Close
Close

Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących II

Skip to entry content

Jakiś czasu temu próbowałem oziębić piekło wszystkimi zaczynającym swoją przygodę ze światem korporacji i przybliżyć język, którym komunikują się pracownicy, tworząc wpis „Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących”. Mimo moich szczerych chęci zebrania wszystkich podstawowych grepsów z korporacyjnego slangu w jednym miejscu, poległem jak pięciolatek próbujący nie przewrócić się ślizgając na zamarzniętej kałuży pod domem. Okazał się, że za słabo sfokusowałem się na tym kejsie i tak bardzo chciałem opublikować wpis asap, że zrobiłem fakap i pominąłem wiele istotny zwrotów. Stąd druga część słownika tłumaczącego podstawowe słowa z korpomowy na język polski.

Kontynuujmy!

Mieć brejnstorm (brainstorm) – może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale założę się o paczkę zapałek, że brejnstormy występują w Twoim życiu od samego jego początku. Na przykład, gdy w podstawówce z kumplami zrzuciliście się na paczkę petard i zastanawialiście się, gdzie je odpalić, żeby zrobić największe spustoszenie. Albo wczoraj, gdy z partnerką zastanawialiście się na co wydać ostatnie 100 złotych, które zostało Wam do końca miesiąca. Rzucanie najbardziej abstrakcyjnych pomysłów rozwiązania danego problemu przez wszystkich, których masz w zasięgu wzroku, to właśnie burza mózgów.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony ma za mało pracy i chce poudawać, że zależy mu na Twoim i Twoich kolegów z działu zdaniu, mówi, żebyście rzucili wszystko co robicie w tej chwili i zrobili brejnstrom wokół problemu, który i tak sam najlepiej wie jak rozwiązać.

Fołardować maila (forward) – jeśli urodziłeś się w okolicach lat ’90, możesz kojarzyć to z kaseciaków i magnetowidów, ponieważ stało obok „play”, „stop” i „rewind” i oznaczało przycisk przewijający taśmę do przodu. W żargonie nierozrywkowym ma podobne znaczenie i odnosi się do „przesyłania maila dalej”.

Przykład zastosowania: dostajesz wiadomość, w której już po nagłówku widać, że pisał ją wtórny analfabeta, a gramatyka w niej jest na takim poziomie, że Kali z „W pustyni i w puszczy” wydaje wirtuozem słowa pisanego, więc fołardujesz ją do koleżanki siedzącej najdalej Ciebie, argumentując, że to związane z jej działką.

Apdejtować kogoś (update) – ten greps wywodzi się z języka informatycznego i znaczy tyle, co „uaktualniać”. Programy, gry, aplikacje. W biurze odnosi się to do bieżących spraw i ich aktualnego stanu.

Przykład zastosowania:

– I jak stan tego projektu?

– Chwila, dokończę to i cię zapdejtuję.

– Okej.

– Dobra. Ogólnie to jesteśmy w dupie.

Dres kod (dress code) – ani nie jest to szyfr dresiarzy, ani zakodowana sukienka. Dress code, to zbiór zasad związanych z ubiorem, panujących w danej firmie. W zależności od dres kodu, w jednych biurowcach można chodzić w trampkach i bluzach z kapturem, a w drugich tylko w stylówkach jak na obronę licencjatu.

Przykład zastosowania: jeśli jesteś kobietą, a Twój partner pyta Cię czemu Wasze wspólne konto oszczędnościowe po Twoim ostatnim wyjściu na zakupy wyzerowało się, mówisz, że musiałaś dostosować swoją garderobę do dres kodu panującego w nowej firmie.

Tiket (ticket) – intuicja podpowiada, że chodzi o bilet, ale na korporacyjnym tikecie, ani nie pojedziesz autobusem, a już na pewno nie wejdziesz do kina. W biurowej nowomowie ten zwrot oznacza zgłoszenie, które wysyłasz w formie mailowej, gdy masz z czymś problem lub czegoś potrzebujesz.

Przykład zastosowania: gdy od poniedziałku przy Twoim stanowisku nie działa myszka, w piątek przynosisz swoją i wysyłasz tiketa z prośbą o nową do działu IT, po czym dostajesz odpowiedź, że zgłoszenie zostało zamknięte, bo dostawa akcesoriów komputerowych będzie dopiero przyszłym tygodniu.

