Close
Close

Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących II

Skip to entry content

Jakiś czasu temu próbowałem oziębić piekło wszystkimi zaczynającym swoją przygodę ze światem korporacji i przybliżyć język, którym komunikują się pracownicy, tworząc wpis „Korpomowa: słownik pojęć dla początkujących”. Mimo moich szczerych chęci zebrania wszystkich podstawowych grepsów z korporacyjnego slangu w jednym miejscu, poległem jak pięciolatek próbujący nie przewrócić się ślizgając na zamarzniętej kałuży pod domem. Okazał się, że za słabo sfokusowałem się na tym kejsie i tak bardzo chciałem opublikować wpis asap, że zrobiłem fakap i pominąłem wiele istotny zwrotów. Stąd druga część słownika tłumaczącego podstawowe słowa z korpomowy na język polski.

Kontynuujmy!

Mieć brejnstorm (brainstorm) – może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale założę się o paczkę zapałek, że brejnstormy występują w Twoim życiu od samego jego początku. Na przykład, gdy w podstawówce z kumplami zrzuciliście się na paczkę petard i zastanawialiście się, gdzie je odpalić, żeby zrobić największe spustoszenie. Albo wczoraj, gdy z partnerką zastanawialiście się na co wydać ostatnie 100 złotych, które zostało Wam do końca miesiąca. Rzucanie najbardziej abstrakcyjnych pomysłów rozwiązania danego problemu przez wszystkich, których masz w zasięgu wzroku, to właśnie burza mózgów.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony ma za mało pracy i chce poudawać, że zależy mu na Twoim i Twoich kolegów z działu zdaniu, mówi, żebyście rzucili wszystko co robicie w tej chwili i zrobili brejnstrom wokół problemu, który i tak sam najlepiej wie jak rozwiązać.

Fołardować maila (forward) – jeśli urodziłeś się w okolicach lat ’90, możesz kojarzyć to z kaseciaków i magnetowidów, ponieważ stało obok „play”, „stop” i „rewind” i oznaczało przycisk przewijający taśmę do przodu. W żargonie nierozrywkowym ma podobne znaczenie i odnosi się do „przesyłania maila dalej”.

Przykład zastosowania: dostajesz wiadomość, w której już po nagłówku widać, że pisał ją wtórny analfabeta, a gramatyka w niej jest na takim poziomie, że Kali z „W pustyni i w puszczy” wydaje wirtuozem słowa pisanego, więc fołardujesz ją do koleżanki siedzącej najdalej Ciebie, argumentując, że to związane z jej działką.

Apdejtować kogoś (update) – ten greps wywodzi się z języka informatycznego i znaczy tyle, co „uaktualniać”. Programy, gry, aplikacje. W biurze odnosi się to do bieżących spraw i ich aktualnego stanu.

Przykład zastosowania:

– I jak stan tego projektu?

– Chwila, dokończę to i cię zapdejtuję.

– Okej.

– Dobra. Ogólnie to jesteśmy w dupie.

Dres kod (dress code) – ani nie jest to szyfr dresiarzy, ani zakodowana sukienka. Dress code, to zbiór zasad związanych z ubiorem, panujących w danej firmie. W zależności od dres kodu, w jednych biurowcach można chodzić w trampkach i bluzach z kapturem, a w drugich tylko w stylówkach jak na obronę licencjatu.

Przykład zastosowania: jeśli jesteś kobietą, a Twój partner pyta Cię czemu Wasze wspólne konto oszczędnościowe po Twoim ostatnim wyjściu na zakupy wyzerowało się, mówisz, że musiałaś dostosować swoją garderobę do dres kodu panującego w nowej firmie.

Tiket (ticket) – intuicja podpowiada, że chodzi o bilet, ale na korporacyjnym tikecie, ani nie pojedziesz autobusem, a już na pewno nie wejdziesz do kina. W biurowej nowomowie ten zwrot oznacza zgłoszenie, które wysyłasz w formie mailowej, gdy masz z czymś problem lub czegoś potrzebujesz.

Przykład zastosowania: gdy od poniedziałku przy Twoim stanowisku nie działa myszka, w piątek przynosisz swoją i wysyłasz tiketa z prośbą o nową do działu IT, po czym dostajesz odpowiedź, że zgłoszenie zostało zamknięte, bo dostawa akcesoriów komputerowych będzie dopiero przyszłym tygodniu.

