Close
Close

Kilka szokujących liczb, które zmienią Twoje myślenie

Skip to entry content

Kilka dni temu wyemitowany został ostatni odcinek „Westworld” – genialnego serialu HBO z Anthonym Hopkinsem o ultranowoczesnym parku rozrywki stylizowanym na western, w którym główną atrakcją są roboty do złudzenia przypominające ludzi. Goście odwiedzający wesołe miasteczko przyszłości mogą uwolnić hamowane na co dzień popędy i ziścić skrywane na dnie moralności dzikie fantazje, strzelając do nich, gwałcąc je lub podbijając dziki zachód. Roboty po każdym dniu są czyszczone, naprawiane, pozbawiane wspomnień z mijającego dnia i podstawiane na swoje miejsce, aby mogły odegrać – jak jest to nazwane w serialu – swoją pętlę fabularną.

Mimo, że jest to turbo rozwinięta sztuczna inteligencja, to roboty nie zdają sobie sprawy z tego, że są tylko przedmiotem dostarczającym rozrywki ludziom, lecz są przekonane, że naprawdę żyją w drugiej połowie XIX wieku i są mieszkańcami miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mimo, że każdego są mordowane przez gości parku, nie są w stanie tego dostrzec, ponieważ żyją w swoich sztywnych, narzucających postrzeganie rzeczywistości pętlach, niepozwalających dostrzec im realnego obrazu sytuacji.

Z ludźmi jest tak samo.

Rzeczywistość wpycha nas w koleiny, którymi mozolnie idziemy, nie dostrzegając co jest poza nimi. Jesteśmy wtłaczani w schematy: wstań, umyj się, zjedz śniadanie, jedź do pracy, pracuj, wróć do domu, zjedz kolację, umyj się, idź spać, powtórz. Powtórz, powtórz, powtórz. Jesteśmy w pętlach codzienności, zupełnie jak roboty w „Westworld”, myśląc, że jest to jedyna możliwa droga i nie mając pojęcia o szablonie, który odrysowujemy na kalendarzu każdego dnia.

Roboty, żeby zyskać świadomość, zauważyć role, które odgrywają i zorientować się, że są robotami potrzebowały zmiany w kodzie, która uruchomiła efekt domina. Ludzie też potrzebują aktualizacji oprogramowania, aby wywołać taki efekt. Przed Wami kilka liczb, które mam nadzieję zmienią Wasze myślenie i pozwolą wyrwać się z pętli, w których tkwicie.

100% – tylu z nas na pewno umrze

1:1 000 000 – takie jest prawdopodobieństwo, że Twoje życie się zmieni, jeśli nic w nim nie zmienisz

50% – dorosły człowiek minimum tyle czasu, w którym nie śpi poświęca na pracę

5 – tyle lat miał Mozart, gdy skomponował pierwszy utwór

11 – a tyle, gdy skomponował pierwszą operę

0% – taki odsetek osób spotkał odpowiedniego partnera tworząc z nim szczęśliwy związek, czekając w domu, aż sam zapuka do ich drzwi

193 – tyle jest państw na świecie, w których mógłbyś mieszkać, daj +1 jeśli bierzesz pod uwagę też Watykan

0 – tyle razy średnio powtarza się niewykorzystana okazja

3 – tyle lat potrzebował Michał Szafrański, żeby zarobić milion złotych na blogu

1:13 983 816 – dokładnie tyle wynosi szansa trafienia 6 w Lotto

5,4 doby – statystycznie każdego miesiąca Polacy spędzają przed telewizorem

0,000001% – tyle wynosi ryzyko, że zjawiskowa dziewczyna, którą mijasz na ulicy da Ci w twarz, jeśli nawiążesz z nią kontakt

0,000000001% – tyle wynosi szansa, że jeśli teraz jej nie zaczepisz, to spotkasz ją drugi raz w życiu