Task – wybaczcie, jeśli Was rozczaruję, ale z taskiem nie wiąże się ani żadna zabawna anegdota, ani rzucające nowe światło skojarzenie. To po prostu zadanie.

Przykład zastosowania: jeśli nie wiesz jak zwalić swoją robotę na podwładnego, tak żeby nie pyskował, to mówisz, że od zrealizowania tego taska będzie zależała jego ocena końcoworoczna.

Każual frajdej (casual friday) – nie dość, że piątek, piąteczek, piątunio, to jeszcze zwykły. A w zasadzie to niezwykły, bo gdy jest każual frajdej możesz rytualnie spalić wszystkie białe kołnierzyki wiszące w Twojej szafie i ubrać się inaczej niż od poniedziałku do czwartku. Bardziej jakbyś szedł na koncert jazzowy, a mniej jak na studniówkę.

Przykład zastosowania:

– Marcin, czemu przyszedłeś do pracy w Crocsach i koszulce z odwróconą Gwiazdą Dawida?

– Bo jest każual frajdej.

Ardżent (urgent) – pojawia się w nagłówku maila i ma Ci dać do zrozumienia, że powinieneś rzucić wszystko, czym zajmujesz się w tej chwili – zwłaszcza, jeśli trzymasz w rękach kubek z wrzątkiem – bo kwestia, która pojawia się w treści wiadomości jest hiper-mega-ultra ważna. Najczęściej na poziomie istotności Twojej oceny z wuefu na świadectwie maturalnym.

Przykład zastosowania: jeśli to Twój przełożony zmiksował kiszone ogórki z ciepłym mlekiem i zanim zasiadł na tronie zapomniał sprawdzić, czy obok berła ma również papier toaletowy, to na służbowego maila możesz dostać pytanie o chusteczki higieniczne z dopiskiem „ardżent” w tytule wiadomości.

Owertajm (overtime) – na logikę to wydawałoby się, że chodzi o „ponadczas”, „nadczas”, „nieskończoność czasu”, „czwarty wymiany”, „podwodne światy” i „iluminatów”. Owertajm to jednak coś zdecydowanie bardziej przyziemnego, bo nadgodziny, aczkolwiek mając ich zbyt wiele także można przenieść się do innej rzeczywistości.

Przykład zastosowania: gdy rodzina pyta, czemu nie widziała Cię od bierzmowania, mówisz, że robiłeś owertajmy, bo pracujesz nad ważnym projektem.

Być bizi (busy) – mimo wspólnego początku nie ma nic wspólnego z byciem bi. „Być bizi”, to mniej wulgarne „mieć zapierdol na Fejsie”, czyli po prostu być zajętym. A w zasadzie być zapracowanym, żeby ktoś nie pomyślał, że chodzi o status związku.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony pyta, czy poprowadzisz 17 projekt w tym samym czasie, mówisz, że nie chcesz mu odmawiać, ale zasadniczo, to jesteś ciutkę bizi.

Fidbek (feedback) – pierwszy raz z tym słowem spotkałem się w gimnazjum, gdy w edytorze dźwięku nakładałem echo na wokal i jedna z gałek była podpisana właśnie w ten sposób. Tłumacząc fidbek wprost na polski dostajemy „sprzężenie zwrotne” i w świecie raportów, Exceli i intranetu znaczy zasadniczo to samo, bo chodzi o „opinię”, „informację zwrotną”, „komentarz do przesłanego materiału”.

Przykład zastosowania: gdy w Twojej firmie wprowadzili system mierzący aktywność pracowników przy komputerach, który odnotowuje każde 5 minut, kiedy nie ruszasz myszką tylko próbujesz trafić kulkami z papieru do kosza, w fidbeku autorom oprogramowania piszesz, że jest do dupy.

PieM (project manager) – jeśli w myślach już odpowiedziałeś „ja też pijem! dawajcie szkło”, to pohamuj swe konie habilitowany anglisto, albowiem PieM to kierownik projektu, czyli Twój aktualny pan i władca.

Przykład zastosowania:

– Czemu Grzegorz ma największe biurko i fotel bez odpadającego oparcia?

– Bo to PieM.

Falołap (follow-up) – wbrew pozorom nie chodzi o łapanie fal, a kontaktu z klientem. Falołap to rodzaj przypomnienia o swoim istnieniu osobie, do której masz jakiś interes, nawiązując do spotkania lub rozmowy telefonicznej jaką już odbyliście.

Przykład zastosowania: gdy po godzinnej prezentacji, w trakcie której klient na przemian ziewał, sprawdzał Fejsa i budował szyb kopalniany w swoim nozdrzu, wracasz do biura, aby nie stracić tej nici porozumienia, która się między Wami nawiązała, wysyłasz mu falołapa odnoszącego się do tego co udało Wam się ustalić.

Lancz brejk (lunch break) – żeby junior brand managerowie i senior executive accountanci nie musieli chodzić na przerwy obiadowe jak zwykły plebs, wymyślono lancz brejki.

Przykład zastosowania: kiedy chcesz w pseudo-subtelny sposób zaznaczyć swój status społeczny przed nowopoznanymi ludźmi, opowiadasz jakiś suchar na poziomie żartów w „Playboyu”, mówiąc, że usłyszałeś go od kolegi na lancz brejku w piątek.

Majlstołn (milestone) – w zapisie może przypominać zupę minestrone, ale to wyjątkowo niewarzywne pojęcie, lecz odnoszące się do kamieni. Kamieni milowych. Majlstołny, to kluczowe elementy, czy też fazy projektu, po ukończeniu których można odetchnąć z ulgą, że ten dom, który budujecie nie pierdolnie, a chyba faktycznie stanie i ktoś nawet będzie mógł w nim zamieszkać.

Przykład zastosowania:

– Renata, mogę wyjść dzisiaj z pracy 5 minut wcześniej?

– Nie ma mowy, przecież wiesz ile mamy roboty!

– Ale ja jestem z pracą do przodu, a dzisiaj zrobiłem majlstołna w procesie dla Niemców.

– Tak?

– Utworzyłem na pulpicie nowy folder z nazwą projektu.

(niżej jest kolejny tekst)

15
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
11 Comment authors
swinkiWiesław MachutAntonina & Radek | inne życieMartaMagdalena Śpiewak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Takie to światowe, wysokie i europejskie, a ja tak z niczym do gości. Jedyne, co mogę, to zaszpanować pobieżną znajomością gwary więziennej, również bogatej i różnorodnej.
Lekcja pierwsza. Biedrona = miska do mycia się w celi. Dziękuję za uwagę.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Słuchajcie, dzieci, ale ja mówię o naprawdę „pobieżnej” znajomości. Czyli tak z osiem wyrażeń do kupy.
Ale nie będę taka,macie tu jeszcze.
Sieczkarnik = miejsce w Sądzie, gdzie doprowadzony aresztowany/skazany oczekuje na rozprawę,w której bierze udział. Inaczej: dołek :).

Magdalena Śpiewak
Gość

ja też! :D

Angelika Gugułka
Gość

I ja, i ja! :D

Jan Favre
Gość

A to też bardzo ciekawe i chętnie bym przeczytał taki wpis z tłumaczenie grypsery.

tattwa
Gość

Podbijam, ja też bym przeczytała.

Freewolna
Gość

Straszne jest to, jak potem normalnych słów brakuje i prosisz o fidbek do wszystkiego, nawet do kolacji. I jak z klientem, czasami nie chcesz tego słyszeć…

Smoku - ridetobe.com
Gość

A było „czelendżować problemy”, „spriperować brif” i „zrobić sendout”??

Jan Favre
Gość

To już wyższa szkoła jazdy, nie dla świeżaków!

Magdalena Śpiewak
Gość

Kiedyś chciałam pracować w korpo, bo wydawało mi się to nawet zabawne. Już nie chcę.

Marta
Gość

No nie! Ale się uśmiałam:) a potem rozpłakałam bo nie dość, że sama pracuję w korporacji to jeszcze znam (i czasem używam) wszystkie te zwroty. Ale staram się tego nie robić, tylko kiedy wszyscy dookoła wszystko czelendżują i ciągle mają jakiejś kejsy to ciężko pozostać niewzruszonym. Że coś jest nie tak odkryłam, kiedy koleżanka z pracy zaczęła przekonywać mamę, że inwestigować to jest na pewno polskie słowo.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Jedzenie w Tajlandii: czego musisz spróbować?

Skip to entry content

Jeśli miałbym zupełnie szczerze odpowiedzieć na pytanie z nagłówka i powiedzieć Ci jakie jedzenie w Tajlandii jest warte uwagi i czego koniecznie powinieneś spróbować, to musiałbym powiedzieć, że wszystkiego. Serio.

Po pierwsze, te smaki są tak inne od naszych polskich, czy tam środkowoeuropejskich, że każda potrawa jest jakimś przeżyciem kulinarnym, którego warto doświadczyć. Po drugie, szama jest tam tak tania, że nawet jeśli coś Ci nie będzie smakowało, to bez żalu możesz tego nie dojeść. Choć mocno powątpiewam w taki scenariusz wydarzeń, bo ich dania, nawet te najdziwniejsze, są naprawdę dobre i w trakcie dwutygodniowego wyjazdu ani razu nie zdarzyło się, żebym zostawił na talerzu coś więcej niż ryż.

Niech Cię zanudzić na śmierć, bo od tego masz transmisje obrad sejmowych, dlatego pokażę Ci tylko to jedzenie w Tajlandii, które znalazło specjalne miejsce w moim serduszku, a przede wszystkim żołądku, ale pamiętaj, że gdy będziesz na miejscu, nie ma sensu się ograniczać i można jeść wszystko, co się zbyt żwawo nie rusza.

Pad thai

jedzenie-w-tajlandii-pad-thai

Tajska klasyka. Makaron ryżowy podsmażany z jajkiem, tofu i tym co akurat jest pod ręką. Najczęściej to kurczak albo krewetki, ale trafiałem też na wersje z wołowiną albo wieprzowiną. Do tego kiełki fasoli mung, orzeszki i słodko-kwaśno-pikantny sos. Najlepszego pad thaia, jak w zasadzie wszystko inne, zjecie w ulicznej knajpie. Co do kwestii „czy warto?” to niech najlepszą rekomendacją będzie, że w trakcie dwutygodniowej podróży jadłem go kilkanaście razy.

Świeże owoce

jedzenie-w-tajlandii-swieze-owoce

Świeże ananasy, gujawy, papaje i arbuzy, pocięte i gotowe do zjedzenia na rogu każdej większej ulicy za pół darmo. Gdyby tak było w Polsce przestałbym żreć czekoladę i batony.

Owoce morza

jedzenie-w-tajlandii-owoce-morza

Nie wiem jak oni to robią, ale Tajowie są w stanie tak przyrządzić krewetki w czosnku, że człowiek po konsumpcji nie śmierdzi jakby właśnie miał ruszać na polowanie na wampiry. Do tego, jeśli zamawiasz zwierzątko typu krab, czy homar, to możesz mieć pewność, że najdalej godzinę temu jeszcze żyło. A jeśli inne owoce morza, to że ruszały się dziś rano.

Czipsy na patyku

czipsy

Nie są jakieś turbo inne niż te paczkowane, ale zajebiście wyglądają i to spoko przegryzka w trakcie chodzenia po mieście.

Tajskie lody

jedzenie-w-tajlandii-tajskie-lody

Po kebabach, zapiekankach, burgerach i frytkach belgijskich, w Polsce zaczyna się moda na tajskie lody, więc byłem bardzo ciekawe, czy w Tajlandii są dużo lepsze niż u nas i przeżyłem małe zaskoczenie. W kwestii smakowej są bardzo porównywalne, a może nawet gorsze, bo Tajowie pakują do nich więcej dodatków, przez co smak się rozmywa, ale to co mnie zdziwiło, to fakt, że w swojej ojczyźnie wcale nie są popularne i na przykład w Bangkoku w ogóle nie mogłem ich znaleźć. Trafiłem na nie dopiero na Ko Phi Phi, w połowie wyjazdu, i już byłem pewien, że jest z nimi tak samo, jak z rybą po grecku, której Grecy praktycznie nie znają.

Szaszłyki

jedzenie-w-tajlandii-szaszlyki

Może Ci się wydawać, że to nic wyjątkowego, bo przecież u nas też się je jada, jednak tu smakują zdecydowanie inaczej, przez słodką marynatę, którą nasiąkają. Nie mówiąc już o tym, że znajdziesz tu coś takiego jak szaszłyk z parówek, co w połączeniu z miodowo-ostrym sosem jest naprawdę egzotycznym doznaniem smakowym.

Egzotyczne soki

jedzenie-w-tajlandii-soki

Na powyższych zdjęciach widzicie świeży sok z mango, mleko kokosowe w kokosie i trawę cytrynową i to moje 3 ulubione niemrożone napoje, jakie można było dostać na ulicy. Pycha!

Zupy ze wszystkim

jedzenie-w-tajlandii-zupy

Takie lokalne, tajskie rameny. Bardzo sycące, bardzo pożywne i bardzo smaczne. I błyskawicznie podawane.

Naleśniki

jedzenie-w-tajlandii-nalesniki

Te na dole zdobyły moje podniebienie i odkąd je odkryłem jadłem przynajmniej jednego dziennie. Podstawowa wersja, którą widzicie na zdjęciu, to cienki naleśniczek z pociętym bananem w środku, a z wierzchu polany mlekiem kokosowym. Ultra dobre! Idealny kolacjo-desero-podwieczorek!

Te u góry to takie grubsze i słodsze naleśniory, bardziej jak amerykańskie pancake, przy czym, co ciekawe, w Tajlandii pojawiają się w wersji z nadzieniem z budyniem (nieco mdłe), jak i z parówką (brakło mi jaj, żeby spróbować, czego bardzo się wstydzę).

Sukiyaki

sukijaki

Sukiyaki w wersji tajskiej oczywiście, czyli jajecznica z krewetkami, azjatycką bazylią i warzywami. Obowiązkowa pozycja dla wielbicieli krewetek.

Szejki owocowe

jedzenie-w-tajlandii-szejki

Zastanawiałem się, czy nie wrzucić tego po prostu przy sokach, ale stwierdziłem, że świeże owoce zmiksowane z lodem zasługują na oddzielny akapit. Czemu? Bo to było po prostu uzależniające! A szejk ze smoczego owocu, to już w ogóle odebrał mi rozum jak pierścień Golumowi. Prze-py-szne! Piliśmy to z Dominikiem w kółko niezależnie od pory dnia i miejsca, w którym byliśmy.

Na co trzeba uważać kupując jedzenie w Tajlandii?

kuchnia

To pytanie pewnie zadaje sobie większość osób, która nie była w tym kraju, a planuje i zastanawia się co robić, żeby uniknąć zatrucia pokarmowego uniemożliwiającego wykonywanie jakichkolwiek czynności poza wydalaniem, a już na pewno zwiedzanie. Niestety, rozczaruję Was, ale żeby uniknąć biegunki nie musicie robić absolutnie nic. To znaczy, nic więcej poza tym, co robicie w Polsce, bo jak nagle przestaniecie myć ręce przed posiłkami, to faktycznie coś Was może złapać.

Przez całe te dwa tygodnie jadłem cały czas w miejscach, do których u nas w kraju w ogóle bałbym się zbliżyć i absolutnie nic mi się nie stało. Na pierwszy, a nawet na piętnasty, rzut oka warunki sanitarne stoisk zmontowanych z roweru i kawałka blachy mogą wyglądać tragicznie, a fakt, że jedzenie cały czas leży na otwartym powietrzu, w dodatku na ulicy, również nie budzi zaufania, ale wbrew pozorom, to wszystko jest świeże i całkowicie jadalne.

U nas każde z tych miejsc dawno zamknął by sanepid, tam działają pełną parą, ludzie jedzą, są zadowoleni i nikt się nie truje.

9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka

Skip to entry content

W ostatnich dniach Facebook jest zalewany poradnikami zakupowymi z najwymyślniejszymi podarkami od kokono-skafandro-kocy, po prezerwatywy imitujące po rozwinięciu miecze świetlne z „Gwiezdnych Wojen”. Wiele z tych propozycji faktycznie urzeka, a przynajmniej wprawia w stan osłupienia, ale przeglądające kolejne z nich, prędzej, czy później, dochodzi do mnie refleksja w postaci pytania „czy ja tego naprawdę potrzebuję?”. W 99% przypadków odpowiedź brzmi nie, więc zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę, ale to naprawdę by mi się przydało.

I wymyśliłem!

Przed Wami 9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka!

Talon na dodatkową dobę

Pamiętasz jak za dzieciaka usilnie próbowałeś zabić czas? Dzisiaj możesz go wskrzesić i odebrać bonusowe 24 godziny, do wykorzystania w partiach po 30 minut dziennie lub całe jednym ciągiem! Dzięki specjalnemu talonowi nie będziesz musiała się już tłumaczyć, że 4 rok z rzędu nie miałaś czasu pójść na siłownię, wydepilować bikini, odwiedzić matki i nadrobić „Gry o tron”.  Ewentualnie po prostu się wyspać.

Dzień życia bez zmartwień

Pełna doba bez myślenia o tym, z czego będziesz żyć, jeśli zwolnią Cię z pracy, jak spłacać kredyt za mieszkanie i jednocześnie jeździć na wakacje częściej niż raz na dekadę oraz czy mogłeś odziedziczyć w genach po dziadku chorobę, której nie da się wyleczyć, również.

Implant ułatwiający podejmowanie decyzji

Kariera, czy dziecko? iPhone 6s, telewizor, czy studia podyplomowe? Dominium, czy Domino’s? Mądry brzydal, przystojny idiota, czy wibrator? Pepsi, czy Cola? Tania, ale niepewna Tunezja, drogie, ale pewne Włochy, czy odkładanie na wkład własny? 5 set, czy pół litra? Innowacyjny implant TheCyzYa, wszczepiany bezpośrednio do mózgu, sprawi, że już nigdy nie będziesz miał tego typu dylematów.

Voucher na idealnego partnera

Męczy Cię chodzenie po klubach i spławianie kolejnych napaleńców, którzy chcą złapać Cię za dupę, a nie serce? Podczas ostatniej randki w ciemno żałowałaś, że faktycznie nie odbyła się w ciemnościach albo, że nie oślepłaś przy porodzie? Nie masz sił wyklikiwać kolejnych par na Tinderze i rozczarowywać się, że po drugiej stronie jest jakiś bloger, który założył konto tylko po to, by zebrać materiał do wpisu? Kup voucher na idealnego partnera i ciesz się mężczyzną, który jest przystojny, inteligentny, potrafi Cię rozśmieszyć i wie o co Ci chodzi, kiedy mówisz, że o nic.

Rabat na sens egzystencji

Już nie musisz dłużej zastanawiać się po co przyszedłeś na świat i jaki cel ma Twoje życie, odbierz 30% rabatu na sens egzystencji i dowiedz się tego już dziś!

Pastylki na jedzenie burgerów bez konsekwencji

Mówi się, że kobiety tak naprawdę wcale nie marzą o księciu z bajki w błyszczącej zbroi na białym koniu, tylko o tym, żeby móc się najeść i nie przytyć. I wiesz co? Zaskoczę Cię, ale wielu facetów ma dokładnie takie samo marzenie!

Innowacyjne pastylki do kupienia bez recepty w każdej aptece, pozwolą przeprowadzić zamach na Twoje serce i metabolizm bez konsekwencji! Śnisz o tym, żeby tackę BigMaców przegryźć brytfanką rolad z frytkami, polać to wszystko majonezem, a na deser zjeść paterę pączków maczanych w czekoladowym fondue i nie dostać zawału, ani dodatkowych kilogramów na wadze? Twoje sny są bliżej niż myślisz!

Możliwość zgłoszenia 2 nieprzygotowań do życia

Masz kaca, zostawiła Cię dziewczyna, właściciel wypowiedział Ci umowę najmu w trybie natychmiastowym, zgubiłeś portfel ze wszystkimi dokumentami, czarny kot przebiegł Ci drogę, a rano stanąłeś gołą stopą na klocku Lego? Schowaj się pod koc, czekając, aż ten dzień minie i wszystko się ułoży, korzystając z 1 z 2 nieprzygotowań do życia.

Abonament na rozdwojenie się

Jeśli nie wiesz jak być jednocześnie na akademii przedszkolnej Twojego młodszego dziecka i wywiadówce starszego, ewentualnie jak spotkać się z dawno niewidzianą przyjaciółką, która jest przejazdem w Twoim mieście i w tym samym czasie spędzić zaplanowany romantyczny wieczór ze swoim partnerem, wykup za jedyne 99,90zł + VAT tygodniowy abonament na rozdwojenie się.

Aplikacja aktywująca dobre samopoczucie

Ściągasz, instalujesz, włączasz i cieszysz się stoickim uspokojeniem, pozytywnym nastawieniem do świata, szumem lasu, śpiewem ptaków i poziomem serotoniny w Twojej krwi zapewniającym absolutny tomiwisizm. Aplikacja dostępna na Androidy i iOSy, posiadacze Windows Phone’ów niestety wciąż muszą się wkurwiać.

(w międzyczasie na dokładnie ten sam pomysł wpadł też Volant – wielkie umysły myślą podobnie i w ogóle – więc możesz też sprawdzić jego propozycje na idealny prezent dla dorosłego człowieka, bo są równie przydatne)

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson