koktajl owocowy – 3,5-6zł. Najlepszy ze smoczego owocu. Ultra zajebista sprawa, polecam przynajmniej jeden dziennie.

Kapelusz – 23,5zł. Radzę nie ignorować tej pozycji, ze względu na fakt, że temperatura w Tajlandii rzadko kiedy spada poniżej 30 stopni i bardzo łatwo spalić sobie skórę na czole i karku albo, co gorsza, dostać udaru słonecznego. Poza tym, słomkowy kapelusz to zawsze +50% serduszek przy zdjęciach na Insta.

Piwo w sklepie – 6,5-9,4zł/640ml. Mowa o piwie Chang – najpopularniejszym tajskim piwie i jednym z 3 w ogóle dostępnych. Alkohol zasadniczo jest dość drogi w tym kraju, a importowany zachodni jest bardzo drogi. Co ciekawe, lokalny nie występuje w standardowej polskiej pojemności – pół litra – tylko właśnie albo 330ml albo 640ml. Ogólnie jest taki se, tak że zalecam poprzestanie na jednej zgrzewce.

Bilet na metro/pociąg – 1,9-5,3zł. Tu akurat cena jest liczona dość logicznie i zależy od liczby stacji, przez które przejeżdżasz.

Koszulka – 18zł. Oczywiście mowa o oryginalnym t-shircie Nike albo Adidasa z logiem na pół klaty.

Internet – 65zł/4,5Gb/miesiąc. Nawet jeśli nie jesteś człowiekiem uzależnionym od internetu z implantem do łączenia się z wi-fi pod prawą pachą, w sensie blogerem, to warto zaopatrzyć się w lokalną kartę sim umożliwiającą korzystanie z sieci. Choćby po to, żeby móc komfortowo poruszać się po mieście używając GPSa i map, czy prowadzić wideo-rozmowy z rodziną zamartwiającą się w Polsce, udowadniając, że nie jesteś od tygodnia uwięziony w piwnicy, tylko swobodnie chodzisz sobie po plaży, pokazując zajebiste zachody słońca.

Świeży owoc gotowy do zjedzenia – 2,5zł. Papaja, ananas, mango, gujawa albo arbuz schłodzony w lodzie i pocięty na Twoich oczach, z finezją jakby był rzeźbą za chwilę wystawianą w muzeum sztuki współczesnej.

Podróż statkiem lub motorówką na wyspę – 25-35zł. To czy zapłacisz mniej czy więcej wcale nie zależy od tego jak daleko jest miejsce, do którego chcesz dopłynąć, ale czy kupiłeś bilet na pierwszym stoisku w porcie, czy 200 metrów dalej. I, jak to zwykle bywa w Tajlandii, od Twoich zdolności negocjacyjnych.

Drink w wiadrze – 18-35zł. Akcja typowo turystyczna, mająca chyba pokazać ochlejmordom z całego świata, że są w dobry miejscu, bo TAJLANDIA TO TAKI DZIKI KRAJ, GDZIE PIJE SIĘ Z WIADER, HEHE. Drink polega na tym, że do plastikowego kubełka wlewają Ci ćwiarę wódy, rumu albo whisky i dolewają 2 najtańsze energetyki. Za każdym razem, gdy to kupujesz, gdzieś na świecie umiera mały barman.

Lot krajowy – 100zł. Pisałem już o tym we wpisie 23 rzeczy, które zaskoczą Cię w Tajlandii i nie chcę się powtarzać, więc napiszę tylko, że świetny stosunek ceny do jakości.

Masaż – 23,5-41zł/1h. Za nieco ponad 2 dychy dostajesz godzinę solidnego, rozluźniającego wszystkie mięśnie masażu. Za 4 dychy Tajka robi z Twoim ciałem cuda przy użyciu olejków i kamfor. Warto. Bardzo.

Z pewnością nie wyczerpałem tematu, więc jeśli coś wyjątkowo Cię interesuje, a nie pojawiło się w tym wpisie, to śmiało pytaj w komentarzach, jeśli tylko będę wiedział, to odpiszę Ci ile kosztuje w Tajlandii dany produkt lub usługa.

---> SKOMENTUJ