Task – wybaczcie, jeśli Was rozczaruję, ale z taskiem nie wiąże się ani żadna zabawna anegdota, ani rzucające nowe światło skojarzenie. To po prostu zadanie.

Przykład zastosowania: jeśli nie wiesz jak zwalić swoją robotę na podwładnego, tak żeby nie pyskował, to mówisz, że od zrealizowania tego taska będzie zależała jego ocena końcoworoczna.

Każual frajdej (casual friday) – nie dość, że piątek, piąteczek, piątunio, to jeszcze zwykły. A w zasadzie to niezwykły, bo gdy jest każual frajdej możesz rytualnie spalić wszystkie białe kołnierzyki wiszące w Twojej szafie i ubrać się inaczej niż od poniedziałku do czwartku. Bardziej jakbyś szedł na koncert jazzowy, a mniej jak na studniówkę.

Przykład zastosowania:

– Marcin, czemu przyszedłeś do pracy w Crocsach i koszulce z odwróconą Gwiazdą Dawida?

– Bo jest każual frajdej.

Ardżent (urgent) – pojawia się w nagłówku maila i ma Ci dać do zrozumienia, że powinieneś rzucić wszystko, czym zajmujesz się w tej chwili – zwłaszcza, jeśli trzymasz w rękach kubek z wrzątkiem – bo kwestia, która pojawia się w treści wiadomości jest hiper-mega-ultra ważna. Najczęściej na poziomie istotności Twojej oceny z wuefu na świadectwie maturalnym.

Przykład zastosowania: jeśli to Twój przełożony zmiksował kiszone ogórki z ciepłym mlekiem i zanim zasiadł na tronie zapomniał sprawdzić, czy obok berła ma również papier toaletowy, to na służbowego maila możesz dostać pytanie o chusteczki higieniczne z dopiskiem „ardżent” w tytule wiadomości.

Owertajm (overtime) – na logikę to wydawałoby się, że chodzi o „ponadczas”, „nadczas”, „nieskończoność czasu”, „czwarty wymiany”, „podwodne światy” i „iluminatów”. Owertajm to jednak coś zdecydowanie bardziej przyziemnego, bo nadgodziny, aczkolwiek mając ich zbyt wiele także można przenieść się do innej rzeczywistości.

Przykład zastosowania: gdy rodzina pyta, czemu nie widziała Cię od bierzmowania, mówisz, że robiłeś owertajmy, bo pracujesz nad ważnym projektem.

Być bizi (busy) – mimo wspólnego początku nie ma nic wspólnego z byciem bi. „Być bizi”, to mniej wulgarne „mieć zapierdol na Fejsie”, czyli po prostu być zajętym. A w zasadzie być zapracowanym, żeby ktoś nie pomyślał, że chodzi o status związku.

Przykład zastosowania: kiedy przełożony pyta, czy poprowadzisz 17 projekt w tym samym czasie, mówisz, że nie chcesz mu odmawiać, ale zasadniczo, to jesteś ciutkę bizi.

Fidbek (feedback) – pierwszy raz z tym słowem spotkałem się w gimnazjum, gdy w edytorze dźwięku nakładałem echo na wokal i jedna z gałek była podpisana właśnie w ten sposób. Tłumacząc fidbek wprost na polski dostajemy „sprzężenie zwrotne” i w świecie raportów, Exceli i intranetu znaczy zasadniczo to samo, bo chodzi o „opinię”, „informację zwrotną”, „komentarz do przesłanego materiału”.

Przykład zastosowania: gdy w Twojej firmie wprowadzili system mierzący aktywność pracowników przy komputerach, który odnotowuje każde 5 minut, kiedy nie ruszasz myszką tylko próbujesz trafić kulkami z papieru do kosza, w fidbeku autorom oprogramowania piszesz, że jest do dupy.

PieM (project manager) – jeśli w myślach już odpowiedziałeś „ja też pijem! dawajcie szkło”, to pohamuj swe konie habilitowany anglisto, albowiem PieM to kierownik projektu, czyli Twój aktualny pan i władca.

Przykład zastosowania:

– Czemu Grzegorz ma największe biurko i fotel bez odpadającego oparcia?

– Bo to PieM.

Falołap (follow-up) – wbrew pozorom nie chodzi o łapanie fal, a kontaktu z klientem. Falołap to rodzaj przypomnienia o swoim istnieniu osobie, do której masz jakiś interes, nawiązując do spotkania lub rozmowy telefonicznej jaką już odbyliście.

Przykład zastosowania: gdy po godzinnej prezentacji, w trakcie której klient na przemian ziewał, sprawdzał Fejsa i budował szyb kopalniany w swoim nozdrzu, wracasz do biura, aby nie stracić tej nici porozumienia, która się między Wami nawiązała, wysyłasz mu falołapa odnoszącego się do tego co udało Wam się ustalić.

Lancz brejk (lunch break) – żeby junior brand managerowie i senior executive accountanci nie musieli chodzić na przerwy obiadowe jak zwykły plebs, wymyślono lancz brejki.

Przykład zastosowania: kiedy chcesz w pseudo-subtelny sposób zaznaczyć swój status społeczny przed nowopoznanymi ludźmi, opowiadasz jakiś suchar na poziomie żartów w „Playboyu”, mówiąc, że usłyszałeś go od kolegi na lancz brejku w piątek.

Majlstołn (milestone) – w zapisie może przypominać zupę minestrone, ale to wyjątkowo niewarzywne pojęcie, lecz odnoszące się do kamieni. Kamieni milowych. Majlstołny, to kluczowe elementy, czy też fazy projektu, po ukończeniu których można odetchnąć z ulgą, że ten dom, który budujecie nie pierdolnie, a chyba faktycznie stanie i ktoś nawet będzie mógł w nim zamieszkać.

Przykład zastosowania:

– Renata, mogę wyjść dzisiaj z pracy 5 minut wcześniej?

– Nie ma mowy, przecież wiesz ile mamy roboty!

– Ale ja jestem z pracą do przodu, a dzisiaj zrobiłem majlstołna w procesie dla Niemców.

– Tak?

– Utworzyłem na pulpicie nowy folder z nazwą projektu.

(niżej jest kolejny tekst)

15
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
11 Comment authors
swinkiWiesław MachutAntonina & Radek | inne życieMartaMagdalena Śpiewak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Takie to światowe, wysokie i europejskie, a ja tak z niczym do gości. Jedyne, co mogę, to zaszpanować pobieżną znajomością gwary więziennej, również bogatej i różnorodnej.
Lekcja pierwsza. Biedrona = miska do mycia się w celi. Dziękuję za uwagę.

Jan Favre
Gość

A to też bardzo ciekawe i chętnie bym przeczytał taki wpis z tłumaczenie grypsery.

tattwa
Gość

Podbijam, ja też bym przeczytała.

Angelika Gugułka
Gość

I ja, i ja! :D

Magdalena Śpiewak
Gość

ja też! :D

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Słuchajcie, dzieci, ale ja mówię o naprawdę „pobieżnej” znajomości. Czyli tak z osiem wyrażeń do kupy.
Ale nie będę taka,macie tu jeszcze.
Sieczkarnik = miejsce w Sądzie, gdzie doprowadzony aresztowany/skazany oczekuje na rozprawę,w której bierze udział. Inaczej: dołek :).

Freewolna
Gość

Straszne jest to, jak potem normalnych słów brakuje i prosisz o fidbek do wszystkiego, nawet do kolacji. I jak z klientem, czasami nie chcesz tego słyszeć…

Smoku - ridetobe.com
Gość

A było „czelendżować problemy”, „spriperować brif” i „zrobić sendout”??

Jan Favre
Gość

To już wyższa szkoła jazdy, nie dla świeżaków!

Magdalena Śpiewak
Gość

Kiedyś chciałam pracować w korpo, bo wydawało mi się to nawet zabawne. Już nie chcę.

Marta
Gość

No nie! Ale się uśmiałam:) a potem rozpłakałam bo nie dość, że sama pracuję w korporacji to jeszcze znam (i czasem używam) wszystkie te zwroty. Ale staram się tego nie robić, tylko kiedy wszyscy dookoła wszystko czelendżują i ciągle mają jakiejś kejsy to ciężko pozostać niewzruszonym. Że coś jest nie tak odkryłam, kiedy koleżanka z pracy zaczęła przekonywać mamę, że inwestigować to jest na pewno polskie słowo.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jedzenie w Tajlandii: czego musisz spróbować?

Skip to entry content

Jeśli miałbym zupełnie szczerze odpowiedzieć na pytanie z nagłówka i powiedzieć Ci jakie jedzenie w Tajlandii jest warte uwagi i czego koniecznie powinieneś spróbować, to musiałbym powiedzieć, że wszystkiego. Serio.