6 – tyle kontaktów dzieli Cię od dowolnego człowieka na świecie, w tym Baracka Obamy i Krzysztofa Krawczyka

0 – o tyle centrumetrów będziesz bliżej realizacji swojego jutro, jeśli nie zaczniesz realizować go już dziś

40 – tyle lat miał założyciel KFC, gdy rozpoczął sprzedaż opiekanych kurczaków w panierce przy stacji benzynowej

10n – tyle masz możliwości na przeżycie swojego życia

1 – a tyle osób ponosi odpowiedzialność za to, którą z tych możliwości wybierzesz

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emilio Garcia

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Najlepsze uliczne historie: jesień

Skip to entry content
W zasadzie to te uliczne historie powinny mieć podtytuł „zima”, bo od jakiegoś czasu mamy dwie pory roku – ciepłą i zimną. A w zasadzie to zajebistą i chujową. Co by się jednak nie działo za oknem i ilu stopni Celsjusza by nie wskazywał termometr, miejskie dialogi nie zawodzą i zawsze trafi się coś wartego zanotowania. Nie inaczej było tej – kalendarzowej – jesieni, przed Wami złota dziesiątka podsłuchanych rozmów, w sam raz na niezłotą polską jesień.

#1 Zdezorientowany cenami wody w spożywczaku przy Rynku, mimowolnie przysłuchuję się rozmowie ekspedientek.

– A ty co dzisiaj robisz?
– Świętuję, brat mi się postarzał.
– Impreska urodzinowa. Fajno.
– No, tylko mógłby sobie w końcu jakąś babę znaleźć.
– A ile ma lat?
– Kończy już 22.
– Eee, to jeszcze ma czas.
– No, ale jakby miał babę, to by się ogarnął i nie musiałabym mu gotować i prać.
– No, ta.

Niestety, ale obawiam się, że jeśli 22-letni mężczyzna nie potrafi sam o siebie zadbać, bo matka i siostra nauczyły go, że jego rączki są zbyt delikatne, żeby zajmować się tak niegodnym zajęciem jak pranie i gotowanie, to znalezienie sobie „baby” raczej nie pomoże mu się ogarnąć. Sprawi tylko, że to ona przejmie obowiązki robota sprzątająco-kuchennego.

#2 Jadę sobie pociągiem do Warszawy, oczywiście spóźnionym, bo w końcu niepunktualność jest już wpisana w DNA marki PKP, i przychodzi pani z kontrolą biletów.

– Dzień dobry, kontrola biletów.
– Dzień dobry, proszę.
– A legitymacja?
– Ale to nie jest ulgowy.
– Ach faktycznie, bo pan tak młodo wygląda, że myślałam, że w liceum jeszcze.

Cholera, wzięła mnie sposobem. Jak ja teraz mogę złościć się o to spóźnienie, jak tu mnie odmładzają o 10 lat?

#3 Mówi się, że sytuacja ekonomiczna w Polsce jest coraz lepsza, że rośnie płaca minimalna, spada bezrobocie i z roku na rok jest lepiej.

Ale to kłamstwo. Kłamstwo, które próbują wmówić nam media.

Wystarczy wyjść na ulice, żeby zobaczyć jak to wygląda naprawdę i jak mróz zbiera sine żniwo z tych, którym powodzi się gorzej i nie stać ich na podstawowe produkty. Każdego dnia chodząc po mieście widzę dziesiątki kobiet w zniszczonych spodniach przetartych ze starości na kolanach i w za krótkich, skurczonych zapewne przez wielokrotne pranie, skarpetkach wystawiających ich skórę na starcie z arktycznym powietrzem. Te kobiety, najczęściej młode i jeszcze niewinne, trzęsą się z zimna i są o krok od zamarznięcia, bo nie stać je na nowe, niezniszczone spodnie i nieprzykrótkie skarpetki.

One nie zasłużyły na swój los, ale właśnie tak działa system – wyciska do ostatniej kropli jak wspólną cytrynę w pracowniczej kantynie te najsłabsze ogniwa, którym poszczęściło się trochę mniej. A są ich tysiące, setki tysięcy.

Dzisiaj spotkałem jedną z nich, młodą, prawie szczupłą, bogu ducha winną niewiastę o oczach błękitnych jak pięćdziesięciozłotówka, policzkach rumianych jak rumianek i skórze sinej jak lewy górny róg logotypu Instagrama. Stała na przystanku z gołymi kolanami i nieokrytymi kostkami, sama, odrzucona tylko dlatego, że nie stać ją na nowe ubrania, maskując społeczny ostracyzm patrzeniem w telefon, zmarznięta jak Hibernatus, konając z zimna. Jej urywany oddech, wraz z utratą ciepła zamieniający się w coraz mniejsze kłębki pary, niemo krzyczał „pomóż mi! błagam! opatul mnie!” i widząc to serce zaczęło mi się kroić jak polędwica na tatara, bo wiedziałem, że nawet jeśli dam jej nowe skarpety i niepocerowane spodnie, to nie będę w stanie dotrzeć do wszystkich potrzebujących opatulenia…

Niestety.

#4 Byłem wczoraj z kolegą w Banialuce, bo Banialuka to jest właśnie takie miejsce, żeby pójść z kolegą i się napić, a w zasadzie upić, i widziałem dwójkę ludzi, którzy byli tam zdecydowanie na randce. Pójście na randkę do Banialuki to trochę jak pójście na ustawkę kibicowską, żeby porozmawiać o poezji. Albo jak pójście do rzeźni po ciecierzycę. Albo jak pójście do Galerii Krakowskiej po cokolwiek. Ogólnie słabe dopasowanie miejsca do sytuacji. No ale, różni ludzie lubią różne rzeczy, to też oddałem się zajęciu, które lubię ja, mianowicie obserwacji.

Z obserwacji wynikało, że koleżanka, która brała udział w spotkaniu jednoznacznie damsko-męskim, przygotowywała się raczej na jakieś modne, lansiarskie miejsce na Dolnych Młynów, co sugerowało ubranie wysokich czarnych szpilek, eleganckiej czarnej sukienki i ogólnie odstawienie się jak na studniówkę, a – jak już wiemy – wylądowała w spelunce, gdzie grzańca podają w stołówkowych szklankach na kompot. Dalsza obserwacja zaowocowała sceną, w której kolega uczestniczący w randce zaproponował zmianę stolika na taki, z którego widać telewizor, bo wczoraj – uwaga, uwaga, bądźcie gotowi na zaskoczenie – leciał jakiś mecz. Mecz którym wszyscy zebrani w lokalu byli bardzo rozemocjonowani i najwyraźniej ów kolega nie chciał by owa ekscytacja go ominęła. Ku memu zdziwieniu, koleżanka nie oponowała przeciw takiemu uatrakcyjnieniu randki, co więcej, nie oponowała nawet kiedy przypadkowe osoby, bardzo zaangażowane wokalnie w widowisko sportowe, postanowiły się dosiąść do randkującej pary. Ani jedna brew nie uniosła się by ściągnąć pioruny, ani jeden grymas nie splamił pogodnych polików w celu wyrażenia głębokiego niezadowolenia trawiącego dobre samopoczucie od środka. Żadna z tych reakcji nie miała miejsca.

Obserwację zakończyłem na refleksji, że to musiała być miłość. Miłość do sportu oczywiście.

#5 Idę do biblioteki i mijam rozmawiające ze sobą dwie starsze panie:

– Cześć Marysiu…
– Cześć Małgosiu.
– …z zakupów?
– Nie, dzisiaj nie.
– To skąd?
– Aaa, byłam w bibliotece, poczytać sobie.
– Pewnie jakieś romansidła?
– No troszkę [wstydliwy rumieniec 5-latka]. Tylko nie wygadaj się przed Henrykiem, bo powiedziałam mu, że idę na cmentarz.

Rozumiem ją, ja w podstawówce też mówiłem babci, że idę na cmentarz, a szedłem pograć na Pegazusie u kumpla.

#6 Siedzę w poczekalni do laryngologa (już 3 miesiące nie byłem chory, tak że najwyższy czas, co nie?), a obok mnie siedzi mama z dzieckiem. Chłopczyk (nie znam się na dzieciach, ale na pewno niepełnoletni) kilkukrotnie podjeżdża pod moją czapkę zabawkową koparką i próbuje ją nabrać na łyżkę (w sensie na to coś, co w koparce służy do nabierania ziemi).

– Stasiu, co ty robisz? Tak nie wolno, przeproś pana – mama upomina chłopca.
– Przepraszam – kaja się młody operator maszyn budowlanych.
– Nie szkodzi, nic się nie stało – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– Wie pan – zagaja mama – on tak wszędzie chodzi z tą koparką, bo on chce być budowniczym i budować pira… – mama nie zdąża dokończyć zdania.
– Lepszą Polskę – dopowiada Stasiu.

No ładnie, jest nadzieja w narodzie.

#7 Lubię chodzić sam do knajp, bo wtedy mogę w spokoju poobserwować ludzi i powyłapywać ich osobliwe zachowania. Dzisiaj na przykład siedziałem obok chłopaka i dziewczyny, którzy wyglądali jakby byli na jednej z pierwszych randek – jemu oczy się świeciły jak lampki choinkowe, gdy na nią patrzył, a ona śmiała się z jego nieśmiesznych żartów i to takich naprawdę o lotności martwej przepiórki. W pewnym momencie on wyszedł do toalety, a jej zadzwonił telefon, który odebrała dopiero po konspiracyjnym zlustrowaniu otoczenia, więc domyśliłem się, że warto nadstawić ucha.

– Blablabla blablabla, jestem na obiedzie z takim chłopaczkiem z uczelni, blablabla blablabla, no, jemu się wydaje, że to jest randka, blablabla blablabla, no i co, że będzie robił sobie nadzieję, ważne, że za mnie zapłaci, blablabla blablabla.

Jaki z tego wniosek? Lepiej nie umawiać się ze studentką w restauracji, bo nigdy nie wiesz, czy nie spotyka się z Tobą tylko dlatego, że jest głodna.

#8 Przechodzę obok Bagateli, wpadają na siebie dwie dziewczyny:

– Marcela?!?!
– Cześć, Klaudia.
– Ja cię! Ja nie mogę! Ale super włosy! Bosko wyglądasz, zupełnie jak nie ty!

Zakamuflowany pojazd od koleżanki zawsze spoko.

#9 Kupiłem bilet na pociąg z miejscem w wagonie bezprzedziałowym, przychodzę na peron, okazuje się, że kolejarzom coś się ciutkę pomyliło i nie ma takiego. Całe PKP. No nic, wsiadam, siadam, a na przeciwko mnie dwie ameby pretendujące do tytułu miss osiedla.

– Zobacz, zobacz, co mi wysłał, hihihi, hihihi!
– Hihihi, hihihi!
– Hihihi, hihihi!
– I co mu odpiszesz, hihihi, hihihi?
– Nie wiem, hihihi, hihihi. Chyba wyślę mu to, hihihi, hihihi.
– Pojebana jesteś, hihihi, hihihi. Weź mu tego nie wysyłaj, hihihi, hihihi.
– Wyślę mu, hihihi, hihihi. Zobaczymy co odpisze, hihihi, hihihi!
– No co ty, Gocha, nie wysyłaj mu tego, hihihi, hihihi!

I tak przez całą drogę.

#10 Wczoraj na obiedzie stolik obok mojego siedziała dwójka seniorów, którzy byli na randce, co było wyjątkowo wzruszające.

Wiele osób w ich wieku, jest samych i samotnych, nie myśląc nawet o tym, że może być inaczej, ba! masę osób w moim wieku tak uważa, a oni nie zważając na datę w metryce, wielkość bagażu doświadczeń i liczbę zmarszczek na czole, mają siłę by szukać. Patrzenie na starszych ludzi, którzy walczą o swoje szczęście i nie poddają się uznając, że co miało się wydarzyć w ich życiu to już się wydarzyło, a teraz można już tylko odliczać dni do śmierci, łapie za serce mocniej niż tysiąc słodkich kotków na Facebooku. Obserwowanie ich nawiązywania relacji było jednym z najbardziej emocjonujących przeżyć w tym roku.

Odbijając jednak od tego patetycznego tonu, w pewnym momencie ich rozmowa zeszła na tematy okołobożonarodzeniowe:

– I jak przygotowania do świąt?
– Jakoś sobie radzę…
– To świetnie!
– …kupiłam wczoraj nowa spódnicę na promocji.

Jak widać, niektóre rzeczy pozostają niezmienne.

***

Tradycją ulicznych historii jest, że po obśmianiu moich heheszkujemy z Waszych, tak że wiecie co z tym zrobić.

autorem zdjęcia w nagłówku jest gato-gato-gato

---> SKOMENTUJ

Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących II

Skip to entry content

Jakiś czasu temu próbowałem oziębić piekło wszystkimi zaczynającym swoją przygodę ze światem korporacji i przybliżyć język, którym komunikują się pracownicy, tworząc wpis „Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących”. Mimo moich szczerych chęci zebrania wszystkich podstawowych grepsów z korporacyjnego slangu w jednym miejscu, poległem jak pięciolatek próbujący nie przewrócić się ślizgając na zamarzniętej kałuży pod domem. Okazał się, że za słabo sfokusowałem się na tym kejsie i tak bardzo chciałem opublikować wpis asap, że zrobiłem fakap i pominąłem wiele istotny zwrotów. Stąd druga część słownika tłumaczącego podstawowe słowa z korpomowy na język polski.

Kontynuujmy!

Mieć brejnstorm (brainstorm) – może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale założę się o paczkę zapałek, że brejnstormy występują w Twoim życiu od samego jego początku. Na przykład, gdy w podstawówce z kumplami zrzuciliście się na paczkę petard i zastanawialiście się, gdzie je odpalić, żeby zrobić największe spustoszenie. Albo wczoraj, gdy z partnerką zastanawialiście się na co wydać ostatnie 100 złotych, które zostało Wam do końca miesiąca. Rzucanie najbardziej abstrakcyjnych pomysłów rozwiązania danego problemu przez wszystkich, których masz w zasięgu wzroku, to właśnie burza mózgów.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony ma za mało pracy i chce poudawać, że zależy mu na Twoim i Twoich kolegów z działu zdaniu, mówi, żebyście rzucili wszystko co robicie w tej chwili i zrobili brejnstrom wokół problemu, który i tak sam najlepiej wie jak rozwiązać.

Fołardować maila (forward) – jeśli urodziłeś się w okolicach lat ’90, możesz kojarzyć to z kaseciaków i magnetowidów, ponieważ stało obok „play”, „stop” i „rewind” i oznaczało przycisk przewijający taśmę do przodu. W żargonie nierozrywkowym ma podobne znaczenie i odnosi się do „przesyłania maila dalej”.

Przykład zastosowania: dostajesz wiadomość, w której już po nagłówku widać, że pisał ją wtórny analfabeta, a gramatyka w niej jest na takim poziomie, że Kali z „W pustyni i w puszczy” wydaje wirtuozem słowa pisanego, więc fołardujesz ją do koleżanki siedzącej najdalej Ciebie, argumentując, że to związane z jej działką.

Apdejtować kogoś (update) – ten greps wywodzi się z języka informatycznego i znaczy tyle, co „uaktualniać”. Programy, gry, aplikacje. W biurze odnosi się to do bieżących spraw i ich aktualnego stanu.

Przykład zastosowania:

– I jak stan tego projektu?

– Chwila, dokończę to i cię zapdejtuję.

– Okej.

– Dobra. Ogólnie to jesteśmy w dupie.

Dres kod (dress code) – ani nie jest to szyfr dresiarzy, ani zakodowana sukienka. Dress code, to zbiór zasad związanych z ubiorem, panujących w danej firmie. W zależności od dres kodu, w jednych biurowcach można chodzić w trampkach i bluzach z kapturem, a w drugich tylko w stylówkach jak na obronę licencjatu.

Przykład zastosowania: jeśli jesteś kobietą, a Twój partner pyta Cię czemu Wasze wspólne konto oszczędnościowe po Twoim ostatnim wyjściu na zakupy wyzerowało się, mówisz, że musiałaś dostosować swoją garderobę do dres kodu panującego w nowej firmie.

Tiket (ticket) – intuicja podpowiada, że chodzi o bilet, ale na korporacyjnym tikecie, ani nie pojedziesz autobusem, a już na pewno nie wejdziesz do kina. W biurowej nowomowie ten zwrot oznacza zgłoszenie, które wysyłasz w formie mailowej, gdy masz z czymś problem lub czegoś potrzebujesz.

Przykład zastosowania: gdy od poniedziałku przy Twoim stanowisku nie działa myszka, w piątek przynosisz swoją i wysyłasz tiketa z prośbą o nową do działu IT, po czym dostajesz odpowiedź, że zgłoszenie zostało zamknięte, bo dostawa akcesoriów komputerowych będzie dopiero przyszłym tygodniu.

Task – wybaczcie, jeśli Was rozczaruję, ale z taskiem nie wiąże się ani żadna zabawna anegdota, ani rzucające nowe światło skojarzenie. To po prostu zadanie.

Przykład zastosowania: jeśli nie wiesz jak zwalić swoją robotę na podwładnego, tak żeby nie pyskował, to mówisz, że od zrealizowania tego taska będzie zależała jego ocena końcoworoczna.

Każual frajdej (casual friday) – nie dość, że piątek, piąteczek, piątunio, to jeszcze zwykły. A w zasadzie to niezwykły, bo gdy jest każual frajdej możesz rytualnie spalić wszystkie białe kołnierzyki wiszące w Twojej szafie i ubrać się inaczej niż od poniedziałku do czwartku. Bardziej jakbyś szedł na koncert jazzowy, a mniej jak na studniówkę.

Przykład zastosowania:

– Marcin, czemu przyszedłeś do pracy w Crocsach i koszulce z odwróconą Gwiazdą Dawida?

– Bo jest każual frajdej.

Ardżent (urgent) – pojawia się w nagłówku maila i ma Ci dać do zrozumienia, że powinieneś rzucić wszystko, czym zajmujesz się w tej chwili – zwłaszcza, jeśli trzymasz w rękach kubek z wrzątkiem – bo kwestia, która pojawia się w treści wiadomości jest hiper-mega-ultra ważna. Najczęściej na poziomie istotności Twojej oceny z wuefu na świadectwie maturalnym.

Przykład zastosowania: jeśli to Twój przełożony zmiksował kiszone ogórki z ciepłym mlekiem i zanim zasiadł na tronie zapomniał sprawdzić, czy obok berła ma również papier toaletowy, to na służbowego maila możesz dostać pytanie o chusteczki higieniczne z dopiskiem „ardżent” w tytule wiadomości.

Owertajm (overtime) – na logikę to wydawałoby się, że chodzi o „ponadczas”, „nadczas”, „nieskończoność czasu”, „czwarty wymiany”, „podwodne światy” i „iluminatów”. Owertajm to jednak coś zdecydowanie bardziej przyziemnego, bo nadgodziny, aczkolwiek mając ich zbyt wiele także można przenieść się do innej rzeczywistości.

Przykład zastosowania: gdy rodzina pyta, czemu nie widziała Cię od bierzmowania, mówisz, że robiłeś owertajmy, bo pracujesz nad ważnym projektem.

Być bizi (busy) – mimo wspólnego początku nie ma nic wspólnego z byciem bi. „Być bizi”, to mniej wulgarne „mieć zapierdol na Fejsie”, czyli po prostu być zajętym. A w zasadzie być zapracowanym, żeby ktoś nie pomyślał, że chodzi o status związku.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony pyta, czy poprowadzisz 17 projekt w tym samym czasie, mówisz, że nie chcesz mu odmawiać, ale zasadniczo, to jesteś ciutkę bizi.

Fidbek (feedback) – pierwszy raz z tym słowem spotkałem się w gimnazjum, gdy w edytorze dźwięku nakładałem echo na wokal i jedna z gałek była podpisana właśnie w ten sposób. Tłumacząc fidbek wprost na polski dostajemy „sprzężenie zwrotne” i w świecie raportów, Exceli i intranetu znaczy zasadniczo to samo, bo chodzi o „opinię”, „informację zwrotną”, „komentarz do przesłanego materiału”.

Przykład zastosowania: gdy w Twojej firmie wprowadzili system mierzący aktywność pracowników przy komputerach, który odnotowuje każde 5 minut, kiedy nie ruszasz myszką tylko próbujesz trafić kulkami z papieru do kosza, w fidbeku autorom oprogramowania piszesz, że jest do dupy.

PieM (project manager) – jeśli w myślach już odpowiedziałeś „ja też pijem! dawajcie szkło”, to pohamuj swe konie habilitowany anglisto, albowiem PieM to kierownik projektu, czyli Twój aktualny pan i władca.

Przykład zastosowania:

– Czemu Grzegorz ma największe biurko i fotel bez odpadającego oparcia?

– Bo to PieM.

Falołap (follow-up) – wbrew pozorom nie chodzi o łapanie fal, a kontaktu z klientem. Falołap to rodzaj przypomnienia o swoim istnieniu osobie, do której masz jakiś interes, nawiązując do spotkania lub rozmowy telefonicznej jaką już odbyliście.

Przykład zastosowania: gdy po godzinnej prezentacji, w trakcie której klient na przemian ziewał, sprawdzał Fejsa i budował szyb kopalniany w swoim nozdrzu, wracasz do biura, aby nie stracić tej nici porozumienia, która się między Wami nawiązała, wysyłasz mu falołapa odnoszącego się do tego co udało Wam się ustalić.

Lancz brejk (lunch break) – żeby junior brand managerowie i senior executive accountanci nie musieli chodzić na przerwy obiadowe jak zwykły plebs, wymyślono lancz brejki.

Przykład zastosowania: kiedy chcesz w pseudo-subtelny sposób zaznaczyć swój status społeczny przed nowopoznanymi ludźmi, opowiadasz jakiś suchar na poziomie żartów w „Playboyu”, mówiąc, że usłyszałeś go od kolegi na lancz brejku w piątek.

Majlstołn (milestone) – w zapisie może przypominać zupę minestrone, ale to wyjątkowo niewarzywne pojęcie, lecz odnoszące się do kamieni. Kamieni milowych. Majlstołny, to kluczowe elementy, czy też fazy projektu, po ukończeniu których można odetchnąć z ulgą, że ten dom, który budujecie nie pierdolnie, a chyba faktycznie stanie i ktoś nawet będzie mógł w nim zamieszkać.

Przykład zastosowania:

– Renata, mogę wyjść dzisiaj z pracy 5 minut wcześniej?

– Nie ma mowy, przecież wiesz ile mamy roboty!

– Ale ja jestem z pracą do przodu, a dzisiaj zrobiłem majlstołna w procesie dla Niemców.

– Tak?

– Utworzyłem na pulpicie nowy folder z nazwą projektu.

---> SKOMENTUJ