Po pierwsze, te smaki są tak inne od naszych polskich, czy tam środkowoeuropejskich, że każda potrawa jest jakimś przeżyciem kulinarnym, którego warto doświadczyć. Po drugie, szama jest tam tak tania, że nawet jeśli coś Ci nie będzie smakowało, to bez żalu możesz tego nie dojeść. Choć mocno powątpiewam w taki scenariusz wydarzeń, bo ich dania, nawet te najdziwniejsze, są naprawdę dobre i w trakcie dwutygodniowego wyjazdu ani razu nie zdarzyło się, żebym zostawił na talerzu coś więcej niż ryż.

Niech Cię zanudzić na śmierć, bo od tego masz transmisje obrad sejmowych, dlatego pokażę Ci tylko to jedzenie w Tajlandii, które znalazło specjalne miejsce w moim serduszku, a przede wszystkim żołądku, ale pamiętaj, że gdy będziesz na miejscu, nie ma sensu się ograniczać i można jeść wszystko, co się zbyt żwawo nie rusza.

Pad thai

jedzenie-w-tajlandii-pad-thai

Tajska klasyka. Makaron ryżowy podsmażany z jajkiem, tofu i tym co akurat jest pod ręką. Najczęściej to kurczak albo krewetki, ale trafiałem też na wersje z wołowiną albo wieprzowiną. Do tego kiełki fasoli mung, orzeszki i słodko-kwaśno-pikantny sos. Najlepszego pad thaia, jak w zasadzie wszystko inne, zjecie w ulicznej knajpie. Co do kwestii „czy warto?” to niech najlepszą rekomendacją będzie, że w trakcie dwutygodniowej podróży jadłem go kilkanaście razy.

Świeże owoce

jedzenie-w-tajlandii-swieze-owoce

Świeże ananasy, gujawy, papaje i arbuzy, pocięte i gotowe do zjedzenia na rogu każdej większej ulicy za pół darmo. Gdyby tak było w Polsce przestałbym żreć czekoladę i batony.

Owoce morza

jedzenie-w-tajlandii-owoce-morza

Nie wiem jak oni to robią, ale Tajowie są w stanie tak przyrządzić krewetki w czosnku, że człowiek po konsumpcji nie śmierdzi jakby właśnie miał ruszać na polowanie na wampiry. Do tego, jeśli zamawiasz zwierzątko typu krab, czy homar, to możesz mieć pewność, że najdalej godzinę temu jeszcze żyło. A jeśli inne owoce morza, to że ruszały się dziś rano.

Czipsy na patyku

czipsy

Nie są jakieś turbo inne niż te paczkowane, ale zajebiście wyglądają i to spoko przegryzka w trakcie chodzenia po mieście.

Tajskie lody

jedzenie-w-tajlandii-tajskie-lody

Po kebabach, zapiekankach, burgerach i frytkach belgijskich, w Polsce zaczyna się moda na tajskie lody, więc byłem bardzo ciekawe, czy w Tajlandii są dużo lepsze niż u nas i przeżyłem małe zaskoczenie. W kwestii smakowej są bardzo porównywalne, a może nawet gorsze, bo Tajowie pakują do nich więcej dodatków, przez co smak się rozmywa, ale to co mnie zdziwiło, to fakt, że w swojej ojczyźnie wcale nie są popularne i na przykład w Bangkoku w ogóle nie mogłem ich znaleźć. Trafiłem na nie dopiero na Ko Phi Phi, w połowie wyjazdu, i już byłem pewien, że jest z nimi tak samo, jak z rybą po grecku, której Grecy praktycznie nie znają.

Szaszłyki

jedzenie-w-tajlandii-szaszlyki

Może Ci się wydawać, że to nic wyjątkowego, bo przecież u nas też się je jada, jednak tu smakują zdecydowanie inaczej, przez słodką marynatę, którą nasiąkają. Nie mówiąc już o tym, że znajdziesz tu coś takiego jak szaszłyk z parówek, co w połączeniu z miodowo-ostrym sosem jest naprawdę egzotycznym doznaniem smakowym.

Egzotyczne soki

jedzenie-w-tajlandii-soki

Na powyższych zdjęciach widzicie świeży sok z mango, mleko kokosowe w kokosie i trawę cytrynową i to moje 3 ulubione niemrożone napoje, jakie można było dostać na ulicy. Pycha!

Zupy ze wszystkim

jedzenie-w-tajlandii-zupy

Takie lokalne, tajskie rameny. Bardzo sycące, bardzo pożywne i bardzo smaczne. I błyskawicznie podawane.

Naleśniki

jedzenie-w-tajlandii-nalesniki

Te na dole zdobyły moje podniebienie i odkąd je odkryłem jadłem przynajmniej jednego dziennie. Podstawowa wersja, którą widzicie na zdjęciu, to cienki naleśniczek z pociętym bananem w środku, a z wierzchu polany mlekiem kokosowym. Ultra dobre! Idealny kolacjo-desero-podwieczorek!

Te u góry to takie grubsze i słodsze naleśniory, bardziej jak amerykańskie pancake, przy czym, co ciekawe, w Tajlandii pojawiają się w wersji z nadzieniem z budyniem (nieco mdłe), jak i z parówką (brakło mi jaj, żeby spróbować, czego bardzo się wstydzę).

Sukiyaki

sukijaki

Sukiyaki w wersji tajskiej oczywiście, czyli jajecznica z krewetkami, azjatycką bazylią i warzywami. Obowiązkowa pozycja dla wielbicieli krewetek.

Szejki owocowe

jedzenie-w-tajlandii-szejki

Zastanawiałem się, czy nie wrzucić tego po prostu przy sokach, ale stwierdziłem, że świeże owoce zmiksowane z lodem zasługują na oddzielny akapit. Czemu? Bo to było po prostu uzależniające! A szejk ze smoczego owocu, to już w ogóle odebrał mi rozum jak pierścień Golumowi. Prze-py-szne! Piliśmy to z Dominikiem w kółko niezależnie od pory dnia i miejsca, w którym byliśmy.

Na co trzeba uważać kupując jedzenie w Tajlandii?

kuchnia

To pytanie pewnie zadaje sobie większość osób, która nie była w tym kraju, a planuje i zastanawia się co robić, żeby uniknąć zatrucia pokarmowego uniemożliwiającego wykonywanie jakichkolwiek czynności poza wydalaniem, a już na pewno zwiedzanie. Niestety, rozczaruję Was, ale żeby uniknąć biegunki nie musicie robić absolutnie nic. To znaczy, nic więcej poza tym, co robicie w Polsce, bo jak nagle przestaniecie myć ręce przed posiłkami, to faktycznie coś Was może złapać.

Przez całe te dwa tygodnie jadłem cały czas w miejscach, do których u nas w kraju w ogóle bałbym się zbliżyć i absolutnie nic mi się nie stało. Na pierwszy, a nawet na piętnasty, rzut oka warunki sanitarne stoisk zmontowanych z roweru i kawałka blachy mogą wyglądać tragicznie, a fakt, że jedzenie cały czas leży na otwartym powietrzu, w dodatku na ulicy, również nie budzi zaufania, ale wbrew pozorom, to wszystko jest świeże i całkowicie jadalne.

U nas każde z tych miejsc dawno zamknął by sanepid, tam działają pełną parą, ludzie jedzą, są zadowoleni i nikt się nie truje.

9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka

Skip to entry content

W ostatnich dniach Facebook jest zalewany poradnikami zakupowymi z najwymyślniejszymi podarkami od kokono-skafandro-kocy, po prezerwatywy imitujące po rozwinięciu miecze świetlne z „Gwiezdnych Wojen”. Wiele z tych propozycji faktycznie urzeka, a przynajmniej wprawia w stan osłupienia, ale przeglądające kolejne z nich, prędzej, czy później, dochodzi do mnie refleksja w postaci pytania „czy ja tego naprawdę potrzebuję?”. W 99% przypadków odpowiedź brzmi nie, więc zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę, ale to naprawdę by mi się przydało.

I wymyśliłem!

Przed Wami 9 pomysłów na idealny prezent dla dorosłego człowieka!

Talon na dodatkową dobę

Pamiętasz jak za dzieciaka usilnie próbowałeś zabić czas? Dzisiaj możesz go wskrzesić i odebrać bonusowe 24 godziny, do wykorzystania w partiach po 30 minut dziennie lub całe jednym ciągiem! Dzięki specjalnemu talonowi nie będziesz musiała się już tłumaczyć, że 4 rok z rzędu nie miałaś czasu pójść na siłownię, wydepilować bikini, odwiedzić matki i nadrobić „Gry o tron”.  Ewentualnie po prostu się wyspać.

Dzień życia bez zmartwień

Pełna doba bez myślenia o tym, z czego będziesz żyć, jeśli zwolnią Cię z pracy, jak spłacać kredyt za mieszkanie i jednocześnie jeździć na wakacje częściej niż raz na dekadę oraz czy mogłeś odziedziczyć w genach po dziadku chorobę, której nie da się wyleczyć, również.

Implant ułatwiający podejmowanie decyzji

Kariera, czy dziecko? iPhone 6s, telewizor, czy studia podyplomowe? Dominium, czy Domino’s? Mądry brzydal, przystojny idiota, czy wibrator? Pepsi, czy Cola? Tania, ale niepewna Tunezja, drogie, ale pewne Włochy, czy odkładanie na wkład własny? 5 set, czy pół litra? Innowacyjny implant TheCyzYa, wszczepiany bezpośrednio do mózgu, sprawi, że już nigdy nie będziesz miał tego typu dylematów.

Voucher na idealnego partnera

Męczy Cię chodzenie po klubach i spławianie kolejnych napaleńców, którzy chcą złapać Cię za dupę, a nie serce? Podczas ostatniej randki w ciemno żałowałaś, że faktycznie nie odbyła się w ciemnościach albo, że nie oślepłaś przy porodzie? Nie masz sił wyklikiwać kolejnych par na Tinderze i rozczarowywać się, że po drugiej stronie jest jakiś bloger, który założył konto tylko po to, by zebrać materiał do wpisu? Kup voucher na idealnego partnera i ciesz się mężczyzną, który jest przystojny, inteligentny, potrafi Cię rozśmieszyć i wie o co Ci chodzi, kiedy mówisz, że o nic.

Rabat na sens egzystencji

Już nie musisz dłużej zastanawiać się po co przyszedłeś na świat i jaki cel ma Twoje życie, odbierz 30% rabatu na sens egzystencji i dowiedz się tego już dziś!

Pastylki na jedzenie burgerów bez konsekwencji

Mówi się, że kobiety tak naprawdę wcale nie marzą o księciu z bajki w błyszczącej zbroi na białym koniu, tylko o tym, żeby móc się najeść i nie przytyć. I wiesz co? Zaskoczę Cię, ale wielu facetów ma dokładnie takie samo marzenie!

Innowacyjne pastylki do kupienia bez recepty w każdej aptece, pozwolą przeprowadzić zamach na Twoje serce i metabolizm bez konsekwencji! Śnisz o tym, żeby tackę BigMaców przegryźć brytfanką rolad z frytkami, polać to wszystko majonezem, a na deser zjeść paterę pączków maczanych w czekoladowym fondue i nie dostać zawału, ani dodatkowych kilogramów na wadze? Twoje sny są bliżej niż myślisz!

Możliwość zgłoszenia 2 nieprzygotowań do życia

Masz kaca, zostawiła Cię dziewczyna, właściciel wypowiedział Ci umowę najmu w trybie natychmiastowym, zgubiłeś portfel ze wszystkimi dokumentami, czarny kot przebiegł Ci drogę, a rano stanąłeś gołą stopą na klocku Lego? Schowaj się pod koc, czekając, aż ten dzień minie i wszystko się ułoży, korzystając z 1 z 2 nieprzygotowań do życia.

Abonament na rozdwojenie się

Jeśli nie wiesz jak być jednocześnie na akademii przedszkolnej Twojego młodszego dziecka i wywiadówce starszego, ewentualnie jak spotkać się z dawno niewidzianą przyjaciółką, która jest przejazdem w Twoim mieście i w tym samym czasie spędzić zaplanowany romantyczny wieczór ze swoim partnerem, wykup za jedyne 99,90zł + VAT tygodniowy abonament na rozdwojenie się.

Aplikacja aktywująca dobre samopoczucie

Ściągasz, instalujesz, włączasz i cieszysz się stoickim uspokojeniem, pozytywnym nastawieniem do świata, szumem lasu, śpiewem ptaków i poziomem serotoniny w Twojej krwi zapewniającym absolutny tomiwisizm. Aplikacja dostępna na Androidy i iOSy, posiadacze Windows Phone’ów niestety wciąż muszą się wkurwiać.

(w międzyczasie na dokładnie ten sam pomysł wpadł też Volant – wielkie umysły myślą podobnie i w ogóle – więc możesz też sprawdzić jego propozycje na idealny prezent dla dorosłego człowieka, bo są równie przydatne)

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson